piątek, 16 czerwca 2017

[37] W libereckim kraju (czułam się jak w raju)


Wakacje już tuż tuż, a ja ciągle wspominam mój króciutki wyjazd ze Szczurkiem do Czech na początku maja. Czułam się tam tak błogo i spokojnie, że zdołałam zregenerować się fizycznie i psychicznie po stresujących wydarzeniach wcześniejszych tygodni. Majowy długi weekend był swego rodzaju punktem zwrotnym, po którym było mi dużo łatwiej radzić sobie z codziennością. Była to też nasza pierwsza wspólna wycieczka za granicę.

Ponieważ nasz poprzedni kilkudniowy wyjazd nie należał do bardzo udanych, trochę się obawiałam. Ostatnim razem najwięcej problemów sprawiły nam nasze odmienne potrzeby dotyczące temperatury w pokoju hotelowym, problematyczny był też brak "zjadliwego" jedzenia w pobliżu. Dlatego tym razem wybraliśmy hotel z bardziej tradycyjnym jedzeniem i wynajęliśmy osobne pokoje. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. A to, że na początek wybraliśmy region położony blisko granicy czesko-polskiej (kraj liberecki), pomogło mi czuć się bezpiecznie.


Przystanek Frydlant

Celem numer jeden naszej pierwszej wspólnej wycieczki za granicę był zamek Frydlant. Pewnego dnia, wałęsając się po necie, zobaczyłam zdjęcia zamku we Frydlancie - i właśnie wtedy narodził się pomysł wyjazdu. W kraju libereckim zresztą zamków jest sporo, a my upatrzyliśmy sobie przefajny hotel w miasteczku, które nadaje się na bazę wypadową - do kilku zamków mamy stamtąd nie dalej niż półtorej godziny drogi.

Ponieważ zamek jest zamknięty dla zwiedzających w poniedziałki, a we wtorek musieliśmy już wracać do Polski, pojechaliśmy tam od razu w niedzielę. Na miejscu zaskoczyła mnie dość powszechna obecność języka polskiego. Po polsku mówiła już pani na parkingu, a później okazało się, że jest możliwość zwiedzania z polskim przewodnikiem. Polaków chętnych do zwiedzania uzbierała się zresztą spora grupa.

Od zeszłego roku zwiedziłam kilkanaście polskich zamków, w tym kilka spośród najbardziej popularnych, więc byłam bardzo ciekawa, jak to będzie w Czechach. Mogę śmiało powiedzieć, że zwiedzanie zamku we Frydlancie było warte swojej ceny: kompleksowe i niezwykle treściwe. Wiem, że często niestety jest tak, że im bardziej okazały zamek i im więcej trzeba zapłacić, tym mniej komnat udostępnia się turystom (przykładem jest np. Neuchwanstein). Z kolei w Polsce większość zamkowych wnętrz to (mniej lub bardziej udane) rekonstrukcje, po prostu niewiele się ostało do oglądania po wojnach. Tymczasem zwiedzanie frydlanckiego zamku trwało aż dwie godziny, czego zupełnie się nie spodziewałam - bite dwie godziny chodzenia.

W czasie tych dwóch godzin można usłyszeć wiele ciekawostek z życia sześciu rodów, do których na przestrzeni lat należał zamek, i obejrzeć około sześćdziesięciu (!) pomieszczeń z oryginalnym wyposażeniem. Zwiedzaliśmy m.in. salony pełne łowieckich trofeów, pokoje hrabiego i hrabiny, pokoje służby, pokój dziecięcy, kuchnię z dużym zbiorem naczyń miedzianych i cynowych (podobno największym w Czechach). Ponieważ mam małego hysia na punkcie genetyki, nie potrafiłam oderwać wzroku od pokoiku pełnego zwierząt o dwóch głowach.

Niestety w zamku nie można robić zdjęć, a obiektyw makro niewiele mógł zdziałać na dziedzińcu, więc mogę się podzielić jedynie jednym skromnym widoczkiem na zamek.




Przystanek Liberec 

Kolejnego dnia pobytu odwiedziliśmy zoo w Libercu. To najstarszy i największy ogród zoologiczny w Czechach, który słynie z białych tygrysów. Tygrysy - spokojne, majestatyczne i niezbyt przejęte tłumami za szybą - znaleźliśmy jednak na terenie zoo dopiero po dłuższym czasie, a wcześniej cieszyliśmy się widokiem innych zwierząt. Niektóre z nich, tak jak pandę czerwoną, pierwszy raz widziałam na żywo.

Jak się przekonałam, słuchając rozmów dookoła, połowę zwiedzających stanowią Polacy. Przyznam szczerze, że wolałabym, by było ich tam mniej, bo nieraz było mi za rodaków wstyd. Prawie zawsze, gdy ktoś nie umiał się zachować (na przykład pozwalał swojemu dziecku walić w szybę i wrzeszczeć, bo zwierzę akurat miało czelność pójść spać), chwilę później słyszałam z jego ust język polski. Nie zauważyłam ani jednego Niemca czy Czecha, który tolerowałby u swoich dzieci takie zachowania. Trochę to przykre.

Co jeszcze na dłużej zapamiętam z zoo? Na pewno dwa sępy okazujące sobie wyraźną niechęć oraz rozochoconego wielbłąda, który miał ochotę na seks, podczas gdy wiebłądzica nie miała. Kózki, które można było głaskać i karmić - Szczur szczególnie upodobał sobie czarnego kozła, zresztą z wzajemnością. Kaczkę mandarynkę i złote bażanty. Bawiące się zabawkami ze swojego wybiegu słonie. I pawilon, gdzie można przyjrzeć się "od kuchni" pracy weterynarza w ogrodzie zoologicznym - narzędziom, fotografiom ważnych wydarzeń, częściom ciała zmarłych zwierząt. Zdecydowanie to praca dla osób o mocnych nerwach.






Przystanek Jindřichovice

We wtorek, gdy musieliśmy się pakować i wracać do Polski, od rana padał rzęsisty deszcz, jakby Matce Naturze nagle zrobiło się smutno. Mnie też było smutno, pierwszy raz od dłuższego czasu miałam bardzo niewesołe myśli. Zanim ruszyliśmy w podróż powrotną, zrobiliśmy jednak coś, co planowaliśmy od początku: pojechaliśmy zobaczyć skansen w Jindřichovicach. I to było dla mnie zaskoczenie!

W Polsce jak dotąd odwiedziłam dwa skanseny. Prawdę mówiąc, w żadnym z nich nie udało mi się poczuć, że kiedyś w tych budynkach naprawdę mieszkali ludzie, choć wiedziałam, że tak było, i choć nie jest trudno wywołać u mnie to uczucie. Była to dla mnie po prostu przestrzeń zaprojektowana dla współczesnych tak, by układ mebli i przedmiotów odpowiadał temu, co wiadomo o wyglądzie pomieszczeń dawniej. Brakowało mi jakiejś bliżej niesprecyzowanej "duszy". Tego czegoś, co nadaje domom rys indywidualny, co sprawia, że domu Iksa nie da się pomylić z domem Igreka. W czeskim skansenie znalazłam to. Teraz wiem, że takim miejscom robi ogromną różnicę, czy ktoś w nich współcześnie mieszka, czy nie. W Jindřichovicach mieszka co najmniej jeden człowiek i to się odczuwa na każdym kroku. Zwiedzając, czułam, że chodzę po prawdziwym domu, a nie po budynkach, które, choć kiedyś były zamieszkiwane, teraz tylko próbują udawać domy.

Diabeł tkwi w szczegółach... w pokaźnym, uporządkowanym według kategorii księgozbiorze na piętrze, odręcznych notatkach i rysunkach, leżącym w saniach zapomnianym worku z zaschniętymi na kamień bułkami, pracach plastycznych dzieci - pozostałościach po jakichś warsztatach, warstewce kurzu tu i tam. Były też zwierzaki, pies i kot, które wprawdzie niezbyt chętnie pozowały do zdjęć, ale zachowywały się bardzo gościnnie.





