3.09
Słucham powieści młodzieżowej Ewy Nowak, a tam dziewczyna zrywa znajomość z chłopakiem, bo dowiaduje się, że on hoduje modliszki. Kompletnie nie mogę tego pojąć! Ja pewnie byłabym w siódmym niebie. Gdyby to jeszcze były karaczany, ale modliszki?
Biednej Edycie robi się niedobrze i wymiotuje, kiedy Czarek karmi modliszkę świerszczem. Owszem, zjadanie wciąż ruszających się ofiar przez modliszkę wygląda dość obrzydliwie. Perspektywa jednak trochę się człowiekowi zmienia, gdy widzi, jak te same świerszcze równie chętnie zjadają swoje rodzeństwo.
11.09
Zeszłej nocy obudziłam się o drugiej z dziwnym odczuciem, że coś po mnie łazi. W pierwszej chwili pomyślałam, że jakiś uciążliwy komar, gdyż w tym tygodniu dużo się ich kręci po domu i zawsze mam przynajmniej jeden bąbel. Spróbowałam odpędzić intruza, ale on przeniósł się na moje ramię. Półprzytomna sięgnęłam po telefon i włączyłam latarkę. W jej świetle zobaczyłam... pasikonika. Wyskoczyłam z łóżka, by przełożyć go do pojemnika, a potem wróciłam spać.
Rano nie byłam pewna, czy to mi się nie przyśniło. Bardzo często mam sny o różnych owadach, szczególnie o hodowaniu dużych motyli i ciem (istniejących naprawdę albo wyimaginowanych). Zerknęłam do pojemnika. Pasikonik nadal tam był.
Od czasu do czasu widuję pasikoniki w różnych miejscach. Tego lata jeden siedział na drzewie w ogrodzie społecznościowym, a inny na karoserii samochodu, kiedy Szczur próbował po ciemku wymienić żarówkę na parkingu pod Kampinosem. Pasikoniki, również te największe, wchodzą czasem do domu, a nawet do Nory, na czwarte piętro. Żeby jednak pasikonik chodził po mnie w nocy... Tego to jeszcze nie grali.
27.09
Zebrałam dziś czterysta sześć orzechów. Ufff.
Drzewa odżyły po zeszłorocznym przemarznięciu. Na zdjęciu dotychczasowe zbiory.
28.09
Orzech gigant 😆
16.11
Przedwczoraj miałam ciekawy sen. Śniło mi się, że razem ze Szczurem i z mamą wybierałam się w podróż do Chin. Mieliśmy lecieć z Katowic do Finlandii (a może Danii?) i dopiero tam wsiąść do samolotu do Chin. Z kolei w drodze powrotnej mieliśmy zaplanowaną przesiadkę w... Paryżu. Nie trzyma się to kupy (koleżanka z liceum latała do Chin z przesiadką w Stambule), ale tak właśnie było we śnie. Psami i kotem miała zająć się koleżanka z pracy, która ma salę obok mojej.
Rano w dniu wylotu mama i Szczur byli już spakowani, a ja nawet nie zaczęłam się jeszcze pakować. Zamiast posiłkować się listą rzeczy do zabrania, jak to zawsze robię, zachowywałam się chaotycznie. Chodziłam po domu, szukając różnych swoich rzeczy i wpadając w coraz większą panikę, gdyż niektórych nie potrafiłam znaleźć. Długo szukałam polaru. Potem szukałam informacji, jakie w Chinach są gniazdka elektryczne, zupełnie jakbym nie mogła się tego dowiedzieć odpowiednio wcześniej. Mama zapytała mnie, czy mam wymienione pieniądze, a ja oczywiście nie miałam. Powiedziałam, że po przylocie pójdziemy do kantoru. Co chwilę patrzyłam na zegarek, czas uciekał błyskawicznie jak w escape roomie, a ja wcale nie robiłam postępów. Wręcz przeciwnie, przypominało mi się coraz więcej spraw do załatwienia. Przez to swoje nieprzygotowanie i odkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę byłam roztrzęsiona. Czułam, że pot ze mnie spływa, a brzuch staje się coraz bardziej nerwowy.
