piątek, 17 stycznia 2020

[93] Motyle 2019: Ćmy (cz. I)


W zeszłym roku nie miałam szczęścia do rusałek, ale nie można tego powiedzieć o ćmach. Oprócz moich ulubionych znamionówek, hodowałam ponad dziesięć innych gatunków, w tym kilka zupełnie dla mnie nowych. Wiosną okazało się, że zarówno jaja, jak i poczwarki przetrwały zimę. Później w moim domu tradycyjnie zaroiło się od znalezionych gąsienic. Dorosłe ćmy wypuszczałam, czasami próbowałam rozmnożyć.

Jak zwykle, nie wszystkie historie zakończyły się dla motyli happy endem - czasem ostatnie słowo należało do pasożytów. Inne nadal czekają na zakończenie i dopiero wiosną okaże się, czy będzie ono szczęśliwe.


Narożnica zbrojówka

03/18
Dzisiaj ostrożniutko grzebałam w pojemniku, w którym są zakopane w ziemi narożnice, chcąc wyjąć jedną dla Marka. Już myślałam, że nic tam nie ma, gdy znalazłam dwie poczwarki. A oto, jak wyglądają.




Zauważyłam, że poczwarki są ułożone w ziemi nie poziomo, ale przyszłą głową do góry, co wydaje się bardzo logiczne. Zawsze się zastanawiałam, jak ćmy wyłażą z ziemi. Jeśli są pionowo ustawione, to jest im łatwiej.
Bardzo się wzruszyłam, gdy zobaczyłam, że poczwarka delikatnie się porusza. A skoro jedna żyje na pewno, to może żyją i te, których nie widziałam?
Teraz wracają do ziemi.

05/05
Po powrocie z majówki czekała na mnie w domu moja pierwsza wyhodowana narożnica zbrojówka.
Wygląda dokładnie tak, jak na zdjęciach w Internecie - jak kawałek gałązki.
(w nocy)
Chciałam wypuścić narożnicę jutro, żeby jeszcze trochę ją pooglądać i pofocić, ale ona miała inne plany. Okazała się mieć inne zwyczaje niż Safo czy niedźwiedziówki. Jak tylko zgasiłam światło, nagle zaczęła latać i obijać się głośno po całym pojemniku. Wyszłam z łóżka i wypuściłam ją. Kiedy znalazła się na murze po zewnętrznej stronie okna, zaczęła szybciutko trzepotać skrzydłami, a po chwili już jej nie było.
Narożnica po rozłożeniu skrzydeł jest dość duża, aż się zdziwiłam. Do tego na każdym boku odwłoka ma rządek kropek. 

05/25
Dzisiaj kolejna zimująca narożnica obudziła się do życia jako imago i wróciła na wolność. To ta, którą jako jedyną trzymałam osobno, bo chciałam ją podarować Markowi na konfie, ale zachorowałam i nie pojechałam. Wciąż jednak myślę o niej jako o narożnicy Marka. Była tak samo piękna jak poprzednia.
Pozostałych osiem czy siedem narożnic nadal nie wyszło, ale dzisiejszy dzień pokazał, że jest nadzieja. Gdy nie pada, trzymam teraz pudło z nimi na dworze, licząc, że może to je pobudzi do wyjścia, jeśli żyją.





06/01
Dzisiaj w nocy wyszły kolejne dwie narożnice. Przyłapałam je o 7 rano siedzące w taki sposób. Myślę, że każdy się domyśla, co to oznacza.
Ciekawe, czy będą z tego larwy? Nie miałam w planach rozmnażać narożnic, bo przywabić partnera do latającej ćmy raczej nie umiem, a chów wsobny to nie jest dobra rzecz. Ale te ćmy, jak widać, miały ochotę i wybrały za mnie.
Chcąc nie chcąc, i tak byłam zachwycona, bo zobaczyć takiej ćmy w naturze nigdy mi się nie udało, a co dopiero kopulacji.




06/03
Wczoraj zauważyłam, że u narożnic pojawiło się jedno jajo, postanowiłam więc zatrzymać je w pojemniku jeszcze przez jedną noc, żeby samica zniosła pozostałe. W międzyczasie z ziemi wygrzebała się kolejna ćma. Dzisiaj rano znalazłam już całkiem sporo jaj. Wieczorem wypuściłam całą ekipę.






06/13
Wczoraj wyszła z ziemi kolejna (szósta) dorosła narożnica.

06/15
Dziś pojawiła się kolejna, siódma już narożnica. Wypuściliśmy szóstą i siódmą narożnicę w lesie. 

06/23
W czwartek i piątek wyszły z ziemi jeszcze dwie narożnice, wypuściliśmy je w lesie. 


Wieczernica szczawiówka

05/10
Najważniejsza wiadomość dzisiaj jest taka, że kolejna ćma obudziła się po zimie do dorosłego życia: wieczernica szczawiówka. Jutro focenie i wypuszczanie.




05/11
Bohaterką dnia jest dzisiaj wieczernica szczawiówka, którą znalazłam pod koniec zeszłego lata na skraju łąki.
Niestety przedwczoraj zapomniałam zajrzeć do jej pojemnika, więc kiedy wczoraj ją znalazłam, trochę się zaniepokoiłam, czy biedna nie siedziała tam zbyt długo. Jej skrzydła wyglądały jednak jak u "świeżego" motyla.
Dzisiaj poszłam ją wypuścić na łąki pod lasem. Ćma nie chciała przesiąść się na liść, odwracała się w kierunku szmatki. Gdy poczuła wiatr, zaczęła poruszać skrzydłami i niedługo później poleciała sobie. Poruszała skrzydłami w nietypowy, falujący sposób. To było fantastyczne uczucie!




Brudnica nieparka

04/29
W weekend zaczęły wychodzić z jaj brudnice. Myślałam, gdy je znalazłam, że niektóre są martwe, ale dzisiaj jestem pewna, że żyje cała piątka czy szóstka. Na razie daję im tylko liście róży. Pomimo prób obserwacji nie wiem, czy jadły swoje jaja jak Safo - jaja znajdują się pod warstwą "puchu" wytworzonego przez samicę. To bardzo małe stworzonka, mniejsze od główki patyczka higienicznego. Mam nadzieję, że przeżyją.




05/01
Nie piszę codziennie, bo u larw póki co niewiele się zmienia. Brudnice rozwijają się wolniej niż Safo, a ponieważ są maleńkie, niewiele widać.
Bardzo się cieszę, bo najpierw okazało się, że jest ich nie sześć, tylko siedem, a wczoraj wszystkie przeżyły dłuższą podróż samochodem. Dziś są ze mną w Czechach i dostały pierwszy raz coś innego do jedzenia - brzozę zamiast róży.
Niektóre nie chcą jeść, bardzo szybko chodzą po pojemniku. Może będzie wylinka. Samice brudnic rozwijają się dłużej niż samce i przechodzą więcej wylinek.

05/05
Brudnice wróciły z Czech w dobrej formie, są wiecznie głodne i szybkie. Jednak jest ich sześć, a to, co wzięłam za siódmą, było jakąś wylinką.  
Przywiozłam też z Czech dwie włochate larwy z brzozy. Wydaje mi się, że to też brudnice, ale na razie kolorki mają inne i nie udało mi się ich na sto procent rozpoznać.