 


Spacerowo 

Wieczorami codziennie chodziliśmy na spacery po okolicy. Było mi zimno, ale uznałam, że każda okazja jest dobra, żeby się rozejrzeć. Zauważyłam, że sporo domów w okolicy jest ozdobionych charakterystycznymi witrażami. Zaskoczyła mnie stojąca na ulicy budka telefoniczna - pomijając Muzeum PRL-u w Warszawie, nie widziałam takiego cuda od kilkunastu lat! Pierwszego wieczoru, niedługo po przyjeździe, widzieliśmy ludzi rozpalających ogniska na Noc Walpurgii, a nawet dziewczynkę przebraną za wiedźmę. Podczas innego spaceru zobaczyliśmy chodzącą po łące sarnę. Poza tym chłonęłam wszystkie napisy, które widziałam po drodze, starając się wydedukować znaczenie słów. Czasem mi się udawało, czasem nie.



 


Kwestie językowe 

W hotelu potrafiliśmy bez większych problemów porozumieć się, wsłuchując się w czeski i odpowiadając krótkimi zdaniami po polsku. Choć pierwszego dnia z tego, co mówił gospodarz, rozumiałam pojedyncze słowa, pod koniec wyjazdu było mi już jakimś cudem o wiele łatwiej rozumieć czeski. Na zamku we Frydlancie istnieje możliwość wyboru przewodnika oprowadzającego w języku polskim, a w zoo w Libercu nie brakuje polskich napisów. Mimo to w Czechach najbardziej brakowało mi znajomości języka i możliwości swobodnej komunikacji w codziennych sytuacjach. W supermarkecie nie umieliśmy poprosić kasjerki o torebkę foliową, choć próbowaliśmy. Angielski, niemiecki i polski na niewiele się zdały. Żałowałam też, że nie mogę o nic zapytać osób obchodzących Noc Walpurgii ani gospodarza w skansenie. Wiem, że w jakimś stopniu muszę się do tego przyzwyczaić, bo zamierzamy stopniowo odwiedzać różne państwa i na pewno nie nauczę się tylu języków... aż taką poliglotką nie jestem. Mimo to mam ochotę nauczyć się choć podstawowych słów i zwrotów z języka czeskiego, chyba dlatego, że bardzo polubiłam Czechy.


Brambory i inne wybory

Moje największe obawy przed wyjazdem były związane z jedzeniem. A to dlatego, że jedzenie poza domem jest dla mnie generalnie bardzo trudne i dyskomfortowe (dokładniej pisałam o tym tu). To jeden z powodów, dla których przed podróżami w nowe miejsca czuję nie tylko przyjemne podekscytowanie, ale i lęk.

Dania w hotelowej restauracji okazały się jednak zbliżone do polskich i bardzo, bardzo smaczne. I choć zwykle czekałam na obiad z duszą na ramieniu, bo menu było w całości po czesku i nie rozumiałam, co zamawiam, ani razu nie zdarzyło mi się nie zjeść zamówionego posiłku. Jedzenie smakowało też Szczurowi - a znalezienie dla niego wegetariańskich dań wcale nie jest oczywiste, jak przekonaliśmy się rok temu w Wałbrzychu. 

Z myślą o przyszłych podróżach do Czech sporządziłam na podstawie restauracyjnego menu króciutki słowniczek czesko-polski:
brambory - ziemniaki
fazolové lusky - zielona fasola
hranolky - frytki
hruška vařená v čaji a víně - pyszny deser: gotowana gruszka w winie
hříbky - grzyby
krutony - grzanki
kuřecí maso - mięso z kurczaka
kuřecí nudličky - danie mięsne
kuřecí / vepřový řízek - to nie żaden ryż, tylko kotlet drobiowy / wieprzowy
lesní plody - owoce leśne
omáčka - sos
palačinky - naleśniki
rajčata - pomidory 
řecký salát - sałatka grecka
rýže - ryż
švestkovy - śliwkowy, np. švestková omáčka - sos śliwkowy
svíčková - rodzaj sosu (tego to bym nie zjadła)
sýr - ser, np. smažený sýr - danie, które bardzo smakowało Szczurowi 
těstoviny - makaron
vejce - jajko
vepřová líčka - nie wiem, jak to przetłumaczyć - rodzaj mięsa
vepřová panenka - polędwica
zelenina - warzywa 
zmrzlina - lody

Teraz jestem bogatsza o nowe słowa, ale tam, na miejscu, gdzie nie dysponowałam żadnym słownikiem, pozostawało stosować metodę prób i błędów, ewentualnie dzwonić do kumpla z prośbą o robienie za tłumacza. Znaczenie części słówek nietrudno odgadnąć, ale niektóre są mylące. Byłabym pewna, że nudličky to jakiś makaron, a nie mięso!


Na pamiątkę

W Czechach kupiłam sporo rzeczy, jak to ja, gdy odwiedzam nowe miejsce: gazetę (postanowiłam w każdym państwie, do którego pojadę, kupić dziennik), pocztówki, torbę czeskich i niemieckich (kocie języczki - nie jadłam ich od dziecka!) słodyczy, pluszowego tygrysa, płytę z muzyką etniczną, ręcznie malowany wisiorek ze skansenu. W efekcie przyjechałam bardziej obładowana niż wyjechałam. I czuję, że jeszcze tam wrócę!

piątek, 2 czerwca 2017

[36] Pamiętniki lutowo-marcowe


W ramach nadrabiania zaległości:

1.02
Dlaczego ja nie potrafię zachowywać się z taką gracją, gdy widzę na przykład paczkę talarków czy precli?

3.02
Z cyklu: "Ojciec Rosomaka kontra reszta świata":
Tata: Dzisiaj wyjechałem z opóźnieniem, bo do sąsiadów przyjechał PDF i zastawił ulicę.
Ja: DHL. PDF to na komputerze.
Tata: Wiem.

Zrobiłam ptaszka-origami. Miał być łatwy, mnie jednak zajął trzydzieści minut, bo instrukcja wideo była nieprecyzyjna. Nadaje się jako dekoracja pokoju.

Chyba przestanę wchodzić na fejsa, bo coraz więcej widuję zdjęć storturowanych zwierząt. Tak zupełnie znienacka, na pierwszych lepszych profilach ludzi.
Dzisiaj to nie był nikt znajomy, tylko randomowy profil, na który weszłam, żeby coś przeczytać. I to się zdarza średnio raz, dwa razy w tygodniu. Tym razem zobaczyłam psa, któremu ktoś włożył petardę do pyska i podpalił. Myślałam, że mi serce stanie. Ciągle kręci mi się w głowie. Czuję się strasznie.
Jeśli chodzi o argumenty innych na temat wrzucania takich zdjęć do sieci - umiem to wszystko zrozumieć, tylko nie umiem zrozumieć, dlaczego nie mogę uniknąć oglądania treści, które mnie doprowadzają do panicznego lęku. To nie powinno następować bez mojej zgody.
Nieraz opiekowałam się swoimi zwierzętami w trudnych sytuacjach. Miałam w domu psy po operacjach, kota po zabiegu, trzymałam je u weta, podawałam leki. Mój pies miewał napady padaczkowe, regularnie ma problemy z oddychaniem. A rany przemywam ciągle, bo Bestia bije się jak szalony. I prawie za każdym razem to samo: krew, antybiotyk... Ale to jest zupełnie co innego, niż oglądanie zdjęć storturowanych umyślnie zwierząt. Zwierzęta to moi przyjaciele. Chcę być przy moich zwierzętach, gdy jest im źle. Patrzeć na tak drastyczne zdjęcia nie potrafię, bo gdy zaczynam sobie wyobrażać cierpienie tych zwierząt skrzywdzonych przez ludzi, narastają moje lęki. Nie umiem spać, boję się wyjść sama w nowe miejsce.

Ja się ludzi zwyczajnie boję, boję się tego, do czego są zdolni. Boję się, ze może akurat siedzę albo przechodzę obok takich bestii i nawet o tym nie wiem. Bywam wśród ludzi, oczywiście, bo na tym polega życie. Muszę uczyć się, pracować, robić zakupy, załatwiać sprawy i tak dalej, żeby żyć. Poza tym lubię znajomych, przyjaciół, niektóre osoby spotykane tu i ówdzie. Ale głęboko w środku ja się obcych ludzi boję i gdybym nagle otrzymała fortunę jak w filmach (ha, ha), żyłabym do końca życia tak, by mieć z obcymi jak najmniejszy kontakt.
Znajomi próbują mnie przy tej okazji uspokajać, tłumaczyć różne rzeczy. Ale emocje rządzą się swoimi prawami i to, co Daga i Marek próbują wtłoczyć do glowy, nadal nie zmienia faktu, ze ww. przypadki przemocy wobec zwierzat i fejs wywołują u mnie od groma negatywnych emocji. I że nie wiem, jak sobie z nimi radzić, bo obrazy zostają w mojej głowie na zawsze.

