poniedziałek, 10 września 2018

[60] Pamiętniki lipcowe


2.07
Jestem już w Szczurzej Norce.

Mój tegoroczny urlop zaczął się, niestety, od paskudnej pogody. Najgorsze nie jest nawet to, że od ponad tygodnia ciągle pada deszcz, tylko zimno, na które jestem nadwrażliwa, a które w niektóre dni przeszywa mnie do kości. Liczyłam, że pierwszy tydzień spędzę na wsi, często spacerując, ale niewiele z tego wyszło. Na dłuższym spacerze byłam ze dwa razy, a i wtedy spieszyło mi się do domu, do ciepła.
Najpiękniejszym dniem w minionym tygodniu była niewątpliwie poprzednia niedziela, kiedy to wyszedł z kokonu attacus - to był prawdziwy szok!
Paskudną pogodę wykorzystałam na porządki i mogę pierwszy raz od dawna powiedzieć, że cztery szafy w moim pokoju są wysprzątane stuprocentowo. Uprzątnęłam wszystkie pozostałości po roku szkolnym do pudeł, segregatorów, teczek, powyrzucałam psujące się rzeczy. Rozpracowałam gromadzącą się od roku stertę pocztówek. Kupiłam skręcaną szafę na buty i opracowałam nowy system przechowywania butów, ponieważ wymykały mi się spod kontroli i nieustannie zapominałam, jakie buty w ogóle mam. Dwa dni zajęło mi odkurzanie, książka po książce, mojej biblioteczki, gdzie książek jest łącznie 400 czy 500. Co posprzątałam, to moje - w roku szkolnym nie mogę sobie pozwolić na tak intensywne akcje.
Pozałatwiałam też parę spraw, które dało się załatwić przed wyjazdem, a które od dłuższego czasu odkładałam na święte nigdy. Na końcu odwiedziłam fryzjera, co stało się już moją wakacyjną tradycją.
Dwa razy odwiedził mnie Szczur, jednak oba weekendy spędziliśmy niezbyt konstruktywnie, a bardzo leniwie. Tydzień temu w sobotę pojechaliśmy do Pizza Hut i księgarni, a w niedzielę oglądaliśmy ekranizację "Papierowych miast" Johna Greena. Miniony weekend wypadł gorzej, głównie siedzieliśmy w domu i poszliśmy jedynie na krótki spacer. Szczura bardzo męczyła alergia, a mnie zimno. Wieczorem udaliśmy się do Nory i tak oto, po podróży urozmaiconej 40-minutowym staniem w korku na A2 z powodu tira leżącego w rowie, jestem nareszcie tutaj.
Nora powitała mnie zimnem - 19,5 stopnia to zdedydowanie nie jest temperatura, jaką Rosomaki lubią najbardziej, a przynajmniej nie w domu, który z definicji powinien być ciepły. Spałam pod kocem, a dzisiaj od rana robię wszystko, co mi przyszło do głowy, by nieco ogrzać pomieszczenia - gotuję, odgrzewam, piorę i wypuszczałam parę z łazienki. Mimo to efekty są mierne, zwłaszcza że trudno uniknąć otwierania okien, a za nimi jest 12 stopni (!!!). Cały czas boję się, że przyjedzie na noc mama Szczura, fanka niskich temperatur, i będzie jeszcze gorzej. Cała nadzieja w tym, że według prognoz ma się ocieplić.
Samo urządzanie się w Norze - rozpakowywanie rzeczy i układanie ich na tutejszych miejscach, pranie przechowywanych tu ręczników, układanie kubków, kupowanie w osiedlowych sklepikach - jest zawsze przyjemne. A już najprzyjemniejsze jest wtedy, gdy mam świadomość, że spędzę tutaj, na ogół w spokoju i tak, jak lubię, znaczną część wakacji. I że te wakacje, wyczekiwane od tylu miesięcy, się właśnie zaczynają.

3.07
Bardzo chciałam jechać dzisiaj do Muzeum Geologicznego, ale chyba za dużo silnych emocji w ostatnich dniach przeżyłam i zbyt intensywnie zaczęłam snuć różne plany, bo rano dopadły mnie problemy żołądkowe, najwyraźniej psychosomatyczne. Z muzeum póki co nici. Dopiero między 14 a 15 opanowałam sytuację. Oglądam anime i staram się wyjść z samopoczuciowego doła, żeby wieczorem coś fajnego porobić.
W drugim większym kokonie pawic nadal poczwarka się porusza pod wpływem zmian położenia. Dałam Szczurowi do potrzymania i on też to czuł. Ta samica (prawdopodobnie, bo gąsienica była równie duża co pierwsza, z kolei trzecia znacznie mniejsza) też żyje i mam nadzieję, że niedługo wyjdzie.
Poza tym ociepliło się, dzisiaj 23 stopnie. Otwieram okna, by w domu też się ogrzało powietrze. I jest wreszcie tak, jak powinno.

4.07
Wczoraj, kiedy już trochę ochłonęłam po nieprzyjemnych przeżyciach żołądkowych, walczyłam o poprawę nastroju i udało mi się spędzić całkiem miły wieczór ze Szczurem. Najpierw długo, długo spacerowaliśmy po okolicy. Zatrzymaliśmy się na trochę w ogrodzie społecznościowym, żeby wypuścić trzy motyle, i wdaliśmy się w rozmowę z parą, która siedziała tam na pieńkach i gryzła jabłka. Byli zainteresowani wypuszczaniem motyli - chwalili ich wygląd oraz zadawali pytania o wygląd ich gąsienic, długość cyklu życiowego i inne szczegóły. Pokazaliśmy nawet zdjęcia atlasów. Odniosłam wrażenie, że autentycznie ich zaciekawiliśmy, nie było to z ich strony w żaden sposób wymuszone. Mówili o hodowaniu motyli, że to fajna pasja, i dziękowali za podzielenie się szczegółami. Podniosło mnie to na duchu, bo poza Internetem rzadko się spotykam z pozytywnym nastawieniem ludzi do moich zainteresowań. Po powrocie obejrzeliśmy razem "Kimi no Na wa", które od dawna chciałam Szczurowi pokazać.




Dzisiejszy dzień był natomiast dniem niezwykle intensywnym. Zaczęło się od tego, że po obiedzie poszłam ze Szczurem do parku linowego, gdzie fotografowałam jego zmagania z przeszkodami. Byłam pod wrażeniem, bo ukończył trasę znacznie szybciej, niż zapowiadał. Wieczorem natomiast Szczura odwiedził kolega ze studiów - bardzo sympatyczny, gadatliwy człowiek - i panowie grali w Warhammera, podczas gdy ja urządziłam sobie długi spacer po okolicy. Zajrzałam między innymi do ogrodu społecznościowego, by obfotografować motyle w karmniku. W drodze powrotnej zgubiłam się; ponieważ się ściemniało, ludzi w pobliżu było niewiele, a Szczur nie odbierał telefonu, przeżyłam moment paniki. Ostatecznie udało mi się wrócić, choć byłam nieźle zestrachana, ze łzami w oczach. Z czasem pewnie zacznę to zdarzenie wspominać ze śmiechem, jako jedną z wielu przygód tego typu, ale póki co jest jeszcze dość świeże.

5.07
Ponieważ Szczur był zmęczony poprzednim dniem i lękowy, a ja przed snem zażyłam lek na stawy, głównie obijaliśmy się, czytając, siedząc w necie i śpiąc. Zrobiłam sobie bardzo lekkostrawny obiad. Po obiedzie poszliśmy na krótki spacer po okolicy. Na spacerze szukaliśmy jarzębu potrzebnego mi do hodowania larwy, ale nigdzie go nie było. W całej okolicy rosną dziesiątki akacji, przypominających z daleka jarząb, ale ani jednego jarzębu. Kiedy byłam już gotowa się poddać, zupełnie niespodziewanie zobaczyliśmy jedno drzewo z pomarańczowymi owocami jarzębiny - nie dalej niż o kilkanaście minut drogi od Nory! Liście tego drzewa nie są w najlepszym stanie, ale dobre i to.

6.07
Pojechaliśmy do Pałacu Kultury i Nauki na wystawę pająków i skorpionów oraz zapowiadającą ponowne otwarcie Muzeum Techniki wystawę starych pojazdów.
Samochody i motocykle, choć podobały mi się wizualnie, nie wbudziły we mnie aż takich emocji jak pająki - a zwłaszcza jeden z nich, samica, którą można było potrzymać pod okiem hodowcy. Okazało się, że sensorycznie to nawet przyjemne uczucie, a samo branie na rękę pająka nieco przypomina branie na rękę motyla. Na wystawie można też było zobaczyć naprawdę groźne stwory, w tym czarną wdowę, która mimo niepozornych rozmiarów potrafi zabić człowieka - ta na szczęście nie opuszczała swojego terrarium. Słuchałam z zainteresowaniem, gdy oprowadzający po wystawie nastoletni hodowca opowiadał o swoich pająkach, bo uwielbiam słuchać ludzi z pasją. Mieliśmy też szczęście zobaczyć, jak karmi się pająka. Kilka stworzeń szczególnie mi się podobało, na przykład czarny skorpion, który w świetle ultrafioletowym jest widoczny jako niebieski. 





7.07
Zachęcona wydarzeniem udostępnionym na fejsbukowej tablicy przez Szarosen, namówiłam Szczura na koncert z okazji Tanabaty. Tanabata to japońskie święto, gdy ludzie obchodzą zbliżenie się do siebie gwiazd Wegi i Altair, które wyobrażają rozdzielonych kochanków. W tym dniu ludzie zapisują na karteczkach swoje życzenia i wywieszają je na krzewach bambusa.
Koncert, zorganizowany przez Centrum Popkultury Yatta i szkołę języka japońskiego, był króciutki, ale bardzo intensywny. Dwoje Japończyków grało na tradycyjnych bębnach taiko. Pierwszy raz słyszałam takie bębny na żywo i w pierwszych minutach myślałam, że nie dam rady wytrzymać do końca, tak głośny i intensywny był to dźwięk. Czułam, że mnie on ogłusza i że wszystko wokół wibruje, włącznie z aparatem na moich kolanach. Po paru minutach przyzwyczaiłam się trochę do dudnienia bębnów. Nawet nie rozbolała mnie głowa, choć z głośną muzyką graną na żywo mam ogólnie problem. Na szczęście ta muzyka była energetyczna i radosna, więc nie poczułam lęku. Było to ciekawe doświadczenie, oglądać prawdziwych Japończyków w prawdziwych tradycyjnych strojach, grających na prawdziwych bębnach - zupełnie inaczej się to przeżywa niż oglądając podobne sceny na YouTube.
Japończycy z zespołu umieją nieco polskiego i zamierzają niedługo wziąć udział w "Mam Talent", więc być może jesienią inni też będą mogli ich usłyszeć.
Po koncercie dostaliśmy karteczki do wypisania naszych życzeń i powieszenia.
Następnie wparowałam do sklepu Yatta w poszukiwaniu mangi dla siebie. Mangi nie należą do najtańszych, dlatego przedtem tylko raz w życiu sobie jakąś kupiłam, na wycieczce do Warszawy w czasach gimnazjum. Szukałam czegoś, co mnie zaskoczy - historii, której nie znam jeszcze z anime i która nie byłaby wtórna. Ostatecznie wybrałam "Opowieść panny młodej" Kaoru Mori, autorki, której "Victorian Romance Emma" (historię banalną, ale uroczą) bardzo lubiłam w czasach gimnazjum. Ta manga to jednak zupełnie inna jakość. Opowiada o dwudziestoletniej dziewczynie żyjącej w XIX wieku w środkowej Azji, która zostaje wydana za mąż za chłopaka o osiem lat młodszego. Romans nie odgrywa pierwszoplanowej roli, zapewne z racji tak dużej różnicy wieku, zamiast tego podglądamy życie codzienne bohaterki i osób z jej nowej rodziny oraz ich relacje. Nie wiem prawie nic o życiu w środkowej Azji, a co dopiero dwa wieki temu, więc jest to dla mnie coś naprawdę, naprawdę nowego. Główna bohaterka jest tak świetnie napisaną postacią, że polubiłam ją po pierwszym rozdziale - to silna, niezależna dziewczyna nie dająca sobie w kaszę dmuchać. No i wpadłam jak śliwka w kompot. Jak to z mangami bywa, najchętniej bym natychmiast pojechała do sklepu drugi raz i kupiła kolejnych osiem tomów.

8.07
Dzisiejszy dzień spędziłam w większości samotnie, bo Szczur pojechał odwiedzić rodziców, ja natomiast źle się czułam (możliwe, że jeszcze po leku) i zostałam w Norze. Cały wieczór spędziłam na dworze, siedząc na ławce w zacisznym miejscu pod blokiem i starając się rozmnożyć brudnicę, a następnie pilnując kopulujących owadów. W międzyczasie przeczytałam "Malarza szyldów", żeby się nie nudzić. Sukces rozrodczy brudnic ponownie wprawił mnie w dobry humor.

9.07
To był pracowity dzień. Szczur pojechał do pracy załatwiać Bardzo Ważne Sprawy, a ja przygotowywałam Norę na przyjazd naszego gościa: zamiatałam, prałam pościel, myłam kuchnię i inne takie. Po południu, gdy Szczur wypoczął, poszliśmy na spacer po okolicy i Szczur nieładnie nabijał się nad fosą z koloru włosów Katji (ja tam uważam, że Katja jest tak fotogeniczna, że jest jej dobrze w każdym). W nocy gotowałam dla siebie jedzonko - ziemniaki na kolejny dzień, a swoje ulubione kotleciki z soczewicy w ramach robienia zapasów. Uświadomiłam sobie, że pierwszy raz od lat obranie kilku ziemniaków nie zakończyło się dla mnie spuchnięciem rąk i silnym bólem stawów, i dzięki temu poczułam się szczęśliwa. Gdybym mogła, podzieliłabym się tym z całym światem.

10.07
Wybraliśmy się ze Szczurem na Stare Miasto, co czynimy bardzo, bardzo rzadko. Naszym celem było Muzeum Farmacji. Na miejscu okazało się, że muzeum jest zamykane o godzinę wcześniej niż głosi strona internetowa i mamy znacznie mniej czasu na zwiedzanie. W związku z tym, niestety, zwiedzałam nieco po łebkach, mniej uważnie się przyglądając, a więcej fotografując jak leci, żeby w domu móc przeczytać opisy na spokojnie. Problem rozbieżności w godzinach otwarcia zgłosiłam paniom w recepcji, obiecały, że podają dalej. W muzeum najbardziej podobała mi się ekspozycja ze składnikami stosowanymi w tradycyjnym japońskim lecznictwie - były tam zakonserwowane odpowiednio gąsienice, błonkówki, korzenie i inne cuda.

