wtorek, 24 lutego 2026

[180] O cztery zęby mniej

 
Dwa dni po zabiegu
Od środy jestem "uboższa" o dwie z czterech zatrzymanych ósemek. ULGA. Ogromna ulga, że to już. I że na pewno nie odrosną. 
Widmo tego zabiegu od dłuższego czasu spędzało mi sen z powiek. Najprawdopodobniej właśnie przez to miałam przewlekłe kłopoty z brzuchem. Bałam się i niewiele mogłam na to poradzić. Czułam przymus czytania o ekstrakcji ósemek w Internecie, a im więcej czytałam, tym bardziej się bałam. Niestety, zanim zdałam sobie sprawę, że mogłam aż tyle nie czytać, było za późno. Chciałam jak najlepiej się przygotować, po prostu.
Miałam szczęście trafić na wspaniałą panią chirurg, konkretną, spokojną i empatyczną. Przed każdym etapem zabiegu uprzedzała mnie, czego mogę się spodziewać. Znieczulenie było tak silne, że usuwanie zębów ani trochę mnie nie bolało, mimo że czułam ich podważanie i słyszałam dziwne dźwięki. Po wszystkim chirurżka pochwaliła mnie, że jestem bardzo dobrym pacjentem, bo mimo lęku jestem nastawiona zadaniowo i współpracuję z lekarzem. Cóż... tak właśnie działa mój mózg, że na długi czas przed trudnym dla mnie wydarzeniem jestem chora ze stresu, ale kiedy już jest w trakcie, spinam zadek i koncentruję się na działaniu. Poza tym miałam ze sobą gniotek i odtwarzacz MP3, które u dentystów są mi wielką pomocą. Mogłam też po zabiegu posiedzieć w fotelu przez dłuższą chwilę, dopóki kręciło mi się w głowie. Nikt mnie nie poganiał i nie kazał natychmiast wstawać.
Lekarka pochwaliła też... ósemki. Podobno należały do tych zatrzymanych lżejszego kalibru. Nie mam pojęcia, czy to kwestia położenia (były odrobinę wyrżnięte, widoczne w jamie ustnej), genów czy przypadku. W każdym razie usłyszałam żartobliwe: "Musi pani być dobrym człowiekiem, bo nie została pani obdarzona uciążliwymi ósemkami" 😆
Najbardziej bałam się, co będzie się działo, gdy znieczulenie zacznie schodzić. A konkretnie tego, że ból będzie tak silny, iż przebije się przez lek przeciwbólowy, albo lek przestanie działać dużo wcześniej niż będę mogła wziąć bezpiecznie kolejną dawkę. Tak było i przy zainfekowanym zębie, i przy ropniu - nie umiałam poradzić sobie z bólem. Tym razem jednak dostałam receptę na Nimesil. Ku mojemu zaskoczeniu, Nimesil niemal całkowicie blokuje ból i działa na mnie dłużej niż przewidziane w ulotce dwanaście godzin. To ewenement! 
Teraz przyszedł czas na rekonwalescencję. Oprócz Nimesilu dostałam antybiotyk, Encorton i naprawdę długie zwolnienie lekarskie. Dostałam też kartkę z zaleceniami na najbliższe dni - co robić i czego nie robić, żeby nie zaszkodzić gojącym się ranom. Przez pierwsze dwa dni głównie leżałam z uniesioną głową lub siedziałam na kanapie, regularnie przykładając zimne okłady. W środę byłam bardzo śnięta po znieczuleniu i podwójnej dawce leku przeciwlękowego. Mama zrobiła mi zupę z grysikiem, wypiłam też elektrolity i zjadłam odrobinę rozgotowanego ryżu. W nocy bez problemu przespałam siedem godzin. Następnego dnia czułam się nie najlepiej - byłam słaba, miałam podrażnione gardło i często robiło mi się zimno. Wyglądałam jak chomik i ta opuchlizna sprawiała mi pewien dyskomfort. Sporo spałam albo leżałam przykryta puchatym kocem. Udało mi się jednak zadbać o higienę jamy ustnej zgodnie z zaleceniami lekarki. Dałam radę zjeść kilka niedużych posiłków: miękki ryż z pogniecionym bananem, utarte jabłko i marchew, zmiksowaną zupę jarzynową z mięsem. Poczułam się też na siłach, by zrobić sobie jajecznicę z mozzarellą. 
Dzisiaj obudziłam się już w lepszej formie, mimo że w nocy miałam istny festiwal nieprzyjemnych snów. Po tym, jak poziom stresu drastycznie spadł, mózg najwyraźniej postanowił urządzić sobie imprezę. Opuchlizna wydaje mi się nieco mniejsza i nie tak uciążliwa, nie boli przy lekkim dotyku ani nie powoduje wrażenia rozpychania skóry. Inne nieprzyjemne odczucia (zimno, osłabienie, suchość w gardle) w zasadzie zniknęły. Odważyłam się dokładniej pooglądać ranę, myjąc zęby z czołówką komicznie założoną na głowę. Dalej biorę leki i staram się przestrzegać zaleceń. Dzięki wsparciu mamy repertuar żywieniowy stopniowo się poszerza. Najwięcej przyjemności sprawiły mi dzisiaj lody i ugniecione ziemniaki. Najbardziej tęsknię za słodyczami z czekoladą oraz za pizzą, ale na smakołyki trzeba jeszcze poczekać. 
Przyjemnym skutkiem ubocznym zabiegu jest to, że chwilowo prawie nic nie muszę, jedynie dbać o siebie. Nie trzeba nigdzie się spieszyć, nic robić pod presją czasu. Dziwne to uczucie, na co dzień niespotykane. Nawet wakacje nie oznaczają przerwy od obowiązków. Nagle mam bardzo dużo wolnego czasu i chociaż możliwości fizyczne są w tej sytuacji ograniczone, umysł może z niego korzystać. Cieszy mnie czytanie, częste mizianie zwierzaków, słuchanie audiobooków i wywiadów, oglądanie ciekawych rzeczy w sieci. Kończę post na bloga. Może w weekend zacznę układać urodzinowe puzzle? Grunt to nie forsować organizmu i dać mu czas na powrót do pełnej aktywności. 
Po tygodniu powinnam się zgłosić na zdjęcie szwów. Mam nadzieję, że do tego czasu nic złego się nie wydarzy i z każdym dniem będę czuć się coraz lepiej (i więcej jeść). Trzymajcie kciuki! 