4.02
Jakkolwiek komicznie by to nie brzmiało, z powodu przekopnic mam problemy w związku.

Dziś sobie obiecałam, że nie spędzę dnia na fejsie. Przyjeżdża Szczur! A ja mam nowego Nabokova (kocham Nabokova!), znalazłam zabawne, stare anime i ładne wzory do origami.

5.02
Rybka. Łatwa.

Z cyklu "Komunikacja z neurotypowymi":
Dzwonił dziś do mnie nieznany numer, gdy byłam na poczcie. W domu wygooglałam go i okazało się, że to z przychodni prywatnej, gdzie byłam zapisana do lekarza. Pomimo palpitacji postanowiłam oddzwonić; z dwojga złego wolę dzwonić niż gdy ktoś obcy dzwoni i przerywa mi w nieoczekiwanym momencie to, co robię. 
Najpierw musiałam się zdecydować, jakie numery wewnętrzne wybrać (1 - potwierdzanie wizyty, 2 - odmawianie wizyty itp. - żaden mi nie pasował, bo chciałam tylko spytać, czemu dzwonią, więc dodatkowo się denerwowałam). Potem rozmawiałam z jakąś panią, której podawałam dane tylko po to, by mi powiedziała, że mnie połączy z inną panią. Ta druga pani też nie wiedziała, o co chodzi. Powiedziała, że to nie ona dzwoniła, tylko inny pracownik, i nie wie, o co chodzi, ale tamta osoba pewnie jeszcze zadzwoni, jeśli to nie pomyłka. Minęło półtorej godziny i nikt nie dzwonił. Nie zamierzam przez cały dzień chodzić z telefonem, muszę się położyć. Jutro pracuję, też nie zamierzam stać na czatach nad telefonem. Co jest z tymi ludźmi?

6.02
Szczerze mówiąc, najbardziej mnie kręci origami modułowe. Jest idealne dla kogoś, kto potrafi godzinami robić to samo, żeby uzyskać fajny efekt końcowy. Potrzeba do tego cech, które mam, a nie potrzeba rozumienia przestrzeni, którego nie posiadam za grosz. Ale jak robić modułowe origami, mając problemy ze stawami? Złożenie kilkuset takich elementów (a tylu zwykle potrzeba, by wyszło coś naprawdę nieziemsko fajnego) jak te trzy, które złożyłam, wydaje mi się nierealne.

8.02
Poślizgnęłam się, wsiadając do samochodu, i rymnęłam jak długa na lód. Na szczęście przynajmniej udało mi się polecieć na mięso i grubą kurtkę, a nie na stawy; oberwało tylko jedno kolano.
Tak to jest, gdy w mieście nawet w centrum nie posypują chodników.

9.02
Przygotowuję walentynkową niespodziankę dla Szczura.

11.02
Ten weekend nie będzie udany, pomimo że pierwszy raz od półtorej tygodnia jest ładna pogoda, a ja bardzo na niego czekałam.
Nie będzie, bo obudziłam się z parszywym bólem gardła, a chwilę później zadzwonił Szczur, że ma zepsuty samochód i nie przyjedzie. Jedyny plus jest taki, że jakoś dziwnie się to zsynchronizowało. Jakbym była zdrowa, pewnie miałabym meltdown, zwłaszcza biorąc pod uwagę pogodę i moje całotygodniowe odliczanie do weekendu. Ale nie jestem. Może dzięki temu, że auto się zepsuło, Szczur uniknął zarażenia, bo jest bardzo prawdopodobne, że mnie ktoś zaraził. Dużo osób, z którymi się widziałam, pochorowało się w tym tygodniu.
Niefajne jest to, że zapewne będę miała L4, bo się nie da z takim gardłem pracować. Że będę musiała iść w poniedziałek do lekarza innego niż mój ulubiony, bo ten w poniedziałki akurat nie przyjmuje. Oby tylko nie dał mi antybiotyku, bo mnie antybiotyki nie pomagają na ogół, tylko pogarszają inne problemy zdrowotne. Że wizyta u dentysty mi przepadnie, a mam zęby do naprawy. Że w poniedziałek kumpel i jego dziewczyna nie przyjadą. Że infekcje pogarszają mi zazwyczaj stawy. No i że nie zobaczę Szczura ani żadnego ładnego miejsca - to, że Szczura nie zobaczę, jest bardzo niefajne. Generalnie jest do dupy.
DO DUPY.

12.02
Spędziłam wiele czasu na wypisywaniu karteczek, fotografowaniu, wysyłaniu, rozmowach z Amerykankami... O dziwo, takie kontakty mnie nie stresują, tylko nakręcają pozytywnie, a już na przykład telefon do pizzerii nie.
Na dziś mam dwadzieścia stanów i parę państw, plus kilka obiecanych. Amerykanki robią z tego nawet smashe jak Daga.

13.02
Phil Collins - You Can't Hurry Love

15.02
Nie wiem, dlaczego tak jest, ale gdy oglądam rewelacyjny filmik Katji z wczoraj, YouTube poleca mi pod spodem następujące filmy:
"Uwięziony kosmita opowiada o swojej rasie"
ORAZ
"Czy David Bovie przed śmiercią wyznał prawdę o Antychryście i Illuminati".

Miałam pospać pół godziny, a przespałam półtorej z winy... motyli. Miałam piękny sen. Hodowałam w nim motyle i na zimę zrobiłam poczwarkom mieszkanka z kolorowej włóczki, wyglądające jak ślimacze skorupki. We śnie nadeszła wiosna, motyle zaczęły wychodzić. To było piękne. Piękne były też ich kolorowe "domki". No i nie wstałam, mimo że budzik dzwonił.

16.02
Dlaczego Polacy nie potrafią porządnie tłumaczyć anime? Anglicy, Amerykanie jakoś umieją.
W endingu jest "sweet darling", nawet ja to słyszę, a ktoś to przetłumaczył jako "sweet darwin"!

17.02
Chyba mam niepełnosprawnego triopsa. Przez cały tydzień chodzi tylko po dnie, jakoś tak z trudem się porusza, w ogóle nie podpływa wyżej. Warunki ma modelowe, takie same miały triopsy u Szczura i wszystko było OK. Zmiana pojemnika na mniejszy też nie pomaga, próbowałam. Myślałam, że może jest chory i nie przeżyje, ale on przeżył cały tydzień. Daję mu normalnie jeść. Dziwna sprawa.

19.02
Dzisiaj był cudowny dzień... wyjątkowy. Po porannej bitwie ze stawami wszystko już było fajne. Byliśmy ze Szczurem w Muzeum Ognia w Żorach, bardzo klimatyczne miejsce - mam zdjęcia, chyba napiszę posta któregoś dnia. Bawiliśmy się silnikami, lustrem, pryzmatem i innymi fajnymi eksponatami, krzesaliśmy ogień na niby, czytaliśmy o historii ognia w życiu człowieka i rozwoju pożarnictwa, głaskaliśmy ściany i słuchaliśmy pomruków jaskiniowców. Zjedliśmy w fajnej, cichej (!) restauracji, bez przebodźcowania.
Pierwsza od MIESIĘCY niedziela bez lęków, bez problemów żołądkowych i bez niechęci do wszystkiego.
A pogoda... Gdy jechałam samochodem, zrobiło się tak ślicznie! O siedemnastej było jeszcze całkowicie jasno. Coraz bliżej do wiosny!

20.02
Może zabawna jestem, ale dzisiaj po przebudzeniu pomyślałam sobie, że nie mogę się już doczekać krokusów, owadów i pierwszej wiosennej burzy.

21.02
Mam dość ludzi na dziś, zwłaszcza dorosłych. Z nikim nie chcę dziś rozmawiać. No, może ze Szczurem za pięć godzin. Nie mam nawet siły odpisać koleżance. Idę poleżeć.

Jakby nie dość było tego paskudnego dnia, chyba znowu triopsy żyły i wymarły. Od niedzieli zaczęłam ustawiać grzejniczek przy ich akwarium, niestety to też trudne - bez grzejniczka jest stała temperatura 24 stopnie, a z grzejniczkiem bardzo szybko rośnie. Do dziś się udawało, widziałam wczoraj "skaczące kropeczki", dziś też jeszcze były, a potem za mocno tempetatura skoczyła (do 28 czy 29), odłączyłam grzejnik i spadła znowu do 25, ale od paru godzin nie widziałam tam ruchu przypominającego żywe stworzenie. Nie nadaję się do tego. Nie da się utrzymać stałej temperatury pomiędzy 25 a 27 w moim domu.

