piątek, 22 czerwca 2018

[58] Autotomia


Od kilku tygodni uczę się siebie od nowa.

Dowiedziałam się, między innymi, że granica pomiędzy podekscytowaniem a lękiem jest bardzo płynna, a tęsknotę można pomylić ze złością. Że potrafię być jak pies, który stoi przy bramie i patrzy, jak bliski mu człowiek oddala się - choć nic namacalnego, realnego nie zniewala mnie, nie potrafię po prostu odwrócić się i odejść, jak gdyby jakaś niewidzialna smycz napinała się coraz bardziej, im dłużej jestem daleko od drugiej osoby. Że marzę o scenariuszach nieosiągalnych w tym życiu i w tej rzeczywistości kulturowej, a już na pewno nie na dłużej niż chwilę.

Trudno jest w tym wieku definiować na nowo swoją tożsamość, szczególnie gdy trzeba do niej dodawać coraz to kolejne aspekty sprzyjające poczuciu wyobcowania. Już trzeci raz uczę się akceptować coś, co bardzo długo próbowałam wyprzeć, przekonując siebie, że nie do końca mnie to dotyczy. Uczę się, ale wciąż nie całkiem akceptuję, ponieważ zdaję sobie sprawę, że to kolejny mur pomiędzy mną a małym światem, w którym dorastałam. Jeszcze jeden sekret do udźwignięcia, jeszcze jeden punkt na liście faktów mogących mnie skreślać w oczach innych. Niekiedy tak bardzo się boję, że z całej siły pragnę ponownie odrzucić ten aspekt mojej osoby - jak część ciała, która naraża mnie na niebezpieczeństwo - ale on regeneruje się z zawrotną prędkością.

Patrzę na ludzi w wieku zbliżonym do mojego i wydają mi się oni tak mało skomplikowani w porównaniu ze mną... Mają mniej więcej tyle samo lat co ja, ale zdają się doskonale wiedzieć, kim są i dokąd zmierzają, a już na pewno nie kwestionują swojej tożsamości płciowej czy orientacji seksualnej. Znają samych siebie od lat. Tak bardzo im tego zazdroszczę...

Z pozoru nic się nie zmieniło. Spaceruję w długie, czerwcowe wieczory sennymi uliczkami mojej małej miejscowości, gdzie każdy detal dobrze znanych kątów przywołuje wspomnienia. Mijam ostatnie drewniane domy, które wciąż jeszcze istnieją, a czasem również ludzi znanych mi, odkąd pamiętam. Czy się to komuś podoba, czy nie, tu nadal starsi ludzie dokarmiają ptaki chlebem i wypuszczają czarny dym z komina, gdy biorą wielką kąpiel w przeddzień niedzielnej mszy świętej. Tu nadal sąsiedzi częstują siebie nawzajem nie tylko weselnymi kołaczami, ale także owocami ze swoich ogrodów. Jak dwadzieścia lat temu, gdy chodzę pomiędzy łąkami, spod stóp w najbardziej nieoczekiwanych momentach uskakują żaby. I prawdopodobnie nikt by nawet nie zauważył, że od niedawna regularnie rozklejam się, kiedy słyszę bażanty.

I tylko w środku wszystko jest inaczej.




sobota, 12 maja 2018

[57] Nietypowa majówka


Tegoroczną majówkę spędziłam bardzo nietypowo - a to dlatego, że... po raz pierwszy od lat nie pojechałam nigdzie na kilka dni. Do samego końca nie byłam pewna, czy oprócz świąt narodowych będę mieć dodatkowe dni wolne od pracy, więc nie mogłam zaplanować z odpowiednim wyprzedzeniem żadnego dłuższego wyjazdu. W ostatniej chwili okazało się, że będę jednak mieć długi weekend. Co zabawne, początkowo wcale nie napawało mnie to optymizmem. Nie potrafiłam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz zdarzyło mi się w długi majowy weekend spać we własnym łóżku - możliwe, że jeszcze przed maturą. Obawiałam się nudy, nieustannych scysji z mamą i brzydkiej pogody uniemożliwiającej relaks na świeżym powietrzu.

