piątek, 11 sierpnia 2017

[42] Moje pierwsze górskie szczyty


Kiedy w zeszłym roku Szczur pierwszy raz zaproponował mi wyjazd w góry, cieszyłam się, ale daleko mi było do beztroski. Prawdę mówiąc, miałam niezłego cykora. 

Odkąd w wieku trzynastu lat pierwszy raz znalazłam się w górach, w wakacje zawsze bardziej ciągnęło mnie w rejony górskie niż nadmorskie. Aż do zeszłego roku nie miałam jednak żadnych doświadczeń związanych z chodzeniem po górach. Zniechęcały mnie do tego moje problemy zdrowotne, lęki (zwłaszcza lęk przed utratą równowagi na niestabilnym podłożu), a także negatywne wspomnienia z wycieczki do Zakopanego w czasach szkolnych, kiedy to zagoniono nas w czterdziestoosobowej grupie nad Morskie Oko. 

Dojście do Morskiego Oka pozostało w mojej pamięci jako bardzo trudne zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Dzikie tłumy ludzi, hałasujących na wszelkie możliwe sposoby, uniemożliwiały mi jakikolwiek relaks, a konieczność dotrzymywania kroku grupie i robienia postojów tylko wtedy, gdy pozwolili na to inni, przekraczały moje możliwości fizyczne. Zanim doszliśmy na górę, serce biło mi tak szybko i mocno, że zaczęłam wpadać w panikę. Osiągnięcie celu niespecjalnie mi pomogło, bo nad jeziorem było tylu ludzi, że nie dało się nawet zrobić zdjęcia tak, by w kadrze nie znalazł się żaden człowiek. Gdy byliśmy już na górze, na domiar złego zaczęło padać, i to porządnie. Myśl o schodzeniu po mokrych kamieniach przerażała mnie tak bardzo, że ubłagałam nauczycielkę, żeby pozwoliła mi na własny koszt zjechać z kumplem bryczką (tak, jedną z tych bryczek o złej sławie!), podczas gdy reszta schodziła. Nie byłam z siebie zadowolona, ale w tamtym momencie w głowie miałam jedną myśl: wydostać się stąd i przeżyć. I na tym w zasadzie skończyły się moje "przygody" z górami. 

Ponieważ nikt z moich bliskich - ani moi rodzice, ani były chłopak, ani nieliczni przyjaciele - nie był miłośnikiem chodzenia po górach, więcej nie próbowałam. Raz czy dwa wjechałam na górę koleją linową; takie przejażdżki sprawiały mi przyjemność, ale po fakcie, już na górze, zawsze czułam niedosyt. Patrzyłam na ludzi, którzy dostali się tam o własnych siłach, i wiedziałam, że tylko liżę lizaka przez papierek. A ja bardzo nie lubię doświadczać czegoś połowicznie; jeśli już coś robię, to chcę, żeby to było autentyczne przeżycie, chcę móc się w to zaangażować i przeżywać to całą sobą. Uznałam więc, że góry to po prostu nie moja bajka - jeśli mam robić z siebie głupka, jeżdżąc kolejkami linowymi albo zajeżdżając biednego konia, bo się boję, lepiej dać sobie spokój. Przez pewien czas jeździłam w Beskidy tylko po to, by pooddychać innym powietrzem i poobserwować nocne niebo. A góry po prostu przez cały czas były gdzieś w tle, równie majestatyczne i piękne, co obce.

Zastanawiam się, co się we mnie zmieniło w ciągu minionego roku i jak to opisać, ale sama nie wiem. Wiem tylko tyle, że rok temu o tej porze bałam się, że podczas wyjazdu w Góry Sowie zrobię z siebie idiotkę (co w moim przypadku nie jest trudne) i przestanę podobać się Szczurowi. I faktycznie nasz pierwszy wspólny wyjazd był trudny: wiele rzeczy poszło nie tak, były kłótnie i meltdowny, bo okazało się, że nasze podstawowe potrzeby są tak sprzeczne, że we wspólnym pokoju nie jesteśmy w stanie funkcjonować. Swoją pierwszą górę, Wielką Sowę, wspominam dobrze, mimo że w drodze na szczyt towarzyszyły mi ukłucia lęku i nie było łatwo. Najciekawsze jednak wydarzyło się później. 

Przed wyjazdem w Góry Świętokrzyskie w lipcu tego roku również czułam lęk, ale podczas wchodzenia na Łysicę był on już znikomy i z pewnością nie byłam tak upierdliwa dla Szczura jak rok temu. Po półgodzinie przestałam się bać, cieszyłam się lasem dookoła, wypatrywałam owadów i grzybów. Dwa dni później poszliśmy zdobywać Łysiec (vel Święty Krzyż), a tam, zaraz na początku szlaku, uświadomiłam sobie, że nie boję się w ogóle. Można wręcz powiedzieć, że wchodzenie na górę za każdym razem obezwładniało moje wcześniejsze negatywne myśli. Schodziłam też inna, naprawdę dumna z siebie, choć wiem, że są to niskie góry, i z poczuciem autentycznego przeżycia. Czułam, że w ciągu kilku godzin staję się kimś innym. A może to właśnie ja?



W drodze na Wielką Sowę



Widoki z Wielkiej Sowy


Łysica - moja ulubienica

Krzyż na szczycie Łysicy

Wejście na teren sanktuarium

Gołoborza na Łyścu, z mocno prześwietlonym niebem w pakiecie

Widok na okolicę
 

środa, 9 sierpnia 2017

[41] Padlinożercy


Najpotężniejsze zwierzę
dwudziestego pierwszego wieku
żywi się padliną

Spójrz, jak daleko zaszło:
buduje milionowe kolonie,
by mijać się w nich bez słowa

Nie potrzebuje nikogo,
tylko angielskich pigułek na chęć życia
w kieszeniach spodni made in China

W obawie, by nikt go nie skrzywdził,
na wszelki wypadek
krzywdzi samo siebie

I tylko mi powiedz, dlaczego
co wieczór wychodzi żerować
na cudzych przeżuciach

I tylko mi powiedz, po co
ochłapy własnych przeżuć
zwraca w eter

I skoro mniejszym złem jest samotność,
czemu wciąż w czyjejś wypluwce
szuka kosteczek dla siebie

Najpotężniejsze zwierzę
dwudziestego pierwszego wieku
umiera z głodu


***


Chcę tak mało,
a jednak zbyt wiele

Tylko siedzieć z kimś przy ognisku
zamiast palić świeczki z pikseli,
gdy postanowi odejść

Tylko polować na prawdę -
tę, co funkcjonuje tak nisko
w świecie doskonałych kłamstw

Wciąż jeszcze
                      jest czas
                               

poniedziałek, 24 lipca 2017

[40] Pomiędzy płciami


Mam kilka większych problemów w życiu. Jednym z nich jest moja tożsamość płciowa.

Nie czuję się kobietą. Brzmi to dość zabawnie, zwłaszcza że właśnie teraz, gdy to piszę, dręczy mnie PMS i wszystkie części ciała, z którymi mam problemy, bolą mnie trzy razy bardziej. A jednak.

Nie do końca wiem, jak o tych sprawach pisać. Ujmowanie w słowa moich odczuć i myśli na temat płci to dla mnie totalny kosmos. Także dlatego, że w głowach ludzi mieszka szereg stereotypów, które rządzą ich myśleniem o różnych kwestiach. Płeć prawie wszyscy ludzie postrzegają binarnie - albo ktoś czuje się kobietą, albo mężczyzną. Wielu ludzi myśli też, że jeśli ktoś nie utożsamia się ze swoją płcią biologiczną, to automatycznie musi oznaczać, że chciałby, całkowicie lub częściowo, przejść proces korekcji płci. Ze mną natomiast jest zupełnie inaczej.

To nie tak, że chciałabym mieć męskie cechy płciowe, nosić męskie imię i figurować w dokumentach jako mężczyzna. Nie. W ogóle nie o to chodzi. Owszem, gdybym miała się jeszcze raz urodzić, tym razem jako facet, pewnie nie obraziłabym się (ach, brak utrapionej miesiączki!), ale nic ponad to. Po prostu czuję się źle ze stereotypami i normami społecznymi dotyczącymi płci, a zwłaszcza z oczekiwaniami innych ludzi na temat tego, jak powinnam wyglądać i jakie role w życiu podjąć.