22.02
A jednak coś tam żyje, w tym akwarium. Zanotowałam ruch na dnie.

Jej, jak bardzo podoba mi się ta piosenka! Nie wiem, czemu, ale chce mi się płakać przy niej i kiwać się, i mam ochotę słuchać jej w kółko.
Od zawsze kocham hiszpański. Ale nie zastanawiałam się nigdy nad tym, że portugalski TEŻ brzmi tak pięknie!  

23.02
Przynajmniej jeden maluteńki triops żyje w tym akwarium. Pilnuję go jak mogę, choć nie mam zbyt dużych nadziei.

Komunikacja z NT-kiem (prawdopodobnie NT-kiem) - odcinek X:
Nie umiem się dogadać ze znajomą z netu, która chce, bym przeczytała jej książkę o związkach z osobami z ZA i napisała opinię. Ona nie chce mnie podpisać jako Rosomaka, ja nie chcę pisać pod imieniem i nazwiskiem. Pod imieniem i nazwiskiem to mogą pisać o ZA ci, których karierze zawodowej to nie zaszkodzi, albo ci, którzy mają na koncie jakieś znaczące osiągnięcia w życiu i mogą napisać jako specjalista od czegoś. A ja co mam napisać? Zawodowo nic jeszcze nie osiągnęłam, staż pracy mam króciutki, a nie chcę się ujawniać z blogami publicznie. Jako kto mam się podpisać? No i jest jakaś bariera komunikacyjna, nie umiem wytłumaczyć, mimo że tłumaczę. Piszę po polsku, a rozmówca jest zamknięty na moją perspektywę. W takich momentach chciałabym, żeby ktoś to zrobił za mnie, znaczy porozmawiał, bo ja naprawdę nie wiem, jak się dogadać. Mam ochotę zdezerterować i przestać się odzywać.

24.02
Dzisiaj, gdy się obudziłam, nad ścianą lasu za oknem zobaczyłam piękne chmury i jakieś duże ptaszyska. Jakby nie te ogołocone z liści drzewa, byłoby całkiem ładnie. Niestety, później zachmurzyło się.

25.02
Kierunek: Pszczyna.
Jedziemy odwiedzić księżną Daisy!

26.02
Dziś odespałam. 8 godzin.
Śniła mi się lekcja matematyki w gimnazjum, z oschłą i surową nauczycielką, która chyba do śmierci będzie mi się śnić. Śniły mi się też gąsienice żywiące się kawą.

Odkryłam, że wylazła pierwsza gąsienica znamionówki starki. Czyli pierwszy Safonid.
Z jednej strony to powód do radości, bo to znaczy, że coś może być z tych jaj i że pierwszy raz cały cykl życia motyla zatoczył koło u mnie w domu. Z drugiej, to smutne - gąsieniczka zmarła z głodu i jeśli inne zaczną wyłazić teraz, spotka je to samo, bo nie ma co jeść. Ale jaj jest kilkaset i mam cichutką nadzieję, że jednak choć trochę poczeka na dobry moment... Jestem świadoma, że nigdy nie przeżywają wszystkie, może nawet znaczna większość nie przeżywa. Ale chciałabym, by choć kilku się udało.
Jutro poszukam dla jaj najzimniejszego miejsca w domu.
Była śliczna. Taka malusieńka wersja Safony, długa na kilka milimetrów. Z włoskami prawie dłuższymi niż ona sama.

27.02
Wyniosłam jaja motyla do szopy, tam powinny mieć jeszcze zimniej. Okazało się, że mała gąsieniczka żyje jeszcze. Próbuję włączyć racjonalne myślenie, że takich larw, które wyjdą z jaj za wcześnie, jest co roku mnóstwo, ale i tak mi żal, że nie mogę dać jej jeść. Na szczęście żadnej innej dziś nie znalazłam.
Do kwietnia został miesiąc. Ciekawe, co będzie dalej.

28.02
Dzisiaj miałam bardzo depresyjno-lękowy poranek. Po przebudzeniu czułam się bardzo dobrze, ale potem zobaczyliśmy z ojcem z samochodu rozjechanego kota na drodze (w stanie absolutnie już nie do odratowania) i od tego momentu nastąpił regres samopoczucia. Brzuch mnie bolał, serce waliło i czułam, że najchętniej nie szłabym dziś do pracy i uciekłabym gdzieś daleko. Wiedziałam, że się bardzo boję, mimo że obiektywnie nic się nie dzieje. Ojciec też się zdenerwował tym kotem, poznałam to po głosie (zawołał: "K***, ale go rozjechali"); on też nie znosi takich sytuacji, gdy pies czy kot giną.
Stan lękowy trwał około dwóch i pół godziny, ale wydawało mi się, że ten czas wlecze się w nieskończoność, każda minuta.
Około jedenastej dopiero zaczęło mi się poprawiać, około dwunastej było już całkiem dobrze. Teraz czuję, że dzień jest fajny: w pracy było OK, słońce świeci i jest cieplutko, przyjechała kuzynka, a kurtkę zimową zamieniłam na wiosenną. Cieszę się, że mój własny kot tupie jak słoń w przedpokoju.

3.03
WEEKEND!!!
I to pierwszy od dłuższego czasu weekend z piękną pogodą!
No dobra... tak naprawdę to trzeba jeszcze sporo zrobić. Ale już jutro wrócę do zamku w Mosznej w doborowym towarzystwie:
- mojego jedynego w swoim rodzaju Szczura,
- mojego Przyjaciela, o którym Szczur mówi, że ZA to on nie ma, ale zdecydowanie nie jest normalny, tylko niezdiagnozowany,
- dziewczyny mojego Przyjaciela, która jest Azjatką.
Jedziemy na wieczór strachów!
Osobiście trochę się boję... 
...że wszystkie strachy się nas przestraszą.

Wstawiłam na bloga COŚ, co napisałam ponad rok temu, w ferie. Nie wiem, czy można to nazwać wierszem, a nawet, czy można nazwać to wierszydłem. Po prostu pewnego dnia coś takiego narodziło się w mojej głowie, więc to spisałam.
Albireo w Łabędziu jest moją ulubioną gwiazdą. Gołym okiem widać ją jako jedną gwiazdę, ale przez teleskop widać, że składa się tak naprawdę z dwóch. Większa jest pomarańczowa i chłodna, mniejsza - niebieska i gorąca. Istnieje możliwość, że te dwie gwiazdy łączy grawitacja, jednak nie jest to pewne - podobno mają inne tory, inne prędkości i oddalają się od siebie.
Albireo jest dla mnie jedną z piękniejszych rzeczy na niebie i zarazem jedną z piękniejszych, jakie widziałam kiedykolwiek. Kiedy na nią patrzyłam, czułam, że chce mi się żyć. Z drugiej strony, zawsze przypominała mi mnie i Świetlika.

4.03
Wróciliśmy z wieczoru strachów. Nie było aż tak strasznie, jak się spodziewałam, bardziej śmiesznie - choć był taki moment, gdy mocno waliło mi serce. Kurczowo trzymałam Szczura za łapę i obmacywałam ściany, by czuć się pewniej. Fajnie zorganizowane. Szkoda tylko, że nasza grupa tak strasznie gnała do przodu i miałam problem z nadążeniem, zamiast w spokojnym tempie móc porozglądać się uważnie po nieznanych mi częściach zamku. Byliśmy na strychu, w piwnicach, w części, gdzie znajdowało się kiedyś Centrum Terapii Nerwic.
Dziewczyna Budzika powiedziała, że bardziej jej się podobało niż w azjatyckich domach strachów, gdzie też wyskakują duchy i strachy, ale nie ma po drodze zagadek.
Ja pierwszy raz brałam udział w czymś takim.
Zamkowe korytarze nocą, w blasku świec, robią wrażenie, podobnie zresztą jak zamek nocą z zewnątrz.
Przez cały czas nie mogłam się pozbyć myśli, że Katja byłaby genialna w roli animatora podczas nocy strachów. Animatorzy specjalnie zniżali głosy i wydawali z siebie straszne tony, ale czułam, że to nie jest autentyczne. Katja ze swoim głosem byłaby w tym niesamowita, a jakby zaczęła do tego gadać takie rzeczy jak w trailerze ostatnio, ludzie by się chyba posikali.