Cztery dni po zabiegu
Minęły kolejne dwa dni od zabiegu. W moim odczuciu miejsce po ekstrakcji wygląda całkiem znośnie. Opuchlizny na zewnątrz zostało tylko trochę.  
W sobotę zrobiłam eksperyment: wzięłam Nimesil o pierwszej w nocy, a przez resztę dnia nie. Chciałam zobaczyć, co się stanie, gdy przestanie działać. Przestał dopiero po dwudziestej pierwszej! Zaczęłam wtedy odczuwać pewien dyskomfort i ucisk przy niektórych ruchach żuchwą. Nie pojawiły się jednak żadne silne dolegliwości bólowe. Uznałam, że mogę odstawić lek, ewentualnie przejść na słabszy. Niestety, dzisiaj wróciłam do Nimesilu ze względu na migrenę, która od wczoraj daje mi się we znaki. Przez głowę źle mi się spało, kilka razy się budziłam. No, ale nie to ma być tematem tego posta.
Cały czas staram się jeść bardzo ostrożnie, więc zajmuje mi to sporo czasu. Jem codziennie kilka miękkich posiłków o delikatnej konsystencji, ale do wody dodaję już trochę esencji z herbaty. Studzę wszystko, żeby nie było gorące. Wczoraj zjadłam pokrojoną bułkę mleczną i dwa placki ziemniaczane, które sprawiły mi taką frajdę, jakbym dostała wymarzony prezent. Nabrałam też ochoty na nabiał, ponieważ jelita nareszcie się uspokoiły. Z braku czekoladowych słodyczy pałaszuję lody, a rodzice korzystają na mojej diecie i pałaszują też (chyba nigdy przedtem nie jedliśmy lodów w środku zimy!). 
Jutro ostatni dzień antybiotyku. Nareszcie koniec z ohydnym posmakiem w ustach!
W międzyczasie rodzice odebrali moją paczkę z Temu, pełną przydatnych drobiazgów. Piękna dostała ode mnie okrągłą zabawkę intelektualną. Aby dostać się do smaczków, pies musi pokombinować - poprzesuwać zakrywające je "klapki". Piękna błyskawicznie załapała, o co w tym chodzi. Zabawa wyraźnie sprawia jej przyjemność, jak wszystkie z wykorzystaniem węchu. Radzi sobie wspaniale. Najbardziej bawi mnie jej upewnianie się, czy aby na pewno niczego nie pominęła.