Czy czarne scenariusze się sprawdziły? Ależ skąd! Może i nie wyjechałam na majówkę, lecz majówka przyjechała do mnie - w osobie Szczura, który wyjątkowo skorzystał z urlopu i zamieszkał u mnie aż na osiem (!) dni. A były to naprawdę piękne dni, w większości słoneczne i niezwykle ciepłe. Temperatura rzadko spadała poniżej dwudziestu stopni.

Myślę, że nikogo, kto mnie zna, nie zdziwi, że kilka razy wybraliśmy się na spacer po najbliższym lesie. Nietrudno się też domyślić, że stała za tym nie tylko chęć obcowania z przyrodą. Znaczną rolę odegrał mój bzik na punkcie poszukiwania larw motyli, które o tej porze roku zaczynają pojawiać się tu i ówdzie. Misja "znaleźć gąsienice w majówkę" zakończyła się powodzeniem: wypatrzyliśmy zarówno moje ukochane niedźwiedziówki nożówki, jak i kilka przedstawicielek innych gatunków. Całe to towarzystwo, z wyjątkiem jednej larwy żerującej na nieznanej mi roślinie, zabraliśmy ze sobą. Ponieważ zaś włóczęgi sprowadzające się tylko i wyłącznie do szukania gąsienic nudziłyby Szczura, wyznaczaliśmy sobie też inne cele. Jednego dnia postanowiliśmy zdać się na nieznaną nam wcześniej drogę, drugiego dnia dotarliśmy do znajdującego się w lesie bunkra i malutkiej plaży nad zalewem, a jeszcze innym razem szukaliśmy ukrytych w lesie ruinek i spacerowaliśmy pomiędzy polami rzepaku. Zdjęć bunkra i ruinek postanowiłam jednak nie upubliczniać, żeby przypadkiem nie zainspirować kogoś do wyrzucania w tych miejscach śmieci, których już i tak tam nie brakuje.



 



We wtorek 1 maja wstaliśmy w nastroju do wyruszenia na kilkugodzinną wycieczkę. W wyniku internetowych poszukiwań jakiegoś niezbyt odległego zamku, którego jeszcze nie zwiedzaliśmy, padło na Tenczyn. Chwilę później odkryliśmy jednak, że tamtejszy zamek aktualnie nie jest udostępniany zwiedzającym. Szczur zaproponował więc zamek Lipowiec. I ten właśnie kierunek obraliśmy.

Muszę przyznać, że wcześniej albo o zamku Lipowiec nie słyszałam, albo (wersja bardziej prawdopodobna) kilka razy ta nazwa obiła mi się o uszy, ale nie została na dłużej w mojej głowie. Teraz, po wycieczce, trudno mi zrozumieć, dlaczego zamek ten nie jest w mojej okolicy równie popularny, co Ogrodzieniec czy Bobolice - nie pojawia się regularnie na tablicach fejsbukowych znajomych ani w programach wycieczek szkolnych. Jednocześnie bardzo się cieszę, że tak właśnie jest, bo dzięki temu idealnie nadaje się na jednodniową wycieczkę w świąteczny dzień.

Podczas zwiedzania dowiedziałam się co nieco o przeszłości zamku. Najstarsze jego murowane elementy, które zachowały się do dziś - wieża, studnia i system zespołu bramnego - powstały na przełomie XIII i XIV wieku, ale już wcześniej w miejscu, gdzie stoi Lipowiec, istniał zamek drewniany. Lipowiec zasłynął przede wszystkim jako forteca zbuntowanego biskupa Jana Muskaty, który właśnie tutaj przez kilka lat stawiał opór Władysławowi Łokietkowi. (Zabawne, że parę tygodni wcześniej czytałam o tej historii w "Damach polskiego imperium", ale nazwa zamku wypadła mi z głowy!). Od XIV do XVII wieku zamek pełnił funkcję więzienia dla duchowieństwa. Karę odbywał w nim między innymi Franciszek Stankar, włoski teolog i profesor Akademii Krakowskiej, osadzony za działalność reformacyjną. Dzisiaj do celi Stankara można zajrzeć przez otwór w drzwiach. Według legendy, zakochana w nim bez wzajemności kobieta pomogła mu w ucieczce, a następnie rzuciła się z zamkowej wieży i od tamtego czasu nawiedza zamek.