Odkąd sięgam pamięcią, nigdy nie chciałam ubierać się dziewczęco. Jako kilkuletnie dziecko nosiłam krótkie włosy i już wtedy nie czułam się dobrze w dziewczęcych ubraniach, choć nie umiałam tego wyrazić. Gdy ubierano mnie w sukienkę na jakąś uroczystość, a następnie fotografowano, krzywiłam się i stroiłam głupie miny, ewentualnie za nic w świecie nie chciałam się uśmiechnąć i w efekcie uwieczniano mnie z miną, jakby właśnie umarł mi chomik. Takich zdjęć mam całkiem sporo w albumie z dzieciństwa, gdzie stanowią ciekawy kontrast dla radosnych, roześmianych zdjęć tego samego dzieciaka w szortach lub gatkach zapinanych na szeleczki. Pamiętam też, że zawsze śmieszyły mnie i irytowały w przedszkolu dziewczynki wystrojone od stóp do głów jak laleczki, czułam chęć dokuczenia im i ogólnie pod wpływem eleganckiego ubioru stawałam się diablicą, jeśli chodzi o zachowanie. Zapewne duży wpływ na to miały silne zaburzenia integracji sensorycznej. Jedną z najbardziej przykrych rzeczy w moim kilkuletnim życiu było wkładanie rajtuz przed wyjściem z domu. Gdy miałam je na sobie, natychmiast zaczynałam czuć się źle - obecnie użyłabym na określenie tego stanu słowa "obleśnie". Wszystko zaczynało mnie swędzieć i czułam gulę w gardle; to uczucie utrzymuje się przez całe moje życie i powoduje, że do dzisiaj nie potrafię chodzić w żadnych rajstopach ani rajtuzach ściśle opinających ciało, bo czuję wtedy fizyczne obrzydzenie.

Wkrótce po tym, jak rozdzielono mnie z najlepszym przyjacielem, zaczęłam mieć pewnego rodzaju fazę na głupawe czasopisma i książki dla nastolatek. Czytałam je z charakterystyczną dla siebie dociekliwością poznawczą, z jaką wcześniej pochłaniałam książki o owadach, psach i dinozaurach - jakbym pragnęła wejść od środka w obcy sposób myślenia. Szczególnie lubiłam czytać rubryki z listami do psychologa, które pomagały mi zrozumieć najwięcej. Pisałam pamiętnik, a później swój pierwszy blog, stylizowane na typową trzynastolatkę, z obowiązkowym PiSmEm i narzekaniem na szkołę, choć w głębi ducha miałam z tego ubaw. Śmieszyło mnie, gdy autorki podobnych blogów ciągnęły do mojego jak muchy na lep. Bawiły mnie ich problemy, czułam się dużo poważniejsza niż one, choć w oczach innych byłam bardziej dziecinna. Nie miałam bowiem zamiaru malować się ani ubierać jak inne dziewczyny, nie lubiłam dyskotek (do dzisiaj nie lubię) i nudziły mnie rozmowy dziewcząt. Przyjaźniłam się głównie z chłopcami.

W szkole bardzo szybko dokonałam odkrycia, które pomogło mi przetrwać latami we względnym spokoju: odkryłam mianowicie, że spokój gwarantuje mi status kujona. Od osoby uchodzącej w szkole za kujonkę nikt nie oczekuje, że będzie podkreślała swoją kobiecość, a wręcz przeciwnie - pewien stopień niedbalstwa i olewanie trendów doskonale wpisują się w ten stereotyp. Jeżeli dziewczyna, która ma same piątki i wygrywa konkursy, chodzi w niemodnych, zbyt szerokich ubraniach, nie maluje się i prawie nie nosi biżuterii, nikt nie wnika, co za tym stoi - pewnie po prostu jest nudna i całymi dniami się uczy. W rzeczywistości byłam zdolna i nauka zajmowała mi niewiele czasu, a przez większość dnia zajmowałam się swoimi zainteresowaniami (m.in. pisaniem opowiadań fantasy), spotkaniami z dwójką kolegów lub rozmowami przez Internet. Ze swoim wizerunkiem kujonki czułam się jednak bardzo, bardzo dobrze. W gimnazjum i liceum nikt mi już nie dokuczał, bo ileż można dokuczać osobie reagującej na docinki kamienną twarzą i w ogóle nie starającej się upodobnić do innych, po której wyraźnie spływa jak po kaczce, co inni o niej myślą.

Tak dotrwałam do studiów. Na studiach ścięłam włosy na krótko i nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego nie zrobiłam tego nigdy wcześniej, ponieważ mój komfort życia wzrósł po tym kroku czterokrotnie. Nigdy nie lubiłam nosić rozpuszczonych włosów, zwykle już w godzinę po rozpuszczeniu ich zaczynała mnie boleć głowa. Musiałam się też ciągle powstrzymywać, by nie pchać ich do gęby, gdy się na czymś koncentrowałam. Teraz czuję się o niebo lepiej i niezbyt mnie zmartwiła dezaprobata kolegów płci męskiej, którym podobały się moje włosy. Chcą włosy - niech zapuszczą własne.

Gdyby ktoś mnie dzisiaj spytał, czy czuję się kobietą, czy mężczyzną, nie umiałabym odpowiedzieć. We wszelkich ankietach zaznaczam opcję "kobieta", ale tak naprawdę nigdy nie czuję się zdecydowanie kobietą czy mężczyzną. Czuję, że jestem w jakimś punkcie spektrum pomiędzy jednym a drugim, ale zawsze bliżej środka niż jednego z krańców. Ponieważ jestem do bólu wzrokowcem, widzę to tak, jak na rysunkach poniżej (przepraszam za jakość). Nie odczuwam też wewnętrznej potrzeby, by na jednym z tych krańców się znaleźć.




Czuję się najlepiej, gdy jestem ubrana w sposób jak najbardziej aseksualny i nie wskazujący na płeć. Lubię luźne T-shirty, bluzy, adidasy, czapki z daszkiem, spodnie z szerokimi nogawkami. Gdyby można było tak się ubierać przez cały czas, byłabym przeszczęśliwa. Dodatkowo w domu nie noszę stanika, jeżeli nie ma gości, i wtedy czuję się już w pełni komfortowo.

Od czasu do czasu czuję się nieco bardziej kobieco lub męsko (częściej to drugie), jednak nadal bardzo blisko centrum. Wtedy lubię wplatać do swojego wyglądu delikatne akcenty zależne od samopoczucia, na przykład wisiorki czy ciuchy w odcieniach ostrej czerwieni, jeśli jest to bardziej kobiecy dzień. Jeśli czuję się bardziej męsko, lubię koszule, skóry i czerń (nie wiem, dlaczego - tak po prostu jest). W gruncie rzeczy zawsze jednak wyglądam mniej lub bardziej aseksualnie. Nie lubię odkrywać ciała w większym stopniu, niż czyni to przeciętny T-shirt, i nie maluję się.

Problemy pojawiają się wtedy, gdy sytuacja wymaga, abym ubrała się bardziej jak kobieta, czyli w większym stopniu niż zwykle w "nieco bardziej kobiece dni".

Czuję się bardzo, bardzo źle, gdy powinnam być od stóp do głów ubrana jak kobieta. Jest to mniej więcej takie uczucie, jakbym była zmuszona przebrać się za kogoś, kim nie jestem, i było to dla mnie upokarzające - pomimo że fizycznie jestem kobietą. Nie znoszę sukni, rajstop (patrz: wyżej), butów na obcasach, makijażu, ziębiącej ciało biżuterii. W takich sytuacjach wszystko mnie uciska i swędzi, jestem bardzo zestresowana, tracę swoje poczucie humoru i nie umiem znaleźć języka w gębie. Czasem już na kilka godzin przed "przebraniem się za kobietę", gdy wiem, że mnie to spotka, męczę się z fizjologicznymi objawami stresu, takimi jak problemy żołądkowe, ból brzucha czy bezsenność. Miewam je też później. Pół biedy, jeśli w danej sytuacji mogę włożyć spodnie do żakietu, ale dni, gdy wypada być ubranym wieczorowo, są już w moim odczuciu nie do wytrzymania. Najbardziej nie cierpię ślubów i wesel, gdy do tego wszystkiego dochodzą jeszcze duża liczba ludzi dookoła, głośna muzyka i zlewające się ze sobą ludzkie głosy. Robię wszystko, by się od tego typu sytuacji jakoś wymigać, a w obrębie własnej rodziny zdarza mi się łamać kanony i iść na wesele w spodniach, ale, rzecz jasna, nie zawsze i nie wszędzie się da. Zdarzają się też imprezy wpracowe - tych nie mogę opuścić. Wtedy nastawiam się na tortury psychiczne i odpuszczam przynajmniej makijaż, żeby choć trochę sobie ulżyć. Oczywiście, jeśli wypiję na imprezie, moje rzeczywiste samopoczucie zostaje przytłumione, ale nie lubię smaku ani zapachu większości alkoholi, więc umiem wypić tylko odrobinę.

W klasie maturalnej z własnej woli nie poszłam na studniówkę. Wszyscy mi współczuli, myśląc, że to z powodu braku forsy, a ja spędziłam błogi wieczór, siedząc w domu w dresie. Tamtego wieczoru byłam najszczęśliwszym stworzeniem na całej kuli ziemskiej.

Innymi sytuacjami, których nie znoszę, są te, gdy ktoś pyta mnie o zakładanie rodziny lub wszyscy wokół o tym rozmawiają i wprawdzie nie zadają mi pytań, ale i tak czuję się z tym niekomfortowo. Niestety, z wiekiem jest takich sytuacji coraz więcej, zwłaszcza odkąd wszystkim dookoła zaczęło spieszyć się do zawierania małżeństw i rozmnażania się. Wszyscy przyjmują jako pewnik, że skoro oni sami o tym marzą, ja też marzę o byciu panną młodą w białej sukni z welonem, a potem obowiązkowo matką... Tymczasem są w błędzie.

