niedziela, 9 sierpnia 2026

[184] Tam, gdzie szumią fale

 
Niedziela i poniedziałek
Kiedy o tej porze roku cała nasza trójka - Piękna, Szczur i ja - ma tak samo błogie miny, jednym z najbardziej prawdopodobnych wyjaśnień jest nasza ulubiona wakacyjna miejscówka. U pani Oli w małej miejscowości nad morzem.
Mamy tu spokój i ciszę, za którymi tęsknię w roku szkolnym. Turystów w okolicy nie brakuje, ale nie urządzają nocnych krzyków pod oknami czy głośnych imprez przedłużających się do pierwszej. Częściej koncertują koniki polne lub żaby. Przyroda jest na wyciągnięcie ręki - czasami do domku wpadają ciekawe ćmy albo ważki, za bramą można się natknąć na jeża, a po polach spacerują sarny. Stałym elementem krajobrazu są bocianie gniazda. 
Pogoda tym razem nie rozpieszcza. Po kilku gorących dniach w Norze przyjemnie było znaleźć się na Pomorzu, gdzie przywitało nas miłe dwadzieścia stopni. Zachmurzone niebo i przelotne deszcze - brakowało nam tego. Później jednak z dnia na dzień robiło się coraz to chłodniej, aż nawet Szczur wyjął z plecaka kurtkę, noszoną raz na ruski rok. Dla mnie dziś jest już nieco za zimno (to znaczy za zimno, gdy nie ma ogrzewania, bo w sezonie grzewczym to inna para kaloszy), a przede wszystkim zbyt wilgotno. Dokuczają mi niektóre stawy i migrena. Na razie nie włożyłam ani jednych szortów i ani jednej koszulki z rękawkiem krótszym niż do łokcia, choć mam ich pełną walizkę. Zamiast tego codziennie popylam w tych samych wysłużonych gaciach, kamizelce i czerwonym polarze. Dziś pierwszy raz od kwietnia włożyłam jedna na drugą dwie pary legginsów. I wcale nie było mi w nich za ciepło!
Tęsknię za Łobuzem, który w zimne noce przychodzi mi do łóżka, wciska się pod kołdrę i grzeje jak mały termofor. A jak już nie ma Łobuza, przydałby się chociaż rum do herbaty.
Pierwsze dwa dni spędziliśmy leniwie, nie wyruszając dalej niż na plażę i na zakupy do pobliskich miejscowości. Mimo chłodu na plaży jak zwykle ogarnia mnie radość, taka od palców u stóp aż po koniuszki włosów. Póki co nie weszłam do wody, ale lubię też leżeć na kocu ze Szczurem i Piesą, chłonąc zapach i szum morza, na zmianę z szukaniem drobnych "skarbów" wyrzuconych przez fale. Znalazłam między innymi kawałek gałązki wyglądający jak maleńka proca i ciekawie wyrzeźbioną przez fale łupinę orzecha. Szczur, będąc stworzeniem zdecydowanie zimnolubnym, zaliczył już pierwszą kąpiel w morzu. Piękna wyszalała się na otwartej przestrzeni i spotkała na "psiej plaży" kilka przyjaznych piesków.
Wracając wczoraj z plaży, natknęliśmy się na ogromną larwę barczatki napójki. Siedziała na siatce oddzielającej wydmy od wejścia na plażę, niczym doświadczona akrobatka. Nie zabrałam jej jednak, bo Szczur przekonał mnie, że to bez sensu. Wszystkie napójki, które opuszczają swoje ukochane trawy i siedzą w doskonale widocznych miejscach, okazują się być spasożytowane. To najwyraźniej strategia tych parazytoidów.







Wtorek
Szczur od dawna chciał zwiedzić "Sokoła" - okręt podwodny polskiej marynarki wojennej typu Kobben. Pamiętam, że usłyszałam o nim pierwszy raz jesienią czy zimą dwa lata temu, gdy rozmawialiśmy o naszych dużych i małych podróżniczych marzeniach. Wtedy okręt stał już przy Muzeum Marynarki Wojennej i miał niebawem zostać udostępniony do zwiedzania. W zeszłoroczne wakacje wybraliśmy się do Gdyni, by go zobaczyć, ale niestety dotarliśmy na miejsce zbyt późno. Chociaż było dopiero południe, pula biletów na dany dzień zdążyła się wyczerpać. Ze strony internetowej nie wynikało, że ta pula jest tak mała, więc nie spodziewaliśmy się tego. By nie zmarnować wycieczki, zwiedziliśmy muzeum, a okręt zobaczyliśmy tylko z daleka.
Nie chcąc popełnić drugi raz tego samego błędu, tym razem postanowiliśmy zawczasu kupić bilety przez Internet. Okazało się, że od naszej poprzedniej wizyty system sprzedaży biletów się zmienił - teraz przy zakupie online nie trzeba wybierać konkretnej godziny. Wystarczy wybrać dzień, a na miejscu poczekać w kolejce. Kiedy pula biletów na jakiś dzień wyczerpuje się, po prostu znika możliwość wyboru tego dnia na stronie internetowej. 
Na miejscu odstaliśmy swoje w kolejce, ale tragedii nie było (przed nami może dwudziestu ludzi). Ze względu na ograniczoną przestrzeń na okręt wchodzi się w grupach po około dziesięć osób, z których każda ma piętnaście minut na zwiedzanie. Niektórzy jednak przechodzą przez wszystkie pomieszczenia w błyskawicznym tempie, co umożliwia kolejnym osobom wejście wcześniej. Jak można się domyślić, w naszym przypadku nie było o tym mowy. Gdy Szczur nareszcie znalazł się na okręcie, przeszedł trasę zwiedzania dwukrotnie, oglądając wszystko bardzo dokładnie i robiąc mnóstwo zdjęć. Oczywiście najbardziej interesowały go kwestie techniczne, podczas gdy ja bardziej skupiłam się na historii "Sokoła" i warunkach życia załogi.
"Sokół" służył w polskiej marynarce wojennej całkiem niedawno, bo w latach 2002-2018. Po Bałtyku pływał jednak od lat sześćdziesiątych. Zanim trafił w ręce Polaków, należał do marynarki norweskiej. 

Poprosiłam Szczura, by podzielił się kilkoma ciekawostkami na temat okrętu.
🛥️ W przeciwieństwie do większości okrętów podwodnych, "Sokół" nie miał zapasowych torped. 
🛥️ Jeden ster przedni służył tylko do zanurzania, a drugi do wynurzania. Zwykle stery są dwa, ale pracują symetrycznie.
🛥️ Własną kabinę miał jedynie kapitan, a nawet ona była maleńka. 
🛥️ Okrętowa kuchnia była wyposażona w... zmywarkę.
Moje refleksje po wycieczce? Przede wszystkim jestem pełna podziwu dla ludzi, którzy pracują na okrętach podwodnych, podobnie zresztą jak dla astronautów. Nie mam klaustrofobii, wchodzenie do ciasnych pomieszczeń nie sprawia mi trudności, ale mieszkanie w takowych to co innego. Większość życia spędziłam w domu jednorodzinnym i nie czuję się komfortowo, mieszkając na małej przestrzeni. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest żyć przez całe tygodnie w tak ciasnych pomieszczeniach, w dodatku bez możliwości odcięcia się choć na chwilę od innych ludzi i wyjścia na świeże powietrze. A załoga "Sokoła" liczyła nie pięć czy sześć, ale około dwudziestu osób! Jak im się udawało w takich warunkach nie oszaleć i wytrzymać ze sobą nawzajem, to dla mnie zagadka.