6.03
Yuri!!! on Ice - Theme of King J.J.

Metro - Szyba
Podesłała mi przyjaciółka. Przepiękne...
Często czuję podobnie. Bez złych skojarzeń z szybą, drodzy znajomi - też nie lubię tych porównań i zdjęć dzieci za szklaną szybą na okładkach książek. Ale ten tekst jest mi tak bliski, że aż chce mi się płakać.
 
7.03
Czy tylko ja uważam, że pokazywanie na fejsie wykonanych testów ciążowych jest fuj?
No kurczę, przecież trzeba użyć swojego moczu, żeby taki test zrobić. To dlaczego pokazywanie go potem publicznie jest akceptowane społecznie, skoro nikt nie pokazuje zużytych podpasek czy prezerwatyw? Jak zwykle totalny brak logiki w zachowaniu ludzi.

10.03
Wczoraj znalazłam kolejną małą gąsieniczkę w pojemniku z jajami Safony, już nie żyła. Te maluchy są przesłodkie i takie podobne do swojej mamy. Bardzo bym chciała, by większość poczekała do kwietnia czy maja.

11.03
Przeglądałam swoją biblioteczkę w poszukiwaniu czegoś, co można by oddać na aukcję, jednocześnie odciążając uginające się półki. No i się zaczęło... Ta książka to moja ulubiona, tamta też, tej nie pozbędę się, bo mi przypomina wakacje w Ustroniu trzynaście lat temu, tamta jest do kitu, ale kumpel kupił ją dla mnie za pieniądze ze swojej pierwszej w życiu wypłaty... Jak tak dalej pójdzie, to ciężko będzie.
Tacie powiedziałam już ze dwa tygodnie temu, by coś wyłuskał u siebie, ale najwyraźniej idzie mu tak samo.

Byłam dziś z mamą w operze. Uwielbiam operę. Jak zwykle, gdy stamtąd wracam, czuję się pełna pozytywnych emocji, choć jednocześnie dość mocno przebodźcowana. Ale przebodźcowanie minie, a miłe wspomnienia ze mną zostaną.
W międzyczasie Szczur został w rosomaczym domu i wypoczywał po wczorajszej konferencji, która go wyczerpała psychicznie. Został też ojciec, który w ogóle, odkąd pamiętam, nie chadza do kin, oper, teatrów i innych przybytków pełnych ludzi. I mieli spokój od mojego paplania.

12.03
Jedyna terapia, która na mnie działa i w którą wierzę bardziej niż w Boga Motyli, to szczuroterapia.

13.03
Znowu na fejsie wyświetlają mi się reklamy jakichś badań poziomu metali ciężkich u dzieci z autyzmem.  

Dzisiaj zrobiłam masę solną. Nigdy wcześniej jej nie robiłam. Ciekawe, co z tego wyjdzie.

15.03
Wyjątkowo ciężki dzień w pracy. Do teraz nie umiem się wyciszyć ani uspokoić pulsu. Nie mogę się doczekać, aż się położę po ciemku, przywalę kocem i zatkam uszy.

Dzisiaj usłyszałam o niebieskim wielorybie. Zastanawia mnie, jak to jest być do tego stopnia podatnym na sugestie innych osób, by robić takie rzeczy. Zawsze byłam niemal całkowicie nieczuła na wszelką presję rówieśniczą, począwszy od tego, co było "trzeba nosić", przez to, jaka muzyka była modna, a skończywszy na używkach. Rówieśnicy śmiali się ze mnie, dokuczali mi, mimo to nigdy nie zmieniłam się. Po prostu wracałam do domu, gdy inni byli razem po szkole, i robiłam wszystko, co kochałam: czytałam, oglądałam anime, rysowałam. Nie zależało mi na nich.
Chciałabym wiedzieć, jak to jest, w sensie: jakie uczucia i myśli towarzyszą nastolatkom, kiedy ulegają rówieśniczym modom, nawet nie niebezpiecznym, tylko przeciętnym. Bo ja nie wiem. Rozumiem to zjawisko intelektualnie, ale nigdy nie poczułam tak mocnej potrzeby bycia takim jak inni czy przynależności do grupy, by to rozumieć na płaszczyźnie emocji.
[Aktualizacja: Szczur powiedział mi, że niebieski wieloryb to fejk. Ale moje ww. przemyślenia i tak są aktualne.]


16.03
Jutro do dentysty... Cholera. Nienawidzę tego. 


Wchodzę dzisiaj do łazienki, a tam w wannie... bukszpan i tuja.
Dialog z mamą:
- Gdzie one będą?
- Nie wiem.
No ładnie... w ogrodzie mamy prawie pięćdziesiąt drzew i krzewów, a ona nie wie.

Jest!
JEST!
JEST!!!
Pierwszy kwiatek tej wiosny, a właściwie dwa. Niestety, lepszego zdjęcia zrobić nie umiem.


17.03
Miałam kanałowe, ale udało się dzisiaj je zakończyć. Następnym razem już tylko powinny być plomby. Przed wakacjami chciałabym zakończyć leczenie stomatologiczne na jakiś czas.
Nie bolało, tylko posmak był ohydny i dwa razy myślałam, że się porzygam. Na szczęście byłam na leku przeciwlękowym i zniosłam wszystko bez większych emocji.
A po powrocie, gdy się położyłam twarzą do ściany, psica przyszła i położyła na mnie łebek. Następnie zaczęła mi wpychać nos pod pachę. Skończyło się na tuleniu. Skąd ona wie, kiedy ja potrzebuję przytulenia?

18.03
Ciężki tydzień minął i znowu mamy weekend! Obejrzałam już do końca anime, zeskanowałam i sklasyfikowałam nowe pocztówki, odwiedziłam antykwariat, a dzisiaj przyjeżdża Szczur! Wprawdzie tym razem tylko na jedną dobę, a pogoda jest naprawdę paskudna, ale na pewno wymyślimy coś fajnego.
Z całego serca cieszę się, że nie muszę dzisiaj iść do pracy.

19.03
Ciąg dalszy o psiej empatii:
Szczur miał dzisiaj bardzo lękowy poranek. Po podróży zostawiłam go na jakiś czas samego, żeby odpoczął. Kiedy niedługo później weszłam do pokoju, zastałam piesę grzejącą go.

Mam szklankę z zielonym chrobotkiem, którego dostałam razem z wisiorkiem kupionym od hodowli motyli. Chciałabym mieć wisiorek z mchem, ale nie chce mi się wydawać na niego stu złotych, wolałabym sama zrobić, ale nie wiem, jak.
Bardzo mi się podoba biżuteria z organicznymi elementami. W zasadzie to jedyna, jaką "czuję" emocjonalnie i naprawdę bardzo lubię nosić. Kupiłam już dwa wisiorki w tym roku: jeden z kwiatkiem, drugi ze skrzydłem motyla (motyl zmarł śmiercią naturalną, w hodowli, z której kupiłam larwy pokrzywnika). Chciałabym umieć sama robić sobie wisiorki z zatopionymi w żywicy mchem, kwiatami itp., ale nie robiłam nigdy nic z żywicą. Nawet nie wiem, skąd wziąć formę, żeby odlać takie małe wisiorki.
Zresztą, porusza mnie też emocjonalnie idea robienia biżuterii z DNA. Wiem, że jest to kontrowersyjny temat. Wielu osobom źle się kojarzy robienie diamentu z włosa, zwłaszcza w Polsce - mianowicie, robienie z włosa czegokolwiek innego niż peruki kojarzy się ludziom z Holokaustem, pomimo że pukle włosów ukochanej osoby zamykano w biżuterii i noszono przy sobie już przed wiekami. W dodatku jest to bardzo drogie. Ale gdybym mogła, to chciałabym mieć przy sobie taką cząsteczkę ukochanej osoby i dać najbliższej osobie taką cząsteczkę siebie. Przecież w ciągu swojego życia gubimy tyle włosów, że oddanie pukla na diament niczego nas nie pozbawia. Może jestem dziwna, ale takie mam uczucia i trudno.