Pięć dni po zabiegu
Hurra! Ostatnia dawka antybiotyku połknięta!

Siedem dni po zabiegu
Szwy zdjęte. Poszło błyskawicznie, a lekarka nie miała żadnych zastrzeżeń do gojenia się rany. Od poniedziałku szczypie mnie od strony policzka dziąsło obok siódemki, jakbym miała tam aftę, więc przy okazji napomknęłam o tym. Lekarka powiedziała, że takie odczucia mogą być jeszcze przez jakiś czas, aż ta okolica całkiem się nie zagoi. Mam dalej dbać o higienę, odkażać i smarować Elugelem.
Dałam radę! 💪
Również od poniedziałku, co zaskakujące, czuję się przeziębiona i mam katar. Z nikim prócz rodziców nie widziałam się od zeszłej środy, siedziałam w domu, a oni też niewiele wychodzili i nie złapali żadnej infekcji. Ciekawe, jak złapałam ten katar. Może od częstego przykładania zimnych okładów na głowę? Na pewno spadła mi odporność przez stres przed zabiegiem i zażywanie antybiotyku. Cieszę się, że lekarka dała mi dłuższe zwolnienie, bo przynajmniej mogę teraz się jeszcze podleczyć.
Zaczęłam układać puzzle z ćmami, które dostałam od Szczura na urodziny. Najpierw, jak zwykle, podzieliłam je na grupy według kolorów i wzorów. Przypuszczam, że to mogą być najłatwiejsze puzzle w moim życiu, bo na widok wielu wzorów domyślam się od razu, do jakiej ćmy lub przynajmniej rodziny należą. Już sam podział puzzli był wyjątkowo przyjemny w porównaniu na przykład z obrazami Anne Stokes, które zwykle są utrzymane w mało zróżnicowanych barwach. Chyba będę układać bez obrazka, żeby podnieść sobie poziom trudności.

Przed drugim zabiegiem
(nocą)
Dziś znowu idę pod nóż, tym razem pozbyć się lewych ósemek. Jestem dużo spokojniejsza niż poprzednio, co najłatwiej poznać po tym, że brzuch dokuczał mi tylko przez ostatni tydzień, a nie przez ostatni miesiąc. Mam pietra, ale nie jestem przerażona. Boję się tylko tego, żeby nie było gorzej niż ostatnio i żeby paszcza zagoiła się bez żadnych komplikacji. O ból w czasie zabiegu, ból po zabiegu, zwolnienie lekarskie czy jedzenie już się nie martwię, bo idę do tej samej lekarki i wiem, jak sobie radziłam poprzednio. Grunt to stosować się do zaleceń i przetrwać trzy pierwsze dni. 
Jestem na maksa nastawiona zadaniowo. Przez kilka dni załatwiałam różne zaległe sprawy. W domu panuje względny porządek (aczkolwiek definicja porządku uległa znacznemu poszerzeniu, odkąd mieszka u nas ratlerek). W pracy uporządkowałam swoją salę, jakbym co najmniej spodziewała się wizyty profesor McGonagall. Nie wiem, czy ktoś z Was ma tak jak ja, że w podobnych sytuacjach namiętnie organizuje przestrzeń wokół siebie, żeby zwiększyć poczucie kontroli - ale mnie to pomaga, czuję się bezpieczniej. Zawsze gdy wyjeżdżam na dłużej, jestem spokojniejsza, zostawiając za sobą ład i domknięte sprawy. Każda podróż jest Wielkim Być Może. A zabieg chirurgiczny, nawet takiego kalibru, na skali niepewności plasuje się przecież wyżej niż podróż. Inni mogą odnieść wrażenie, że zachowuję się, jakbym miała już nie wrócić. Cóż... gdybym znała datę końca świata, prawdopodobnie miałabym właśnie tego dnia świeżo umyte włosy, na stole ulubione smakołyki, a serwetki i poduszki równiutko ułożone. Jak Migotka wyczesująca ogonek w obliczu zbliżającej się zagłady. 
Zabieg mam z samego rana, a nadal czuję się dość pobudzona, więc wyspana raczej nie będę. Po powrocie mogę jednak spać, ile dusza zapragnie (a raczej ile ciało pozwoli). 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz