piątek, 14 listopada 2025

[177] Skalna kraina (cz. II)


Dzień trzeci
W środę zrobiliśmy sobie, jak to określił Szczur w rozmowie z rodzicami, "dzień gospodarczo-wypoczynkowy". Po męczącej wycieczce z poprzedniego dnia oboje czuliśmy, że czas naładować baterie. Czytałam książkę i słuchałam audiobooków, a Szczur opiekował się swoimi kolonistami z RimWorldu. W międzyczasie zrobiliśmy zakupy spożywcze w Lidlu (asortyment taki jak w Polsce, ale mięso lepsze), obiad i pranie. Na długi spacer z Piękną wyszliśmy dopiero o dziewiętnastej.
Szczur wpadł na pomysł, żebyśmy przeszli się po Radvanicach i zobaczyli staw rybny znajdujący się w innej części miejscowości. Po drodze mijaliśmy kaplicę Jana Chrzciciela i cmentarz, więc wstąpiłam tam na chwilę pooglądać stare nagrobki z inskrypcjami po niemiecku. Przez jakiś czas szliśmy głównymi ulicami, między innymi obok wejścia do nieczynnej kopalni. Później odbiliśmy w bok, w kierunku ogólnodostępnego terenu rekreacyjnego. Mieszkańcy mogą tam korzystać między innymi z torów do biegania, stołów do tenisa stołowego czy kilku boisk. Obok boisk Szczur zaproponował, by od tego miejsca pójść na przełaj przez łąkę. Piesa była w swoim żywiole, bo na otwartej przestrzeni pozwoliłam jej trochę pohasać bez smyczy. My też musieliśmy w paru miejscach przeskakiwać przez rowy. Kiedy w końcu znaleźliśmy "jeziorko", zaczynało się ściemniać. 






W okolicy stawu dopisało nam szczęście. Spotkaliśmy posilającą się na łące sarnę, a w drodze powrotnej padalca, nietoperza i dużą ropuchę. Zdobyłam też pałkę wodną dla moich barczatek. No i popełniłam komiczną pomyłkę. Na pomoście po przeciwnej stronie stawu stał ptak o sylwetce podobnej do czapli, która ostatnio odwiedziła fosę w parku. Kiedy jednak zrobiłam mu parę zdjęć, skradając się za pałką wodną, okazało się, że to tylko figura 🤣
Na spacerze moją uwagę zwróciła dbałość ludzi o porządek, nie tylko na własnych podwórkach, ale i w miejscach publicznych. Trzeba się naprawdę postarać, by zauważyć tu na ulicy jakieś walające się pod nogami śmieci, a kosze na psie odchody stoją niemal na każdej ulicy. I to jeszcze wyposażone w woreczki! Co ciekawe, mieszkańcy najwyraźniej nie mają tu obowiązku segregowania odpadów - wszystko ląduje w jednym koszu.






Dzień czwarty i piąty
Wczoraj i dziś wybraliśmy się w to samo miejsce - w okolice miasteczka o zabawnej nazwie Police nad Metují, do Skalnego Miasta Ostaš. Znamy już z innego wyjazdu Adršpach i Teplickie Skały, dlatego tym razem nasz wybór padł na Ostaš. Jest to kolejna góra usiana formacjami skalnymi o fantazyjnych kształtach. Wśród nich wytyczono dwie malownicze trasy: Górny i Dolny Labirynt.
Nasze wakacje w Czechach jeszcze trwają, ale już teraz jestem pewna, że wycieczką numer jeden pozostanie w mojej pamięci ta do Górnego Labiryntu. Nietrudno poczuć się tam jak bohater książki czy gry fantasy, który wędruje przez rozległe krainy swojego uniwersum. Kształty skał same się proszą, by puścić wodze fantazji i zastanowić się, co przypominają. Moje skojarzenia czasem były zupełnie inne niż ludzi, którzy nadawali skałom nazwy. Taki Dixit w 3D. Na przykład Czarci Wóz - gdzie tam ktoś zobaczył pojazd? Górny Labirynt dał mi też najwięcej satysfakcji z przezwyciężania moich słabości. Miałam mnóstwo okazji do ćwiczenia równowagi i propriocepcji. Przeciskanie się przez wąskie przejścia między skałami, stawianie wysokich kroków, utrzymywanie równowagi na korzeniach i głazach... Wszystko to za darmo. I piękne widoki w pakiecie.