19.03
W ten weekend spędziłam ze Szczurem tylko jeden dzień, wczoraj. Szczur nie czuje się dobrze w ostatnich dniach, jest bardzo lękowy i łatwo się rozkleja, ja z kolei nie najlepiej się czuję fizycznie. Mimo tego wszystkiego i mimo deszczowej pogody wczorajszy dzień był udany. 
Zabrałam Szczura do jednego z moich ulubionych miejsc w mieście, w którym studiowałam, a mianowicie do wegetariańskiej restauracji, gdzie sama też odważyłam się zjeść pizzę o zupełnie innym smaku niż zazwyczaj. Później pojechaliśmy do kolejnego z moich ulubionych miejsc - studyjnego kina, gdzie można obejrzeć ciekawe filmy w spokoju, w niewielkim gronie osób, które zachowują się kulturalnie, a do tego nie jest się tak atakowanym przez bodźce jak we wszystkich sieciówkach w wielkich galeriach handlowych. Obejrzeliśmy "Captain Fantastic". Film bardzo nam się podobał, trochę płakaliśmy, a w drodze powrotnej wymienialiśmy wrażenia i przemyślenia. Uważam, że wszyscy nasi znajomi zainteresowani survivalem i lubiący samotność powinni go obejrzeć, na czele z Marek - polecamy. Wieczorem z kolei zaczęliśmy trudny proces selekcji zdjęć do wywołania, ponieważ chcę zrobić album upamiętniający nasze dotychczasowe wycieczki. Będzie to trudniejsze niż myślałam, bo zdjęć zrobiliśmy mnóstwo i choć nie są to arcydzieła fotografii, przywołują wspomnienia.
Był to też bardzo ważny dla mnie dzień, gdy wyjątkowo silnie czułam więź pomiędzy nami. Nie będę o tym pisać dokładniej, zostawię okoliczności dla siebie, ale datę muszę odnotować, bo tak działa moja pamięć, a chcę pamiętać.

Po wyjeździe Szczura zaczęłam, niestety, czuć się lękowo i mieć problemy z zabraniem się za coś konstruktywnego. Jest to dla mnie typowe w niedziele; od dziecka nie znoszę niedziel, ze względu na uporczywe myśli o wszystkim, co mnie czeka w kolejnym tygodniu. Poszłam jednak do ogrodu szukać śladów wiosny i znalazłam ich więcej niż jeszcze przed weekendem, być może to kwestia wczorajszych opadów. Moje zdjęcia nie są udane, ale widok kwiatów trochę podniósł mnie na duchu.

20.03
Znowu do mnie wydzwaniają telemarketerzy. Ci ludzie mogliby się w końcu nauczyć, że jak ktoś nie odbiera przez dwa tygodnie, to należy skontaktować się pisemnie bądź odczepić się.

23.03
Po dziesięciu minutach kontemplowania mojej małej biblioteczki stwierdziłam, że nie mam co zabrać w podróż pociągiem. Ostatnio znowu źle mi się czyta powieści, prawie wszystkie mnie dołują i nie potrafię ich dokończyć, a te książki, które dobrze mi się czyta ("Bystre zwierzę", biografia księżnej Daisy itd.), z reguły są grubymi tomiszczami, których nie będę zabierać do plecaka. Moi powieściowi ulubieńcy też są za grubi. W efekcie nie mam co zabrać. Chyba że wezmę jakiś klasyk dzieciństwa w rodzaju L. M. Montgomery - tę zawsze mi się dobrze czyta, nie wiem, dlaczego.
Powinnam mieć czytnik do zabierania w podróż, ale zawsze są ważniejsze wydatki...

24.03
Dzisiaj jadę do Szczura!

Kontekst wprawdzie jest niezbyt wesoły, a jest nim kryzys psychiczny u Szczura, ale zważywszy, że podobno już lepiej się czuje, mam chyba prawo się cieszyć z wizyty w Szczurzej Norce. Bardzo się za nią stęskniłam, zwłaszcza za spokojem i samotnością we dwoje.

Dzisiaj jestem też szczęśliwa, bo szef bardzo mnie pochwalił i powiedział, że zamierza zmienić mi umowę na stałą. To przefajne uczucie, zwłaszcza że w poprzedniej pracy spotykały mnie głównie nieprzyjemności, a w tej szczerze chciałabym zabawić dłużej.

25.03
- Pizza w Versilii jest jednym z powodów, dla których lubię jeździć do Warszawy.
- Dobrze, że nie jedynym.
- Nie, ale można powiedzieć, że drugim.
- A co jest pierwszym, bułki ze sklepiku na dole?
- Nie, Szczur.
Cieszę się, że przyjechałam. Pobyt w Norce zrelaksował mnie. Nasłuchałam się trochę o Warhammerze, zobaczyłam znowu Safonidy, zjadłam pizzę w ulubionej restauracji, bułki ze sklepiku na dole też zjadłam. Nie było żadnych zbędnych kontaktów z ludźmi ani zrzędzenia członków rodziny. Obejrzeliśmy "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć", film z uniwersum HP. Bardzo fajnie wyglądał Nowy Jork z lat dwudziestych XX wieku, choć fabuła mogłaby jednak być bardziej nieprzewidywalna, a postaci mniej czarno-białe. Widok magicznych stworzeń jak zawsze wywoływał u nas radochę.

Nie chce mi się wracać, ale na samą myśl o jutrzejszej zmianie czasu mam banan na twarzy. Nareszcie. Nareszcie coś mi się będzie chciało.
 
U Szczura wylazło siedem gąsieniczek (chyba że było ich więcej i jakieś zwiały). Takie były maleńkie.


O dziwo, wszystkie wylazły z grupki jaj przechowywanej u Szczura, a na wsi u jego rodziców ani jedna. Trzeba szybko ewakuować resztę jaj do mnie, bo tu widocznie im za ciepło i/lub za jasno.
Czekamy na liście...

26.03
- Opowiadałem ci już o tym, jak mój kumpel przebrał się za Kapitana Fetysza?
- Tak. I raz wystarczy.
- Ale to jest śmieszne.
- Za samo poczucie humoru to bym cię nie pokochała. Dobrze, że są do niego inne, bardzo wartościowe dodatki.
- Wstaw to na fejsbuka.

27.03
Rozmowa z mamą:
Ja: To jak, zamawiamy te ciuchy z Cellbesa?
Mama: Jeszcze nie wybrałam.
Ja: A do kiedy jest ta promocja?
Mama, patrząc na okładkę katalogu: Trzydziesty trzeci.
Ja: Przecież nie ma takiego dnia!
Mama patrzy na mnie zdziwiona, ja czuję narastającą irytację.
Ja: Marzec ma trzydzieści jeden.
Dopiero po chwili sobie zdałam sprawę, że chodziło o to, że dzień trzydziesty, miesiąc trzeci. Jak mi się nie powie właściwie ("do trzydziestego marca"), to trudno mi się połapać, o co chodzi.

29.03
Jak ptaki pięknie śpiewają o 5:30... 

Czerwone Gitary - Deszcz jesienny
Nie wiem, dlaczego, ale uwielbiam słuchać z tatą w samochodzie Czerwonych Gitar. 





sobota, 6 maja 2017

[35] Upiory


Kiedy rozum nie śpi,
choć powinien,
budzą się upiory.

Ćśś-

Ten cień, który widzisz kątem oka,
gdy zasypiasz,
to jeden z nich.

Tak bardzo rano mi wstyd
za mokrą plamę w nogach łóżka,
gdzie kładą wilgotne nosy.

Boją się huku wystrzałów
po drugiej stronie kuli ziemskiej.
Podkulają ogony.

Nie wierzą w tęczowe mosty,
bo ludzie zwykli palić
mosty za sobą,
a czasem palą też tęcze.

Ćśś-

Tylko je
pogłaszcz. Nadaj imiona.

Teraz są
też Twoje.

środa, 12 kwietnia 2017

[34] O przebodźcowaniu, o meltdownie i o tym, jak nie organizować szkoleń


W ubiegłym tygodniu byłam na dwudniowym szkoleniu. Szkolenie miało charakter praktyczny, jego celem było zdobycie konkretnych umiejętności, a zapisałam się na nie z własnej inicjatywy, ponieważ uznałam, że potrzebuję tych umiejętności w pracy. Nikt mi nie kazał, nikt mnie nie zmuszał. Zresztą, już od paru lat o tym myślałam, ale zawsze a to przegapiłam rejestrację, a to nie było dogodnych dla mnie terminów w okolicy. Byłam więc bardzo podekscytowana, kiedy pakowałam plecak na wyjazd, pomimo zmęczenia po trudnym dniu w pracy. Niestety, kilka godzin później wróciłam do domu z bardzo silnym meltdownem, najsilniejszym od dłuższego czasu, a następnego dnia też otarłam się o meltdown. Jak to się stało?

