wtorek, 10 września 2019

[85] Znowu w Tatrach (cz. II)


[Jeśli chcesz przeczytać poprzednią część posta, kliknij tutaj.]


Rozdział IV: Hala Kondratowa

Po "dniu przerwy", który spędziliśmy osobno - ja na wyciszaniu się i spacerowaniu po najbliższej okolicy, Szczur na zdobywaniu Kopy Kondrackiej - wróciliśmy do wspólnego chodzenia po szlakach. Naszym dzisiejszym celem była Hala Kondratowa. Pogodę mieliśmy idealną - pochmurno, około dwudziestu stopni, ale bez deszczu.

Hala Kondratowa to jedno z pierwszych miejsc, które poznałam w Tatrach (rok temu). Uwielbiam ją za widoki i za tamtejsze przytulne schronisko z charakterystycznymi czerwonymi firankami w oknach, które jest jak dotąd moim ulubionym schroniskiem. Aby tam dotrzeć, jedziemy busem z Zakopanego do Kuźnic, a później idziemy szlakiem obliczonym na nieco ponad godzinę. Nam droga zabiera oczywiście więcej czasu, bo robię dużo postojów i bardzo ostrożnie idę po kamieniach. Jest jednak bardzo przyjemna, w większości wiedzie przez las. Jedynie na początku trzeba się przez piętnaście minut pomęczyć na paskudnym bruku (nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby kłaść tam taki bruk, ale pomysł ten uważam za całkowicie poroniony). Potem jest już tylko to, co lubię najbardziej: drzewa, mchy, porosty, owady... i oczywiście kamienie.

 





Ten szlak uświadomił mi jeszcze raz, jak duży postęp psychiczny zrobiłam od zeszłego roku, jeśli chodzi o góry. Rok temu szłam nim z duszą na ramieniu, przerażały mnie gładkie kamienie i nieustannie waliło mi serce. Dzisiaj tę samą drogę pokonałam całkowicie na luzie, na niektórych odcinkach biorąc Szczura za rękę, ale już bez obaw.

Na hali czekało nas miłe zaskoczenie: znane nam już z Doliny Olczyskiej piękne kwiaty. Cała łąka różowych kwiatów! Nie mogłam się powstrzymać przed zrobieniem im małej sesji zdjęciowej.






Rozdział V: Dolina Strążyska

Dzisiaj rano czułam się trochę kiepsko, poszliśmy więc łatwiejszym szlakiem niż planowaliśmy: Doliną Strążyską do wodospadu Siklawica. Podobnie jak wczoraj na Halę Kondratową, dotarliśmy tam o wiele szybciej niż rok temu, chociaż nieco niedomagałam. Z Zakopanego do Kuźnic jechaliśmy busikiem, a z powrotem szliśmy pieszo pod skocznię, bo nie chciało nam się czekać ponad dwadzieścia minut na bus. W ten sposób poznałam miłą drogę wiodącą wśród pokrzyw i owiec, z widokiem na Gubałówkę.

Ta niedługa wycieczka upłynęła pod znakiem spotkań ze zwierzętami. Najpierw, jeszcze przed podróżą busikiem, napatoczyliśmy się na wiewiórkę. Stworzonko skakało po chodniku i nic sobie nie robiło z bliskości ludzi, wyraźnie przyzwyczajone do turystów. Na początku szlaku znalazłam na pniu małe żyjątko, które wzięłam za poczwarkę, a które okazało się być maleńkim wodnym ślimakiem. Widzieliśmy też kąpiącego się w strumieniu ptaka podobnego do rudzika (a może to był rudzik?), mnóstwo motyli (głównie rusałkowatych i cytrynków), ważki i kijanki. No i oczywiście owce. Dziesiątki owiec.









Rozdział VI: Niebieski szlak przez Boczań

Szczur od dawna mi powtarzał, że skoro lubię gąsienice, musimy wybrać się na Halę Gąsienicową. Taką próbę podjęliśmy dzisiaj. Jak wyjaśnił mi Szczur, z Kuźnic można dojść tam na dwa sposoby: przez Dolinę Jaworzynki albo przez Boczań, przy czym ten drugi szlak jest łatwiejszy. Cóż, kiedy dla mnie okazał się jeszcze trochę za trudny.

