poniedziałek, 20 lipca 2020

[104] Lockdown oswojony


Dawno, dawno temu przeczytałam gdzieś cytat: "W życiu mogą cię spotkać dwa rodzaje nieszczęścia: kiedy twoje największe marzenie się nie spełni albo kiedy się spełni". (Jeśli Ciocia Wyszukiwarka ma rację, autorem tych słów jest George Bernard Shaw.) Zapamiętałam go mimowolnie, ale nie zawracałam sobie nim zanadto głowy, bo wydał mi się gigantycznym uproszczeniem. W końcu nieszczęśliwych zdarzeń, które mogą spotkać człowieka, jest całe spektrum, a bywają one tak nieprzewidywalne, że większość nie sposób uznać po prostu za przeciwieństwo spełnionego marzenia. Nadal tak uważam, ale tej wiosny chyba zrozumiałam, co autor miał na myśli.

Nie wiem, czy istnieje osoba, która częściej ode mnie fantazjowałaby o niespodziewanej, ale nie związanej ze złym stanem zdrowia ani z bezrobociem, przerwie od pracy. Przypuszczam, że odkąd skończyłam studia, miewam takie myśli co najmniej raz czy dwa razy w tygodniu - i nie ma znaczenia, że swoją obecną pracę naprawdę lubię. Ot, gdyby tak pewnego pięknego dnia obudzić się o piątej trzydzieści i zastać obok łóżka jakiegoś krasnalka, który mi oznajmi, że przez najbliższe dwa tygodnie mogę nie chodzić do pracy... bez najmniejszych dolegliwości zdrowotnych i bez żadnych konsekwencji. Wyłączyć budzik, przewrócić się na drugi bok i ponownie zasnąć z błogą świadomością, że nikogo nie muszę oglądać, a żadne zobowiązanie nie dynda mi nad głową.

Kiedy w połowie marca gruchnęły pierwsze decyzje rządu związane z pandemią, przez pewien czas czułam się, jakbym śniła na jawie. Moje najskrytsze fantazje urzeczywistniły się, tyle że w sposób, który jeszcze niedawno nie przyszedłby mi do głowy. I wtedy okazało się, że... lepiej, by pewne rzeczy jednak pozostawały w sferze marzeń. Miał być sympatyczny krasnalek, a nie umierający ludzie, maseczki i lockdown!

Pod względem psychicznym miewałam wzloty i upadki. Przez pierwszych kilkanaście dni upadków było więcej. Żeby pognębić taką osobę jak ja, wystarczy już, aby z dnia na dzień zachwiała się rutyna, a wszystkie plany na kolejne tygodnie zostały odwołane. Najgorsze było jednak to, że w pierwszych dniach nikt nie potrafił odpowiedzieć mi na najważniejsze pytania: co będzie dalej, na jakich obostrzeniach się zatrzymamy, ile to wszystko potrwa, jak będzie w moim przypadku wyglądać praca zdalna. Nikt nic nie wiedział, a już najmniej mój szef, sam co chwilę zaskakiwany czymś nowym. Im więcej niewiadomych, tym gorzej czuje się osoba ze spektrum. Zamiast robić to, co zwykle chcę robić w wolne dni, początkowo co rano budziłam się z lękiem przed kolejnymi komunikatami, czego jeszcze robić nie mogę. Najbardziej dobiły mnie zakaz wstępu do lasów i niemożność widywania Szczura. Bałam się nie tylko o zdrowie swoje i swoich bliskich, ale też o to, żeby wszechobecne zakazy nie uderzyły w moje pasje. Niektórych może to dziwić, ale dla autysty możliwość realizowania pasji jest podstawą sensu życia. Przez nieustanny napływ informacji o wirusie z tablic znajomych i telewizorów rodziców miałam stany lękowe. Gdy tylko ojciec wchodził rano na piętro i od progu wołał, ile osób poprzedniego dnia zmarło albo co powiedział premier, waliło mi serce, a brzuch bolał.

W pewnym momencie sygnały z ciała uświadomiły mi, że niebezpiecznie zbliżam się do stanu kryzysu psychicznego, w jakim byłam w okresie studiów. Powiedziałam sobie: stop. Choćby dookoła się waliło i paliło, zdrowie psychiczne musi być priorytetem, w przeciwnym razie fizyczne też lada chwila się posypie. Zaczęłam od odcięcia się od mediów w największym możliwym stopniu. Choć początkowo było mi trudno powstrzymać się od ciągłego zaglądania do netu, postanowiłam czytać wiadomości o wirusie tylko dwa razy dziennie i ze sprawdzonych źródeł. Na parę tygodni przestałam obserwować profile znajomych, którzy udostępniali najbardziej katastroficzne posty. Telewizji w ogóle nie oglądałam, a gdy rodzice oglądali wiadomości, wychodziłam do innego pokoju i starałam się czymś zająć.

Stopniowo wypracowałam sobie nową rutynę dnia. Wstawałam i chodziłam spać późno, zgodnie ze swoimi potrzebami. Do obiadu zajmowałam się pracą, po południu starałam się wyjść na dwór, wieczorami ćwiczyłam i spędzałam czas ze Szczurem na Skype, a przed snem czytałam w samotności. Początkowo trzymanie się nowych rytuałów służyło głównie temu, żeby zaakceptować nową rzeczywistość i nie zwariować. Z dnia na dzień zaczęłam jednak czerpać coraz większą przyjemność z nowego trybu życia. Przyjemność wzrosła jeszcze, gdy sprawy wpracowe poukładały się. Czułam, że coraz bardziej rozluźniam się i zaczynam odpoczywać sensorycznie od ciągłego nadmiaru bodźców, z jakim wiąże się "normalna" codzienność. Zazwyczaj ledwo zdążam naładować swoje społeczne i sensoryczne baterie, a już muszę na nowo robić rzeczy, które całkowicie je rozładowują - i tak w kółko. Nie tracąc kilku godzin dziennie na ładowanie baterii, zyskałam czas na robienie wielu rzeczy, na które po zwykłym dniu pracy nie mam energii. Owszem, ukłucia lęku i dołki wciąż się zdarzały, ale sporadycznie, głównie wtedy, gdy czekałam na kolejne decyzje związane z pracą. To nie znaczy, że pandemia sama w sobie przestała mnie przerażać, po prostu nauczyłam się maksymalnie wykorzystywać ten czas.

Po lockdownie zrobiłam listę pozytywnych rzeczy, które udało mi się zrobić w tym okresie. Doliczyłam się ich kilkunastu:

1. Wysprzątałam swój pokój. Zwykle robię to pod koniec czerwca, ale tym razem zabrałam się za porządki w pierwszych tygodniach pandemii, gdy bardzo pilnie potrzebowałam zająć myśli.
2. Uporządkowałam zawartość dysku twardego, smartfona, pendrive'a i kart pamięci. Możecie wierzyć lub nie, ale w czeluściach tych nośników panował taki bajzel jak w stajni Augiasza.
3. Obserwowałam przyrodę, gdy tylko mogłam. Początkowo w ogrodzie, później na krótkich spacerach po okolicy, a po zniesieniu zakazu wstępu do lasów - we wszystkich ulubionych lasach.
4. Regularnie gadałam z przyjaciółmi i znajomymi przez komunikatory.
5. Pierwszy raz w życiu ufarbowałam komuś włosy.
6. Również pierwszy raz upiekłam chleb. A właściwie trzy chleby.
7. Co tydzień piekłam jakieś ciasto. Odświeżyłam sobie większość moich ulubionych domowych przepisów, a biszkopt z galaretką i chałkę zrobiłam pierwszy raz.
8. Obiecałam sobie, że powtórzę hiszpański... i oczywiście jak zwykle tego nie zrobiłam. A co! Idealnie być nie może. Sporo się leniłam i wysypiałam się za wszystkie czasy.
9. Wzięłam udział w kilku internetowych warsztatach i webinarach związanych z moją pracą, a nawet w jednym dłuższym kursie. Chyba pierwszy raz nie musiałam odchorowywać przebodźcowania po takich formach doskonalenia zawodowego - i to było cudowne. Jeśli o mnie chodzi, większość szkoleń mogłaby się odbywać w ten sposób. Siedząc przed ekranem we własnym wygodnym fotelu, z kubkiem ulubionego napoju, w odpowiadającej mi temperaturze, przyswajam więcej niż w dostosowanych do potrzeb osób neurotypowych "salach konferencyjnych".
10. Zapisałam się też na internetowy kurs mindfulness, ale jeszcze za wcześnie, żeby ocenić jego efekty.
11. Randkowałam ze Szczurem w Athkatli. I chociaż miesiąc bez spotykania się i tak był dla mnie trudny, wspólne przygody w świecie wirtualnym uczyniły go bardziej znośnym.
12. Przeczytałam sporo relaksujących czytadeł i kilka dobrych książek popularnonaukowych.
13. Obejrzałam wszystkie dostępne anime o Violet Evergarden i parę zaległych anime pełnometrażowych.
14. Uporządkowałam zdjęcia rodzinne, którymi się opiekuję. Dodałam też podpisy do zdjęć.
15. Odsłuchałam bardzo dużo podcastów.
Najważniejsze jest jednak nie to wszystko, co wymieniłam powyżej, ale ostatni punkt.
16! Doceniłam kilka rzeczy, które wcześniej postrzegałam jako coś oczywistego: że mieszkam na wsi, że mam kilka bliskich osób i zwierzaki, że nie mieszkam sama, że mam taką, a nie inną pracę. Doceniłam bardzo mocno.

Możliwe, że kogoś spośród neurotypowych czytelników będzie interesowało, jak radzę sobie z sensorycznymi minusami pandemii (maski, rękawiczki itp.). Na początku pandemii miałam spore obawy przed noszeniem środków ochrony osobistej, zwłaszcza masek. Mam skłonności do migren i nie toleruję jakiegokolwiek ucisku na skroniach. Nigdy nie byłam w stanie wytrzymać w ciasnej czapce ani w masce karnawałowej na gumce, po kilku minutach pojawiał się ból. Dlatego przerażała mnie myśl, że mogę być zmuszona wszędzie chodzić w masce czy nawet pracować w niej przez kilka godzin. Faktycznie większości maseczek, tych z gumkami zakładanymi na uszy, nie potrafię nosić dłużej niż parę minut. Okazało się jednak, że wystarczy zmienić krój maseczek na zawiązywane z tyłu głowy i nie taki diabeł straszny. Mama uszyła mi takie maseczki wielorazowe. Do samego noszenia maski na twarzy i oddychania w niej przyzwyczajałam się stopniowo, zmuszając się codziennie do krótkiego spaceru z zakrytymi ustami i nosem. Obecnie jestem na tyle przyzwyczajona, że gdy mam na sobie maskę zawiązywaną z tyłu głowy, nie myślę o tym, że ją mam. Jeszcze lepszym wynalazkiem jest przyłbica i jeśli wychodzę na krótko do sklepu, wybieram właśnie ją, ponieważ łatwiej ją później przygotować do kolejnego użycia. Kiedy nie da się uniknąć zasłonięcia twarzy na kilka godzin, będę używać przyłbicy. Jeśli chodzi o rękawiczki, najbardziej odpowiadają mi nitrylowe, a pożądany rozmiar ustaliłam metodą prób i błędów.