Skoro już mowa o wieży... to doskonałe miejsce, aby zmierzyć się ze swoimi problemami z równowagą i czuciem głębokim. Do końca nie byłam pewna, czy zobaczę panoramę okolicy, bo wysokie, kręte schody, momentami słabo oświetlone, same w sobie stanowiły dla mnie spore wyzwanie, a kiedy już się z nimi uporałam, okazało się, że na końcu jest jeszcze drabina. Stojąc pod drabiną i patrząc w górę, stwierdziłam, że tego już za wiele i wolę spasować. Szczur poszedł więc na górę sam. Kiedy jednak odpoczywałam sobie w komnacie, pojawiła się kobieta z kilkuletnim synkiem - ona próbowała namówić go łagodnie do wejścia na górę, on bardzo się bał. Żadne argumenty nie były w stanie przekonać go do postawienia nogi na drabinie. Dziwnym trafem nagle dostałam powera. Postanowiłam, że pokonam swój lęk i wejdę po drabinie, asekurowana przez Szczura, żeby zachęcić chłopca. No i wlazłam, pomimo że miałam pełne gacie ze strachu! Chłopiec też. Po tym wydarzeniu naszła mnie refleksja: może nie tylko dzieci potrzebują dorosłych, ale również my ich, żebyśmy mieli dla kogo stawać się odważniejszymi niż jesteśmy w rzeczywistości...






Zmotywowani należycie przez udaną wycieczkę do Wygiełzowa, 3 maja pojechaliśmy do Ojcowskiego Parku Narodowego, krainy formacji skalnych i ciekawych zabytków. Głównym celem były ruiny jednego z wielu zamków wybudowanych za panowania Kazimierza Wielkiego - zamku w Ojcowie. Zamierzaliśmy jednak również po prostu powałęsać się po okolicy.

Niestety, tym razem nie było już tak pięknie. Okazało się, że Ojców przeżywał właśnie oblężenie przez tłumy turystów. Całe rodziny Polaków spragnionych majowego wypoczynku, z różnokolorowymi plecakami i rozwrzeszczanymi z ekscytacji dziećmi, upatrzyły sobie na wycieczkę to samo miejsce, co my. Poczułam się zmęczona już po zejściu z wzniesienia, na którym znajdował się parking, bo chyba nic mnie tak nie męczy jak wymagające stuprocentowej koncentracji chodzenie po kamienistej drodze w połączeniu z koniecznością nieustannego myślenia o innych ludziach. Chodzenie tak, żeby nie wpaść na osoby idące z przodu i nie zderzyć się z tymi z tyłu, a jednocześnie nie stracić równowagi, to był hardkor. Później było tylko gorzej. Ponieważ wielu ludziom nie chciało się wydać dziesięciu złotych na płatny parking, spory kawałek drogi do zamku trzeba było przejść ulicą, na której pobocze z obu stron całkowicie zajmowały zaparkowane samochody. Zmuszona iść przed siebie, gdy jadące z naprzeciwka samochody mijały mnie o włos, czułam, jak wzbiera we mnie lęk; przypomniały mi się wszystkie koszmarne sny o samochodach próbujących mnie zabić. Kiedy wreszcie dotarliśmy do zamku, energii na zwiedzanie zostało mi bardzo mało.

W Ojcowie do dnia dzisiejszego przetrwały fragmenty murów obronnych, wieża (wejść się nie da - aktualnie w remoncie) i baszta, w której urządzono niewielką wystawę na temat przeszłości zamku. Spacerując wewnątrz zamkowych murów, można dowiedzieć się co nieco o florze i faunie parku narodowego z tablic informacyjnych, a później przyjrzeć się okolicznym skałom. Myślę, że ruiny zamku w Ojcowie są całkiem przyjemnym miejscem i dobrym punktem wyjścia do dalszego zwiedzania okolicy, my jednak po półtorej godziny skończyliśmy wycieczkę. Potężne przebodźcowanie trzymało nas jeszcze długo po powrocie, sprawiając, że Szczur błyskawicznie poszedł spać i przespał wiele godzin, a ja pierwszy raz od dawna zjadłam obiad w łóżku.