Szlak do Dolnego Labiryntu zaraz na początku rozgałęzia się. W zależności od wybranej drogi można udać się najpierw do Jaskini Braci Czeskich albo do Kocich Skał. Obie drogi nie robią pętli, trzeba więc wrócić po własnych śladach. My skierowaliśmy się najpierw do jaskini, gdzie ponoć odbywały się kiedyś tajne nabożeństwa czeskich ewangelików. To miejsce mnie zaskoczyło, bo za nic w świecie nie mogłam się w nim dopatrzeć jaskini. Nazwa jest myląca - w rzeczywistości to raczej wąski korytarz pomiędzy skałami, nad którym wisi duży głaz. 
Trasa do Kocich Skał jest bardziej wymagająca niż poprzednie. Dla osób wprawionych w chodzeniu po górach nie stanowi problemu, ale ja musiałam się momentami nakombinować, gdzie najlepiej będzie postawić stopę i czego się przytrzymać. W niektórych miejscach musieliśmy pomóc Pięknej. Piesa świetnie radzi sobie w górach, za to boi się podnoszenia. Rozcapierza wtedy łapy na wszystkie strony i "walczy" z podnoszącym, przez co Szczur wrócił do domu z podrapanymi rękami. Śmiałam się, że skoro to Kocie Skały, nie mogło się obyć bez drapania. W pewnym momencie stanęliśmy przed trudnym zejściem, gdzie nie miałam czego się uchwycić. Bałabym się tamtędy schodzić. Szczur stwierdził, że dla naszego bezpieczeństwa lepiej będzie, jeśli ja i Piękna nie pójdziemy dalej. Dałby radę asekurować jedną z nas, ale nie obie naraz. Odpoczęłyśmy więc trochę wśród skał, a Szczur dokończył szlak (zostało niewiele) i po kilkunastu minutach wrócił do nas. Na zakończenie wycieczki poszliśmy jeszcze zobaczyć panoramę z punktu widokowego.
Od wczoraj wieczorami robi się zimno - niestety zarówno na zewnątrz, jak i w domu. Poprzedniej nocy temperatura na dworze spadła do ośmiu stopni. Wychodziłam z Piesą ubrana na cebulę i w jesiennej czapce. Nie wiem, ile było stopni w domku, ale wystarczająco mało, abym siedziała w kamizelce opatulona kocem. Dzisiaj zapowiada się podobnie.








Dzień szósty
Szczur i ja lubimy podróżować samochodem w nocy, zwłaszcza latem, gdy dzięki temu możemy uniknąć jazdy pod słońce. Nie bez znaczenia jest też fakt, że najbardziej nie lubię wyruszać w kilkugodzinną podróż z rana, ponieważ wtedy najtrudniej mi się pozbierać i spakować, a im bliżej pory obiadowej, tym gorzej czuję się w samochodzie. Dlatego zdarza się nam wracać z wakacji nocą, mimo że pobyt mamy wykupiony do rana następnego dnia. Tym razem również zdecydowaliśmy się na taką opcję. Aby nie tracić całego dnia, postanowiliśmy przed obiadem i pakowaniem zrobić sobie ostatnią, krótką wycieczkę. Wybór padł na ruiny zamku Skály w pobliżu miejscowości Police nad Metují. 
Choć zamek Skály powstał pod koniec czternastego wieku, pozostało z niego wystarczająco dużo, by móc podziwiać pracę ludzi, którzy przed wiekami wkomponowali mury warowni w formacje skalne z piaskowca. Miejsce to musi niesamowicie wyglądać jesienią i zimą. Spacer od parkingu do zamku i zwiedzanie ruin zajęły nam raptem godzinę. Piękna pojechała z nami na tę ostatnią wycieczkę i grzecznie czekała ze mną na dawnym dziedzińcu, podczas gdy Szczur zwiedzał, a później zamieniliśmy się miejscami. Wspinając się po stopniach wykutych w skale i drabinkach, dotarłam do punktu widokowego, skąd zrobiłam kilka zdjęć. 
Na górze zimno ponownie dało mi się we znaki. Wiał silny wiatr, więc szczelnie opatuliłam się polarem i naciągnęłam na głowę kaptur. Właśnie tam, pod niebem, na którym promienie słońca walczyły z ciemnymi chmurami, ostatni raz spojrzałam z góry na okolicę. Podziękowałam za gościnę tej skalnej krainie. I za to, że podarowała mi spokój ducha, gdy tak bardzo go potrzebowałam.