05/08
Wymieniłam liście brzozy na nowe. Moje brudnice uzyskane z jaj mieszkają w jednym pojemniku z larwami przywiezionymi z Czech, które wyglądają na ten sam lub podobny gatunek. Wszystkie jedzą brzozę.
Dzisiaj znalazłam cztery stare skóry małych brudnic, więc mają za sobą pierwszą wylinkę.
Większa larwa z Czech jest już po wylince od paru dni, mniejsza jest w trakcie.





05/10
U brudnic bez zmian, poza tym, że kolejna z małych larw przeszła wylinkę. Dostają liście co dwa dni, na przemian z Safo.

05/14
Dzisiaj dzień opieki nad brudnicami. Mało zjadły od przedwczoraj, bo były zajęte wylinką. Tuż po wylince są mało ruchliwe, siedzą w jednym miejscu. Znalazłam cztery stare skóry mniejszych gąsienic, a jedna gąsienica jest znacznie większa od reszty i bardzo zmieniła swój wygląd.

05/19
Dostały wczoraj brzozę. Jedna z mniejszych w międzyczasie przeszła wylinkę.

05/20
Brudnice jedzą bardzo dużo i chowają się przede mną na spodzie kawałka kory, który mają w pojemniku.




05/25
Dwie gąsienice są dużo większe od pozostałych, co widać na zdjęciu. Prawdopodobnie są to samice. 




05/31
U brudnic spokojnie, bardzo dużo jedzą. Wylinek nie liczę, bo larwy rozwijają się w różnym tempie.

06/01
Największa z brudnic najprawdopodobniej zabiera się do robienia kokonu. Siedzi pod kawałkiem kory, dookoła niej przyczepione są liście.

06/03
Brudnica, która zrobiła kokon pod korą, jest już w trakcie przepoczwarczenia. Co najmniej dwie spośród reszty bardzo szybko biegają po pojemniku.
 

06/06
Przepoczwarczyła się brudnica, która robiła kokon pod korą. Zastanawiam się nad wyjmowaniem poczwarek brudnic z kokonów, bo rok temu były problemy z wydostaniem się imago z kokonu, przez co ćma miała uszkodzone skrzydło. Z tą decyzją trochę jeszcze poczekam, ponieważ trzy larwy siedzą na wieczku.

06/08
Jedna z brudnic jest tak duża, że postanowiłam sfotografować ją na tle pozostałych.




06/13
Druga larwa zrobiła kokon pomiędzy korą a liśćmi i jest w trakcie przepoczwarczenia. 

06/15
Do brudnic zaglądam raz na dwa dni, wtedy daję im liście, wyrzucam resztki i odchody. Już trzy brudnice są poczwarkami, jedna jest w trakcie, a trzy biegały dookoła w takim tempie, że musiałam poprosić Szczura o pomoc w karmieniu. Jedna z poczwarek jest większa od pozostałych i z niej zapewne będzie samica. 

06/19
Wyhodowałam pierwszego w życiu samca brudnicy. Był mniejszy niż ten, który w zeszłym roku przyleciał do mojej samicy z uszkodzonym skrzydłem. Niestety nie zrobiłam mu żadnego zdjęcia, bo gdy go odkryłam, latał jak szalony po pojemniku - musiało minąć już sporo czasu, odkąd wyszedł. Już wypuszczony.
Zostały tylko dwie larwy, a i one chyba powoli przestają jeść, bo brzozy z przedwczoraj zostało bardzo dużo.

06/23
Mogę już oficjalnie uznać moją tegoroczną przygodę z larwami nieparki za zakończoną. Od dzisiaj koniec z obsesją na punkcie szukania wszędzie brzóz. Mam sześć kokonów i jedną larwę, która zabiera się do przepoczwarczenia. Pozostaje trzymać kciuki, żeby udało się uzyskać samice, rozmnożyć je i zachować ciągłość tej obserwacji w przyszłym roku.

06/26
Ostatnia gąsienica brudnicy jest już w kokonie, w trakcie przepoczwarczenia.
Wczoraj wyszła pierwsza (a zarazem druga kiedykolwiek wyhodowana przeze mnie) samica, duża i piękna. Cały wieczór spędziłam z samicą na dworze, czekając, czy jakiś samiec do niej przyleci. Nie przyleciał. Dziś chyba będzie powtórka z rozrywki.
(wieczorem)
Niestety żaden samiec nie przyleciał.

06/29
Po tym, jak przez dwa dni bezskutecznie siedziałam z samicą na dworze, przedwczoraj zniechęciłam się i zrobiłam sobie od tego przerwę. Wczoraj nastąpił nagły zwrot akcji - z kokonów wyszły dwa piękne samce. W nocy jeden z nich dobrał się do samicy. Gdy zajrzałam do nich, samica składała już jaja przykryte puchem, a samiec wciąż siedział "przytulony" do niej. Samce tego gatunku zostają z samicą, aż nie złoży ona jaj. Następnie odlatują szukać kolejnych partnerek, a samica niestety niedługo później umiera, bo może kopulować tylko raz.
Najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że chowu wsobnego prawie na sto procent nie było. Dwie najstarsze gąsienice brudnicy przywiozłam w maju z Czech, a zatem prawdopodobnie ta rozmnożona samica nie pochodziła od mojej zeszłorocznej brudnicy. W czasie gdy jeden z samców uprawiał seks, drugi siedział sobie zupełnie nie zainteresowany samicą. Podejrzewam, ze to dlatego, że był z nią spokrewniony.
Myślę, że samiec i samica brudnicy siedzące razem to piękny widok. Trzeba mieć trochę szczęścia, żeby móc go oglądać!
Dzisiaj wypuszczę całą trójkę.





07/03
Wczoraj wyszła z kokonu druga w tym roku samica brudnicy, nieco mniejsza od poprzedniej. Trzeba by ją teraz posadzić na drzewie, żeby dać jej szansę przywabienia partnera. 
  
07/06
Samicę zaplemnił kolega z mojej ekipy, zanim się zorientowałam, że wyszedł. Mam nadzieję, że któreś z tej pary również było z Ostrawy. Samiczka złożyła jaja po upływie doby, bezpośrednio obok jaj poprzedniej samiczki, co mnie trochę zdziwiło.




07/08
Dzisiaj wyszła ostatnia brudnica - duża, piękna samica. Mam już sporo jaj, więc od razu wypuściłam ją w ogrodzie. 


 
   
Włochacz naśnieżek

05/19
Znalazłam dzisiaj w lesie miernikowca-gałązkę. Gatunku nawet nie próbuję zgadywać, bo podobnych jest dużo. Kiedyś miałam już podobnego i przepoczwarczył się, ale niestety z poczwarki nie wyszedł. Możliwe, że to ten sam gatunek, co wtedy, bo też żerował na wierzbie.  

05/20
Wczoraj dałam mu osobny pojemnik. Dzięki temu zauważyłam, że ma w zwyczaju robić na liściach oprzędy i przy ich pomocy przyczepiać się. To specyficzne stworzonko, potrafi tak zastygać w bezruchu jak najprawdziwsza gałązka.




