sobota, 11 marca 2017

[31] Czy te oczy mogą kłamać?


Zrobiłam internetowy test na rozpoznawanie emocji na podstawie wyrazu oczu i wyszło mi 21 na 36 punktów. Szczerze to się zdziwiłam, w większości przypadków spodziewałam się raczej dobrych odpowiedzi. Typowe dla mnie - często jak jestem w czymś niezła, czuję się w tym beznadziejna, a jak jestem kiepska, to mi się wydaje, że wcale nie jest źle.

Zauważyłam, że dużo trudniej było mi określać na podstawie wyrazu oczu emocje kobiet niż mężczyzn - dłużej się zastanawiałam, częściej wahałam i większość wydawała mi się bardzo, bardzo podobna. To w sumie logiczne, bo od zawsze trudniej mi się z kobietami dogadać i trudniej je zrozumieć (oczywiście nie wszystkie, piszę jednak o większości). Często nie wiem, jakie są intencje rozmawiającej ze mną kobiety - czy jest na mnie zła albo czy śmieje się ze mnie, czy tylko żartuje w przyjacielski sposób. Dodatkowo utrudnia mi sprawę makijaż - im go więcej, tym trudniej mi rozpoznać emocje, o ile nie są wyrażane w bardzo wyrazisty sposób (np. na scenie czy w telenoweli). Mimika i intonacja mężczyzn są dla mnie jakieś łatwiejsze do zrozumienia, rzadko popełniam w ich obecności poważne gafy, podczas gdy z kobietami mam większe kłopoty. 

piątek, 10 marca 2017

[30] Pamiętniki styczniowe


Postanowiłam, że będę systematycznie przenosić niektóre statusy z pewnego portalu społecznościowego na bloga, aby stworzyć coś w rodzaju pamiętnika. Przyznam się bez bicia: zgapiłam ten pomysł od Dagmary. A dlaczego? Ano dlatego, że zdarza mi się wracać do tych wpisów, by poprawić sobie humor, a także dlatego, że czasem piszę o bieżących problemach w kontaktach z ludźmi. Na pierwszy ogień poszedł styczeń.


1.01
Czas spać. A jutro - wracać do domu, niestety... A od jutra - znowu odliczać dni:
DO DŁUGIEGO WEEKENDU - 4 dni robocze i 1 wizyta u stomatologa;
DO FERII ZIMOWYCH U SZCZURA - 9 dni roboczych, ok. 12-14 dni ogółem;
DO WIOSNY (kalendarzowej) - 79 dni;
DO ZMIANY CZASU NA LETNI - 84 dni;
DO WAKACJI - 104 dni robocze.
DOBRANOC, STARY ROKU!

2.01
Nie potrafię robić fajnych zdjęć swoją lustrzanką z obiektywem makro (na taki było mnie stać, Świetlik mówił, że nie tylko do makro się nada). Zastanawiam się, czy w tym roku dokupić inny obiektyw (nie może jednak być drogi), czy powinnam się poddać i kupić jednak jakiś aparat kompaktowy. Nie ogarniam korzystania z lustrzanki. Nie mam wielkich aspiracji w tym zakresie, zawsze robiłam zdjęcia intuicyjnie i było OK, podobały mi się i to mi wystarczało. Te wszystkie ustawienia są dla mnie totalnie nieintuicyjne. Nigdy nie wiem na bieżąco, jak je dobrać, podobnie jak nigdy nie wiem, jak panować nad swoją ekspresją twarzy. Myślałam, że się nauczę, ale czytanie o fotografii nic mi nie daje, nie "czuję" tego.

10.01
Jestem potwornie zmęczona ludźmi. W tym tygodniu w pracy zebranie, nie wiem, jak wytrzymam po pracy dodatkowy kontakt z ludźmi. Pewnie nie będę rozumiała, co mówią, i będę się uśmiechać jak Jaś Fasola. Nie potrafię spać i boli mnie łeb, i bolą mnie dźwięki. Chcę odpocząć od ludzi i prawie nikogo nie widywać.

W dodatku nie mogę się dziś zmobilizować, by odebrać maile. Widziałam, że przyszły nowe, m.in. od korepetytorki, ale czuję totalny opór przed sprawdzaniem poczty. Taką niemoc. Normalnie na starość świetliczeję (takie problemy z mailami miał zawsze Świetlik). Jak to przełamać?
PS Chyba to przez urodziny. Były. Niedawno. I przez to ciągłe odpisywanie ludziom i odbieranie telefonów teraz nie mogę się zmusić, by maila sprawdzić.

11.01
Czytam swoje pamiętniki z lat 2003-2005. Jejku, czego tam nie ma...

12.01
Gdy byłam nastolatką (lat 15 czy 16), czytywałam przez pewien czas harlekiny dla nastolatek. Dlaczego? Nie wiem, chyba po to, żeby się wyzłośliwiać. Poza tym było mi głupio odmawiać bibliotekarce, gdy mi je proponowała, a warto było mieć dobre układy z bibliotekarką, by samodzielnie buszować po wszystkich działach. Zwykle połykałam te harlekinki w godzinę, wyłapując błędy i idiotyczne zdania, a później dodawałam do nich swoje złośliwe komentarze i robiłam coś w rodzaju zestawień. Gdy ostatnio się dokopałam do kilku takich w Czeluściach Dysku, stwierdziłam, że niektóre z nich nadal mnie śmieszą.

13.01
Kwiatek u Szczura padł, biedny... Jeszcze 2 tygodnie temu żył.
PS Uściślając, to nie był de facto kwiatek, a roślina doniczkowa, ale ja tak o nich myślę.

Już mnie zaczynają irytować te wszechobecne memy o San Escobar. Niektóre rzeczy są śmieszne, gdy się je raz usłyszy, ale przestają, gdy wszyscy zaczynają powielać w nieskończoność żarty na dany temat na fejsbuku. Tak było z książkami Deco Morreno, tak jest i teraz. Ludzie, zmieńcie płytę.

14.01
Nadszedł moment, na który od dawna czekałam - przyjechałam do Szczura na ferie!!! Nie muszę iść do pracy!
Niestety, dopadła mnie jakaś infekcja i jestem zasmarkana. Bardzo, bardzo trudno się ze mną przebywa, gdy mam katar, bo staję się wtedy dwa razy bardziej nadwrażliwa na wszystko, a co za tym idzie, dwa razy bardziej upierdliwa. Bolą mnie dźwięki, światło, dotyk ubrań. Boli mnie dotyk wody, więc trudno mi się zagonić do mycia. Zwykle też mam lęki i depresyjne myśli. Generalnie jestem z tych, co umierają na katar, pomimo nieustannego powtarzania sobie racjonalnych myśli.
Szczuru, robimy dzisiaj horkruksa?

15.01
Dzisiaj czuję się gorzej, bolą mnie bardzo łeb i oczy.
Wczoraj przez 5 godzin oglądałam filmy o Harrym Potterze, mimo że nie potrafię i nie lubię oglądać tak długo filmów, bo mi to męczy oczy (mam słaby wzrok, do tego jestem nadwrażliwa na jaskrawe i migające światła), a przy katarze jestem wrażliwa dwa razy bardziej. Po obejrzeniu końcówki 6., a potem 7. części, Szczur wywierał na mnie presję, żeby oglądać ostatnią. Nie chciałam, ale on się wtedy zaczął denerwować, mówić niemiłe rzeczy i podnosić głos. Był zdenerwowany, bo siedzenie w domu i nicnierobienie go dołuje. Proponowałam, żeby on oglądał, a ja sobie w tym czasie poleżę i wystarczy mi posłuchać, ale wtedy dalej się denerwował. Nie chciałam się pokłócić, albo żeby miał meltdown. No i obejrzeliśmy. Oczywiście filmy IMO były fajne, bo uwielbiam świat HP, i to pomimo wycięcia z fabuły wielu ciekawych wątków oraz dokonania znacznych uproszczeń. Emocjonalnie bawiłam się nieźle, mimo że znałam zakończenie, ale przez ostatnich kilkanaście minut już czułam, że ból od oczu rozsadza mi głowę (jest to niewątpliwie subiektywne, ale jestem nadwrażliwa na ból). Zasnęłam się z bólem i obudziłam z bólem. A wystarczyłoby prawdopodobnie podzielić te filmy na dwa dni.
Teraz jest nowy dzień. Szczur poszedł do pracy, a ja mam ferie zimowe i powinnam się dobrze bawić. Ale co mogę robić sama w domi, gdy mnie tak bardzo boli łeb z lewej strony, że nie umiem ani czytać, ani oglądać, ani skupić się na czymkolwiek? Ranią mnie dźwięki i światło jak po wielogodzinnej imprezie. A potem on przyjdzie i będzie sądził, że podczas gdy on ciężko pracował, ja sobie świetnie wypoczęłam, a ja się czuję, jakby mi oko rozsadzało czaszkę.
Bardzo nie lubię takich sytuacji, gdy ja doskonale wiem, co w danym momencie jest dobre dla mnie, ale inni twierdzą, że mam robić co innego. Przez całe życie się to regularnie zdarza. Zazwyczaj kończy się dla mnie tak, jak ja mówię, bo przez tyle lat zdążyłam już poznać swoje potrzeby, ale nie mam wystarczająco dużo energii, żeby się na okrągło opierać innym ludziom. Nie lubię konfliktów, zwykle źle się przez nie czuję psychicznie, więc się wycofuję. Najbardziej nie lubię, gdy inni podnoszą głos, wtedy od razu czuję to takie "niedoczucie" skóry i silną potrzebę drapania się. Oczywiście o wiele częściej są to sytuacje z udziałem NT, głównie mojej mamy. Sytuacja ze Szczurem to raczej wyjątek, ale jak mam w wolnym czasie wybór między meltdownem czy innym wybuchem aspiego albo ciszą, też często wybieram ciszę, kosztem siebie. A potem cierpię.
Ostatnio stresują mnie też ludzie z pracy, którzy usiłują wyciągać mnie na spotkania integracyjne odbywające się wieczorami po pracy albo w weekendy. Nie wiem już, co mam im mówić, bo nieustannie ktoś mnie o to nagabuje, a ja nie jestem w stanie wieczorami ani w weekendy dokładać sobie sytuacji społecznych i negatywnych bodźców. Na takim wyjeździe nawet nie miałabym własnego pokoju, a ja potwornie potrzebuję regeneracji po normalnym tygodniu pracy i ten wolny czas jest dla mnie wszystkim. Potrzebuję ciszy, spokoju i braku ludzi w weekendy, pomijając Szczura i czasem jakąś inną bliską osobę. Nie jestem w stanie słuchać wtedy wrzasków i narażać się na nieprzyjemne bodźce, bo wiem, że oni następnego dnia pójdą do pracy w normalnym stanie ducha, a ja nie dam rady.
Dzień mogę spisać na straty. Nic fajnego już dziś pewnie nie zrobię.

