sobota, 12 maja 2018

[57] Nietypowa majówka


Tegoroczną majówkę spędziłam bardzo nietypowo - a to dlatego, że... po raz pierwszy od lat nie pojechałam nigdzie na kilka dni. Do samego końca nie byłam pewna, czy oprócz świąt narodowych będę mieć dodatkowe dni wolne od pracy, więc nie mogłam zaplanować z odpowiednim wyprzedzeniem żadnego dłuższego wyjazdu. W ostatniej chwili okazało się, że będę jednak mieć długi weekend. Co zabawne, początkowo wcale nie napawało mnie to optymizmem. Nie potrafiłam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz zdarzyło mi się w długi majowy weekend spać we własnym łóżku - możliwe, że jeszcze przed maturą. Obawiałam się nudy, nieustannych scysji z mamą i brzydkiej pogody uniemożliwiającej relaks na świeżym powietrzu.

Czy czarne scenariusze się sprawdziły? Ależ skąd! Może i nie wyjechałam na majówkę, lecz majówka przyjechała do mnie - w osobie Szczura, który wyjątkowo skorzystał z urlopu i zamieszkał u mnie aż na osiem (!) dni. A były to naprawdę piękne dni, w większości słoneczne i niezwykle ciepłe. Temperatura rzadko spadała poniżej dwudziestu stopni.

Myślę, że nikogo, kto mnie zna, nie zdziwi, że kilka razy wybraliśmy się na spacer po najbliższym lesie. Nietrudno się też domyślić, że stała za tym nie tylko chęć obcowania z przyrodą. Znaczną rolę odegrał mój bzik na punkcie poszukiwania larw motyli, które o tej porze roku zaczynają pojawiać się tu i ówdzie. Misja "znaleźć gąsienice w majówkę" zakończyła się powodzeniem: wypatrzyliśmy zarówno moje ukochane niedźwiedziówki nożówki, jak i kilka przedstawicielek innych gatunków. Całe to towarzystwo, z wyjątkiem jednej larwy żerującej na nieznanej mi roślinie, zabraliśmy ze sobą. Ponieważ zaś włóczęgi sprowadzające się tylko i wyłącznie do szukania gąsienic nudziłyby Szczura, wyznaczaliśmy sobie też inne cele. Jednego dnia postanowiliśmy zdać się na nieznaną nam wcześniej drogę, drugiego dnia dotarliśmy do znajdującego się w lesie bunkra i malutkiej plaży nad zalewem, a jeszcze innym razem szukaliśmy ukrytych w lesie ruinek i spacerowaliśmy pomiędzy polami rzepaku. Zdjęć bunkra i ruinek postanowiłam jednak nie upubliczniać, żeby przypadkiem nie zainspirować kogoś do wyrzucania w tych miejscach śmieci, których już i tak tam nie brakuje.



 



We wtorek 1 maja wstaliśmy w nastroju do wyruszenia na kilkugodzinną wycieczkę. W wyniku internetowych poszukiwań jakiegoś niezbyt odległego zamku, którego jeszcze nie zwiedzaliśmy, padło na Tenczyn. Chwilę później odkryliśmy jednak, że tamtejszy zamek aktualnie nie jest udostępniany zwiedzającym. Szczur zaproponował więc zamek Lipowiec. I ten właśnie kierunek obraliśmy.

Muszę przyznać, że wcześniej albo o zamku Lipowiec nie słyszałam, albo (wersja bardziej prawdopodobna) kilka razy ta nazwa obiła mi się o uszy, ale nie została na dłużej w mojej głowie. Teraz, po wycieczce, trudno mi zrozumieć, dlaczego zamek ten nie jest w mojej okolicy równie popularny, co Ogrodzieniec czy Bobolice - nie pojawia się regularnie na tablicach fejsbukowych znajomych ani w programach wycieczek szkolnych. Jednocześnie bardzo się cieszę, że tak właśnie jest, bo dzięki temu idealnie nadaje się na jednodniową wycieczkę w świąteczny dzień.

Podczas zwiedzania dowiedziałam się co nieco o przeszłości zamku. Najstarsze jego murowane elementy, które zachowały się do dziś - wieża, studnia i system zespołu bramnego - powstały na przełomie XIII i XIV wieku, ale już wcześniej w miejscu, gdzie stoi Lipowiec, istniał zamek drewniany. Lipowiec zasłynął przede wszystkim jako forteca zbuntowanego biskupa Jana Muskaty, który właśnie tutaj przez kilka lat stawiał opór Władysławowi Łokietkowi. (Zabawne, że parę tygodni wcześniej czytałam o tej historii w "Damach polskiego imperium", ale nazwa zamku wypadła mi z głowy!). Od XIV do XVII wieku zamek pełnił funkcję więzienia dla duchowieństwa. Karę odbywał w nim między innymi Franciszek Stankar, włoski teolog i profesor Akademii Krakowskiej, osadzony za działalność reformacyjną. Dzisiaj do celi Stankara można zajrzeć przez otwór w drzwiach. Według legendy, zakochana w nim bez wzajemności kobieta pomogła mu w ucieczce, a następnie rzuciła się z zamkowej wieży i od tamtego czasu nawiedza zamek.