W moim odczuciu to była jak dotąd najtrudniejsza wycieczka: prawie non stop pod górę, mało miejsc do odpoczynku po drodze (czytaj: pni i głazów, na których można wygodnie usiąść), mało przyrodniczych bodźców odwracających uwagę od trudów podejścia. Co jakiś czas w oddali grzmiało. Przez las szłam jeszcze dość uparcie. Prawdziwe kłopoty pojawiły się na otwartej przestrzeni, gdzie nie było skrawka cienia, ciągle trzeba było się z kimś mijać, a po obu stronach drogi straszyła otwarta przestrzeń. W Internecie można przeczytać, że nie ma tam większych ekspozycji terenu, ja jednak odbierałam to inaczej. Niedaleko przełęczy usiadłam i nie chciałam już dalej iść, musiałam zostać na chwilę sama i powstrzymać meltdown. Do meltdownu ostatecznie nie doszło, ale było blisko. Na jakiś czas przestałam czuć swoje ciało, miałam ochotę się położyć i przycisnąć mocno całym ciałem do twardego podłoża. Dopiero po dłuższej chwili siedzenia uświadomiłam sobie, że ta otwarta przestrzeń - widoki na strome zbocza gór po lewej i prawej - uaktywniła lęk wysokości. Zwłaszcza patrząc w lewo, czułam się trochę jak w tunelu vortex, jakby góra miała położyć się na boku. Niewątpliwie jest tam pięknie, ale widocznie nie byłam jeszcze gotowa na takie doznania.










Jeżeli z jakiejś wycieczki na tym wyjeździe nie jestem zbyt zadowolona, to właśnie z dzisiejszej. Zrobiłam mało zdjęć. Samokontrola wisiała na włosku. Dumna jestem tylko ze Szczura, że ze mną wytrzymał. Chciałabym zobaczyć Halę Gąsienicową, którą znam z pocztówek, jednak na razie muszę się zadowolić innymi gąsienicami.

Kiedy byliśmy na otwartej przestrzeni, nad głowami latały nam dwa duże ptaki drapieżne. Do teraz zastanawiam się, jakie to były ptaki; wydawały charakterystyczne dźwięki (nie wiem, jak je opisać - "ra"? "kha"?). W drodze powrotnej spotkaliśmy rudzika, był bardzo blisko, ale nie udało mi się złapać ostrości jak trzeba.

Ledwie wróciliśmy, przeszła gwałtowna burza, podobnie jak wczoraj wieczorem. Deszcz lał się strumieniami. Burza skończyła się równie szybko, jak się zaczęła.

PS Wieczorem przesłuchałam nagrania odgłosów ptaków drapieżnych na YT i doszłam do wniosku, że ptakiem, którego widzieliśmy w górach, mógł być myszołów. 


Rozdział VII: Dolina Białego

Przez kilka dni nabijałam się z esemesowych ostrzeżeń RCB przed burzami, gdyż ani jednej zapowiadanej burzy nie było, za to jak już się zaczęły, to na całego i bez alertów. W ciągu ostatniej doby przeszły tutaj cztery burze, a pomiędzy nimi też co jakiś czas grzmi. O siódmej rano ze snu wyrwał mnie grzmot tak potężny, że w pierwszej chwili nie wiedziałam, co się wyprawia.

Do tej pory udawało nam się wracać z wyjść w góry w suchych ubraniach, większe deszcze jakoś się z nami mijały. Dopiero dzisiaj, na naszym ostatnim spacerze podczas tego wyjazdu, zmokliśmy na całego. Burza zaskoczyła nas w Dolinie Białego. Zanim wróciliśmy do samochodu, zdążyliśmy zmoknąć, wyschnąć i jeszcze raz zmoknąć. W ruch poszły kurtki i moja niebieska peleryna, a górskie buty przeszły prawdziwy chrzest bojowy. Choć lało jak z cebra, ani trochę wody nie dostało się do moich stóp! W zamian wracałam z mokrym tyłkiem - myślałam, że oszukam system, siadając na kurtce, a woda i tak jakimś sposobem przedostała się przez moje spodnie i majtki.