05/25
Je i ma się dobrze.

05/27
Miernikowiec-gałązka przeszedł wylinkę. Znalazłam jego starą głowę, jakkolwiek to brzmi, a on sam stoi teraz w ulubionej pozycji, którą nazywam "45 stopni".




05/31
Bez zmian.

06/03
Niestety miernikowiec-gałązka chyba nie żyje. Wczoraj wykonywał takie ruchy, jakby zrzucał skórę lub się przepoczwarczał, ale dzisiaj nie rusza się. Brak jakichkolwiek sygnałów, co mogło pójść nie tak - pasożytów, wydzielin itp. Jadł, załatwiał się. Nic nie zapowiadało problemów. 

06/08
Wczoraj mocno się zdziwiłam, gdy otworzyłam pojemnik z miernikowcem gałązką i znalazłam tam poczwarkę. Jednak przeżył!!! Przepoczwarczył się, a poczwarka poruszała się! Była jeszcze świeża, w połowie zielona, ale do dzisiaj zdążyła zmienić kolor na brązowy.
Mnie tymczasem chyba udało się zidentyfikować tego miernikowca - jeśli dobrze kombinuję, po polsku nazywa się włochacz naśnieżek. Niewiele o nim informacji w Internecie, pomimo że występuje w całym kraju. Najciekawsze jest to, że samice są nielotne, jak samice Safo (znamionówek). Poza tym wyczytałam, że poczwarki spędzają kilka miesięcy pod ziemią, a imago budzą się zimą albo wczesną wiosną następnego roku. Dlatego zamierzam umieścić poczwarkę w pojemniczku z ziemią, żeby miała jak najbardziej naturalne warunki, podobnie jak wcześniej narożnice.
 


 

niedziela, 22 grudnia 2019

[92] Czy autyści to pedanci?


W swoim codziennym życiu już kilka razy zetknęłam się ze stereotypem, że autyści mają obsesję na punkcie porządku. Niektórzy ludzie myślą, że dotyczy to wszystkich i w każdej sytuacji. Zdarzyło mi się nawet usłyszeć (co gorsza, od nauczycielki!): "Ja też mam w sobie coś z autyzmu, bo zawsze układam swoje rzeczy na biurku tak samo i bardzo nie lubię, gdy ktoś je przestawia". Podejrzewam, że takie stereotypy mają swoje źródło w popularnych filmach i serialach, gdzie autyści są przedstawiani w bardzo przejaskrawiony sposób - często jako sawanci z fobią czystości. Patrz: doktor Shaun Murphy.

Jak to jest z tym porządkiem z mojej perspektywy?



Kiedyś

Już jako sześcioletnie dziecko miałam pewnego rodzaju poczucie estetyki. Wiem o tym, ponieważ zachowało się kilka moich zeszytów z okresu przed pójściem do szkoły, w których kolekcjonowałam wycinki z czasopism. W najstarszych zeszytach roi się od koślawych wielkich liter, a wycinki są poprzyklejane niezbyt starannie i całe pofałdowane w wyniku niewprawnego używania kleju. Gdy jednak zauważyłam, że dorośli z mojej rodziny przyklejają kawałki papieru, smarując je klejem tylko na brzegach, zaczęłam ich naśladować.  Można to zauważyć w zeszycie pod tytułem "Czerwona Księga Zwierząt", który zawiera wycinki z czasopisma "Zwierzaki". W pewnym momencie pofałdowane wycinki się kończą, a zaczynają się gładkie i prosto przyklejone. Widać, że gdy tylko poznałam sposoby na to, by moje kolekcje wyglądały bardziej starannie, zaczęłam je stosować.


Jeden z nielicznych zeszytów z moimi dziecięcymi kolekcjami, które przetrwały: "Imiona". Wklejałam tam rubrykę o imionach ze "Świerszczyka".


"Czerwona Księga Zwierząt". Widać, jak stawała się ona coraz bardziej estetyczna.

Kiedy poszłam do szkoły, upodobanie do estetycznych zeszytów rozszerzyło się na zeszyty przedmiotowe. Jako wzrokowiec błyskawicznie zapamiętywałam wszystko, co sama napisałam, a zadbane zeszyty ułatwiały mi to zadanie. Niektóre moje nawyki związane z prowadzeniem zeszytów sięgały jednak znacznie dalej niż wskazówki dorosłych i miały charakter autystycznych rytuałów. Przykładowo, zawsze starałam się, aby odstępy pomiędzy poszczególnymi lekcjami oraz między tematem a treścią notatki miały tyle samo kratek. Data musiała być w tej samej linijce, co numer lekcji. Jeżeli podkreślałam tematy lekcji na kolorowo, to stosowałam określoną kolejność kolorów. Gdy zdarzyła mi się pomyłka, żałowałam, że nie mogę wyrwać kartki. Widząc "błąd", zawsze mimowolnie kierowałam wzrok w jego stronę i czułam dyskomfort.

Począwszy od podstawówki, w podobnie rytualny, uporządkowany sposób układałam swoje przybory w piórniku i pakowałam plecak. Kredki czy pisaki zawsze miały określoną kolejność od lewej do prawej, według kolorów. W danej przegródce plecaka lądowały zwykle te same przedmioty. Myślę, że te pedantyczne rytuały pomagały mi znosić szkołę, gdzie często doświadczałam stresu i lęku. Dawały chwilowe poczucie bezpieczeństwa, kontroli nad małym skrawkiem rzeczywistości.

Jeśli ktoś pomyślałby, sugerując się wyglądem zeszytów lub tornistra, że mój pokój musi być ideałem pokoju dziecinnego, byłby w błędzie. Porządki w moim wykonaniu polegały na przekładaniu bałaganu z jednego miejsca w drugie, bo nie potrafiłam się zmusić do wyrzucenia czegokolwiek. Uwielbiałam niemal każdą swoją rzecz. Z biurka dosłownie wysypywały się czasopisma i domowe zeszyty. Szuflady w komodzie kilka razy zarwały się pod wpływem ciężaru zabawek i czasopism. A ścielenie łóżka, do którego za parę godzin wrócę, uważałam za zupełnie bezsensowne.

W całym tym chaosie najbardziej uporządkowana była zwykle moja biblioteczka. Na punkcie wyglądu własnych książek długo miałam prawdziwego bzika. Rodzice kupowali mi tylko nowe książki o nienagannym wyglądzie, a ja bardzo o nie dbałam. Jeżeli ktoś jakąś pobrudził albo w inny sposób uszkodził, nie lubiłam już jej czytać. Do dziś pamiętam, jak wściekłam się na kumpla, gdy oddał mi "Pana Samochodzika" z ogromnym zagięciem na środku okładki i ze stroną tytułową umorusaną jedzeniem. O książki dbam przez całe życie, ale dopiero w gimnazjum zaczęłam doceniać te używane, z antykwariatów i wymian internetowych.