Skoro już mowa o wieży... to doskonałe miejsce, aby zmierzyć się ze swoimi problemami z równowagą i czuciem głębokim. Do końca nie byłam pewna, czy zobaczę panoramę okolicy, bo wysokie, kręte schody, momentami słabo oświetlone, same w sobie stanowiły dla mnie spore wyzwanie, a kiedy już się z nimi uporałam, okazało się, że na końcu jest jeszcze drabina. Stojąc pod drabiną i patrząc w górę, stwierdziłam, że tego już za wiele i wolę spasować. Szczur poszedł więc na górę sam. Kiedy jednak odpoczywałam sobie w komnacie, pojawiła się kobieta z kilkuletnim synkiem - ona próbowała namówić go łagodnie do wejścia na górę, on bardzo się bał. Żadne argumenty nie były w stanie przekonać go do postawienia nogi na drabinie. Dziwnym trafem nagle dostałam powera. Postanowiłam, że pokonam swój lęk i wejdę po drabinie, asekurowana przez Szczura, żeby zachęcić chłopca. No i wlazłam, pomimo że miałam pełne gacie ze strachu! Chłopiec też. Po tym wydarzeniu naszła mnie refleksja: może nie tylko dzieci potrzebują dorosłych, ale również my ich, żebyśmy mieli dla kogo stawać się odważniejszymi niż jesteśmy w rzeczywistości...






Zmotywowani należycie przez udaną wycieczkę do Wygiełzowa, 3 maja pojechaliśmy do Ojcowskiego Parku Narodowego, krainy formacji skalnych i ciekawych zabytków. Głównym celem były ruiny jednego z wielu zamków wybudowanych za panowania Kazimierza Wielkiego - zamku w Ojcowie. Zamierzaliśmy jednak również po prostu powałęsać się po okolicy.

Niestety, tym razem nie było już tak pięknie. Okazało się, że Ojców przeżywał właśnie oblężenie przez tłumy turystów. Całe rodziny Polaków spragnionych majowego wypoczynku, z różnokolorowymi plecakami i rozwrzeszczanymi z ekscytacji dziećmi, upatrzyły sobie na wycieczkę to samo miejsce, co my. Poczułam się zmęczona już po zejściu z wzniesienia, na którym znajdował się parking, bo chyba nic mnie tak nie męczy jak wymagające stuprocentowej koncentracji chodzenie po kamienistej drodze w połączeniu z koniecznością nieustannego myślenia o innych ludziach. Chodzenie tak, żeby nie wpaść na osoby idące z przodu i nie zderzyć się z tymi z tyłu, a jednocześnie nie stracić równowagi, to był hardkor. Później było tylko gorzej. Ponieważ wielu ludziom nie chciało się wydać dziesięciu złotych na płatny parking, spory kawałek drogi do zamku trzeba było przejść ulicą, na której pobocze z obu stron całkowicie zajmowały zaparkowane samochody. Zmuszona iść przed siebie, gdy jadące z naprzeciwka samochody mijały mnie o włos, czułam, jak wzbiera we mnie lęk; przypomniały mi się wszystkie koszmarne sny o samochodach próbujących mnie zabić. Kiedy wreszcie dotarliśmy do zamku, energii na zwiedzanie zostało mi bardzo mało.

W Ojcowie do dnia dzisiejszego przetrwały fragmenty murów obronnych, wieża (wejść się nie da - aktualnie w remoncie) i baszta, w której urządzono niewielką wystawę na temat przeszłości zamku. Spacerując wewnątrz zamkowych murów, można dowiedzieć się co nieco o florze i faunie parku narodowego z tablic informacyjnych, a później przyjrzeć się okolicznym skałom. Myślę, że ruiny zamku w Ojcowie są całkiem przyjemnym miejscem i dobrym punktem wyjścia do dalszego zwiedzania okolicy, my jednak po półtorej godziny skończyliśmy wycieczkę. Potężne przebodźcowanie trzymało nas jeszcze długo po powrocie, sprawiając, że Szczur błyskawicznie poszedł spać i przespał wiele godzin, a ja pierwszy raz od dawna zjadłam obiad w łóżku.







Długi majowy weekend przydał się nie tylko po to, aby znaleźć pierwsze w tym roku gąsienice, powłóczyć się po lasach i zwiedzić kolejne zamki. Udało mi się także wreszcie znaleźć czas na zainteresowania zaniedbane z powodu pracy. Chodziłam spać bardzo późno, żeby jak najwięcej wycisnąć z tych cudownych godzin pomiędzy północą a trzecią nad ranem, gdy nikt nie przerywa człowiekowi czytania książek, segregowania pocztówek i oglądania anime. Zmobilizowałam się nawet do zrobienia porządków w szafie z ciuchami i wyeliminowania z niej stosu prehistorycznych ubrań.