17.01
Postanowiłam zrobić przynajmniej jedno origami na każdy dzień ferii, o ile mi samopoczucie pozwoli. Nie jestem żadnym mistrzem origami, wychodzą mi tylko proste rzeczy, ale niesamowicie mi to pomaga na lęki i depresyjne myśli. Jest jak zastrzyk radości.

Triopsy zdecydowanie tam są, w pojemniku. I chyba odrobinę się wydłużyły, aczkolwiek nadal trudno je dostrzec.

Jej, czy nie ma żadnych preparatów na porost triopsów? Nic nie widać.

18.01

Cholera, w ogóle nie chce mi się spać, a jest trzecia.

Minęły dwa dni, odkąd zauważyłam triopsy, a one nic nie rosną. Najgorsze, że 4-5 dni od wprowadzenia jaj do wody powinno się posprzątać detryt, woda staje się mętna i wyraźnie trzeba, ale triopsów w ogóle nie widać. Nie mam pojęcia, jak sprzątać, by ich nie wyrzucić. 

19.01
YouTube mnie niepomiernie wkurza. Robię origami, oglądając filmik, a tu nagle wyskakuje mi jakiś Pikachu i zasłania ćwierć ekranu. Klikam na bok, żeby go wyłączyć, a strona mnie przenosi zupełnie gdzie indziej! I jak potem ustalić, w którym miejscu origami się było? 

20.01
[ALERT: NIE CZYTAĆ, JEŚLI BOLĄ CIĘ ZĘBY OD NADMIARU SŁODYCZY!]
Szczur zaszalał i kupił mi prawdziwe małe akwarium z termometrem, ogrzewaniem i w ogóle wszystkim oprócz mieszkańców. Uznaję to za prezent urodzinowy.
W dodatku kupił to wszystko sam, a ja nie musiałam nigdzie jeździć i nic załatwiać.
Cudowny Szczur!
Kochany Szczur!

21.01
W piątek zaobserwowałam dwa maleńkie triopsy, które jednak od poprzedniego dnia znacznie urosły. Poruszały się po dnie pojemnika i tuż nad nim, podskakując.
Dzięki sprzętowi zakupionemu przez Szczura udało mi się ustabilizować warunki panujące u triopsów. Po południu wpuściłam kolejną grupę potencjalnych triopsów do akwarium. Temperatura wynosi 26 stopni i nie zmieniła się od wielu godzin, więc wreszcie odetchnęłam z ulgą.

22.01
Po wprowadzeniu w życie rad Marka dotyczących hodowania triopsa jest dużo lepiej. Zaczynam rozumieć, dlaczego bywa on nazywany Mistrzem (Marek, nie triops).
Triopsy przez cały czas mają stałą temperaturę, 26 stopni, zapewnianą przez lampkę. Przed dolaniem wody najpierw ogrzewamy ją obok akwarium i nie wlewamy tak dużo naraz.
W małym pojemniku jest jeden okazały (4 mm?), ogoniasty triops i kilka małych. W akwarium już po jednej dobie od wprowadzenia jajeczek zauważyłam dwa maluchy, teraz (kilka godzin później) jest ich więcej. Jestem wniebowzięta.

3:23... Bezsenność.

23.01
Czuję, że stracę korepetycje z hiszpańskiego, a bardzo je lubiłam. Wszystko przez to, że nie umiem się zmusić, żeby się kontaktować z dziewczyną, która je prowadzi.
Było wszystko OK, dopóki miałyśmy od początku ustaloną tę samą godzinę tego samego dnia każdego tygodnia. Pojawiałam się po prostu na skype i tyle. Zawsze się stresowałam przed wchodzeniem na skype, ale i tak wolę to niż korki twarzą w twarz, gdy pod wpływem czyjegoś wzroku tracę całą inteligencję i dukam coś bez sensu. Ponieważ bardzo lubię hiszpański, a lekcje wymagały skupienia na przysyłanych materiałach, po lekcji zawsze czułam przypływ pozytywnych emocji. Ulubione języki tak na mnie działają, uwielbiam je słyszeć.
W okresie świątecznym miałyśmy przerwę przez parę tygodni. Niestety z powodu święta w Hiszpanii i dni, gdy jeżdżę do Szczura, parę lekcji musiało wypaść. Potem ja napisałam maila, zbierając się do tego parę godzin, by umówić się ponownie. Korepetytorka odpisała z propozycjami godzin, ale ja nie potrafiłam się już ponownie zebrać, żeby odpisać. Wlazłam na skype o podanych godzinach, ale ponieważ nie odpisałam, oczywiście korepetytorki na skype nie było (nie wiem, na co liczyłam, chyba na jakiegoś farta). Teraz musiałabym znowu napisać i powtórzyć całą akcję, ale totalnie nie umiem się do tego zabrać. Czuję wręcz fizyczny opór. Konieczność odpisywania dwa lub więcej razy obcej osobie jest okropna. Mam też telefon, ale to już w ogóle masakra, dzwonić do obcej osoby, w dodatku z Polski do Hiszpanii - no nie dam rady. Dzwonię do biblioteki, czasem daję radę dzwonić do dentysty i do jakiegoś sklepu, jeśli zawsze mówię to samo, te same formułki, ale tutaj odpada.
A tak lubiłam te korki i tak trudno mi było w ogóle napisać, by nawiązać kontakt na początku...

Po drodze wyniknął inny kłopot, z biblioteką.
Jadąc do Szczura, wiedziałam, że mam książki do oddania i że przed wyjazdem nie dam rady ich oddać. Planowałam, że zadzwonię i przedłużę termin wypożyczenia. W zeszłym tygodniu nie potrafiłam się jednak zebrać, by zadzwonić gdziekolwiek coś załatwiać, co dodatkowo wzmocnił problem z pizzą. Myślałam jednak, że mam jeszcze czas do dzisiaj, ale dzisiaj się okazało, że przeliczyłam się co do daty i już mi system nalicza karę. Trzeba było się zmusić w ten pieprzony piątek. Wstyd!
Teraz ojciec będzie musiał podjechać do biblioteki. A wysyłać tatę w miejsce, w którym dotąd nie był, żeby tam rozmawiał, to też kosmos.

24.01
Triopsy przeniesione do akwarium (prawie) pełnego wody, z grzałką (25 stopni), termometrem i lampką. Maluchy od razu zaczęły się gromadzić nad grzałką. Ogoniasty po przebyciu choroby sierocej (pływanie w kółko tam i z powrotem) uspokoił się i zaczął zwiedzać akwarium.
Ja pierwszy raz zażyłam melatoninę. Cel na dziś: zasnąć o 2, a nie o 3 ani o 4. Życzcie mi powodzenia, żeby mi serce nie waliło i żebym już nie miała lęków w nocy, bo poprzednia była koszmarna. Poprzednie trzy w zasadzie. Czułam się, jakbym wróciła do dzieciństwa.
A my ze Szczurem przedyskutowaliśmy ostatnie konflikty i obejrzeliśmy w końcu razem "Krainę lodu". I chyba pierwszy raz od tygodnia jest fajnie.