Z najbardziej nieprzyjemną konsekwencją pandemii natomiast mam do czynienia dopiero w wakacje, po zniesieniu większości obostrzeń. Lockdown udało mi się oswoić, ale na początku urlopu znowu zbliżyłam się do kryzysu psychicznego, tak jak na początku pandemii. Przywykłam do swojej nowej, domowej rutyny i teraz z kolei trudno mi wejść w tryb życia bardziej zbliżony do normalności. Stresuje mnie robienie różnych rzeczy pierwszy raz od kilku miesięcy, bywanie wśród ludzi, a także większa liczba obowiązków domowych w Norze.  Pierwszy raz źle się czułam po przyjeździe do Nory: byłam drażliwa, płaczliwa, kłóciłam się ze Szczurem, znowu pojawiły się stany lękowe i psychosomy. Idzie ku dobremu, ale dziękuję wszystkim bogom, że nie muszę od razu po lockdownie wracać do stacjonarnej pracy.

Ostatnio Szczur kupił sobie koszulkę z napisem "COVID-19 veteran". Podoba mi się ta metafora. Oswojenie lockdownu przypomina wygraną bitwę, jesteśmy teraz lepiej uzbrojeni i bogatsi o doświadczenie, ale końca wojny na razie nie widać.

Właśnie w takich sytuacjach najmocniej odczuwam, jak bezsensowne jest dzielenie autystów na nisko- i wysokofunkcjonujących. Dobrze sobie radzę, dopóki funkcjonuję w dobrze sobie znanym otoczeniu, mam dostęp do swoich pasji i stałe obowiązki w obrębie struktur organizacyjnych, które znam. W sytuacjach nagłych zmian całe to wysokie funkcjonowanie jest o kant tyłka potłuc. Porządek w głowie trzeba robić od nowa.



wtorek, 30 czerwca 2020

[103] Pamiętniki wiosenne (cz. II)

29.04
Uśmiałam się, bo Twarzoksiążka reklamuje mi coś nowego: kurs małżeński.
Cóż... Ja i Szczur ostatnio też umacnialiśmy naszą relację online przez siedem tygodni, niemal codziennie walcząc z biesami, hobgoblinami, wąpierzami i innymi stworami we "Wrotach Baldura". Chyba żadna inna sytuacja online tak nie wystawia związku na próbę jak ta, gdy chłop nie potrafi się oderwać od przymierzania asortymentu w sklepie z bronią.

8.05
Po dwóch "sądnych dniach" nastroje w domu się poprawiły, a co za tym idzie, atmosfera też. Próbujemy robić pierwszy chleb na zakwasie pszennym. Aktualnie ciasto jest przykryte i ma tak stać do wyrośnięcia. Ciekawe, co z tego wyjdzie. Może być różnie, bo przepis jest zupełnie nowy, mama dawno chleba nie robiła, a ja nigdy. Proszę o trzymanie kciuków!

10.05
Chleb, który upiekłam z mamą na zakwasie, wygląda tak. Mimo że osobiście nie przepadam za smakiem większości ciemnego pieczywa, ten chlebek uważam za niezły. Niedługo pierwsza próba upieczenia jasnego chleba.




11.05
W weekend ja i Szczur kontynuowaliśmy odwiedzanie miejsc, w których dawno nie byliśmy z powodu lockdownu. Tym razem wybraliśmy się do lasu, gdzie szukaliśmy gąsienic, oraz do otwartego dopiero od kilku dni ogrodu botanicznego. W lesie jak zwykle było spokojnie i prawie bezludnie, natomiast w ogrodzie wielu ludzi chodziło bez maseczek lub nosiło je "na nosacza", co nas poirytowało.
Oprócz gąsienic, które zabrałam do domu, zaobserwowałam też kilka innych ciekawych owadów. Ćmę muszę zidentyfikować. W ogrodzie botanicznym zauważyłam "namiot" pełen maleńkich larw namiotników, ale nie zabrałam ich, bo było ich bardzo dużo, a ćmy bukszpanowe są równie absorbujące pod względem ilości sprzątania.
Ze względu na dużą liczbę zakażonych w okolicy tym razem zrezygnowaliśmy z zamawiania naszej ulubionej pizzy. Zamiast pizzy zrobiłam racuchy, bo jeśli w sobotę wieczorem nie zorganizuję sobie czegoś innego do jedzenia niż w dzień powszedni, specjalnego, to czuję się niezadowolona (i głodna, ponieważ sobotnie obiady mojej mamy są zawsze najmniej sycące...). Na weekend upiekłam też babki "zebry" i (z mamą) wspomniany już chlebek.
A dziś... mam lenia. Po popracowaniu, wypraniu zimowych swetrów i nakarmieniu gąsienic ległam jak długa na łożu. I leżę jak zwierzę.




13.05
Jednym z mniej przyjemnych skutków izolacji społecznej jest to, że teraz jeszcze trudniej niż zwykle przychodzi mi telefonowanie, bo odzwyczaiłam się od używania telefonu do rozmów głosowych (rozmawiam tak tylko ze Szczurem i z kumplem). Wczoraj musiałam zadzwonić do koleżanki z pracy, gdyż kilka razy nie odpowiedziała na wiadomości wysłane przez komunikator i potrzebowałam upewnić się, czy je odczytuje. Zanim zadzwoniłam, przez pół godziny chodziłam po domu, zastanawiając się, jak się wysłowić. Zupełnie jakby chodziło o egzamin ustny, a nie o kilka zdań na znany z góry temat.
Parę godzin później zadzwoniła ciocia z prośbą o złożenie dla niej zamówienia przez Internet, a tuż po niej pan z firmy sprzedającej kamizelki dla kotów. Rozmawiając z ciocią, nie czuję stresu, ale przy tej drugiej rozmowie znowu trudniej mi było zebrać myśli, bo się jej nie spodziewałam. Okazało się, że wybrany przeze mnie kolor kamizelki jest obecnie niedostępny. Musiałam zdecydować, który wzór kamizelki wybrać, i kilka razy powiedziałam to samo. Mówiłam też jakieś głupoty o mierzeniu kota, na co pan się roześmiał.
Po tych trzech rozmowach czułam się tak, jakbym aktywnie przepracowała sześć godzin.

16.05
Dzisiaj pierwszy raz w życiu farbowałam drugiej osobie włosy. Mama stwierdziła, że ma już dość patrzenia na swoją szkaradną fryzurę bez trwałej i z odrostami, ale do fryzjera jeszcze nie pójdzie. Kupiła farbę-szampon i poprosiła mnie o współpracę.
Efekt? Idealnie nie jest, gdzieniegdzie trzeba poprawić, ale mama czuje się lepiej, a tata wreszcie poznaje swoją żonę.

17.05
Przysiadłam trochę nad identyfikacją motyli i ustaliłam, że:
1. Ćma z poczwarki znalezionej przez mamę to prawie na pewno rolnica tasiemka.
2. Ćma ze zdjęcia, spotkana ostatnio w lesie, nazywa się skalniak orliczak. Żywi się paprocią.

19.05
Kolejna próba upieczenia chleba - z trzeciego przepisu, w którym łączy się mąkę pszenną i żytnią - przyniosła niespodziewany efekt. Tym razem wyszedł nam pyszny, biały chleb, odpowiednio puchaty i miękki. Najlepszą miarą sukcesu jest to, że choć ludzi nie przybyło, większość chleba zniknęła w jeden dzień!




22.05
Byłam u dentystki, do której już dość pilnie potrzebowałam pójść. Sama wizyta przebiegła spokojnie. Po powrocie jednak zaplombowany ząb bolał mnie przez dziesięć godzin, do pierwszej w nocy. Przeciwbólowe słabo pomagały. Bardzo się bałam.
Skutki tego bólu i lęku odczuwam do teraz, jakoś nie umie moje ciało dojść do siebie. Wczoraj byłam tak wykończona, że czułam się, jakbym przerzucała worki z kamieniami. Nic konstruktywnego nie zrobiłam, bo przez cały dzień miałam migrenę, bolały mnie też ręka i brzuch. Dzisiaj obudziłam się nadal z migreną, tyle że po drugiej stronie. Mimo wszystko trzeba by jakoś zacząć funkcjonować...

25.05
Trochę to trwało, zanim doszłam do siebie po wizycie u dentysty i bólu zęba. W piątek czułam jeszcze, że zmuszam się do każdej aktywności, ale udało mi się upiec miodownik i pójść na spacer po okolicy. Na spacerze przygarnęłam namiotniki, a także zaobserwowałam nietypową scenę z życia biedronek: międzygatunkową randkę. Ciekawe, czy będzie z tego potomstwo?
Sobota była najbardziej udanym dniem minionego tygodnia. Już w południe padało, ale wykorzystaliśmy ze Szczurem przerwę w deszczu i wybraliśmy się do lasu na kolejne poszukiwania gąsienic. Na skraju lasu spotkaliśmy malutką jaszczurkę. Później snuliśmy się ścieżkami i przeczesywaliśmy pokrzywy, jednocześnie starając się nie rozdeptać żadnego ślimaka. Niedźwiedziówek nie było nigdzie widać, ale znaleźliśmy ogromną barczatkę dębówkę (niestety, okazała się mieć pasożyty). Ptaki śpiewały jak nakręcone, jakby ktoś na okrągło kręcił korbką pozytywki.
Nadal mam obawy przed zamawianiem pizzy, więc wieczorem znowu pichciłam. Tym razem robiłam domową minipizzę, a Szczur włączył się do pomocy, co bardzo mnie ucieszyło. Wyraźnie odczułam, że przygotowanie pizzy trwa krócej, gdy jest nas dwoje. Najlepsze, że Szczurowi chyba się to podobało. Zrobiłam też pierwszy raz grysikowy krem do miodownika.
Od wczoraj pogoda jest niezbyt przyjemna: ciemno, wilgotno, momentami leje jak z cebra, stawy bolą i chce mi się spać. Ogarnęłam gąsienice i sprawy wpracowe. Więcej dziś od siebie wymagać nie będę.




26.05
Nadwrażliwość słuchowa aspich czasem się przydaje. Ostatnio przydała się, gdy w nocy usłyszałam tatę, który źle się czuł. Dzisiaj w nocy, siedząc z laptopem na kolanach, usłyszałam dźwięk przypominający syczenie termosu. Termosu nie było jednak nigdzie widać. Obeszłam dom i okazało się, że mama zapomniała wyłączyć żelazko.
I tak bym je znalazła, bo przed snem obchodzę pokoje i między innymi wyłączam przedłużacz podpięty do tego samego gniazdka, gdzie się prasuje. Ale to kolejny dowód, że jak mówię, że coś dziwnego słyszę, to słyszę i trzeba się tym zainteresować.