Wolne dni skończyły się jak zawsze za szybko, dając mi przedsmak wakacji i pozostawiając uczucie niedosytu. I znowu jest na co czekać...

niedziela, 29 kwietnia 2018

[56] O motywacji


Przez większość życia uczestniczyłam w różnego rodzaju testach i egzaminach wyłącznie jako uczeń, a później student. Zazwyczaj podchodziłam do nich spięta, z lepszym lub gorszym skutkiem próbując walczyć z przytłaczającym mnie stresem. W takich momentach koncentrowałam całą moją uwagę na przetrwaniu i zrobieniu tego, co do mnie należy. Zdarzały się też egzaminy łatwe, które nie stresowały nawet mnie, ponieważ ze względu na zakres materiału były dla mnie tylko formalnością. Wtedy myślałam głównie o tym, co będę robić, gdy będzie już po wszystkim: o jak najszybszym zdjęciu niewygodnych, formalnych ubrań, o pójściu do ulubionej kawiarni lub błyskawicznym powrocie do domu.

W ostatnich latach kilka razy miałam okazję spojrzeć na egzaminy z zupełnie innej perspektywy. Mniejsza o to, w jakich dokładnie okolicznościach się one odbywały - kto je pisał, gdzie, jaki był zakres materiału i tak dalej. Odkryłam, że gdy nie trzeba pod presją czasu i ze ściśniętym żołądkiem wykazywać się swoją wiedzą, można przyjrzeć się egzaminowi jako sytuacji społecznej i przy tej okazji poczynić ciekawe spostrzeżenia na temat ludzkich zachowań.

Tym, co solidnie mnie zdziwiło, był fakt, że nawet podczas egzaminów ludzie są świadomi obecności innych osób wokół siebie i że działania tych osób wywierają wpływ na ich własne działania. I nie mam tu wcale na myśli ściągania. Zazwyczaj, gdy minęła jedna trzecia czasu przeznaczonego na egzamin, osoby słabiej przygotowane nie próbowały już pisać, bawiły się długopisami i rozglądały się po sali z mniej lub bardziej niecierpliwymi minami. Moment przełomowy następował, kiedy pierwsza osoba decydowała się na zakończenie podejścia do egzaminu, odkładała swoją pracę i kierowała się do drzwi. Nagle, jakby za dotknięciem magicznej różdżki, w ślady tej osoby szli inni - jeden za drugim. W ciągu kilku minut liczba ludzi na sali zmniejszała się o około połowę. Pozostali, ci bardziej pochłonięci pisaniem, kontynuowali pracę i kończyli ją we własnym tempie.

Bardziej niż to, że wyjście z sali jednej osoby stawało się impulsem do wyjścia dla innych, zdziwiło mnie jednak, że nigdy wcześniej tego nie zauważyłam. W ciągu kilkunastu lat edukacji zdawałam kilkadziesiąt egzaminów. Spróbowałam przypomnieć sobie jakieś inne swoje spostrzeżenia na temat zachowania ludzi podczas egzaminów pisemnych z czasów, gdy sama do nich podchodziłam. Nie przypomniałam sobie żadnych. Koncentrując się na swojej pracy i swoim stresie, wyłączałam się całkowicie na ludzi dookoła. Nie patrzyłam. Nie słuchałam. Ponieważ nie potrafiłam szybko pisać odręcznie, nie traciłam czasu na rozglądanie się i zbędne czynności. Wychodziłam z sali, gdy musiałam albo czułam się do tego gotowa.

Później przyszła kolejna myśl, związana już bezpośrednio z gromadnym opuszczaniem sali przez zdających: ile razy w życiu zrobiłam coś tylko dlatego, że inni ludzie to robili? Owszem, przez długi czas chodziłam do kościoła, modliłam się i przystępowałam do sakramentów, choć nie czułam w sobie wiary, bo cała moja rodzina to robiła i nie widziałam żadnej alternatywy. Nadmiernie ulegałam też rodzinie w innych kwestiach. Jeśli jednak wyłączyć rodzinę - ludzi, z którymi mieszkam - ile razy zrobiłam coś z powodu innych? W jakich sytuacjach podążałam za przykładem rówieśników? Takich sytuacji już nie potrafiłam sobie przypomnieć, słowo daję. Ani jednej.

Miałam około dziesięciu lat, gdy po udziale w kilku szkolnych akademiach oznajmiłam, że w kolejnej już nie wystąpię, bo szkoda mi czasu na zostawanie z całą klasą po lekcjach na próbach. Próby były koszmarnie, wręcz śmiertelnie nudne. Koledzy i koleżanki z wielkim wysiłkiem dukali kilkuwersowe wierszyki albo i nie dukali, bo zapomnieli. Nauczycielka krzyczała na nich, że się nie nauczyli, i powtarzała to samo po dwadzieścia razy. Ja po dwóch, trzech próbach znałam na pamięć role wszystkich innych dzieci. Nie widziałam żadnego sensu w marnowaniu tam swojego czasu, podczas gdy w domu mogłam czytać lub obserwować swoje ślimaki. I powiedziałam to, komu było trzeba. Nic mi nie zrobili, bo za bardzo nie było co. Wcześniej chyba żadnemu dziecku nie przyszło do głowy, że nie musi.