Otóż szkolenie okazało się ciekawe i merytorycznie bogate, ale zorganizowane w stu procentach z myślą o osobach neurotypowych, o ich potrzebach i preferowanym przez nich sposobie nauki. Uczestników szkolenia było bardzo dużo, co najmniej kilkudziesięciu, jeśli nie stu. Nauka umiejętności praktycznych odbywała się w tłoku i hałasie, w formie krótkich sesji, podczas których wszyscy naraz mówili. Początkowo nie zmartwiło mnie to, bo sesje praktyczne miały być przeplatane teoretycznymi, w których upatrywałam okazji do regeneracji. Niestety, myliłam się. Ograniczono do minimum metody podające i nawet sesje teoretyczne wymagały interakcji z innymi ludźmi. Było bardzo dużo pracy w grupach, w dodatku za każdym razem o innej liczebności, co uniemożliwiało, dające mi po pewnym czasie jako takie poczucie bezpieczeństwa, "przywiązanie się" do jednej czy dwóch osób siedzących najbliżej. Rzecz jasna, gdy kilkadziesiąt czy sto osób rozmawiało, generowało to ten szczególny rodzaj hałasu, który jest dla mnie chyba najbardziej koszmarnym dźwiękiem na świecie, gorszym nawet niż odgłosy rezonansu magnetycznego. Wiem, że są ludzie, którzy przy tego typu dźwiękach uspokajają się i zasypiają, dlatego właśnie można znaleźć je na YouTube. Dla mnie jest to koszmar, który kilkakrotnie przyspiesza tempo męczenia się i prowadzi do szybkiego przebodźcowania.

Warunki panujące w sali i ogólnie w budynku także były dla mnie niekomfortowe. Szkolenie zorganizowano w klimatyzowanej sali pozbawionej okien, a więc zgodnie z trendem, który ostatnio spotykam coraz częściej i który mnie bardzo niepokoi. W tego typu salach czuję się bardzo źle. Przede wszystkim, nienawidzę sztucznej wentylacji jako takiej, zwłaszcza gdy przez cały czas wieje mi na głowę. W moim przypadku jest to jeden z najskuteczniejszych katalizatorów lęku - momentalnie zaczynam wpadać w stan lękowy, ponieważ boję się zapalenia zatok, do którego mam skłonności i które łatwo łapię poprzez kontakt ze sztuczną wentylacją. Pół biedy, jeśli system wentylacji jest tak zaprojektowany, że osoba użytkująca dane pomieszczenie może z łatwością znaleźć w nim miejsce, gdzie nie będzie bezpośrednio odczuwać, jak powietrze wydostaje się z nawiewu. Coraz więcej jest jednak sal, gdzie po prostu nie da się znaleźć takiego miejsca. Przykładem są lokale należące do jednej z najpopularniejszych w naszym kraju sieci pizzerii - nie ma gdzie usiąść, by nie wiało na głowę. O ile jednak w przypadku pizzerii mogę po prostu zmienić lokal, nie mam takiej możliwości, gdy jestem na szkoleniu i zależy mi na jego ukończeniu. Po drugie, sztuczne światło i brak okien w pomieszczeniu także należą do czynników wywołujących u mnie silny dyskomfort. Potrzebuję słońca tak, jak jedzenia czy picia. Sztuczne oświetlenie szybko męczy moje oczy, zwłaszcza jesienią i zimą, kiedy jest go wszędzie pełno i przez większość dnia nie da się od niego uwolnić. Nie mam klaustrofobii, ale potrzebuję okien w pomieszczeniach, by mieć gdzie skierować wzrok, umęczony przez sztuczne oświetlenie - daje mi to przynajmniej chwilową ulgę. Poza tym, widok roślin lub przynajmniej nieba za oknem dodatkowo uspokaja mnie, często w stopniu wystarczającym, by na jakiś czas zebrać się do kupy. Spojrzenia w okno nie rozpraszają mnie, przeciwnie - pomagają lepiej się skoncentrować. Szczerze mówiąc, nie wiem, kto wymyślił, że w klimatyzowanych salach pozbawionych okien ludziom będzie uczyć się lepiej. Dla mnie to jeden wielki sensoryczny koszmar.

Bardzo, bardzo starałam się jakoś trzymać. Zarządzane od czasu do czasu 10-minutowe przerwy były jednak za krótkie, by się zregenerować, zwłaszcza że nie miałam gdzie pójść, aby wyeliminować dokuczliwe bodźce. Czasu było za mało, by opuścić budynek, a korytarz z obu stron prowadził donikąd. Chodziłam po nim tam i z powrotem, starając się znaleźć miejsce, w którym szum dobiegający z sali (większość ludzi zostawała w sali na przerwach) będzie najmniej słyszalny. Szum jednak nie znikał. Po jednej stronie korytarza, we wnęce, znalazłam mały, ciemny kawałek przestrzeni, wymarzony do odpoczynku. Nie było tam jednak ławek, jedyna na korytarzu sofa znajdowała się kilka metrów od tłocznej i hałaśliwej sali. Bardzo pragnęłam schować się w tej wnęce i usiąść w pozycji, która od dziecka pomaga mi na przebodźcowanie: z kolanami pod brodą i plecami mocno przyciśniętymi do chłodnej ściany. Bałam się jednak, że jeśli to zrobię, któraś z osób spacerujących z telefonami komórkowymi zwróci na mnie uwagę, podejdzie i zacznie się wypytywanie, czy dobrze się czuję, i tym podobne hece. (Już kilka razy w życiu mi się to zdarzyło; utrudnia to sytuację, a nie pomaga). Czułam się jak zwierzę w klatce. 

I pomyśleć, że szkolenie zostało zorganizowane w budynku wchodzącym w skład nowoczesnego kompleksu, zaprojektowanego specjalnie do takich celów. Bezsensowna ta współczesna architektura wnętrz. Całkowicie dyskryminowani są ludzie, którzy mają inne potrzeby sensoryczne niż większość: potrzebę znalezienia ustronnego miejsca, percepcję temperatury inną niż dominująca i tak dalej. 

Z każdą godziną coraz bardziej traciłam koncentrację, aż w końcu uświadomiłam sobie, że moją głowę ogarnia szum, zaczynam się wyłączać. Ostatnia godzina szkolenia to już była równia pochyła. Po normalnym dniu pracy nie jestem w stanie bez uprzedniego odizolowania się na jakiś czas (czytaj: leżenia pod kołdrą w zaciemnionym pokoju, z zatyczkami do uszu) przebywać znowu z innymi ludźmi w sposób wymagający interakcji, a co dopiero poza domem i w tak dużej grupie. Generalnie uwielbiam się uczyć, ale nauka czegoś praktycznego, wymagającego uruchomienia pamięci proceduralnej, oznacza dla mnie konieczność nieustannej koncentracji uwagi i jest dla mnie bardzo trudna w takich warunkach jak opisywane, właściwie niemożliwa. Uczę się z największą łatwością, zapamiętując dane wzrokowo, a jeżeli coś wymaga uruchomienia pamięci proceduralnej, potrzebne mi cisza i spokój, by w maksymalnym stopniu skupić się. Innymi słowy: potrzebuję być wtedy SAMA, ewentualnie sam na sam z osobą, która pokazuje mi coś lub tłumaczy, lub w spokojnym otoczeniu. Na szkoleniu widziałam, że neurotypowi mają dokładnie odwrotnie - w chwilach, gdy ja czułam się najgorzej, inni ludzi ożywiali się i najbardziej aktywnie pracowali, a wtedy, gdy zaczynałam na krótki czas czuć się lepiej (np. podczas prezentacji multimedialnej), oni stawali się coraz bardziej znudzeni i tracili koncentrację. Przede wszystkim zaś NIE POTRAFIĘ UCZYĆ SIĘ W GRUPIE! Jednoczesna koncentracja na przedmiocie nauki i na interakcjach z innymi zabiera cały RAM mojego mózgu, a nawet więcej. Szybko tego RAM-u zaczyna mi brakować, więc nie zostaje już nic na mechanizmy obronne, chroniące przed nadmiarem bodźców. NIC! Nie potrafię myśleć logicznie, co zrobić, by bronić się przed uciążliwymi bodźcami takimi jak sztuczne światło, zimno, hałas, nie potrafię szukać rozwiązań. Całą siłą woli walczę, żeby zachować samokontrolę, żeby nie wybuchnąć ani nie rozpłakać się przy ludziach.