29.05
Pierwszy raz od tygodnia obudziłam się bez złego samopoczucia. Niestety, w zamian w ciągu dnia pogorszył mi się mocno nastrój, bo znowu miałam nieprzyjemną sytuację z tatą. O szczegółach nie będę jednak pisać, porozmawiałam z kim trzeba i poczułam się troszkę lepiej. Poszłam na spacer, nakarmiłam larwy, poćwiczyłam. Na spacerze zauważyłam kwiaty dzikiej róży, śliczną ćmę na jabłoni i specyficzne mrowisko.
Poza tym wczoraj i dziś robiłam biszkopt z kremem budyniowym i galaretką z owocami. Sam biszkopt jak biszkopt - parę razy używałam już tego przepisu, żeby zrobić ciasto do torcików mamy lub (niezbyt udane) małe biszkopciki. Ale tym razem przygotowywałam także krem według domowej receptury i dekorowałam to ciasto.






30.05
Od miesiąca nie było ani jednego weekendu, żeby Szczur do mnie przyjechał i nie padał deszcz. Zaczynam już żałować, że zaklinałam Peruna o trochę deszczu. Taka pogoda bardzo utrudnia poszukiwanie gąsienic w lesie.
Dziś znowu nie znaleźliśmy na pokrzywach ani jednej gąsienicy. W zamian znalazłam kłąb pajączków. Na skraju lasu spotkaliśmy dwie gąsienice: kolejnego miernikowca-gałązkę i kolejną kuprówkę złotnicę. Tymczasem na wierzbach można zobaczyć naraz wszystkie stadia rozwojowe biedronek (na zdjęciach jaja i larwy).
A tak wyszedł biszkopt.




6.06
Gdy większość ludzi narzekała, że nie może pójść do fryzjera, mnie najbardziej brakowało... okulisty. W ostatnich miesiącach częściej niż zwykle miewałam migreny, więc podejrzewałam, że mogę potrzebować nowych szkieł. Przeczuwając, co się święci, tuż przed pandemią wybrałam się do fryzjerki i do biblioteki. Niestety właśnie wtedy, gdy zamierzałam zapisać się do okulistki, ogłoszono obostrzenia.
Pandemia dała trochę w kość moim oczom. Praca zdalna, edukacja własna zdalnie, związek przez miesiąc też zdalnie, przyjaciele i znajomi tylko na ekranach... Używanie po kilka godzin dziennie komputerów i telefonu jest męczące, gdy się ma sporą wadę wzroku. Dlatego dzisiejsza wizyta u okulistki bardzo mnie ucieszyła.
Jeszcze bardziej ucieszył mnie werdykt, że mój wzrok nie zmienił się. W dzieciństwie wzrok pogarszał mi się co rok lub co dwa, a teraz to pierwszy raz, gdy nie pogorszył się aż przez trzy lata! Będę jednak mieć drugie okulary z dodatkowymi filtrami, lepiej dostosowane do korzystania z ekranów, do używania zamiennie z obecnymi. Dostałam też jakieś nowe krople i suple.

9.06
Przez kilka dni - do niedzieli - miałam niezły nastrój. Zrobiło się cieplej i ręce lepiej się czuły. Wieczorami chodziłam na spacery po liście albo czytałam na leżaku w ogrodzie. W piątek upiekłam babki. W weekend przyjechał Szczur i kolejny raz wybraliśmy się do lasu, gdzie znaleźliśmy siedem niedźwiedziówek (!!!) i dwie kuprówki. Zaobserwowałam też kilka innych owadów. Chodziliśmy po lesie przez trzy godziny, a po powrocie zrobiliśmy domową pizzę. W niedzielę przez moje okolice przetoczyła się pierwsza prawdziwa burza w tym roku. Byłam bardzo szczęśliwa, patrząc w niebo zasnute granatowymi chmurami, słuchając grzmotów i deszczu.
Po burzy znowu zrobiło się wilgotno i od nocy z poniedziałku na niedzielę stawy mają się gorzej. Prawa ręka znów boli mnie tak mocno, że nic nie pomaga. Boli też lewa dłoń, bo używam jej za dwie, no i nastrój siłą rzeczy się pogorszył.
Wczoraj dotarła paczka z kamizelką dla kota. Kamizelka w rozmiarze M Bestii pasuje. Zakładam mu ją codziennie na trochę, żeby się oswoił. Zrobiliśmy też próbę na dworze. Bestia nie najgorzej chodził w ubranku, ale ma na mnie focha, bo chciałby rzucić się w pogoń za ptakiem, a tu nie da się.

15.06
Dotarł dzisiaj list z Anglii z jajeczkami cecropii, które zamawiałam jeszcze w grudniu, na długo przed pandemicznym zamieszaniem. Są bardzo podobne do jajeczek attacusa, niemal identyczne, tylko mniejsze.
Na razie nie potrafię się cieszyć tymi jajeczkami, bo jadę do dentystki. Przed ostatnią wizytą byłam nieco spokojniejsza, ale po niej ząb nie chciał przestać boleć do pierwszej w nocy, więc teraz lęk znowu jest silniejszy. Boli mnie brzuch i mam migrenę.

16.06
Dzisiaj kot pokazał mi ciemkę. Leżała na podłodze i była ledwo żywa, mimo braku widocznych fizycznych uszkodzeń. Próbowałam ją wypuścić, ale nie chciała odlecieć, a z roślin spadała. Gdy wzięłam ją na palec, zauważyłam, że ma trąbkę i maca nią dookoła. Dałam jej więc kawałek brzoskwini - nawet jeśli to nie jest jej normalne jedzenie, może się wzmocni i da radę polecieć. A ona je!
Rzadko takie ćmy widuję, bo większość tych, które hoduję, żyje tylko kilka dni i nie potrafi jeść.

18.06
Mało ostatnio piszę, pomijając raporty o gąsienicach, bo od tygodnia moje łapki nieźle się mają i nadrabiają różne zaległości. Chcę jak najwięcej swoich spraw uporządkować, zanim pojadę do Nory.
Zasadziłam w doniczkach zioła, które chcemy ze Szczurem hodować w Norze: oregano, bazylię, pietruszkę i szczypiorek. Byłam u fryzjera i u dentysty, odebrałam okulary, kupiłam kilka rzeczy, miałam pierwsze zebranie online (jaka szkoda, że te "w realu" nie są tak spokojne!). Muszę jeszcze domknąć sprawy w pracy, a w przyszłym tygodniu zajrzeć do biblioteki, odfajkować weterynarza i spakować się tak, żeby niczego ważnego nie zapomnieć. No i pójść na wybory.
W weekend pierwszy raz od wielu miesięcy zwiedziłam zamek, i to zupełnie nowy - zamek Pilcza w Smoleniu. Była to prawdziwa podróż z przygodami, mimo że w samochodzie spędziliśmy więcej czasu niż na zamku. Najpierw szukaliśmy bankomatu, ponieważ okazało się, że żadne z nas nie zabrało drobnych (pandemia zupełnie mnie od tego odzwyczaiła, teraz zwykle nie mam przy sobie drobnych). Kiedy byliśmy na zamku, zaczęło grzmieć. Burza przeszła bokiem, ale w drodze powrotnej, dwie miejscowości dalej, napatoczyliśmy się na drzewo powalone w poprzek drogi. Szukanie objazdu po wsiach zajęło trochę czasu. Wróciłam taka zmęczona, że nie miałam nawet ochoty na pizzę!
Reszta długiego weekendu też była dość intensywna. Pojechaliśmy jeszcze do Najbliższego Lasu i w okolice rezerwatu. W piątek odkryliśmy też ogromną łąkę pełną maków i innych kwiatów - przepiękne miejsce w mojej okolicy, pomiędzy moją miejscowością a sąsiednią. Łąka to mało powiedziane. Rośnie tam prawdziwe morze maków! 
Wieczorami porządkuję zdjęcia rodzinne. W mojej najbliższej rodzinie to ja najbardziej się interesuję losami przodków. Kiedy byłam w gimnazjum, zrobiłam drzewo genealogiczne, które sięga prapradziadków. Większość informacji zdobyłam, rozmawiając z przedstawicielami najstarszego pokolenia - babciami, siostrami babć i dalszymi krewnymi. I bardzo dobrze, że to zrobiłam, bo w ciągu ostatnich piętnastu lat wszyscy z pokolenia moich babć odeszli. Po śmierci babci, która bardzo mocno na mnie wpłynęła, przez dłuższy czas nie miałam chęci zajmować się drzewem, a od początku liceum zawsze było coś ważniejszego na głowie. Teraz muszę je uzupełnić o wszystkie narodziny, śluby i zgony, jakie miały miejsce w tym czasie. Zastanawiam się też nad poszerzeniem informacji o te, które da się zdobyć w Urzędach Stanu Cywilnego i w archiwach (kolega mi dokładnie opisał, jak sam z nich korzystał), bo jako dorosła mogę to zrobić sama. W pierwszej kolejności postanowiłam jednak opisać i uporządkować stare zdjęcia.
Od wczoraj mieliśmy trzy burze. Ostatnia zaczęła się około szesnastej. Teraz, dwie godziny później, nadal pada i grzmi.






czwartek, 25 czerwca 2020

[102] Pamiętniki wiosenne (cz. I)


14.03
Podczas gdy ludzie przeżywają trudny czas, małymi kroczkami idzie do nas wiosna. Podjechaliśmy ze Szczurem na skraj lasu, gdzie człowieków ani śladu, a trawa jeszcze bardziej płowa niż zielona, ale można się już bawić w wypatrywanie pączków. W ogrodzie wychodzą pierwiosnki i krokusy. Prawie codziennie widuję przez okno sójki. Hiacynty wyciągają długie liście. Przebiśniegi sąsiadki wyglądają na coraz bardziej zmęczone życiem.
Przeziębienie minęło, mamie też (szybciej niż mnie). Stawy mają się kiepsko. Psychicznie czuję się lepiej niż kilka dni temu, ale zasypiam bardzo późno, a w dzień muszę narzucać sobie srogi rygor - gdy dużo słucham i oglądam na temat wirusa, staję się lękowa i mam kłopoty jelitowe. Najlepiej czułabym się, gdyby domownicy nie oglądali ciągle telewizji, a jedynie raz dziennie czytali wiadomości. Kiedy minimalizuję ekspozycję na wiadomości, a głowę zajmuję jakimiś zaległymi czynnościami czy po prostu domowymi obowiązkami, czuję się już bardziej oswojona z sytuacją, jakbym zaczynała się trochę adaptować do nowej struktury dnia. Cały czas muszę jednak pamiętać o tym racjonalnym dawkowaniu sobie informacji.
Pracy brakuje mi chyba najmniej - w gruncie rzeczy tęsknię za samą pracą, ale za zebraniami, wczesnym wstawaniem i autobusami nie tęsknię nigdy (co bynajmniej nie oznacza, że obecna sytuacja mnie cieszy). Najbardziej brakuje mi nie kina czy galerii handlowej, tylko możliwości wystawienia telewizorów za okno.
Czytam książki, oglądam anime (na razie głównie te spokojne i pozytywne), staram się zidentyfikować swoje kupione ostatnio za taniochę minerały i kamienie szlachetne, po trochu wracam do wieczornej gimnastyki. No i sprzątam chętniej niż zwykle.
Dziękuję wszystkim bogom tego świata za trzy rzeczy: 1) że mieszkam na wsi, 2) że mam możliwość pracy zdalnej oraz 3) że mam nieograniczony dostęp do Internetu, dzięki czemu mogę na przykład przez dwie godziny rozmawiać z kumplem bez spotykania się w realu. Niech jeszcze któryś z tych bogów zabierze się za wirusa, bardzo proszę.