Wraz z upływem czasu przywiązywałam coraz mniejszą wagę do wyglądu szkolnych zeszytów. W liceum, gdy trzeba było sporo notować samodzielnie, coraz bardziej bazgrałam i nie liczyłam już kratek - ważniejsze stało się to, żeby notatka zawierała potrzebne informacje. Oczywiście we wszystkich segregatorach i pudełkach z moimi kolekcjami (w podstawówce przerzuciłam się z zeszytów na segregatory i pudełka) nadal utrzymywałam pedantyczny ład. Od czwartej klasy wycinałam artykuły z czasopism w inny sposób - otwierałam spinacze, wyjmowałam wybrane kartki i rozcinałam je równiutko na pół. Mniejsze wycinki też musiały być idealnie równe, dlatego używałam linijki. Segregatory z takimi zbiorami cieszyły moje oko tak samo jak nowiutka książka.


Album o latynoamerykańskich aktorach i aktorkach. Dwa takie albumy zostawiłam sobie dwa na pamiątkę, resztę wycinków wyrzuciłam.


Teraz

Zbliżając się do trzydziestki, radzę sobie ze sprzątaniem dużo lepiej niż kiedyś, ale to efekt metod, których wypracowanie zajęło mi lata. Gdy byłam dzieckiem, nikt mnie nie uczył metod organizacji ułatwiających życie osobom ze spektrum, bazujących na percepcji wzrokowej. Zamiast tego dorośli próbowali mnie nauczyć swoich i często mieli do mnie pretensje o bałagan.

Jakie mam sposoby? Przede wszystkim:
1. Wyznaję zasadę, że każdy przedmiot powinien mieć swoje stałe miejsce tam, gdzie się go używa, żeby był pod ręką. Najważniejsze, żeby nie trzeba było specjalnie chodzić po niego do innego pomieszczenia, a później go odnosić. Kiedy człowiek na przykład się spieszy, nie chce mu się tracić czasu na takie chodzenie, więc generuje bałagan - przedmiot zostaje tam, gdzie był używany. Zgodnie z tą zasadą, większość moich kosmetyków powinna być w łazience, a leków - w kuchni, ale zatyczki do uszu, krople do oczu i balsam do ust muszę mieć obok łóżka, co ułatwia przygotowywanie się do snu. Piłka do ćwiczeń ma być tam, gdzie ćwiczę. Ubrania na następny dzień wieszam na krześle w pokoju, gdzie się przebieram. I nieważne, że gościowi się coś nie spodoba albo że na szafkach nocnych influencerek z Instagrama nic nie ma - na mojej ma być i już.
2. Generalne porządki w każdym pokoju, takie z przetrząsaniem i myciem szafek, robię raz w roku. Nie kieruję się tym, że inni sprzątają cały dom na święta. Każdy pokój sprzątam osobno i wtedy, kiedy mi to odpowiada. Mam problemy z układem ruchu, więc każdy pokój muszę rozłożyć na kilka dni. Zazwyczaj swoją sypialnię sprzątam gruntownie w czerwcu, kuchnię jesienią, a szafki w łazience latem. Przed świętami ścieram tylko kurze i odkurzam, podobnie jak przez resztę roku.
3. Staram się odkładać rzeczy na miejsca, które dla nich wyznaczyłam. Często nie do końca mi się to udaje w dni robocze, więc w piątek robię obchód i chowam to, co niepotrzebnie leży na szafkach i stolikach. Takie obchody robię też po okresach złego samopoczucia fizycznego lub psychicznego, gdy przez kilka lub kilkanaście dni nie mam siły myśleć o odkładaniu rzeczy na miejsce, wyrzucaniu pustych opakowań po poczcie i tak dalej.
4. Nawet jeśli robię coś regularnie, i tak zdarza mi się zapomnieć, jak to robić, jeżeli nie mam tego na papierze. Czasami za każdym razem mam te same pytania. Dlatego napisałam sobie instrukcje sprzątania niektórych miejsc, na przykład mycia lodówki albo usuwania kamienia z czajnika, z dokładnym wyszczególnieniem, co robić po kolei. Instrukcję mycia toalety też mam spisaną. Śmieszne, bo inni tak nie robią? Trudno, ja tak robię i w moim przypadku to się sprawdza. Na wypadek gdyby papierowe instrukcje się zgubiły lub zniszczyły, przechowuję je też na serwerze.
5. Lubię pudełka i przechowuję w nich wiele rzeczy. Ponieważ największy problem mam z kontrolą nad swoimi ubraniami i butami (nawet zapominam, jakie mam ubrania i buty), są one posegregowane według kategorii, a pudełka opisane.
6. Rzeczy do prania też segreguję. Skarpety osobno, bielizna osobno... Dzięki temu, gdy przychodzi czas na pranie, wystarczy tylko wysypać zawartość jednego worka, nie trzeba przedzierać się przez cały kosz na pranie.
7. Śmieci segreguję na bieżąco, a jeśli na bieżąco nie chce mi się czegoś wyrzucić, to się nie przejmuję i robię to innego dnia podczas obchodu.
8. Jeżeli nie wiem, jak się do czegoś zabrać, robię listę czynności do wykonania albo pisemnie rozkładam kłopotliwą czynność na mniejsze.

Jeśli chodzi o dom, pedantką z pewnością nie jestem. Ważna jest dla mnie funkcjonalność otoczenia, a nie to, żeby mój pokój wyglądał jak na Pintereście. Przywiązuję większą wagę do kuchni i łazienki, bo wielodniowego brudu w tych miejscach po prostu się brzydzę i boję. Mam jednak swoje słabe punkty, na przykład okruchy na podłodze, bo niemiłosiernie kruszę przy jedzeniu i tych okruchów nie zauważam. Albo laptop - czasem dopiero w słoneczny dzień dostrzegam, ile na nim kurzu... Dużo  też zależy od samopoczucia. Gdy jestem bardzo zmęczona, zostawiam brudne naczynia w zlewie albo rzucam zużyte ubrania gdzie popadnie i idę spać. Podchodzę do tego luzacko - jak nie sprzątnę dziś, to sprzątnę jutro. Mimo wszystkich moich sposobów czasem pojawia się bałagan i wszędzie coś leży, głównie dlatego, że nie mam siły sprzątać, gdy jestem chora lub z innych powodów przez dłuższy czas źle się czuję.  Dzięki tym sposobom nie doprowadzam jednak otoczenia do takiego stanu jak w dzieciństwie. Zawsze przychodzi dzień, gdy samopoczucie się poprawia, a wtedy robię obchód pokojów i nadrabiam zaległości.


Tak wyglądał fragment mojego pokoju po kilku dniach koszmarnego bólu zęba. Reszta pokoju - nie lepiej. Posprzątałam po wyleczeniu zęba.


Jednocześnie, jak w dzieciństwie, mam swoje rytuały, głównie dotyczące wybierania się rano do pracy, chodzenia spać i pakowania się. Nie zmieniło się też to, że rzeczy związane z moimi zainteresowaniami są uporządkowane na maksa. Dotyczy to zwłaszcza kolekcji pocztówek. Gdy hoduję motyle, utrzymywanie u nich higienicznych warunków jest moim priorytetem. Jeśli mam dużo różnych gatunków naraz, zdarza mi się zaniedbać wygląd mojego otoczenia jak podczas choroby, ale motyle zawsze muszą mieć świeże liście i wyrzucone odchody.