 


Ponieważ opuściliśmy Muzeum Farmacji wcześniej niż się spodziewaliśmy, poszliśmy na spacer ulicami Starego, a później Nowego Miasta. Szczur tłumaczył mi różne warszawskie sprawy. Napotkaliśmy między innymi miejsce, w którym stał dom Marii Konopnickiej, kilka tablic pamiątkowych znajdujących się w miejscach rozstrzelań i pomnik małego powstańca.
W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że stoimy obok Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie. Było otwarte do wieczora, więc weszliśmy. Dzięki temu, że mieliśmy dużo czasu, tym razem zdołałam wszystko obejrzeć dokładnie: pamiątki osobiste Marii i osób z jej rodziny, fotografie, sprzęt laboratoryjny... Czuję się łyso na myśl, że autobiografia Marii jest lekturą szkolną w Japonii, a u nas nie, i że jej nie czytałam. Myślałam nad zakupem tejże autobiografii, ale na razie z tego zrezygnowałam, mając w niedalekiej perspektywie dłuższy wyjazd. Może uda mi się ją wypożyczyć. Nie oparłam się jednak pocztówkom i folderom, zabrałam nawet folder po hiszpańsku, żeby sobie nieco poćwiczyć czytanie w tym języku.

 


Wieczorem odebraliśmy z dworca naszego gościa, Powszelatka. Gadanie i picie przeciągnęło się do późnych godzin nocnych, mimo że Szczurowi nie udało się namówić ani mnie, ani Powszelatka na swoje ulubione alkohole. Poszłam spać o trzeciej, zastanawiając się, czy Szczur da radę następnego dnia wstać w nastroju odpowiednim na wycieczkę. Nie doceniłam jednak jego możliwości w zakresie picia.

11.07
Był to dzień wycieczki do Kampinosu. Już dawno postanowiłam, że nie będę za każdym razem rozpisywać się o Kampinosie, ponieważ to dla mnie jedno z miejsc, które wymykają się słowom. 
Jak zwykle, widziałam kilka gatunków motyli (w tym włochatą, całkowicie białą ćmę), a także inne owady i żabę. Powszelatek opowiadał nam o spotykanych ptakach i znalazł w puszczy ptasi szkielet. 
Kiedy byliśmy mniej więcej w połowie trasy, zaczął padać ulewny deszcz. Próbowaliśmy przeczekać go pod wiatą, ale ponieważ deszcz wzmagał się, podjęliśmy decyzję o dalszej drodze. Przez całą drogę powrotną padało, dlatego szłam w pelerynie przeciwdeszczowej, w której zdaniem Szczura wyglądam jak w gigantycznej prezerwatywie (nie moja wina, że Szczur ma takie skojarzenia).
Aktualnie poszukiwany niewolnik do czyszczenia piknych trzewików po burzy w Kampinosie!
Na zachętę powiem, że połowa syfu już i tak odpadła w drodze.

12.07
O mało nie zapomniałam o tym dniu, pisząc pamiętniki, a to dlatego, że był jednym z tych niezbyt ciekawych dni po zażyciu mojego leku, kiedy z powodu jego skutków ubocznych głównie leżę brzuchem do góry. Dzień uważam jednak za dobry, ponieważ nie miałam problemów żołądkowych. Wieczorem poszłam z Powszelatkiem na długi spacer po Forcie Bema, a w drodze powrotnej zostałam wyhuśtana w hamaku. Kocham hamaki! Dostałam też w prezencie prześliczne pióro sójki.




13.07
Odwiedziliśmy warszawski ogród zoologiczny, w którym jak dotąd jeszcze nie byłam. Ze względu na zainteresowania Powszelatka, podczas zwiedzania w dużej mierze skoncentrowaliśmy się na ptakach. Nie żałuję tego, bo dowiedziałam się o nich naprawdę sporo. Wielu gatunków, które zobaczyłam, nie widziałam nigdy wcześniej. Zakochałam się w tukanie i jego uroczym sposobie manewrowania ogromnym dziobem. 






Motylarni niestety w warszawskim zoo nie ma - motyle można obejrzeć jedynie w dwóch gablotach, do tego pozbawione jakichkolwiek podpisów. 
Jeśli chodzi o inne zwierzęta, najbardziej zaciekawił mnie nieduży kopytny ssak spokrewniony ze słoniem, a największą radochę miałam z kilku minut podglądania surykatek. Oglądanie serialu o surykatkach pomogło mi przetrwać silne stany lękowe w bardzo, bardzo złym okresie na studiach. Na żywo jest jeszcze przyjemniej na nie patrzeć. 

16.07
Zaczyna się podróż i w ramach zabijania nudy w samochodzie postanowiłam zapisywać najlepsze teksty Szczura w czasie jazdy.
Szczur po 5 minutach jazdy:
"Jak widać, ścieżka rowerowa służy do tego, żeby Seba miał gdzie zaparkować".

Dojechaliśmy na Słowację po kilku godzinach jazdy. Podróż była trudna, a złożyło się na to kilka czynników: pół godziny stania w korku w jednej z miejscowości, brak map Słowacji w GPS-ie Szczura (nie chciały mu się ściągnąć) i pomylenie drogi tuż przed końcem. Nie udało nam się zahaczyć o kantor. Dla mnie najtrudniejsze było to, że choć od wczoraj dokładałam starań, by być jak najspokojniejsza, przez większość drogi męczył mnie silny ból brzucha. Teraz jestem już w pokoju w pensjonacie. Szczur jest wykończony prowadzeniem i śpi. Dalej dokucza mi brzuch, a co za tym idzie, także i lęk, bo te dwie rzeczy napędzają się wzajemnie. Chyba zbyt silne emocje mnie dopadły w związku z wyjazdem - a w zeszłym tygodniu było tak pięknie... Staram się jak najbardziej wyciszyć, choć nie jest łatwo. Na domiar złego w pokoju znalazłam zawieszony środek owadobójczy, co wzmaga mój lęk; wystawiłam jaja Safo na balkon. Z drugiej strony, w pokoju siedzą złotook, komar i parę muszek, więc może niepotrzebnie się obawiam. Nie działa mi zasięg w telefonie, ale na wieczory mam książki i laptopa do rozmawiania z kimś miłym.
Pomimo nieprzyjemnej jazdy samochodem, zdążyłam zauważyć, że okolica jest piękna. Są góry, rzeka, bardzo dużo zieleni. Są zamki. Cały zestaw relaksujących rzeczy. I oby udało się znowu zrelaksować i wyluzować, podobnie jak w zeszłym tygodniu.

17.07
Na Słowacji też pada. A ja po bardzo trudnej dobie, pełnej srogich załamek, chyba zaczynam się "odłamywać". Siedzę na balkonie po pierwszej udanej mini wycieczce do zamku, słucham deszczu, patrzę na latające w kółko od kilkunastu minut ptaki i oddycham powietrzem, które jest nie-sa-mo-wi-te.

19.07
"A droga wiedzie w przód i w przód..."
Czasem mi się wydaje, że żyliński kraj to jak dotąd najpiękniejszy kawałek świata, po którym jeździłam jako pasażer samochodu. Fakt, że za wiele to ja tego świata nie widziałam, ale i tak. 