Środa
Piękna nie mogła pojechać z nami do Gdyni, a na kolejną dalszą wycieczkę zaplanowaliśmy Słowiński Park Narodowy, dlatego w środę postanowiliśmy wybrać się gdzieś razem z nią. Padło na Osadę Słowiańską w Sławutowie. Byliśmy tam już i wiedzieliśmy, że psy są mile widziane. Poza tym Szczur ostatnim razem nie wszystko zdążył obejrzeć, a ja miałam ochotę kupić sobie na pamiątkę jakąś biżuterię.
Osada Słowiańska znacznie różni się od innych skansenów, które zwiedziliśmy podczas naszych wyjazdów. Jest to rekonstrukcja słowiańskiego grodu z IX-X wieku, wybudowanego na planie okręgu i otoczonego palisadą. W centrum znajduje się obszerny plac, a dookoła niego stoi osiem chat. Każda z nich przybliża inną sferę życia lub jedną z profesji niezbędnych do przetrwania takiej osady: tkactwo, garncarstwo, zielarstwo. Po grodzie oprowadzają przewodnicy w strojach z epoki, podążając z gośćmi od chaty do chaty i sypiąc ciekawostkami jak z rękawa. Widać, że to miejsce tworzą ludzie z pasją - gdy Szczur był świeżo po lekturze "Cywilizacji Słowian" i zadawał pełno pytań o detale, przewodnicy nie tylko potrafili na nie odpowiedzieć, ale też chętnie wchodzili w dyskusję. Oprowadziwszy grupę dookoła grodu, przewodnik zabiera ją na podgrodzie, gdzie wokół paleniska dumnie stoją rzeźby wyobrażające dawne bóstwa. Tam opowiada o duchowości Słowian - i to chyba jedyny punkt programu, do którego mieliśmy pewne zastrzeżenia merytoryczne.







Obok zaangażowania przewodników, w osadzie najbardziej podobają nam się aktywności proponowane w trakcie zwiedzania. Poprzednim razem Szczur spróbował swoich sił w posługiwaniu się prymitywną wiertarką. Teraz zdecydowaliśmy się skosztować podpłomyków pieczonych na prawdziwym palenisku. Były pyszne, a od typowego naleśnika różniły się przede wszystkim wyrazistym posmakiem... dymu. 
Wypada też wspomnieć o otwartości na turystów z psami, gdyż każde takie miejsce ma u mnie dodatkowego plusa. Tym razem Piękna spotkała dwa inne pieski prowadzone na smyczy i łagodną, starszą suczkę, która przechadzała się luzem po całym terenie. Sądząc po zachowaniu suczki, albo na stałe mieszka ona w osadzie, albo należy do któregoś z pracowników.
Od naszej ostatniej wizyty w Osadzie Słowiańskiej sporo się zmieniło. W jednej z chat pojawiła się oszklona rekonstrukcja przykładowego miejsca pochówku połączona z niewielką wystawą. Przewodnik wyraźnie jednak zaznaczył, że archeolog ma niemałe szczęście, jeśli udaje mu się aż tyle znaleźć w jednym miejscu - to raczej marzenie badacza. Oferta osady została poszerzona o dodatkowe atrakcje: drewniany labirynt, plac zabaw dla najmłodszych i warsztaty dawnych rzemiosł. Kto wie, może i my przy następnej okazji zapiszemy się na takie warsztaty?
Niezmienna jest natomiast ilość motyli, które chętnie odwiedzają osadę. W pobliżu zawsze kręci się jakaś rusałka albo bielinek. I nic dziwnego, bo przed chatami zasadzono atrakcyjne dla nich rośliny, jak szczeć pospolita czy malwy.







piątek, 26 czerwca 2026

[183] Pamiętniki wiosenne

 
2.03
Pierwszego dnia drugiego semestru, w drodze z pracy do piekarni, zobaczyłam pierwsze w tym roku bazie. 




29.04
Zasypianie - komedia w dwóch aktach
Akt I
Wolny dzień, pobudka o dowolnej porze.
Mózg o północy: Chciałam poczytać, ale chyba się położę... Jak ślicznie kos śpiewa za oknem... Chrrrr... 😴
Akt II
Środek tygodnia, pobudka o szóstej.
Mózg o północy: Idę spać. Chwila, czy na pewno spakowałam czerwoną teczkę? Gdzie ta teczka? A, tu jest, przykryta koszulkami. Jutro trzeba zamówić prezent dla Młodego, kupić bilet powrotny, spakować się, iść po brzozę... ale dobra, trzeba iść spać. Nie myśl już o niczym. Kurczę, za gorąco pod tym kocem, a bez koca zimno. Co tak strzela w tym kaloryferze? Wyłączę go. A, to może przy okazji jeszcze skoczę na siusiu. Ale Łobuz chrapie. Muszę sprawdzić, kiedy podać psom tabletkę na kleszcze. Chyba przed świętami dawałam. A może jednak po? Zmywarka jeszcze hałasuje. Budzik na jutro włączony? Może lepiej jeszcze sprawdzić? Jakieś powiadomienie z Instagrama. O, Alex coś napisała na fejsie. A co to za spam na mailu? Nie, dobra, odłączam wifi, bo zacznę scrollować i nie zasnę. Pić mi się zachciało. Skoczę do kuchni. Co by tu kupić Młodemu? Jak ja przeżyję ten maj, z tyloma imprezami i wydarzeniami? Na samą myśl czuję się przeładowana. Czy na pewno wyjęłam pieczywo z zamrażarki? Jutro rano muszę od razu podejść do sekretariatu, żeby nie łazić dwa razy. I skończyć dekoracje na okna. I przypomnieć Szczurowi o bułkach. Rany, już wpół do pierwszej. Miałam spać. Ale coś mnie szyja swędzi. Noga też mnie swędzi. Chyba pójdę jeszcze po łyk picia. 

1.05
Ostatnio polubiłam kolorowanie. Właściwie zawsze lubiłam, ale kredki bardzo szybko męczą moje stawy, a nie umiałam trafić na dobre flamastry, które nie zostawiałyby paskudnych smug. Zupełnie przypadkowo takie flamastry wpadły w moje ręce i któregoś dnia przed Wielkanocą wciągnęło mnie kolorowanie pisanek. Ot, dałam młodzieży kolorowanki relaksacyjne (takie bardziej "dorosłe", z wieloma detalami), sama też jedną popełniłam i nabrałam ochoty na więcej. Uspokaja mnie to, podobnie jak origami.
Z kolei w tym tygodniu wymyśliłam sobie, że ozdobię okna witrażami z bibułki transparentnej. Nie umiałam znaleźć dokładnie takich wzorów, jakie by mi się podobały, więc przerobiłam te znalezione. Samo rysowanie konturów zajęło mi trochę czasu, a już wypełnianie ich bibułą okazało się strasznie czasochłonne. Siedziałam nad tym po kilka godzin przez dwa dni. W pewnym momencie dopadła mnie frustracja, bo od taśmy dwustronnej wszystko kleiło mi się do palców i nożyczek. Skoro jednak zaczęłam, chciałam zrobić to porządnie i skończyć przed majówką. Ostatecznie jestem zadowolona, jednak raczej nieprędko znowu zabiorę się za takie witraże. Najwcześniej na jesień.




3.06
Dzisiaj chłopcy zachwycali się jakimś youtuberem, który nagrywa filmy, prowadząc samochód. Komentuje poczynania innych kierowców, używając niezliczonych wulgaryzmów - i to właściwie cały kontent.
Wygląda na to, że Szczur rozminął się z powołaniem.


piątek, 6 marca 2026

[182] Pamiętniki jesienne i zimowe

 
3.09
Słucham powieści Ewy Nowak, a tam dziewczyna zrywa znajomość z chłopakiem, bo dowiaduje się, że on hoduje modliszki. Kompletnie nie mogę tego pojąć! Ja pewnie byłabym w siódmym niebie. Gdyby to jeszcze były karaczany, ale modliszki?  
Biednej Edycie robi się niedobrze i wymiotuje, kiedy Czarek karmi modliszkę świerszczem. Owszem, zjadanie wciąż ruszających się ofiar przez modliszkę wygląda dość obrzydliwie. Perspektywa jednak trochę się człowiekowi zmienia, gdy widzi, jak te same świerszcze równie chętnie zjadają swoje rodzeństwo.