Osobiście nie mam nic przeciwko ślubowi jako takiemu, a przynajmniej cywilnemu - sama chyba bym tego chciała, kiedyś. Ale na samą myśl o tym, jak bardzo musiałabym przebrać się za kogoś innego, by mój ślub w oczach innych ludzi wyglądał "normalnie", odechciewa mi się. Nie znam osobiście żadnej kobiety, która wzięłaby ślub w spodniach, a już na pewno nie jest to dobry pomysł w otoczeniu, w którym żyję. Tymczasem całe to strojenie się, wszystkie te zwyczaje i przygotowania... w moim przypadku to byłoby tak, jakbym nie ja miała brać ślub, tylko jakaś odgrywana przeze mnie postać. Jeżeli kiedyś wezmę ślub, chcę to zrobić w spodniach, bez makijażu, bez ceremonii w kościele i bez tradycyjnego wesela z głośną muzyką. Bo i po co miałabym wydawać fortunę na dzień, który mnie głęboko unieszczęśliwi? Dlatego postanowiłam, że najpierw muszę stać się osobą na tyle niezależną i samodzielną, żeby potrafić dać sobie radę, jeśli moja rodzina nie zaakceptuje mojej wizji. Muszę w tym celu rozwiązać kilka innych problemów. A do tego jeszcze daleka droga.

Dzieci wcale nie chcę mieć. Większości ludzi nie mieści się to w głowie, zwłaszcza że już kilka lat temu pracowałam z dziećmi jako wolontariuszka i opiekowałam się córką znajomych. Lubię kontakt z dziećmi, a przynajmniej z takimi powyżej czwartego roku życia - czasem w najbardziej ponury dzień przypominam sobie dzięki nim, jak się śmiać i za co kocham życie. Uważam, że praca z dziećmi i ogólnie pomaganie im w przezwyciężaniu ich trudności to jedna z najbardziej satysfakcjonujących, radosnych spraw, jakich doświadczyłam w życiu. Nie zmienia to jednak faktu, że sama nie chcę być w ciąży, rodzić ani pełnić roli matki. Powodów takiej decyzji jest wiele i nie będę o nich dzisiaj pisać, bo to raczej temat na osobną wypowiedź. Tak czy siak, boli mnie, kiedy wszyscy dookoła przyjmują w rozmowach ze mną (bądź w rozmowach o mnie) założenie, że na pewno ja też pragnę mieć własne dzieci, bo przecież "każda kobieta o tym marzy" i "każda kobieta choć raz w życiu powinna urodzić".

Próbowałam rozmawiać o tym wszystkim z kilkoma bliskimi osobami, jednak na ogół czułam (czuję), że nie rozumieją. Nawet te najbliższe. Przykładowo, jedna z nich powiedziała mi, że przecież ja nie mam w ogóle męskiej osobowości ani zainteresowań. Nie wiem, czym jest "męska osobowość", bo mężczyźni, których znam, pod względem osobowości diametralnie się różnią i żadnych schematów tu nie widzę, zaś zainteresowania we współczesnym świecie są od schematów coraz bardziej wolne. Nie każdy facet jest stereotypowym "samcem alfa" i nie każdy, kogo kręci na przykład motoryzacja, jest facetem. Przede wszystkim jednak, ja przecież nie powiedziałam, że czuję się mężczyzną. Ja tylko nie czuję się kobietą. Nie powiedziałam też, że chcę być mężczyzną. Chcę być po prostu sobą.

Muszę przyznać, że w ostatnich latach jest u mnie lepiej niż wcześniej, jeśli chodzi o samoakceptację. Jeszcze dwa lata temu było z nią naprawdę licho. Później dowiedziałam się, że nie jestem sama. Badania wskazują, że wśród osób ze spektrum autyzmu problemy z tożsamością płciową występują częściej niż u pozostałych (polecam PubMed). Coraz częściej spotykam się z artykułami na ten temat w Internecie, także z historiami konkretnych ludzi. Zarówno osób transseksualnych, jak i osób takich jak ja, postrzegających siebie jako kogoś "pomiędzy" kobietą a mężczyzną (ostatnio chociażby tutaj).

Ważne dla mnie jest też to, że udało mi się poznać kilkoro dorosłych ze spektrum, którzy łamią stereotypy dotyczące płci i czują się z tym dobrze. Między innymi parę kobiet, które ze swoją płcią się utożsamiają, ale nie lubią ubierać się kobieco i mają inną wizję życia niż większość ich rówieśnic. Świadomość, że takich osób jest więcej, pomaga mi. Nie oznacza to, że jest mi łatwiej, kiedy mam się elegancko ubrać na wpracową imprezę albo kiedy wuj z okazji urodzin mojej mamy życzy jej wnuka. Ale na co dzień jednak jest inaczej. Pogodniej.

poniedziałek, 3 lipca 2017

[39] Pamiętniki kwietniowo-majowe


1.04
Właśnie wróciliśmy ze Szczurem i piesą po prawie 2,5 godzinach łażenia po lesie (ok. 5-6 km). Byliśmy też nad zalewem. Widzieliśmy z bliska bażanta, poza tym łabędzie (w tym jednego syczącego), kilka rusałek (dla mnie pierwszych w tym roku!), bunkry i wiele pąków na gałęziach. Tak mi dooobrze było...

Odkąd piję herbatkę z dziurawca, bardzo poprawiło się moje funkcjonowanie psychiczne. Mam więcej energii, mniej lęków, nie mam też tak częstych problemów żołądkowo-jelitowych na tle nerwowym. Podobno same herbatki z dziurawca nie mają działania antydepresyjnego, bo hyperycyna w wodzie nie rozpuszcza się. A jednak ja czuję, że jestem inna niż np. 1,5 miesiąca temu. Czy to placebo, czy co?

2.04
Dzisiejszy dzień był dla nas obojga trudny, dość lękowy. Zaczęło się od nieudanej wycieczki do rezerwatu - liczyliśmy na ciszę, a zastaliśmy tłumy z dziećmi i rowerami. Potem była niezapowiedziana wizyta krewnych (brr)... Na szczęście wybraliśmy się też do lasu i tam nieco odzyskaliśmy równowagę psychiczną. Omówiliśmy też kilka trudnych tematów.
Jednym z problematycznych tematów ostatnio są dla mnie wydatki. Spokojnie, mam pieniądze - w dużej mierze dlatego, że mieszkam z rodzicami i nie ponoszę kosztów utrzymania domu. Ale staram się od kilku lat (od czasów stypendium) oswajać jak mogę z gospodarowaniem pieniędzmi. Tej wiosny jest niełatwo, bo wyjątkowo dużo rzeczy potrzebuję - ciuchy się starzeją, wysłużone urządzenia psują, wydatki na lekarzy i leki nie maleją, miejsca w pokoju znowu zaczęło brakować - a jednocześnie zbliża się lato, więc jak najwięcej chcę zaoszczędzić na podróże i swoje zainteresowania. W ramach cięcia kosztów postanowiłam zrobić listę potrzeb i wykorzystać starą szafę z kotłowni zamiast kupować nową szafę na rzeczy do pracy. Szafa, niestety, śmierdzi nieco starym drewnem, ale jest już u mnie i mam nadzieją, że przez nią nie zdrewnieję i nie zamienię się w Pinokia. Ten zapach jest nieco irytujący.
Tymczasem Safonidy są już u mnie. 
Zapowiada się wyjątkowo wypełniony tydzień, co nasila stres.
Ale...
"This could be the first day of my life", ponieważ dokładnie rok temu zdarzyło się coś, co zaczęło moje życie od nowa.

3.04
Mamy w ogrodzie gniazdo kosów! Dzisiaj kos chodził bardzo blisko nas, jakby w ogóle się nie bał. Awwww!

5.04
Bestia w pudle. Non stop ruszała się.



6.04
Nasiliły mi się lęki na temat rozjechanych zwierząt i generalnie zwierząt, które ludzie skrzywdzili. Nie jest to racjonalne, bo nieraz spotykałam w lesie martwe zwierzę i czułam się neutralnie, oglądam też filmy dokumentalne o drapieżnikach, nie jestem wege czy coś, jem mięso, ale na widok rozjechanego psa czy kota zaczynam się ostro bać, łapię stan lękowy. Od małego bałam się patrzeć na martwe koty na ulicy, ale potem to jakoś przygasło, jeździłam głównie autobusami na studia i nie widywałam martwych zwierząt na drogach. Tej wiosny sporo jeżdzę samochodem jako pasażer i widziałam już kilka, i wróciło mi to. Boje się patrzeć na drogę i jak widzę z daleka jakiś kształt na ulicy, wali mi serce i zamykam oczy.
Parę dni temu miałam zły sen. Śniło mi się, że mój kot nie wrócił do domu. Pojechałam samochodem szukać go, po drodze minęłam rozjechanego psa i od tej chwili czułam, że Bestia nie żyje. Byłam w jakimś parku, gdzie siedziało mnóstwo kotów, i wołałam go. Przyszedł do mnie kot niezwykle podobny do Bestii, z wyglądu taki sam, ale czułam, że to nie jest mój kot. Zabrałam go, wiedząc, że to nie jest on. Obudziłam się ze stanem lękowym, zlana potem, serce mi waliło.
No i od czasu tego snu znowu mnie to bierze. Jazda samochodem mnie stresuje, źle mi się oddycha, a jechać z zamkniętymi oczami nie umiem przez chorobę lokomocyjną.