17.03
Gdybyście kiedyś potrzebowali czegoś skutecznego na zajady, polecam miód i tran.
Po infekcji miałam bardzo suche wargi i zajady - nic dziwnego, bo i osłabienie, i stres. Nie chciałam jednak chodzić teraz do apteki i stać tam w kolejce przez drobną dolegliwość. Przeczytałam w necie, że wystarczy do odrobiny miodu dodać parę kropel tranu i posmarować kąciki ust na noc. Zadziałało zaskakująco szybko, podczas gdy specyfikom z apteki zajmowało to zwykle prawie tydzień. Po dwóch dniach prawie nie ma śladu
po zajadach.
Zawsze mnie zaskakuje, jak dobrze mi robią zioła i inne naturalne produkty.

Jednym z moich ulubionych sposobów na poczucie braku kontroli nad rzeczywistością są porządki. Zabrałam się więc za sprzątanie - najpierw zawartości foldera "Pobrane" na swoim laptopie, potem starego plecaka. Oba miejsca to takie jakby Trójkąty Bermudzkie, gdzie znika wszystko i więcej niż wszystko. A podczas sprzątania plecaka Bestia znalazł skarb nad skarby, najcudowniejszą zabawkę, wynalazek wszechczasów, miód na duszę kota... czysty patyczek kosmetyczny. Jak mógł wcześniej żyć bez niego?

21.03
Za mną masakryczny wieczór. Przez jakieś sześć czy siedem godzin męczyliśmy się z komputerem. Próba instalacji Skype'a doprowadziła do tego, że dźwięk przestał działać. Dalsze działania Szczura poskutkowały usunięciem wszystkiego z kompa (na szczęście mam backup chyba wszystkiego, co było ważne). Później mimo wielu prób nie udawało się zainstalować nowszej wersji Ubuntu, a na starej nic nie chciało się instalować, nawet Mozilla. Na końcu jakimś cudem przywróciliśmy system do pierwotnej wersji, przynajmniej prowizorycznie.
Były krzyki, przekleństwa, powstrzymywane łzy, ale wraz z opanowaniem sytuacji stopniowo przyszło wyciszenie.
Mój partner jest kochany, bo eksowie zapewne poddaliby się po godzinie, a on jeszcze przez cały ten czas był głodny.
Zanim położyliśmy się spać, zdałam sobie sprawę z nieoczekiwanego faktu: chyba pierwszy raz od dwóch tygodni przez cały wieczór nie pomyślałam o wirusie.

23.03
Z dzisiejszego dnia jestem zadowolona, chociaż nie poćwiczyłam. A to dlatego, że wzięłam udział w całkiem fajnym webinarze, który może przydać mi się w pracy. I że webinar w ogóle się odbył, bo przez godzinę organizatorzy mieli bardzo duże problemy techniczne i nie dało się zalogować do platformy szkoleniowej. O wpół do siódmej zaczynałam już wątpić w sukces tego przedsięwzięcia, więc zabrałam się za porządkowanie biurka, ale godzinę później przyszedł mail od organizatorów i później już wszystko było w porządku. No i znowu udało mi się na kilka godzin zapomnieć o wirusie.
Jest jeszcze jeden powód mojego zadowolenia: z powodu pandemii twórcy moich ulubionych gier przeglądarkowych zaproponowali graczom kilka przecen i gratisów. Z niektórych nie omieszkam skorzystać.

24.03
Dzisiaj dzwoniła do mnie pani z gabinetu stomatologicznego, żeby przełożyć wizytę na maj. Przynajmniej jedna (no dobra, w moim przypadku trzecia - pierwsza to odwołana konferencja Szczura, po której zawsze miał kryzys psychiczny, a druga to brak wielkanocnego spotkania z nielubianą częścią rodziny) konsekwencja wirusa, z której nie potrafię być szczerze niezadowolona. No, nie potrafię i nic na to nie poradzę. Niezadowolone mogą być tylko zęby...

26.03
Przez kilka ostatnich dni pogoda nie zachęcała do wychodzenia, więc rzadko wyściubiałam nos z domu, pomimo że na wsi da się przespacerować, nie spotykając żywej duszy. Od wczoraj ręka znowu dość mocno mi dokucza, być może na skutek edytowania zdjęć lub grania w otome. Wczoraj tylko upiekłam babkę i ogarnęłam pracę. Dziś porządkuję szafę z materiałami do pracy, w której są niemal wyłącznie lekkie rzeczy, oglądam zaległe filmy anime i czytam "Mitologię nordycką". Gdy nie mam kontaktu z ludźmi mówiącymi pesymistyczne rzeczy, czuję się lepiej niż tydzień czy dwa tygodnie temu.
Byłabym zapomniała: gram ze Szczurem we "Wrota Baldura 2". Gramy po naszemu, to znaczy Szczur klika, a ja mu podpowiadam, tylko że z udostępnianiem ekranu. Nasza postać ma teraz tylko dwie towarzyszki, bo towarzysze z pierwszej części odeszli albo zginęli. Prawdziwe girl power.
Obiecałam sobie odezwać się do wszystkich bliższych znajomych z dawnych czasów, których naprawdę lubię, i dowiedzieć się, jak się mają. Nawet jeśli z niektórymi nie mam już stałego kontaktu, bo nasze drogi rozeszły się w dorosłym życiu, to miło jest czasem tak po prostu porozmawiać z kimś, kogo się zawsze lubiło, a nie tylko było się zmuszonym do przebywania z nim w szkole.
Mama zaczyna szyć maseczki domowej roboty dla rodziny, takie z wymiennym wkładem. A przynajmniej przymierza się - obejrzała kilkanaście nagrań na YouTube, ściągnęła wykroje, zamówiła materiały. Plusem jest i to, że kiedy mama zajmuje się czymś twórczym, rzadziej ogląda telewizję i snuje katastroficzne wizje, więc atmosfera w domu staje się bardziej pozytywna. To już coś. Szkoda, że tatę jest dużo trudniej zająć czymś innym niż telewizja.

28.03
Dzisiaj odświeżyłam sobie przepis na domową pizzę.

1.04
Z cyklu "Kot - kto go zrozumie?":
Północ. Siadam w fotelu i próbuję pogłaskać kota leżącego w sąsiednim fotelu. Bestia mnie gryzie.
Dwadzieścia minut po północy. Próbuję drugi raz. Bestia mnie gryzie.
Trzydzieści minut po północy. Zganiam Bestię ze stołu, bo chce łazić po materiale na maseczki.
Czterdzieści minut po północy. Siadam w fotelu z komórką. Bestia wystawia szyję nad oparciem fotela. Nie reaguję. Bestia wskakuje mi na kolana, mości się i podtyka mi swoją głowę pod samą szyję. Odsuwa komórkę swoją głową i kładzie łapę na mojej ręce. Mruczy.

4.04
Tak sobie w nocy pomyślałam... jak pięknie teraz musi być w Tatrach, gdy tysiące Januszów i Grażyn nie przewalają się codziennie przez park, kładąc się na krokusach, zajeżdżając konie, domagając się od ratowników transportu znad Morskiego Oka, wrzeszcząc na swoje dzieci i rzucając śmieci pod ławki. Szkoda, że akurat tacy turyści są niepoprawni i niezdolni do refleksji, czy przyroda też za nimi tęskni.

Szpaki wróciły. Od paru dni się tu kręcą. A nie było ich w ogrodzie, odkąd Bestia zabiła jednego ptaka z "naszej" pary mającej tu gniazdo.
Trochę się ociepliło, więc pierwszy raz od paru dni nabrałam ochoty, żeby wyjść na dwór. Tym razem poszłam na bardzo pokątny, że użyję nazewnictwa Asi, spacer po ogrodzie. Postanowiłam poszukać żyjątek i innych ciekawych rzeczy. I wyobraźcie sobie, że było ich całkiem dużo!
W ciągu ostatnich paru dni rozwinęły się kolejne kwiaty, ale to nie wszystko. Namierzyłam trochę żyjątek, piórek, dwa bratki rosnące "na dziko", mnóstwo porozbijanych orzechów (to chyba dzieło jakiegoś ptaka, bo jesienią wszystkie wyzbieraliśmy), a nawet trzy norki (lub norkę z trzema wejściami - nie wiem, bo nie wchodziłam). Ktoś zamieszkał pod murem sąsiada - może nornik?





5.04
Przeczytałam "Mitologię nordycką" Gaimana. Mogłaby być świetną lekturą dla nastolatków do konfrontowania z mitologią Greków i Rzymian, a czyta się lekko. Gaiman tym razem w formie, nie to, co czasami w opowiadaniach.
Gdybym czytała to w wieku trzynastu lat, może potrafiłabym uwierzyć w Odyna i Thora.
Udało mi się też na odległość pomóc cioci w zainstalowaniu od zera Skype'a na tablecie. Trwało to dość długo, ale... Jestem z siebie dumna.

6.04
Dzisiaj po ogarnięciu spraw wpracowych wyznaczyłam sobie zadanie: pozbierać łupiny orzechów w ogrodzie. Myślałam, że jedno wyjście wystarczy. Uzbierałam około dwustu pięćdziesięciu łupin, czyli dwie doniczki, a to bynajmniej nie koniec. Reszta zostanie na inny raz. Ktokolwiek wyjadał ich zawartość, na pewno nie głodował.
Przy okazji znalazłam dużo biedronek.




7.04
Dzisiaj śniło mi się, że:
- Szczur wyznał mi, że dołączył do jakiejś sekty, której zadaniem jest zabijanie osób łamiących zakaz wychodzenia z domu podczas epidemii.
- Chciałam porozmawiać z Markiem i wysłać mu jakieś zdjęcie. Po pewnym czasie on mi odpisał, że zamierza ograniczyć kontakt z ludźmi i jeśli chcę się z nim skontaktować, muszę wysłać mu mailem formularz.
Mózgu, dokąd zmierzasz?

Poszłam dzisiaj dla odmiany na niedługi spacer wśród łączek (a właściwie to nieużytków). Nie spotkałam nikogo poza pawikiem, cytrynkiem i żabą, której zakłóciłam odpoczynek w trawie. Słońce grzeje bardzo mocno, po roślinach widać, że potrzebują deszczu.
Przede wszystkim chciałam sprawdzić, czy brzozy rosnące głębiej na łące mają gałęzie na tyle nisko, żeby móc z nich brać listki dla brudnic. (Zazwyczaj pomagały mi brzozy z osiedla, gdzie pracuję.) Mają. Trzeba tylko utorować sobie drogę przez gałązki i przejść kawałek, który po deszczu robi się podmokły. Swoją drogą, to ładne drzewa.
Wróciłam, mając gacie na tyłku całe w jakichś pyłkach, ale co poradzić?