Napisałam to wszystko, aby podkreślić, że stereotyp obsesyjnie dbającego o porządek autysty jest błędny. Owszem, takie osoby też się znajdą, ale nie można uogólniać. To, że ktoś szczegółowo przestrzega rytuałów, które są dla niego ważne, albo w precyzyjny i skomplikowany sposób porządkuje swoją kolekcję, nie musi się przekładać na wygląd jego pokoju czy domu. I często nie przekłada się. Wiele osób ze spektrum ma problemy z obowiązkami domowymi, pomimo że na zewnątrz robią wrażenie świetnie funkcjonujących na co dzień dorosłych. Powody mogą być różne - obniżona sprawność manualna, kłopoty z organizacją czasu, silne przywiązanie do ulubionych przedmiotów utrudniające pozbywanie się staroci, depresja, wieloletnie wyręczanie przez rodziców i inne. Osoby takie jak ja potrzebują odmiennych strategii radzenia sobie niż te, które od lat stosują ich rodzice czy słynne blogerki.

Jeżeli bliska Wam osoba gubi się w swoich rzeczach, jak kiedyś ja, pomóżcie jej znaleźć odpowiednie dla niej metody utrzymywania porządku. Wypróbujcie moje, poszukajcie też własnych. Nie naciskajcie, żeby robiła wszystko tak samo jak Wy. Będę szczera: znalezienie odpowiednich strategii dla siebie jest dużo ważniejsze niż to, czy okna będą umyte na Boże Narodzenie.

sobota, 30 listopada 2019

[91] Motyle 2019: Harry i inne rusałki


Ten rok nie był dla mnie zbyt łaskawy, jeśli chodzi o hodowanie rusałek. A może raczej powinnam napisać, że nie był łaskawy dla nich samych. Choć znalazłam gąsienice czterech różnych gatunków, pasożyty pokonały wszystkie pawiki i niemal wszystkie pokrzywniki.

Z drugiej strony, nie mogłam narzekać na brak kratkowców. Poobserwowałam oba pokolenia - wiosną udało mi się wypuścić ponad dwadzieścia motyli, a jesienią hodowałam kolejnych kilkanaście, które będą zimowały jako poczwarki. Udało mi się też wyhodować jednego ceika i jednego pokrzywnika o imieniu Harry. Ale po kolei...


Rusałka pawik i rusałka kratkowiec (I pokolenie)

06/15
Dzisiaj przyjechał Szczur i udaliśmy się do lasu na wielkie poszukiwanie gąsienic. Cele były dwa: niedźwiedziówki i rusałki. Oba zrealizowane!
Na pokrzywach w lesie znaleźliśmy bardzo dużo rusałek różnej wielkości. A w zasadzie Szczur znalazł je wszystkie, bo Szczur był dziś mistrzem w szukaniu rusałek. Złapaliśmy ich chyba ponad trzydzieści, a widzieliśmy jeszcze więcej. Ponieważ są na różnych etapach rozwoju, niektóre bardzo małe, nie umiem stwierdzić, czy są jednego gatunku, czy nie. Jestem pewna, że są wśród nich kratkowce - to na bank.




06/19
Najwięcej energii zabiera mi teraz karmienie rusałek, bo zdejmowanie ich z pokrzyw jest uciążliwe, zwłaszcza że zwijają się w kłębek pod wpływem dotyku. Myślę jednak, że warto, bo rusałki są piękne, a na wolności bardzo często padają ofiarą pasożytów.
Policzyłam rusałki i mam  ich trzydzieści cztery, z czego cztery już od paru dni w postaci poczwarek, a jedna się przygotowuje. Te przepoczwarczone to kratkowce. O reszcie trudno coś powiedzieć na razie, bo są bardzo małe. Kilka na pewno należy do jednego gatunku, ponieważ lubią przesiadywać razem.




06/23
W piątek do moich trzydziestu czterech rusałek dołożyliśmy jeszcze kilka znalezionych w lesie pawików i dwa kratkowce. Większość kratkowców dziś jest już poczwarkami. Pawiki siedzą na ściankach z dala od liści, ale nie wydaje mi się, żeby miały się już przepoczwarczać, bo są za małe.
Nadal nie wiem, jakiego gatunku są najmniejsze rusałki znalezione tydzień temu - przeszły wylinkę, ale po niej są wciąż całe czarne. Mam też jedną większą rusałkę, której tożsamości nie jestem pewna, bo nigdy wcześniej takiej nie miałam. Możliwe, że to osetnik.
Trzy rusałki zmarły w ciągu minionego tygodnia z niewyjaśnionych przyczyn. Gdy przyjrzałam się jednej z nich z bliska, wyglądała dziwnie oślizgle, więc musiało je coś zaatakować. To na pewno nie moja wina, bo dbam o higienę w pojemniku - codziennie wyrzucam odchody i stare liście, wymieniam papier.

06/26
Wczoraj w nocy z jednej gąsienicy pawika wypadł pasożyt. Rano zastałam go już w stadium poczwarki. Zachowałam go, chcąc zobaczyć, co to za stworzenie.
Dziś niestety padły kolejne dwa pawiki. Gdy przestały się poruszać, schudły i stały się oślizgłe, więc sądzę, że wszystkim dolega to samo, może po prostu nie wszystkie pasożyty przeżyły. Niestety pawików nie zostało dużo i nawet na te, które są, nie robię sobie specjalnej nadziei.
Kratkowce chyba mają się dobrze, dzisiaj pojawił się pierwszy motylek i od razu uciekł mi w pokoju. Jest mniejszy niż moje kratkowce sprzed roku, ale zdrowy i sprawny.
Ponad dwadzieścia larw nadal je. 



 


06/29
Wczoraj i dzisiaj wypuściłam po jednym dorosłym kratkowcu. Je już tylko kilka gąsienic, większość włożonej im pokrzywy muszę wyjmować.

07/03
Niestety hodowanie pawików w tym roku zakończyło się klęską. Nie przeżył ani jeden. Dwa dni temu z ostatnich dwóch wypełzły pasożyty.
Wczoraj jeszcze jedna gąsienica żerowała, ale dzisiaj i ona siedzi na wieczku gotowa do przepoczwarczenia. Pozostałe rusałki są już poczwarkami, wśród których prawdopodobnie przeważają kratkowce. Ile z nich przeżyje? Nie wiadomo. Dzisiaj jednak pojawił się pozytywny akcent, wyszedł kratkowiec.

07/06
Przedwczoraj pojawiły się dwa kratkowce, dzisiaj kolejne dwa.