10.04
Główną atrakcją ogrodu są teraz kosy. Są piękne i podchodzą bardzo blisko. Raz przyłapałam kosa w gnieździe - pierwszy raz widziałam z tak bliska ptaka w gnieździe. A nie, przepraszam, drugi, bo kiedyś u eks-przyjaciółki widziałam z bardzo bliska gniazdo gołębia na balkonie. Trawnik wygląda komicznie, bo kosy dłubią w nim dziobami, zostawiając charakterystyczne dziury. Jeśli ktoś jeszcze nie wie, jak wygląda Dziub-Dziub i gdzie się schował, to zapraszam.

Update: Właśnie widziałam panią Kos w gnieździe!

11.04
Rano widziałam sarnę. Spacerowała po łące nad rzeką.

Czytam "Kobietę z wydm", a tu takie buty:
Przypuszczano również, że mężczyzna, zmęczony życiem, popełnił samobójstwo. Pogląd ten lansował jego kolega, zajmujący się po amatorsku psychoanalizą, który twierdził, że już samo oddawanie się w wieku dojrzałym tak bezużytecznemu zajęciu jak zbieranie owadów jest dowodem psychicznej ułomności. Niezwykłe zamiłowanie do zbierania owadów, które przejawiają dzieci, wiąże się często z kompleksem Edypa. (...) Gdy człowiek dojrzały czyni to samo, jest to niewątpliwie oznaka poważnej choroby. Wcale nieprzypadkowo zbieracze owadów są często albo ludźmi o niepohamowanej żądzy zysku, albo krańcowymi odludkami, kleptomanami lub homoseksualistami. Stąd już tylko krok do samobójstwa z powodu znużenia życiem.
Przez chwilę wyobraziłam sobie ludzi z pracy w moim pokoju, gdzie stoją pojemniki z kokonami i fragmentami skóry gąsienic...

♪ The Paper Kites - Woodland

13.04
Jutro oboje ze Szczurem nie musimy iść do pracy, można by pojechać do Kampinosu, a tu jak na złość jest 5 stopni i nie potrafię chodzić po dworze bez rękawiczek. Jest mi znowu tak zimno jak zimą i nie jestem w stanie długo wytrzymać na zewnątrz. A dwa tygodnie temu, gdy musieliśmy oboje pracować, było 20 stopni... 

Skorzystałam z okazji, że większość ludzi zajmuje się przygotowaniami do świąt, a warszawskie "słoiki" tłumnie wyruszyły do swoich miasteczek i wiosek, i przypuściłam atak na najbliższą galerię handlową. Zwykle nie sprawia mi to przyjemności - za dużo bodźców, a już nie daj Borze po pracy - ale w takie dni jak dziś da się wytrzymać. Zwykle nie noszę też tego typu bluzek jak ta, którą dziś kupiłam. Trzeba stosować wobec mnie wyrafinowane tortury, żebym ubrała coś innego niż miękkie koszulki zakrywające większość tułowia, polary, bluzy, za szerokie gacie, adidasy i czapki z daszkiem. Ale dziś zrobiłam wyjątek dla bluzki z motylami. Ten niebieski wygląda jak morpho, a rzadko motyle na ubraniach wyglądają jak prawdziwe. Reszta też całkiem-całkiem możliwie wygląda.
Wolałabym puszczę niż galerię, ale motyle zawsze windują nastrój wysoko do góry.
I don't have special interests, I AM special interests.

Czytam "Sekretne życie drzew", a właściwie próbuję. Na każdym kroku ktoś tę książkę reklamował, ale mnie póki co czyta się ją jakoś topornie. Niby OK, ale przyłapuję się na tym, że nie pamiętam, co było parę stron wcześniej, nie potrafię wyłapywać faktów i ich zapamiętywać. Rozprasza mnie ilość metafor, porównań i ogólnie stosowanie w tak dużym natężeniu języka emocji w odniesieniu do drzew (drzewa "uzgadniają wszystko ze sobą", "lubią grupowe przytulanki" itd.). Rozumiem, że miało to ludziom ułatwić lekturę i chyba tak jest, skoro to bestseller. Ja jednak przy każdym takim określeniu muszę się zatrzymać i pomyśleć, co ono ma wyrażać w przypadku drzewa. To trochę tak, jak pisać o jakimś zwierzęciu, które dobiera się w parę na całe życie, że bierze ślub. Lubię baśnie, bajki i powieści fantasy, w których ma miejsce antropomorfizacja, ale z książki popularnonaukowej chciałabym coś zapamiętać.
Tak sobie myślę, czy ludzie muszą na siłę porównywać inne istoty do siebie w aż takim stopniu, by je lubić? Czy nie mogą lubić drzewa za to, że jest drzewem, a pszczoły za to, że jest pszczołą? Lubię w roślinach to, że tak bardzo różnią się od ludzi.

Jadę ze Szczurem na ściankę. Ja się nie wspinam, ale będę patrzeć i dopingować, ewentualnie czytać. Jest lękowy i sądzę, że to mu dobrze zrobi. Podobno bardzo lubi ściankę.

14.04
Mam ochotę pokazać pogodzie środkowy palec. Lało we wtorek, w środę, w czwartek, dziś też... Codziennie, odkąd przyjechałam do Norki, tylko deszcz i zimno.
Tęsknię za lasem. Tym tutejszym i "moim".
Tęsknię za słońcem i za ciepłem.
Dzisiaj bardzo trudno nam się było pozbierać. Rano zaczęło się niewesoło, kłóciliśmy się o moje alarmy, a właściwie to Szczur krzyczał, bo alarmy rozdzwoniły się i obudziły go, gdy byłam w toalecie. Zanim zjedliśmy, umyliśmy się i zrobiliśmy zakupy, była już czternasta. Teraz Szczur śpi, a ja robię "inwentaryzację" swoich rzeczy. "Sekretne życie drzew" porzuciłam, bo okazało się, że w książce należącej do ojca Szczura mam nie robić zaznaczeń, a bez tego nic z niej nie wiedziałam. Nie mieliśmy pomysłu na wyjście w taką pogodę. Mimo wszystko i tak psychicznie czuję się o niebo lepiej niż w domu, albo gdybym była zmuszona do interakcji z dodatkowymi ludźmi. Dobrze mi tu.
 
Tekst dnia: REWELACYJNA WARZĘCHA!

Nie mam jeszcze ochoty iść spać, najchętniej bym z kimś pobyła i porozmawiała, bo nie chcę zostawać sama z myślami o powrocie, mamie, pracy... Nie chcę jeszcze spać, bo nie chcę, żeby już było jutro i powrót do domu. Ale Szczur już śpi i nie mam z kim porozmawiać. Brakuje mi zwierzyńca.

15.04
Jaka dziś piękna, wyludniona jest Warszawa!
A ja wracam. Czyli to, co zawsze: ech.

Zaczęło się niefajnie: ledwie przyjechałam na Śląsk, zobaczyłam zabitego kota na ulicy, mimo że przez cały pobyt w Warszawie nie widziałam ani jednego. Do tego mama wymusiła na mnie i tacie wizytę w kościele.
Wizyta na szczęście była krótka, dziesięciominutowa, bo akurat nic się nie działo, tylko panie sprzątały kościół. A po wyjściu, gdy mama była jeszcze w środku i rozmawiała z jakąś panią, tata zrobił do mnie porozumiewawczą minę i szepnął: "Ty to masz szczęście, ja wczoraj 45 minut tu siedziałem".

Z cyklu "Rewelacje po powrocie": W jednym z pokoi znalazłam na szybie ślad w kształcie ptaka. Jakiś ptak zderzył się z oknem. Jak to możliwe, nie wiem - odkąd pamiętam, nie zdarzyło się tu coś takiego. Mam nadzieję, że to przynajmniej nie był kos.
W międzyczasie Bestia gdzieś przepadła. Znowu leje jak z cebra, a ten poszedł na wyprawę. Wyszłam na poszukiwania, mimo że ciemno choć oko wykol. Wróciłam mokra. Po dziesięciu minutach Bestia wskoczyła na okno, po czym przyszła wytrzeć się o mnie. Komicznie wymachuje mokrym ogonem po kąpieli.

16.04
Śnieg!
A dokładniej: raz słońce, raz deszcz, raz deszcz ze śniegiem.

17.04
Dzisiaj stawy mnie bolą przez cały dzień, nic nie pomogło. Znowu im dłużej zimno i deszczowo, tym bardziej boli. Nic mi się nie chce, nie mam siły się za nic zabrać.

To ja, gdy przychodzą goście w lany poniedziałek. A to Szczuru i ja, gdy przychodzą niezapowiedziani goście.