Właśnie zjadłam najprostszy możliwy obiad: ryż, paluszki rybne, ogórki i pomidor. I był PRZE-PYSZ-NY, dużo bardziej niż wtedy, gdy się staram!

25.01
Wczoraj był fajny dzień. Wydaje mi się, że po melatoninie śpię lepiej niż wcześniej, przynajmniej nie wybudzam się. Załatwiłam parę spraw: kupiłam maści, kupiłam książki, przygotowałam co nieco do pracy, kupiłam bilet, zrobiłam Szczurowi pranie. Zjadłam bardzo prosty i smaczny obiad, byłam na spacerku, czytałam, a po południu pojechaliśmy ze Szczurem odebrać mój nowy komputer. (Komputera, jak każdego nowego sprzętu elektronicznego, innego niż wcześniejszy, póki co się boję i dzisiaj nadal przeglądam net na szczurzym, a nowego nie mam ochoty włączać, ale będę go powoli oswajać). Wysłałam dwie pocztówki z postcrossingu. Wieczorem oglądaliśmy komedię pt. "Ted", która była porąbana, ale i tak wolę oglądać przed snem porąbane komedie niż coś trzymającego w napięciu. Cieszę się, że Szczur nie jest podobny do głównego bohatera. Wczoraj lepiej się dogadywaliśmy niż w ostatnim czasie, było miło. A triopsy mają się dobrze, rosną i dokazują w akwarium.
Dzisiaj ranek był niezbyt udany, Szczur się bardzo stresował przed pracą i źle się czuł, ja nie umiałam się wykaraskać z łóżka. Ale teraz zamierzam mieć miły dzień. Na początek mam ochotę robić zakładki z elementami origami, ale nie mam chyba odpowiedniego papieru. Jedyny, jaki mam, to papier do origami. Zobaczymy, co się z tego da zrobić.

Trzeba dzisiaj jeszcze przygotować co nieco do pracy, a później zastanowić się, czy jest możliwe odebranie szczurów przed weekendem, by móc w sobotę jeszcze razem zwiedzić jakieś nowe miejsce. Te wspólne wyjazdy w nowe miejsca bardzo nam pomagają psychicznie. Ale tego się chyba nie da zrobić bez dzwonienia, a na razie myśl o dzwonieniu gdziekolwiek jest mi niemiła. Muszę zebrać się do kupy.

Z cyklu "Tajemnice szczurzego domostwa":
Dlaczego w szufladzie z ręcznikami kuchennymi jest... SKARPETA?

Z maila od przyjaciela:
Rzucisz okiem na ten tekst? Ty masz ciekawą właściwość - widzisz literówki tam, gdzie ja sprawdzałem i było "dobrze".
"Ciekawa właściwość", ale to brzmi!
Według japońskich legend, jeśli ktoś zrobi tysiąc papierowych żurawi, spełni się jego życzenie. (Swoją drogą, stąd się wziął tytuł książki Kawabaty - "Tysiąc żurawi").
Kiedyś czytałam też wersję, że tysiąc żurawi wykonanych przez jedną osobę i podarowanych drugiej osobie ma dać im wspólne szczęście.
Nie wiem, czy takie z krzywymi dziobami też się liczą, ale chciałabym móc dać Szczurowi tysiąc żurawi. 


26.01
Szczur poszedł wczoraj spać o 20 i spał do rana, więc ja robiłam origami, sprawdzałam tekst przyjaciela, zamawiałam pomoce do pracy, umawiałam się na pocztówkę z Togo i przeglądałam net.
O 1 w nocy Szczur się obudził i powiedział mi, że nie mamy transporterka dla szczurów. Obecnie zastanawiam się nad wyprawą do sklepu i zakupem transporterka (jeśli tego nie zrobię, będziemy mieli mniej wspólnego czasu wieczorem, więc jest motywacja).
Pogoda jest prześliczna, wygrzebałam się z łoża wcześniej niż zwykle.
Niestety, wygląda na to, że kolejna przyjaciółka się na mnie obraziła. Jak zwykle o to samo, czyli brak kontaktu. Przez tydzień nie odpisywałam na wiadomości, nie chciałam rozmawiać przez telefon i nie odsłuchałam wysłanych mi nagrań, co poskutkowało fochem. No nic, nie mam pomysłu, co z tym zrobić. Poczekam, aż minie. Naprawdę nie potrafię ze wszystkimi kontaktować się tak często, jak oni sobie tego życzą.

Takie oto szczurki dostanie jutro Daga!


27.01
Bardzo, bardzo lubię Dagę!!! Jest przemiła!
 
Postanowione: jeśli kiedyś będę się urządzać "na swoim", to będę miała przyprawy w takich ładnych pojemniczkach jak Dagmara!

28.01
Kierunek: Oporów.

Dlaczego w restauracji ludzie drą się i wrzeszczą podczas śmiechu, jakby brakowało im piątej klepki?

Jutro wyjeżdżam od Szczura... Nienawidzę stąd odjeżdżać.
Staram się to na razie hamować, ale jest mi przeraźliwie, przeraźliwie smutno.

Chciałabym chociaż móc się rozpłakać i płakać godzinę czy dwie, aż już nie dam rady. Ale płakać też nie mogę, bo potem będą mnie bardzo bolały głowa i oczy następnego dnia. Nie wiem, co zrobić z tymi emocjami.

29.01
No to czas wracać...



sobota, 4 marca 2017

[29] Muzeum Ognia


Średnio co tydzień, dwa ładuję do małego plecaka wszystkie przedmioty niezbędne mi do przetrwania poza domem (a jest ich sporo - napiszę o tym niebawem), żeby pojechać ze Szczurem na skromną wycieczkę. Bywamy tam, gdzie można doświadczyć kontaktu z przyrodą, zobaczyć coś fajnego lub poszerzyć swoją wiedzę na jakiś temat, a zarazem nie jest zbyt tłoczno i hałaśliwie, ponieważ rozwrzeszczanej gawiedzi oboje nie lubimy. Wybieramy bardzo różne miejsca, zwykle takie, które nie są oddalone od "bazy wypadowej" (czyli domu jednego z nas) o więcej niż dwie godziny jazdy samochodem, a jednocześnie z jakiegoś powodu nas interesują. Zamki, opuszczone okolice, kopalnie, lasy, parki, stawy i inne miejsca zapewniające kontakt z naturą, muzea...

Kiedy więc w lutym zobaczyłam w Internecie reklamę Muzeum Ognia w Żorach, wiedziałam, że musimy tam pojechać. A że Szczur też jest stworzonkiem ciekawym świata, sprawa była przesądzona.

Muzeum Ognia należy do tych nowoczesnych, prawie całkowicie interaktywnych muzeów, których z roku na rok przybywa w naszym kraju. Zwiedzanie angażuje większość zmysłów - na każdym kroku można pobawić się eksponatami, czegoś dotknąć, posłuchać, poszukać. Jeśli ktoś lubi rozwiązywać zagadki, w tym muzeum znajdzie ich bez liku. Co więcej, bilety mają formę testu, który można na bieżąco rozwiązywać, by pod koniec zwiedzania zapytać o swój wynik Żorka - maskotkę miasta Żory. Niestety, płomyk jest dość kapryśny i kilka razy strzelił focha, zanim udało się nam coś z niego wyciągnąć.






Ekspozycja w Muzeum Ognia została podzielona na cztery części: strefę historyczną, strefę żywiołu, strefę duchową oraz strefę naukową. Strefa historyczna pozwala dowiedzieć się, jak rozwijały się relacje pomiędzy ogniem a człowiekiem na przestrzeni wielu tysięcy lat, od prehistorii do czasów współczesnych. Strefa żywiołu jest poświęcona historii pożarnictwa, słynnym pożarom i sposobom walki z ogniem, a w strefie naukowej można poprzez zabawę poszerzyć swoją wiedzę o zjawiskach fizycznych i chemicznych. Za najmniej ciekawą uznałam strefę duchową, skoncentrowaną wokół bóstw ognia i związków frazeologicznych. Pewnie dlatego, że przez pewien czas (w V i VI klasie podstawówki) bardzo interesowały mnie mity i naczytałam się ich sporo, a słownik frazeologiczny dostałam na którąś Gwiazdkę (w IV klasie?) i niemalże nauczyłam się go na pamięć.