Zanim zaczęło się rendez-vous z burzą, zdążyłam zrobić kilka zdjęć w Dolinie Białego. Tamtejszy szlak jest bardzo prosty i malowniczy, w sam raz na krótkie pożegnanie z górami. Szum potoku towarzyszył nam przez całą drogę. Pomijając strugi deszczu, zapamiętam stamtąd nieduży wodospad, grzyby rosnące na pniach i białego motyla z uszkodzonym skrzydłem, który pozwolił mi wziąć się na rękę. Myślę, że motylkowi nie zostało wiele godzin życia, zwłaszcza w takim deszczu, bo nie potrafił latać. Zrobiłam mu zdjęcia na pamiątkę... no i mam nadzieję, że jego życie w parku narodowym było tak piękne, jak to tylko możliwe.









A teraz... nadszedł czas się pakować. Jak zwykle nie chce mi się wracać, a od Tatr jestem już na amen uzależniona. Wyjazd był cudowny, zwłaszcza jeśli chodzi o bliskie spotkania z naturą. W górach jak zwykle miałam sporo okazji do pokonywania swoich słabości, zdobywania nowych doświadczeń. Był ze mną Szczur. Miałam też szczęście spotkać na swojej drodze kilkoro przemiłych ludzi, w tym panią od zgubionego telefonu i pracowników hotelu, którzy dostosowali niektóre posiłki do naszych diet. Jestem za to wszystko bardzo, bardzo wdzięczna. 
 

poniedziałek, 2 września 2019

[84] Znowu w Tatrach (cz. I)


Rozdział I: Niedzica

Jesteśmy już w górach.

Zakopane powitało nas wieczorem przyjemną, rześką temperaturą, ale w nocy zaczęło padać. Padało dość intensywnie przez większość dnia i chyba aż do teraz nic się nie zmieniło, jeśli dobrze słyszę. Rano było mi naprawdę zimno, w ten nieprzyjemny, przesycony wilgocią sposób, gdy ziąb przenika do kości. Zrezygnowaliśmy z wyjścia w góry i pojechaliśmy do Niedzicy z zamiarem odwiedzenia zamku.

Na miejscu okazało się, że miejsca na najbliższe godziny zostały wykupione, tylu ludzi uderzyło dzisiaj na zamek. Udało nam się jednak cudem załapać na zwiedzanie elektrowni wodnej - cudem, bo po rozmowie telefonicznej Szczura z przewodnikiem mieliśmy siedem minut na dotarcie w miejsce, gdzie czekała już grupa. Myślałam, że padnę od pospiesznego wchodzenia po kilkudziesięciu schodach! Na szczęście daliśmy radę i już chwilę później słuchaliśmy przewodnika, siedząc na generatorze. Ze wszystkich dziwnych miejsc, w których w życiu siedziałam, to było chyba najdziwniejsze.

W elektrowni nie można robić zdjęć, wszystko trzeba zostawić w szatni, włącznie z telefonem komórkowym. Wycieczka bardzo mi się podobała, a to za sprawą wspomnianego już pana przewodnika, który opowiadał z poczuciem humoru i w tak przystępny sposób, że nawet ja rozumiałam prawie wszystko, a w tematach technicznych jestem laikiem. Co nieco nawet zapamiętałam, na przykład, że zapora została zbudowana z ziemi i kamieni, a jej otwarcie miało miejsce podczas wielkiej powodzi w 1997 roku. Szczur oczywiście musiał się powymądrzać, odpowiadając na pytania, na które inni nie znali odpowiedzi. W elektrowni największe wrażenie zrobiła na mnie gigantyczna rura, pod którą przechodziliśmy, oraz mechanizm służący do obsługi tej rury. Właśnie nią przepływa woda. Nigdy przedtem nie widziałam czegoś podobnego.

Z anegdot pana przewodnika: jak myślicie, czym według dzieci jest żelbeton? To beton z żelkami.

Zamek sfotografowałam z daleka, choć to trochę jak lizanie lizaka przez papierek. Chciałabym tam jeszcze wrócić, bo nie jestem usatysfakcjonowana. Trzeba jednak przyznać, że pochmurna pogoda najbardziej służy zamkom. Wyglądają wtedy tak, jak powinny, czyli groźnie.

Mam nadzieję, że pogoda się poprawi i dużo pochodzimy, a wieczorami będę mogła czytać na dworze. Z okna pokoiku Szczura widać Giewont. Ja za oknem mam łąkę, na której całymi dniami pasą się kozy. Są słodkie. Słyszę ich meczenie, a wczoraj przyłapałam je na potyczce na rogi. 






Rozdział II: Dolina Olczyska

Mieliśmy dzisiaj idealne warunki do chodzenia - deszcz nie padał, a jednocześnie niebo było zachmurzone, przez co męczyłam się o połowę mniej.

Na pierwszą wędrówkę wybraliśmy Dolinę Olczyską, jak rok temu, ale dotarliśmy znacznie dalej. Rok temu byłam w stanie dojść tylko w okolice wywierzyska, a tym razem czułam się niezbyt zmęczona, gdy tam dotarliśmy. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie jestem w niezłej formie. Poszliśmy więc dwa razy dalej, do Polany Kopieniec, gdzie ja odpoczęłam sobie trochę dłużej, a Szczur zaliczył jeszcze szczyt Kopieniec.

Też chciałabym ten szczyt zaliczyć, ale wiem, że nie dałabym dzisiaj rady, bo byłam już bardzo zmęczona, a droga na szczyt wiodła po mokrych kamieniach, których się boję. W pierwszej chwili czułam się nie do końca usatysfakcjonowana i wywiązała się taka rozmowa:
- Irytuje mnie ta góra. Czuję się, jakby pokazywała mi brzydki gest.
- E tam. Góry nic brzydkiego nie pokazują, góry są kulturalne.
Gdy zostałam sama, przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że wszystko w swoim czasie. Nie ma co się zmuszać ani porównywać z innymi. Może za rok będę gotowa tam wejść. Tymczasem trzeba patrzeć na to od innej strony: w ciągu dwóch lat zrobiłam w chodzeniu po górach ogromny postęp, jak na osobę z tak dużą niepewnością grawitacyjną. Przez lata byłam przekonana, że to rozrywka nie dla mnie, a tu niespodzianka.

W tym roku Dolinę Olczyską zapamiętam inaczej niż w zeszłym, a to za sprawą pięknych kwiatów, które Szczur nazywa fioletowymi, a ja różowymi. Na podstawie informacji z Internetu wydaje mi się, że to wierzbówka kiprzyca (jeżeli ktoś wie lepiej, proszę mnie poprawić!). Poprzednio byliśmy tam o miesiąc później i kwiatów tych nie zobaczyliśmy. Oczywiście zachwycały mnie też inne szczegóły, a odkąd ćwiczę uważność, widzę ich jeszcze więcej niż przedtem. Ubóstwiam tę dolinę i czuję się tam bardzo szczęśliwa!

Nieustannie jestem też zachwycona i zdumiona tym, jak mili są ludzie spotykani na szlakach. To chyba nigdy nie przestanie mnie dziwić, jak inne są te przypadkowe kontakty od takich, jakie zdarzają się na co dzień. Częściej niż gdziekolwiek indziej nawiązuję rozmowę z obcymi ludźmi, żartujemy, wymieniamy uwagi na temat szlaku. Dostrzegam też wiele przykładów rewelacyjnego podejścia dorosłych do dzieci i ich emocji - nigdy jeszcze nie słyszałam, aby na szlaku ktoś krzyczał na swoje dziecko lub je obrażał.

Mało brakowało, a w Dolinie Olczyskiej zostałaby moja komórka. Po tym, jak Szczur zrobił mi zdjęcie pod drogowskazem, włożyłam telefon do tylnej kieszeni dżinsów. W pewnym momencie drogi po kamieniach uświadomiłam sobie, że telefonu nie ma. Musiał mi wypaść, gdy na jednym odcinku przykucnęłam, obawiając się schodzić po śliskich kamieniach. Na szczęście było to tylko kilkanaście metrów od miejsca, gdzie się wówczas znajdowaliśmy, ale kto wie, co by się z nim stało, gdyby pewna pani schodząca za nami nie znalazła go. Ta dobra Osoba oddała Szczurowi telefon, gdy po niego wrócił. Wolę sobie nie wyobrażać, jak nagłe zgubienie telefonu na samym początku wyjazdu podziałałoby na mnie. Jestem przeszczęśliwa, że akurat taka Osoba szła za nami.  

Był to chyba pierwszy raz w moim życiu, kiedy mogłam powiedzieć, że karma wraca - ja też kiedyś znalazłam telefon i go oddałam. Sytuacja była bardzo podobna, tyle że zdarzyła się na uczelni.

- Może i góry nie pokazują brzydkich rzeczy, ale ewidentnie nie lubią komórek - powiedziałam do Szczura. - Rok temu ty swoją utopiłeś, teraz ja prawie zgubiłam swoją. Myślę, że góry denerwuje, że ludzie używają komórek zamiast skupiać się na przyrodzie.
- A to na pewno - przyznał Szczur.
- Widzę to tak: jakaś driada czy inny chochlik czeka na dogodną okazję, a potem wkłada ukradkiem rękę do kieszeni turystów.

Miejsce, gdzie Szczur rok temu wpadł do strumienia i utopił telefon, też odwiedziliśmy. Kazałam mu tam zrobić głupią minę do zdjęcia.








Rozdział III - Dolina Kościeliska

Trzeciego dnia pobytu w Zakopanem, czyli wczoraj, obudziłam się z obolałymi nogami po wędrówce z dnia poprzedniego. Bolało całkiem całkiem, już nie wstawałam tak żwawo jak dzień wcześniej. 

Szczur proponował, żebyśmy wybrali się na Halę Kondratową, ale ja nie miałam ochoty dwa dni z rzędu iść znanym już szlakiem. Chciałam zobaczyć coś nowego. Udaliśmy się więc do Doliny Kościeliskiej, choć Szczur rozsądnie ostrzegał, że to dłuższy szlak.

Początki nie były łatwe, pomimo że Dolina Kościeliska jest bardzo płaska, nie ma gwałtownych spadków terenu ani nawet wielkich, śliskich kamieni. Jest za to bardzo lubiana przez turystów, zapewne właśnie dlatego, że nie wymaga dobrej kondycji - mnóstwo tam rodzin z małymi dziećmi, nie brakuje też osób niepełnosprawnych ruchowo. Radzą sobie nawet maluszki. Na początkowym odcinku było więc bardzo dużo ludzi, ciągle trzeba było schodzić z drogi przed hałaśliwymi bryczkami, panował spory szum (jak w niektórych restauracjach), dzieci krzyczały, dorośli chichotali. Jeden z fiakrów kłócił się z mężczyzną, który zaprotestował przeciwko biciu konia. Słońce też nieco dawało mi się we znaki. Regularnie się zatrzymywałam robić zdjęcia, żeby odcinać się od nadmiaru bodźców. Zwątpiłam, że dojdę do schroniska, gdy sobie uświadomiłam, że przez ciągłe postoje w ciągu godziny przeszliśmy tylko 1,3 kilometra, mimo tak płaskiego terenu. Tak właśnie działa na mnie nadmiar bodźców, zwłaszcza dźwiękowych.

Później było już tylko lepiej. Gdy minęliśmy postój dla bryczek, zrobiło się chłodniej, ciszej i bardzo, bardzo ładnie. Ze wszystkich stron otaczały nas góry. Skały o fantazyjnych kształtach zachęcały, żeby ich dotykać i siadać na nich. Co pewien czas pojawiał się potok, a z nim widoki i dźwięki, które uwielbiam. Zauważyłam, że Dolina Kościeliska jest bardzo lubiana przez owady, zwłaszcza przez motyle o ciemnych skrzydłach z pomarańczowymi plamkami. W jednym miejscu udało się poobserwować dwa z nich przez dłuższy czas - siedziały na pniu, dotykały go trąbkami i nic sobie nie robiły z wycelowanych w nie obiektywów. Wiem, że te motyle należą do rusałkowatych, ale podobnych gatunków jest kilka (wśród nich także chronione), dlatego zidentyfikuję je później. Innego owada, którego spotkałam, rozpoznał już Marek jako krasankę natrawkę - to ten czarny w czerwone plamy.










W schronisku na Hali Ornak odpoczęliśmy, kupiłam sobie magnesy z niedźwiedziem i pocztówki do wysłania. Niedźwiedź wydaje się być symbolem tego miejsca. Szczura zaatakowała tam alergia i w duchu chciało mi się śmiać, gdy pewna miła pani po dwóch pierwszych kichnięciach powiedziała mu "Na zdrowie", ale on kichnął jeszcze kilkanaście razy. Alergia to jednak nic przyjemnego.

Droga powrotna była już w zasadzie czystą przyjemnością. Nogi dawały się we znaki, ale po piętnastej turystów i bryczek było znacznie mniej. Wiał lekki wietrzyk, chłonęłam ciszę i spokój tego miejsca. Po drodze spotkaliśmy kreta, a właściwie wypatrzyły go dzieci, ja więcej słyszałam niż widziałam. Nie robiłam mu zdjęć, bo dzieciaki narobiły ambarasu i biedak schował się pod liśćmi, nie chciałam go dodatkowo stresować. Dzień wcześniej widziałam już na szlaku kreta, niestety martwego, więc cieszyłam się ze spotkania z żywym.

Wieczorem zjedliśmy pizzę z nocnej pizzerii. Szczur zgodził się zjeść ze mną na dworze i fajnie było tam siedzieć, podczas gdy powoli zaczynało się ściemniać.

Dzisiaj postanowiliśmy się rozdzielić, zgodnie z tym, co ustaliliśmy jeszcze przed wyjazdem. Szczur poszedł na bardziej wymagający kondycyjnie szlak - zdobywać Kopę Kondracką. Duże gryzonie potrzebują od czasu do czasu większego wysiłku fizycznego. Ja natomiast zostałam w hoteliku. O dziwo, mięśnie nóg mnie w ogóle nie bolą, choć Szczur twierdził, że dziś będzie najgorzej. Jestem jednak trochę niewyspana (obudził mnie po szóstej kolejny szczurzy napad kichania - coś go tu w górach uczula), a trochę zmęczona, również mój żołądek potrzebuje spokojniejszego dnia. Od czasu do czasu potrzebuję takiego luźniejszego dnia, bo każdy wyjazd to dla mnie silne emocje związane i z robieniem nowych rzeczy, i z dużą dawką stymulacji w postaci pięknych widoków, i ze zmianą codziennej rutyny. Rozważałam krótki wypad na Krupówki, ale czuję, że potrzebuję pełnego odsapu, a tam jest zwykle dużo ludzi, więc chyba po prostu powłóczę się na razie po najbliższej okolicy. Pooglądam architekturę i przyrodę, może zrobię parę zdjęć. Zjem sobie bez pośpiechu, powypisuję pocztówki, poczytam. Wyciszenie, chill czy jak kto lubi nazywać ten stan.

 

wtorek, 27 sierpnia 2019

[83] Rosomak nad morzem (cz. II)


16.08
Dzisiaj zaczęło się zbierać na deszcz, zanim jeszcze wyszliśmy z kwatery. Miałam wielką ochotę pojechać do Słowińskiego Parku Narodowego, nie zważając na odległość, ale rozpętała się kolejna burza, tym razem bardzo widowiskowa. Z nieba tak się lało, że Szczur wrócił z krótkiej wyprawy po bułki mokruteńki, jakby zanurzył się po szyję. Samochód gryzonia płynął po drogach jak amfibia Pana Samochodzika. W takich okolicznościach wycieczka do parku narodowego nie wchodziła w grę. Zdecydowaliśmy, że ruszamy do Władysławowa, zobaczyć port rybacki i motylarnię.

Motylarnia we Władysławowie zrobiła na mnie zaskakująco dobre wrażenie, w przeciwieństwie do tej we wrocławskim zoo, w której kiedyś byłam. W tym niepozornym namiocie motyle okazały się być o wiele bardziej zadbane. Ani jeden nie leżał martwy na ziemi. Pracownice motylarni zmieniały się w namiocie - zawsze przynajmniej jedna z nich towarzyszyła gościom wewnątrz, opowiadając o motylach i pilnując, żeby ich nie chwytano. Zakaz dotykania jest tam egzekwowany, nie to, co we wspomnianym zoo, gdzie istnieje on tylko na papierze i nikt nie reaguje, gdy dzieci niedelikatnie obchodzą się z owadami. Motyla wolno podnosić tylko razem z kawałkiem owocu, na którym akurat usiadł. Jak na osobę pracującą z motylami od miesiąca, przewodniczka znała sporo ciekawostek o prezentowanych gatunkach, więc trochę sobie porozmawialiśmy. Niektóre gatunki widziałam na żywo pierwszy raz, na przykład słynnego "motyla-liść" Kallima inachus. Motyl sowa, Caligo memnon, na naszych oczach złożył kilka jaj. Na gałązkach roślin wisiało sporo poczwarek, między innymi danaida wędrownego.







Gdy byliśmy w motylarni, na dworze przestało padać i rozpogodziło się. Pod wpływem światła słonecznego docierającego do namiotu motyle wyraźnie ożywiły się. Niebieskie Morpho peleides wesoło goniły siebie nawzajem, a czasem też inne motyle. Niedługo później pożegnaliśmy się i poszliśmy na spacer po porcie, gdzie Szczur opowiadał mi o różnych rodzajach statków. Przyglądając się kutrom rybackim, zauważyłam sporo ptaków siedzących na masztach i radarach statków.

Zeszliśmy też na plażę, gdzie posiedzieliśmy trochę, żebym mogła w spokoju zjeść drugie śniadanie. Ludzi było niewielu, najwyraźniej wypłoszyła ich ulewa. Tam i z powrotem latało kilka jaskółek. Obserwowaliśmy kuter wychodzący w morze, wkrótce jednak na pierwszym planie pojawił się stylizowany na łódź Wikingów statek przewożący turystów, zwany przez Szczura "stonkowozem".






Podróż do Władysławowa i z powrotem trwała łącznie trzy godziny. Konieczność nieustannego uważania na tłumy turystów spowodowała, że Szczur wrócił wyczerpany psychicznie. Trudno mu się dziwić, bo na tej trasie nawet ja jako pasażer miałam uwagę napiętą do granic możliwości. Co chwilę na drodze pojawiał się ktoś, kto zachowywał się totalnie nieobliczalnie - a to chłopak jadący ulicą pod prąd na hulajnodze, a to facet jedzący gofra na środku ulicy, a to wyskakująca nagle pod koła samochodu kobieta z wielkim garem. Pomysłowość turystów, jeśli chodzi o niebezpieczne zachowania, nie zna granic. 

Dopiero późnym wieczorem udało mi się namówić Szczura na spacer na najbliższą plażę. Plusem tej sytuacji było to, że w ciemności morze wyglądało przepięknie. Najchętniej nie wracałabym na noc.


17.08
Dzisiejszej nocy wracamy do Nory. Wydawało mi się, że pożegnania z Zakopanem są trudne, ale teraz jest mi chyba jeszcze trudniej. Nie pamiętam, kiedy aż tak bardzo nie miałam ochoty wracać z wyjazdu. Zazwyczaj tęsknię przynajmniej za domowym jedzeniem, tym razem nawet jego mi nie brakuje, tak zasmakowała mi tutejsza kuchnia.

Ostatni dzień spędziliśmy w stu procentach na luzie. Zaproponowałam Szczurowi, żebyśmy dzisiaj nigdzie już nie wybierali się samochodem, a zamiast tego poszli spacerkiem na plażę i poodpoczywali tam sobie. Szczura, wciąż zmęczonego wczorajszym traumatycznym prowadzeniem samochodu, nie trzeba było długo namawiać. 

Spacerując brzegiem morza, w ciągu dwóch godzin zebrałam tyle muszelek, że jestem w ciężkim szoku. Pamiętam, że podczas wakacji z rodzicami nie udało nam się znaleźć ani jednej, w południe wszystkie były już wyzbierane przez osoby chodzące na plażę wcześnie rano. A tu tyle muszli w biały dzień! Część jest podniszczona, ale ponad dwadzieścia znalazłam w idealnym stanie. Natrafiłam też na małża, któremu pomogłam wrócić do wody, i na dwie meduzy - tych nie dotykałam. W tym czasie Szczur zdążył kilka razy się wykąpać i wybudować zamek z piasku o nazwie Szczurogród. Prawda, że ufortyfikowany jak należy?