11.09
Zeszłej nocy obudziłam się o drugiej z dziwnym odczuciem, że coś po mnie łazi. W pierwszej chwili pomyślałam, że jakiś uciążliwy komar, gdyż w tym tygodniu dużo się ich kręci po domu i zawsze mam przynajmniej jeden bąbel. Spróbowałam odpędzić intruza, ale on przeniósł się na moje ramię. Półprzytomna sięgnęłam po telefon i włączyłam latarkę. W jej świetle zobaczyłam... pasikonika. Wyskoczyłam z łóżka, by przełożyć go do pojemnika, a potem wróciłam spać.
Rano nie byłam pewna, czy to mi się nie przyśniło. Bardzo często mam sny o różnych owadach, szczególnie o hodowaniu dużych motyli i ciem (istniejących naprawdę albo wyimaginowanych). Zerknęłam do pojemnika. Pasikonik nadal tam był.
Od czasu do czasu widuję pasikoniki w różnych miejscach. Tego lata jeden siedział na drzewie w ogrodzie społecznościowym, a inny na karoserii samochodu, kiedy Szczur próbował po ciemku wymienić żarówkę na parkingu pod Kampinosem. Pasikoniki, również te największe, wchodzą czasem do domu, a nawet do Nory, na czwarte piętro. Żeby jednak pasikonik chodził po mnie w nocy... Tego to jeszcze nie grali.




27.09
Zebrałam dziś czterysta sześć orzechów. Ufff.
Drzewa odżyły po zeszłorocznym przemarznięciu. Na zdjęciu dotychczasowe zbiory.




28.09
Orzech gigant 😆




16.11
Przedwczoraj miałam ciekawy sen. Śniło mi się, że razem ze Szczurem i z mamą wybierałam się w podróż do Chin. Mieliśmy lecieć z Katowic do Finlandii (a może Danii?) i dopiero tam wsiąść do samolotu do Chin. Z kolei w drodze powrotnej mieliśmy zaplanowaną przesiadkę w... Paryżu. Nie trzyma się to kupy (koleżanka z liceum latała do Chin z przesiadką w Stambule), ale tak właśnie było we śnie. Psami i kotem miała zająć się koleżanka z pracy, która ma salę obok mojej.
Rano w dniu wylotu mama i Szczur byli już spakowani, a ja nawet nie zaczęłam się jeszcze pakować. Zamiast posiłkować się listą rzeczy do zabrania, jak to zawsze robię, zachowywałam się chaotycznie. Chodziłam po domu, szukając różnych swoich rzeczy i wpadając w coraz większą panikę, gdyż niektórych nie potrafiłam znaleźć. Długo szukałam polaru. Potem szukałam informacji, jakie w Chinach są gniazdka elektryczne, zupełnie jakbym nie mogła się tego dowiedzieć odpowiednio wcześniej. Mama zapytała mnie, czy mam wymienione pieniądze, a ja oczywiście nie miałam. Powiedziałam, że po przylocie pójdziemy do kantoru. Co chwilę patrzyłam na zegarek, czas uciekał błyskawicznie jak w escape roomie, a ja wcale nie robiłam postępów. Wręcz przeciwnie, przypominało mi się coraz więcej spraw do załatwienia. Przez to swoje nieprzygotowanie i odkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę byłam roztrzęsiona. Czułam, że pot ze mnie spływa, a brzuch staje się coraz bardziej nerwowy.
Nagle obudziłam się - cała spocona i pobudzona, z walącym sercem. Chwilę zajęło mi uświadomienie sobie, że to był tylko sen i że nie muszę się spieszyć do Chin 🫣

30.12
Wszystko wskazuje na to, że Warszawa obudzi się przysypana kilkudziesięcioma centymetrami śniegu. Na spacerze o czternastej jeszcze nie padało, o dwudziestej sypało już dość konkretnie, a teraz, po północy, szczurze osiedle wygląda bajkowo. Noc stała się jaśniejsza, kontury mniej ostre. Widok miły dla oka, przynajmniej jeśli się ma to szczęście, że jeszcze przez kilka dni nie musi się iść do pracy. No i że nie trzeba odśnieżać samochodu, bo te zaparkowane na zewnątrz już teraz wyglądają jak ośnieżone pagórki, a do rana daleko. Złapałam się na tym, że jak w dzieciństwie czuję radość, stawiając kroki w świeżym śniegu, na którym moje ślady są pierwsze. A jednocześnie jakiś rodzaj wzruszenia, ponieważ minęły całe wieki, odkąd ostatni raz oglądałam okolice Nory w takim wydaniu. 
Nie mogę się doczekać jutra. Nie tylko sylwestrowej domówki w gronie ulubionych osób (oby tylko pogoda nie uniemożliwiła im dotarcia do Nory!) i tego, że ten rok, jeden z trudniejszych w moim życiu, nareszcie się skończy, ale także... polowania z aparatem na bałwany, które zapewne pojawią się rano na osiedlu. 
Od niedzielnego wieczoru ładuję w Norze swoje wewnętrzne baterie, rozładowane niemal całkowicie. Święta spędziłam zupełnie inaczej niż dotychczas - pojechałam z mamą i psami do mojej ulubionej cioci i kuzynki. Odkąd nie ma z nami taty, byłam przekonana, że nie chcę być w domu w Wigilię. Czułam, że jeśli zasiądziemy tylko we dwie do tego stołu, przy którym zawsze siadaliśmy w komplecie, przypomnę sobie coroczne żarty taty i rozkleję się na amen. Najbardziej chciałam, byśmy pojechały do rodziców Szczura, ale mama nie czuła się na to gotowa, więc wspólnie z ciocią obmyśliłyśmy plan B.
Na przestrzeni ponad trzydziestu lat życia nigdy nie spędzałam Wigilii gdzie indziej niż w domu rodzinnym. Miałam sporo obaw, jak to będzie, w związku z czym parę dni wcześniej brzuch zaczął dawać mi się we znaki. Kiedy jednak znalazłyśmy się w mieszkaniu cioci, momentalnie poczułam się tak, jak zawsze się tam czuję - jak otulona ciepłym, puszystym kocem. Spokojna, bezpieczna. Nawet Łobuz uległ atmosferze tego miejsca i zachowywał się bez zarzutu. Po kolacji Włóczykij sprawił nam niespodziankę, zjawiając się u cioci z dziećmi i przepysznymi ciastami. Z kolei w pierwsze święto, zamiast według pierwotnego planu wracać do domu w południe, zostałyśmy u cioci do wieczora, kiedy to wpadł z wizytą młodszy kuzyn z rodziną.
Myślę, że byłam w te święta dużo szczęśliwsza niż się spodziewałam. Zawsze chciałam spędzić Wigilię z kuzynami, lecz nasze rodziny nie miały takiego zwyczaju, gdy byliśmy dziećmi. Widywaliśmy się przeważnie w drugie święto, jeśli tylko wszyscy byliśmy zdrowi. Podczas pobytu u cioci czułam się jak mały leśny zwierzaczek zimujący w ciepłej norce, odgrodzony od wszelkich trosk i niebezpieczeństw zewnętrznego świata. 
Dopiero następnego dnia, w domu, uświadomiłam sobie, jak bardzo zmęczyła mnie wizyta kuzyna z Młodym i Młodszym w pierwsze święto. Chłopcy, pochłonięci górą otrzymanych prezentów, zachowywali się trochę jak w amoku, mocno hałasowali i urządzili sobie "bazę" w najmniejszym pokoju, gdzie wcześniej chodziłam się wyciszać. W drugie święto obudziłam się cała obolała, z ponadprzeciętnie silną migreną. Walka z tą migreną trwała dwa dni, gdyż początkowo nic na nią nie działało, nawet sumatryptan. Na szczęście w końcu ustąpiła.