Przez całą podstawówkę, gimnazjum, liceum jeździłam tylko na te wycieczki, na które chciałam. Niektórzy się czepiali - mnie i moich rodziców. Jeżeli jednak wiedziałam, że miałabym telepać się przez parę godzin autobusem, żeby na przykład obejrzeć głupawy film, który nie byłby dla mnie ani trochę interesujący, to nie było na mnie rady. Zdarzało się, że ta sama wycieczka bardzo ekscytowała mojego kumpla. Nie miało to na mnie wpływu.

W trzeciej liceum zdecydowałam, że nie pójdę na studniówkę. W tamtych czasach już dobrze wiedziałam, że nie znoszę imprez z tłumem ludzi, głośną muzyką i eleganckimi ciuchami, nawet jeżeli nie do końca sobie uświadamiałam, dlaczego. Wiedziałam między innymi to, że w kobiecych ubraniach czuję się bardzo źle, i to wystarczyło. Fakt, że dwie moje przyjaciółki poszły na swoje studniówki, nie miał znaczenia.

Tak było. Tak jest. I nie sądzę, żeby mogło być inaczej.

Większość ludzi była i jest dla mnie całkowicie neutralna - nie życzę im źle, nie wchodzę w paradę, ale zupełnie nie interesuje mnie, co sobie myślą o moim stylu życia, wyglądzie czy ulubionych sposobach spędzania wolnego czasu. Jeżeli ktoś jest mi bliski lub zwyczajnie go lubię, czasem daję mu się namówić na coś całkiem dla mnie nowego, lubię też czytać polecane przez przyjaciół książki, sporadycznie oglądam polecany film - ale to wszystko pod warunkiem, że poczuję autentyczne zainteresowanie. To, że inni coś robią lub czegoś nie robią, samo w sobie nigdy nie leży u podstaw mojej motywacji. Musi być coś jeszcze: ciekawość, związek z moimi zainteresowaniami, chęć zdobycia wiedzy na jakiś temat lub interesującego mnie, nowego doświadczenia... Coś z wewnątrz, co daje mi poczucie sensu. Jeżeli go nie czuję, nie ma na mnie mocnych. 

Jeżeli jesteś moim przyjacielem, kolegą, znajomym, proponuj mi różne rzeczy, które lubisz, ale nie złość się, gdy odmawiam. Nie bierz tego do siebie. Moja reakcja na Twoje propozycje dotyczy samej proponowanej czynności lub dzieła kultury i naprawdę nie ma związku z moją sympatią czy siłą przywiązania do Ciebie. Ty też bądź wobec mnie szczery, ponieważ tylko w ten sposób mogę się Ciebie nauczyć.


[Jako dodatek zdjęcia z ostatnich spacerów po lesie, a właściwie kilku lasach, bo chodzenie po lasach to akurat jedna z moich ulubionych czynności.]





 






poniedziałek, 2 kwietnia 2018

[55] Rocznica


Wczoraj była rocznica, o której przypomniałam sobie dopiero dzisiaj po północy.

To już dwa lata (i jeden dzień), odkąd urodziłam się drugi raz, tylko dlatego, że ktoś bardzo mocno o mnie walczył.








niedziela, 1 kwietnia 2018

[54] Tęsknota


23 czerwca 2015 r.

Kiedy pierwszy raz spotkałam w realu przyjaciółkę, którą poznałam w wieku piętnastu lat przez Internet, Lawenda wykaligrafowała mi w pamiętniku cytat:


After tonight, who knows where we'll be tomorrow
What if we're never here again?
After tonight, this will be a lifetime ago,
So let's stay up until the sky bleeds red (...)

And we are here
But I already miss you,
Even as you're lying next to me (...)

This time is ours
If I could hold this moment in my hands,
I'd stop the world from moving,
I'd stop the clocks from turning
This time is ours
Inside a frozen memory of us
And we are motionless, motionless

Bravery, Ours


Od siedmiu lat uważam, że mogłoby to być motto dni, gdy spotykam się z przyjaciółmi i najbliższymi znajomymi. Nic, nawet moje własne słowa, nie oddałoby tego, co czuję w te dni, aż tak dobrze. A to dlatego, że większość ludzi, którzy są mi bliscy i w których towarzystwie mogę być w pełni sobą, dzieli ode mnie ponad pięć godzin podróży (a zwykle więcej).

A w niedzielę jedna z dwóch bliskich mi osób, do których mogę dotrzeć w dwadzieścia minut, kolejny raz wyjeżdża na drugi koniec świata, na inny kontynent. I będzie tam mieszkała co najmniej przez dwa lata z krótkimi przerwami.

Dzisiaj, siedząc na kanapie u Mewy i wcinając chiński kisiel sezamowy, który wygląda paskudnie i smakuje przepysznie, czułam, że już tęsknię. Mimo tego udało mi się utrzymać emocje na krótkiej smyczy.