25.07
Miałam przedziwny sen.
Śniło mi się, że byliśmy ze Szczurem w Norce i czekaliśmy na gości, którzy mieli przyjść. Szczur zaprosił swoich kuzynów. Przeżyliśmy jednak ogromne zdziwienie, gdy oprócz kuzynów zwaliła nam się na głowę cała kilkunastoosobowa rodzina Szczura (w rzeczywistości on takowej nie ma). Byli tam kuzyni - wszyscy ciemnowłosi i podobni do siebie jak jeden mąż, równie ciemnowłosa kuzynka ostrzyżona na krótko, ciotki, wujowie. Przynieśli ze sobą prezenty. W pierwszej chwili prawie dostałam meltdownu i miałam ochotę zamknąć się w łazience, ale wyszłam, gdyż Szczur potrzebował pomocy. Okazało się, że wszyscy ci ludzie myśleli, że skoro kuzyni zostali zaproszeni, to Szczur organizuje urodziny, i wprosili się. Nie mieliśmy wystarczającej ilości jedzenia dla tylu osób, więc porozmieszczałam na stole jak najładniej ciasto i słodycze, by wydawało się, że jest go więcej.
Nieco później Szczur pytał mnie o jakieś miejsce w Warszawie, bo jego rodzina domagała się, aby zawiózł tam kuzyna na jakieś zajęcia (?).
Jeszcze później okazało się, że jedna z obecnych kobiet nie jest krewną, lecz kochanką Szczura. Miała fioletowe włosy i dość mocny makijaż, nosiła różowy sweterek i w ogóle nie była w szczurzym typie, ani pod względem wyglądu, ani stylu bycia. Powiedziała mi ona na osobności, że Szczur od lat ją zwodzi, sypiając z nią, choć nie potrafi się ustatkować, że jest niezdecydowany, wraca do niej i znowu odchodzi, oraz, że ona ma tego dość. Nie wiem, jak to się stało, ale pocałowałam tę kobietę w usta (?!), a jednocześnie myślałam, że nie oddam jej Szczura. Potem zapytałam ją, czy Szczur ostatnio uprawiał z nią seks, czy tylko dawniej, gdy jeszcze z nim nie byłam. Ona powiedziała, że tak, robili to ostatnio, choć tylko raz. Wtedy uświadomiłam sobie, że to tylko sen, bo Szczur na pewno by nie zrobił czegoś takiego za moimi plecami, a nawet nie miałby na to czasu - i nagle obudziłam się.

26.07
Gdy Piesa i Bestia śpią tak blisko siebie, to może oznaczać, że:
a) któreś źle się czuje,
b) jest morderczy upał,
c) nadchodzi apokalipsa.
PS Piesa niestety musi spać na takich podkładach, bo ma już czternaście lat i problemy z trzymaniem moczu.




27.07
Jutro ruszamy w drogę do Nory. Początkowo planowaliśmy powrót w poniedziałek, ale ostatecznie cieszę się, że jedziemy już jutro. To był niełatwy tydzień. Fizycznie wypoczęłam, jedząc domowe obiadki mamy i sporo czytając, ale psychicznie mogłoby być lepiej.
Trzy dni upłynęły pod znakiem badań, które niestety musiałam wykonać właśnie teraz, w wakacje. Przez te badania rytm dobowy mój i Szczura był kompletnie rozregulowany. Po powrocie odsypialiśmy, a po przebudzeniu zwykle i tak byliśmy zbyt zmęczeni upałem, by gdzieś dalej pojechać. Załatwiłam w te dni, co mogłam. Nie można jednak mówić, bym wypoczęła psychicznie. O ile przed wakacjami stosunki z mamą były nieco lepsze, o tyle w tym tygodniu znowu stały się złe - mama narzeka mi dosłownie na wszystko, co robię, wszystko krytykuje, kwestionuje i z byle powodu podnosi na mnie głos. Jestem tym już bardzo zmęczona, zwłaszcza że padnięty Szczur nieustannie spał i rzadko miałam kontakt z kimś innym niż mama.
W czwartek pojechaliśmy po burzy do lasu, niewiele myśląc. Gdy analizowaliśmy potem tę sytuację, doszliśmy do wniosku, że po tych paru dniach wczesnego wstawania, siedzenia popołudniami w domu i słuchania mojej mamy tak bardzo zależało nam na jakimkolwiek wyrwaniu się z domu, że nie myśleliśmy logicznie. No i stało się. Próbując dojechać do lasu, Szczur wjechał w koleinę, przez co Naleśnik został ranny w brzuch, a dokładniej ma uszkodzoną pokrywę silnika. Czwartek, przez większość czasu nieznośnie monotonny, wieczorem zmienił się w iście sądny dzień. Były nerwy, krzyki, płacz, wreszcie meltdown. Szczegółów tej notatce oszczędzę, bo do tej pory mi nieco wstyd, że napięcie z kilku dni skumulowało się i tego wieczoru nie umiałam zupełnie zapanować nad emocjami. Dopiero około 22 byłam w stanie racjonalnie myśleć i spokojniej rozmawiać. Pogodziliśmy się ze Szczurem, po czym udało się obmyśleć plan działania, jednak ten dzień wykończył nas.
Staram się odnaleźć w pamięci dobre momenty tego tygodnia, takie nie tylko pożyteczne, ale naprawdę przyjemne - i niestety wiem, że nie było ich aż tyle, ile być mogło.
We wtorek byliśmy w lesie na bardzo, bardzo przyjemnym spacerze, poruszyliśmy tam sporo ciekawych tematów i zrelaksowaliśmy się na jakiś czas. Udało mi się znaleźć miernikowca i widłogonkę, jedną z najciekawszych gąsienic występujących w Polsce.
W środę urządziliśmy sobie kino pod chmurką. Oglądaliśmy "Strażników galaktyki", siedząc wieczorem na leżakach w ogrodzie. Wprawdzie w połowie seansu trzeba było przejść z laptopem do domu, bo komary wyruszyły na krwawy żer, ale i tak bardzo mi się spodobało takie oglądanie pod gołym niebem. Chciałabym tak częściej!
Dzisiaj mieliśmy dużo szczęścia, ponieważ udało nam się zaobserwować z balkonu całkowite zaćmienie Księżyca. Wieczór był niemal bezchmurny, a widok - cudowny. Od około 20:30 do 21:30, gdy cień na tarczy Księżyca rósł, obserwowałam bez przerwy, a później od czasu do czasu zerkałam na naszego satelitę, który wyglądał jak przykryty czerwoną zasłonką. Pstryknęłam parę zdjęć na pamiątkę, a Szczur także fotografował na miarę możliwości swojego sprzętu. Rodzice zaglądali na balkon. Około 21:30 zauważyłam Marsa, zawołałam więc ponownie rodziców, by przyszli popatrzeć. Był to pierwszy raz od kilku lat, gdy w pełni świadomie obserwowałam planetę. Jak dawniej, patrzenie w niebo dało mi lekkiego pozytywnego kopa. Staram się wierzyć, że kolejne dni przyniosą więcej dobrego, aniżeli ten tydzień, i myśleć o tych paru przyjemnych wydarzeniach
.

30.07

Przeglądając biblioteczkę Szczura, która potrzebuje solidnych porządków, znalazłam najbardziej obleśną i idiotyczną książkę, jaką kiedykolwiek widziałam: "Klub Julietty" Sashy Grey. Sasha Grey, jak poinformował mnie Szczur, bo ja się w świecie celebrytów niezbyt orientuję, jest byłą gwiazdą filmów porno.
Kiedy kartkowałam tę książkę, dosłownie na każdej stronie trafiałam na ohydne zdania, ale absolutnym hitem było stwierdzenie: "jego jaja, lepkie i mokre od potu i śluzu, obijające się o moją łechtaczkę".
- Ja tej książki nie czytałem - zarzekał się Szczur, wysłuchawszy cytatów. - Koleżanka mi pożyczyła, ale nie przeczytałem.
"Klub Julietty" można by dawać ludziom do czytania za karę. Nie dość, że toto jest tragicznie napisane, to przeczytanie całości grozi trwałym zniechęceniem do życia seksualnego. Jednocześnie szczerze współczuję autorce, jeżeli po latach pracy w branży pornograficznej potrafi postrzegać seks wyłącznie w taki sposób, sprowadzając go do nagromadzenia reakcji fizjologicznych, obrzmień i wydzielin ludzkiego ciała. Serio, to smutne.