18.04
Nie jest dobrze, jeśli chodzi o lęki. Zima (czyt. okres, gdy jest mi zimno, bolą mnie stawy i nie potrafię przebywać długo na dworze) w tym roku jest wyjątkowo długa na Śląsku. Coraz trudniej mi wytrzymać. Boję się bardzo często, prawie przed każdym wyjściem z domu. Boję się też bez powodu.
Pamiętam okresy największych załamek psychicznych sprzed kilku lat, gdy bałam się prawie non stop, bałam się wyjść z domu, bałam się jeść, wychodziłam tylko na egzaminy, siedziałam w domu na leku przeciwlękowym i przez większość czasu oglądałam Animal Planet i Nat Geo Wild albo czytałam encyklopedię o zoologii. Wolałabym nie pamiętać, jak się wtedy czułam, ale pamiętam. Te dwie rzeczy (kanały przyrodnicze i encyklopedia) ratowały mnie codziennie. Ale teraz nie mam już w domu tych kanałów, a encyklopedii o zoologii mam dość. Brakuje mi czegoś, co by działało na mnie tak mocno, a jestem blisko granicy...
Chciałabym się obudzić z tego koszmaru gdzieś, gdzie jest ciepło zawsze. Ciepło - nie gorąco. Gdzie można zawsze wyjść z domu do lasu i nie jest tak okropnie. I drugie marzenie: żeby obudzić się w innym ciele. Czuję się jak więzień tego popieprzonego ciała i życia.

19.04
Dziś czułam się bardzo źle, psychicznie i fizycznie. Dochodzę do siebie, przynajmniej na jakiś czas (zapewne parę godzin przed kolejną falą). Jest ze mną on. Bestia.


20.04
Dzisiaj był lepszy dzień, mimo niefajnej sytuacji w pracy, kiedy to "popisałam się" stuprocentowo dosłownym rozumieniem tego, co się do mnie mówi.

Rodzice się denerwują i głowią, bo w przewodzie wentylacyjnym zamieszkały kawki. Były tam założone kratki, ale jednego dnia ojciec znalazł kratki leżące pod murem. Wygląda na to, że kawki wydłubały kratki - trudno mi było w to uwierzyć, chyba że były jakieś wyjątkowo rozklekotane, ale poczytałam na ten temat i podobno to się zdarza.
Najzabawniejsza była rozmowa z mamą.
Mama: "Nasze kosy to takie przyjazne, delikatne ptaki, nawet z wyglądu. A ta kawka to takie wrońsko, ślepia ma dziwne. Nieprzyjemnie mi, gdy na mnie patrzy".
Z kolei najdziwniej jest, kiedy coś robię i nagle ni stąd, ni zowąd słyszę ptaka, bo mam w pokoju otwór wentylacyjny. Rano była komedia - nie wiedziałam, co się wyprawia, na pół przytomna rozglądałam się za ptakiem, zanim połapałam się, że to stamtąd. Myślałam, że mam halucynacje. Nawet poszłam sprawdzić, co robi Bestia, i całkiem serio podejrzewałam go o morderstwo i przyniesienie półżywej ofiary do domu - bo mi się wydawało, że to w korytarzu.

21.04
Jestem wyczerpana psychicznie przygotowywaniem czegoś ważnego, problemem z ludźmi w pracy, bólami stawów i wizytą u dentysty. Przetrwałam kolejny trudny dzień, ale czuję w sobie pustkę i lęk, i nic więcej.

A moja koleżanka zapytała faceta, który jej się podoba, czy lubi skolopendry.

22.04
Budzę się rano i słyszę kawkę w wentylacji. Wiem, że to niedobrze, ale i tak fajnie się czuję, gdy ją słyszę.

To był dobry dzień. Pierwszy od dawna (tzn. od ponad tygodnia).
Razem ze Szczurem podejrzeliśmy Panią Kos (wysiaduje), odwiedziliśmy moją ciocię i wujka (jedne z najfajniejszych osób z mojej rodziny), a teraz oglądamy "Atlas chmur", bo muszę go oddać w przyszłym tygodniu do biblioteki.

25.04
Byłam u fryzjera i znowu wyglądam jak ja.
 
W domu znowu była gadka na temat tego, że nie widzę się, jak wyglądam, i powinnam chodzić lepiej ubrana do pracy. (Poszło o stare, luźne, szerokie dżinsy).
Nie znoszę tego, bo nie potrafię wiele poradzić na to, że ubrań, jakich potrzebuję, nie umiem nigdzie znaleźć. Na przykład:
1. Od dwóch lat szukam rozpinanego swetra bez golfa, który nie sięga za tyłek, nie gryzie, nie ma ciasnych rękawów i jednocześnie nie wygląda jak sweter mojej babci. Nigdzie nie ma.
2. Szukam też spodni, które nie są obcisłe, nie obcierają mnie noszone na gołe nogi i mają kieszenie, w których mieści się smartfon (znalezienie małego smartfona to kolejny hardkor). Mogą być z miękkiego materiału lub mieć rozszerzane nogawki. Bez wrzynającej się w ciało gumy w pasie, bez okropnego ucisku na biodra, najlepiej w ogóle wciągane, bez zapięć. I co? To też graniczy z cudem.
3. Szukam bluzek z długim rękawem, które są miękkie w środku na tyle, że po praniu nie obcierają, bez golfów, guzików i bez dużych dekoltów, jednokolorowe. Tylko w bluzkach jednej firmy czuję się dobrze fizycznie.
...itp., itd.
Do tego dochodzi kwestia sklepów z ciuchami. Nie wszystko da się kupić przez internet, a po trzydziestu minutach bycia w sklepie z odzieżą ilość bodźców wizualnych, zapachowych, dotykowych i dźwiękowych sprawia, że powoli odpływam. Jeszcze gorzej jest w sklepach obuwniczych, gdzie smród skór i innych tworzyw zwala mnie z nóg. Po pracy nie jestem w stanie iść kupować ubrań, bo JUŻ mam w głowie szum, z kolei w weekendy szkoda mi czasu na meltdowny i odsypianie po takiej eskapadzie.
Chciałabym, żeby wszyscy, którzy mają ból tylnej części ciała z powodu moich ubrań i ogólnie wyglądu, zamienili się ze mną ciałami na jeden dzień. Niech ich wszystko drapie, uwiera, uciska, niech ich swędzi całe ciało, niech ich męczy i usypia prawie każde sztuczne oświetlenie, niech czują nadmiar śliny w ustach przy każdym kontakcie z świeżo upranym ubraniem, niech ich bolą stawy i jeszcze niech przy tym muszą wykonywać jakąś pracę wymagającą dawania z siebie maksimum możliwości. Potem możemy pogadać.

26.04
Ostatnie dni są długie, męczące i przebodźcowujące. Czuję się jak w grze otome, gdzie ciągle muszę kogoś szukać, żeby coś mu powiedzieć, lub szukać jakiegoś przedmiotu. Muszę układać dla siebie popołudniami pisemne listy zadań do wykonania na kolejny dzień.
Całe szczęście, że JUŻ ŚRODA.
Ja jednak chcę piątek o tej porze. DRAMATYCZNIE chcę piątek o tej porze.

Zawsze czuję się bardzo nieprzyjemnie, gdy czytam u Agaty Christie tudzież innych powieściopisarzy o "zreumatyzowanych staruszkach".

Czy ten deszcz kiedyś się skończy?

27.04
Tracę już wytrzymałość i wiarę w jakikolwiek sens. Dla mnie prawie całym sensem wszystkiego jest tych kilka miesięcy między kwietniem a sierpniem, gdy dni są długie, jasne i nie jest mi zimno na dworze. Na razie cały kwiecień zleciał i było jakieś 1,5 tygodnia światła i ciepła. Zaczyna się maj, a mnie non stop jest zimno, bolą mnie oczy i głowa od wszechobecnego od rana do wieczora sztucznego oświetlenia. Nie napiszę, co chciałabym zrobić ze wszystkimi lampami dookoła, bo to byłoby bardzo wulgarne. Jeżeli maj nie będzie inny niż kwiecień, diametralnie inny, a w wakacje nadal będzie tyle deszczu i tak mało światła słonecznego, to ja naprawdę nie dam rady dalej tak żyć, nie poradzę sobie z kolejnym rokiem. Z tym rokiem dałam i daję sobie radę tylko dzięki temu wszystkiemu, co przeżyłam ze Szczurem w zeszłym roku od kwietnia do sierpnia.
Przez całą jesień i zimę czekałam na długie spacery. Jest już prawie maj, zaraz się zacznie, a ja nadal chodzę w zimowych (!) rękawicach. Chodzę w nich od września, żeby nie bolały mnie stawy. Pojutrze wyjazd do Czech, a ja w ogóle tego nie czuję, nawet nie czuję, że chcę jechać, mimo że to już tak blisko. Nie mam sił i nie mam jak je uzupełnić.
Jestem naprawdę, naprawdę głęboko nieszczęśliwa, z każdym dniem coraz bardziej. Z każdym dniem jest mnie coraz mniej, już chyba tylko w pracy jestem sobą. Czekam na dzień, kiedy zniknę jak Nini i nikt nie będzie mógł mnie zobaczyć, czekam i czekam, ale ten dzień nie nadchodzi.