10.04
U sąsiadki stało się coś niezwykłego - w jedną noc pojawiły się setki żółtych kwiatów! Gdy wyjrzałam nad murem, odkryłam, że całe jej niewielkie podwórko tak wygląda. Ustaliłam z Markiem, że to ziarnopłon wiosenny. Śliczny kwiatuszek!




12.04
Pomimo specyficznej sytuacji na świecie, święta wielkanocne u mnie w domu są tak samo kolorowe i smakowicie pachnące jak zawsze. Pierwsze święto od lat spędzam tylko z rodzicami i z naszymi zwierzakami, więc to dla mnie norma. Grunt, że jesteśmy w komplecie. Mamy kontakt online z fajnymi ciociami i kuzynostwem. Pierwszy raz jednak nie odwiedzą nas w lany poniedziałek krewni z pobliskiej miejscowości, których bardzo nie lubię. Z powodu tych krewnych od wielu lat stresuje mnie lany poniedziałek, zazwyczaj w tym dniu od rana byłam lękowa. Myśl, że oni nie przyjadą, jest póki co tak abstrakcyjna, że jeszcze nie potrafię się z tego cieszyć. Może jutro zacznę.
Z racji pracy zdalnej w tym roku posprzątałam przed świętami dużo więcej niż zwykle. Nie przeszkadzało mi to, sprzątałam dla siebie, żeby mieć zajęcie. Upiekłam dwie babki i rogaliki z serem, a mama ciasto miodowo-orzechowe (można powiedzieć, że to wariacja na temat mazurka). Udało się nawet upolować zawczasu sporo wielkanocnych słodyczy. Jajek malować mi się nie chciało, ale wyjęliśmy świąteczne dekoracje. Nie jestem osobą religijną, więc z domowych tradycji najbardziej brakuje mi pocztówek - i tych od rodziny i znajomych, i od osób z Postcrossingu. Komu się dało, wysłałam e-kartkę.
Przez dwa dni gorzej się czułam psychicznie, ale częste rozmowy ze Szczurem mi pomogły. Nie wiem, jak on to robi, że prawie zawsze potrafi mnie rozweselić.
Wczoraj umyłam ostatnią rzecz, jaka została mi do umycia w moim pokoju - terrarium. Przyniosłam z szopy poczwarki rusałek i przystosowałam terrarium dla nich. Z kolei dzisiaj, gdy już się najadłam i zaczęłam czuć, że w moim brzuchu jest zdecydowanie za dużo słodkości, umyłam leżak. Będzie mi służył do siedzenia pod drzewem, słuchania i obserwowania ptaków. Wczoraj widziałam ptaka z bardzo bliska, spacerował w bluszczu metr ode mnie, jednak nie rozpoznałam gatunku.
Z trzech kawałków marchewki, które położyłam obok znalezionych norek, dwa zniknęły. Nie wiadomo jednak, czy to mieszkaniec norki je zjadł, czy może jakiś ptak. Albo... słynny wielkanocny zajączek.





13.04
Pierwsza burza w tym roku.

18.04
W ostatnich dniach mam kłopoty ze snem, czasem do czwartej nie potrafię zasnąć. Zapewne dlatego, że nie umiem powstrzymać się od czytania o znanych przypadkach zaginięć, w niektóre dni robię to wręcz kompulsywnie, a potem myślę o tych zaginięciach. Nie boję się, ale jestem nadmiernie pobudzona intelektualnie, gdy trzeba spać. Trudno mi coś na to poradzić, bo zawsze mnie ciekawiły te sprawy, a w obecnej sytuacji mam nadmiar czasu, więc moja głowa fiksuje się na temacie, który pozwala nie myśleć ciągle o wirusie. Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że jestem później nadmiernie pobudzona.
Oczywiście czytam i oglądam też inne rzeczy, w ilości większej niż normalnie, ale inne na tak długo nie angażują mózgownicy.
Mój pokój jest już wysprzątany wzdłuż i wszerz, zawartość komputera podobnie, więc coraz trudniej o angażujące głowę zajęcia. Pracuję zdalnie, codziennie ćwiczę, regularnie odkurzam, ale nie męczy mnie to wszystko tak jak zwykły dzień pracy wśród ludzi i jazdy autobusami, po którym zamykam się w pokoju i padam jak mucha. Dostałam od mamy maseczkę, więc chyba czas wrócić do codziennych krótkich spacerów po wsi i szukania śladów wiosny. Muszę wykombinować sobie jeszcze coś do roboty.
Wczoraj pierwszy raz upiekłam chlebek, co prawda nie na zakwasie, tylko na sodzie. Według przepisu z YT. Tacie smakuje, mamie przeszkadza intensywny zapach sody - nie tylko autyści mają nadwrażliwość węchową. Teraz czas spróbować chlebka na suchych drożdżach lub na zakwasie.




19.04
Pierwszy raz od kilku dni poszłam na spacer i pierwszy raz w maseczce, którą uszyła mi mama. Ale to nie koniec pierwszych razów - pierwszy raz w tym roku przeszłam się swoją ulubioną trasą dookoła wzgórza. Zamierzam wrócić do regularnych spacerów tamtędy, żeby się stopniowo przyzwyczajać - zarówno do samych spacerów (niedługo sezon na gąsienice), jak i do maseczki. A po drodze, jak zwykle, zauważyłam kilka ładnych ładnotek.

20.04
Od kilku dni próbujemy ze Szczurem znaleźć we "Wrotach Baldura 2" niedźwiedzia, którego da się zaprosić do naszej drużyny. Na efekty nie trzeba było długo czekać.
Dzisiaj śniło mi się, że do mojego ogrodu wtargnął niedźwiedź i oboje ze Szczurem próbowaliśmy się go pozbyć. Miś zachowywał się nie jak prawdziwy niedźwiedź, ale jak upierdliwy, wyrośnięty szczeniak - węszył po ogrodzie, deptał rośliny, wtargnął do szopy. Bałam się, że w szopie, rozpychając się swoim wielkim cielskiem, zrobi krzywdę moim poczwarkom. Przez pewien czas ukrywaliśmy się w pomieszczeniu nad szopą, a gdy niedźwiedź wycofał się i poszedł za dom, zwialiśmy do domu. Nadal jednak niepokoiliśmy się, bo miś uderzał w drzwi wejściowe. Powiedziałam Szczurowi, że zaraz je wyważy.
Sytuacja zmieniła się w mgnieniu oka, gdy moja mama wróciła do domu. Mama powiedziała niedźwiedziowi, że ma dla niego miodek, a on podreptał za nią jak grzeczny piesek.
Nie... nic podejrzanego nie piłam!

Przygotowujemy z mamą zakwas do pieczenia chleba. Nigdy dotąd tego nie robiłam i jestem ciekawa, jak zakwas będzie się z dnia na dzień zmieniał.

22.04
Dzisiaj pierwszy raz od bodajże pięciu tygodni pojechałam w swoje miejsce pracy. Mimo że wychodzę czasem na spacery, a do ogrodu niemal codziennie, czułam się, jakbym wyruszała na wyprawę życia.
Kiedy zobaczyłam szefa, uderzyło mnie, że wygląda jakoś inaczej niż zwykle, choć pozornie tak samo. W pierwszej chwili nie wiedziałam, z czego to wynika. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że pierwszy raz widziałam szefa nieogolonego.
To mnie trochę uspokoiło. Nie tylko ja mam ostatnio pewne braki higieniczno-wyglądowe.

24.04
Złożyłam rozliczenie PIT-u. Zajęło mi to dużo mniej czasu niż rok temu, gdy przez kilka godzin wahałam się, czy na pewno jest dobrze i czy już mogę wysłać. Oczywiście wsparłam Dagmarę swoim 1% podatku.
W ogrodzie spotkałam takiego maleńkiego koleżkę. Jak widzicie, bycie w domu sprzykrzyło mu się już tak bardzo, że z niego wyszedł.




niedziela, 31 maja 2020

[101] Majówka inna niż wszystkie


Ostatnio z rozbawieniem przypomniałam sobie, jak dziwnie czułam się trzy lata temu, gdy pierwszy raz od początku studiów nigdzie nie wyjechałam na długi majowy weekend. Pomimo że zwiedziłam wtedy dwa zamki, czułam się aż tak niezwykle, że post o tamtym weekendzie zatytułowałam "Nietypowa majówka". Cóż... Tegoroczna majówka była jeszcze bardziej nietypowa, bo inna niż wszystkie. Między innymi dlatego, że nie zwiedziliśmy ani jednego zamku, nie przekroczyliśmy granicy ani nie jedliśmy (przepysznego) czeskiego smażonego sera. A ja i tak cieszyłam się z niej jak szalona, bo pierwszy raz od kilku tygodni zobaczyłam Szczura i mogliśmy odwiedzić razem nasze ulubione lasy. Najpierw wybraliśmy się do Starego Lasu, a później do Najbliższego Lasu.

Pod koniec kwietnia i na początku maja w mojej okolicy było tak sucho, że zaklinałam wszystkich bogów, jacy kiedykolwiek istnieli, o odrobinę deszczu dla umęczonych roślin. Drugiego maja nareszcie trochę popadało, więc zieleń stała się bardziej soczysta, a zapach nieziemski. Mimo to w Najbliższym Lesie susza nadal rzucała się w oczy. Po deszczu nie spotkaliśmy motyli, ale tradycyjnie zaroiło się od stworzonek kochających wilgoć, głównie od ślimaków. Przenieśliśmy niektóre na drugą stronę ścieżki. Na jednym z drzew siedziało kilkadziesiąt maleńkich ślimaczków, a na leżących pniach dużo prosionków. Zaobserwowałam też dwa maleńkie miernikowce.

Ludzi widziałam zdecydowanie mniej niż zazwyczaj w majówkę, gdy oblegają samochodami zamki i inne atrakcje turystyczne. Moją uwagę zwrócili jednak państwo wożeni po lesie przez zaprzęg czterech młodych malamutów. To dopiero musi być frajda!

Jeśli czegoś mi w ten majowy weekend bardzo brakowało, to chyba tylko tego, żeby spędzić czas ze Szczurem gdzieś daleko, daleko od rodziców. I nadal tęsknię za tym równie mocno. Po ponad dwóch miesiącach pracy zdalnej mama daje mi się już chwilami mocno we znaki, zdarzają nam się ostre kłótnie, a tata też miewa swoje odpały. Nie mogę się doczekać urlopu i z całych sił trzymam kciuki za to, żeby w końcu móc solidnie odpocząć we dwoje.
Przerwa od rodziców dobrze by mi zrobiła. Nie mam wątpliwości, że im przerwa ode mnie też... 













piątek, 15 maja 2020

[100] 100 faktów o mnie (cz. I)


Trudno mi w to uwierzyć, ale na moim blogu właśnie stuknęła setka postów, choć pamiętam jego początki tak, jakby to było wczoraj. Trochę głupio byłoby, gdyby jubileuszowy post niczym się nie wyróżniał. Dlatego pomyślałam sobie, że wezmę udział w zabawie, którą kilka razy widziałam u innych blogerów, i spróbuję wymyślić sto faktów o mnie. Dajcie znać, czy któryś z nich bardzo Was zaskoczył!