Jeśli już mowa o seksie, na spacerze zaobserwowałam kowale.




sobota, 25 sierpnia 2018

[59] Gdzie byłam, kiedy mnie nie było


Właśnie: gdzie?

Przez większość czasu - w Norze, gdzie jak zwykle przez większość lata ładowałam akumulatory, cieszyłam się samotnością we dwoje (ewentualnie troje) i po prostu żyłam dniem dzisiejszym. Z dala od wszelkich domowych utarczek, wpracowych dram, internetowych burz i innych problemów z ludźmi. Oprócz Nory, wakacjowałam się między innymi na Słowacji. I nie pomyli się ten, kto powie, że na pewno pojechałam tam poznać kolejne zamki.

Kraj żyliński, jeden z dwóch sąsiadujących z Polską, zamkami stoi... W samej tylko okolicy Żyliny naliczyłam ich aż pięć, a wszystkie oddalone od małej miejscowości, w której się zatrzymaliśmy, o niecałą godzinę jazdy samochodem. Nie wszystkie udało nam się jednak odwiedzić, Hričov i Starhrad zostawiliśmy sobie na bliżej nieokreśloną przyszłość.


Budatín, znajdujący się w samej Żylinie, zapamiętam jako miejsce przełomu. To tu zaczęliśmy ze Szczurem dochodzić do siebie po serii niefortunnych zdarzeń z dnia poprzedniego.

Do zamku wchodziłam z duszą na ramieniu, osłabiona stresem i prawie pewna, że pocałujemy klamkę, bo w podróży nie udało nam się zahaczyć o kantor. Na szczęście moje pesymistyczne prognozy nie sprawdziły się. Za bilety zapłaciliśmy kartą. Pracownicy muzeum byli bardzo życzliwi - pomimo trudności w komunikacji (mówiliśmy raz po polsku, raz po angielsku, pomagając sobie gestami) udzielili nam wszelkich potrzebnych informacji, a także okazali wsparcie, gdy zawieruszyła mi się czapka. Kilka minut później podążaliśmy już za przewodnikiem przez zamkowe sale. Nawet to, że przewodnik oprowadzał w języku słowackim, ani trochę nie przeszkadzało, ponieważ wyposażono nas w karty z tłumaczeniem na angielski. Odniosłam wrażenie, że Słowacy w przeciwieństwie do Polaków nie robią ze wszystkiego problemu, są znacznie bardziej wyrozumiali i lepiej przygotowani na różne ewentualności.

Trudno w to uwierzyć, gdy patrzę na zdjęcia, ale po drodze na szczyt wieży doliczyłam się aż siedmiu pięter! W międzyczasie dowiedzieliśmy się co nieco o historii zamku, o panujących na nim rodach i ich losach. Oczywiście nie mogło zabraknąć dramatycznych legend, takich jak ta o nieszczęśliwie zakochanej Katarinie, zamurowanej żywcem z rozkazu jej własnego ojca.  Największe wrażenie zrobiło na mnie siódme piętro wieży, pełne zegarów, z których najstarsze mają ponad sto lat. Warto też wspomnieć o innych ciekawych eksponatach - w zbiorach muzeum znajdują się kości mamuta, uważane w średniowieczu za kości smoka, piękny portret cesarzowej Elżbiety Bawarskiej (Sissi) oraz najstarszy odnaleziony dokument w języku słowackim.








Rzęsisty deszcz, przesiąknięte ubrania, buty ciężkie od oblepiającego je błota - wyprawa do zamku Lietava dała mi do wiwatu. Wiedziałam, że zamek od lat jest w ruinie, ale nie sprawdziłam, na jakiej wysokości się znajduje (Wikipedia podaje, że 635 m n.p.m.), a pogodą za bardzo się nie przejmowałam, spodziewając się wycieczki na miarę Olsztyna czy Mirowa. A to był błąd!

Droga pod górę okazała się trudna - na szczęście dzięki kilku warstwom ubrań nie czułam zimna, ale błotniste ścieżki i śliskie korzenie pod nogami wymagały stuprocentowej koncentracji. Kiedy znalazłam się w murach Lietavy, przez kilkanaście minut siedziałam na ławie z rogalem i termosem, szczęśliwa, że się udało. Ulewa akurat odrobinę odpuściła, mogłam więc podziwiać widoki i przyglądać się pracom konserwatorskim (zamkiem opiekuje się stowarzyszenie, które dąży do poprawy jego stanu). Moja radość z odpoczynku nie trwała jednak długo. Gdy nadszedł czas pożegnania z zamkiem, deszcz znów się nasilił, przez co droga powrotna zmieniła się w naprawdę hardkorowe przeżycie. Kilka razy traciłam równowagę i tylko szczurze łapy ratowały mnie przed zaryciem nosem w błoto.

To jednak nie koniec... Po powrocie do pensjonatu czekała mnie wątpliwa przyjemność prowizorycznego prania swoich skarpet i gaci ubłoconych po kolana, a następnie czyszczenia butów, wyglądających jak siedem nieszczęść. Walka o czystość wyżej wymienionych elementów garderoby zajęła mi ponad godzinę. Później przez dwa dni czekałam, aż wyschną, bo na słońce przez cały pobyt na Słowacji nie było co liczyć. Nawet suszarka wypożyczona z recepcji niewiele pomogła. Najdłużej suszyły się moje wysłużone tenisówki, dlatego musiałam w przyspieszonym tempie przyzwyczaić się do kupionych miesiąc wcześniej adidasów, mimo że budziły we mnie niechęć jak każda nowa para butów.

Nie dziwię się, że w czasach swojej świetności zamek Lietava podobno nigdy nie został zdobyty. Oj, nie dziwię się!









Ostatnim zamkiem, który odwiedziliśmy, było Strečno - również ogromne, budzące respekt ruiny, tyle że zadbane i bardziej "ucywilizowane" po latach prac rekonstrukcyjnych. Choć dojście od parkingu do zamku nie jest nawet w połowie tak emocjonujące jak zdobywanie Lietavy, to właśnie ze Strečna można podziwiać najpiękniejsze widoki na górzystą okolicę.

Najbardziej znaną mieszkanką zamku jest Žofia Bosniakova, już za życia uważana za świętą. Poślubiona węgierskiemu palatynowi, Žofia zasłynęła jako opiekunka ludzi w potrzebie: ubogich, osieroconych, chorych. Póki co nie wiadomo, czy faktycznie zostanie wyniesiona na ołtarze - na ten temat znalazłam tylko krótką wzmiankę, że w 1997 roku rozpoczęto gromadzenie materiałów potrzebnych do beatyfikacji. W okolicy Strečna kult Žofii ma się jednak nieźle i da się to wyczuć, zarówno w przekazach pisemnych, jak i ustnych. 

Z kultem Bosniakovej wiąże się trochę mroczna, choć współczesna historia. Otóż ciało kobiety, odkryte ponoć w nienaruszonym stanie, było przez niemal trzysta lat wyeksponowane w oszklonej trumnie w kaplicy. W 2009 roku zostało jednak celowo podpalone przez chorego psychicznie człowieka, prawdopodobnie schizofrenika. Sprawca twierdził podobno, że Žofia była wampirem i nawiedzała go w nocy. Brr! Historia ta wywołała u mnie dość typową reakcję - znacznie bardziej niż zniszczeniem szczątek przejęłam się dalszymi losami podpalacza i próbowałam pytać o nie wujka Google. Mam nadzieję, że po leczeniu psychiatrycznym jego stan się poprawił. Może to i dziwne, nie wiem, ale ja ogólnie nie popieram wystawiania ludzkich zwłok na widok publiczny, zwłaszcza odkąd przeczytałam o wszystkim, co spotkało Rychezę.

Zamek Strečno zwiedza się z przewodnikiem, jeszcze wygodniej niż Budatín, bo karty z opisami pomieszczeń przetłumaczono na polski. Szczególnie klimatyczna jest zamkowa kuchnia. Jak przystało na wiecznego głodomora, natychmiast poczułam tam ochotę, aby z garów i paleniska zrobić użytek. Zwłaszcza że ziemniaki pieczone w ognisku to jedna z najpyszniejszych rzeczy, jakie w życiu jadłam. Może trzeba by to powtórzyć, hm...












piątek, 22 czerwca 2018

[58] Autotomia


Od kilku tygodni uczę się siebie od nowa.

Dowiedziałam się, między innymi, że granica pomiędzy podekscytowaniem a lękiem jest bardzo płynna, a tęsknotę można pomylić ze złością. Że potrafię być jak pies, który stoi przy bramie i patrzy, jak bliski mu człowiek oddala się - choć nic namacalnego, realnego nie zniewala mnie, nie potrafię po prostu odwrócić się i odejść, jak gdyby jakaś niewidzialna smycz napinała się coraz bardziej, im dłużej jestem daleko od drugiej osoby. Że marzę o scenariuszach nieosiągalnych w tym życiu i w tej rzeczywistości kulturowej, a już na pewno nie na dłużej niż chwilę.

Trudno jest w tym wieku definiować na nowo swoją tożsamość, szczególnie gdy trzeba do niej dodawać coraz to kolejne aspekty sprzyjające poczuciu wyobcowania. Już trzeci raz uczę się akceptować coś, co bardzo długo próbowałam wyprzeć, przekonując siebie, że nie do końca mnie to dotyczy. Uczę się, ale wciąż nie całkiem akceptuję, ponieważ zdaję sobie sprawę, że to kolejny mur pomiędzy mną a małym światem, w którym dorastałam. Jeszcze jeden sekret do udźwignięcia, jeszcze jeden punkt na liście faktów mogących mnie skreślać w oczach innych. Niekiedy tak bardzo się boję, że z całej siły pragnę ponownie odrzucić ten aspekt mojej osoby - jak część ciała, która naraża mnie na niebezpieczeństwo - ale on regeneruje się z zawrotną prędkością.

Patrzę na ludzi w wieku zbliżonym do mojego i wydają mi się oni tak mało skomplikowani w porównaniu ze mną... Mają mniej więcej tyle samo lat co ja, ale zdają się doskonale wiedzieć, kim są i dokąd zmierzają, a już na pewno nie kwestionują swojej tożsamości płciowej czy orientacji seksualnej. Znają samych siebie od lat. Tak bardzo im tego zazdroszczę...

Z pozoru nic się nie zmieniło. Spaceruję w długie, czerwcowe wieczory sennymi uliczkami mojej małej miejscowości, gdzie każdy detal dobrze znanych kątów przywołuje wspomnienia. Mijam ostatnie drewniane domy, które wciąż jeszcze istnieją, a czasem również ludzi znanych mi, odkąd pamiętam. Czy się to komuś podoba, czy nie, tu nadal starsi ludzie dokarmiają ptaki chlebem i wypuszczają czarny dym z komina, gdy biorą wielką kąpiel w przeddzień niedzielnej mszy świętej. Tu nadal sąsiedzi częstują siebie nawzajem nie tylko weselnymi kołaczami, ale także owocami ze swoich ogrodów. Jak dwadzieścia lat temu, gdy chodzę pomiędzy łąkami, spod stóp w najbardziej nieoczekiwanych momentach uskakują żaby. I prawdopodobnie nikt by nawet nie zauważył, że od niedawna regularnie rozklejam się, kiedy słyszę bażanty.

I tylko w środku wszystko jest inaczej.




sobota, 12 maja 2018

[57] Nietypowa majówka


Tegoroczną majówkę spędziłam bardzo nietypowo - a to dlatego, że... po raz pierwszy od lat nie pojechałam nigdzie na kilka dni. Do samego końca nie byłam pewna, czy oprócz świąt narodowych będę mieć dodatkowe dni wolne od pracy, więc nie mogłam zaplanować z odpowiednim wyprzedzeniem żadnego dłuższego wyjazdu. W ostatniej chwili okazało się, że będę jednak mieć długi weekend. Co zabawne, początkowo wcale nie napawało mnie to optymizmem. Nie potrafiłam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz zdarzyło mi się w długi majowy weekend spać we własnym łóżku - możliwe, że jeszcze przed maturą. Obawiałam się nudy, nieustannych scysji z mamą i brzydkiej pogody uniemożliwiającej relaks na świeżym powietrzu.

Czy czarne scenariusze się sprawdziły? Ależ skąd! Może i nie wyjechałam na majówkę, lecz majówka przyjechała do mnie - w osobie Szczura, który wyjątkowo skorzystał z urlopu i zamieszkał u mnie aż na osiem (!) dni. A były to naprawdę piękne dni, w większości słoneczne i niezwykle ciepłe. Temperatura rzadko spadała poniżej dwudziestu stopni.

Myślę, że nikogo, kto mnie zna, nie zdziwi, że kilka razy wybraliśmy się na spacer po najbliższym lesie. Nietrudno się też domyślić, że stała za tym nie tylko chęć obcowania z przyrodą. Znaczną rolę odegrał mój bzik na punkcie poszukiwania larw motyli, które o tej porze roku zaczynają pojawiać się tu i ówdzie. Misja "znaleźć gąsienice w majówkę" zakończyła się powodzeniem: wypatrzyliśmy zarówno moje ukochane niedźwiedziówki nożówki, jak i kilka przedstawicielek innych gatunków. Całe to towarzystwo, z wyjątkiem jednej larwy żerującej na nieznanej mi roślinie, zabraliśmy ze sobą. Ponieważ zaś włóczęgi sprowadzające się tylko i wyłącznie do szukania gąsienic nudziłyby Szczura, wyznaczaliśmy sobie też inne cele. Jednego dnia postanowiliśmy zdać się na nieznaną nam wcześniej drogę, drugiego dnia dotarliśmy do znajdującego się w lesie bunkra i malutkiej plaży nad zalewem, a jeszcze innym razem szukaliśmy ukrytych w lesie ruinek i spacerowaliśmy pomiędzy polami rzepaku. Zdjęć bunkra i ruinek postanowiłam jednak nie upubliczniać, żeby przypadkiem nie zainspirować kogoś do wyrzucania w tych miejscach śmieci, których już i tak tam nie brakuje.