28.04
Teraz siedzę w swoim ciemnym pokoju, słucham kawek i marzę tylko o tym, by stawy przestały mnie boleć i by poczuć się lepiej psychicznie w najbliższych dniach.
Ostatnio mało mnie w necie, parę osób mnie o to pytało. Po pierwsze, nie miałam już na to siły po pracy, musiałam pobyć sama. Po drugie, czasem trochę pisałam, ale udostępniałam to tylko nielicznym, bo nie chciałam innych ciągnąć w dół swoim ciągłym pisaniem o bólu stawów, lękach i depresyjnych myślach. A kłamać, że dobrze się czuję, też nie będę. Chciałabym, żeby to wszystko minęło. Zwłaszcza, żeby ból był rzadszy i żebym umiała spać więcej niż pięć godzin dziennie. Pewnie minie. Ale nie wiem, kiedy.
Tego, że jutro wyjazd, na razie w ogóle nie jestem świadoma. I chyba pierwszy raz na dzień przed nie ogarniam, co znajduje się w moich walizach.

♪ Aimer - Polaris

29.04
Jedziemy do Czech.

Wrażenia ze stacji paliw: Dzieci do czwartego, piątego roku życia zachowują się sensorycznie okropnie. Żadnych dzieci.

Refleksja z samochodu: ile w tym naszym porąbanym kraju jest lasów, w których nigdy nie byłam!

1.05
Jutro wyjeżdżamy z Czech. Kurczę, jak mi się nie chce wracać... Dawno nie czułam takiego spokoju, komfortu psychicznego jak tutaj. I chociaż dzisiaj mam jakieś problemy z ciśnieniem (przez większość dnia napieprza mi łepetyna i bolą oczy), i tak nie chcę wracać.
Jadłam bardzo dobre jedzonko (a rzadko mówię to o jedzeniu w nowych miejscach), stawy miały się naprawdę dobrze, odpoczęłam od netu i telefonu (przez większość czasu nie było ani netu, ani zasięgu), spotkałam dwie sarny, byłam w zamku, pomęczyłam lustrzankę, widziałam białego tygrysa, czerwone pandy i inne ciekawe zwierzęta, poznałam nieco czeskich słówek (rządzą brambory, wozidlo i divadlo), poćwiczyliśmy się ze Szczurem w komunikacji werbalnej i niewerbalnej z Czechami (z przewagą tej drugiej), a do domu wrócę z pluszowym tygrysiątkiem. A przede wszystkim to był chyba pierwszy w pełni udany wspólny wyjazd, gdy nie pokłóciliśmy się ani razu, nie doszło do meltdownów ani innych hec. Kluczem do sukcesu okazały się osobne pokoje ze wspólną łazienką.

Tak nawiasem, dzisiaj miałam dziwne sny.
Śniło mi się najpierw, że byłam tuż przed maturą i pierwszy raz od kilku lat wsiadłam na rower. Jechałam moją ulubioną drogą, którą nazywam "szlakiem niedźwiedziówek". Jednocześnie byłam niezadowolona z mającej mnie czekać imprezy w szkole, na którą każdy miał się przebrać za owoc lub warzywo, niczym w przedszkolu. Ja miałam być... cebulą. Brr. Nie znoszę cebuli!
Potem śniło mi się, że było lato, a ja hodowałam różne gatunki motyli i miałam niezwykle dużo larw, zwłaszcza Safonidów. Miałam też motyla, jakiego nigdy nie widziałam, z niebieskimi i białymi plamami, jednak nie umiem go opisać. Był śliczny. Jednocześnie rodzice wynajmowali w wakacje pokój jakiemuś facetowi, który pracował na uczelni i był ekspertem od motyli. Miał on popielate włosy do ramion i chyba ze czterdzieści lat, a ja się w nim kochałam. Pokazywałam mu mojego nietypowego motyla.
Szczur po wysłuchaniu opowieści o tych snach zaczął być zazdrosny o wszystkich znajomych biologów, pomimo że nie znamy żadnego specjalisty od motyli, miał też minę, która mnie strasznie śmieszy. Myślałam, że umrę ze śmiechu!

3.05
Kurczę, przez dyskusje na fejsbuku znowu oglądam kamienie szlachetne w necie, nawet oferty sprzedaży. Mnie to jednak internet szkodzi.

4.05
Ciężka noc i ciężki dzień. Najpierw nie umiałam zasnąć - obudziłam się w nocy z silnym stanem lękowym i było niedobrze. Nie rozumiałam, czego się boję, ale bałam się na całego. Potem, rano, okazało się, że słusznie się bałam, bo pójście spać bez leku przeciwbólowego i odłożenie zażycia tegoż na rano było bardzo złym pomysłem. Obudziłam się totalnie zesztywniała, prawą ręką ani się umyć, ani ubrać. Dopiero po trzech godzinach lek pomógł. Jutro ma być zastrzyk, nie mogę się doczekać.

Im dłużej jest wilgotno i boli, i nie ma światła słonecznego, tym bardziej mi się odechciewa żyć.

Coś o komunikacji, co do mnie pasuje.

6.05
Koniec z sosną, która była, odkąd pamiętam, i rosła ze mną... Bardzo mi smutno, nie potrafię się pozbierać.

7.05
Po tym, jak zaczęłam lekturę "Dzikiego seksu", już nie spojrzymy tak samo na uchatki, prawda, Szczuru?
(Okazało się, że uchatki gwałcą pingwiny.)

8.05
Dzisiaj i wczoraj miałam nieco porąbane sny.
Wczoraj śniła mi się Dagmara, ale już nie pamiętam, co robiła. Miało to coś wspólnego ze sztuką. Chyba kolorowała.
Dziś z kolei śniło mi się, że Katja pojechała do Warszawy na protest dotyczący praw osób niepełnosprawnych w Polsce. Odbywał się tam jakiś happening i Katja grała osobę poruszającą się na wózku inwalidzkim. Głośno coś krzyczała (czytaj: wydzierała się, ile wlezie. Miała fajny, czarno-biały strój.
Śniło mi się też, że Szczur próbował hodować motyla, ale przeoczył moment wyjścia motyla z poczwarki i zastał go martwego. Był w związku z tym smutny i pokazywał mi motyle truchło.

9.05
Deszcz ze śniegiem...
Moja babcia zawsze mawiała, że Pankracy, Serwacy i Bonifacy to Zimni Ogrodnicy, a po nich przychodzi Zimna Zośka. Niech oni już lepiej wszyscy sobie pójdą.

W ciągu dziesięciu minut przejść od beztroskiego nawijania o wężach i orangutanach do totalnej fiksacji na czasie, bólu brzucha, walącego serca i obsesyjnych myśli, tylko dlatego, że coś za trzy miesiące się okazało rozplanowane w czasie inaczej niż dotąd wiedziałam - takie buty to chyba tylko u mnie.

10.05
Zaczynam mieć kłopoty z hiszpańskim. Brakuje mi poprzedniego korepetytora, który niestety wyjechał. Obecna korepetytorka nie rozumie, że ja często nie potrafię "na sucho", w teorii, wyjaśnić czegoś z gramatyki, pomimo że potrafię to stosować, gdy dostaję przykłady. Nie umiem opisywać zagadnień gramatycznych swoimi słowami.

12.05
Od paru dni myślę o tym, czy by w wakacje nie ściąć włosów krócej niż kiedykolwiek wcześniej. Znacznie krócej. Chciałabym, ale jednak się boję.

13.05
Śniło mi się, że przyniosłam do domu duuuże złoże jaj i zaczęły z niego wychodzić gąsienice, początkowo trzy. Były czarne, włochate i w ekspresowym tempie jadły (i nie tylko jadły).

Dzisiaj byłam ze Szczurem na święcie kwiatów w WPKiW. Przyznam, że miałam obawy przed wyjazdem tam, bo święto kwiatów kojarzyło mi się zawsze z jedną z pierwszych randek ze Świetlikiem; obawiałam się przykrych myśli i stąpania wśród duchów. A jednak podobało mi się. Pogoda dopisała, było ok. 17 stopni i stawy prawie mnie nie bolały, a zieleń jak zawsze podziałała na mnie kojąco. Kiedy jechaliśmy samochodem z powrotem, czułam się wręcz szczęśliwa.
Kupiliśmy dwa słoiki miodu, sukulenty i muchołówkę, a do ogrodu kłującą roślinę, którą mama miała w ogrodzie, gdy byłam mała, i którą uwielbiałam dotykać (ma takie fajne w dotyku, mięsiste liście z wyczuwalnymi maleńkimi włoskami). 