Powtarzałam sobie w myślach: mamy siebie - tego jestem pewna bardziej niż kiedykolwiek.
Mamy też azjatycki komunikator, ponoć lepszy niż ostatnim razem.
I mamy poczucie humoru.

- Pamiętaj: uważaj na siebie! Nie rób tam głupot jak ostatnio. Odezwij się, gdy będziesz na miejscu - wygadywałam po raz n-ty to samo, wisząc na szyi Mewy. - Trzymaj się!
Na co Mewa, która - w przeciwieństwie do Lawendy - nie jest zbyt sentymentalna, odpowiedziała:
- Ja się zawsze trzymam, tylko czasami się puszczam.

A później, kiedy znalazłam się nocą na opustoszałej ulicy, emocje jakimś dziwnym trafem wyswobodziły się z obroży i niespodziewanie poczułam, że mam w ręce już tylko smycz. Poprawiłam plecak na lewym ramieniu i przez jakiś czas biegłam przed siebie najszybciej jak umiałam, jakby tylko to mogło mi pomóc nie myśleć.



31 marca 2018 r.

Ten post miał być o czymś innym niż będzie. Wszystko dlatego, że dzisiaj pada deszcz.

Mam sporo wspomnień związanych z wiosennym deszczem, ale ostatnio na pierwszy plan wysuwa się tamta wiosna, gdy walczyłam o utrzymanie kontaktu z Mewą, i kolejna, kiedy na chwilę odzyskałam tę przyjaźń, żeby później znowu ją utracić. Dzisiejszy wieczór jest szczególny, bo na szum deszczu za oknem nałożył się utwór Coldplay - Everglow, którego nastrój i słowa pasują do tych wspomnień idealnie.

Jestem bardzo kiepska w poznawaniu ludzi - trzeba naprawdę sporego wysiłku z mojej strony i ze strony drugiej osoby, żebym otworzyła się przed kimś nowym. Gorsza niż w poznawaniu ludzi jestem chyba tylko w radzeniu sobie z ich odchodzeniem z mojego życia. Prawdę mówiąc, nigdy sobie z tym nie radzę. Zawsze z taką samą jaskrawością pamiętam tych, którzy na jakimś etapie życia, choćby krótko, byli mi bliscy; pamiętam ich tak, jakby nie dzieliły mnie od nich kilometry ani lata. 

Jeśli chodzi o ludzi, moja szczególna pamięć często sprawia mi ból - wystarczy byle drobnostka, jak smak, zapach czy świstek papieru znaleziony w starej książce, który kojarzy mi się z jakimś zdarzeniem z przeszłości, a zdarzenie to powraca do mnie w najmniejszych szczegółach. Pamiętam, co wtedy jadłam, co czytałam, jaka była pogoda, czasami pamiętam nawet dzień tygodnia, przede wszystkim jednak pamiętam, jak się czułam. Przyłapuję się na tym, że chcę się podzielić tym wspomnieniem z kimś, kto powinien je dzielić ze mną - i nagle uświadamiam sobie, że tej osoby już dla mnie nie ma. Odeszła. W najlepszym razie jestem dla niej miłym wspomnieniem. W najgorszym - już nikim.

Tamtej wiosny, gdy nawalały chińskie komunikatory, burze zastawały mnie w różnych okolicznościach. Najpiękniejsza była jednak ta, którą przeczekiwałam w Teorii, pijąc rooibos i pisząc długi list do Mewy na swoich studenckich wkładach do segregatora - miłych dla oka kartkach w drobną kratkę. Ludzi prawie nie było, jak zwykle o tej porze. Za oknami tańczyły pioruny, ofiary rzęsistego deszczu biegały z parasolami i bez, a ja czułam się jak w bańce, ciepłej i bezpiecznej. Jakby cały świat poza mną i Mewą na dwie godziny przestał istnieć.

Jedne z najważniejszych słów, jakie dostałam od drugiego człowieka, też przyszły do mnie wiosną:
Nie musisz być kobiecą kobietą, możesz być wszystkim. Dziewczynką, mężczyzną, włóczykijem, gwiazdą rocka, ideą. Grunt to otworzyć umysł i nie przejmować się takimi małostkowymi rzeczami. (...) Nie plącz się w normach, tylko eksperymentuj z formą.
(...)
Nie martw się już. Czemu miałabym teraz zdanie o Tobie zmienić? Przecież nic się nie zmieniło.
Być może, ale tylko być może, będę pisać opowiadanie, w którym wystąpią moi przyjaciele. Chcesz być w nim kobietą czy mężczyzną?

Możliwe, że tkwię w błędnym kole. Nie potrafię się pogodzić z odchodzeniem bliskich ludzi, bo tak trudno mi poznawać nowych. Trudno mi wpuścić kogoś nowego do swojego życia, gdy boję się, że on także mnie oswoi, a następnie zniknie w najbardziej nieoczekiwanym momencie, może nawet bez słowa wyjaśnienia. Za każdym razem zadaję sobie to samo pytanie: czy jeszcze potrafię otworzyć się na kogoś nowego? 