 



We wtorek 1 maja wstaliśmy w nastroju do wyruszenia na kilkugodzinną wycieczkę. W wyniku internetowych poszukiwań jakiegoś niezbyt odległego zamku, którego jeszcze nie zwiedzaliśmy, padło na Tenczyn. Chwilę później odkryliśmy jednak, że tamtejszy zamek aktualnie nie jest udostępniany zwiedzającym. Szczur zaproponował więc zamek Lipowiec. I ten właśnie kierunek obraliśmy.

Muszę przyznać, że wcześniej albo o zamku Lipowiec nie słyszałam, albo (wersja bardziej prawdopodobna) kilka razy ta nazwa obiła mi się o uszy, ale nie została na dłużej w mojej głowie. Teraz, po wycieczce, trudno mi zrozumieć, dlaczego zamek ten nie jest w mojej okolicy równie popularny, co Ogrodzieniec czy Bobolice - nie pojawia się regularnie na tablicach fejsbukowych znajomych ani w programach wycieczek szkolnych. Jednocześnie bardzo się cieszę, że tak właśnie jest, bo dzięki temu idealnie nadaje się na jednodniową wycieczkę w świąteczny dzień.

Podczas zwiedzania dowiedziałam się co nieco o przeszłości zamku. Najstarsze jego murowane elementy, które zachowały się do dziś - wieża, studnia i system zespołu bramnego - powstały na przełomie XIII i XIV wieku, ale już wcześniej w miejscu, gdzie stoi Lipowiec, istniał zamek drewniany. Lipowiec zasłynął przede wszystkim jako forteca zbuntowanego biskupa Jana Muskaty, który właśnie tutaj przez kilka lat stawiał opór Władysławowi Łokietkowi. (Zabawne, że parę tygodni wcześniej czytałam o tej historii w "Damach polskiego imperium", ale nazwa zamku wypadła mi z głowy!). Od XIV do XVII wieku zamek pełnił funkcję więzienia dla duchowieństwa. Karę odbywał w nim między innymi Franciszek Stankar, włoski teolog i profesor Akademii Krakowskiej, osadzony za działalność reformacyjną. Dzisiaj do celi Stankara można zajrzeć przez otwór w drzwiach. Według legendy, zakochana w nim bez wzajemności kobieta pomogła mu w ucieczce, a następnie rzuciła się z zamkowej wieży i od tamtego czasu nawiedza zamek.

Skoro już mowa o wieży... to doskonałe miejsce, aby zmierzyć się ze swoimi problemami z równowagą i czuciem głębokim. Do końca nie byłam pewna, czy zobaczę panoramę okolicy, bo wysokie, kręte schody, momentami słabo oświetlone, same w sobie stanowiły dla mnie spore wyzwanie, a kiedy już się z nimi uporałam, okazało się, że na końcu jest jeszcze drabina. Stojąc pod drabiną i patrząc w górę, stwierdziłam, że tego już za wiele i wolę spasować. Szczur poszedł więc na górę sam. Kiedy jednak odpoczywałam sobie w komnacie, pojawiła się kobieta z kilkuletnim synkiem - ona próbowała namówić go łagodnie do wejścia na górę, on bardzo się bał. Żadne argumenty nie były w stanie przekonać go do postawienia nogi na drabinie. Dziwnym trafem nagle dostałam powera. Postanowiłam, że pokonam swój lęk i wejdę po drabinie, asekurowana przez Szczura, żeby zachęcić chłopca. No i wlazłam, pomimo że miałam pełne gacie ze strachu! Chłopiec też. Po tym wydarzeniu naszła mnie refleksja: może nie tylko dzieci potrzebują dorosłych, ale również my ich, żebyśmy mieli dla kogo stawać się odważniejszymi niż jesteśmy w rzeczywistości...






Zmotywowani należycie przez udaną wycieczkę do Wygiełzowa, 3 maja pojechaliśmy do Ojcowskiego Parku Narodowego, krainy formacji skalnych i ciekawych zabytków. Głównym celem były ruiny jednego z wielu zamków wybudowanych za panowania Kazimierza Wielkiego - zamku w Ojcowie. Zamierzaliśmy jednak również po prostu powałęsać się po okolicy.

Niestety, tym razem nie było już tak pięknie. Okazało się, że Ojców przeżywał właśnie oblężenie przez tłumy turystów. Całe rodziny Polaków spragnionych majowego wypoczynku, z różnokolorowymi plecakami i rozwrzeszczanymi z ekscytacji dziećmi, upatrzyły sobie na wycieczkę to samo miejsce, co my. Poczułam się zmęczona już po zejściu z wzniesienia, na którym znajdował się parking, bo chyba nic mnie tak nie męczy jak wymagające stuprocentowej koncentracji chodzenie po kamienistej drodze w połączeniu z koniecznością nieustannego myślenia o innych ludziach. Chodzenie tak, żeby nie wpaść na osoby idące z przodu i nie zderzyć się z tymi z tyłu, a jednocześnie nie stracić równowagi, to był hardkor. Później było tylko gorzej. Ponieważ wielu ludziom nie chciało się wydać dziesięciu złotych na płatny parking, spory kawałek drogi do zamku trzeba było przejść ulicą, na której pobocze z obu stron całkowicie zajmowały zaparkowane samochody. Zmuszona iść przed siebie, gdy jadące z naprzeciwka samochody mijały mnie o włos, czułam, jak wzbiera we mnie lęk; przypomniały mi się wszystkie koszmarne sny o samochodach próbujących mnie zabić. Kiedy wreszcie dotarliśmy do zamku, energii na zwiedzanie zostało mi bardzo mało.

W Ojcowie do dnia dzisiejszego przetrwały fragmenty murów obronnych, wieża (wejść się nie da - aktualnie w remoncie) i baszta, w której urządzono niewielką wystawę na temat przeszłości zamku. Spacerując wewnątrz zamkowych murów, można dowiedzieć się co nieco o florze i faunie parku narodowego z tablic informacyjnych, a później przyjrzeć się okolicznym skałom. Myślę, że ruiny zamku w Ojcowie są całkiem przyjemnym miejscem i dobrym punktem wyjścia do dalszego zwiedzania okolicy, my jednak po półtorej godziny skończyliśmy wycieczkę. Potężne przebodźcowanie trzymało nas jeszcze długo po powrocie, sprawiając, że Szczur błyskawicznie poszedł spać i przespał wiele godzin, a ja pierwszy raz od dawna zjadłam obiad w łóżku.







Długi majowy weekend przydał się nie tylko po to, aby znaleźć pierwsze w tym roku gąsienice, powłóczyć się po lasach i zwiedzić kolejne zamki. Udało mi się także wreszcie znaleźć czas na zainteresowania zaniedbane z powodu pracy. Chodziłam spać bardzo późno, żeby jak najwięcej wycisnąć z tych cudownych godzin pomiędzy północą a trzecią nad ranem, gdy nikt nie przerywa człowiekowi czytania książek, segregowania pocztówek i oglądania anime. Zmobilizowałam się nawet do zrobienia porządków w szafie z ciuchami i wyeliminowania z niej stosu prehistorycznych ubrań.

Wolne dni skończyły się jak zawsze za szybko, dając mi przedsmak wakacji i pozostawiając uczucie niedosytu. I znowu jest na co czekać...

niedziela, 29 kwietnia 2018

[56] O motywacji


Przez większość życia uczestniczyłam w różnego rodzaju testach i egzaminach wyłącznie jako uczeń, a później student. Zazwyczaj podchodziłam do nich spięta, z lepszym lub gorszym skutkiem próbując walczyć z przytłaczającym mnie stresem. W takich momentach koncentrowałam całą moją uwagę na przetrwaniu i zrobieniu tego, co do mnie należy. Zdarzały się też egzaminy łatwe, które nie stresowały nawet mnie, ponieważ ze względu na zakres materiału były dla mnie tylko formalnością. Wtedy myślałam głównie o tym, co będę robić, gdy będzie już po wszystkim: o jak najszybszym zdjęciu niewygodnych, formalnych ubrań, o pójściu do ulubionej kawiarni lub błyskawicznym powrocie do domu.