4.01
Tak jak się spodziewałam, na osiedlu i w parku zaroiło się od bałwanów. Najwięcej ich spotkałam pierwszego i drugiego stycznia. Mam już tyle zdjęć, że będę mogła nie tylko od ręki dodać post na bloga, ale wręcz przebierać w tych portretach! Większość robiłam aparatem, więc zgram je dopiero w domu.
Dzisiaj ulepiliśmy ze Szczurem własnego bałwana - szczura. Większa w tym zasługa Szczura, który jest o wiele mniej wrażliwy na zimno. Mnie dłonie szybko przemarzły, mimo że zabrałam dwie pary rękawiczek, bo śnieg był bardziej sypki niż się spodziewałam i formowanie go trwało kilkadziesiąt minut. Udało mi się za to znaleźć czapeczki z żołędzi, liście i gałązki do przyozdobienia szczura. Kilka osób przechodzących obok zareagowało bardzo pozytywnie na widok naszego dzieła, niektórzy nawet się z nim fotografowali. Wspólnie z pewnym panem Szczur nadał śnieżnemu krewniakowi imię Dezyderiusz.




2.02
Rano termometr pokazał dziesięć stopni poniżej zera. Przed wyjściem włożyłam na siebie kilka warstw: grubą kurtkę, najcieplejszy sweter, drugi sweterek z golfem, a pod spodem jeszcze podkoszulek. Mimo to skłamałabym, gdybym napisała, że było mi ciepło. Było na tyle znośnie, żebym dała radę pojechać do pracy i odebrać pieczywo, ale starałam się być na dworze jak najkrócej. Momentalnie zaczęło mi spływać w gardle, chociaż nie mam kataru. 
I pomyśleć, że w innych częściach Polski było dzisiaj nawet poniżej -20 stopni! 😱 
Szczur od kilku dni walczy z upierdliwym bakteryjnym zapaleniem płuc. Nocami wciąż męczą go wysokie gorączki, bardzo trudne do zbicia. Dzisiaj dostał drugi antybiotyk. Czuje się kiepsko, czego najlepszym dowodem jest to, że nie ma siły rozmawiać głosowo. Kto zna Szczura, ten wie, jaki jest gadatliwy - i chociaż zdecydowanie woli rozmawiać twarzą w twarz niż przez telefon, w normalnych okolicznościach dzwoni do mnie codziennie. Martwi mnie to wszystko, zwłaszcza że za niecałe dwa tygodnie zaczynam ferie i chcę pojechać do Nory. Trzymajcie kciuki, wysyłajcie mu pozytywne myśli i/lub módlcie się do swoich ulubionych bogów, żeby wyzdrowiał jak najszybciej.
W sobotę zamierzaliśmy jeszcze raz zobaczyć się z Marcinem przed jego wyjazdem, ale niestety nie udało się. W związku z chorobą Szczura musiałam oczywiście odwołać naszą rezerwację w escape roomie. Zamiast rozwiązywać zagadki, rozbierałam choinkę, malowałam farbą akrylową stare puzzle i częściej niż zwykle wpełzałam pod kołdrę.
Dzisiaj mi się śniło, że długo chorowałam i nie chodziłam przez to do szkoły. Kolega z pracy przyszedł do mojego domu i domagał się wyjaśnień, dlaczego nie pracuję. Później poprosiłam mamę, żeby zadzwoniła mnie usprawiedliwić do... wychowawczyni z gimnazjum. 
Pomieszanie z poplątaniem - to w końcu byłam jeszcze uczennicą czy pracowałam?

21.02
Tak nieudanych zimowych ferii nie miałam chyba od czasów gimnazjum, kiedy to mój najlepszy kumpel tuż przed feriami złapał różyczkę. 🙁
Jeszcze w zeszły piątek nic nie zapowiadało katastrofy. W domu byłam dużo wcześniej niż zwykle i miałam czas odpocząć przed wieczornym wyjściem. A wieczorem pojechałam z mamą do opery na "Juvenalia" - gościnny występ Polskiego Baletu Narodowego Junior. Pierwszy raz od wieków udało mi się mamę wyciągnąć z domu i byłam z tego bardzo zadowolona. Program składał się z trzech choreografii. Byłam pod wrażeniem umiejętności młodych artystów (wszyscy mają około dwudziestki!), a dwa utwory podobały mi się tak, że chłonęłam muzykę całą sobą.
Minęła zaledwie doba od wyjścia do opery, gdy nagle w mojej krtani pojawiła się jakby gula z flegmy, której nie potrafiłam odkrztusić. W nocy z soboty na niedzielę męczył mnie kaszel, jednak nic więcej jeszcze się nie działo. W niedzielę obudziłam się chora - oprócz uporczywej guli w krtani czułam, że coraz bardziej rośnie mi temperatura. Po obiedzie miałam już gorączkę. A później poszło lawinowo: ból głowy, drapanie w krtani, katar, a przede wszystkim nienaturalne, silne osłabienie. Apogeum nastąpiło we wtorek, gdy czułam się jak wrak człowieka. Mimo łykania na przemian paracetamolu i ibupromu gorączka za każdym razem uparcie wracała po około czterech godzinach. Na zmianę to miałam dreszcze na całym ciele, to znów oblewałam się potem. Głowa nie przestawała boleć nawet na chwilę. 
W tenże feralny wtorek wydobyłam z pudła test na wirusy: Covid, grypę i RSV. Test wykazał grypę.




sobota, 28 lutego 2026

[181] Motyle 2024-2025: Starzy i nowi znajomi



Szczotecznica szarawka

2024/08/19
Wyszłam dzisiaj na dwór dosłownie na pół godziny, bo było nieziemsko parno, a ja od rana walczę z migreną. Wyszłam tylko dlatego, że trzeba wyprowadzać psa. Szybko jednak skierowałam się w stronę ławki, żeby odpocząć. Usiadłam na ławce. Rozejrzałam się, a tam... na lewo ode mnie, na tejże ławce, siedziała szczotecznica szarawka!




08/25
Szczotecznica zrobiła oprzęd na wieczku i od wczoraj w nim siedzi. Ciekawe, czy się przepoczwarczy, czy okaże się zamuszona.
(Okazało się, że to był fałszywy alarm.)

09/15
U szczotecznicy zanosi się na jakiś przełom. Od wczoraj znowu przesiaduje na wieczku, tylko czasami schodzi na dół posilić się liśćmi brzozy. Wkrótce powinno się rozstrzygnąć, czy będzie poczwarka, czy pasożyt.




2025/04/18
Wczoraj z poczwarki wyszła zimująca szczotecznica szarawka. Pierwszy raz wyhodowałam szczotecznicę! To samica.
Ćmę wypuściłam wieczorem, a wcześniej zdążyłam się nią trochę nacieszyć. Okazała się większa niż się spodziewałam i dosyć ruchliwa. Chętnie spacerowała mi po ręce, susząc skrzydła. 





Rolnica tasiemka

2025/04/12
Oto moja pierwsza znaleziona w tym roku gąsienica, rolnica tasiemka. Przyniósł mi ją sąsiad, który jest wtajemniczony w moje motylowe hobby. Przyznam, że trochę się zdziwiłam, zobaczywszy przez wizjer twarz sąsiada. W pierwszej kolejności przyszło mi do głowy, że może ktoś zostawił u niego jakąś przesyłkę dla mnie, a tu taka niespodzianka!
Ten gatunek zimuje jako gąsienica. Dzisiaj był pierwszy ciepły dzień od dłuższego czasu, więc bardzo możliwe, że larwa dopiero niedawno się obudziła z diapauzy. Dałam jej liście mniszka.




04/18
Wczoraj zauważyłam, że gąsienica rolnicy przestała jeść i leży bez ruchu na dnie pojemnika. Ten gatunek przepoczwarcza się w ziemi, więc zamieniłam papierowy ręcznik na kilkucentymetrową warstwę ziemi. Dzisiaj rolnicy już nie zobaczyłam. Zakopała się. 

07/19
Rolnica wyszła z poczwarki. Już ją wypuściłam.






