niedziela, 21 kwietnia 2019

[75] W świecie zabawek


Koniec marca i trzy tygodnie kwietnia to był dla mnie niełatwy czas, mimo że ostatecznie jestem z tego okresu zadowolona. Postanowiłam sobie, że w kwietniu załatwię większość ważnych Życiowych Spraw, i załatwiłam.

Najbardziej stresowały mnie, jak zwykle, kwestie zdrowotne. Zrobiłam podstawowe badania i odwiedziłam czterech lekarzy, w tym dwóch najbardziej stresujących mnie specjalistów. Został już tylko jeden ważny lekarz plus dalszy ciąg (niestety) leczenia u dentysty. 

Poza tym zaliczyłam praktyki, nauczyłam się sama ogarniać PIT (kolega ojca zawsze pomagał całej naszej rodzinie się rozliczyć, ale wyjechał za granicę, dlatego przyszedł czas wziąć to na siebie), uporządkowałam swoje dokumenty, zorganizowałam imprezę w pracy. Zwierzaki zostały odrobaczone, zaszczepione, a zatem wszystko mają aktualne i mogą niedługo zaczynać sezon na spacery. Moja kochana stara drukarka została naprawiona, ku mojemu zdziwieniu kosztowało to niewiele - oby działała jak najdłużej. Pozbyłam się paru gratów. Przygotowałam i oddałam ponad sto zdjęć do wywołania. Załatwiłam też parę mniejszych zaległych spraw, jak książki czy listy do wysłania. Zostały mi wizyta u fotografa i wyrobienie nowych dokumentów tożsamości, a późną wiosną egzamin. 

Kto zna spektrowe preferencje, ten się domyśla, jak bardzo "kocham" załatwiać Życiowe Sprawy, zwłaszcza gdy trzeba po kilka razy rozmawiać z obcymi ludźmi, telefonować i tak dalej. Zresztą, myślę, że i neurotypowi nie przepadają za takimi rzeczami, a w kolejce do lekarza czy urzędu każdy dorosły rozmyśla, jak bardzo wolałby w tym czasie robić coś przyjemniejszego - normalka.

Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że tyyyle już załatwione, zwłaszcza ci najbardziej stresujący lekarze. Cieszę się tak bardzo, że aż musiałam sobie to wszystko wypisać, żeby uwierzyć.

Plany na najbliższy czas: zacząć sezon na motyle i podróże! :-)

A w międzyczasie postanowiłam zachomikować tu parę wspomnień, żeby w ramach kontrastu do wyżej wspomnianej "dorosłej" rzeczywistości zaprosić wszystkich chętnych do świata... zabawek.


Kto ma ochotę na długą podróż sentymentalną do lat swojego dzieciństwa, powinien wybrać się do Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach. Zgromadzono tam całe rzesze zabawek, począwszy od eksponatów z końca XVIII wieku, a skończywszy na współczesnych. Najbardziej ubawiliśmy się ze Szczurem na wystawie poświęconej zabawkom z lat 80-tych i 90-tych, gdzie co krok wydawaliśmy okrzyki: "O, pamiętam to!", "Miałem taki sam", "Taką samą grę mieliśmy w przeszkolu!". Bardzo żałuję, że nie przywiozłam stamtąd choć kilku przyzwoitych zdjęć, bo nie dysponowałam jeszcze wtedy swoim obecnym aparatem i musiałam używać telefonu. Tych kilka zdjęć, które mam, nie oddaje ani ułamka magicznej atmosfery Muzeum.
Zastanowiły mnie... a właściwie poruszyły, losy zabawek, które pamiętają II wojnę światową. Wiele z nich zostało oddanych do muzeum przez ich właścicieli, którzy przeżyli wojnę, dorośli i postanowili podzielić się z innymi historią swojej ukochanej (często jedynej!) zabawki.
Zaskoczył mnie... widok drewnianej kaczki na kółkach, ponieważ miałam niemal identyczną we wczesnym dzieciństwie. Wiąże się z nią cała historyjka. Jako trzy-, czterolatka bardzo lubiłam tę zabawkę, codziennie wlokłam ją za sobą na spacerach. Pewnego dnia zezłościłam się o coś na moją mamę i pod wpływem emocji przerzuciłam kaczkę przez płot, na pierwszą lepszą działkę. W tamtym okresie przerzucanie różnych przedmiotów przez ogrodzenia bardzo mnie bawiło. Lubiłam, gdy dorosłych to denerwowało. Mama jednak nie rozgniewała się, tylko zastosowała metodę naturalnych konsekwencji - nie poszła do właściciela działki poprosić o kaczkę. Już nigdy tej zabawki nie odzyskałam. Do dziś pamiętam swoje zdziwienie, gdy sobie uświadomiłam, że straciłam kaczkę. Zupełnie się tego nie spodziewałam.
Rozśmieszył mnie... pewien list, który napisał do telewizji "chłopiec w średnim wieku". Ja tam nigdy nie narzekałam na nudę, potrafiłam robić sobie zabawki z niczego. Ciekawe, czy współcześnie autor listu znalazłby dla siebie na rynku coś wystarczająco "sęsownego"?








W Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie można zwiedzić, poza mniej lub bardziej ciekawymi wystawami czasowymi, również kilka muzeów mających tam swoją stałą siedzibę. Jednym z nich jest Muzeum Domków dla Lalek. Jeżeli komuś się wydaje, że nazwa ta sugeruje coś ciężkostrawnego dla wszystkich oprócz małych dziewczynek, a już na pewno dla facetów - nic bardziej mylnego!  Zamknięte w gablotach domki to prawdziwe dzieła sztuki, które zachwycają detalami, pomysłowością i starannością wykonania, a zarazem miniatury opowiadające historie z minionych epok i odległych krajów. 
Zastanowiło mnie... że wiele domków zostało wykonanych własnoręcznie przez ojców dla dzieci. Ilu rodziców w XXI-wiecznej Europie, w czasach podejścia "masz tu tablet, pobaw się", samodzielnie zrobiło jakąś zabawkę dla swojego dziecka? 
Zaskoczyły mnie... domki o tematyce sakralnej, zwłaszcza te, które ze szczegółami przedstawiają... pogrzeby.
Rozśmieszyła mnie... szczurza szkoła. Oczywiście ja i Szczur nie mogliśmy przejść obok niej obojętnie. Gdyby się dało, zapewne byśmy taką kupili.











Wystawę budowli z klocków Lego widziałam już dwa razy, w dodatku w dwóch różnych miastach, ponieważ ta ogromna wystawa po każdej zmianie eksponatów zatrzymuje się w większych miastach w całej Polsce. A zobaczyć na niej można chyba wszystko, co przychodzi człowiekowi do głowy: repliki słynnych budowli, pojazdy, ludzi zasłużonych dla sztuki, nauki i sportu, wydarzenia historyczne, postaci i budowle z książek, filmów, seriali, gier... Samych tylko smoków (uwielbiam smoki!) doliczyłam się chyba dziesięciu. Każdy znajdzie coś dla siebie.
Zastanowiło mnie... czy jest coś, czego nie da się zbudować z klocków Lego? Prawdę mówiąc, wątpię. Ostatnio hitem był największy na świecie Titanic z klocków Lego, składający się z pięciuset tysięcy elementów. Nie sfotografowałam go, bo nie mieścił się w kadrze.
Zaskoczyła mnie... część poświęcona ludzkiemu ciału, gdzie zaprezentowano między innymi budowę serca, szkieletu, układu pokarmowego, mózgu, krwi. Myślę, że może to być dla dzieciaków niezapomniana lekcja anatomii... pod warunkiem, że uda się je na chwilę odciągnąć od Dartha Vadera czy Hogwartu.
Rozśmieszyły mnie... postaci z Doliny Muminków. Książki z cyklu o Muminkach były pierwszymi bardziej wymagającymi (dużo tekstu, mało ilustracji) książkami, jakie przeczytałam. Mam do nich sentyment. Wiecie, że Bobek w ogóle się w oryginale nie pojawia? Stworzono go na potrzeby animacji.














Niestety, nie wszystkie zabawki mają tyle szczęścia, by na starość trafić w kolejne przyjazne ręce lub do muzeum. Zdarza mi się spotykać takie okazy na spacerach - porzucone na ulicy, w lesie, nawet powieszone na drzewach. Na niektóre aż przykro patrzeć, bo ząb czasu zdążył porządnie je nadgryźć. Nie zawsze są w jednym kawałku. Czasami wyglądają tak dziwacznie, że przywodzą na myśl słynną meksykańską Wyspę Lalek, jak ta głowa lalki napotkana w lesie. 

Czy zabawki zasługują na godną starość? Tak postawione pytanie może się wydać śmieszne, zwłaszcza że ogólnie mamy jako gatunek wielki problem ze starością - a to słyszy się o dziadkach oddawanych do szpitala na święta, a to o porzuconych stareńkich zwierzętach, to znowu o zabiegach mających przedłużyć młodość. Nie ulega jednak wątpliwości, że lasy zasługują na więcej szacunku. I że nie brakuje ludzi chętnych dać zabawkom nowe życie.






sobota, 6 kwietnia 2019

[74] Jak Szczur odczarował Zakopane


Od dawna obiecywałam sobie, że napiszę o moim pierwszym od lat wyjeździe w Tatry, i jakoś nie potrafiłam się do tego zabrać. Po pierwsze, z Zakopanego przywiozłam mnóstwo zdjęć, z których trudno było mi wybrać rozsądną ilość do opublikowania. Po drugie, moje pamiętniki z tego wyjazdu są wyjątkowo skąpe i nie opisują nawet połowy wycieczek. Był to jednak dla mnie wyjazd bardzo ważny, jeśli chodzi o pokonywanie swoich wewnętrznych barier, i choćby tylko z tego powodu nie chciałabym go pomijać milczeniem. A są jeszcze przecież inne powody, małe i duże, związane głównie z tatrzańską przyrodą, za którą od tamtej pory ciągle tęsknię.

Wszystko zaczęło się pewnego dnia w drugiej połowie sierpnia, w bardzo nieoryginalny sposób: Rosomak i Szczur władowali do samochodu tuzin bagaży, włącznie z jajami i poczwarkami motyli, i wyruszyli na południe...


08/18
Kiedy późnym wieczorem wjeżdżaliśmy do Zakopanego, było tak ciemno, że nie miałam szans zobaczyć, jak wygląda nasz pensjonat, a co dopiero mówić o okolicy. Jedyne, co widziałam, to niebo - bardzo dobrze widoczne w tej stosunkowo ciemnej okolicy, a więc pełne gwiazd, z wyraźnie zaznaczoną Drogą Mleczną.
Niemałe zdziwienie przeżyłam rano, gdy się okazało, że z balkonu mam widok na góry i piękne góralskie domy. I to taki widok, którego nic nie szpeci - żadne ściany ani śmietniki, jak to czasami bywa.
Szczur długo namawiał mnie na wyjazd do Zakopanego, co najmniej od dwóch lat. Ja natomiast długo opierałam się, ponieważ mój jedyny dotychczas wyjazd do tego miasta sprawił, że nie miałam ochoty tam wracać. Nawet Świetlikowi ani razu nie udało się mnie na to namówić. Od czasu nieudanej dla mnie szkolnej wycieczki Zakopane kojarzyło mi się tylko z zatłoczoną, nieprzyjemną drogą do Morskiego Oka, hałaśliwymi Krupówkami i dyskoteką, która należy do moich najgorszych wspomnień ze szkoły. Zwłaszcza z dyskoteką, bo skończyła się ona dla mnie bardzo szybko - ucieczką do pokoju i płaczem po tym, jak chłopcy z równoległej klasy mnie wyśmiali, a jeden obmacał.
Kto wie - może właśnie przyszedł czas, żeby rozprawić się z tym kawałkiem przeszłości i odczarować Tatry? Szczur gorliwie zabrał się do tego zadania. Już dziś zafundował mi niemałą porcję cudownych widoków, dźwięków i zapachów. Wybraliśmy się do Doliny Olczyskiej, na spacer niedługi, ale klimatyczny. A tam - zakochałam się w górskich strumieniach. Szczur zaś, chcąc zamoczyć stopy w jednym z nich, poślizgnął się i skąpał się w zimnej wodzie aż po szyję.
Jeszcze na początku spaceru byłam spięta i nerwowa. Prawie wszystko przeszło jak ręką odjął, gdy, zajęta dłubaniem przy torbie na aparat, niespodziewanie usłyszałam soczyste PLASK i "Cholera jasna!", po czym moim oczom ukazał się komicznie ociekający wodą Szczur wygrzebujący się z wody. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak szczerze się śmiałam z czegoś tak banalnego. Żeby nie było, śmiać się mogłam, bo on sam się śmiał. Cieszył się nawet, że będzie mu mniej gorąco. Gryzoń jedyny w swoim rodzaju, nie?



 
08/19
Poszliśmy dzisiaj z Kuźnic do schroniska na Hali Kondratowej. Ta wycieczka, choć również niedługa, była już bardziej wymagająca dla mnie, biorąc pod uwagę moją lichą kondycję i niepewność grawitacyjną. Początek nie należał do najprzyjemniejszych, trzeba było bowiem przez 15 minut iść po brukowanej drodze, z gatunku tych, za jakimi nie przepadam nawet w miastach. Bruk szybko jednak ustąpił miejsca kamienistej drodze wiodącej przez las. Przez pewien czas towarzyszył nam urokliwy szum potoku płynącego w dole. Druga połowa szlaku, składająca się już wyłącznie z dużych kamieni, dostarczyła licznych bodźców mojemu układowi przedsionkowemu... że nie wspomnę o ćwiczeniu koordynacji wzrokowo-ruchowej! Na szczęście udało się dotrzeć do schroniska.
Polubiłam schronisko na Hali Kondratowej - podobają mi się domy budowane w tym stylu, a w środku panuje kojący półmrok, idealny po zmaganiach ze słoneczną pogodą. Czerwone firanki przykuwały moje rozmiłowane w szczegółach oko, że hej.
Podczas schodzenia, tuż po pokonaniu najbardziej kamienistego odcinka, a więc w połowie drogi, spotkaliśmy wchodzącego do góry Pana, który zagadnął Szczura:
- Czy tak jest już do końca?
- Tak - przyznał gryzoń.
- Oj, pan mnie chyba nie lubi! - zaśmiał się Pan.
Poczułam ulgę, że nie tylko dla mnie chodzenie po głazach jest wyzwaniem!

 





Ostatnie dwa zdjęcia są z wjazdu kolejką linową na Gubałówkę i z samej Gubałówki. Szczur uznał wczoraj wieczorem, że powinnam tego doświadczyć, i faktycznie jazda kolejką po zmroku zrobiła na mnie wrażenie. W Gubałówce jednak się nie zakochałam - zero tam dzikości, atmosferę można porównać do wielkiego jarmarku czy festynu, zwłaszcza że na szczycie akurat odbywał się koncert. Dopisał za to Księżyc, widoczny niemal idealnie w połowie - i był to pierwszy raz, gdy oglądałam go z tak wysoka.
Od wczoraj byliśmy również dwa razy na Krupówkach. Za pierwszym razem chodziliśmy długo, aż w końcu Szczur się niestety przebodźcował. Druga wizyta była bardziej udana - zahaczyliśmy o początek Krupówek, gdzie Szczur zjadł cały talerz placków ziemniaczanych, a ja kupiłam pocztówki do wysłania znajomym i płyty z muzyką góralską. Polubiłam przywożenie z wyjazdów płyt z muzyką charakterystyczną dla odwiedzanego regionu - moim zdaniem są o wiele bardziej sensownymi pamiątkami niż na przykład pluszowe jednorożce i emotki, jakich pełno na Krupówkach.

08/20
Kolejny raz pobiłam swój rekord w zakresie nieogaru.
Chciałam wysłać pocztówkę cioci, ale nie pamiętam numeru domu, tylko nazwę ulicy, więc próbowałam znaleźć jej dom w Google Maps. I wtedy się okazało, że nie umiem rozpoznać domu cioci.

08/22
Jest już co najmniej jedno miejsce w Tatrach, które nie tylko polubiłam, ale wręcz pokochałam - to Dolina Strążyska. I wcale nie dlatego, że ta planowana od dwóch dni wycieczka była jak dotąd najłatwiejsza, choć rzeczywiście była. Po prostu poraziła mnie ilość szczegółów. Gdybym mogła, co pięć minut przysiadałabym na półgodzinne obserwacje, żeby się tak skutecznie na wszystko napatrzeć, by się nie dało zapomnieć.
Jakie tam widoki na ścianę Giewontu! Jaki spokój...! Jaki piękny strumień przez całą drogę towarzyszy wędrującym - a to z prawej, a to z lewej, to znów przecinając szlak pod mostkami! Jak czysta i zimna jest woda w tym strumieniu! A to jeszcze nie wszystko, bo spacer kończy odpoczynek przy najprawdziwszym wodospadzie... pierwszym tak wysokim wodospadzie, jaki widziałam na własne oczy. Nazywa się Siklawica.
Na szlaku spotkaliśmy mnóstwo rodzin z dziećmi, od niemowląt niesionych w chustach po samodzielnie pokonujących kamienie dzieci w wieku szkolnym, więc chyba można Dolinę Strążyską bez obaw polecić wszystkim dzieciatym. Odnotowałam, że dzieci zachowywały się wyjątkowo cicho. Możliwe, że na nie też działa magia tego miejsca.






W tym miejscu komputerowe notatki urywają się, bo zwyczajnie szkoda mi było czasu na pisanie. Zastanawiałam się po powrocie, czy nadrabiać te braki, i ostatecznie doszłam do wniosku, że to, co zostało napisane, oddaje moje wrażenia w pełni. Kolejne dni były podobne: Szczur zabierał mnie na niedługie wycieczki, w sam raz dla kogoś zupełnie początkującego, a ja uczyłam się utrzymywać równowagę i zachwycałam się detalami po drodze. Najczęściej zatrzymywałam się, żeby nacieszyć się szumem i kojącym dotykiem wartko płynącej wody. Nad każdym strumykiem musiałam choć przez chwilę posiedzieć. Innym cudownym odkryciem było drzewo, po którym spływała różnokolorowa, intensywnie pachnąca żywica.

Jednego dnia rozdzieliliśmy się, ponieważ po kilku dniach chodzenia z rzędu potrzebowałam dłuższego odpoczynku. Gdy ja czytałam i wypisywałam pocztówki, Szczur w ekspresowym tempie wszedł nad Czarny Staw Gąsienicowy. Po wznowieniu wspólnych wycieczek poszliśmy Doliną ku Dziurze do jaskini zwanej Dziurą lub Zbójecką Jamą. Ostatniego dnia weszliśmy na Myślenickie Turnie, gdzie znajduje się stacja przesiadkowa kolejki linowej, a Szczurowi udało się zrobić mi zdjęcie dokładnie w momencie, gdy za mną znajdował się wagonik.

Nie mogę się doczekać, kiedy znowu pojadę do Zakopanego, zwłaszcza że mam tam już ulubiony pensjonat, taki z miłymi właścicielami, domową atmosferą i pysznymi obiadami. Nie wiem jeszcze, kiedy to będzie. Na razie planuję inny wyjazd i mocno zaciskam kciuki, żeby wypalił. Jedno jest pewne: warto było powalczyć ze złymi wspomnieniami. Żadne miasto na mapie Polski nie kojarzyło mi się tak źle jak Zakopane, słowo daję. Teraz niewiele jest miast, do których tak bardzo chcę wracać.








 

niedziela, 17 marca 2019

[73] Kropelka


It's like forgetting
The words
To your favourite song

You can't believe it
You were always singing along

Regina Spektor, Eet


Ostatni tydzień nauki w piątej klasie podstawówki miał być jak worek Świętego Mikołaja.

Nadszedł dzień, którego nie mogłam się doczekać od dłuższego czasu: naładowany po brzegi autokar zabrał moją klasę i jedną z niższych klas na wycieczkę do Ojcowa. Jakby tego było mało, nauczycielka przyrody zapowiedziała, że dwa dni po wycieczce autokarowej wybierzemy się do lasu.

Choć od urodzenia uwielbiałam przyrodę jako taką, nie przepadałam za przedmiotem o nazwie "przyroda". Zanim poszłam do czwartej klasy, przeczytałam podręcznik i nie mogłam się doczekać, jakie też to fascynujące rzeczy będziemy robić na tych lekcjach. Na pierwszych zajęciach wydawało się, że faktycznie tak będzie, bo oglądaliśmy mikroskop i inne ciekawe elementy wyposażenia pracowni. Z biegiem czasu okazało się jednak, że w szkole nawet przyroda potrafi być śmiertelnie nudna. Lekcje niewiele się od siebie różniły. Zazwyczaj dostawaliśmy do zrobienia w zeszytach jakieś ćwiczenie na podstawie podręcznika, sprawdzaliśmy je wspólnie, nauczycielka trochę się produkowała przy tablicy, po czym zajęcia kończyły się. Nigdy nie wychodziliśmy na dwór. Czasem oglądaliśmy filmy, jednak nie przypominały one tych, które oglądałam w weekendy z tatą. Sprawiały wrażenie nakręconych sto lat temu, z lektorami o głosach tak usypiających, jakby nie istniało nic bardziej nużącego od zwierząt.

Nauczycielka była osobą humorzastą, oczekiwała bezwzględnej dyscypliny i łatwo traciła cierpliwość. Nie lubiła hałaśliwych chłopców, których ciągle trzeba było upominać. Nie lubiła też mnie, bo wierciłam się, często kończyłam ćwiczenia wcześniej niż inni i nie umiałam usiedzieć cicho, zabierałam głos nieproszona albo zadawałam dziwne pytania. Miała w klasie kilkoro pupilków - ciche, potulne dzieci, zazwyczaj dziewczynki, które nigdy nie odzywały się niepytane. Jej totalnym przeciwieństwem była nauczycielka historii, dlatego w tym czasie moim ulubionym przedmiotem stała się historia. Mimo wszystko, odkąd usłyszałam o planowanym wyjściu do lasu, naiwnie wierzyłam, że coś się zmieni. Może teraz, w szóstej klasie?

Wyglądałam podekscytowana przez okno autokaru, ściskając pierwsze samodzielnie kupione pocztówki do mojej kolekcji. Od czasu do czasu zerkałam do tyłu, na młodszego kolegę, którego kojarzyłam z konkursu biblijnego. Miałam ochotę z nim pogadać, ale nie wiedziałam, jak zacząć.

Nagle wszystko się pokiełbasiło. Wycieczka do Ojcowa nie skończyła się tak, jak się wszyscy spodziewali. Nauczyciele byli bardzo niezadowoleni z zachowania kilku chłopców, choć nie jestem już w stanie odtworzyć, na czym polegały ich przewinienia. Najprawdopodobniej były zupełnie typowe dla wieku: chłopcy zaczepiali siebie nawzajem, zagłuszali przewodnika, nie wykonywali poleceń dorosłych wystarczająco szybko, może ktoś naśmiecił w autokarze. W drodze powrotnej nauczycielka przyrody zabrała głos i w ostrych słowach oznajmiła, że wyjście do lasu nie odbędzie się. Nie zasłużyliśmy, żeby nas zabierać na kolejną wycieczkę, bo nie potrafimy się należycie zachować, gdy dorośli chcą nam sprawić przyjemność. Zostaniemy w szkole i obejrzymy film.

Byłam oburzona. Nienawidziłam, gdy dorośli obiecywali coś i nie dotrzymywali słowa. Jeszcze bardziej nienawidziłam odpowiedzialności zbiorowej. Pierwszy raz mieliśmy robić coś ciekawego na przyrodzie, a tu takie buty!

- No nie, słyszałaś? - zapytałam osobę siedzącą obok. - To nie fair! Żeby chociaż te filmy były ciekawe... Znowu będziemy oglądać jakieś nudy o krojeniu dżdżownic. 

Następnego dnia nie obejrzeliśmy jednak żadnego filmu. Zaraz po tym, jak nauczycielka przyrody wprowadziła nas do pracowni historycznej, ponieważ upał dawał się we znaki i w jej własnej sali panował nieprzyjemny zaduch - nigdy nie zapomnę, że to była właśnie ta sala - zaczęła się wielka awantura. Nauczycielka w ironiczny sposób poinformowała klasę, że nie będziemy nic oglądać, zamiast tego będziemy pomimo upału uczyć się z podręcznika, bo dzień wcześniej ja ośmieliłam się skrytykować jej metody nauczania. Byłam w szoku, zwłaszcza że to, co powiedziałam, nie było przeznaczone dla jej uszu - wyraziłam swoje zdanie w rozmowie z inną osobą, a nauczycielka najzwyczajniej w świecie podsłuchała, co mówiłam. Mimo to nauczycielka poczuła się śmiertelnie urażona; przedstawiła sytuację w taki sposób, jakbym popełniła jakąś niewybaczalną zbrodnię przeciw jej autorytetowi, za którą karę poniosą wszyscy znajdujący się w pobliżu. Następnie wygłosiła tyradę na temat mojej zarozumiałości, bezczelności i innych cech, jakie mi przypisała. Przez długi, długi czas szydziła ze mnie na oczach całej klasy. 

Pamiętam to, jakby to było wczoraj: stałam pośrodku sali, wiedząc, że każda z dwudziestu par oczu w tym niedużym pomieszczeniu jest wpatrzona we mnie, ale na żadnej twarzy nie widząc zrozumienia. Czułam się, jakby wszyscy dookoła śmiali się ze mnie, choć jeśli pominąć głos nauczycielki, panowała absolutna cisza. Nie wiem, co było gorsze: jej rozeźlony głos czy właśnie ta cisza, której nie zakłócił nawet pojedynczy szept, bo wszyscy za bardzo bali się ściągnąć na siebie gniew dorosłych. Najgorsza była jednak świadomość, że nikt nie przyjdzie mi z pomocą, ani teraz, ani później, gdy nauczycielka wyjdzie. C., jedyna osoba, na której wsparcie mogłabym liczyć, uczył się teraz w innej szkole. Byłam sama. 

Przez cały czas miałam pewność, że racja jest po mojej stronie, nie tylko co do filmów i odwołania wycieczki, ale też co do tego, że mam prawo do własnego zdania, a obrażanie się o słowa przeznaczone dla cudzych uszu to absurd. Początkowo próbowałam się bronić, wytłumaczyć swoje stanowisko, ale to tylko pogarszało sytuację. Nauczycielki nie interesowało, co myśli dwunastoletni dzieciak. Po paru minutach już nie mówiłam. Nie byłam w stanie. Im dłużej trwało to wszystko, im dłużej czułam na sobie spojrzenia tylu osób, tym bardziej narastała we mnie panika. Byłam gadułą, ale jednak introwertyczką, i występy przed dużą liczbą ludzi zawsze wywoływały u mnie lęk, a to było znacznie gorsze od jakiejkolwiek szkolnej akademii. Serce mi waliło, miałam nogi jak z waty i ręce zlane potem. Kiedy byłam już wystarczająco roztrzęsiona, żeby nie umieć wykrztusić słowa, nauczycielka posłała kogoś po wychowawczynię mojej klasy, po czym poinformowała ją o mojej wielkiej winie. Także w obecności wszystkich dzieci z klasy. 

Nie wiem, ile trwało to zajście w rzeczywistości. Możliwe, że trwałoby krócej, gdybym okazywała więcej emocji, a moja zacięta mina dodatkowo rozsierdziła nauczycielkę. Niewiele zostało na tej lekcji czasu na naukę, zrobiliśmy tylko jakąś krótką notatkę o gwiazdach. Trzęsła mi się ręka. W moim odczuciu, gdy zadzwonił dzwonek na przerwę, od poprzedniej przerwy minęły całe wieki. Jakbym w międzyczasie postarzała się o sto lat.

Pozornie nic się nie zmieniło. Z zewnątrz pozostałam tą samą osobą: dobrze się uczyłam, wygłupiałam się, jeździłam na rowerze, dużo czytałam. Ale kiedy dostałam podręcznik do szóstej klasy, nie przeczytałam go w wakacje, jak to robiłam dotychczas. W środku coś we mnie zgasło. W szóstej klasie nie wypożyczałam już książek o zwierzętach, nie oglądałam z tatą filmów. Nie były to efekty świadomej decyzji, raczej coś, co się zadziało wbrew mojej woli i o czym sama długo nie wiedziałam.

Gdy patrzę wstecz, wydaje mi się niemożliwe, żeby jedno zdarzenie mogło aż tyle popsuć w upartym dzieciaku podobnym do mnie. Przecież poprzednie lata obfitowały w konflikty z rówieśnikami i nauczycielami. Raczej była to ta decydująca kropla, która przeważyła szalę, jak w przypadku trucizny. Szkoła truła mnie kropelka po kropelce od pierwszego dnia, karząc za dociekliwość, szczerość, zainteresowania...

Słońce nadal wschodziło na wschodzie, a zachodziło na zachodzie.

Burze przychodziły i odchodziły.

Tego lata po raz pierwszy od dawna nie było ani jednego ślimaka w moim domu.



piątek, 22 lutego 2019

[72] Życie seksualne aspich


Kilka razy w moich rozmowach ze Szczurem i innymi osobami ze spektrum przewinął się temat nikłej obecności tematu życia seksualnego w dyskursie o autyzmie.
- Wiesz, wkurza mnie, że o seksualności osób ze spektrum autyzmu piszą i wypowiadają się głównie neurotypowi - narzekałam. - A jeżeli już ktoś się wypowiada, to najczęściej o masturbacji dzieci i o podatności autystów na molestowanie seksualne, jakby nie istniało nic innego do powiedzenia. 
- To może ty napisz? - słyszałam w odpowiedzi.
No i postanowiłam, że napiszę. Na wstępie jednak muszę podkreślić, że wszystko, co piszę, dotyczy mojej perspektywy - moich doświadczeń, moich problemów i spraw ważnych dla mnie. Możliwe, że niektórzy odnajdą siebie w tym, co napisałam, ale na pewno nie wszyscy. To mój głos. Nie należy traktować go jako ogólnych prawideł - wbrew tytułowi, który jest żartobliwym nawiązaniem do tytułu słynnej książki "Życie seksualne dzikich", nie jesteśmy tacy sami. :)

Fakt, że akurat ja czuję potrzebę pisania o seksie, jest nieco zabawny, bo ten temat nie interesował mnie długo - wręcz zadziwiająco długo jak na małego, a później młodego człowieka. Owszem, już w wieku kilku lat zadawałam dorosłym mnóstwo kłopotliwych pytań, od których jeżyły się włosy na głowach. Wypytywałam ich o śmierć, anioły, wyginięcie dinozaurów, hinduskich bogów, przepowiednie królowej Saby, bliźnięta syjamskie, budowę i zwyczaje zwierząt. Nie zawracałam sobie jednak głowy rozmnażaniem Homo sapiens. Pamiętam, że kiedyś znalazłam w czasopiśmie "Claudia" rysunki przedstawiające pozycje seksualne i zapytałam moją mamę, co robią ci ludzie. Mama powiedziała, że dowiem się, gdy będę starsza, a mnie to w zupełności wystarczyło. Dlaczego nie drążyłam tematu, jak to zwykle miałam w zwyczaju, choć przecież czasem widywałam kopulujące zwierzęta - nie wiem. Może dlatego, że przez jedną trzecią życia ludzie generalnie interesowali mnie mniej niż zwierzęta. Szczegółów dowiedziałam się dużo później, z podręcznika do przyrody i filmu edukacyjnego "Skąd się wziąłem", który zaprezentowała nauczycielka na lekcji. I ten zastrzyk wiedzy wystarczył mi na kolejnych kilka lat. 

Będąc nastolatką, wiedziałam już, o co chodzi z tym seksem, a mimo to nadal byłam bardziej obojętna na tematykę seksualności niż moi rówieśnicy. Czytałam książki i oglądałam filmy, w których bohaterowie robili to i owo. Nie potrafiłam sobie jednak wyobrazić, że kiedyś ja też mogłabym to robić. Począwszy od czternastego roku życia, zawsze wzdychałam do jakiegoś chłopaka, ale moja wyobraźnia nie sięgała aż tak daleko. W gimnazjum była jedna para nieustannie obściskująca się w drzwiach - takie zachowanie budziło moją pogardę, razem z kumplami śmiałam się z tej pary. Moje uczucia były platoniczne i uduchowione, wśród przyziemnych chłopaków z małej miejscowości marzyłam o bliskości duchowej... o kimś, kto też czytałby książki, miałby prawdziwe pasje i rozmawiałby na poważne tematy. Takich okazów w moim otoczeniu prawie nie było, pomijając dwóch fajnych kolegów, którzy okazali się gejami. Dopóki ich nie było, nie odczuwałam też w ogóle potrzeb seksualnych, bo bardziej niż cokolwiek innego kręci mnie intelekt. Zmieniło się to dopiero w połowie liceum.

Jest parę rzeczy w życiu, do których permanentnie nie mam szczęścia. Bez wątpienia miałam jednak szczęście, jeśli chodzi o pierwsze doświadczenia seksualne. Wiem - nie tylko z książek, takich jak "Zespół Aspergera" Tony'ego Attwooda czy "Aspergirls" Rudy Simone, ale niestety również z rozmów z osobami, które same to przeżyły - że bardzo często są one dla dziewczyn ze spektrum traumatyczne. Uniknęłam tego. Mój chłopak niczego na mnie nie wymuszał, nie żądał "dowodu uczuć", nie nakłaniał do robienia rzeczy, których nie chciałam. Nie wyśmiał mnie ani w inny sposób nie upokorzył. Nie padłam ofiarą przemocy seksualnej.

Moją pierwszą odwzajemnioną miłością był nieco starszy ode mnie chłopak ze spektrum, niedoświadczony i nieśmiały jak ja. Nie spieszyło nam się. Początkowo w ogóle nie myśleliśmy o seksie, łaziliśmy na długie spacery po łąkach, lasach, obserwowaliśmy nocne niebo, graliśmy w planszówki i robiliśmy tysiąc innych rzeczy. Między nami narodziła się bardzo silna chemia, ale długo wystarczało nam przytulanie i całowanie się. Później zaczęliśmy stopniowo poznawać nasze ciała. Zanim zrobiliśmy "to", minęły trzy lata - może komuś wyda się to niewiarygodne albo śmieszne, ale mam to gdzieś. Zawsze miałam. Nie czułam żadnej presji na utratę dziewictwa, mój chłopak też nie. Nie wstydzę się mówić o tym, że potrzebowaliśmy trzech lat na rzeczy, które niektórzy poznają w kilka dni czy nawet w jedną noc. To nie żaden wyścig, nam takie tempo odpowiadało i nic innego nie miało znaczenia.

Wiem z doświadczenia, że osobie bardzo nadwrażliwej na dotyk i/lub zapach może się wydawać, i to długo, że ten cały seks to coś zupełnie nie dla niej. Jako nastolatka nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, że mogłabym komuś zaufać na tyle, by się przed nim rozebrać. Nie umiałam też wyobrazić sobie, że mogłabym pozwolić komuś na dotykanie mnie pod ubraniem czy bez ubrania, bo nie znosiłam sytuacji, gdy dotykali mnie inni ludzie. Nie lubiłam bycia przytulaną przez ciotki czy klepaną znienacka przez kolegę w plecy. Wizyty u lekarzy bywały wysoce dyskomfortowe. Nie cierpiałam, gdy w autobusie ktoś znajdował się tak blisko mnie, że ocierał się o mnie owłosioną nogą lub czułam jego (najczęściej nieprzyjemny dla mnie, nawet jeśli osoba ta była zadbana) zapach. Skoro już mowa o zapachach, koledzy z klasy jeszcze w liceum pachnieli tak nieprzyjemnie, że myśl o jakiejkolwiek bliskości z takim osobnikiem nie postała w mojej głowie. A cała ta fizjologia seksu, wszystkie te wydzieliny... Fuj! Jeżeli czyta to ktoś, kto ma podobnie, chciałabym, żeby wiedział, że najważniejsze to dać sobie czas. Nic na siłę. Takie odczucia wcale nie znaczą, że człowiek nigdy nie będzie w stanie uprawiać seksu. Nie są też równoznaczne z aseksualnością, choć i ona nie jest niczym złym. Niektórzy ludzie faktycznie są aseksualni, ale w większości przypadków potrzeba czasu i osoby, którą pokochacie lub polubicie bardziej niż tu i teraz wydaje się to możliwe.

Z mojej obecnej perspektywy nadwrażliwość na dotyk jest w życiu seksualnym darem, a nie przekleństwem, pomimo że w innych sferach życia bywa prawdziwym utrapieniem. Aby jednak dojść do takiego etapu, trzeba włożyć naprawdę dużo wysiłku w komunikację.

Kwestią, która nieraz przysporzyła mi kłopotów w bliskich kontaktach, jest niejednoznaczna ekspresja. Moja mimika twarzy jest uboższa niż u innych ludzi, o czym przekonuję się chociażby wtedy, gdy przeglądam zdjęcia i widzę, że niezależnie od przeżywanych w danym momencie emocji, zazwyczaj wyglądam tak samo. Emocje uchodzą ze mnie głównie pod postacią niewidocznych reakcji psychosomatycznych oraz stimów, które w wielu sytuacjach celowo powstrzymuję lub mocno ograniczam. Z tego powodu wielu ludzi uważa mnie za osobę spokojniejszą niż jestem w rzeczywistości czy wręcz szczególnie odważną, co całkowicie mija się z prawdą. Przez większość czasu nie wiem, jak wygląda moja twarz. Zdarzyło się, że ciotka obraziła się na mnie, twierdząc, że robię miny, a mój ton głosu jest impertynencki, tymczasem ja nie miałam pojęcia, o co jej chodzi, bo najzwyczajniej w świecie rozmawiałam. Innym problemem jest uśmiech. Wiem, jak wyglądają uśmiechy innych ludzi, i wiem też, że ja uśmiecham się inaczej - przeważnie kącikiem ust albo tylko połową twarzy, a jeżeli próbuję naśladować innych, wychodzą mi jakieś dziwne grymasy. 

Z drugiej strony, w ostatnich latach zdałam sobie sprawę, że moje umiejętności w zakresie odczytywania i rozumienia cudzych komunikatów niewerbalnych pozostawiają wiele do życzenia. Żyłam w przeświadczeniu, że jestem w tym niezła, ale kiedy zrobiłam kilka testów i przeanalizowałam różne sytuacje z codziennego życia, okazało się, że tak nie jest. Dobrze odczytuję proste emocje, ale z rozkodowaniem bardziej skomplikowanych uczuć i intencji innych osób mam problemy.

Jak się to ma do bliskich kontaktów? Niestety tak, że może generować naprawdę poważne nieporozumienia pomiędzy ludźmi - znacznie poważniejsze, niż można by sądzić. Przykładowo, zdarzyło się, że mój bliski przyjaciel był przekonany, że ja chcę "czegoś więcej", bo podobno to mu sugerowała moja mimika i zachowanie. Lubiłam się przytulać, siedzieć blisko niego, uśmiechałam się. Dopiero kiedy spróbował w "bardziej zaawansowany" sposób mnie dotknąć, napotkał opór, który mu uświadomił, że ja nie chcę tego samego co on. Innym razem chłopak myślał, że coś, co zrobił, sprawia mi przyjemność, podczas gdy w rzeczywistości nie polubiłam tego - zdał sobie sprawę dopiero wtedy, kiedy się rozpłakałam. Mnie z kolei wiele razy w życiu wydawało się, że się komuś podobam, gdy w rzeczywistości byłam postrzegana tylko jako koleżanka. Takie przykłady można mnożyć. 

W ostatnich latach coraz więcej się mówi o znaczeniu consentu, najczęściej w kontekście zgody na seks, która powinna być wyrażona słowem lub jednoznacznym gestem, w stanie pełnej świadomości. Moim zdaniem, dla osoby ze spektrum to za mało. Każdą próbę zrobienia czegoś nowego (włącznie z przytuleniem, pocałunkiem itp.) powinno poprzedzać pytanie, czy druga osoba tego chce, a później też należy pytać zawsze, gdy mamy jakieś wątpliwości. Kilka razy rozmawiałam o tym z neurotypowymi przyjaciółmi, którym wydaje się to śmieszne - no, bo jak to tak, pytać o zwykły pocałunek? Kumplowi zadawanie dziewczynie pytania "Czy mogę cię pocałować?" wydało się wręcz niemęskie. Stwierdził, że to po dziewczynach widać. Jak jednak pokazują moje doświadczenia, większość ludzi ma tendencje do nadmiernego polegania na sygnałach niewerbalnych, często też widzą to, co chcą zobaczyć. Dla mnie to, że siedzę blisko i się uśmiecham, oznacza, że kogoś lubię, niekoniecznie muszę chcieć się z tą osobą całować! Nawet ten zwykły pocałunek, który wydaje się wielu osobom błahy, może być traumatycznym doświadczeniem, jeśli jest niechciany, zwłaszcza dla osoby o odmiennej sensoryce. Zadanie prostego pytania pozwala uniknąć niejednoznacznej sytuacji. Pytanie nie boli!

Komunikacja nie kończy się jednak na tych prostych pytaniach, które umożliwiają ustalenie, czy ktoś w ogóle chce zbliżyć się do nas fizycznie. Myślę, że skuteczna komunikacja jest podstawą udanego życia seksualnego w ogóle, a już zwłaszcza dla osób o psychice i sensoryce podobnych do mojej. Oczywiście, jedni potrzebują mniej rozmów o seksie, inni więcej. Ja należę do tych osób, które, jeśli mają z kimś być, wszystko muszą mieć na bieżąco obgadane, o wszystkim potrzebują szczerze rozmawiać. Tej sfery życia dotyczy to w takiej samej mierze, jak innych. Dużo pytam, dużo wyjaśniam, a o tym, czy coś mi się podoba lub nie, mówię od razu. Oglądając romantyczne filmy, widzimy na ogół, że bohaterowie rozumieją się bez słów - automatycznie wiedzą, co sprawi drugiej osobie przyjemność, kiedy to zrobić i jak. Niestety powoduje to, że młodzi ludzie miewają nierealistyczne oczekiwania. Prawdziwe życie tak nie wygląda. Taki poziom zrozumienia, żeby można było mówić o rozumieniu się w łóżku bez słów, osiągnęłam z drugą osobą ze spektrum po dłuższym czasie związku. I dalej regularnie o tym wszystkim rozmawiam.

Inną sprawą, która ma dla mnie bardzo duże znaczenie, jest dbałość o szczegóły. Zdaję sobie sprawę, że są ludzie, którzy potrafią uprawiać seks ze świeżo poznanymi ludźmi, w przygodnych miejscach (kumpel pracujący na stacji paliw przyłapywał czasem ludzi na seksie w tamtejszej toalecie), w losowych warunkach - i są zadowoleni z jakości swojego życia seksualnego. Nie oceniam, jednak taki styl życia kompletnie by mi nie odpowiadał. Żeby móc się zrelaksować, potrzebuję komfortu sensorycznego - dotyczy to zwłaszcza subiektywnego odczucia ciepła, bo jestem nadwrażliwa na zimno, otaczających mnie faktur, oświetlenia (nie cierpię ostrego sztucznego światła). Potrafię otworzyć się na nowości, ale pewne powtarzalne elementy, czasem niewielkie, sprawiają, że czuję się bezpiecznie. Są takie szczegóły, o które muszę zadbać przed jazdą samochodem (zabrać odtwarzacz MP3) czy przed wizytą u dentysty (zabrać gniotka!), są i takie dotyczące seksu. Podejrzewam, że wiele osób ze spektrum się ze mną zgodzi, choć na pewno nie brakuje też osób bardziej elastycznych niż ja.

Znajoma opowiadała mi, że uczestnicząc w szkoleniu na temat seksualności osób ze spektrum, była zaskoczona informacją, iż wśród autystów jest wielu ludzi mających nietypowe upodobania seksualne - fetyszystów, miłośników BDSM. Zabrzmiało to nieco demonicznie. Osobiście nie rozumiem, dlaczego miałoby to być zaskakujące. Takie upodobania mają też niektórzy neurotypowi, a indywidualne cechy dotyczące zmysłów, jak silna wrażliwość na dotyk lub zmniejszona wrażliwość na ból, mogą dodatkowo przyczyniać się do ich rozwoju u autystów. Ja i mój partner lubimy pewne elementy należące do BDSM, jednak nie ma to zbyt wiele wspólnego z "Pięćdziesięcioma twarzami Greya" czy innymi stereotypowymi wyobrażeniami na ten temat. Nie lubimy bólu, nie wychodzimy z łóżka ranni, a nasz dom nie wygląda jak jaskinia rozpusty. BDSM jest jak wielki wór, z którego można wyłowić coś dla siebie, jeśli się chce, ale nie trzeba od razu wytrząsać na podłogę całej zawartości tego wora. Nie chcę tu za bardzo wchodzić w szczegóły, wspomnę tylko, że jedną z rzeczy, którą wyłowiłam ja, są wiązania shibari - taki delikatny ucisk bardzo przyjemnie wpływa na moje deficyty czucia głębokiego.

A poza tym - skoro życie seksualne owadów jest tak niezwykłe, to dlaczego my mielibyśmy się nudzić?




sobota, 16 lutego 2019

[71] Motyle 2018: Trzeci rok z Safonidami


W minionym roku nadal niezmordowanie hodowałam Safonidy, czyli potomków mojej pierwszej wyhodowanej znamionówki starki, przechodząc z nimi dwa razy przez pełny cykl życiowy. Zdaję sobie sprawę, że nawet dla najbardziej wytrwałych czytelników trzeci szczegółowy post o tym samym owadzie nie może być pasjonujący, ale mimo wszystko muszę go popełnić. Prowadzę notatki, ponieważ w ten sposób się uczę, a blog pomaga mi je porządkować.

Pamiętnik z hodowli drugiego pokolenia w pewnym momencie się urywa, co było spowodowane w dużej mierze moją chorobą, ale także i tym, że jesienią pojawiły się problemy. Liczba samic, które opuściły kokony, znacznie przewyższyła liczbę samców. Nieliczne samce natomiast w większości nie chciały kopulować - latały nad samicami, nie przejawiając żadnej reakcji na feromony. Możliwe, że na zachowanie samców lub jakość feromonów wpłynęły późna pora i niższe temperatury, ale ja źródła kłopotów upatruję raczej w małej zmienności genetycznej. 

Jestem bardzo ciekawa, co przyniesie ten rok. Tym razem zimujących złóż jaj jest niewiele i nie wiadomo, czy wszystkie zaplemnione, a jeśli nawet, to przez samce blisko spokrewnione z samicami. Chciałabym, żeby wiosną Safo było równie dużo co rok temu, marzę też o domieszaniu im genów. Sytuacja jest jednak bardziej niepewna niż w poprzednich latach.


Pokolenie I - "Prawnuki" Safony

04/30
Dzisiaj odkryłam, że wyszły z jaj pierwsze Safonidy. Jest ich około 30. Na razie żerują na opuszczonych jajach, ale jutro będzie trzeba zacząć organizować jedzonko.
W tym roku planuję nieco zmodyfikować swoje zasady hodowli Safonidów. Zamierzam od razu na początku odseparować 30-40 pierwszych Safonidów od pozostałych jaj i zająć się hodowlą tych osobników. Resztę chcę na bieżąco wypuszczać.
W zeszłym roku Safonidów było za dużo, przez co w moim odczuciu larwom innych gatunków poświęcałam mniej uwagi. W tym roku chciałabym mieć więcej czasu na szukanie i obserwowanie innych gatunków. Jednocześnie chcę, aby drugie pokolenie narodziło się wcześniej i miało szanse na partnerów "wychowanych" na wolności. 





05/01
Safonidy wychodzą z jaj na potęgę.
Wczoraj oddzieliłam od złóż jaj około 40-50 z przeznaczeniem do hodowli. Umieściłam je w osobnym pojemniku, razem z liśćmi wierzby i jarzębu. Dzisiaj, zgodnie z planem, nie zajmowałam się nimi w ogóle. Zajrzałam raz, by stwierdzić, że wcinają liście, na których zostają malusieńkie ślady żerowania.
Z jaj od wczoraj wyszło na oko drugie tyle małych larw. Te zostaną wypuszczone najszybciej, jak się da. Na razie również dostały jedzenie
. 

05/02
Wypuściliśmy ze Szczurem kilkadziesiąt Safonidów oraz przymocowaliśmy do wierzby dwa złoża jaj.
Wieczorem nakarmiłam Safonidy i przeliczyłam je. Jeśli nie pomyliłam się w rachunkach, jest ich 45. Parę niestety znalazłam martwych, co na tym etapie jest chyba nieuniknione - łatwo je zgnieść byle listkiem. Inne jednak nadrabiają na całego, próbując zwiewać
. 

05/04
To nie był zbyt udany poranek - wczorajszy dzień przeżyło tylko około 25 z 45 Safonidów. Dlaczego? Nie wiem. Może to przez chów wsobny jesienią są słabsze, może za długo czekały na świeże liście przez moją wczorajszą wycieczkę. A może po prostu niektóre były słabsze od reszty. Te, które nie przeżyły, nie urosły od dwóch dni, więc nie sądzę, żeby to była kwestia jedzenia. W każdym razie żałuję dzisiaj, że dwa złoża jaj wynieśliśmy przedwczoraj, bo z pozostałych niewiele wyszło.
Siedziałam i oddzielałam bardzo delikatnie gąsienice od liści, potem przeglądałam dokładnie, czy jakichś nie ma pomiędzy papierem toaletowym i na materiale od spodu. Dołączyłam do nich około 5 wyklutych wczoraj i zbiegów. Łącznie nie ma ich jednak na chwilę obecną więcej niż 30. To za mało, żebym była o nie całkiem spokojna. Za mało też na jakiekolwiek straty...
Te, które przeżyły, w większości urosły w ciągu ostatnich dwóch dni. Tych różnic nie widać na zdjęciach ze smartfona, więc na razie zdjęć nie robię. Ale z bardzo bliska moje oko krótkowidza widzi, że urosły. Są szybkie, wszędobylskie i takie jak zawsze
. 

05/06
W ostatnich dniach podjęłam wzmożone wysiłki w temacie żywienia Safonidów. Dostają póki co świeży jarząb codziennie, bo za bardzo się boję o ich życie, żeby dawać im jeść rzadziej. Zobaczymy, co będzie dalej, bo jutro wracam do pracy. Jeśli dobrze policzyłam, 30 Safonidów żyje i zdążyło odrobinkę urosnąć w ostatnich dniach, dzięki czemu szczegóły ich wyglądu stały się bardziej widoczne. Zajmowanie się nimi staje się łatwiejsze ze względu na nici, którymi przyczepiają się teraz do liści - mniejsze jest ryzyko uszkodzenia delikatnego malucha podczas przenoszenia.

05/09
Dzisiaj niektóre Safonidy przeszły swoją pierwszą wylinkę, stając się tym samym nieco bardziej włochate i kolorowe. Na zdjęciu możecie zobaczyć te maciupeńkie jeszcze larwy obok maciupeńkich starych skór.
Jest to moment, w którym zaczynam być nieco lepszej myśli, bo od teraz łatwiej będzie o nie dbać. Będą szybko rosły.
Żywię je dalej głównie jarzębem.
Z pozostawionych złóż jaj wychodzą jeszcze sporadycznie małe gąsienice. Kiedy jakaś wejdzie na liście, którymi przykrywam jaja, przenoszę ją do głównego pojemnika. Od wczoraj przeniosłam takie trzy.
Razem Safonidów jest około 35
. 




05/13
Rosną i jedzą jarząb. W ciągu ostatnich dwóch dni kilka nowych larw wyszło z pozostawionych przeze mnie w domu jaj. 




05/16
Safonidy w ciągu ostatnich dwóch dni zrzucały skórę. A przynajmniej te z nich, które nie są jeszcze bardzo malusie, bo takich świeżo wyklutych też trochę jest. U najstarszych ma miejsce moja ulubiona wylinka, po której pojawiają się wypustki.
Jednocześnie od trzech dni bardzo dużo drobinek wylazło z jaj. Ponieważ pogoda jest tragiczna, nie ma mowy o wypuszczaniu ich teraz na wolność, a wyżywić tylu nie dałabym rady. Podjęłam więc szybką decyzję o oddaniu kilkudziesięciu Oli i dzisiaj, przy pomocy niezawodnego Taty Rosomaka, Safonidy te zmieniły miejsce zamieszkania.
Jaj zostało jeszcze trochę i najbliższe dni pokażą, czy również Tomek sobie pohoduje w tym pokoleniu
. 

05/20
Kolejna porcja Safonidów zrzuciła skóry, co poskutkowało wzrostem liczby maluteńkich Safon.
Z jaj nadal wychodzą maluchy, jest ich znowu za dużo i niebawem nastąpi wypuszczanie
. 




05/24
Bez zmian, pomijając fakt, że dzisiaj dostały bardziej różnorodne jedzenie (jarząb, wierzba, dąb). Większość ma już wszystkie wypustki, jakie powinna mieć larwa znamionówki. Niektóre zrzucają jeszcze skórę, w związku z czym znajduję je na wieczku z wymiętoszonymi czuprynami. 

05/25
Porządnie się zdziwiłam, gdy zastałam w pojemniku kilka bardzo już wyrośniętych Safonidów, znacznie przewyższających długością pozostałe. Rosną teraz naprawdę błyskawicznie. Nadszedł czas zmienić materiał wiszący nad pojemnikiem.
W drugim pojemniku, tym z jajami, sytuacja znowu jest krytyczna. Mimo podarowania po około 30 larw Oli i Tomaszowi, pozostaje tam co najmniej 80 maleństw. W ten weekend trzeba zrobić wyprawę na skraj lasu i zostawić je na wierzbie, a może i zostawić tam resztę jaj, bo wszyscy chętni już mają co hodować
. 

05/27
W sobotę wszystkie maleństwa i jaja zostały wypuszczone na wierzbę pod lasem. Szczuru, dziękuję za pomoc! Bez Ciebie nie dałabym rady.
Pozostałe Safonidy stały się w ten weekend wyjątkowo szybkie. Wystarczy otworzyć pojemnik, a pięć naraz próbuje uciec. Trudno nawet je sfotografować, tak trzęsą owłosionymi łebkami. Około dziesięciu siedzi na materiale i jest w trakcie wylinki. Już tylko pięć czy sześć najmłodszych gąsienic nie ma wypustek. 

05/28
Safonidy dotarły do Tomka żywe i pełne energii, po czterech dniach spędzonych w paczce! Gdybym wiedziała, że tyle to potrwa, nie wysyłałabym ich, a tymczasem one dały radę!

05/31
Safonidy trudno obecnie zbiorczo opisywać, bo są na różnych etapach rozwoju. Większość jest już dość duża, ma wszystkie wypustki i wygląda okazale. Niektóre jeszcze nie przeszły wylinki z wypustkami. A dzisiaj odkryłam, że pierwszy Safonid zrobił kokon na wieczku! Podobnie jak w zeszłym roku, na pierwszy ogień poszedł stosunkowo mały osobnik, żaden wielkolud.
Wczoraj jeden z Safonidów zwiał mi na liście dla niedźwiedziówek i znalazłam go na nich na piętrze. Za karę niegrzeczniuch spędził noc w osobnym pojemniku, wyraźnie zaniepokojony brakiem zjadliwego jedzonka. Rano wrócił do swoich.
 

06/02
Gąsienice bawią ze mną w Wawie. Już dwa Safonidy zrobiły kokony i mowa tu o takich mikrusach, po których nikt by się tego nie spodziewał. Pozostali wcinają grzecznie tutejszą wierzbę z osiedla i przechodzą wylinki, w większości ostatnią, sądząc po ich rozmiarach. Niektóre osobniki są bardzo okazałe.

06/03
Już sześć Safonidów jest w kokonach. Sześć gąb do karmienia mniej! Reszta dostała dzisiaj jarząb i dziką różę, dla odetchnięcia od wierzby, którą żywiłam je w Warszawie. Kilka osobników bardzo ochoczo próbuje zwiewać.  

06/04
Już osiem Safonidów jest w kokonach i w dniu dzisiejszym przybrało postać świeżutkich, jasnożółtych poczwarek, prześwitujących przez włochate kokony. Pozostali znacznie mniej aktywni niż wczoraj, w większości siedzą w jednym miejscu. Dzikiej róży prawie nie ruszyły, niejadki jedne! Najmniejsze Safo przeszły wylinkę z wypustkami. 

06/06
U Safonidów jest już 13 kokonów, kilka kolejnych larw siedzi na ściankach i szmatce robiącej za wieczko. Te największe nadal jedzą, pozostawiając po liściach tylko szkielety. Przynoszę im teraz świeże liście co dwa dni, bo codziennie zmniejsza się liczba jedzących. 





06/10
Ponieważ miałam w planach sobotę poza domem, przedwczoraj znowu dałam Safo jedzenie na dwa dni. Najbliższy tydzień zapowiada się jeszcze cięższy, więc pewnie będą dostawać większe porcje, gdy uda mi się wyłuskać czas na spacery. Oznacza to sporą wyżerkę, bo gąsienic zostało już tylko kilkanaście. Dwie są małe, reszta to istne wielkoludy.
Przedwczoraj doliczyłam się 14 kokonów, dzisiaj już 21. Niektóre poczwarki musiałam wyjąć z kokonów, bo nie dało się otworzyć pojemnika. Poczwarki zabawnie się wiercą, gdy ich dotknąć, ale staram się ich nie "męczyć" niepotrzebnie. 






06/13
Jedzących Safonidów jest już, zdaje się, mniej niż 10, ale trzeba je jeszcze przeliczyć. 

06/14
Przeżyłam spore zaskoczenie, otwierając pojemnik z Safonidami. Niespodziewanie wyfrunął z niego dorosły samiec i zaszarżował na lampę. Nie spodziewałam się, że pierwsze motyle zaczną wychodzić już teraz. Samca nie udało mi się schwytać, siedzi na suficie w pokoju, gdzie sufit jest wysoko.
Jednocześnie jeszcze 13 Safo jest na etapie gąsienicy - niektóre przygotowują się do metamorfozy, inne nadal jedzą liście.
 

06/16
U Safonidów już tylko pięć osobników je i dziś przeżyłam zaskoczenie, jak mało potrzebują liści, zdążyłam się bowiem przyzwyczaić do czegoś innego. Ponadto wczoraj wypuściłam samca numer 2, a już dzisiaj rano zastałam kolejnego. Samiec numer 3 odleciał na podbój świata i poszukiwanie samic wieczorem.
Niestety, dokonałam też innego, ponurego odkrycia. Dawno już obawiałam się, że masowe robienie kokonów w tym samym miejscu przez Safo doprowadzi do problemów - i tak się w końcu stało. Na ściereczce znalazłam jaja. Po oględzinach stwierdziłam, że wśród przyczepionych kokonów została uwięziona samica, która wyszła ze swojego kokonu, ale nie umiała wydostać się na zewnątrz z tej zbitki oprzędów. Musiałam rozerwać ostrożnie przędzę i rozdzielić kokony, aby ją wyjąć. Była już martwa, choć zniosła parę jaj. W pobliskim kokonie znajdowała się druga samica w podobnej sytuacji - ta ruszała jeszcze odnóżami i odwłokiem, ale zgaduję po jej kolorze, że także niedługo umrze. Wszystko to zasmuciło mnie, bo uzyskanie samicy, a z niej zaplemnionych jaj, jest podstawą dalszego hodowania. Kilka poczwarek wyjętych ze sczepionych ze sobą kokonów umieściłam w pojemniku. Postanowiłam bardziej uważnie oglądać codziennie kokony, żeby spróbować uniknąć powtórzenia się tej sytuacji.
 

06/17
Safonidy miały dzisiaj dobry dzień. W pojemniku znalazłam trzy samce, które wypuściłam, oraz aż trzy samice, które bez problemów opuściły swoje kokony. Jedna wyszła z kokonu oddzielonego przeze mnie wczoraj od kilku innych. Samice zabrałam na podwórko, gdzie następnie miałam szansę obserwować motyli seks. Przyleciały trzy samce. Nie jestem całkowicie pewna, czy nie było to wypuszczone ostatnio rodzeństwo samic, ale w naturze miałyby na to takie same szanse. Zabawnie było patrzeć na początkowe problemy samców z rozpoczęciem kopulacji - a to biedak nie umiał trafić, a to szarżował na kawałek kokonu zamiast na samicę... Ostatecznie jednak udało się im i wszystkie trzy panie złożyły jaja. 







06/18
U Safo z kokonów wyszły jeden samiec (numer 7) i dwie samice (numer 6 i 7). Jedna z samic już w pojemniku zniosła parę jaj na swoim kokonie. Podejrzewam, że brat się do niej dobierał, gdy byłam w pracy. 

06/22
U Safonidów już tylko trzy niewielkie gąsienice jedzą, cała reszta jest w kokonach. W ostatnich dniach niewiele wychodziło. Samicę wyjętą z kokonu przedwczoraj próbowałam wczoraj rozmnożyć, ale silny wiatr zrzucił pojemnik z okna. Wczoraj wyszła samodzielnie kolejna samica, którą dzisiaj wystawiłam na dwór, unieruchamiając pojemnik. Obecnie składa jaja, a ponieważ jest ich dużo, wnioskuję, że samiec u niej był. 

06/25
U Safonidów przedwczoraj wyszły dwie samice i samiec, wczoraj jedna samica. Samca wypuściłam, a samice próbowałam wczoraj rozmnożyć, jednak żaden samiec nie pojawił się. Dzisiaj natomiast zauważyłam samca dobijającego się do okna balkonowego, więc podjęłam kolejną próbę rozmnożenia. Wystawiłam wszystkie samice na dwór. Trzymajcie kciuki.
Są jeszcze trzy jedzące gąsienice, dość małe. Rozważam wypuszczenie ich w tym tygodniu, bo gdyby nie one, miałabym troszkę przerwy od karmienia.
 

06/26
Niestety, spośród wystawionych wczoraj na dwór samic Safo tylko jedna została zaplemniona przez samca i zniosła jaja. Cieszę się z tej jednej, gorsze jest to, że dwie musiałam dziś zostawić na dworze martwe - nie udało im się zwabić partnera.
Dzisiaj wyszły dwie kolejne samice i samiec, procedura jak zawsze. Do jednej z samic przyleciał samiec, więc jest kolejna porcja jaj.
 

06/28
W środę wypuściłam dwie ostatnie gąsienice znamionówki, korzystając z kilkugodzinnej przerwy w opadach. Myślę, że mają szanse, bo były już silne i mocno chwyciły się liści.
Żaden nowy dorosły osobnik nie wyszedł, do trzech wystawionych na dwór samic żaden samiec nie przyleciał.
W czwartek wyszły samiec i samica. Samca wypuściłam, samicę wystawiłam razem z tymi starszymi. Przyleciały dwa samce i w efekcie są dwa nowe złoża jaj, w tym jedno duże.

07/02
Żaden Safonid w ciągu ostatnich trzech dni nie wyszedł z kokonu. Pooglądałam je i większość kokonów jest już chyba pusta, możliwe, że to już wszystkie. Jedną martwą samicę usunęłam z kokonu. Wypuściłam na dworze wszystkie samice, które jeszcze żyły, a jaja przełożyłam do jednego pojemnika. Przechowuję je teraz w pokoju, gdzie jest najzimniej, bo chcę, by jeszcze nie zaczęły się wykluwać gąsienice. 


Pokolenie II - "Praprawnuki" Safony

08/08
W ciągu kilku ostatnich dni z jednego złoża jaj wyszło co najmniej 30 Safonidów. Dawałam im wierzbę, dzisiaj jednak okazało się, że prawie wszystkie umarły. Znalazłam tylko dwa, które chodzą i nieco urosły. Jestem wściekła - zawsze część larw umiera, ale nie wiem, dlaczego tym razem aż tyle z jednego złoża. To raczej nie kwestia roślin, skoro dwie przeżyły, zresztą widłogonka je liście z tych samych drzew. Pewnie nie powinnam się martwić, skoro mam jeszcze bardzo dużo złóż pełnych jaj, ale i tak się wściekam.

08/25
Wciąż się boję zapeszać, ale... ponad 10 Safonidów żyje od ładnych kilku dni. Do tego ochłodzenie i wzrost wilgotności spowodowały, że codziennie wychodzą nowe, zazwyczaj po 3-5. Postanowiłam, że będę się bardzo starać, by utrzymać je przy życiu, i daję im codziennie liście z co najmniej dwóch roślin żywicielskich. Dzisiaj na stole gościły wierzba i dzika róża.
Również dzisiaj znalazłam w pojemniku z małymi Safo kilka cosiów, które wyglądały jak martwe Safo. Ponieważ jednak wczoraj liczyłam larwy i jestem pewna, że nie było wśród nich takich maluchów, doszłam do wniosku, że to stare skóry. Te maluchy już przechodzą wylinkę! Faktycznie, wydają się odrobinę większe i bardziej kolorowe, trzeba by je obejrzeć pod lupą.