Długi majowy weekend przydał się nie tylko po to, aby znaleźć pierwsze w tym roku gąsienice, powłóczyć się po lasach i zwiedzić kolejne zamki. Udało mi się także wreszcie znaleźć czas na zainteresowania zaniedbane z powodu pracy. Chodziłam spać bardzo późno, żeby jak najwięcej wycisnąć z tych cudownych godzin pomiędzy północą a trzecią nad ranem, gdy nikt nie przerywa człowiekowi czytania książek, segregowania pocztówek i oglądania anime. Zmobilizowałam się nawet do zrobienia porządków w szafie z ciuchami i wyeliminowania z niej stosu prehistorycznych ubrań.

Wolne dni skończyły się jak zawsze za szybko, dając mi przedsmak wakacji i pozostawiając uczucie niedosytu. I znowu jest na co czekać...

niedziela, 29 kwietnia 2018

[56] O motywacji


Przez większość życia uczestniczyłam w różnego rodzaju testach i egzaminach wyłącznie jako uczeń, a później student. Zazwyczaj podchodziłam do nich spięta, z lepszym lub gorszym skutkiem próbując walczyć z przytłaczającym mnie stresem. W takich momentach koncentrowałam całą moją uwagę na przetrwaniu i zrobieniu tego, co do mnie należy. Zdarzały się też egzaminy łatwe, które nie stresowały nawet mnie, ponieważ ze względu na zakres materiału były dla mnie tylko formalnością. Wtedy myślałam głównie o tym, co będę robić, gdy będzie już po wszystkim: o jak najszybszym zdjęciu niewygodnych, formalnych ubrań, o pójściu do ulubionej kawiarni lub błyskawicznym powrocie do domu.

W ostatnich latach kilka razy miałam okazję spojrzeć na egzaminy z zupełnie innej perspektywy. Mniejsza o to, w jakich dokładnie okolicznościach się one odbywały - kto je pisał, gdzie, jaki był zakres materiału i tak dalej. Odkryłam, że gdy nie trzeba pod presją czasu i ze ściśniętym żołądkiem wykazywać się swoją wiedzą, można przyjrzeć się egzaminowi jako sytuacji społecznej i przy tej okazji poczynić ciekawe spostrzeżenia na temat ludzkich zachowań.

Tym, co solidnie mnie zdziwiło, był fakt, że nawet podczas egzaminów ludzie są świadomi obecności innych osób wokół siebie i że działania tych osób wywierają wpływ na ich własne działania. I nie mam tu wcale na myśli ściągania. Zazwyczaj, gdy minęła jedna trzecia czasu przeznaczonego na egzamin, osoby słabiej przygotowane nie próbowały już pisać, bawiły się długopisami i rozglądały się po sali z mniej lub bardziej niecierpliwymi minami. Moment przełomowy następował, kiedy pierwsza osoba decydowała się na zakończenie podejścia do egzaminu, odkładała swoją pracę i kierowała się do drzwi. Nagle, jakby za dotknięciem magicznej różdżki, w ślady tej osoby szli inni - jeden za drugim. W ciągu kilku minut liczba ludzi na sali zmniejszała się o około połowę. Pozostali, ci bardziej pochłonięci pisaniem, kontynuowali pracę i kończyli ją we własnym tempie.

Bardziej niż to, że wyjście z sali jednej osoby stawało się impulsem do wyjścia dla innych, zdziwiło mnie jednak, że nigdy wcześniej tego nie zauważyłam. W ciągu kilkunastu lat edukacji zdawałam kilkadziesiąt egzaminów. Spróbowałam przypomnieć sobie jakieś inne swoje spostrzeżenia na temat zachowania ludzi podczas egzaminów pisemnych z czasów, gdy sama do nich podchodziłam. Nie przypomniałam sobie żadnych. Koncentrując się na swojej pracy i swoim stresie, wyłączałam się całkowicie na ludzi dookoła. Nie patrzyłam. Nie słuchałam. Ponieważ nie potrafiłam szybko pisać odręcznie, nie traciłam czasu na rozglądanie się i zbędne czynności. Wychodziłam z sali, gdy musiałam albo czułam się do tego gotowa.

Później przyszła kolejna myśl, związana już bezpośrednio z gromadnym opuszczaniem sali przez zdających: ile razy w życiu zrobiłam coś tylko dlatego, że inni ludzie to robili? Owszem, przez długi czas chodziłam do kościoła, modliłam się i przystępowałam do sakramentów, choć nie czułam w sobie wiary, bo cała moja rodzina to robiła i nie widziałam żadnej alternatywy. Nadmiernie ulegałam też rodzinie w innych kwestiach. Jeśli jednak wyłączyć rodzinę - ludzi, z którymi mieszkam - ile razy zrobiłam coś z powodu innych? W jakich sytuacjach podążałam za przykładem rówieśników? Takich sytuacji już nie potrafiłam sobie przypomnieć, słowo daję. Ani jednej.

Miałam około dziesięciu lat, gdy po udziale w kilku szkolnych akademiach oznajmiłam, że w kolejnej już nie wystąpię, bo szkoda mi czasu na zostawanie z całą klasą po lekcjach na próbach. Próby były koszmarnie, wręcz śmiertelnie nudne. Koledzy i koleżanki z wielkim wysiłkiem dukali kilkuwersowe wierszyki albo i nie dukali, bo zapomnieli. Nauczycielka krzyczała na nich, że się nie nauczyli, i powtarzała to samo po dwadzieścia razy. Ja po dwóch, trzech próbach znałam na pamięć role wszystkich innych dzieci. Nie widziałam żadnego sensu w marnowaniu tam swojego czasu, podczas gdy w domu mogłam czytać lub obserwować swoje ślimaki. I powiedziałam to, komu było trzeba. Nic mi nie zrobili, bo za bardzo nie było co. Wcześniej chyba żadnemu dziecku nie przyszło do głowy, że nie musi.

Przez całą podstawówkę, gimnazjum, liceum jeździłam tylko na te wycieczki, na które chciałam. Niektórzy się czepiali - mnie i moich rodziców. Jeżeli jednak wiedziałam, że miałabym telepać się przez parę godzin autobusem, żeby na przykład obejrzeć głupawy film, który nie byłby dla mnie ani trochę interesujący, to nie było na mnie rady. Zdarzało się, że ta sama wycieczka bardzo ekscytowała mojego kumpla. Nie miało to na mnie wpływu.

W trzeciej liceum zdecydowałam, że nie pójdę na studniówkę. W tamtych czasach już dobrze wiedziałam, że nie znoszę imprez z tłumem ludzi, głośną muzyką i eleganckimi ciuchami, nawet jeżeli nie do końca sobie uświadamiałam, dlaczego. Wiedziałam między innymi to, że w kobiecych ubraniach czuję się bardzo źle, i to wystarczyło. Fakt, że dwie moje przyjaciółki poszły na swoje studniówki, nie miał znaczenia.

Tak było. Tak jest. I nie sądzę, żeby mogło być inaczej.

Większość ludzi była i jest dla mnie całkowicie neutralna - nie życzę im źle, nie wchodzę w paradę, ale zupełnie nie interesuje mnie, co sobie myślą o moim stylu życia, wyglądzie czy ulubionych sposobach spędzania wolnego czasu. Jeżeli ktoś jest mi bliski lub zwyczajnie go lubię, czasem daję mu się namówić na coś całkiem dla mnie nowego, lubię też czytać polecane przez przyjaciół książki, sporadycznie oglądam polecany film - ale to wszystko pod warunkiem, że poczuję autentyczne zainteresowanie. To, że inni coś robią lub czegoś nie robią, samo w sobie nigdy nie leży u podstaw mojej motywacji. Musi być coś jeszcze: ciekawość, związek z moimi zainteresowaniami, chęć zdobycia wiedzy na jakiś temat lub interesującego mnie, nowego doświadczenia... Coś z wewnątrz, co daje mi poczucie sensu. Jeżeli go nie czuję, nie ma na mnie mocnych. 

Jeżeli jesteś moim przyjacielem, kolegą, znajomym, proponuj mi różne rzeczy, które lubisz, ale nie złość się, gdy odmawiam. Nie bierz tego do siebie. Moja reakcja na Twoje propozycje dotyczy samej proponowanej czynności lub dzieła kultury i naprawdę nie ma związku z moją sympatią czy siłą przywiązania do Ciebie. Ty też bądź wobec mnie szczery, ponieważ tylko w ten sposób mogę się Ciebie nauczyć.