Mrzonka pierzak

2025/04/26
Zauważyłam, że bez na początku mojej uliczki ma kilka poobgryzanych liści. Ponieważ liście na drzewach pojawiły się niedawno i są w większości nienaruszone, łatwo dostrzec takie ślady. Przeprowadziłam małe śledztwo i znalazłam winowajców: dwa miernikowce. Zabrałam je, by kolejny raz spróbować wyhodować miernikowce. 
Larwy lubią zwisać do góry nogami, uczepione wieczka tylnymi odnóżami.
Możliwe, że znalezione gąsienice należą do gatunku Colotois pennaria - mrzonka pierzak. Mają charakterystyczne brodawki na końcu ciała, ale przydałoby się zrobić lepsze zdjęcia.
Niestety, ze zdjęciami gąsienic na razie jest u mnie kiepsko. Przeważnie zajmuję się larwami późno wieczorem, przez co nie mam dobrego światła do zdjęć. Nie mam też energii na eksperymenty, bo jestem ciągle zmęczona.





05/22
Miernikowce z bzu zakopały się w ziemi, którą im dałam, gdy zauważyłam wzmożoną aktywność. Niestety nie zapisałam, kiedy to się stało. Chyba w czasie mojej choroby.

10/01
Ostatniego dnia września przeżyłam niemałe zaskoczenie. W pojemniku z ziemią pojawiła się ćma! Co zabawne, nie potrafiłam sobie przypomnieć, jaka gąsienica mogła przeobrazić się taką ćmę. Rzuciłam się do komputera i po chwili już wiedziałam, jak się ona nazywa: mrzonka pierzak. Z rodziny miernikowcowatych. A to oznacza, że pierwszy raz udało mi się wyhodować miernikowca!!!
W ciągu ostatnich dziesięciu lat wiele razy próbowałam wyhodować miernikowca, ale zawsze kończyło się na poczwarce, z której nic wiosną nie wychodziło. W końcu, zrezygnowana, przestałam zabierać do domu spotykane miernikowce, żeby nie odbierać im szans na dalszy rozwój.
Nie pamiętam już, dlaczego zdecydowałam się złapać tę gąsienicę. A właściwie dwie gąsienice, bo na bzie znalazłam dwie takie same larwy, lecz parę tygodni później z jednej wypadły pasożyty. Kiedy znalazłam miernikowce, był początek maja. Obecnie wydaje mi się, jakby to się działo wieki temu. Wtedy tata nie tylko żył, ale jeszcze nic nie zapowiadało, by miało mu się nagle pogorszyć. Zdążył zobaczyć miernikowce jako larwy.
Ćmę wypuściłam następnego dnia. W przeciwieństwie do pawika, nie spieszyło jej się. Zdążyłam zauważyć, że to samica. 
Swoją drogą, mrzonka to śmieszna nazwa dla ćmy!







Ćma z rodziny sówkowatych

2025/09/15
11 września mama znalazła w ogrodzie zieloną gąsienicę siedzącą na hortensji. Myślę, że to jakaś ćma z sówkowatych, ale potrzebuję więcej czasu, żeby ją zidentyfikować, o ile w ogóle się to uda. Gąsienica poobgryzała jeszcze jeden liść hortensji, a kolejnego dnia przybrała bardziej intensywny kolor i siedziała już pod papierem na dnie pojemnika. Włożyłam ją do pojemnika z ziemią, gdzie niedługo później zakopała się.





Niezidentyfikowana rolnica

2025/10/01
Podczas zbierania orzechów znalazłam gąsienicę. Leżała zwinięta w kłębek na jednym z opadłych liści. Prawdopodobnie jest to jakaś rolnica lub bliska krewna rolnic, ale nie udało mi się jej zidentyfikować ani w aplikacji, ani z pomocą Lepidoptera.eu. Rolnice należą do dużej rodziny, w której jest wiele podobnych do siebie gąsienic. Larwa wyglądała na szykującą się do zimowania. Włożyłam ją do pojemnika z ziemią, ponieważ rolnice mają to do siebie, że lubią przepoczwarczać się w ziemi. I rzeczywiście - zakopała się. Wiosną się okaże, czy dowiemy się, jaki to gatunek.





wtorek, 24 lutego 2026

[180] O cztery zęby mniej


W tym poście postanowiłam zebrać wszystkie swoje zapiski związane z zabiegami ekstrakcji zębów mądrości. 

Usłyszawszy od dentystki, że będę musiała poddać się ekstrakcji wszystkich czterech zatrzymanych ósemek, byłam załamana. Nigdy wcześniej nie miałam usuwanego zęba, za to mam dużą nadwrażliwość na bodźce z jamy ustnej, panicznie boję się bólu zębów i powikłań po zabiegach lekarskich. Przez parę lat miałam nadzieję, iż te głupie zęby mądrości w końcu wyjdą jak należy i problem rozwiąże się sam. Niestety. Nie tylko wyrżnęły się częściowo, ale na domiar złego zaczęły się psuć, przez co dentystka postawiła sprawę jasno: lepiej z tym dłużej nie czekać. Poszłam na konsultację do pani chirurg, zaopatrzona w kartkę z listą pytań, by stres nie pozbawił mnie języka w gębie. Wspólnie ustaliłyśmy, że zabiegi będą dwa - najpierw ekstrakcja prawych, później lewych ósemek. Zależało mi na pozbyciu się zębów zimą, co ponoć wpływa pozytywnie na gojenie się ran i opuchlizny.

Przed pierwszą ekstrakcją stresowałam się kilka tygodni, a organizm sygnalizował to licznymi objawami psychosomatycznymi. Długo przygotowywałam się mentalnie do zabiegu, między innymi planowałam, co będę jeść przez kilka następnych dni, uwzględniając moje preferencje sensoryczne (jedzenie o konsystencji zawiesiny generalnie mnie odstręcza i wywołuje odruchy wymiotne, z kilkoma wyjątkami) i zespół jelita drażliwego (gdy jestem w stresie, mój brzuch źle reaguje na większość nabiału). Zaopatrzyłam się w zimne okłady i przepisane leki przeciwbólowe. Po całym tym stresie byłam wręcz zaskoczona spokojnym przebiegiem zabiegu i rekonwalescencji. Wiedząc, co i jak, na drugi zabieg jechałam już z zupełnie innym nastawieniem. Właśnie dlatego postanowiłam zebrać swoje notatki na ten temat w jednym poście - jeżeli kiedyś będzie to czytał ktoś (w spektrum autyzmu lub nie), kto ma przed sobą usunięcie zębów mądrości i zmaga się z silnym lękiem, chciałabym go wesprzeć. Chcę podzielić się swoimi doświadczeniami i tym samym dołożyć małą cegiełkę przeciwwagi do licznych wypowiedzi w Internecie, które zamiast pomóc przerażonej osobie tylko potęgują jej lęk.


***


Dwa dni po zabiegu
Od środy jestem "uboższa" o dwie z czterech zatrzymanych ósemek. ULGA. Ogromna ulga, że to już. I że na pewno nie odrosną. 
Widmo tego zabiegu od dłuższego czasu spędzało mi sen z powiek. Najprawdopodobniej właśnie przez to miałam przewlekłe kłopoty z brzuchem. Bałam się i niewiele mogłam na to poradzić. Czułam przymus czytania o ekstrakcji ósemek w Internecie, a im więcej czytałam, tym bardziej się bałam. Niestety, zanim zdałam sobie sprawę, że mogłam aż tyle nie czytać, było za późno. Chciałam jak najlepiej się przygotować, po prostu.
Miałam szczęście trafić na wspaniałą panią chirurg, konkretną, spokojną i empatyczną. Przed każdym etapem zabiegu uprzedzała mnie, czego mogę się spodziewać. Znieczulenie było tak silne, że usuwanie zębów ani trochę mnie nie bolało, mimo że czułam ich podważanie i słyszałam dziwne dźwięki. Po wszystkim chirurżka pochwaliła mnie, że jestem bardzo dobrym pacjentem, bo mimo lęku jestem nastawiona zadaniowo i współpracuję z lekarzem. Cóż... tak właśnie działa mój mózg, że na długi czas przed trudnym dla mnie wydarzeniem jestem chora ze stresu, ale kiedy już jest w trakcie, spinam zadek i koncentruję się na działaniu. Poza tym miałam ze sobą gniotek i odtwarzacz MP3, które u dentystów są mi wielką pomocą. Mogłam też po zabiegu posiedzieć w fotelu przez dłuższą chwilę, dopóki kręciło mi się w głowie. Nikt mnie nie poganiał i nie kazał natychmiast wstawać.
Lekarka pochwaliła też... ósemki. Podobno należały do tych zatrzymanych lżejszego kalibru. Nie mam pojęcia, czy to kwestia położenia (były odrobinę wyrżnięte, widoczne w jamie ustnej), genów czy przypadku. W każdym razie usłyszałam żartobliwe: "Musi pani być dobrym człowiekiem, bo nie została pani obdarzona uciążliwymi ósemkami" 😆
Najbardziej bałam się, co będzie się działo, gdy znieczulenie zacznie schodzić. A konkretnie tego, że ból będzie tak silny, iż przebije się przez lek przeciwbólowy, albo lek przestanie działać dużo wcześniej niż będę mogła wziąć bezpiecznie kolejną dawkę. Tak było i przy zainfekowanym zębie, i przy ropniu - nie umiałam poradzić sobie z bólem. Tym razem jednak dostałam receptę na Nimesil. Ku mojemu zaskoczeniu, Nimesil niemal całkowicie blokuje ból i działa na mnie dłużej niż przewidziane w ulotce dwanaście godzin. To ewenement! 
Teraz przyszedł czas na rekonwalescencję. Oprócz Nimesilu dostałam antybiotyk, Encorton i naprawdę długie zwolnienie lekarskie. Dostałam też kartkę z zaleceniami na najbliższe dni - co robić i czego nie robić, żeby nie zaszkodzić gojącym się ranom. Przez pierwsze dwa dni głównie leżałam z uniesioną głową lub siedziałam na kanapie, regularnie przykładając zimne okłady. W środę byłam bardzo śnięta po znieczuleniu i podwójnej dawce leku przeciwlękowego. Mama zrobiła mi zupę z grysikiem, wypiłam też elektrolity i zjadłam odrobinę rozgotowanego ryżu. W nocy bez problemu przespałam siedem godzin. Następnego dnia czułam się nie najlepiej - byłam słaba, miałam podrażnione gardło i często robiło mi się zimno. Wyglądałam jak chomik i ta opuchlizna sprawiała mi pewien dyskomfort. Sporo spałam albo leżałam przykryta puchatym kocem. Udało mi się jednak zadbać o higienę jamy ustnej zgodnie z zaleceniami lekarki. Dałam radę zjeść kilka niedużych posiłków: miękki ryż z pogniecionym bananem, utarte jabłko i marchew, zmiksowaną zupę jarzynową z mięsem. Poczułam się też na siłach, by zrobić sobie jajecznicę z mozzarellą. 
Dzisiaj obudziłam się już w lepszej formie, mimo że w nocy miałam istny festiwal nieprzyjemnych snów. Po tym, jak poziom stresu drastycznie spadł, mózg najwyraźniej postanowił urządzić sobie imprezę. Opuchlizna wydaje mi się nieco mniejsza i nie tak uciążliwa, nie boli przy lekkim dotyku ani nie powoduje wrażenia rozpychania skóry. Inne nieprzyjemne odczucia (zimno, osłabienie, suchość w gardle) w zasadzie zniknęły. Odważyłam się dokładniej pooglądać ranę, myjąc zęby z czołówką komicznie założoną na głowę. Dalej biorę leki i staram się przestrzegać zaleceń. Dzięki wsparciu mamy repertuar żywieniowy stopniowo się poszerza. Najwięcej przyjemności sprawiły mi dzisiaj lody i ugniecione ziemniaki. Najbardziej tęsknię za słodyczami z czekoladą oraz za pizzą, ale na smakołyki trzeba jeszcze poczekać. 
Przyjemnym skutkiem ubocznym zabiegu jest to, że chwilowo prawie nic nie muszę, jedynie dbać o siebie. Nie trzeba nigdzie się spieszyć, nic robić pod presją czasu. Dziwne to uczucie, na co dzień niespotykane. Nawet wakacje nie oznaczają przerwy od obowiązków. Nagle mam bardzo dużo wolnego czasu i chociaż możliwości fizyczne są w tej sytuacji ograniczone, umysł może z niego korzystać. Cieszy mnie czytanie, częste mizianie zwierzaków, słuchanie audiobooków i wywiadów, oglądanie ciekawych rzeczy w sieci. Kończę post na bloga. Może w weekend zacznę układać urodzinowe puzzle? Grunt to nie forsować organizmu i dać mu czas na powrót do pełnej aktywności. 
Po tygodniu powinnam się zgłosić na zdjęcie szwów. Mam nadzieję, że do tego czasu nic złego się nie wydarzy i z każdym dniem będę czuć się coraz lepiej (i więcej jeść). Trzymajcie kciuki! 

Cztery dni po zabiegu
Minęły kolejne dwa dni od zabiegu. W moim odczuciu miejsce po ekstrakcji wygląda całkiem znośnie. Opuchlizny na zewnątrz zostało tylko trochę.  
W sobotę zrobiłam eksperyment: wzięłam Nimesil o pierwszej w nocy, a przez resztę dnia nie. Chciałam zobaczyć, co się stanie, gdy przestanie działać. Przestał dopiero po dwudziestej pierwszej! Zaczęłam wtedy odczuwać pewien dyskomfort i ucisk przy niektórych ruchach żuchwą. Nie pojawiły się jednak żadne silne dolegliwości bólowe. Uznałam, że mogę odstawić lek, ewentualnie przejść na słabszy. Niestety, dzisiaj wróciłam do Nimesilu ze względu na migrenę, która od wczoraj daje mi się we znaki. Przez głowę źle mi się spało, kilka razy się budziłam. No, ale nie to ma być tematem tego posta.
Cały czas staram się jeść bardzo ostrożnie, więc zajmuje mi to sporo czasu. Jem codziennie kilka miękkich posiłków o delikatnej konsystencji, ale do wody dodaję już trochę esencji z herbaty. Studzę wszystko, żeby nie było gorące. Wczoraj zjadłam pokrojoną bułkę mleczną i dwa placki ziemniaczane, które sprawiły mi taką frajdę, jakbym dostała wymarzony prezent. Nabrałam też ochoty na nabiał, ponieważ jelita nareszcie się uspokoiły. Z braku czekoladowych słodyczy pałaszuję lody, a rodzice korzystają na mojej diecie i pałaszują też (chyba nigdy przedtem nie jedliśmy lodów w środku zimy!). 
Jutro ostatni dzień antybiotyku. Nareszcie koniec z ohydnym posmakiem w ustach!
W międzyczasie rodzice odebrali moją paczkę z Temu, pełną przydatnych drobiazgów. Piękna dostała ode mnie okrągłą zabawkę intelektualną. Aby dostać się do smaczków, pies musi pokombinować - poprzesuwać zakrywające je "klapki". Piękna błyskawicznie załapała, o co w tym chodzi. Zabawa wyraźnie sprawia jej przyjemność, jak wszystkie z wykorzystaniem węchu. Radzi sobie wspaniale. Najbardziej bawi mnie jej upewnianie się, czy aby na pewno niczego nie pominęła.

Pięć dni po zabiegu
Hurra! Ostatnia dawka antybiotyku połknięta!

Siedem dni po zabiegu
Szwy zdjęte. Poszło błyskawicznie, a lekarka nie miała żadnych zastrzeżeń do gojenia się rany. Od poniedziałku szczypie mnie od strony policzka dziąsło obok siódemki, jakbym miała tam aftę, więc przy okazji napomknęłam o tym. Lekarka powiedziała, że takie odczucia mogą być jeszcze przez jakiś czas, aż ta okolica całkiem się nie zagoi. Mam dalej dbać o higienę, odkażać i smarować Elugelem.
Dałam radę! 💪
Również od poniedziałku, co zaskakujące, czuję się przeziębiona i mam katar. Z nikim prócz rodziców nie widziałam się od zeszłej środy, siedziałam w domu, a oni też niewiele wychodzili i nie złapali żadnej infekcji. Ciekawe, jak złapałam ten katar. Może od częstego przykładania zimnych okładów na głowę? Na pewno spadła mi odporność przez stres przed zabiegiem i zażywanie antybiotyku. Cieszę się, że lekarka dała mi dłuższe zwolnienie, bo przynajmniej mogę teraz się jeszcze podleczyć.
Zaczęłam układać puzzle z ćmami, które dostałam od Szczura na urodziny. Najpierw, jak zwykle, podzieliłam je na grupy według kolorów i wzorów. Przypuszczam, że to mogą być najłatwiejsze puzzle w moim życiu, bo na widok wielu wzorów domyślam się od razu, do jakiej ćmy lub przynajmniej rodziny należą. Już sam podział puzzli był wyjątkowo przyjemny w porównaniu na przykład z obrazami Anne Stokes, które zwykle są utrzymane w mało zróżnicowanych barwach. Chyba będę układać bez obrazka, żeby podnieść sobie poziom trudności.

Przed drugim zabiegiem
(nocą)
Dziś znowu idę pod nóż, tym razem pozbyć się lewych ósemek. Jestem dużo spokojniejsza niż poprzednio, co najłatwiej poznać po tym, że brzuch dokuczał mi tylko przez ostatni tydzień, a nie przez ostatni miesiąc. Mam pietra, ale nie jestem przerażona. Boję się tylko tego, żeby nie było gorzej niż ostatnio i żeby paszcza zagoiła się bez żadnych komplikacji. O ból w czasie zabiegu, ból po zabiegu, zwolnienie lekarskie czy jedzenie już się nie martwię, bo idę do tej samej lekarki i wiem, jak sobie radziłam poprzednio. Grunt to stosować się do zaleceń i przetrwać trzy pierwsze dni. 
Jestem na maksa nastawiona zadaniowo. Przez kilka dni załatwiałam różne zaległe sprawy. W domu panuje względny porządek (aczkolwiek definicja porządku uległa znacznemu poszerzeniu, odkąd mieszka u nas ratlerek). W pracy uporządkowałam swoją salę, jakbym co najmniej spodziewała się wizyty profesor McGonagall. Nie wiem, czy ktoś z Was ma tak jak ja, że w podobnych sytuacjach namiętnie organizuje przestrzeń wokół siebie, żeby zwiększyć poczucie kontroli - ale mnie to pomaga, czuję się bezpieczniej. Zawsze gdy wyjeżdżam na dłużej, jestem spokojniejsza, zostawiając za sobą ład i domknięte sprawy. Każda podróż jest Wielkim Być Może. A zabieg chirurgiczny, nawet takiego kalibru, na skali niepewności plasuje się przecież wyżej niż podróż. Inni mogą odnieść wrażenie, że zachowuję się, jakbym miała już nie wrócić. Cóż... gdybym znała datę końca świata, prawdopodobnie miałabym właśnie tego dnia świeżo umyte włosy, na stole ulubione smakołyki, a serwetki i poduszki równiutko ułożone. Jak Migotka wyczesująca ogonek w obliczu zbliżającej się zagłady. 
Zabieg mam z samego rana, a nadal czuję się dość pobudzona, więc wyspana raczej nie będę. Po powrocie mogę jednak spać, ile dusza zapragnie (a raczej ile ciało pozwoli). 


niedziela, 22 lutego 2026

[179] Motyle 2023-2025: Trzy lata z barczatkami


Swego czasu przez kilka lat z rzędu hodowałam znamionówki starki, nazywane przeze mnie i Szczura Safonidami. Później zadomowiły się u mnie brudnice. Nie przypuszczałabym, że do tego grona dołączą też barczatki, których samice, w przeciwieństwie do znamionówek i brudnic, potrafią całkiem nieźle latać. Gąsienice barczatek od dawna mi się podobały, ale przeważnie znajdowałam je spasożytowane. Dwa lata temu wydarzył się jednak niezwykły zbieg okoliczności - do naszego domku nad morzem przyleciała samica i... złożyła jajeczka. I tak się zaczęła nowa, zaskakująco długa przygoda... 


Barczatka napójka - spasożytowane larwy

2023/06/12
Mam dwie nowe gąsienice. Szczur znalazł w Najbliższym Lesie barczatkę napójkę, a ja znalazłam zimowka ogołotniaka. Barczatka jak zwykle jest przepiękna. Dzisiaj poszłam po pałkę wodną dla niej. (...)




06/20
Długo nie nacieszyłam się barczatką napójką. Jadła i wydawała się zdrowo chować przez tydzień, po czym przedwczoraj nagle zauważyłam, że w pojemniku pojawiła się żółta plama. Wczoraj gąsienica sflaczała, więc już wiedziałam, co się święci. Dzisiaj wyszło z niej dziesięć larw much. Nie będę ich tu pokazywać, bo to nieprzyjemny widok.
W weekend w lesie znalazłam kolejną napójkę, która dreptała po ścieżce. Wiedziałam, że prawie na pewno jest spasożytowana, gdyż dziwnie się poruszała (jakby chodził tylko przód, ciągnąc za sobą bezwładny tył) i coś wystawało jej z tyłu. Mimo to zabrałam ją, żeby poobserwować proces wychodzenia pasożytów.

06/25
W tym tygodniu w poszukiwania gąsienic zaangażował się... mąż sąsiadki. W zeszłym roku rozmawiałam z nim o hodowaniu rusałek i widocznie ziarenko rzucone na podatny grunt wykiełkowało. Najpierw przyniósł mi znalezioną na podwórku niedźwiedziówkę nożówkę, a dzisiaj barczatkę napójkę, która siedziała na ścianie jego domu! Nożówka jest słusznych rozmiarów, bardzo tłusta. Od razu podjęła jedzenie. Barczatka niestety może znowu mieć w sobie pasożyty. Nie jest jeszcze zbyt duża, a do tego przejawia niepokojąco niewielką aktywność.




06/28
Z barczatki przyniesionej przez sąsiada chyba nic nie będzie. Od wczoraj leży nieruchomo w dziwnej pozycji, zresztą od pierwszego dnia u mnie niewiele zjadła.




07/04
Z barczatki od sąsiada, zgodnie z moimi przewidywaniami, wylazły cztery larwy much. Oznacza to, że barczatki już raczej w tym roku nie wyhoduję.





Barczatka napójka - od jajeczek do imago

I rok

2024/07/29
Kiedy byłam nad morzem, jak zwykle łapałam i fotografowałam ćmy, które wpadały nocą do domku. Najbardziej okazała ćma przyleciała w nocy z 17 na 18 lipca. Była to samica barczatki napójki. Bardzo mi się podobała, dlatego postanowiłam zatrzymać ją w pojemniku do rana, by zrobić zdjęcia przy lepszym świetle. Rano opadła mi szczęka: ćma złożyła w pudełku kilkanaście jajeczek. 😮 Do tego pozwoliła się wziąć na rękę.




W poniedziałek przydarzyło mi się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Szukając odpowiedniego pojemnika dla pawików, odkryłam, że z jaj barczatki wyszły gąsieniczki! Nie wiedziałam niestety, jak długo tam były, bo nie ruszałam tego pudełka od soboty. Mimo że było już po północy, poszłam z Piękną nad fosę, żeby zerwać trochę trzciny. Na szczęście szybko znalazłam potrzebną roślinę i wróciłam do Nory bez żadnych nieprzyjemnych przygód. Gąsienice szybko zaczęły skubać liście i załatwiać się.
Larw jest dziesięć. Są długie i smukłe, a ich głowy wydają się nieproporcjonalnie duże w stosunku do reszty. Już teraz piją - podchodzą do kropel wody i "przyklejają się" do nich na dłuższy czas. Nigdy nie miałam do czynienia z tak maleńkimi barczatkami, więc ich obserwowanie niesamowicie mnie rozczula.