08/27
Safonidy przyspieszyły, dzisiaj razem ze świeżo wyklutymi jest ich już 38. Dzisiaj prawdziwa wyżerka - dostały wierzbę, jarząb i dziką różę. Żadnych kawałków skóry nie znalazłam, czyli kto miał przejść wylinkę, ten już ją przeszedł.

08/31
Safonidów jest około 60, w ostatnich dniach nadal codziennie po kilka przybywało. Wczoraj i dziś kilka najstarszych gąsieniczek przeszło drugą wylinkę, tym samym mamy trzeci instar, od którego zaczynają już nieco przypominać swoje późniejsze formy. Coraz łatwiej się je obsługuje, bo urosły.  

09/02
Jest ich ponad 60 i jak zwykle różnią się bardzo rozmiarami. Niektóre osiągnęły trzeci instar i szybko rosną, inne są na etapie drugiego instara, jest też najmłodsza drobizna. Daję im wierzbę i dziką różę, jarząb nie ma już bowiem liści.

09/03
Safo jest już ponad 85. Chce ktoś trochę przygarnąć?   

09/05
Safo jest ponad 80, a dzisiaj rozpoczął się najsłodszy etap życia Safo - kilku gąsienicom wyrosły różki! W sensie, przeszły wylinkę i mają już wypustki, choć są jeszcze bardzo małe. Cuteness overflowing!

09/12
U Safo obserwuję śmieszne zmiany zachowania. Wczoraj biegały jak oszalałe, miałam problemy z nakarmieniem ich, bo ciągle trzeba było kogoś przenosić z krawędzi stołu czy zdejmować ze ścianek pojemnika. Dziś z kolei były spokojne, bierne i nie uciekały. Zapewne to kwestia wylinek, które przeszło wiele z nich. Dzisiaj dostały dużo jedzenia, bo jutro będę mieć ciężki dzień i nie znajdę dla nich czasu.  

09/18
Jest, już jest!
Pierwszy kokon Safo tej jesieni.
Zostało ich jeszcze... jakieś 90.
Dzisiaj wygodnie się Safo obsługiwało, bo połowa oblegała brzegi pojemnika i materiał na wierzchu, siedząc nieruchomo. Zachodzę w głowę, ile z nich przygotowuje kokony, a ile po prostu czeka na wylinkę. 

09/20
U Safonidów bez zmian: bardzo dużo larw okupuje ścianki pojemnika i materiał na wierzchu, ale tylko jedna póki co zrobiła kokon.

09/23
U Safonidów wieje co prawda wiatr zmian, ale delikatny i niespieszny. Jak dotąd tylko dwa osobniki zrobiły kokony, jeden jest w trakcie, ale jeszcze wieczorem widziałam go wychodzącego z nitek swojego kokonu. Pozostała dziewięćdziesiątka pałaszuje i... próbuje zwiewać. Dzisiaj zastałam dwie gąsienice beztrosko łażące po szafce, z czego jedna chciała dostać się do pojemnika z trociniarką, gdzie czekałaby ją śmierć głodowa. 

09/24
Jest postęp, w kokonach już 9 Safo. Zostało 82.
Dzisiaj towarzystwo jakieś mniej ruchliwe, nie było spektakularnych prób ucieczek. Przed przepoczwarczeniem robią się grzeczne. Może chcą zjednać sobie Boga Owadów.






09/25
Dzisiaj po południu w kokonach było już 12 Safo. Od wczoraj zostało im sporo niezjedzonych liści.

09/29
Do Safo zaglądam teraz rzadko, zwykle raz na trzy dni, żeby dać im porcję wierzby. To im wystarcza, zwykle wierzby sporo zostaje. Będę jednak musiała zaglądać teraz częściej, bo mogą zacząć wychodzić z kokonów.
Dwa dni temu w kokonach było ich 23.

09/30
Zostało 55 jedzących gąsienic. Pooglądałam kokony, ale na razie nie ma w pełni uformowanych osobników.
10/01
Z kokonu wyszedł samiec numer 1. Na razie jeszcze go nie wypuszczam, liczę, że jakaś samica wyjdzie. Pochodzą z różnych złóż, choć wszystkie miały wspólnego przodka, więc może niektóre będą chciały kopulować. Na dworze niestety bardzo zimno, marne szanse, że spotkają partnerów, choć kto wie. Jest wcześniej niż rok temu.
Niektóre samice w kokonach wyglądają na prawie rozwinięte.
A ja się poparzyłam kokonami i swędzi mnie zaczerwieniona ręka, kurczę blade.

10/05
Jedzących Safonidów zostało około czterdziestu. To prawdziwe kolosy, przepiękne.
Niestety trzy osobniki znalazłam przedwczoraj martwe, chyba nie wyszło im przepoczwarczenie, aczkolwiek nie jestem pewna, czy jeden nie był tylko skórą. Wśród stu larw muszą zdarzyć się też słabsze osobniki, ale i tak trochę mnie to zmartwiło.
Nadal nie uzyskałam żadnej samicy. Dzisiaj za to wyszedł samiec numer 2, zdrowy i ładny ciem, choć nieduży. 

10/06
Wczoraj wyszła z kokonu pierwsza samica. Rozmnożyłam ją z samcem, z którego wypuszczeniem zwlekałam, i uzyskałam jaja. Dzisiaj oboje wypuściłam. Z kokonu wyszła w międzyczasie kolejna samica, numer 2 - tę wystawię jutro na dwór, bo zrobiło się bardzo ciepło (ponad 20 stopni!).




10/08
Dzisiaj pojawiły się kolejne dorosłe Safonidy: samica numer 3 i samiec numer 3.
Samicę numer 2 wystawiłam na dwór na całe popołudnie, niestety nikt do niej nie przyleciał.

10/10
Safonidy mnie martwią, bo jak dotąd udało się rozmnożyć tylko jedną samicę. Dzisiaj wyszły kolejne, numer 3 i numer 4, oraz samiec numer 4. Zamknęłam dwa samce w mniejszym pojemniku z samicami, ale nie doszło do niczego, jakby w ogóle nie czuły feromonów. Potem wypuściłam samce, a samice wystawiłam na dwór. Wieczorem, gdy je zabierałam, tylko jedna znosiła jaja. Niestety nie mam pewności, że zostały zaplemnione, aczkolwiek zniosła ich sporo.

10/14
Zostało już tylko 10 Safo w postaci gąsienic. Znowu znalazłam dwie stężałe, którym nie udało się zrobić kokonu, ale większość jest już poczwarkami.
W czwartek wyszła samica. Odkryłam też biedne, zdeformowane stworzenie, które utkwiło w kokonie. To był samiec, poruszał się mimo bardzo zdeformowanych skrzydeł. Wyjęłam go i uśmierciłam, żeby się nie męczył. Zostawiam motyle przy życiu, gdy mają jakieś szanse, ale ten nie miał szans na jakiekolwiek życie.
Przedwczoraj, w piątek, wyszły dwie samice i jeden samiec. Najpierw wystawiłam samice na dwór, nic nie przyleciało - raczej już za późno na samce na wolności... Przeniosłam je do osobnego pojemnika, jednak musiałam się nagimnastykować, aby nakłonić samca do kopulacji, przechylając pojemnik tak, by w drodze do światła wpadł na samicę. Reagował na feromony szybkim lataniem, więc udało się. Samica zniosła jaja.
Wczoraj rano odkryłam, że jeszcze jedna samica zniosła kilkadziesiąt jaj, więc może i ona spodobała się samcowi. Samca wypuściłam, samice umarły po złożeniu jaj. Jedna umarła bez kopulacji, być może pochodziła z tego samego złoża jaj co samiec i dlatego nie reagował on na jej feromony.
Dzisiaj wyszły samiec i samica, oboje dość mali i niezbyt silni. Obawiam się, że ci się nie rozmnożą. Samczyk ma podniszczone, wytarte skrzydła, chyba miał problemy z wyjściem z kokonu.
Zrobiłam dzisiaj "wylęgarnię" dla poczwarek. Ponieważ dużo kokonów tworzy zbitki po kilkanaście, z których źle się wychodzi dorosłym owadom, część z nich ręcznie porozdzielałam i przeniosłam 30 poczwarek do osobnego pojemnika. Będzie tam też więcej miejsca, aby się ewentualnie rozmnażać czy polatać.
Wrzucam zdjęcia ostatnich gąsienic podczas posiłku oraz porównanie poczwarek samca i samicy. Samce mają poczwarki ciemne, samice jasne. Ostatnio czytałam o yin i yang, więc mam na tym tle skojarzenia. 





10/17
Przedwczoraj wyszły kolejne samiec i samica Safo. Próbowałam, jak mogłam, rozmnożyć je, ale znowu nie udało się. Nadal bardzo opornie to idzie. Samiec, choć wydawał się silnie reagować na feromony (latał jak opętany), nie podjął próby kopulacji z samicą. Bardzo szybko umarł, bo się poobijał od tego latania. Stracił też jedno czy dwa odnóża. Marek ma rację, że miłość szkodzi, przynajmniej owadom.
Niestety od niedzieli nie karmiłam Safo, bo źle się czuję i nie miałam siły chodzić po wierzbę na pole. Mam nadzieję, że do jutra wytrzymają. Niewiele z nich jeszcze je, przygotowują się do przepoczwarczania.

10/18
Jestem podłamana Safo... Dzisiaj wyszło z kokonów sześć samic. Nie ma ani jednego samca, który by mógł je zaplemnić - ani w domu, ani na dworze... Bardzo mi z tym smutno.
Gdzie ci mężczyźni?