07/08
Wczoraj w nocy przyszły na świat kolejne cztery dorosłe kratkowce. Ponieważ przez większość dnia padało, postanowiłam wstrzymać się z wypuszczaniem. Dzisiaj przeraziłam się nie na żarty, gdy zobaczyłam, że jest ich więcej, a trzy leżą na boku. W pierwszej chwili pomyślałam, że umarły z powodu tłoku w małym pojemniku, choć przecież zdarzało mi się mieć ich kilkadziesiąt naraz w terrarium. Okazało się jednak, że wszystko z nimi w porządku. Jeden zwiał mi w pokoju, więc wypuściłam go z balkonu. Pozostałe zabrałam do ogrodu społecznościowego, było ich siedem. Niektóre spieszyły się do odlotu, inne pozwoliły się posadzić na kwiatach.
Zastanawiam się, co zrobić z dwoma poczwarkami, które zostały niestety zrobione na ziemi. Z jednej takiej wyszedł zdeformowany motyl i od razu umarł. Dwa mam jeszcze chyba szanse uratować, przez ich poczwarki prześwitują kolory skrzydeł. Poczwarki te powinny wisieć. Nie wiem jednak, jak przymocować tak malutką poczwarkę, aby stabilnie wisiała, gdy motyl będzie wychodził. 




07/09
Mam kolejne trzy wyhodowane rusałki. Jedna wyszła - całkowicie sprawna! - z leżącej poczwarki, której ostatecznie nie udało się bezpiecznie zawiesić, choć próbowałam na kilka sposobów. Niestety dziś przez większość dnia padało, bałam się wypuścić tak "świeże" motyle. Oby jutro było ładniej, nieprzyjemnie mi patrzeć na nie siedzące w pojemniku.
(w nocy)
Rusałki nie latają, bo w pokoju jest ciemno. Mimo to zobaczyłam, że jedna leży na boku. Dałam im kawałki owoców, postawiłam na nich motyle, a one natychmiast zaczęły wysuwać trąbki.
 

07/11
Wczoraj wypuściłam trzy nocujące rusałki. Wcześniej zdążyły mi jeszcze zafundować akcję poszukiwawczą w pokoju, bo zwiały.
W nocy pojawił się kolejny kratkowiec - drugi spośród tej dwójki, które przepoczwarczyły się na dnie pojemnika zamiast na górze, jak to rusałki powinny. Byłam nieźle zaskoczona, gdy rano zauważyłam pustą poczwarkę. Zostawiłam ją na biurku, żeby w razie kłopotów z wychodzeniem próbować mu pomóc. Po motylu nie było śladu! Chodziłam po pokojach, ale jego nigdzie nie było! Odnalazł się dopiero... na zużytej skarpecie, bynajmniej nie pachnącej kwiatami ani owocami. Dziwne upodobanie jak na motyla, prawda? 
 


 

Rusałka pokrzywnik

08/01
Mam sześć gąsienic znalezionych na pokrzywie, prawdopodobnie rusałki pokrzywnika. Przeszły jedną wylinkę, niestety dzisiaj zaobserwowałam, że dwie z nich, leżąc, wyginały się dookoła własnej osi. Takie zachowanie w czerwcu zapowiadało pasożyty u moich pawików, dlatego te larwy źle rokują. Pasożyt u jednej czy dwóch larw rusałki zwykle oznacza takie same pasożyty u pozostałych z tej samej rośliny.




08/05
Niestety moje przewidywania się sprawdziły i po tym, jak zastałam dwie larwy rusałki wyginające się konwulsyjnie, większość z nich padła. Codziennie zastawałam jedną lub dwie sztywne w ten sam charakterystyczny sposób. Bardzo chciałabym wiedzieć, jak się nazywa to, co je zabija. Wiem póki co tyle, że jeśli jedna larwa spośród rodzeństwa na to umiera, to umrą wszystkie lub prawie wszystkie. I że larwy kupione z hodowli na to nie umierają, tylko te wyklute z jaj na wolności.
Tylko jedna z larw nadal żyje, jest bardzo duża i długa. Staram się nie robić sobie zbyt wielkich nadziei, ale strasznie chciałabym, żeby ta wojowniczka przeżyła. Czy są szanse - nie wiadomo.
 



 

08/08
Jedna jedyna larwa rusałki, która uchowała się, podczas gdy pięcioro jej rodzeństwa umarło, przepoczwarczyła się przedwczoraj.
Larwa długo wisiała w pozycji "do przepoczwarczenia" - od pierwszej w nocy do około trzynastej następnego dnia. Zdążyłam się już zmartwić, że moja radość była przedwczesna. W końcu przyłapałam ją na charakterystycznych ruchach poprzedzających moment kulminacyjny i udało mi się nawet nagrać, jak zaczyna zmieniać się w poczwarkę, począwszy od głowy. Nagranie jest słabej jakości, nie chciałam podnosić pojemnika, żeby gąsienicy nie przeszkodzić. Z tego samego powodu nie wyjęłam starych liści, dopóki nie byłam pewna, że skończyła. Bardzo mi zależało na tej gąsienicy.
Wojowniczka, która uciekła śmierci - za parę dni się przekonamy, czy skutecznie.

08/09
Tak wygląda poczwarka małej wojowniczki.




08/14
Jak w "Harrym Potterze" - oto Ten, Który Przeżył. Albo Ta, Która Przeżyła, bo nie umiem rozpoznawać płci rusałek. Tak czy siak, motyl uciekł śmierci, która zabrała piątkę jego rodzeństwa, i będę nazywać go Harry.
Mam nadzieję, że uda mi się zrobić Harry'emu jakieś zdjęcie z rozłożonymi skrzydłami. Na razie siedzi i się suszy.
(później)
Harry jest tak ruchliwy, że trudno mu zrobić zdjęcie.





Rusałka ceik i rusałka kratkowiec (II pokolenie)

08/31
Dzisiejsze poszukiwania rusałek w lesie zakończyły się sukcesem. Razem ze Szczurem oglądaliśmy pokrzywy, ile wlezie. Znaleźliśmy:
- dwa spore kratkowce,
- siedemnaście małych larw, prawdopodobnie kratkowców,
- jedną dużą larwę, która wygląda na ceika.
Małe larwy siedziały razem na spodzie jednego liścia. Znaleźliśmy je dzięki jednej jedynej, która była po górnej stronie liścia.
Wróciliśmy pogryzieni przez komary i poparzeni przez pokrzywy.





09/03
Duża, biała larwa rusałki, która już w momencie znalezienia była pobudzona, wczoraj cały dzień wisiała na wieczku. Dzisiaj przepoczwarczyła się. Wiem już, że to ceik.
Duże kratkowce chyba też myślą o przepoczwarczeniu. Jeden siedzi na wieczku, a drugiego znalazłam zwiniętego w kłębek na ziemi, jakby spadł. Delikatnie powiesiłam go na gałązce pokrzywy. Chwycił ją.
Pozostałe rusałki wczoraj zrzuciły skórę. Od tego czasu żerują rozproszone, bo wcześniej siedziały zawsze blisko siebie.

09/09
Wróciłam ze szkolenia i zastałam małe larwy w dobrym stanie. Tata dorzucił im pokrzywy, więc znowu zrzuciły skórę i urosły. Widać już, że to kratkowce. Niestety jeden osobnik na etapie poczwarki został niechcący zgnieciony, gdy tata zamykał pojemnik. Żal mi go, ale cieszę się, że reszta dała radę.
Dzisiaj dwie larwy siedzą na górze na materiale, ale na razie nic się nie dzieje.