1. Mam dużą rodzinę, zwłaszcza ze strony mamy.

2. Zbliżam się do trzydziestki, ale wyglądam na znacznie młodszą, co powoduje różne zabawne sytuacje.

3. Jestem w związku ze Szczurem od czterech lat.

4. Odkąd pamiętam, podoba mi się liczba 8.

5. Przez całe życie mam problemy w nawiązywaniu kontaktów z rówieśnikami. Większość moich "pokrewnych dusz" jest ode mnie starsza. Jako dziecko lubiłam towarzystwo dorosłych, a obecnie łatwo nawiązuję kontakt z dziećmi.

6. Moją ulubioną baśnią z dzieciństwa jest "Śnieżnobiała i Różanolica" braci Grimm.

7. Najszybciej zasypiam na lewym boku.

8. Zdarza mi się mówić przez sen.

9. Od czternastego roku życia mam przyjaciółkę, którą poznałam przez Internet. Obie pisałyśmy fanfiki o Harrym Potterze.

10. Często podobają mi się filmy obyczajowe, które wielu ludzi nudzą, a te z wartką akcją mnie usypiają lub nie umiem się w nich połapać.

11. Choć to wydaje się absurdalne, zdarza mi się czytać streszczenie filmu przed obejrzeniem go.

12. Nie palę papierosów i nigdy nie paliłam, bo zapach mnie odrzuca.

13. Uwielbiam tradycyjną pocztę: listy, pocztówki, paczki.

14. W dzieciństwie śmiertelnie się przeraziłam, gdy mojej babci wypadła proteza zębowa. Zwiałam z pokoju babci i pobiegłam do mamy blada jak kreda.
 
15. Mogę godzinami grać w planszówki.

16. Moje ulubione czytadła na podróż to książki Lucy Maud Montgomery i Agathy Christie.

17. Jeżeli do siedemnastej nie zjem obiadu, bardzo niewiele brakuje mi do meltdownu i byle co może go wywołać.
 
18. Lubię robić bliskim prezenty i jestem dobra w wymyślaniu prezentów, które cieszą innych.

19. Niemiłosiernie kruszę przy jedzeniu, a kiedy jem coś, czym nakruszyć się nie da, to zwykle kawałek mi spada i brudzi świeżo wyprane ubranie.

20. Od kilku lat pracuję w tym samym miejscu i bardzo lubię swoją pracę.

21. Mam kiepską pamięć do liczb. Jeśli komputer mi nie przypomni, często zapominam o urodzinach i rocznicach. A już o imieninach zapominam prawie zawsze, bo sama ich nie obchodzę.

22. Chodzę na wybory.

23. Dziwnie się czuję, gdy ktoś zostawia otwarte szafki lub szuflady. Odkąd musiałam doprowadzić do ładu kredens, w którym zalęgły się mole spożywcze, wszystko rytualnie zamykam.

24. Jeśli tylko się da, unikam antybiotyków jak ognia, bo wielu z nich mój organizm nie toleruje.

25. Od dwóch miesięcy regularnie ćwiczę.

26. Moim pierwszym zwierzakiem - takim naprawdę moim, nie rodziców czy babci - był żółw stepowy. Mieszkał ze mną przez około dwadzieścia lat.
 
27. Nie zdążyłam poznać ani jednego z moich dziadków. Obaj zmarli na długo przed moimi narodzinami.

28. Pierwszą w życiu dwóję dostałam w V klasie za pracę domową z... informatyki.

29. W Hogwarcie zapewne trafiłabym do Krukonów.

30. Nie potrafię zbyt długo wytrzymać w żadnym sklepie, gdzie gra głośna muzyka.

31. Od czasu do czasu bardzo wciąga mnie jakaś historia true crime, pomimo że czytanie ich nie najlepiej na mnie wpływa. Najbardziej interesują mnie tajemnicze zaginięcia.

32. Moje wymarzone kierunki podróży to Japonia, Hiszpania, Skandynawia, Wielka Brytania i Australia.

33. Marzy mi się też odwiedzić ulubione miejsca Elżbiety Bawarskiej i domy kilkorga pisarzy.

34. Generalnie unikam horrorów, thrillerów itp., bo w ogóle mnie nie kręcą straszne filmy. Nie cierpię scen tortur, a pod wpływem ponurej muzyki czuję lęk. Jeśli już robię wyjątek, to raczej dla anime niż dla filmu.

35. W zamian uwielbiam czytać mity, podania, legendy oraz kaidan (japońskie opowieści o duchach i innych straszydłach).


36. Nie znoszę typowych wesel.

37. Zaczęłam przeklinać dopiero po studiach.

38. Tak bardzo lubię spotkania w małym gronie ze znajomymi i przyjaciółmi, że czasem dzień wcześniej nie potrafię zasnąć z wrażenia.

39. W wieku sześciu lat przez pewien czas bałam się piątków po tym, jak w pewien letni piątek rozbiłam sobie kolano i łokieć.
 
40. Nie potrzebuję do szczęścia telewizora. Wszystko oglądam przez Internet.

41. Słucham absurdalnie różnej muzyki, od Owl City po Guns N' Roses.

42. Ekstremalnie rzadko słucham płyt jako całości. Zwykle podobają mi się pojedyncze utwory, których mogę słuchać w kółko.

43. Wydłubuję rodzynki z ciast.

44. Najlepiej mi się czyta, gdy wszyscy w domu śpią, dlatego jestem notorycznie niewyspana.
 
45. Gdy inni ludzie na mnie narzekają, w 90% przypadków chodzi o to, że przerywam ich wypowiedzi. Im bardziej angażująca rozmowa, tym bardziej nie umiem wyczuć, kiedy się odzywać, żeby było dobrze.

46. W wieku ośmiu lat zaczęłam pisać pierwszy pamiętnik, a trzynastu - pierwszego bloga.

47. Ulubionych anime mam sporo, ale takimi najbliższymi mojemu sercu są Shinsekai Yori, Sangatsu no Lion, Haibane Renmei i Ergo Proxy.

48. Jestem sową. Czuję się najlepiej i jestem najbardziej produktywna wtedy, gdy mogę kłaść się o drugiej w nocy, a wstawać o dziewiątej.

49. Tylko dwa razy w życiu leciałam samolotem. Dobrze to wspominam, nie bałam się. Za to mojej cioci parę dni wcześniej przyśniło się, że ja i mama wychodzimy z wraku samolotu.

50. Ubóstwiam miód i syrop klonowy.

czwartek, 2 kwietnia 2020

[99] Mój alfabet, czyli szkoła widziana oczami dziecka w spektrum autyzmu


Obecny czas przymusowej izolacji społecznej jest dla mnie tym, czym dla większości dorosłych autystów mogących zostać w domu - czasem regeneracji sensorycznej, ale też zaburzonej rutyny, zawieszonych planów i zmagań z wewnętrznym niepokojem. Pewnego dnia zastanowiłam się jednak, jak odbierałabym tę sytuację, gdybym była dzieckiem - tym samym, co dwadzieścia lat temu. I doszłam do wniosku, że czułabym się przeszczęśliwa, mogąc przez dłuższy czas uczyć się zdalnie i nie chodzić do znienawidzonej szkoły, a później byłoby mi bardzo trudno do niej wrócić. Jestem tego pewna, bo jako dziecko przeżyłam coś podobnego, gdy po pobycie w szpitalu lekarze zalecili, żebym kilka tygodni spędziła w domu. W przeciwieństwie do dorosłych, nie dostrzegałam żadnych minusów tej sytuacji.

Z okazji Dnia Świadomości Autyzmu postanowiłam zamieścić post, który planowałam od dawna. W tym poście chcę Wam opowiedzieć, jak z mojej perspektywy wyglądała szkoła - mam na myśli szkołę podstawową i gimnazjum, bo liceum to temat na osobną notkę. Aby łatwiej się czytało, nadałam notce formę alfabetu. Jest to alfabet, którego tak naprawdę nauczyła mnie szkoła. (Alfabet polski znałam w wieku czterech lat.)




A jak akademie
Przez całą podstawówkę nie rozumiałam, czemu służą szkolne akademie - przydługie, łopatologiczne występy, do których wybrana klasa przygotowuje się przez kilka tygodni. Próby akademii były dla mnie prawdziwą zmorą szkolnego życia (patrz: Cz). Miałam bardzo dobrą pamięć, więc zwykle po tygodniu znałam kwestie całej klasy, podczas gdy niektórzy nie potrafili nauczyć się kilku wersów, powtarzanych dzień w dzień. Nie chciałam w tym uczestniczyć, stresowało mnie recytowanie na oczach setki ludzi, ale nauczyciele domagali się, żeby występowała cała klasa. Dziś rozumiem, że mieli to narzucone odgórnie i mogli obawiać się, że jeśli pozwolą jednemu, dwóm uczniom nie wystąpić, trzy czwarte klasy będzie chciało zrezygnować.
W gimnazjum ta zmora zniknęła tak szybko, jak w podstawówce się pojawiła. Istniał tam zupełnie inny system organizowania akademii. Zamiast przymuszać po kolei każdą klasę do przygotowywania jednej akademii w roku, nauczyciele angażowali ochotników z różnych klas - uczniów uzdolnionych artystycznie lub lubiących występować. I nikomu nie przeszkadzało, że zwykle na scenie są te same osoby. Da się? Da się.

B jak biblioteka
W podstawówce i w gimnazjum biblioteka była moim ulubionym miejscem w szkole. Często spędzałam tam długie przerwy, nie tylko ze względu na możliwość wypożyczania książek. W okresie, gdy najbardziej mi dokuczano (od II do IV klasy podstawówki), traktowałam bibliotekę jak schronienie. Było tam cicho, spokojnie, a dręczyciele nie mieli odwagi zapuszczać się na ten teren. Z kolei w gimnazjum spotykałam się w czytelni z kolegami z innych klas, którzy też lubili czytać i pomagać bibliotekarce.