O ile Szczur posiada ogromną wiedzę na temat techniki i uwielbia urządzenia techniczne, dla mnie jest to czarna magia. Fizyki uczyłam się głównie na pamięć, zresztą z niektórymi działami miałam niemałe problemy, bo zwykle nie umiałam sobie wyobrazić tego, o czym czytałam. Oglądanie niektórych urządzeń na lekcjach też mi nie pomagało. Brak wyobraźni przestrzennej uniemożliwia mi autentyczne zrozumienie, jak działają urządzenia, a nawet jeśli udaje mi się zrozumieć coś tu i teraz, nie potrafię tej wiedzy uogólnić ani zapamiętać żadnych informacji w 3D. To dlatego ciągle od nowa mam problemy z nauką obsługi aparatów fotograficznych, a jeśli już mowa o urządzeniach, nawet te używane na co dzień czasem nie chcą ze mną współpracować. Nic dziwnego, że muzea poświęcone technice generalnie nie należą do moich ulubionych. W Muzeum Ognia przeżyłam jednak sporo miłych zaskoczeń: zabawa urządzeniami była dla mnie przyjemna, sporo rzeczy rozumiałam (inna sprawa, że już ich nie pamiętam), a silniki - choć mój umysł nadal ich nie ogarnia - uznałam za Considerably Cute, jak mawia Świetlik.



 



Z Muzeum wyniosłam za to niemało interesujących (w moim odczuciu) faktów w formacie 2D, które na pewno zapamiętam. Jak chociażby to, że:
- zanim ludzie nauczyli się rozniecać ogień, musieli najpierw posiąść umiejętność przenoszenia go i podsycania. W jednej z jaskiń podobno przez 3 tysiące lat (!!!) nieustannie podsycano ogień;
-  słynny pożar Londynu zaczął się od... piekarni;
- ogromne pożary lasów w Indonezji trwały kilkadziesiąt dni;
- jedną z pierwszych na świecie kopalni ropy naftowej założył Ignacy Łukasiewicz w miejscowości koło Jasła (pewnie się tam kiedyś wybierzemy, bo zwiedzać ją podobno można do dziś);
- w zamku w Malborku było ogrzewanie podłogowe (tam też trzeba się będzie wybrać);
- Benjamin Franklin wynalazł piorunochron - nie znałam go od tej gorącej strony;
- zapałki zostały wynalezione przez kobiety w oblężonym zamku w Chinach.







Spośród interaktywnych eksponatów najbardziej podobały mi się silniki, lustro, pryzmat i wykonane z różnych materiałów powierzchnie, pozwalające sprawdzić, jak prawdziwa temperatura materiałów ma się do temperatury odczuwanej. Zawsze lubiłam głaskać ściany, meble i inne powierzchnie w otoczeniu.






Podsumowując: warto, warto i jeszcze raz warto było. Ciepło lepsze jest niż chłód, że zacytuję "Tabalugę". A skoro już Ostatni Rosomak jest wyjątkowym przedstawicielem swojego gatunku i woli ciepło od chłodu, powinien chyba wiedzieć, jak postępować z ogniem, by nie podsmażyć sobie ogona.

piątek, 3 marca 2017

[28] Albireo


Czarne koty w pustym mieszkaniu
słuchają, jak trzęsie się ziemia.
Łykają antydepresanty,
choć ponoć nie mają dusz.

Za oknami strugi ludzi
z nosami w twarzoksiążce
zapalają wirtualne znicze
na swoich grobach.

Spóźnione pociągi mkną po torach synaps
zawsze zbyt szybko.

Na stępionych pazurach koty
nieporadnie liczą życia,
których nigdy nie wystarcza,
by zacząć żyć naprawdę.

A i B w głowie Łabędzia
nigdy się nie rozstaną i nigdy nie zetkną.


(luty 2016)

piątek, 17 lutego 2017

[27] Specyficzne zainteresowania (cz. I)


Wczoraj o siódmej rano podjęłam decyzję: zamierzam szczegółowo prześledzić i opisać, jak na przestrzeni lat rozwijały się u mnie specyficzne zainteresowania. Prawdopodobnie zajmie mi to kilka postów.

Od czego by tu zacząć... cóż, najlepiej chyba od początku.


We wczesnym dzieciństwie, zanim jeszcze zaczęłam chodzić do szkoły, interesowałam się w zasadzie tylko i wyłącznie zwierzętami, ze szczególnym uwzględnieniem psów. Zainteresowanie psami opisałam szczegółowo tutaj, więc nie będę się powtarzać; było ono najtrwalsze, najsilniejsze i zarazem najbardziej obsesyjne spośród wszystkich moich przyrodniczych zainteresowań z dzieciństwa, najbardziej też namieszało mi w życiu. Interesowały mnie jednak również inne zwierzęta, właściwie wszystkie zwierzęta jako takie, a zwłaszcza ptaki, owady, ślimaki, żaby, mrówki... wszystkie żywe stworzenia, które dało się zaobserwować w ogrodzie. Zawsze, gdy rodzice mi pozwolili, spędzałam czas na dworze. Potrafiłam godzinami przesiadywać w trawie, obserwując, co robią zwierzęta. Równie wiele czasu zajmowało mi czytanie książek i czasopism o zwierzętach ("Zwierzaki" górą!). W weekendy oglądaliśmy z ojcem filmy dokumentalne. Przez pewien czas interesowałam się też dinozaurami, ale trwało to stosunkowo krótko.

Trzeba przyznać, że w rodzinnym domu miałam idealne warunki do rozwijania przyrodniczych zainteresowań - nie dość, że wychowywałam się na wsi, to jeszcze członkowie mojej rodziny jak jeden mąż czerpali radość z kontaktu z przyrodą i zarażali mnie tym na każdym kroku. Moja mama uwielbiała uprawiać rośliny. Kiedy zobaczyła, że próbuję ją naśladować, ale "przesadzam" rośliny bez korzeni, pokazała mi, co i jak. Jako kilkulatka stworzyłam w swojej piaskownicy mały ogródek, przesadzając rośliny (głównie chwasty) z innych części ogrodu. Było to o wiele bardziej interesujące niż budowanie babek z piasku i po jakimś czasie tata był zmuszony zlikwidować piaskownicę, bo zaroiło się w niej od mrówek. Tata współodczuwał ze wszystkimi żywymi istotami, domagał się wypuszczania obserwowanych na wolność i nieraz denerwował się, gdy nie posłuchałam go i niechcący uśmierciłam żabę czy ślimaka. Od czasu do czasu jeździliśmy we trójkę do lasu lub nad jezioro. Poza tym sadziliśmy, podlewaliśmy, zbieraliśmy owoce, dokarmialiśmy ptaki zimą... Gdy miałam cztery czy pięć lat, rodzice kupili mi żółwia, a kiedy byłam w drugiej klasie, założyli oczko wodne. Mój ukochany kuzyn (tak nawiasem, również nieźle szurnięty) miał bzika na punkcie ptaków i od świtu czaił się w szuwarach, żeby je fotografować. Pożyczał mi atlasy ptaków, dzięki czemu szybko uczyłam się je rozpoznawać, a na wieś przyjeżdżał z lornetką i aparatem. Nigdy nie zapomnę, jak kuzyn przysuwał krzesło do okna, żeby postawić mnie na nim i pokazywać mi ptaki przez lornetkę. Dopiero to wspomnienie uświadamia mi, jak mała byłam, kiedy to wszystko się zaczęło.

Moje przyrodnicze zainteresowania słabły w miarę nauki w szkole podstawowej. O ile nauczycielka z klas I-III była pod wrażeniem mojej wiedzy i potrafiła od czasu do czasu ją wykorzystać, o tyle w IV klasie trafiłam na wybitnie antypatyczną, złośliwą nauczycielkę przyrody. Nie dość, że kobieta ta nie umiała zaciekawić przedmiotem i prowadziła zajęcia w śmiertelnie nudny sposób, bez kontaktu z żywymi stworzeniami, to jeszcze nie znosiła uczniów wypowiadających głośno swoje zdanie. Kilka razy ośmieszyła mnie przed klasą, gdy ośmieliłam się jej sprzeciwić. W V klasie byłam już na dobre skonfliktowana z nauczycielką. Hodowałam jeszcze wtedy ślimaki, ale moja fascynacja przyrodą słabła coraz bardziej, aż w końcu przygasła na ładnych parę lat. 

(Jeżeli zdarzy się, że będzie to czytał jakiś nauczyciel przyrody, mam mu coś ważnego do powiedzenia: Drogi Nauczycielu, BŁAGAM, nie ucz przyrody bez realnego kontaktu z przyrodą! To najgorsze, co możesz zrobić swoim uczniom.) 


Piętra lasu - mój rysunek z dzieciństwa.
 
Na okres pomiędzy wiekiem przedszkolnym a III klasą podstawówki przypadła też pierwsza faza mojego zainteresowania serialami animowanymi. Rzecz jasna, w tamtych czasach miałam dostęp tylko do produkcji dla dzieci. Prawie zawsze miałam jakąś ulubioną kreskówkę, na punkcie której nieco bzikowałam, to znaczy odgrywałam sceny z tej kreskówki podczas zabaw maskotkami, rysowałam bohaterów i denerwowałam się, gdy z przyczyn niezależnych ode mnie nie mogłam obejrzeć kolejnego odcinka. 