09/11
Rusałki nadal jedzą. Wczoraj włożyłam im za dużo pokrzywy, więc dziś sporo musiałam wyrzucić. Ale przynajmniej wiem, ile są w stanie zjeść. Dzisiaj też wyposażyłam je obficie, na wypadek, gdybym jutro nie dała rady, bo spodziewam się długiego pobytu w pracy.

09/14
Przedwczoraj wyszedł z poczwarki ceik - drugi w życiu wyhodowany przeze mnie. Biaława gąsienica zmieniła się w pięknego, postrzępionego motyla. Przez dwa dni przetrzymałam ceika w domu, karmiąc go owocami, żeby Szczur miał szansę go poznać. Dzisiaj razem wypuściliśmy motyla. Nie mam lepszego zdjęcia, bo ceik bardzo już chciał odlecieć. W sumie nie dziwię mu się.




Kratkowce już prawie wszystkie przepoczwarczone. Pozostał jeden wiszący w pozycji do przepoczwarczenia. Czekam, aż i on będzie gotowy, żeby posprzątać ostatni posiłek larw i odchody.

09/16
Wszystkie kratkowce przepoczwarczyły się. Posprzątałam resztki liści i ostatnie odchody, teraz pozostaje czekać do wiosny. Jedna poczwarka leżała na dnie pojemnika, ale myślę, że i temu motylowi może się udać, jak wiosną.
   

sobota, 23 listopada 2019

[90] Szaleństwo


Nieco ponad cztery lata temu, w piątek 6 listopada, wybrałam się w podróż pociągiem do stolicy. Z tej podróży nic nie pamiętam. Najwyraźniej byłam tak przejęta tym, co zamierzałam zrobić, że nie kodowałam teraźniejszości.



Kilka dni po powrocie napisałam w swoim ówczesnym internetowym pamiętniku:

Czegoś takiego się nie spodziewałam. Nigdy bym się nie spodziewała, że będę się czuć aż tak swobodnie i komfortowo w towarzystwie osoby, którą pierwszy raz widzę w realu, na cudzym terenie i w momencie życia, w którym żyję w ciągłym napięciu, wszyscy przedstawiciele ludzkiego gatunku mnie denerwują i niemal z nikim się nie dogaduję. Przez cały dzień.

Po drodze zdarzyło się kilka sytuacji potencjalnie stresogennych, a jakimś cudem prawie tego nie odczułam. Raczej uświadamiałam sobie, że tu i teraz mogę zareagować stresem, bo zwykle reaguję, i przygotowywałam się mentalnie na stres. Ale stres nie nadchodził.

Jeśli dobrze pamiętam, w pewnej absolutnie nierealistycznej, absurdalnej i marysuistycznej książeczce L. M. Montgomery był wątek faceta, który w tajemnicy przed własną żoną i resztą świata tworzy cudowne lekarstwa w pokoju, do którego nikomu oprócz niego nie wolno wchodzić. Mogłabym się zastanawiać, czy Szczur w tajemnicy przed całym światem komponuje jakieś specyfiki w swojej Narnii, a następnie przyprawia nimi posiłki gości, by na czas pobytu zapominali o wszystkich zmartwieniach. Ale Szczur nie przygotowywał dla mnie posiłków, więc to raczej należy wykluczyć.

Czy naprawdę trzeba wyjechać tyle kilometrów od domu, żeby wreszcie odczuć, że ktoś rozumie i bierze pod uwagę moje emocje? Ludzi dookoła jest tylu. Dlaczego oni wszyscy tego nie potrafią, nawet nie próbują? Dlaczego mogę im tłumaczyć niektóre rzeczy na swój temat pięćset razy, a oni postępują dokładnie odwrotnie niż proszę, skoro osoba widziana pierwszy raz w życiu robi automatycznie rzeczy, które mi pomagają? I prawdopodobnie co najmniej czasami nawet sobie tego nie uświadamia.

Mam nadzieję, że będę mogła i umiała odwdzięczyć się tym samym.

Po powrocie do domu zajrzałam na fejsika i dowiedziałam się między innymi, że dziewczyna, która studiowała na moim wydziale, znowu pomieszkuje w hotelu Marriott, tym razem w Budapeszcie. Sądzę, że w opuszczonych budynkach jest przyjemniej niż w Marriottach. I przyjemniej jest widzieć przelot kilkudziesięciu ptaków nad osiedlem, liście przepędzane przez wiatr ze wzniesienia czy zachęcająco czarne korytarze, niż fotografować się ze śniadaniem. Dwudniowa przerwa od fejsika, skrzynki mailowej i w ogóle od ludzi też nie jest złą rzeczą. Ale to moje zdanie.

Amon, mój internetowy przyjaciel z lat gimnazjalnych, napisał kiedyś, gdy depresja dawała mu się szczególnie mocno we znaki, że dobre sny są tylko po to, by potęgować siłę koszmarów. Tu i teraz myślę, że może jest, albo przynajmniej bywa, odwrotnie. Muszę jednak to sobie zapisać, zanim zmienię zdanie.



A co się wydarzyło pomiędzy?

Zrobiłam jedną z najbardziej szalonych i nieodpowiedzialnych rzeczy w moim życiu. Taką, którą zapewne odradzałabym komuś innemu, gdyby zwierzył mi się ze swoich planów. Spędziłam prawie dwa dni u człowieka poznanego wiosną przez Internet, który zaprosił mnie na urbex, w tajemnicy przed wszystkimi. W dodatku nakłamałam, aż z uszu mi dymiło, choć nie kłamię prawie nigdy. Rodzicom i chłopakowi powiedziałam, że jadę do koleżanki. Przyjaciołom - choć mam w zwyczaju zawsze informować jedno z nich, gdy pierwszy raz spotykam się z kimś w realu - nie powiedziałam nic. Chciałam przynajmniej raz mieć spokój od tego, co myślą inni.

Z internetowym znajomym, do którego pojechałam, łączyły mnie relacje czysto koleżeńskie. Jego niedawno rzuciła dziewczyna, ja byłam w kilkuletnim związku, który coraz bardziej się sypał, ale wciąż jeszcze miałam nadzieję na szczęśliwe zakończenie. Zaproszenie przyjęłam głównie dlatego, że rozpaczliwie chciałam choć na chwilę zapomnieć o codzienności. W żadnej sferze mi się nie układało - miałam problemy zdrowotne, ze związkiem nie było dobrze, w mojej pierwszej poważniejszej pracy spotkałam się z mobbingiem i nie potrafiłam się odnaleźć. Psychicznie byłam w rozsypce. Znajomy często ze mną rozmawiał i czułam, że jest między nami jakaś nić wzajemnego zrozumienia, chociaż dzielą nas kilometry.

Pamiętam, jak siedziałam w jego długim czarnym samochodzie, spięta i zmęczona podróżą. Rozmawiałam z trudem, sens każdego zdania docierał do mnie tylko na chwilę. O czym rozmawialiśmy, już nie pamiętam. Wiem, że zastanowiłam się, zerkając w lewo, czy on mógłby mi się podobać jako partner. Doszłam do wniosku, że nie, bo nie jest zupełnie w moim typie i wygląda na dużo starszego. Nigdy nie pociągali mnie faceci z brodą lub wąsami, kojarzyli mi się z tatą.