C (a właściwie Cz) jak czas pusty
Tym, czego najbardziej nienawidziłam w szkole, był czas pusty, czyli wszystkie momenty, kiedy nie miałam czym się zająć, a jednocześnie nauczyciele nie pozwalali zajmować się czymś własnym.
Przykładowo, w klasach I-III bardzo dużo czasu zajmowało na lekcjach głośne czytanie tekstu przez dzieci. Nauczycielka dzieliła czytankę na partie, a uczniowie po kolei czytali swoje fragmenty, zazwyczaj niemiłosiernie dukając i popełniając mnóstwo błędów. Jako dorosła osoba rozumiem, że w ten sposób nauczyciel sprawdzał postępy w nauce czytania. Jako dziecko zupełnie tego nie rozumiałam. Dostawałam do głowy, bo zanim koledzy dotarli do jednej trzeciej tekstu, miałam już cały po cichu przeczytany. Nauczycielka nie pozwalała mi w tym czasie robić nic własnego, jak czytanie innej książki czy rysowanie. A czas ten w odczuciu ośmioletniego dziecka trwał całe wieki. Efekt był taki, że "przeszkadzałam w lekcji", stimując, wydając odgłosy, bawiąc się przyborami z piórnika. W końcu problem rozwiązała moja mama, która dała mi dodatkowy zeszyt i poleciła zapisywać w nim, w jakiej kolejności koledzy czytali tekst, gdzie każdy z nich zaczynał i kończył.
Kiedy byłam starsza, potrafiłam już zająć się w czasie pustym własnymi myślami, rysowaniem ukradkiem, układaniem sudoku itp. Oczywiście nastolatkowie nie dukali jednej czytanki przez godzinę, za to sporo czasu poświęcano na odpytywanie uczniów przy tablicy, dywagacje na tematy wychowawcze (czy to Antek pierwszy uderzył Karola piórnikiem, czy może Karol Antka?), ćwiczenie wierszy na akademie. Nienawidziłam tego zmarnowanego czasu. Zawsze bolała mnie świadomość, jak wiele ciekawych rzeczy mogłabym zrobić w domu czy chociażby przeczytać, gdybym nie musiała bezczynnie siedzieć w ławce i słuchać, co robią inni.

D jak dodatkowe zajęcia
Oferta zajęć dodatkowych w mojej podstawówce była niewielka. Nie interesował mnie SKS, a tym bardziej zespół wokalny. W klasach I-III nie miałam więc zajęć pozalekcyjnych, jeździłam tylko przez około dwa lata na terapię u psycholożki.
Widząc, że mam zdolności językowe, rodzice najpierw kupowali mi gazetki "English Junior", a w V klasie zapisali mnie na lekcje u studentki anglistyki. Polubiłam te zajęcia, bo miałam je indywidualnie, a nauczycielka nie traktowała mnie jak małe dziecko. Zaraz na początku dała mi strony z jakiegoś atlasu anatomicznego, gdzie przedstawiono budowę człowieka bardziej szczegółowo niż w szkole. A na święta pożyczyła mi moją pierwszą książkę do przeczytania w całości po angielsku.
Jeździłam też na gimnastykę korekcyjną i na basen. Pomimo starań nie nauczyłam się pływać - robiłam postępy, dopóki miałam zajęcia indywidualne, ale później wprowadzono małe grupy i zaliczyłam regres. Dodatkowa dawka ruchu na pewno mi jednak nie zaszkodziła.

E jak ekipa
W podstawówce miałam dwóch dobrych kolegów (o jednym pisałam tu, drugiego poznałam na olimpiadzie). Mimo wszystko dopiero w gimnazjum zaczęłam dobrze się czuć w szkole. Tak jest, ten owiany złą sławą etap edukacji ja osobiście pamiętam jako wybawienie od przemocy. Były to dla mnie najweselsze trzy lata edukacji, bo zmieniłam szkołę i weszłam w nowe środowisko. Ponownie byłam w klasie ze swoim kumplem C., ale prześladowcy poszli do innych szkół. Wspólnie z C. zakumplowaliśmy się z kilkoma osobami z innych klas, które też były, z różnych powodów, "inne" i "dziwne" w oczach większości. Spędzaliśmy razem czas na przystanku, zaglądaliśmy do siebie na przerwach, wymienialiśmy się muzyką i książkami. Zapraszaliśmy siebie nawzajem na urodziny, parę razy spotkaliśmy się poza szkołą bez okazji. Ekipa ta rozpadła się zaraz po gimnazjum, chyba z powodu naszych kiepskich umiejętności społecznych, ale wspominam ją z uśmiechem.

F jak fantazja
Czasem sobie myślę, że w podstawówce ocaliła mnie bujna wyobraźnia. Nie wiem, czy bez niej przetrwałabym ten czas, zwłaszcza pierwsze cztery lata. W mojej głowie istniał alternatywny świat, do którego uciekałam, gdy świat dookoła stawał się nieznośny. Układałam historie, których bohaterami były najczęściej mówiące zwierzęta. W domu rysowałam je w postaci komiksów bez dymków, mówiąc do siebie, albo odgrywałam je przy pomocy wycinków z gazet i zabawek. Poza domem czasami rysowałam któregoś z bohaterów, żeby poczuć się lepiej. W klasie V zaczęłam pisać wiersze, a w gimnazjum fanfiki.

G jak gazetka
I w podstawówce, i w gimnazjum należałam do redakcji gazetki szkolnej. W podstawówce jako jedyne dziecko zostałam zaproszona do redagowania gazetki przed ukończeniem klasy II. Zazwyczaj przyjmowano chętnych uczniów dopiero od klasy IV, ale nauczycielka zrobiła wyjątek, wiedząc, że czytam i piszę lepiej niż rówieśnicy. To był szczęśliwy dzień.

H jak humor
W gimnazjum humor stał się moim głównym sposobem na problemy z rówieśnikami. Nie byłam już ofiarą wytrwałych dręczycieli jak w podstawówce, ale od czasu do czasu ktoś śmiał się ze mnie lub moich kumpli z powodu naszej odmienności. Na pewnej nudnej lekcji razem z kumplem zaczęliśmy rysować komiks z nami w rolach głównych. Z czasem weszło nam to w krew. W komiksach przedstawialiśmy w krzywym zwierciadle wszystko, co się działo wokół nas. Rysowaliśmy siebie w karykaturalny sposób i wyolbrzymialiśmy swoje wady, podobnie przedstawialiśmy innych. Używaliśmy też przezwisk, których wobec nas używano. Po pewnym czasie zauważyłam, że już nikt się z nas nie nabija. A przynajmniej nie w naszej obecności.

I jak infekcje
Jako uczennica często łapałam infekcje układu oddechowego. W sezonie jesienno-zimowym potrafiłam być chora co miesiąc. W podstawówce lubiłam chorować i zostawać w domu, potem przestałam lubić, bo wiązało się to z nadrabianiem zaległości. Pomimo różnych badań i kuracji mających poprawić odporność, chorowałam mniej więcej tyle samo przez cały czas edukacji szkolnej. Gdy poszłam na studia, a później do pracy, ze zdumieniem odkryłam, że łapię infekcje dużo rzadziej i przechodzę je łagodniej.
Jestem teraz przekonana, że to przewlekły lęk i stres w szkole tak wpływały na moją odporność. Mały autysta z reguły doświadcza w szkole mniej pozytywnych emocji niż inne dzieci, a negatywnych mnóstwo.

J jak jedzenie
Wybiórczość pokarmowa czasem utrudniała mi życie w szkole, ale pewnie dużo rzadziej niż innym dzieciom, bo nie musiałam chodzić na obiady. W domu zawsze był ktoś dorosły, więc nie było takiej potrzeby. Całe szczęście, bo byłam naprawdę bardzo, bardzo wybiórcza pokarmowo.
Na drugie śniadanie jadłam zwykle bułki lub rogale z masłem, czasem też owoc lub coś słodkiego. Nie chciałam jeść kanapek. Do dziś ich nie jem, ponieważ struktura i smak kanapek są dla mnie nie do przejścia - zjadam osobno pieczywo, osobno inne składniki. W szkole zawsze starałam się jeść śniadanie w pewnej odległości od innych, bo zapach kanapek innych dzieci (zwłaszcza z szynką i serem) doprowadzał mnie do odruchu wymiotnego. Jeśli robiliśmy kanapki na lekcji, na przykład na technice, to robiłam je, ale ich nie jadłam.

K jak konkursy
Począwszy od III klasy podstawówki, regularnie brałam udział w konkursach na różnym szczeblu. Najczęściej wysyłano mnie na konkursy ortograficzne, literackie, z języka angielskiego. Przez kilka lat uczestniczyłam w Olimpiadzie Wiedzy Biblijnej, co pomogło mi pozbierać się psychicznie po tym, jak mój przyjaciel został przeniesiony do innej szkoły, a później stało się moim hobby. W gimnazjum startowałam w olimpiadzie z języka polskiego.
Bardzo lubiłam konkursy, chyba dlatego, że dzięki nim miałam poczucie sensu, którego nie dawała mi szkoła. Nareszcie mogłam robić coś indywidualnie, niezależnie od tego, ile reszta klasy umiała z danego przedmiotu. Zaczęłam uświadamiać sobie swoje mocne strony. Od czasu do czasu coś wygrywałam i dostawałam nagrody.

L jak lekcje

Moje ulubione przedmioty: język polski, język angielski, w podstawówce także historia, a w liceum biologia i matematyka.
Przedmioty nielubiane: w podstawówce matematyka (patrz: U), przyroda (niesprawiedliwy nauczyciel), później fizyka i geografia.

M jak maskotka
Przez całą podstawówkę zabierałam do szkoły małą maskotkę, która dodawała mi odwagi. Zwykle był to pluszowy piesek. Musiałam jednak ukrywać go w plecaku, żeby inni się ze mnie nie nabijali, a nauczyciele nie zabrali mi go. Gdy się bałam, wkładałam rękę do torby i dotykałam go. W gimnazjum i później rolę takiego "uspokajacza" pełniły ulubione wisiorki.

Jeżeli czyta mnie jakiś nauczyciel dzieci ze spektrum, mam do niego prośbę. Nauczycielu! Może spotkasz dziecko, które czuje się bezpieczniej w szkole, jeśli ma przy sobie ulubiony przedmiot. Pozwól mu na to. Nie odbieraj mu ulubionej rzeczy. Ustal z uczniem zasady korzystania z niej.
 
N jak nauczyciele
Może nie świadczy to o mnie najlepiej, ale aż do końca gimnazjum moja sympatia do danego przedmiotu szkolnego była wprost proporcjonalna do mojej sympatii do nauczyciela. Jeżeli nauczyciel był pasjonatem, umiał zainteresować, prowadził lekcje w ciekawy sposób, traktował uczniów sprawiedliwie - lubiłam jego przedmiot. Jeśli było przeciwnie, szybko traciłam sympatię do przedmiotu. Stało się tak z przyrodą, którą poza szkołą kochałam, a także z historią, gdy nauczycielkę z pasją zastąpiła osoba nieustannie przynudzająca, oceniająca w niezbyt sprawiedliwy sposób.
Troje nauczycieli wywarło znaczny pozytywny wpływ na moje życie i do dzisiaj jestem im za to wdzięczna. Historyczka pomogła mi w okresie największych problemów w podstawówce. Powierzyła mi odpowiedzialną rolę (współorganizowałam szkolny konkurs), dawała ponadprogramowe zadania, odbyła ze mną na osobności kilka rozmów o problemach. Dwie polonistki nauczyły mnie bardzo dużo nie tylko w kontekście swojego przedmiotu, ale też sposobu patrzenia na sztukę i na świat w ogóle, przede wszystkim dostrzegania i rozumienia różnych perspektyw. Tych ludzi nigdy nie zapomnę.