Ledwie wyszłam, "puściło" wszystko i wydarzyło się to, co przez parę godzin starałam się odroczyć, czyli meltdown-gigant. Czułam się ekstremalnie źle, nie byłam już w stanie wytrzymać dłużej. W samochodzie ojca rozkleiłam się, łzy płynęły mi po gębie. Czułam, że mam w głowie tylko czerń i obezwładniający szum, który boli, i coraz bardziej się zapadam w tę czerń i ten szum, i tracę połączenie z ciałem. Jak na złość rodzice musieli przez całą drogę paplać, po każdym dźwięku miałam ochotę zacząć krzyczeć lub czymś rzucić, dosłownie czułam, jak głosy i światła rozdrapują ten szum w mojej głowie, i tak co chwilę; całe szczęście nikt mnie nie dotykał, bo bym go uderzyła. Tata o coś mnie pytał, ja nie wiedziałam, o co, odmrukiwałam "mhm". Od dawna tak źle się nie czułam, normalnie nie dopuszczam do takich sytuacji, żeby na koniec dnia nie zostało mi w ogóle RAM-u. Kiedy wylazłam wreszcie z tego auta na chłód, deszcz i spokój, nie czułam swoich ruchów, choć je widziałam. Nie czułam, że podnoszę nogę, że ją stawiam. Jakimś dziwnym krokiem wgramoliłam do domu i przycisnęłam się do ściany. 

Wiem, że ludzie czasem szukają informacji o tym, co to jest meltdown, że niektórzy chcą wiedzieć, jak się wtedy człowiek czuje. Ja nie wiem, jak czują się wtedy inni - może podobnie do mnie, a może inaczej. W akapicie wyżej opisałam, jak czuję się ja, przy czym jest to wydanie ekstremalne. Normalnie albo nie dopuszczam do tak trudnych sytuacji społecznych, gdy jestem po pracy, albo na możliwie najwcześniejszym etapie reaguję i przerywam taki stan na początku. Tak w ogóle, pierwszy raz opisywałam ten stan. Trudno mi było to opisać słowami, bo w takim momencie słowa przestają być dostępne. Najłatwiej chyba jest mi opisać meltdown jako stopniowe zapadanie się do wewnątrz i znikanie na zewnątrz. 

Tamtego dnia byłam bardzo wdzięczna, że mam takich, a nie innych rodziców... że tata mimo stresu (stimował przez całą drogę do miasta, w którym szkolenie się odbywało) podwiózł mnie, że zaczekali na mnie. Nie dałabym rady w takim stanie samodzielnie się przemieszczać.

Drugiego dnia szkolenia obudziłam się ze świadomością, że tym razem będzie jeszcze trudniej, bo muszę wytrzymać dłużej. Prawie dwa razy dłużej niż poprzedniego dnia. Postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby w maksymalnym możliwym stopniu ograniczyć skutki dyskomfortu i uniknąć drugiego meltdownu. Zaczęłam od zmiany stroju - zamiast ładnego żakietu i czarnych spodni, które miałam na sobie poprzedniego dnia, ubrałam dżinsy i luźny, ciepły sweter. Było mi nieco wygodniej i cieplej, ale mimo to po dwóch godzinach czułam już wyraźny spadek koncentracji i lęk z powodu nawiewu. Tym razem przyjęłam jednak inną strategię. Powiedziałam sobie, że lepiej złamać kilka konwenansów niż doprowadzić się do meltdownu. Zaraz na pierwszej przerwie kilka razy obeszłam całą salę dookoła, uważnie oglądając sufit, po czym zmieniłam miejsce. Dostawiłam krzesło i usiadłam na lewym krańcu tłumu, gdzie filar stał na drodze nawiewom, a do tego wrażenie przebywania w tłumie przynajmniej wizualnie było mniejsze. Ubrałam prawie wszystkie ciuchy, jakie miałam, włącznie z kurtką i szalem. Musiałam wyglądać nie lada dziwnie, zwłaszcza że niektórzy siedzieli w T-shirtach (nawet pod nawiewem! Nie potrafię sobie wyobrazić, że innym naprawdę jest tak gorąco), ale postanowiłam to olać. Postanowiłam jeść i pić na każdej przerwie, żeby podnieść koncentrację. W tym celu zrobiłam sobie też Jedyne Słuszne Cappuccino, czyli mój ulubiony napój kawowy z torebki, którą zawsze noszę przy sobie. Jedyne Słuszne Cappuccino pomaga mi w opóźnianiu przebodźcowania i odraczaniu meltdownów ("normalnej" kawy nie umiem pić, jest dla mnie za mocna). A na kolejnej, króciutkiej przerwie poszłam do wnęki, którą sobie upatrzyłam dzień wcześniej, i usiadłam w niej tak, jak chciałam, nie zwracając uwagi na ludzi. Tym samym już całkowicie wypięłam się na konwenanse. I wiecie co? I to wszystko pomogło. Po czterech godzinach byłam znacznie osłabiona, ale kontaktowałam.

W połowie drugiego dnia szkolenia zarządzono dłuższą przerwę, mniej więcej 40-minutową. Z tej przerwy wycisnęłam wszelkie soki regenerujące. Wylazłam na zewnątrz i okrążyłam budynek. Gdy znalazłam się na tyłach budynku, usłyszałam śpiew ptaków - był słabo słyszalny, ale wyodrębniłam ten dźwięk z hałasu maszyn i poszłam za nim. Szłam przed siebie, mijając kosze na śmieci i inne dziwy, aż znalazłam się w okolicy torów. Rosły tam brzozy. Wiem, że brzozy źle się wielu osobom kojarzą, ale ja poczułam ulgę, gdy znalazłam się w pobliżu drzew. Miały już małe liście, na jednym z nich była huba, a w gałęziach innego - gniazdo. Większość przerwy spędziłam właśnie tam, łażąc tam i z powrotem, słuchając ptaków, pijąc i jedząc. W pobliżu nie było ani żywej duszy. No dobra, były jakieś kowale w trakcie kopulacji, ale to Was chyba nie interesuje. Opuściłam bariery obronne. Było to kojące miejsce. Wróciłam jak po resecie, czując się nieco lepiej niż rano. Dzięki temu udało mi się dotrwać do popołudnia i choć po szkoleniu byłam bliska meltdownu, tym razem się on nie zdarzył, a Szczur odebrał mnie w lepszym stanie niż rodzice dzień wcześniej. Tak na mnie działają ptaki, rośliny i odrobina samotności.

Jeśli jakimś zrządzeniem losu będzie mnie czytał ktoś, kto organizuje jakieś spędy (szkolenia, konferencje czy inne dziwy) dla osób NIEneurotypowych lub po prostu chciałby nie wykluczać NIEneurotypowych ze swoich eventów, zwracam się do niego: bardzo Cię proszę, weź sobie ten post do serca. Zwłaszcza trzy rzeczy:
1. Przejdź się po wybranej sali i pomyśl: czy na Twoim evencie wytrzyma ktoś, komu jest znacznie cieplej lub zimniej niż innym, kogo razi ostre światło, komu jest za głośno. Może można coś zrobić, żeby czuł się lepiej.
2. Przejrzyj program swojego wystąpienia i jeśli praca w grupach jest konieczna, niech metody podające zrównoważą te aktywizujące. Pamiętaj, że ludzkie mózgi nie są identyczne. Ludzie różnią się preferowanymi stylami uczenia się. Niektórym brak ciszy i spokoju uniemożliwia naukę.
3. Rób przerwy. Zrób choć jedną dłuższą. Niech da się wyjść na trochę, znaleźć ustronne miejsce.  
Wszyscy tyle gadacie o empatii. Zrób więc użytek ze swojej i pomyśl, czy chciałbyś się tak czuć.

Z kolei do udających się na szkolenia mam jedną radę: przejmujcie się swoim samopoczuciem, a nie tym, czy nie zrobicie z siebie dziwaków. A to dlatego, że jeśli Wy nie będziecie o sobie myśleć, marne szanse, że ktoś zrobi to za Was.