To, co się stało później, nie przypominało żadnej znanej mi historii. Nie, nie poszliśmy do łóżka ani nic w tym stylu. Większość weekendu zleciała nam na rozmawianiu. W sobotę pojechaliśmy szukać opuszczonego domu pod lasem, przedarliśmy się przez dzikie chaszcze i zrobiliśmy amatorską sesję zdjęciową. Nie pamiętam, co jedliśmy, zupełnie jakbyśmy się najedli rozmowami. Z godziny na godzinę czułam się coraz bardziej swobodnie, jakbym znała go od zawsze. Pomimo bycia w obcym miejscu niczego się nie bałam, co było niezwykłe, jeśli brać pod uwagę, jaki to był okres w moim życiu. Trochę też wydawało mi się, że śnię.

Wróciłam do domu jakaś inna, silniejsza psychicznie. Z poczuciem, że jest ktoś, kto mnie rozumie. I ze świadomością, że podobne historie czasem kończą się w kronikach kryminalnych - dlatego nadal nie powiedziałam nikomu prawdy.

Parę miesięcy później już byliśmy razem.

Jeśli ktoś będzie Wam próbował wmówić, że zawsze i wszędzie należy kierować się rozumem - nie słuchajcie.




niedziela, 3 listopada 2019

[89] 10 powodów, dla których lubię jesień


W moim prywatnym rankingu pór roku jesień zajmuje ostatnią pozycję. Mimo to, a może właśnie dlatego, postanowiłam zastanowić się, co w niej lubię. I takich rzeczy naliczyłam dziesięć.


1. Opowieści z dreszczykiem
Jesień to najlepszy czas do słuchania, czytania i oglądania historii z dreszczykiem. W długie, ciemne wieczory, zwłaszcza listopadowe, takie historie smakują zupełnie inaczej niż przez resztę roku. Bardzo chętnie sięgam wtedy po zbiory mitów i podań z różnych kultur, powieści detektywistyczne, anime o yokai, a czasem nawet przerażające historie oparte na faktach. 
Nie zdecydowałam jeszcze, które anime chcę obejrzeć tej jesieni, za to mam kilka przygotowanych lektur, w tym "Mitologię słowiańską" i "Mitologię nordycką".

2. Spacery po lasach pełnych grzybów
Nie znam się na grzybach, rozpoznaję tylko kilka gatunków, więc raczej ich nie zbieram. Nie przeszkadza mi to jednak polować na nie z aparatem. Moim zdaniem, najbardziej fotogeniczne są kanie i muchomory czerwone.

3. Polne i leśne krajobrazy
W ponure, deszczowe dni, gdy nie czuję się najlepiej, nie potrafię się jesienią zachwycać. Na szczęście nie wszystkie takie są. Kiedy tylko wychodzi słońce, w drodze do pracy podziwiam piękne krajobrazy - mgły unoszące się nad polami, kolorowe lasy. W tym roku wrzesień i październik były pod tym względem bardzo łaskawe.

4. Rozświetlone cmentarze
Od dziecka lubię je odwiedzać. Nie interesuję się nimi aż tak bardzo jak nasza kumpela Katja, dla której chyba każda podróż jest okazją do zwiedzenia jakiegoś ciekawego cmentarza, ale mnie też spacer pomiędzy grobami nie nastraja negatywnie. Przeciwnie, lubię myśleć o przeszłości, zastanawiać się, kim byli i jak żyli pochowani w danym miejscu ludzie. Najbardziej podobają mi się stare, żydowskie cmentarze oraz te pełne drzew. Jesienią łatwiej namówić bliskich na taki spacer, a w okolicach Zaduszek cmentarze wyglądają pięknie, szczególnie po zmroku.

5. Kasztany
Kto nie lubi kasztanów? Są po prostu kawaii. Ja, gdy tylko zaczynają spadać, napełniam sobie nimi kieszenie, robiąc miejscowym dzieciakom konkurencję.

6. Dynie
Gdybym miała wybrać jeden smak, który kojarzy mi się z jesienią, wahałabym się pomiędzy grzybami a dynią.
Na dłuuugo zanim dowiedziałam się o istnieniu Halloween, moja mama nastraszyła tatę wracającego późnym wieczorem z delegacji lampionem z dyni. Do dziś nie wiem, czy tata przestraszył się naprawdę, czy tylko udawał, żeby sprawić radochę dziecku.
Mama opowiadała mi, że gdy była dzieckiem, w jej rodzinnym domu robiono takie lampiony każdej jesieni, bez przypisywania im jakiejkolwiek symboliki. Ot, dynie się uprawiało i jadło, to czemu by przy okazji nie pobawić się z dziećmi. Gdy poszłam do szkoły, mamę zdziwiła walka z tym "pogańskim obyczajem" w wykonaniu miejscowej katechetki.
W lampionach z dyni najbardziej lubię nie groźne miny czy inne wydrążone wzory, tylko ich zapach. Mmm... jest po prostu boski!

7. Pocztówki
Kiedy zbliża się Halloween, na forach dla kolekcjonerów pocztówek zaczyna roić się od pocztówek na wymianę przedstawiających duchy i potwory z lokalnych legend, czarownice, lampiony z dyń i czarne koty. Pocztówki z tymi motywami lubię przez cały rok, ale właśnie w październiku najłatwiej je zdobyć. Zdarzają się nawet kartki z fotografiami z obchodów Dnia Zmarłych w Meksyku.

8. Kolorowe liście
Można z nich wykonać wiele pomysłowych dekoracji i prac plastycznych. No i przyjemnie chrupią pod nogami.

9. Andrzejki
Choć o istnieniu Halloween dowiedziałam się późno, bo w czwartej klasie podstawówki z podręcznika do angielskiego, andrzejki znałam od dziecka. W andrzejkowy wieczór mama i babcia zwykle bawiły się ze mną we wróżby, na czele z laniem wosku. Uwielbiałam zgadywać przy świetle świec, co przedstawiają cienie woskowych figur. Zabawa była przednia, mimo że nikt w moim domu nie traktował tego całkiem serio... może oprócz kilkuletniej mnie.
Jako dziecko postrzegałam andrzejki jako jeden z ulubionych dni w roku, nawet wtedy, gdy już niespecjalnie wierzyłam we wróżby. Kręciły mnie i atmosfera, i fakt, że z różnych źródeł dowiadywałam się o coraz to nowych wróżbach, jakie dawniej w andrzejki uskuteczniano. Z czasem zaczęłam sama szukać informacji i założyłam plik tekstowy, w którym opisywałam wszystkie poznane wróżby.

10. Atki
Jesień to zdecydowanie nie jest pora roku, która kojarzy się z motylami - większość owadów już w październiku znika z naszego pola widzenia. Od trzech lat udaje mi się jednak wydłużać sezon na motyle, zamawiając larwy Attacus atlas, a ponieważ coraz lepiej je rozumiem, w tym roku kupiłam ich wyjątkowo dużo. Ale o nich opowiem innym razem. ;-)