O jak oceny
Zazwyczaj miałam dobre i bardzo dobre stopnie. Przez kilka lat w ogóle nie przywiązywałam wagi do ocen, ale w pewnym momencie zaczęłam nadmiernie się nimi przejmować. Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało i dlaczego. Nikt w domu nie wywierał na mnie presji, aby zbierać same piątki, przeciwnie - rodzice mówili raczej, że uczeń bez jedynki jest jak żołnierz bez karabinu. Ja jednak zaczęłam czuć lęk przed złymi ocenami z matematyki. Na sprawdzianach trudno mi było się skupić, pociły mi się ręce, serce waliło. W V klasie pierwszy raz dostałam rewolucji żołądkowej przed sprawdzianem z matematyki, później zdarzało się to już regularnie. Co ciekawe, problem dotyczył niemal wyłącznie matematyki, później też fizyki. Bałam się, gdy nie potrafiłam czegoś zrozumieć. W liceum nadal martwiłam się słabszymi ocenami z przedmiotów ścisłych, mimo że nie musiałam być z nich dobra na "humanie". Traktowałam oceny trochę jak kolekcjonowane kiedyś pokemony. Czułam dyskomfort, gdy były słabsze.
Gdybym mogła przekazać jedną wiadomość sobie z przeszłości, powiedziałabym: "Nie martw się ocenami, one nie mają znaczenia w późniejszym życiu. Bądź świetna z kilku wybranych przedmiotów, to wystarczy. Trójka z matmy jest OK. Zamiast myśleć tyle o matmie, ucz się gotować, piec, szyć, dbać o rośliny, majsterkować lub używać mapy, bo z tymi umiejętnościami będzie ci łatwiej wejść w dorosłe życie".

P jak przemoc i przerwy
Te dwie kwestie są ze sobą ściśle powiązane. Od I do IV klasy podstawówki regularnie doświadczałam w szkole przemocy. W moim przypadku była to w większości przemoc psychiczna polegająca na straszeniu, czasem werbalna, prawie nigdy fizyczna. Była też wyrafinowana, nie pozostawiała widocznych śladów. 

Prześladowcy - w większości uczniowie klas od IV do VIII - pojawiali się znienacka na przerwach, gdy w pobliżu mnie nie było nauczyciela. Szybko zaczęłam bać się chodzenia do toalety, bo tam najczęściej mnie straszono - podchodzono do mnie od tyłu, wołano: "Bu!", a jeśli byłam w kabinie, łomotano w drzwi, szarpano za klamkę czy w ogóle otwierano kabinę (część kabin miała zepsute zamki). Pewnego dnia uczennica klasy VII stanęła na sedesie w sąsiedniej kabinie, żeby zajrzeć od góry do mojej - był to jeden z najstraszniejszych momentów w moim krótkim życiu. Bałam się też schodzenia po schodach z piętra na parter, gdzie często ktoś znienacka na mnie wyskakiwał, straszył mnie od tyłu albo udawał, że chce mnie popchnąć. 
Po reformie, gdy najstarsze klasy opuściły szkołę, moimi głównymi dręczycielami stali się syn i siostrzeniec nauczycielki. Na nich już w ogóle nie potrafiłam znaleźć sposobu. Zawsze atakowali tak, że konsekwencje spadały na mnie, a oni pozostawali bezkarni, na przykład zabierali mi rzeczy, po czym ukradkiem podrzucali je z powrotem, zanim przyszedł nauczyciel. Wyzywali mnie i mojego przyjaciela C. Zastraszali też C., kiedy wszyscy chłopcy zostawali sami przed WF-em.
Przez pewien czas próbowałam trzymać się w pobliżu nauczycieli, jednak ich to bardzo drażniło. Gdy zmienił się wychowawca, uprosiłam mamę, żeby poprosiła go, abym na długiej przerwie mogła zostawać w klasie i czytać. Przez pewien krótki czas to działało i byłam bardzo szczęśliwa. Niestety, szybko się skończyło (nie znam powodu, może nauczyciel miał nieprzyjemności) i wszystko wróciło do "normy". Wtedy zmieniłam taktykę na szukanie w budynku bezpiecznych miejsc.

R jak rozwój
Mój rozwój był bardzo nieharmonijny. Kiedy zaczynałam I klasę, pod względem intelektualnym przeganiałam rówieśników. Od kilku lat potrafiłam płynnie czytać, pisać, wykonywać proste działania, jak na swój wiek dużo wiedziałam o przyrodzie. Fizycznie rozwijałam się w normie, choć nigdy nie byłam wysportowana. Rodzice posłaliby mnie do szkoły o rok wcześniej, gdyby nie to, że emocjonalnie i społecznie pozostawałam daleko w tyle za rówieśnikami. W II klasie psycholożka oceniła, że emocjonalnie funkcjonuję na poziomie pięciolatka. Tak więc w szkole z jednej strony słabo radziłam sobie z własnymi emocjami, wiele sytuacji w kontaktach z rówieśnikami mnie przerastało, a z drugiej strony nudziłam się na lekcjach. To bardzo trudne połączenie. I dla ucznia, i dla nauczycieli.

S jak struktura albo stałość

Jak wszystkie dzieci ze spektrum, odczuwałam silny stres w sytuacjach, gdy struktura mojego dnia codziennego ulegała zmianom. Jeżeli wiedziałam o zmianach z wyprzedzeniem, nie reagowałam gwałtownie, ale zdarzało się to, jeżeli spadały one na mnie nagle. Raz, gdy nauczycielka poinformowała moją klasę przez innego ucznia, że mamy zostać po lekcjach na próbie akademii, zignorowałam to i poszłam do domu według planu. 
Osobiście nie przywiązywałam dużej wagi do tego, w jakiej sali mam poszczególne lekcje. Nie robiło mi różnicy, jeśli szliśmy do innej pracowni niż zwykle. Byłam jednak zdenerwowana, kiedy w gimnazjum po pewnym incydencie z udziałem kolegi z klasy nauczyciele nagle wprowadzili zakaz spędzania przerw w salach. Wcześniej uczniowie mogli przebywać na przerwach w swojej sali i to mi się bardzo podobało (w końcu marzyłam o tym w podstawówce). Niestety, jeden głupi wybryk kolegi z klasy przekreślił wszystko.
Potrafiłam też mocno przywiązać się do ludzi, którzy dobrze mnie traktowali. W podstawówce największym wstrząsem była dla mnie nagła zmiana szkoły przez mojego przyjaciela, a w gimnazjum - zmiana polonistki, gdy moja ulubiona nauczycielka zaszła w ciążę. Obydwa te wydarzenia długo opłakiwałam, a jeszcze dłużej nie umiałam pogodzić się z brakiem ulubionych osób w szkole. 

T jak twarze
Może się wydawać, że trudności w rozpoznawaniu twarzy innych ludzi nie powinny przeszkadzać w życiu szkolnym. Chodząc przez sześć (a obecnie osiem) lat do szkoły z tymi samymi ludźmi, wystarczy znać osoby ze swojej klasy i nauczycieli. A jednak.
Dokuczanie mi między innymi dlatego uchodziło na sucho dręczycielom, że nie znałam imion i nazwisk większości uczniów ze starszych klas, a twarzy nie umiałam zapamiętać. W klasach I-III wychowawczyni kilka razy przeszła się ze mną po starszych klasach, żebym wskazała, kto mi dokuczał. Za każdym razem nie umiałam tego zrobić. Do dziś pamiętam to poczucie upokorzenia, gdy stałam na środku, na oczach dwudziestu starszych uczniów, zupełnie bezradna. Prawie wszyscy chłopcy wydawali mi się tacy sami. Wychowawczyni szybko przestała mi wierzyć, bo skoro nie potrafię pokazać, kto mi dokuczał, to zapewne zmyślam.

U jak uzdolnienia i jak uwaga

Z notatek rodziców wiem, że zaczęłam rozpoznawać litery przed trzecim rokiem życia, a w wieku czterech lat czytałam płynnie i zaczynałam pisać. Byłam dzieckiem uzdolnionym językowo. Dużo rysowałam. Głównym moim talentem było jednak zapamiętywanie wzrokowe. Przez kilka lat podstawówki nie przygotowywałam się w domu do zajęć, robiłam tylko (albo i nie... patrz: Z) zadania domowe. Wystarczało mi to, co pamiętałam z lekcji, ewentualnie przeczytanie lekcji z podręcznika przed sprawdzianem. 
Oczywiście czasem powinęła mi się noga na jakiejś kartkówce, ale jeśli coś sprawiało mi kłopoty, zwykle była to matematyka - jedyny przedmiot, którego nie umiałam uczyć się sama z książki. Jeśli przegapiłam kilka lekcji, w domu ktoś musiał ze mną przysiąść. I to przez matematykę w pewnym momencie musiałam zacząć się regularnie uczyć w domu. Długo nie lubiłam tego przedmiotu. W liceum nastąpił nagły zwrot i polubiłam go bardzo. Moje relacje z matematyką można by określić jak na fejsie: "To skomplikowane".
Wiele dzieci w spektrum autyzmu ma trudności z koncentracją uwagi. Osobiście jako dziecko ich nie miałam, teraz dużo łatwiej się rozpraszam. Jeśli tylko miałam zajęcie, potrafiłam skupić się tak, że cały świat wokół mnie rozmywał się, widziałam tylko zeszyt czy kartkę. Dotyczyło to zwłaszcza rozwiązywania zadań matematycznych i pisania wypracowań. Czasami było mi trudno skończyć taką wciągającą czynność. Czułam się trochę tak, jakbym właśnie obudziła się z głębokiego snu i nie wiedziała, gdzie jestem.

W jak WF

Choć byłam ruchliwym dzieckiem - jeździłam na rowerze, chodziłam na basen, grałam z kolegą w badmintona, uwielbiałam wspinać się na drabinki -  szybko zaczęłam mieć problemy z WF-em. Zaczęło się od przewrotu w przód, którego się bałam i nie potrafiłam wykonać, mimo że ćwiczyłam w domu. Później przyszły problemy z grami zespołowymi. Pamiętam, jak nie rozumiałam, czego się ode mnie oczekuje podczas gry w piłkę. Biegałam bez ładu i składu po boisku, licząc, że jeśli będę ciągle w ruchu, inni tego nie zauważą. Oczywiście to nie działało. Gra w "dwa ognie" przerażała mnie na maksa, bo chłopcy z całej siły celowali piłką w innych, a ja miałam niski próg bólu i bałam się obrażeń.

Z jak zadania domowe
Mój stosunek do zadań domowych zmieniał się na przestrzeni lat.
W podstawówce często zapominałam, że coś jest zadane, pomimo że w szkole zapisywałam lub zaznaczałam, co należy zrobić. Ponieważ szkoły nie lubiłam i traciłam dużo energii na codzienną "walkę o przetrwanie", po powrocie do domu moje myśli odcinały się od niej grubą kreską. Zwłaszcza w weekend. O pracy domowej przypominało mi się w niedzielę wieczorem. Lub wcale. I tak zdarzyło mi się dostać na przykład pałę z... informatyki.
W gimnazjum, gdy nie traciłam już swojego RAM-u na zmagania z prześladowcami, nauczyłam się organizować sobie czas. Większość lekcji odrabiałam zaraz po szkole, gdy najwięcej pamiętałam, i przez cały wieczór miałam spokój.