 
Po powrocie dla dodatkowego odprężenia obejrzeliśmy "Sing". Chyba dobrze nam to zrobiło.
Jutro pierwsza komunia. Spodziewam się kiepskiej nocy, konieczności brania leku przeciwlękowego oraz nieprzyjemnego poranka w domu. Już wczoraj było niemiło, po tym, jak tata próbował przekonać mamę, by nie iść do restauracji, bo się boi. Mama przez cały dzień zachowywała się nieznośnie, krytykowała mnie ciągle, w końcu nakrzyczała na mnie, że to przeze mnie i tatę nie ma nic z życia, bo wszędzie jest nam za głośno, za tłoczno, boimy się i tak dalej. Stanęło na tym, że ja i Szczur pojedziemy chyba "tylko" do kościoła, a tata "tylko" do restauracji, choć dla nas wszystkich jest to i tak kompromis daleki od naszych potrzeb. Tak więc cieszę się bardzo, że dzisiaj mogliśmy naładować się pozytywnymi emocjami. Będą bardzo potrzebne.

15.05

16.05
Do ogrodu przyszedł jeż.

17.05
Pójście na spacer przed wieczorem bardzo się opłaciło. Spotkałam najsłodsze stworzonko na świecie. Spotkałam też zająca, skakał sobie po drodze. Poziom endorfin sięgnął nieba. 


Czuję się, jakby coś dziwnego się zadziało w tym tygodniu z tymi zwierzętami - trzy dzikie zwierzęta widziane z tak bliska w ciągu dwóch dni.
Niestety jest jedna zła wiadomość: nadal nie znalazłam żadnej wierzby, więc hodowanie wierzbowców na razie widzę w czarnych barwach. Jeśli nie zjadłyby nic innego, to po nich. Najbliższa wierzba jest chyba dopiero tam, gdzie ściana lasu. Znalazłam wprawdzie jedno drzewo, które mi wierzbę przypominało, ale chyba to nie ona. Ych.

18.05
Dzisiaj znowu poszłam w okolice lasu, ale inną drogą - zaczęłam tak samo jak wczoraj drogą za autostradą, ale potem, zamiast skręcić w lewo, doszłam do końca i poszłam w stronę niedokończonego domku pod lasem. Pierwszy raz od września czy października poszłam go zobaczyć i ucieszyłam się, że w tym roku mniej ucierpiał niż w poprzednim. Wprawdzie po drodze wycięto sporo młodych drzew, ale nie wydaje się, by domek był bardziej uszkodzony niż rok temu.
Było tak błogo i cicho... Pachniało tak, jak wieczorem pachnie las.
Niedaleko od miejsca, gdzie wczoraj spotkałam przesłodkie stworzonko, dzisiaj znalazłam martwą nornicę. Bardzo chcę wierzyć, że to nie było to samo stworzonko, że to tylko taki zbieg okoliczności, choć logika podpowiada co innego - że zwierzątko sprawiało wrażenie osłabionego. Dopiero po dłuższej chwili zaczęło uciekać, wydawało mi się też przez chwilę, że ciężko oddycha. Możliwe, że było chore. Ale i tak bardzo chciałabym wierzyć, że to nie był właśnie ten zwierzaczek...
Po powrocie odkryłam, że trzy Safonidy wyszły z jaj. Niestety, nie sprawdziłam tego przed spacerem, przez co nie mam dla nich nic prócz kilku malusieńkich listków róży z ogrodu. Masz ci los - a wystarczyło zerwać liście po drodze. No nic, mam nadzieję, że dożyją do jutra.

19.05
Dzisiaj źle się czuję. Nie wiem, dlaczego. Przez cały dzień próbowałam się schronić przed hałasem, smrodem i brakiem powietrza, ale nie udawało mi się. Nawet w bibliotece było mi okropnie duszno, a w autobusie trzęsło i śmierdziało tak, że myślałam, że zwymiotuję. W pracy było w porządku, tylko przemieszczanie się takie paskudne. Ale odkąd wróciłam, czuję, że się boję - nie wiem, czego. Myśl o kolejnym kontakcie z ludźmi i autobusami mnie odstręcza. Do tego mama nieprzyjemna jak w prawie każdy weekend. Chce mi się płakać - też nie wiem, czemu. Pogoda ładna, zaczyna się sezon na motyle, w pracy było nieźle - nie ma powodów do rozklejania się.
Chciałabym z kimś posiedzieć w cieniu i pogadać o zwierzętach.

Bardzo mi brakuje DOKŁADNYCH informacji o motylach, zwłaszcza ćmach. Odpowiedzi na szczegółowe pytania takie jak: po jakim czasie od wyjścia z jaj zaczynają jeść rośliny, jak często przechodzą wylinki, ile czasu dokładnie potrzebują od etapu jaja do przepoczwarczenia itp. Żebym nie musiała za każdym razem, gdy małe nie jedzą, zastanawiać się, o co chodzi tym razem. O ćmach informacji znajduję jak na lekarstwo. Z motylami dziennymi bywa niewiele lepiej, ale wciąż są to bardzo fragmentaryczne informacje.
Czasem się zastanawiam, dlaczego ludzi nie interesują takie rzeczy, dlaczego nie piszą o nich w necie czy w książkach, podczas gdy o tylu dla mnie niezrozumiałych (czyt. moim zdaniem śmiertelnie nudnych) rzeczach piszą. Czy nikt, nikt amatorsko nie hoduje ciem? 
Zawsze, gdy mam w domu nowy gatunek, jest tak, jakbym odkrywała jakiś nowy świat dla siebie.
Dopiero dzisiaj dowiedziałam się, jak się nazywa jedna ćma, którą wyhodowałam w zeszłym roku: szczerbówka ksieni. Nigdzie jej nie umiałam znaleźć, a identyfikować motyli na podstawie li i jedynie opisu nie potrafię (nigdy, NIGDY bym nie zgadła, jakiej gąsienicy dotyczy opis, nawet w przypadku rusałek - są kompletnie od czapy).

22.05
Rany, jaki ciężki dzień... Powinnam się dziś była obudzić o siódmej, a obudziłam się o piątej, po niecałych pięciu godzinach snu, i nie zdołałam ponownie zasnąć. Bolą mnie stawy i nie tylko. Rodzice się kłócą, też źle się czują i chodzą rozdrażnieni. W pracy ludzie popełniają różne pomyłki. Jedynie gąsienice chyba w dobrej formie.

Pogoda fajna, ciepło, słonecznie i tak jakby przed burzą... tyle że to nie jest pogoda wymarzona na dzień roboczy.

Na fejsie znalazłam to i pomyślałam sobie, że ostatnio dramy jest za dużo, bym się komfortowo czuła, nawet w necie.

24.05
Miłozwierz jest genialny.

26.05
Przetrwałam wpracową imprezę oraz dentystę, to teraz nagroda - kupiłam sobie książki Eco i Sapkowskiego w antykwariacie.
Jeśli chodzi o mnie i mój paniczny lęk przed dentystą, obecnie stosuję wszystko naraz: lek przeciwlękowy, piłeczkę sensoryczną, muzykę, uważność i czysty behawioryzm.

Chciałabym, żeby w weekend Szczur zrobił mi moim aparatem "sesję zdjęciową" z gąsienicami. Oby miał na to chęć!

Nie lubię określenia "dotknięty autyzmem". Niby lepsze to niż "cierpiący na...", ale gdy to czytam, mam w głowie wizję jakiegoś gigantycznego palca olbrzyma, który mnie dotyka. Brr.

28.05
Ten weekend był pół na pół.
Początek weekendu trzeba uznać za udany. Przyjechał Szczur i byliśmy na bardzo fajnym spacerze po lesie. Znaleźliśmy drugą niedźwiedziówkę. Zapuściliśmy się w rejon, gdzie jeszcze nie byłam, i dwa razy zobaczyliśmy tam sarnę! Za pierwszym razem nie widziała nas, szła w poprzek drogi, którą szliśmy. Za drugim zobaczyła nas i po prawej mignął nam tylko jej zadek. W lesie było, jak zwykle, bardzo błogo i pięknie. Chciałam tam zostać i nigdy nie wrócić.
Po południu pojechaliśmy do restauracji i tam zaczęły się schody. Od dłuższego czasu pragnęłam tam pójść na obiad, bo pokochałam danie, które tam serwowano. Składało się z przepysznych, smakujących jakimiś ziołami, pieczonych ziemniaczków i mięciutkiego, delikatnego mięsa drobiowego, oraz ze szpinaku, który także był przepyszny. Niestety, od dłuższego czasu nie mogłam tam się wybrać. No i wczoraj, gdy w końcu się udało, okazało się, że zmieniło się menu i teraz są same dania z sosami oraz mnóstwo wymyślnych rzeczy. Poczułam się okropnie, bardzo chciało mi się płakać na myśl, że już nigdy nie zjem tego dobrego dania. Oczywiście, nie jestem w stanie bez przepisu czegoś przygotować, a tego nie byłabym w stanie pewnie nawet z przepisem. No i łzy mi popłynęły, kiedy tam siedziałam i czekałam na inne danie, zupełnie nie w moim guście. Jakoś się opanowałam, zjadłam, ale wewnątrz było mi bardzo przykro. Bardzo, bardzo rzadko cokolwiek mi smakuje poza domem i nie powoduje, że źle się czuję. I jak już coś polubię, przy całym koszcie psychicznym związanym z próbowaniem nowych rzeczy, to inni ludzie zawsze potem albo zamkną restaurację, albo coś spieprzą...
Po powrocie mieliśmy miły wieczór. Potem zajmowaliśmy się gąsienicami, wszystkie Szczurowi przedstawiłam i daliśmy im jeść. A potem, niestety, zaczęłam łapać straszne lękowe fazy na punkcie kleszczy.
W przyniesionej wierzbie znaleźliśmy cztery kleszcze i zaczęłam przez to łapać totalną paranoję, że może jakieś kleszcze wydostały się wcześniej i łażą po pokoju. Wydawało mi się, że na pewno jakieś mam w pokoju lub na sobie, i bałam się spać. Rozmawiałam do późna z Markiem. Potem od pierwszej do drugiej Szczur mnie uspokajał i ściskał. Zasnęłam po trzeciej.
Dzisiaj nadal jestem dość lękowa, co pogłębiły zachowanie mamy i kolejny kleszcz, napotkany na jabłoni. Szczur z kolei źle się poczuł, chyba przez upał, bolała go głowa i było mu niedobrze. Do szesnastej leżał, a ja przygotowywałam rzeczy do pracy. Później pojechaliśmy po liście dla larw i poszliśmy na spacer, i znowu było fajnie. Mimo wszystko weekend był połowicznie fajny. Te spacery spięły całą resztę, mniej przyjemną, jak klamry.