 




sobota, 18 października 2025

[176] Skalna kraina (cz. I)

 
Dzień pierwszy
Postanowiliśmy ze Szczurem, że na ostatni wspólny tydzień urlopu wybierzemy się w góry, do Czech. Wynajęliśmy domek w miejscowości Radvanice w kraju hradeckim, skąd mamy niedaleko do skalnych miast Adršpach, Ostaš i Teplice. Rok temu spędziliśmy długi czerwcowy weekend w Chvalcu i już wtedy wiedzieliśmy, że mamy ochotę na więcej. Kiedy Szczur podsunął mi pomysł powrotu w te okolice właśnie teraz, nie byłam jednak do końca przekonana. Jakoś nie bardzo ciągnęło mnie w tym roku w góry. Mimo wszystko przystałam na tę propozycję. I już teraz wiem, że dobrze się stało.
Na miejsce dotarliśmy wczoraj po dwudziestej trzeciej, po pięciu godzinach podróży samochodem i odrobinie błądzenia po okolicy. Początkowo podjechaliśmy do domku od niewłaściwej strony, przez co wylądowaliśmy wśród krzaków. Psiocząc na GoogleMaps, Szczur zniknął w ciemnościach, by się rozejrzeć, a ja zostałam z Piękną w samochodzie. Po chwili jednak wyszłam rozprostować kości i pooddychać chłodnym, rześkim powietrzem. Ledwie wyszłam, uderzył mnie widok ciemnego nieba rojącego się od gwiazd. Bardzo, bardzo dawno nie widziałam tak dobrych warunków do obserwowania nieba - ostatni raz może jeszcze przed związkiem ze Szczurem, na zlocie miłośników astronomii. Zadarłam głowę do góry i w tym samym momencie zobaczyłam niezwykle piękny meteor mknący po niebie - lśniący bielą, o wyjątkowo długim torze lotu.
Sporą część poniedziałku przeznaczyliśmy na ładowanie baterii po dwóch z rzędu wieczorach w aucie. Późnym popołudniem czuliśmy się już wystarczająco wypoczęci, żeby ruszyć się z domku na parę godzin. Szczur wybrał dla nas szlak niezbyt wymagający, ale dosyć długi jak na pierwszy dzień. Celem była wieża widokowa na szczycie wzniesienia Žaltman.
Przeczytałam w Internecie, że Žaltman jest najwyższym szczytem pasma Gór Jastrzębich, a nawet należy do Korony Sudetów. Ma 739 metrów nad poziomem morza. Czerwony szlak, którym szliśmy od "naszej" miejscowości, przebiega w dużej mierze przez las, więc nie dokuczało nam ostre słońce. Po drodze napotkaliśmy źródełko zapraszające do skosztowania górskiej wody - co ciekawe, ktoś się nim opiekuje, bo obok wisi nawet koszyczek z kubkami! Woda rzeczywiście jest tam pyszna (a pisze to osoba, która nie przepada za smakiem wód mineralnych). 








Mniej więcej w połowie drogi minęliśmy kilka urokliwych domów z zadbanymi ogródkami pełnymi kwiatów, a także nieduże schronisko. Z jednej z posesji rozlegało się przeraźliwe wycie - słyszeliśmy je na długo przedtem, nim stanęliśmy przed owym domem. Szczur zastanawiał się, czy to koboldy, ja jednak w pewnym momencie domyśliłam się, że to husky. I rzeczywiście, naprzeciw domu stał samochód z naklejką z psim zaprzęgiem. 
W drodze na górę mieliśmy też okazję zobaczyć kilka bunkrów z ciągnącej się wzdłuż zbocza linii umocnień. Wybudowano je w latach trzydziestych ubiegłego wieku, z myślą o obronie przed Niemcami, jednak nie zostały użyte podczas wojny. Na dachach niektórych bunkrów rosną drzewa.