They say people come,
Say people go (...)
But when I'm cold, cold,
When I'm cold, cold,
There's a light that you give me
When I'm in shadow,
There's a feeling within me, an everglow 

Coldplay, Everglow





sobota, 10 marca 2018

[53] Niemożliwe


Mówią mi,
że zbłąkani wędrowcy
już nie pukają do drzwi
A ja od tylu lat
stawiam na wigilijnym stole
o jedno nakrycie więcej

Nasłuchuję kroków,
gdy wiatr w kominie płacze
za babim latem
I gdy o trzeciej nad ranem
kosy śpiewają
kołysanki bezsennym

Może jeszcze zdąży
upiec ze mną ciasto
i zjeść śniadanie w lesie
Może jeszcze zdążę
pogłaskać go po głowie
na dobranoc

dłonią, która pachnie
pokrzywą

W chatce na kurzej nóżce
tkam oprzęd ze słów,
których nigdy nie wypowiem

i otulam się nimi
jak kocem

piątek, 2 marca 2018

[52] Postanowienie


W tym roku mam tylko jedno postanowienie noworoczne: nie pogubić się jeszcze bardziej.

(Śniegu na Sylwestra nie było, więc musiałam czekać z pomysłem do końca lutego.)





poniedziałek, 12 lutego 2018

[51] Motyle 2017: Atki


Kiedy poznałam bliżej kilkanaście gatunków motyli, obudził się we mnie apetyt na więcej. Już dwa lata temu, jesienią, zaczęłam zastanawiać się, czy powinnam poprzestać na rodzimych gatunkach, czy też warto byłoby spróbować swoich sił w hodowli gatunków egzotycznych. Moje rozmyślania przeważnie kończyły się smutnym wnioskiem, że nie ma sensu brać się za motylich obcokrajowców. Przede wszystkim dlatego, że nie miałam pomysłu, co dalej z wyhodowanymi motylami. Dla mnie sensem tego hobby jest obserwacja ich cyklu życia, po wyhodowaniu wypuszczam je. W przypadku egzotycznych owadów wypuszczanie odpada, a ja nie należę do osób, które kolekcjonują owady w gablotach - widok martwych motyli jest dla mnie przygnębiający i nie mam zamiaru przykładać do tego ręki. Motyl musiałby więc całe życie spędzić u mnie, a ja nie mam warunków, żeby stworzyć jakąś wielką, wypasioną wolierę dla stworzeń, które potrzebują znacznie więcej przestrzeni niż nasze polskie motyle i własnego mikroklimatu.

Mimo wszystko, gdy pod koniec ubiegłego lata pojawiła się okazja - znana mi już hodowla motyli miała na sprzedaż larwy Attacus atlas - postawiłam wszystko na jedną kartę i kupiłam je. Obaw było mnóstwo, także dlatego, że właśnie zaczynał się dla mnie okres wzmożonej pracy zawodowej, więc dla zwierzaków miałam mniej czasu niż latem. Nie byłam pewna, czy podołam, ale skusiło mnie to, że pawice atlas uchodzą za stosunkowo łatwe w amatorskiej hodowli. Obczytałam się na różnych stronach internetowych i na amerykańskich forach, gdzie ludzie pisali, że w warunkach takich jak u mnie motyle powinny dać radę. Przeznaczyłam dla nich najcieplejszy pokój.

Gąsienice, które postanowiłam nazywać roboczo Atkami, spędziły u mnie dwa miesiące. Cieszę się, że ostatecznie zdecydowałam się na to, bo obserwacja ich rozwoju była prawdziwie niezwykłym doświadczeniem. Choć nauczyłam się już nieźle "czytać" z zachowania larw gatunków rodzimych, Atki zaskakiwały mnie nieraz. Żałuję tylko, że nie miałam wystarczająco dużo czasu, żeby to wszystko szczegółowo dokumentować.
 
W pierwszych dniach hodowli nastawiona byłam raczej sceptycznie. Przerażała mnie delikatność, kruchość tych stworzeń, których nie da się nawet przenieść z liścia na liść tak, by ich nie uszkodzić. Przez pewien czas męczyłam się, obsesyjnie kontrolując parametry w pokoju i obcinając liście z ligustrów, a gąsienice wydawały mi się w ogóle nie rosnąć. Po wylince odkryłam, że o wiele większy apetyt mają na bez, i już do końca żywiłam je liśćmi bzu. Wydaje mi się, że jedzenie bzu, którego liście są znacznie grubsze od liści ligustra, sprawiało malutkim larwom problem, później jednak bez sprawdzał się o wiele bardziej. Nawet nie zauważyłam, kiedy gąsieniczki zaczęły rosnąć jak na drożdżach. Ich wygląd stopniowo stawał się coraz bardziej "smoczy", zieleń wypierała biel, aż w końcu charakterystyczny biały "puder" zniknął niemal całkowicie.