29.05
Dzisiaj dla odmiany działo się bardzo dużo... za dużo. Spacer po liście zajął mi półtorej godziny, później zajmowanie się larwami prawie dwie godziny. Jestem skonana. Nie rozumiem, po co ludzie chodzą na siłownię, jak wystarczy sobie motyla rozmnożyć.

30.05
Fizycznie mam wyjątkowo dobry dzień, podobnie jak wczoraj zresztą. Właśnie mija trzecia doba od ostatniego leku przeciwbólowego, a stawy nie bolą. Takiego przypadku nie było od MIESIĘCY (!).

Oglądałam dzisiaj swoje zdjęcia sprzed sześciu lat, gdy jeszcze miałam długie włosy. Włosy rozpuszczałam tylko do zdjęć. Prawie zawsze miałam spięte, bo rozpuszczone strasznie mnie drażniły i przebodźcowywały, nie umiałam się w nich na niczym skupić, nieświadomie je gryzłam i szybko zaczynała mnie boleć głowa. Ale przez wiele lat męczyłam się z nimi - wzbraniałam się przed ścięciem, bo zmiany mnie przerażają. Potem się okazało, że to była ogromna ulga.

31.05
Czemu ludzie tak się wydzierają, kiedy mają chwilę przerwy w pracy? Nie da się nic zrobić w pokoju pełnym takich osób, a pięcioro wrzaskunów to już pełen pokój. Po kilku minutach strasznie wali mi serce. Zamiast odpocząć od hałasu podczas jedzenia drugiego śniadania, ci się drą. Wystarczy zmienić lokalizację i spędzić dwadzieścia minut w odosobnieniu, a zaraz udaje się zrobić wszystko, czego przy nich się nie dało.

Dzisiaj wieczorem jest mi jakoś smutno, sama siebie nie rozumiem. Czuję się średnio z tym, że inni się podpisują pod listem dorosłych z ASD i z tego cieszą, a ja się nie tylko boję podpisać, ale i na co dzień się boję, że ktoś w pracy się domyśli. Powinnam się cieszyć, że jest fajna akcja, ale ja jak zwykle się czuję inna nawet wśród tych również innych, mam trudne do uzasadnienia poczucie, że nie potrafię być ich częścią i nie potrafię być, i to wywołuje mój smutek. I że całe moje socjalizowanie się można między bajki włożyć.
Chciałabym być bliżej niektórych osób, które niesamowicie lubię. Ale nie wiem, jak, bo aspi sami nigdy nie zagadują, raczej łączą ich tego typu akcje jak ta z listem. Ja nie będę nigdy w stanie być self-adwokatem, bo spokój jest moją potrzebą numer jeden, a do tego udawanie normalnej na co dzień i bycie wśród ludzi tak mnie męczą, że nie jestem w stanie dodatkowo przebywać w dużych grupach ludzi w weekendy. To jak mam mieć przyjaciół? Chcę, ale nie wiem, jak, jak zwykle.

wtorek, 27 czerwca 2017

[38] Jak zrobić dobrze inżynierowi


Gdybym miała możliwość swobodnego podróżowania w czasie, na pewno chciałabym przynajmniej raz spotkać kilkuletnią siebie. Jest kilka spraw, o których porozmawiałabym z małym Rosomakiem, żeby kontakty z rówieśnikami były dla niego choć trochę łatwiejsze. Między innymi chciałabym poruszyć kwestię zabawy.

Bardzo, bardzo dużo czasu zajęło mi nauczenie się, że zabawa z kimś nie polega na tym, że ja mówię, jaki mam pomysł (przeważnie oparty na jakiejś historyjce z kreskówki lub książki), a druga osoba bez szemrania się do niego dostosowuje i wykonuje moje polecenia. Niestety, nikt mi tego wprost nie powiedział, a ponieważ taki schemat wiele razy się sprawdził i niemalże gwarantował mi pozytywne emocje, nie wiedziałam, że robię coś nie tak. Z osobami, które nie chciały bawić się według moich reguł, po prostu się nie bawiłam. 

Dopiero jako dorosła wiem, że przez swoją potrzebę dominacji w zabawie co nieco straciłam. Zawierałam znajomości tylko z dziećmi, które były spokojniejsze niż ja, uległe, pozbawione własnego zdania i skłonne podporządkowywać się moim wizjom. Miało to swoje minusy, niezauważalne z punktu widzenia dziecka. Koledzy, którzy chętnie ulegali mi, nie okazali się dobrym materiałem na przyjaciół. Wystarczyło, że na horyzoncie pojawiał się nieco starszy chłopak o silnej osobowości i z atrakcyjniejszym od mojego zestawem zabawek, a oni już szli się z nim bawić i bez żalu zostawiali mnie samą. Wśród nich był między innymi kolega z podwórka, który, jak się później okazało, wygadywał moim szkolnym wrogom moje sekrety, podczas gdy mnie bardzo na nim zależało. Tymczasem do naszej klasy chodziły co najmniej dwie osoby, które z własnej woli czytały książki i już w podstawówce zaczęły interesować się fantastyką, a nieco później, jak ja, odkryły anime i teraz jeżdżą razem na konwenty. Ja jednak tych osób nie lubiłam, a one nie lubiły mnie, bo były z natury bardziej niezależne niż moi koledzy i nie chciały bawić się "po mojemu". Nasze drogi całkowicie rozminęły się, naznaczone kilkoma konfliktami z wczesnego dzieciństwa. Już do końca podstawówki traktowaliśmy się wrogo.

Teraz mam to szczęście, że najwięcej czasu wolnego spędzam z chłopakiem, a część zainteresowań moich i Szczura się przenika. Oboje lubimy zamki i opuszczone miejsca, choć patrzymy na nie z różnych perspektyw. Tak samo lubimy spędzać czas na dworze, mimo że Szczur najchętniej przez cały czas byłby w ruchu, a ja potrzebuję co pewien czas zatrzymać się lub trochę posiedzieć, żeby w pełni nacieszyć się otoczeniem. Możemy rozmawiać o fantastyce i nie przeszkadza nam, że ja wolę fantasy, a Szczura bardziej ciągnie do science-fiction. I tak dalej, i tak dalej. Są jednak rzeczy, które interesują tylko jedno z nas. A ponieważ Szczur regularnie pomaga mi w opiece nad gąsienicami i ogląda ze mną filmy animowane, ja też nie mam nic przeciwko temu, żeby od czasu do czasu uczestniczyć w realizacji jego pomysłów. Lubię sprawiać mu przyjemność i patrzeć, jak robi coś, co go cieszy - jest to miłe uczucie, którego jako dziecko nie znałam.

I tak czerwcowe weekendy upłynęły nam głównie pod znakiem maszyn, które Szczur uwielbia, choć nie umie powiedzieć, dlaczego. Gdy go o to zapytałam, stwierdził, że to błogosławieństwo Omnissiaha. Coś w tym jest, bo rzeczywiście rozumie maszyny, a one się go słuchają.

W ramach Industriady - święta śląskiego Szlaku Zabytków Techniki - pojechaliśmy do Muzeum Energetyki w Łaziskach Górnych. Tydzień później zwiedziliśmy zabytkową stację wodociągową "Zawada" w Karchowicach, ostatnio zaś wpadliśmy do gliwickiego Kolejkowa, żeby zobaczyć największą w Polsce makietę kolejową. Jak przystało na inżyniera, Szczur był w swoim żywiole: podpatrywał różne mechanizmy, próbował mi je tłumaczyć, fotografował, stimował i z przejęciem monologował. Ja natomiast, ponieważ maszyny są mi tak obce, jak bliskie mi są zwierzęta, niewiele z tego wszystkiego zrozumiałam. Za to zrobiłam sporo zdjęć szczegółów, które najbardziej przykuwały moją uwagę.

Uprzedzam pytanie: nie, nie mam obsesji na punkcie kół. A może i mam, tylko do czerwca o niej nie wiedziałam.