[Jako dodatek zdjęcia z ostatnich spacerów po lesie, a właściwie kilku lasach, bo chodzenie po lasach to akurat jedna z moich ulubionych czynności.]





 






poniedziałek, 2 kwietnia 2018

[55] Rocznica


Wczoraj była rocznica, o której przypomniałam sobie dopiero dzisiaj po północy.

To już dwa lata (i jeden dzień), odkąd urodziłam się drugi raz, tylko dlatego, że ktoś bardzo mocno o mnie walczył.








niedziela, 1 kwietnia 2018

[54] Tęsknota


23 czerwca 2015 r.

Kiedy pierwszy raz spotkałam w realu przyjaciółkę, którą poznałam w wieku piętnastu lat przez Internet, Lawenda wykaligrafowała mi w pamiętniku cytat:


After tonight, who knows where we'll be tomorrow
What if we're never here again?
After tonight, this will be a lifetime ago,
So let's stay up until the sky bleeds red (...)

And we are here
But I already miss you,
Even as you're lying next to me (...)

This time is ours
If I could hold this moment in my hands,
I'd stop the world from moving,
I'd stop the clocks from turning
This time is ours
Inside a frozen memory of us
And we are motionless, motionless

Bravery, Ours


Od siedmiu lat uważam, że mogłoby to być motto dni, gdy spotykam się z przyjaciółmi i najbliższymi znajomymi. Nic, nawet moje własne słowa, nie oddałoby tego, co czuję w te dni, aż tak dobrze. A to dlatego, że większość ludzi, którzy są mi bliscy i w których towarzystwie mogę być w pełni sobą, dzieli ode mnie ponad pięć godzin podróży (a zwykle więcej).

A w niedzielę jedna z dwóch bliskich mi osób, do których mogę dotrzeć w dwadzieścia minut, kolejny raz wyjeżdża na drugi koniec świata, na inny kontynent. I będzie tam mieszkała co najmniej przez dwa lata z krótkimi przerwami.

Dzisiaj, siedząc na kanapie u Mewy i wcinając chiński kisiel sezamowy, który wygląda paskudnie i smakuje przepysznie, czułam, że już tęsknię. Mimo tego udało mi się utrzymać emocje na krótkiej smyczy.

Powtarzałam sobie w myślach: mamy siebie - tego jestem pewna bardziej niż kiedykolwiek.
Mamy też azjatycki komunikator, ponoć lepszy niż ostatnim razem.
I mamy poczucie humoru.

- Pamiętaj: uważaj na siebie! Nie rób tam głupot jak ostatnio. Odezwij się, gdy będziesz na miejscu - wygadywałam po raz n-ty to samo, wisząc na szyi Mewy. - Trzymaj się!
Na co Mewa, która - w przeciwieństwie do Lawendy - nie jest zbyt sentymentalna, odpowiedziała:
- Ja się zawsze trzymam, tylko czasami się puszczam.

A później, kiedy znalazłam się nocą na opustoszałej ulicy, emocje jakimś dziwnym trafem wyswobodziły się z obroży i niespodziewanie poczułam, że mam w ręce już tylko smycz. Poprawiłam plecak na lewym ramieniu i przez jakiś czas biegłam przed siebie najszybciej jak umiałam, jakby tylko to mogło mi pomóc nie myśleć.



31 marca 2018 r.

Ten post miał być o czymś innym niż będzie. Wszystko dlatego, że dzisiaj pada deszcz.

Mam sporo wspomnień związanych z wiosennym deszczem, ale ostatnio na pierwszy plan wysuwa się tamta wiosna, gdy walczyłam o utrzymanie kontaktu z Mewą, i kolejna, kiedy na chwilę odzyskałam tę przyjaźń, żeby później znowu ją utracić. Dzisiejszy wieczór jest szczególny, bo na szum deszczu za oknem nałożył się utwór Coldplay - Everglow, którego nastrój i słowa pasują do tych wspomnień idealnie.

Jestem bardzo kiepska w poznawaniu ludzi - trzeba naprawdę sporego wysiłku z mojej strony i ze strony drugiej osoby, żebym otworzyła się przed kimś nowym. Gorsza niż w poznawaniu ludzi jestem chyba tylko w radzeniu sobie z ich odchodzeniem z mojego życia. Prawdę mówiąc, nigdy sobie z tym nie radzę. Zawsze z taką samą jaskrawością pamiętam tych, którzy na jakimś etapie życia, choćby krótko, byli mi bliscy; pamiętam ich tak, jakby nie dzieliły mnie od nich kilometry ani lata. 