W ostatnich latach kilka razy miałam okazję spojrzeć na egzaminy z zupełnie innej perspektywy. Mniejsza o to, w jakich dokładnie okolicznościach się one odbywały - kto je pisał, gdzie, jaki był zakres materiału i tak dalej. Odkryłam, że gdy nie trzeba pod presją czasu i ze ściśniętym żołądkiem wykazywać się swoją wiedzą, można przyjrzeć się egzaminowi jako sytuacji społecznej i przy tej okazji poczynić ciekawe spostrzeżenia na temat ludzkich zachowań.

Tym, co solidnie mnie zdziwiło, był fakt, że nawet podczas egzaminów ludzie są świadomi obecności innych osób wokół siebie i że działania tych osób wywierają wpływ na ich własne działania. I nie mam tu wcale na myśli ściągania. Zazwyczaj, gdy minęła jedna trzecia czasu przeznaczonego na egzamin, osoby słabiej przygotowane nie próbowały już pisać, bawiły się długopisami i rozglądały się po sali z mniej lub bardziej niecierpliwymi minami. Moment przełomowy następował, kiedy pierwsza osoba decydowała się na zakończenie podejścia do egzaminu, odkładała swoją pracę i kierowała się do drzwi. Nagle, jakby za dotknięciem magicznej różdżki, w ślady tej osoby szli inni - jeden za drugim. W ciągu kilku minut liczba ludzi na sali zmniejszała się o około połowę. Pozostali, ci bardziej pochłonięci pisaniem, kontynuowali pracę i kończyli ją we własnym tempie.

Bardziej niż to, że wyjście z sali jednej osoby stawało się impulsem do wyjścia dla innych, zdziwiło mnie jednak, że nigdy wcześniej tego nie zauważyłam. W ciągu kilkunastu lat edukacji zdawałam kilkadziesiąt egzaminów. Spróbowałam przypomnieć sobie jakieś inne swoje spostrzeżenia na temat zachowania ludzi podczas egzaminów pisemnych z czasów, gdy sama do nich podchodziłam. Nie przypomniałam sobie żadnych. Koncentrując się na swojej pracy i swoim stresie, wyłączałam się całkowicie na ludzi dookoła. Nie patrzyłam. Nie słuchałam. Ponieważ nie potrafiłam szybko pisać odręcznie, nie traciłam czasu na rozglądanie się i zbędne czynności. Wychodziłam z sali, gdy musiałam albo czułam się do tego gotowa.

Później przyszła kolejna myśl, związana już bezpośrednio z gromadnym opuszczaniem sali przez zdających: ile razy w życiu zrobiłam coś tylko dlatego, że inni ludzie to robili? Owszem, przez długi czas chodziłam do kościoła, modliłam się i przystępowałam do sakramentów, choć nie czułam w sobie wiary, bo cała moja rodzina to robiła i nie widziałam żadnej alternatywy. Nadmiernie ulegałam też rodzinie w innych kwestiach. Jeśli jednak wyłączyć rodzinę - ludzi, z którymi mieszkam - ile razy zrobiłam coś z powodu innych? W jakich sytuacjach podążałam za przykładem rówieśników? Takich sytuacji już nie potrafiłam sobie przypomnieć, słowo daję. Ani jednej.

Miałam około dziesięciu lat, gdy po udziale w kilku szkolnych akademiach oznajmiłam, że w kolejnej już nie wystąpię, bo szkoda mi czasu na zostawanie z całą klasą po lekcjach na próbach. Próby były koszmarnie, wręcz śmiertelnie nudne. Koledzy i koleżanki z wielkim wysiłkiem dukali kilkuwersowe wierszyki albo i nie dukali, bo zapomnieli. Nauczycielka krzyczała na nich, że się nie nauczyli, i powtarzała to samo po dwadzieścia razy. Ja po dwóch, trzech próbach znałam na pamięć role wszystkich innych dzieci. Nie widziałam żadnego sensu w marnowaniu tam swojego czasu, podczas gdy w domu mogłam czytać lub obserwować swoje ślimaki. I powiedziałam to, komu było trzeba. Nic mi nie zrobili, bo za bardzo nie było co. Wcześniej chyba żadnemu dziecku nie przyszło do głowy, że nie musi.

Przez całą podstawówkę, gimnazjum, liceum jeździłam tylko na te wycieczki, na które chciałam. Niektórzy się czepiali - mnie i moich rodziców. Jeżeli jednak wiedziałam, że miałabym telepać się przez parę godzin autobusem, żeby na przykład obejrzeć głupawy film, który nie byłby dla mnie ani trochę interesujący, to nie było na mnie rady. Zdarzało się, że ta sama wycieczka bardzo ekscytowała mojego kumpla. Nie miało to na mnie wpływu.

W trzeciej liceum zdecydowałam, że nie pójdę na studniówkę. W tamtych czasach już dobrze wiedziałam, że nie znoszę imprez z tłumem ludzi, głośną muzyką i eleganckimi ciuchami, nawet jeżeli nie do końca sobie uświadamiałam, dlaczego. Wiedziałam między innymi to, że w kobiecych ubraniach czuję się bardzo źle, i to wystarczyło. Fakt, że dwie moje przyjaciółki poszły na swoje studniówki, nie miał znaczenia.

Tak było. Tak jest. I nie sądzę, żeby mogło być inaczej.

Większość ludzi była i jest dla mnie całkowicie neutralna - nie życzę im źle, nie wchodzę w paradę, ale zupełnie nie interesuje mnie, co sobie myślą o moim stylu życia, wyglądzie czy ulubionych sposobach spędzania wolnego czasu. Jeżeli ktoś jest mi bliski lub zwyczajnie go lubię, czasem daję mu się namówić na coś całkiem dla mnie nowego, lubię też czytać polecane przez przyjaciół książki, sporadycznie oglądam polecany film - ale to wszystko pod warunkiem, że poczuję autentyczne zainteresowanie. To, że inni coś robią lub czegoś nie robią, samo w sobie nigdy nie leży u podstaw mojej motywacji. Musi być coś jeszcze: ciekawość, związek z moimi zainteresowaniami, chęć zdobycia wiedzy na jakiś temat lub interesującego mnie, nowego doświadczenia... Coś z wewnątrz, co daje mi poczucie sensu. Jeżeli go nie czuję, nie ma na mnie mocnych. 

Jeżeli jesteś moim przyjacielem, kolegą, znajomym, proponuj mi różne rzeczy, które lubisz, ale nie złość się, gdy odmawiam. Nie bierz tego do siebie. Moja reakcja na Twoje propozycje dotyczy samej proponowanej czynności lub dzieła kultury i naprawdę nie ma związku z moją sympatią czy siłą przywiązania do Ciebie. Ty też bądź wobec mnie szczery, ponieważ tylko w ten sposób mogę się Ciebie nauczyć.


[Jako dodatek zdjęcia z ostatnich spacerów po lesie, a właściwie kilku lasach, bo chodzenie po lasach to akurat jedna z moich ulubionych czynności.]