Gąsienice Atków są swego rodzaju samotnikami. Niespecjalnie lubią towarzystwo rodzeństwa, w czasie żerowania siadają raczej daleko od siebie nawzajem. Gdy odrobinę podrosły, przeniosłam je do różnych pojemników, ponieważ widziałam, że przebywanie razem nie wpływa na nie dobrze, zwłaszcza podczas wylinek. Larwy właziły na siebie i "biły się" odwłokami, co samo w sobie może i wyglądałoby zabawnie, gdyby nie było oznaką stresu i nie stwarzało niepotrzebnego zagrożenia. Odseparowanie ich od siebie okazało się dobrym rozwiązaniem. Jadły jeszcze więcej, rosły jeszcze szybciej. Jedną z nich udało mi się przyłapać w kulminacyjnym momencie wylinki, obfotografować i sfilmować smartfonem.


Atek podczas zrzucania skóry.

Na wypadek, gdyby ktoś z Was zechciał kiedyś hodować Atki, muszę Was uczulić na kwestię dotykania, a raczej jego braku. Tych gąsienic lepiej nie brać na ręce i w ogóle niepotrzebnie nie dotykać, bo w początkowym etapie życia są niesłychanie delikatne i byle co może je zabić, a gdy podrosną, bardzo trudno odczepić je od ludzkiej skóry. Ich odnóża przyczepiają się do skóry znacznie silniej niż na przykład odnóża naszych polskich rusałek czy niedźwiedziówek, które bardzo przyjemnie jest brać na ręce. "Udało mi się" nawet raz czy dwa stracić przy tym odrobinę swojego naskórka. O wiele trudniej jest też skłonić je, żeby poszły w pożądanym przez nas kierunku, podtykając im liście. Może się okazać, że minie godzina, zanim gąsienica raczy zauważyć liść, na którym chcemy ją zobaczyć, a to jeszcze nie znaczy, że na niego wejdzie. Czasem prawie wejdzie, ale jednego czy dwóch ostatnich segmentów już jej się nie chce na ten liść przenieść i może tak sobie siedzieć dwie godziny. Jeżeli nie macie do takich sytuacji cierpliwości i nie chcecie być przez dłuższy czas uziemieni, znaczy ugąsieniczeni, nie zdejmujcie ich z liści.

Spośród czterech gąsienic, które hodowałam, dwie były od początku wyraźnie słabsze - wolniej rosły i zwykle pozostawały o jeden instar w tyle za swoim rodzeństwem. Jedna z nich niestety nie przeżyła. Druga miała bardzo duże problemy z przedostatnią czy ostatnią wylinką - nie umiała pozbyć się skóry, nawet po tym, jak skóra popękała. Myślę, że nie przeżyłaby, gdybym nie pomogła jej w tym mechanicznie. Zajęło mi to kilka wieczorów. Początkowo próbowałam pobudzić ją lekkim dotykiem do bardziej energicznego poruszania się, ale kiedy to również nie pomogło, dzień po dniu zdejmowałam po kawałku starej skóry, zaczynając od ostatnich segmentów odwłokowych, żeby dała radę wydalać. Gąsienica była w tym czasie bardzo apatyczna, ale jadła, gdy podtykałam jej jedzenie pod głowę. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, gąsienica wyszła z tego stanu, przeżyła i zrobiła kokon - tylko trochę mniejszy od pozostałych.

Obserwowanie, jak Atki robią kokony, było cudne. Także dlatego, że na tym etapie wszystkie miały już co najmniej dziesięć, dwanaście centymetrów długości i były grube jak parówki. Okazały się jednak równie szybkie i zwinne podczas robienia kokonów, jak wszystkie inne gąsienice. Oprócz typowego w tym momencie życia pobudzenia, można rozpoznać, że zbliża się przepoczwarczenie, gdy ich ciała zaczynają siwieć (widać to zwłaszcza z przodu i z tyłu). Gąsienicom udało się nawet zaskarbić sympatię mojej mamy, którą przyłapałam na siedzeniu nad jedną podczas robienia kokonu i mówieniu: "Biedaku, ale ty się musisz namęczyć".

Co będzie dalej? Szczerze mówiąc, nie wiem. Atki są w kokonach już od paru miesięcy, a ja póki co nie jestem w stanie zapewnić im wyższej temperatury niż 22-23 stopnie. Podejrzewam, że jeśli będą miały wyjść, zrobią to, gdy zacznie być cieplej. Czy wyjdą całe i zdrowe? Poczekamy, zobaczymy. Czasem słyszę szelesty w kokonach.



Garść notatek i zdjęć:

08/28
W ciągu najbliższych dwóch dni powinny dotrzeć moje Attacusy atlasy - lokum na początek już czeka.

08/31  
Wczoraj dotarły Atki. Niestety, na razie są problemy, Atki nie jedzą roślin wymienianych przez hodowców jako żywicielskie - ani brzozy, ani rododendronu. Jeden uszczknął bzu, reszta nadal uparcie jadła stare liście ligustra. Dzisiaj dodałam im parę innych roślin, w tym jedną zerwaną z żywopłotu na ulicy, która wyglądała podobnie do ich ligustra. Ale obawiam się, że nie przeżyją, są liche i niemrawe. 