Nagle obudziłam się - cała spocona i pobudzona, z walącym sercem. Chwilę zajęło mi uświadomienie sobie, że to był tylko sen i że nie muszę się spieszyć do Chin 🫣
30.12
Wszystko wskazuje na to, że Warszawa obudzi się przysypana kilkudziesięcioma centymetrami śniegu. Na spacerze o czternastej jeszcze nie padało, o dwudziestej sypało już dość konkretnie, a teraz, po północy, szczurze osiedle wygląda bajkowo. Noc stała się jaśniejsza, kontury mniej ostre. Widok miły dla oka, przynajmniej jeśli się ma to szczęście, że jeszcze przez kilka dni nie musi się iść do pracy. No i że nie trzeba odśnieżać samochodu, bo te zaparkowane na zewnątrz już teraz wyglądają jak ośnieżone pagórki, a do rana daleko. Złapałam się na tym, że jak w dzieciństwie czuję radość, stawiając kroki w świeżym śniegu, na którym moje ślady są pierwsze. A jednocześnie jakiś rodzaj wzruszenia, ponieważ minęły całe wieki, odkąd ostatni raz oglądałam okolice Nory w takim wydaniu.
Nie mogę się doczekać jutra. Nie tylko sylwestrowej domówki w gronie ulubionych osób (oby tylko pogoda nie uniemożliwiła im dotarcia do Nory!) i tego, że ten rok, jeden z trudniejszych w moim życiu, nareszcie się skończy, ale także... polowania z aparatem na bałwany, które zapewne pojawią się rano na osiedlu.
Od niedzielnego wieczoru ładuję w Norze swoje wewnętrzne baterie, rozładowane niemal całkowicie. Święta spędziłam zupełnie inaczej niż dotychczas - pojechałam z mamą i psami do mojej ulubionej cioci i kuzynki. Odkąd nie ma z nami taty, byłam przekonana, że nie chcę być w domu w Wigilię. Czułam, że jeśli zasiądziemy tylko we dwie do tego stołu, przy którym zawsze siadaliśmy w komplecie, przypomnę sobie coroczne żarty taty i rozkleję się na amen. Najbardziej chciałam, byśmy pojechały do rodziców Szczura, ale mama nie czuła się na to gotowa, więc wspólnie z ciocią obmyśliłyśmy plan B. Na przestrzeni ponad trzydziestu lat życia nigdy nie spędzałam Wigilii gdzie indziej niż w domu rodzinnym. Miałam sporo obaw, jak to będzie, w związku z czym parę dni wcześniej brzuch zaczął dawać mi się we znaki. Kiedy jednak znalazłyśmy się w mieszkaniu cioci, momentalnie poczułam się tak, jak zawsze się tam czuję - jak otulona ciepłym, puszystym kocem. Spokojna, bezpieczna. Nawet Łobuz uległ atmosferze tego miejsca i zachowywał się bez zarzutu. Po kolacji Włóczykij sprawił nam niespodziankę, zjawiając się u cioci z dziećmi i przepysznymi ciastami, ale bez żony, która w tym dniu miała dyżur. Z kolei w pierwsze święto, zamiast według pierwotnego planu wracać do domu w południe, zostałyśmy u cioci do wieczora, kiedy to wpadł z wizytą młodszy kuzyn z rodziną.
Myślę, że byłam w te święta dużo szczęśliwsza niż się spodziewałam. Zawsze chciałam spędzić Wigilię z kuzynami, lecz nasze rodziny nie miały takiego zwyczaju, gdy byliśmy dziećmi. Widywaliśmy się przeważnie w drugie święto, jeśli tylko wszyscy byliśmy zdrowi. Podczas pobytu u cioci czułam się jak mały leśny zwierzaczek zimujący w ciepłej norce, odgrodzony od wszelkich trosk i niebezpieczeństw zewnętrznego świata.
Dopiero następnego dnia, w domu, uświadomiłam sobie, jak bardzo zmęczyła mnie wizyta kuzyna z Młodym i Młodszym w pierwsze święto. Chłopcy, pochłonięci górą otrzymanych prezentów, zachowywali się trochę jak w amoku, mocno hałasowali i urządzili sobie "bazę" w najmniejszym pokoju, gdzie wcześniej chodziłam się wyciszać. W drugie święto obudziłam się cała obolała, z ponadprzeciętnie silną migreną. Walka z tą migreną trwała dwa dni, gdyż początkowo nic na nią nie działało, nawet sumatryptan. Na szczęście w końcu ustąpiła.
4.01
Tak jak się spodziewałam, na osiedlu i w parku zaroiło się od bałwanów. Najwięcej ich spotkałam pierwszego i drugiego stycznia. Mam już tyle zdjęć, że będę mogła nie tylko od ręki dodać post na bloga, ale wręcz przebierać w tych portretach! Większość robiłam aparatem, więc zgram je dopiero w domu.
Dzisiaj ulepiliśmy ze Szczurem własnego bałwana - szczura. Większa w tym zasługa Szczura, który jest o wiele mniej wrażliwy na zimno. Mnie dłonie szybko przemarzły, mimo że zabrałam dwie pary rękawiczek, bo śnieg był bardziej sypki niż się spodziewałam i formowanie go trwało kilkadziesiąt minut. Udało mi się za to znaleźć czapeczki z żołędzi, liście i gałązki do przyozdobienia szczura. Kilka osób przechodzących obok zareagowało bardzo pozytywnie na widok naszego dzieła, niektórzy nawet się z nim fotografowali. Wspólnie z pewnym panem Szczur nadał śnieżnemu krewniakowi imię Dezyderiusz.