Z wieży widokowej znajdującej się na szczycie roztacza się rozległa panorama czeskich Gór Stołowych. Szczur wszedł na samą górę, mnie wystarczyło wejście do połowy wieży, gdzie i tak niemiłosiernie wiało. Widoki były boskie, zwłaszcza że akurat zachodziło słońce. Drogę powrotną pokonaliśmy częściowo po ciemku, ale ponieważ nie zatrzymywałam się na zdjęcia i szłam szybciej, latarki musieliśmy użyć dopiero nieopodal domu z huskym. Tym razem nie wył, lecz wydawał inne dziwne odgłosy, które trochę zaniepokoiły Piękną, jakby zastanawiała się, co to za leśne licho. Wydaje mi się, że Piesa z huskym nie miała jeszcze styczności, choć u mnie na wsi ma znajomą malamutkę.
Po powrocie wyszłam jeszcze na trochę poobserwować niebo. Opatuliłam się szczelnie kocem i położyłam się na ławce w ogrodzie. Szybko jednak wróciłam do domu, bo temperatura spadła chyba do dziesięciu stopni 🥶

Dzień drugi
Dzisiaj chyba nie będzie długo, bo wróciliśmy z wycieczki bardzo zmęczeni. Aktualnie ja półleżę na kanapie, Piękna śpi rozciągnięta na dywanie obok mnie, a w sąsiednim pokoju Szczur także śpi jak zabity i chrapie wniebogłosy. 
Co się nam przydarzyło?
Božanovský Špičák się przydarzył.
Góra tylko odrobinę wyższa od Žaltmana (781 m n.p.m.), trasa zbliżona do wczorajszej pod względem długości i uśrednionego czasu przejścia. Szło się jednak zupełnie inaczej, gdyż znaczna część trasy biegnie asfaltową drogą w pełnym słońcu. Planując wycieczkę, Szczur niestety o tym nie wiedział. Mimo paru postojów droga bardzo mi się dłużyła, ostre słońce i wysoka temperatura dawały się we znaki mojej migrenowej głowie. Gdyby jeszcze na tym długim odcinku było co oglądać i fotografować, pewnie łatwiej byłoby to przetrwać, ale ciekawych przyrodniczych szczegółów było zaskakująco mało w porównaniu do wczorajszej wycieczki. A jeśli już pojawiał się ładny widok, to jak na złość pod słońce. Byłam zarówno zmęczona fizycznie, jak i znużona monotonią szlaku.






W połowie drogi stanęliśmy na rozwidleniu, gdzie kończył się nasz dotychczasowy czerwony szlak, a zaczynał żółty. Od tego momentu im wyżej wchodziliśmy, tym bardziej robiło się interesująco. "Patelnia" powoli przechodziła w sosnowy las. Z ulgą stawiałam kroki na zacienionej leśnej drodze. W końcu w oddali zobaczyliśmy pierwsze wysokie skały z piaskowca. I kolejne, i jeszcze jedne, aż znaleźliśmy się w skalnym labiryncie. Formacje skalne na ostatnim odcinku tej trasy prezentują się naprawdę imponująco. Szkoda, że ten odcinek to tylko mniej więcej jedna czwarta trasy. Niektóre skały mają osobliwe kształty, przypominające grzyby albo zwierzęta, co znalazło odzwierciedlenie w ich nazwach. Moim ulubieńcem został Wielbłąd.









Na szczycie wzniesienia można pooglądać okolicę z dwóch punktów widokowych. Tak też zrobiliśmy, przy okazji odpoczywając na niedużych głazach. Później zaczęliśmy schodzić - nadal żółtym szlakiem, ale inną drogą. Jak się okazało, ta część szlaku nie biegnie tak blisko skał, za to pozwala zobaczyć nowe "skalne rzeźby" i jest łatwiejsza, mniej stroma. Przez około dwieście metrów szliśmy też fragmentem zielonego szlaku, po czym znaleźliśmy się znowu na czerwonym i dalej wracaliśmy znaną nam już drogą. 
Co ciekawe, chociaż Božanovský Špičák nie jest położony daleko od naszej bazy wypadowej (według GoogleMaps pół godziny, a w praktyce godzina jazdy samochodem), to należy do innego pasma górskiego niż Žaltman: Broumowskich Ścian. Te z kolei wchodzą w skład czeskiej części Gór Stołowych.
Szczur, któremu dzisiejsza wycieczka też dała w kość, kilka razy pytał mnie, czy podobały mi się skały. Po paru zapewnieniach, że tak, przyznałam:
- Skały były super, ale zobaczyłam je raz i więcej na tę drogę nie wracam, choćby nawet te skały s**ły 😆