09/01
JEDZĄ! Atki jedzą!
No dobra, "jedzą" to może zbyt wiele powiedziane. Jeden zrobił małą dziurę w bzie, drugi w jakiejś roślinie podobnej do ligustra zerwanej przed łąką. Ale wydalają, więc chyba jest w porządku. Trawią coś.
Niesłychani indywidualiści, nie dość, że nie lubią obok siebie siedzieć, to jeszcze każdy nadgryzł inną roślinę.
(dopisane później)
Coś skubią i załatwiają się, ale w moim odczuciu wyglądają licho. Są powolne jak na gąsienice. Martwi mnie zwłaszcza jeden, który jest dziwnie zielonkawy od spodu i wykonuje podejrzane ruchy. Czy on umiera, czy chce zrzucać skórę - nie wiem. Mam nadzieję, że nie dopadł go żaden grzyb.

09/02
Odkąd Atki jedzą rośliny znajdowane przeze mnie na Ścieżce Niedźwiedziówek i w żywopłotach na osiedlu (prawdopodobnie to różne gatunki ligustra), przestałam się przejmować ich apatycznością. One chyba po prostu tak mają, są znacznie powolniejsze niż większość gąsienic, które poznałam. 
Jedyne, co z nimi robię poza karmieniem, to niezwykle ostrożne przenoszenie na nowe liście. Zwykle podtykam im pod głowę nowe liście i długo czekam, aż same przejdą. Te stworzenia są bowiem tak delikatne, że lekki dotyk wystarczyłby, by je rozgnieść. 
Dzisiaj zauważyłam, że jeden z Atków znacznie urósł i różni się rozmiarami od rodzeństwa, a jego "kolce" wyglądały na bardziej wymiętoszone, ale nic poza tym nie zdarzyło się.

09/03
Atki siedzą i trochę jedzą. Jeden z nich jest wyraźnie większy niż reszta. Inny z kolei przez cały dzień wisi na ściance przyczepiony nitką i nic nie je.

09/04
Jeden z Atków jest już dwa razy większy od reszty.




09/06
Atki jedzą. Jeden jest bardzo duży. Drugi, choć mniejszy, zaczął go przypominać, gdyż wczoraj zrzucił skórę. Trzeci jest mały, ale intensywnie je. Czwarty chyba jest w trakcie wylinki, bo wygląda na bardzo wymiętoszonego i sterczy mu na "grzbiecie" jakiś dziwny strzęp.





09/20  
Attacusy w czasie mojej choroby dostają bez i z tego, co widzę, konsumują go nawet chętniej niż liście z żywopłotu. Bez jest na podwórku, więc hulaj dusza.
Jeden z attacusów wciąż ma biało-pomarańczowe ubarwienie, drugi coraz bardziej zbliża się do zieleni, a trzeci jest prawie całkiem zielony i długi jak połowa mojego palca wskazującego. Dzisiaj usiadł na wieczku, nie wiem, co on znowu knuje.

09/25  
O matulu, jaką ten Atek robi ogromną kupę! Chyba padnę z wrażenia.

09/29 
Największy attacus wygląda jak mały smok.




10/18 
U Atków jest ciekawie. Najmniejszy od czterech dni ma problem z wylinką, nie umie zrzucić skóry, mimo że ta wygląda coraz gorzej i jest pęknięta. Je i wydala, choć niewiele. Średni od jakichś czterech dni siedzi bez ruchu w jednym miejscu, teraz zaczął wykonywać ruchy, jakby zrzucał skórę. Największy ma się dobrze, zachowuje się jak maszynka do mielenia mięsa - jedzenie przodem wchodzi, tyłem wychodzi. Jest ogromny i gruby, aż goście pytają mnie, czy to naprawdę żywe zwierzę. 




10/23
Najdłuższy attacus zrobił kokon w piątek, drugi rośnie jak na drożdżach, trzeci je i wydala, ale dalej męczy się ze skórą. 




11/02

Przez cały dzisiejszy dzień towarzyszyły mi dziwne dźwięki w moim pokoju, coś pomiędzy szuraniem a skrobaniem. Nie mam pojęcia, co to, pomimo prób ustalenia źródła tego dźwięku. To przyglądam się z niepokojem kokonowi, czy przypadkiem coś innego niż attacus w nim nie siedzi, to znów zastanawiam się, czy nie ma jakiegoś ptaka w kominie. A może to tylko kabel od kompa przesuwa się po biurku i kartki papieru szeleszczą? Albo zaczynam łapać jakąś paranoję.
(dopisane później)
To dźwięki z kokonów.

11/07
"Trochę mi się urosło"...
Ostatni z Atków jest długi na około dziesięć centymetrów. A ja mam zaciesz, bo trudno go utrzymać tak, żeby się nie uczepił ręki - a te "nóżki" ma takie przyczepne, że gdy się przyczepi do skóry, to nie ma zmiłuj się.