2.02
Rano termometr pokazał dziesięć stopni poniżej zera. Przed wyjściem włożyłam na siebie kilka warstw: grubą kurtkę, najcieplejszy sweter, drugi sweterek z golfem, a pod nim jeszcze podkoszulek. Mimo to skłamałabym, gdybym napisała, że było mi ciepło. Było na tyle znośnie, żebym dała radę pojechać do pracy i odebrać pieczywo, ale starałam się być na dworze jak najkrócej. Momentalnie zaczęło mi spływać w gardle, chociaż nie mam kataru.
I pomyśleć, że w innych częściach Polski było dzisiaj nawet poniżej -20 stopni! 😱
Szczur od kilku dni walczy z upierdliwym bakteryjnym zapaleniem płuc. Nocami wciąż męczą go wysokie gorączki, bardzo trudne do zbicia. Dzisiaj dostał drugi antybiotyk. Czuje się kiepsko, czego najlepszym dowodem jest to, że nie ma siły rozmawiać głosowo. Kto zna Szczura, ten wie, jaki jest gadatliwy - i chociaż zdecydowanie woli rozmawiać twarzą w twarz niż przez telefon, w normalnych okolicznościach dzwoni do mnie codziennie. Martwi mnie to wszystko, zwłaszcza że za niecałe dwa tygodnie zaczynam ferie i chcę pojechać do Nory. Trzymajcie kciuki, wysyłajcie mu pozytywne myśli i/lub módlcie się do swoich ulubionych bogów, żeby wyzdrowiał jak najszybciej.
W sobotę zamierzaliśmy jeszcze raz zobaczyć się z Marcinem przed jego wyjazdem, ale niestety nie udało się. W związku z chorobą Szczura musiałam oczywiście odwołać naszą rezerwację w escape roomie. Zamiast rozwiązywać zagadki, rozbierałam choinkę, malowałam farbą akrylową stare puzzle i częściej niż zwykle wpełzałam pod kołdrę.
Dzisiaj mi się śniło, że długo chorowałam i nie chodziłam przez to do szkoły. Wuefista, który pracuje w tej samej szkole co ja, przyszedł do mojego domu i domagał się wyjaśnień, dlaczego nie chodzę do pracy. Później poprosiłam mamę, żeby zadzwoniła mnie usprawiedliwić do... wychowawczyni z gimnazjum.
Pomieszanie z poplątaniem - to w końcu byłam jeszcze uczennicą czy sama pracowałam?
21.02
Tak nieudanych zimowych ferii nie miałam chyba od czasów gimnazjum, kiedy to mój najlepszy kumpel tuż przed feriami złapał różyczkę. 🙁
Jeszcze w zeszły piątek nic nie zapowiadało katastrofy. W domu byłam dużo wcześniej niż zwykle i miałam czas odpocząć przed wieczornym wyjściem. A wieczorem pojechałam z mamą do opery na "Juvenalia" - gościnny występ Polskiego Baletu Narodowego Junior. Pierwszy raz od wieków udało mi się mamę wyciągnąć z domu i byłam z tego bardzo zadowolona. Program składał się z trzech choreografii. Byłam pod wrażeniem umiejętności młodych artystów (wszyscy mają około dwudziestki!), a dwa utwory podobały mi się tak, że chłonęłam muzykę całą sobą.
Minęła zaledwie doba od wyjścia do opery, gdy nagle w mojej krtani pojawiła się jakby gula z flegmy, której nie potrafiłam odkrztusić. W nocy z soboty na niedzielę męczył mnie kaszel, jednak nic więcej jeszcze się nie działo. W niedzielę obudziłam się chora - oprócz uporczywej guli w krtani czułam, że coraz bardziej rośnie mi temperatura. Po obiedzie miałam już gorączkę. A później poszło lawinowo: ból głowy, drapanie w krtani, katar, a przede wszystkim nienaturalne, silne osłabienie. Apogeum nastąpiło we wtorek, gdy czułam się jak wrak człowieka. Mimo łykania na przemian paracetamolu i ibupromu gorączka za każdym razem uparcie wracała po około czterech godzinach. Na zmianę to miałam dreszcze na całym ciele, to znów oblewałam się potem. Głowa nie przestawała boleć nawet na chwilę.
W tenże feralny wtorek wydobyłam z pudła test na wirusy: Covid, grypę i RSV. Test wykazał grypę.