Najbardziej lubiłam kreskówki ze studia Hanna-Barbera ("Flinstonowie", "Jetsonowie", "Tom i Jerry", "Miś Yogi", "Scooby-Doo, gdzie jesteś?"), które oglądałam w niedziele z tatą (tak nawiasem, tata bawił się równie dobrze jak ja), te z anglojęzycznego Cartoon Network (m.in. "Animaniacy", "Krowa i Kurczak", "Laboratorium Dextera", "Rodzina Addamsów", "Atomówki") i z bloku "Bajkowe kino", emitowanego przez jakiś czas w TVN-ie około 14:00 ("Trzy małe duszki", "Przygody Bosco", "Mikan - pomarańczowy kot", "Inspektor Gadżet", "Wodnikowe Wzgórze"). Miałam też swoich ulubieńców wśród "Wieczorynek": "Madeline", "Gumisie", "Muminki", "Tabalugę". Rzecz jasna, nie oglądałam tego wszystkiego naraz, zwykle miałam od jednej do trzech ulubionych kreskówek naraz. 

Nie będę się rozpisywać na temat każdej ulubionej kreskówki. Myślę, że wystarczy wspomnieć, że najbardziej bzikowałam na punkcie smoka Tabalugi i psa Scooby-Doo. Podczas oglądania tych dwojga często miałam przyjemne dreszcze z rozemocjonowania. Niedziela, kiedy to emitowano "Tabalugę", była przez pewien (krótki) czas moim ulubionym dniem. Z kolei "Scooby-Doo", choć w gruncie rzeczy bardzo racjonalny, obudził we mnie zamiłowanie do historii o duchach. 

Mama wielokrotnie przewracała oczami, gdy zdarzyło jej się przyłapać tatę oglądającego ze mną "Scooby'ego" czy "Krowę i Kurczaka" na zaśmiewaniu się do łez i rytmicznym wymachiwaniu nogą. Sama nigdy nie miała do tego cierpliwości, większość kreskówek irytowała ją. Próbowała też przekonać tatę, że "Krowa i Kurczak" to bardzo obleśna kreskówka, a my powinniśmy zaprzestać oglądania jej, ale tata się nie dał. 


Tabaluga z koleżanką - mój rysunek.

Poza tym od zawsze miałam duszę szalonego kolekcjonera. W większości przypadków, gdy w moje ręce wpadało coś, co dało się gromadzić, zaczynałam to gromadzić. Dotyczyło to zarówno przedmiotów, wycinków z czasopism, jak i danych

W wieku przedszkolnym byłam właścicielką dwóch szuflad zeszytów - każdy z nich służył do przechowywania wycinków na inny temat. Przykładowo, w jednym z zeszytów gromadziłam kolejne części rubryki "Wielka Czerwona Księga" ze "Zwierzaków", w drugim - publikowane w odcinkach opowiadanie ze "Świerszczyka", w trzecim - zdjęcia szczeniąt, w czwartym - rubrykę "Mowa imion" ze "Świerszczyka", i tak dalej. W przezroczystej teczce przechowywałam gry planszowe z czasopism dla dzieci. Najwięcej znaczyła dla mnie kolekcja figurek z Kinder Niespodzianki.

Jako uczennica klas I-III kolekcjonowałam przede wszystkim figurki psów, wizytówki, materiały na temat Natalii Oreiro i innych aktorów latynoamerykańskich, czasopisma tematyczne ("Przyjaciele z Zielonego Lasu", "Wally zwiedza świat", "Odkryj świat"). W tym okresie rodzice kupili komputer i magnetowid, więc odkryłam także nowe sposoby kolekcjonowania. Na kasety wideo nagrywałam odcinki ulubionych seriali i teleturniejów, a na komputerze tworzyłam całe systemy katalogów i plików do gromadzenia i porządkowania informacji. 

Niektóre kolekcje szybko mi się nudziły, inne byłam zmuszona porzucić ze względu na brak możliwości dalszego kolekcjonowania. Do takich nietrwałych kolekcji należały między innymi: papierki po cukierkach, ulotki z aptek, długopisy, muszle.  

Jednym z moich ulubionych sposobów spędzania wolnego czasu było tworzenie list (rozumianych jako zestawienia danych, koniecznie w porządku alfabetycznym) w zeszytach lub w Wordzie. Z perspektywy czasu oceniam niektóre z nich jako bardzo, bardzo dziwne: lista imion polskich, lista imion hiszpańskich, lista produktów reklamowanych w telewizji (ta szybko mi się znudziła, bo była nie do opanowania), lista seriali animowanych, lista przysłów...

Gdybym natomiast miała wytypować najdziwniejszą kolekcję, byłyby to nagrywane na kasetę VHS filmiki z TVP1, które przez pewien czas pojawiały się pomiędzy reklamami a programami, a przedstawiały logo "Jedynki", animowane w śmieszny sposób. Niektóre z nich można obecnie obejrzeć na YouTube, na przykład jedynkę ze skrzydełkami lub kilka innych zabawnych jedynek (pomiędzy 4:00 a 5:40). Pamiętam, jak starałam się wyłapać prawidłowości w ich emisji i czaiłam się z pilotem do magnetowidu o określonych porach, by je nagrać. Do dziś nie rozumiem, czemu to robiłam. Jakoś tak... ekscytowały mnie i czułam, że powinny się znaleźć wszystkie w jednym miejscu. 


"Wielka Czerwona Księga" - jeden z nielicznych zeszytów z dzieciństwa, które przetrwały do dzisiaj.

I kolejny zeszyt, a w nim przykład alfabetycznej listy.

Pomiędzy drugą a szóstą klasą podstawówki największego fioła miałam na punkcie Natalii Oreiro

Zaczęło się od "Zbuntowanego anioła" - bardzo wtedy popularnej, zabawnej telenoweli argentyńskiej. O dziewiętnastej zasiadałam podekscytowana przed telewizorem, by razem z mamą i babcią obejrzeć kolejny odcinek. Moment kulminacyjny nastąpił pewnego jesiennego dnia, który pamiętam, jakby to było wczoraj: padał rzęsisty deszcz, a ja miałam dziewięć lat i pojechałam na klasową wycieczkę do opery, na "Zaczarowany bal, czyli krasnoludki, krasnoludki". Musical nie zainteresował mnie ani trochę, ale w drodze powrotnej zobaczyłam w szybie kiosku czasopismo "Halo!" z Milagros na okładce. Poprosiłam mamę, by mi je kupiła, i z wypiekami na twarzy przeczytałam długi na półtorej strony wywiad z odtwórczynią roli Milagros. Od tamtego dnia kolekcjonowałam wszystko, co było związane z Natalią Oreiro. 

W każdy poniedziałek w drodze ze szkoły zachodziłam do pobliskiego sklepu wielobranżowego i przeglądałam czasopisma w poszukiwaniu nowych artykułów o Natalii. Ponieważ była w tamtym okresie popularna (telewizja Polsat zaprosiła ją nawet na kilka dni do Polski), pisano o niej często, a ja błagałam rodziców o każde czasopismo, w którym pojawiło się choćby jedno malusieńkie jej zdjęcie. Założyłam segregator, w którym przechowywałam zgromadzone artykuły i wycinki. W tamtych czasach nawet nie marzyłam jeszcze o stałym łączu internetowym, ale raz czy dwa razy w miesiącu, w weekendy, ojciec łaskawie pozwalał mi spędzić trochę czasu w Internecie. Na ogół szukałam wtedy zdjęć Oreiro, które zapisywałam na dysku. Stworzyłam cały system klasyfikacji zdjęć: w jednym folderze znajdowały się tylko fotografie Natalii z brązowymi, kręconymi włosami, w innym z jej naturalnymi czarnymi, i tak dalej... Na mikołajki w 2000 roku dostałam kasetę z piosenkami Natalii. Nietrudno się domyślić, że od tej pory słuchałam ich całymi popołudniami i nauczyłam się ich na pamięć, choć nie rozumiałam języka. Nagrywałam też na kasety wideo fragmenty "Zbuntowanego anioła", telewizyjne wywiady z Natalią i urywki jej teledysków z listy przebojów "30 ton". 

Gdy "Zbuntowany anioł" się skończył, płakałam; w dniu, gdy wyemitowano ostatni odcinek, jak na złość mieliśmy nagłą przerwę w dostawie prądu, ale ciocia nagrała go dla mnie. Koniec emisji serialu nie oznaczał jednak końca mojej fascynacji - trwała ona jeszcze przez ładnych parę lat. Śledziłam życie prywatne Natalii i kolejne seriale, w których zagrała, a piosenki z jej płyt (po debiutanckiej ukazały się jeszcze dwie) były dla mnie najlepszym lekiem na chandrę.

Mój bzik na punkcie Natalii wygasał stopniowo, w miarę jak gasła jej popularność w Polsce, natomiast sympatia do niej nie wygasła nigdy. Minęło już wiele lat, co najmniej dziesięć, odkąd przestałam kolekcjonować jej zdjęcia i artykuły o niej. Nigdy jednak nie wyrzuciłam granatowego segregatora, a jedynie upchnęłam go za książkami tak, by nie rzucał się w oczy. Zdarza mi się, choć bardzo rzadko (średnio raz, dwa razy w roku), sprawdzać w Internecie, co słychać u Natalii, a kiedy w polskich kinach wyświetlano "Anioła śmierci" - film o doktorze Mengele, w którym Oreiro zagrała jedną z głównych ról - pierwszy raz od lat poszłam do kina. Nadal od czasu do czasu słucham jej piosenek, gdy jest mi bardzo smutno lub się boję, choć nie chwalę się tym przed innymi ludźmi. Jest w nich coś, co koi mój wewnętrzny ból, a teksty, które dziś już rozumiem, w prostych słowach mówią o tym, co jest dla mnie ważne przez całe życie, jak na przykład pragnienie bycia sobą. 

(Que digan lo que quieran! - Niech gadają, co chcą!)

Wiele dzieci i nastolatków ma swoich idoli - osoby z grona aktorów, piosenkarzy czy sportowców. Ostatnio zaczęłam zastanawiać się, dlaczego w moim przypadku padło akurat na Natalię Oreiro. Wydaje mi się, że zarówno grane przez nią postaci, jak i ona sama miały w sobie pewną autentyczność, szczerość, która do mnie trafiała. Natalia była chłopczycą jak ja i "dziewczyną z sąsiedztwa", daleką od jakiegokolwiek zblazowania, wypaczenia przez sławę. To, co mówiła w wywiadach, było mi bliskie. Przyciągały mnie do niej też żywa, ekspresyjna mimika i gestykulacja, kolorowy styl ubierania się oraz język hiszpański.


Właśnie od tego artykułu rozpoczęła się moja fascynacja Natalią Oreiro...

Prawdopodobnie to właśnie język hiszpański sprawił, że zasięg mojego szczególnego zainteresowania szybko się rozszerzył i wkrótce interesowałam się już całym Latinowoodem. W czasopismach, w których pisano o Natalii Oreiro, pisano też o innych aktorach i aktorkach latynoamerykańskich, więc siłą rzeczy materiałów miałam mnóstwo. Wycinki, jak to ja, dzieliłam na kategorie i przechowywałam w pudełkach po bombonierkach, ponieważ z okazji pierwszej komunii dostałam ich kilkanaście. Tworzyłam pliki w Wordzie i Excelu, w których organizowałam swoją wiedzę o telenowelach i aktorach. Przykładowo, jeden z najważniejszych plików zawierał alfabetyczny spis aktorów i dane na temat ich filmografii, zgromadzone w następujący sposób:
NAZWISKO IMIĘ
Tytuł A  (imię postaci)
Tytuł B (imię postaci) 
Tytuł C (imię postaci)
Od czasu do czasu pochłaniało mnie rozwiązywanie dziwnych problemów związanych ze przechowywaniem danych, na przykład trzeba było rozstrzygnąć, co zrobić, gdy aktor grał dwie postaci w jednej telenoweli lub tożsamość postaci była niejednoznaczna.

Największą świętością była dla mnie jednak kaseta VHS z kolekcją piosenek otwierających telenowele. Nieraz wstawałam o siódmej rano i czaiłam się z pilotem przed telewizorem tylko po to, żeby nagrać piosenkę z nowej telenoweli. Słuchanie hiszpańskiego od zawsze niezwykle mnie uspokajało i relaksowało.

Nietrudno się domyślić, że rodzice nie byli zachwyceni moimi dziwnymi zainteresowaniami. Szczególnie ojciec - nieraz słyszałam, że wolałby, bym nie marnowała czasu na te głupoty i by pochłaniała mnie jakaś dziedzina z kręgu nauk ścisłych. Ponieważ jednak mama i babcia same nie potrafiły odmówić sobie regularnego oglądania latynoskich tasiemców, niespecjalnie mogły mieć do mnie o to pretensje. Zazwyczaj wybierały (a w tamtych czasach było z czego wybierać - emitowano ich równolegle około ośmiu) taką telenowelę, która nie była brutalna i nie obfitowała w sceny "nie dla dzieci", dzięki czemu ja też mogłam ją oglądać. Tacie, jako przedstawicielowi mniejszości i zarazem człowiekowi o wyjątkowo pacyfistycznej naturze, pozostawało machnąć na to ręką.

Z perspektywy czasu mam świadomość, że zgromadzona przeze mnie w tamtych czasach wiedza o aktorach i aktorkach z telenowel latynoamerykańskich była niezwykła. Gdyby ktoś obudził jedenastoletniego Rosomaka w środku nocy i zadał mu pierwsze lepsze pytanie na temat dorobku któregoś z aktorów, Rosomak najprawdopodobniej odpowiedziałby bez zająknięcia. Choć nauka historii w czwartej klasie przysparzała mi wielu trudności - musiałam czytać teksty z podręcznika na głos, a następnie odpowiadać na pytania mojej mamy, bo sama nie potrafiłam ocenić, które informacje są ważne - dane dotyczące telenowel wsiąkały w mój mózg jak woda w piasek. Więcej: sporą część tych danych, choć nie "odświeżam" ich, pamiętam do dzisiaj, czego nie można powiedzieć o wielu ważnych informacjach ze studiów! 


...a tak wyglądają moje zbiory.

W międzyczasie, w czwartej klasie podstawówki, zafascynowały mnie Pokemony. Zaczęło się jak zwykle niewinnie - któregoś dnia przypadkowo natrafiłam w telewizji na jeden z odcinków. Jeszcze tego samego dnia wertowałam program telewizyjny, szukając tytułu serialu, aby następnego dnia móc obejrzeć go znowu, gdyż fabuła sugerowała, że na jednym odcinku się nie skończy. Moja miłość do Pokemonów różniła się jednak od tej do Natalii Oreiro i latynoskich telenowel - powiedzmy, że był to krótki, burzliwy romans, a nie poważny, stały związek. 

Tym, co najbardziej podobało mi się w serialu "Pokemon", była więź pomiędzy Ashem a Pikachu. Pikachu można zresztą uznać za mojego ulubionego Pokemona (niezbyt to oryginalne). Oddałabym życie za takiego słodkiego przyjaciela, który jednocześnie potrafiłby potraktować jednym czy dwoma piorunami moich szkolnych prześladowców. Oczywiście zachwycały mnie również mnogość i różnorodność "kieszonkowych potworków".

Niestety, gadżety z Pokemonami nie należały do najtańszych, więc moje zainteresowanie nimi sprowadzało się do oglądania serialu, kolorowania kolorowanek oraz zabawy dwoma pokeballami i kilkoma figurkami, które dostałam od rodziny. Namiętnego kolekcjonowania w tym przypadku nie było, bo do jednej z kolorowanek dołączono ogromny plakat przedstawiający sto jeden znanych wówczas Pokemonów, miałam więc wszystkie w jednym miejscu.

Kiedy w mojej szkole zorganizowano bal przebierańców, wzięłam w nim udział w stroju Pikachu, zmajstrowanym przez mamę. Obecnie nie wydaje się to niczym niezwykłym, zwłaszcza odkąd Pokemony w zeszłym roku wróciły do łask, wtedy jednak byłam jedyną fanką Pokemonów w szkole i jedyną dziewczynką, która odważyła się przyjść w tak nietypowym stroju (większość była księżniczkami, królewnami, wróżkami i pszczołami).


c.d.n.

wtorek, 14 lutego 2017

[26] Dlaczego związek ze mną nie jest łatwy


Z powodu walentynek bardzo mnie dziś korciło, by odgrzebać pewien tekst, który napisałam ponad rok temu, gdy byłam rozczarowana swoimi dotychczasowymi doświadczeniami i musiałam coś zrobić z negatywnymi emocjami. Zatytułowałam go wtedy "Dlaczego już nigdy nie chcę być w związku z kimś neurotypowym". Obecnie myślę, że bardziej pasuje do niego tytuł "Dlaczego związek ze mną nie jest łatwy". Postanowiłam też wprowadzić zmiany w samym tekście, ponieważ w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy bardzo dużo się w moim życiu pozmieniało, w tym mój sposób myślenia o niektórych sprawach. 



Dlaczego związek ze mną nie jest łatwy 

Ponieważ jest tego trochę, pozwoliłam sobie wypunktować:

1. W wielu sytuacjach moje potrzeby różnią się od potrzeb większości ludzi w wystarczającym stopniu, by niemożliwe było jednoczesne uszczęśliwienie zarówno mnie, jak i "normalsa".
Przykładowo, nocą z 31 grudnia na 1 stycznia większość ludzi odczuwa potrzebę hucznego świętowania w licznym gronie, niekoniecznie znajomych, ze szczególnym uwzględnieniem tańczenia i picia jak dzika świnia. A ja nie. Mój wymarzony Sylwester to całonocne sam na sam z drugą osobą, z dobrym jedzeniem, małym kieliszkiem wina, rozmowami, filmem lub planszówkami, ochotą na seks i obowiązkowym długim spacerem na okoliczne wzniesienia, gdzie można stać przez godzinę wśród ośnieżonych pól, oglądając fajerwerki nad najbliższymi miastami. And that's all.
Dopisane dzisiaj: Ostatnie dwa Sylwestry spędziłam w gronie aspich i nerdów, m.in. ze Szczurem, Katją i Sysadminem. I bardzo możliwe, że kolejne będą wyglądały podobnie, bo ta formuła wyraźnie się sprawdza. Nadal jednak nie poszłabym na typową imprezę taneczną i nadal uważam, że Sylwester we dwoje byłby naj naj.

2. Konwencjonalne sposoby okazywania uczuć na dłuższą metę odbieram jako nudne.
Jeśli raz na pewien czas dostanę od faceta bombonierkę lub zostanę przez niego zaproszona do eleganckiej restauracji, jest OK. Ale jeśli widujemy się regularnie i on co tydzień przywozi mi identyczną bombonierkę, a co miesiąc chce mnie zabierać do eleganckiej restauracji, po pewnym czasie zaczynam się śmiertelnie nudzić, ubolewając nad jego brakiem inwencji twórczej. I nawet nie mam komu się wyżalić, bo koleżanki mi powiedzą, że przecież każda chciałaby poślubić takiego mężczyznę (WTF?).
Gdybym miała stworzyć listę niekonwencjonalnych sposobów okazania mi uczuć, które ujęły mnie najbardziej, wyglądałaby ona mniej więcej tak:
- W Dzień Kobiet kolega z Internetu, aspi, zagaduje do mnie jako pierwszy na gadu (co zdarzało się bardzo rzadko) i pokazuje mi szablon na bloga, który w tajemnicy dla mnie wykonał. Przepiękny szablon z postacią z mojej ulubionej wówczas mangi, w moim ulubionym kolorze i ogólnie w moim stylu.
- Jestem chora, leżę w łóżku i czuję, że wpadam w dół głęboki jak Rów Mariański, zasypiam na chwilę (ot, taka sobie drzemka), budzę się i... widzę na suficie tęczę. Wyglądającą jak prawdziwa. Mój chłopak pogłówkował i taką zmajstrował. Nie zdradzę, jak!
- W kilka dni po tym, jak powiedziałam chłopakowi, że chcę z nim zerwać, on przyjeżdża do mnie z okazałą, starannie zapakowaną do pudełeczka po obiektywie, larwą narożnicy zbrojówki, którą przypadkowo znalazł. Nie z bukietem róż, nie z zamiarem padania na kolana i błagania o powrót do niego, nie ze łzami w oczach - przeciwnie, o nic nie prosi, nie robi szopki. Tylko podnosi z ziemi i niesie przez czterdzieści minut drogi gąsienicę - on, człowiek, który larw motyli i ogólnie owadów się brzydzi - żeby mi ją dać. Bo wie, jak bardzo fascynują mnie motyle. A później wychodzi, o nic nie prosząc. 
- Dostaję na urodziny zegar z tarczą o odwróconym kierunku ruchu wskazówek.
- Innym razem dostaję na święta własną stronę internetową poświęconą mojemu kolekcjonerskiemu hobby, a na urodziny - garstkę eksponatów do kolekcji, trudnych do zdobycia, znalezionych na portalu aukcyjnym. I jest to prezent, który cieszy mnie o wiele bardziej szczerze niż wszystkie standardowe prezenty otrzymane w tym czasie (aczkolwiek, oczywiście, nie mówię tego nikomu, ponieważ i tak nie zrozumieliby).
Dopisane: Bombonierki, bukiety i eleganckie restauracje to wciąż nie jest to, co Rosomaki lubią najbardziej. I pewnie tak już zostanie, bo czy widział ktoś kiedy rosomaka, który żywiłby się kawiorem?
Związek ze Szczurem zmienił jednak moje podejście do okazywania uczuć, chyba dlatego, że często pomieszkujemy razem przez kilka dni, a czasem też przez dłuższy czas. Zaczęłam przywiązywać większą wagę do wspólnej codzienności i tego, czy druga osoba się stara, żeby ta wspólna codzienność była jak najlepsza. Obecnie, chociaż nie przestałam lubić nietypowych prezentów (zwłaszcza tych związanych z moimi zainteresowaniami), znacznie bardziej doceniam wszystkie drobne sytuacje z kategorii "Życie codzienne", które świadczą o tym, że drugiej osobie zależy. Polubiłam też wspólne wycieczki jako sposób okazywania uczuć. Ale o tym wszystkim pewnie jeszcze kiedyś napiszę.

3. Wkurza mnie odstawianie szopki i deklarowanie Wielkiej Miłości, by kogoś przelecieć.
Nikt mi nie wmówi, że nie ma już na świecie ludzi, którym zależy na autentycznej, trwałej więzi emocjonalnej z drugą osobą, i wcale nie sądzę, by naszemu gatunkowi groziło rychłe wymarcie. Nikt mi też nie wmówi, że osoby, które wolą niezobowiązujące relacje i mówią szczerze o swoich oczekiwaniach, nie wyrządzając nikomu krzywdy, robią coś złego. Jest jednak coś, czego szczerze nienawidzę: kiedy ludzie mają ochotę po prostu się z kimś bzyknąć, ale nie mówią o tym wprost, tylko starannie budują wokół swojego pożądania otoczkę Wielkiej Miłości. Niestety, zjawisko to bardzo często występuje wśród ludzi, niezależnie od płci, wieku, orientacji seksualnej i innych czynników.
Co składa się na przepis na Wielką Miłość? Mniej więcej to, co na komedię romantyczną: robienie prezentów, wspólne wyjścia, bieganie za drugą osobą i koniecznie wyznawanie miłości - im więcej, tym lepiej, jak głoszą poradniki.
Tak się składa, że poznałam panów, którzy mogliby bez wysiłku zagrać w typowej komedii romantycznej albo napisać poradnik wzorowego lowelasa. Panowie ci nie tylko skrupulatnie przestrzegali przepisu na Wielką Miłość, ale robili znacznie więcej niż minimum. Dzwonili do mnie o każdej porze dnia i nocy, wyznawali miłość każdego poranka, komplementowali każdą moją cechę i wznosili się na wyżyny poezji, pisząc SMS-y pełne metafor i innych środków stylistycznych będących zmorą gimnazjalisty. Twierdzili, że nigdy nie spotkali kogoś równie wspaniałego jak ja i będą mnie kochali aż po grób. Ba, planowali nawet ślub i dzieci, po zaledwie kilku miesiącach znajomości!
Żadnego z wspomnianych panów już w moim życiu nie ma. Czy usychają z miłości do mnie po zerwaniu znajomości? He, he, ależ skąd. Znalezienie kolejnej osobniczki, której prawią te same banały,  zajęło każdemu z nich nie więcej niż dwa miesiące. Taka to była Miłość. 
Swoją drogą, mam ogromny szacunek do mojego przyjaciela, który w całym swoim dwudziestokilkuletnim życiu nie użył słów "kocham cię" wobec partnerki, ponieważ jest przekonany, że żadnej z nich nie kochał. Mówi, że dzięki temu jego "kocham cię" nie jest wyświechtane i że zamierza podarować je drugiej osobie, gdy będzie to stuprocentowa prawda. Żeby nie było zbyt romantycznie, jego szczerość nie dotyczy tylko miłości: w zamierzchłych początkach znajomości ze mną pan ów zapytał prosto z mostu, czy pójdę z nim do łóżka. Odmówiłam. Jakkolwiek nietypowo to brzmi, tak się zaczęła jedna z najlepszych przyjaźni w moim życiu.
Dopisane: Czasami - zwłaszcza wtedy, gdy dokucza mi PMS i staję się wybitnie przytulaśna - mam ochotę wyznawać drugiej osobie uczucia. Jest to w pełni szczere. Nie uważam jednak, by teatrzyki jednego aktora, takie jak opisane powyżej, miały cokolwiek wspólnego z prawdziwym uczuciem. 
Naprawdę, kochani neurotypowi i nie tylko, wcale nie trzeba wypowiadać słowa "kocham" tyle razy dziennie, ile razy przeciętny człowiek chadza do toalety. Jeżeli zależy Wam głównie na tym, by pójść do łóżka z osobą z ZA, zapytajcie ją wprost, czy ma na to ochotę. Efekt będzie taki sam, a przynajmniej oszczędzicie tej osobie złudzeń na temat charakteru waszej znajomości.

4. Nienawidzę kłamstw.
Mam kontakt z osobami z ZA od dziewięciu lat i w ciągu tych dziewięciu lat tylko dwa razy okłamała mnie osoba z ZA, wliczając w to byłego partnera, z którym spędziłam naprawdę mnóstwo czasu. Za każdym razem kłamiący przyznał się bez większych ceregieli.
Gdybym miała obliczyć, ile razy przyłapałam na kłamstwie osoby neurotypowe, musiałabym chyba pożyczyć od ojca wypasiony kalkulator geodezyjny. Kłamstwa te dotyczyły spraw najróżniejszego kalibru - a to ktoś rzekomo miał wuja w Argentynie, a to zmyślał na temat swojego życia seksualnego, a to niemalże uśmiercił własnego ojca. Jest jedna zaleta takiego stanu rzeczy: wyjątkowo łatwo przychodzi mi podczas lektury kryminałów Agathy Christie przyjmowanie wstępnego założenia, że każda z postaci może nie mówić prawdy.
Dopisane: W powyższym fragmencie nic nie będę zmieniać, ponieważ zawiera tylko i wyłącznie fakty. Statystycznie rzecz biorąc, spotykani przeze mnie ludzie neurotypowi kłamią dużo częściej niż ludzie ze spektrum.

5. Nienawidzę szantażu emocjonalnego.
A ten - jak wynika z moich obserwacji - ludzie stosują nader często, nie tylko wobec swoich partnerów, ale także rodziny i przyjaciół. Przykładów sytuacji, gdy druga osoba próbowała wymusić na mnie określone zachowanie, manipulując moimi emocjami, mogę wymienić mnóstwo. Począwszy od czasów przedszkola, gdy syn sąsiadów regularnie groził mi, że pójdzie do domu, jeśli nie pożyczę mu danej zabawki, a skończywszy na jednej z najbardziej absurdalnych sytuacji w moim życiu, kiedy to mój były chłopak rozpłakał się, ponieważ nie chciałam się zgodzić na bycie duszoną w łóżku.
Dopisane: Ten fragment zmodyfikowałam najbardziej. Podczas ostatnich ferii Szczur uświadomił mi, że mnie też zdarza się wymuszać coś, czego chcę. Nie jestem z tego zadowolona, pomimo że nie są to tak skrajne sytuacje jak te, które przydarzyły mi się w jednym z poprzednich związków. Na ogół nie jestem tego świadoma na bieżąco, nie robię tego z premedytacją. Niewątpliwie jednak jest to coś, nad czym trzeba pracować. Zwłaszcza że nienawidzę tego u innych.

6. Potrzebuję przestrzeni. Trochę jak na pewnym obrazku z astronautą, podpisanym "I need some space", który widziałam w necie.

Tak, wiem, że nie wszyscy neurotypowi faceci mają potrzebę wywierania wpływu na każdy aspekt życia swojej partnerki. Ale akurat ci neurotypowi faceci, którzy podobali mi się pod względem osobowości i intelektu, byli perwersyjni, a do tego zainteresowani mną jako potencjalną partnerką, taką potrzebę mieli. Upraszczając: jeśli już zakochiwałam się z wzajemnością w neurotypowym facecie, to przy bliższym poznaniu okazywał się on być Nieuleczalnym Dominantem. A ja potrzebuję na co dzień partnera, nie pana i władcy. Kogoś, kto będzie ze mną dzielił swoje życie, a nie obsesyjnie układał scenariusz mojego.
Potrzebuję więc kogoś, kto zrozumie i zaakceptuje między innymi, że czasami potrzebuję pobyć w samotności, że po powrocie do domu muszę odreagować dzień, że nie jestem w pełni zdrowa i sprawna fizycznie, że potrzebuję czasu na swoje pasje, że chcę się czasem uczyć, że potrzebuję czasu spędzanego ze swoją rodziną i znajomymi, w tym znajomymi płci męskiej. Niestety, dla Nieuleczalnego Dominanta jest to nie do przejścia.
Pewnego razu poznałam mężczyznę, który podczas pierwszej rozmowy deklarował, że chce być z niezależną kobietą. Kilka miesięcy później, decydując się na związek, powiedziałam mu szczerze wszystko o sobie i swoich potrzebach, pytając, czy na pewno mnie akceptuje. Powiedział, że tak. Cóż, do dzisiaj nie wiem, co miał na myśli przez "niezależną kobietę", bo czułam się przez następnych kilka miesięcy, jakby facet chciał stłamsić całą moją indywidualność. 
Miałam więc do czynienia z ciągłymi fochami i awanturami. Mój były miał pretensje, że po powrocie z uczelni potrzebuję czasu na naukę angielskiego do certyfikatu (być może dlatego, że przygotowałam się sama w dwa miesiące, podczas gdy on chodził na kurs, ale nie uczył się i zrezygnował z egzaminu? No, ale co miałam zrobić, zmusić go do nauki?), że gadam z przyjaciółką przez Skype, że chcę iść do kina z przyjacielem (notabene, na niszowy film, jakich on nie lubił), że nie chcę się malować i chodzę na co dzień w polarze. Przyłapałam go też na grzebaniu w moim telefonie. Dopiero po rozstaniu uświadomiłam sobie, w jak wielkim napięciu psychicznym żyłam, jak wiele mnie stresowało. Poczułam ulgę.
Dopisane: Ja i Szczur na co dzień potrzebujemy równie dużo przestrzeni. Wydaje mi się, że jest to jeden z elementów układanki, które sprawiają, że tak dobrze rozumiemy siebie nawzajem. Problemy pojawiają się w dni odbiegające od rutyny dnia codziennego - zwłaszcza wtedy, gdy tylko ja mam wolne od pracy, a Szczur nie - ale o tym jeszcze napiszę.

7. Męczy mnie obsesyjna zazdrość.

Właściwie o tym już napisałam, gdyż punkty 5, 6 i 7 są ze sobą powiązane.
Chcę, aby druga osoba mi ufała i nie drżała przy każdej możliwej okazji, że pójdę do łóżka z kimś innym. Bo nie pójdę. Po pierwsze, rachunek prawdopodobieństwa - jestem dziwna, więc bardzo rzadko ktoś, kto mnie fascynuje aż tak, że myślę o nim w tym kontekście, też o mnie fantazjuje. Po drugie, nawet jeśli tak jest, mam bardzo silną wolę i nie zdradzę tylko dlatego, że jestem, dajmy na to, sama w mieszkaniu z kolegą. Serio. Po trzecie, nie piję, nie biorę i jestem świadoma, co robię. Nie mam zamiaru chodzić przez dwadzieścia cztery godziny na dobę w pasie cnoty tylko dlatego, że ktoś naoglądał się filmów porno, w których stada facetów wpadają z wizytą przez okno, by chędożyć żonę, gdy tylko mąż znika z pola widzenia.
Odnośnie zazdrości o postacie fikcyjne (tak, przekonałam się, że taka też istnieje!): nie, to, że mam na kompie tapetę z bohaterem z anime, który ma identyczne włosy jak mój poprzedni facet, nie znaczy, że na obecnego faceta nie mam ochoty.
Odnośnie zazdrości o przeszłość: gdybym lubiła godzinami grzebać w przeszłości, poszłabym na archeologię.

8. Jeśli chodzi o życie seksualne, potrzebuję ogromnie, ogromnie dużo zrozumienia i zaufania do drugiej osoby.

Moja niejednoznaczna ekspresja może, w połączeniu z porąbaną integracją sensoryczną, komplikować życie seksualne, a panowie neurotypowi, których poznałam, niezbyt się takimi rzeczami przejmowali. Uważali, że wydziwiam, nie chcieli czytać o SI (zresztą, niektórzy w ogóle nic nie czytali), nie przestrzegali ustalonych reguł i strzelali fochy. Kilka nieprzyjemnych sytuacji zdarzyło mi się także w związku z osobą z ZA, ponieważ oboje miewaliśmy trudności w odczytywaniu niewerbalnych sygnałów nadawanych przez drugą osobę. 

9. Nieszczególnie marzę o własnych dzieciach. Prawdę mówiąc, w ogóle nie marzę.
A ludzie w moim wieku z reguły mają już wybrane imiona.

10. Podsumowując, w związku z osobą neurotypową czuję się tak, jak kiedyś powiedziała bohaterka anime Hanasaku Iroha:

It's like I'm living in a soap opera.
Związek z osobą z ZA o wiele bardziej się w moim przypadku sprawdza, niż związek z osobą neurotypową. Uogólniać nie zamierzam, inni mają prawo czuć inaczej. Ja jednak mam właśnie tak i jest mi z tym najlepiej na świecie. Czasy, gdy na siłę próbowałam poderwać kogoś spoza spektrum, minęły bezpowrotnie.