Jeśli chodzi o ludzi, moja szczególna pamięć często sprawia mi ból - wystarczy byle drobnostka, jak smak, zapach czy świstek papieru znaleziony w starej książce, który kojarzy mi się z jakimś zdarzeniem z przeszłości, a zdarzenie to powraca do mnie w najmniejszych szczegółach. Pamiętam, co wtedy jadłam, co czytałam, jaka była pogoda, czasami pamiętam nawet dzień tygodnia, przede wszystkim jednak pamiętam, jak się czułam. Przyłapuję się na tym, że chcę się podzielić tym wspomnieniem z kimś, kto powinien je dzielić ze mną - i nagle uświadamiam sobie, że tej osoby już dla mnie nie ma. Odeszła. W najlepszym razie jestem dla niej miłym wspomnieniem. W najgorszym - już nikim.

Tamtej wiosny, gdy nawalały chińskie komunikatory, burze zastawały mnie w różnych okolicznościach. Najpiękniejsza była jednak ta, którą przeczekiwałam w Teorii, pijąc rooibos i pisząc długi list do Mewy na swoich studenckich wkładach do segregatora - miłych dla oka kartkach w drobną kratkę. Ludzi prawie nie było, jak zwykle o tej porze. Za oknami tańczyły pioruny, ofiary rzęsistego deszczu biegały z parasolami i bez, a ja czułam się jak w bańce, ciepłej i bezpiecznej. Jakby cały świat poza mną i Mewą na dwie godziny przestał istnieć.

Jedne z najważniejszych słów, jakie dostałam od drugiego człowieka, też przyszły do mnie wiosną:
Nie musisz być kobiecą kobietą, możesz być wszystkim. Dziewczynką, mężczyzną, włóczykijem, gwiazdą rocka, ideą. Grunt to otworzyć umysł i nie przejmować się takimi małostkowymi rzeczami. (...) Nie plącz się w normach, tylko eksperymentuj z formą.
(...)
Nie martw się już. Czemu miałabym teraz zdanie o Tobie zmienić? Przecież nic się nie zmieniło.
Być może, ale tylko być może, będę pisać opowiadanie, w którym wystąpią moi przyjaciele. Chcesz być w nim kobietą czy mężczyzną?

Możliwe, że tkwię w błędnym kole. Nie potrafię się pogodzić z odchodzeniem bliskich ludzi, bo tak trudno mi poznawać nowych. Trudno mi wpuścić kogoś nowego do swojego życia, gdy boję się, że on także mnie oswoi, a następnie zniknie w najbardziej nieoczekiwanym momencie, może nawet bez słowa wyjaśnienia. Za każdym razem zadaję sobie to samo pytanie: czy jeszcze potrafię otworzyć się na kogoś nowego? 


They say people come,
Say people go (...)
But when I'm cold, cold,
When I'm cold, cold,
There's a light that you give me
When I'm in shadow,
There's a feeling within me, an everglow 

Coldplay, Everglow





sobota, 10 marca 2018

[53] Niemożliwe


Mówią mi,
że zbłąkani wędrowcy
już nie pukają do drzwi
A ja od tylu lat
stawiam na wigilijnym stole
o jedno nakrycie więcej

Nasłuchuję kroków,
gdy wiatr w kominie płacze
za babim latem
I gdy o trzeciej nad ranem
kosy śpiewają
kołysanki bezsennym

Może jeszcze zdąży
upiec ze mną ciasto
i zjeść śniadanie w lesie
Może jeszcze zdążę
pogłaskać go po głowie
na dobranoc

dłonią, która pachnie
pokrzywą

W chatce na kurzej nóżce
tkam oprzęd ze słów,
których nigdy nie wypowiem

i otulam się nimi
jak kocem

piątek, 2 marca 2018

[52] Postanowienie


W tym roku mam tylko jedno postanowienie noworoczne: nie pogubić się jeszcze bardziej.

(Śniegu na Sylwestra nie było, więc musiałam czekać z pomysłem do końca lutego.)