08/19
Barczatki rosną. W czasie naszego pobytu w Niemczech przeszły kolejną wylinkę. Teraz da się już zauważyć, że zwijają się w kłębek, gdy czują się zagrożone. 




08/25
Barczatki są w trakcie kolejnej wylinki. 




09/15
Barczatki przeszły w weekend następną wylinkę. Dzisiaj przygotowałam je do zimowania i zaniosłam do szopy. Noce bywają już naprawdę zimne, więc jest szansa, że niedługo wejdą w diapauzę. Na razie będę regularnie do nich zaglądać, wymieniać liście i sprawdzać, czy jedzą. 





II rok

2025/04/18
Dwa dni temu pierwszy raz włożyłam barczatkom do pojemnika trochę trawy, którą zerwałam na skraju podmokłej łąki. Nie miałam pewności, czy to właściwa roślina, ponieważ latem jest bardzo wysoka, a teraz nie sięga mi nawet do połowy łydki. Larwy zaczęły jednak jeść i załatwiać się. Dlatego dzisiaj przyniosłam więcej owej rośliny i zabrałam pojemnik z barczatkami do domu. 
Z jedenastu zimujących barczatek nie przeżyła jedna.

04/29
Barczatki nie wyglądają już tak marnie jak tuż po zabraniu ich z szopy. Żerują chętnie, co po kilku miesiącach bez jedzenia w ogóle mnie nie dziwi. Gdy sprzątałam im wczoraj, trzy larwy były po wylince.

05/22
Bardzo dawno nie pisałam o moich owadach, zresztą w ogóle rzadko ostatnio cokolwiek piszę. To nie znaczy, że owadów nie mam. Mam gąsienice jak każdej wiosny, ale brakuje mi czasu i energii, bo ten rok szkolny mógłby się u mnie nazywać jak popularny film: "Wszystko wszędzie naraz". 
Barczatki mają się dobrze. Przeszły wylinkę. Na spacerze z Piesą odkryłam miejsce, gdzie rośnie bardzo dużo ich ulubionych ostrych traw. W mojej miejscowości jest sporo podmokłych łąk, gdzie te trawy rosną, ale za kościołem jest ich dosłownie zatrzęsienie. Chodzę więc tam teraz co kilka dni i ścinam zapas traw. Połowę daję gąsienicom od razu, a połowę wkładam do wazonu i daję dwa dni później. Trawy znikają w całości, z wyjątkiem łodyg, które są grube i twarde. Zawsze zraszam je odrobiną wody, bo - przypominam - napójki piją, jak sama nazwa wskazuje.




06/06
Barczatki w połowie tego tygodnia miały kolejną wylinkę. Za każdym razem stają się nieco większe, ale poza tym ich wygląd nie zmienia się.

06/08
Zaobserwowałam, że mocno swędzą mnie palce, jeśli przenoszę napójki ręką i ich włoski wbiją mi się w skórę. Do tej pory myślałam, że to od nieparek, a tu proszę. Niestety napójki źle się przenosi patyczkami kosmetycznymi, bo są już duże i nie mają tak chwytnych odnóży jak brudnice.

06/15
Dziś na spacerze znalazłam w pobliżu fermy ogromną gąsienicę barczatki napójki. Właściwie "znalazłam" to niezbyt trafne określenie, bo larwa pędziła środkiem ścieżki i sama znalazła się pod moimi nogami. Miała 7 centymetrów długości, a gdy się wyciągnęła, to prawie 8. 
Na przepoczwarczenie tak okazałej gąsienicy nie trzeba długo czekać, więc szybko zrobiłam jej kilka zdjęć. 





06/19
17 czerwca napójka zbudowała kokon, z którego obecnie już nie wychodzi.
Tymczasem moje napójki, mniejsze od znalezionej, od zeszłego weekendu mieszkają w terrarium. Mają tam więcej przestrzeni. Wrzucam im też więcej jedzenia, ale od dwóch dni nie są zbyt aktywne. Przez większość czasu przesiadują na łodygach. Może zbliża się jakaś zmiana - przepoczwarczenie albo jeszcze jedna wylinka?




08/01
Gąsienice barczatki napójki nadal się nie przepoczwarczyły. Na obecnym etapie martwi mnie to opóźnienie, bo dorosłe ćmy latają już od miesiąca. Nie mam pojęcia, co im przeszkadza "pójść dalej" ani co może pomóc. Larwy są dość flegmatyczne, ale chrupią trzciny. Uaktywniają się nocami.
Nad morzem próbowałam sprawdzić, czy napójki poczują się lepiej w bardziej wilgotnym otoczeniu, więc dałam im mokrą trawę. W efekcie jedna z larw padła, więc porzuciłam ten pomysł. 
Po miesiącu w terrarium rozdzieliłam gąsienice do dwóch dużych pojemników i umyłam terrarium, na wypadek gdyby nękały je jakieś drobnoustroje. Staram się przynosić im trzcinę tak często, jak to możliwe. Pamiętam też o wodzie. 
Ostatniego dnia lipca jedna z barczatek zrzuciła starą skórę. 




08/10
Barczatki napójki niestety nadal się nie przepoczwarczyły. Na wsi starałam się karmić je częściej i bardziej obficie, więc zbierałam trzcinę w najlepszych miejscówkach. Wczoraj jedna gąsienica przeszła wylinkę. 

08/15
Wczoraj kolejna napójka przeszła wylinkę.

08/21
W nocy nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji: jedna z napójek zrobiła kokon!
Przyznam szczerze, że natychmiast przestałam stresować się pracą i innymi codziennymi sprawami. Kiedy gąsienica, którą hoduję od jajeczka, od sierpnia zeszłego roku, nareszcie jest gotowa przeobrazić się w ćmę... to równa się +100 punktów do nastroju. 
Owszem, to na razie tylko jedna poczwarka, ale przecież nie od razu Rzym zbudowano...




08/30
U napójek na razie tylko jedna poczwarka, ale nie tracę nadziei. Przedwczoraj jedna z gąsienic przeszła wylinkę.

09/07
W środę znowu znalazłam jedną wylinkę u barczatek.

09/14
7 września z poczwarki wyszła napójka. Nareszcie udało się wyhodować napójkę od jajeczka! Nie kwapiła się za bardzo do odlotu, więc posadziłam ją wśród roślin.




Tego samego dnia odkryłam, że jedna z pozostałych larw zrobiła kokon, dwie przeszły wylinkę, a jeszcze inna nie żyje. Ta ostatnia wyglądała bardzo dziwnie, jakby nie udało jej się wyjść ze starej skóry. Przy bliższych oględzinach okazało się jednak, że po prostu przyczepił się do niej kawałek wylinki innej gąsienicy. Zorientowałam się dopiero gdy znalazłam dwie "głowy", a jednej skóry nie było. Chciało mi się śmiać ze swojej konsternacji 😂
Niestety, utrata kolejnej gąsienicy to nie powód do śmiechu. Co gorsza, ta zamknięta w kokonie najwyraźniej nie zdołała się przepoczwarczyć, bo przez nitki kokonu nadal prześwituje gąsienica, a nie poczwarka. To już zdecydowanie zbyt długo, zwłaszcza że poprzednia przepoczwarczyła się błyskawicznie.
Pozostałe gąsienice ciągle jedzą. Mimo uważnej opieki zostały tylko cztery, które mają jeszcze jakieś szanse.

10/04
Cztery barczatki niestety dalej się nie przepoczwarczyły. Od dwóch dni jedna siedzi na materiale, ale nie wiem, czy coś z tego będzie. 
Sezon na motyle powoli się kończy, chociaż w słoneczne, cieplejsze dni da się jeszcze zaobserwować latające rusałki. Dzisiaj zrobiłam w szopie miejsce dla moich zimujących i wkrótce je tam przeniosę.

10/15
Na spacerze z Piesą, na którym przedzierałyśmy się przez wysokie trawy, znalazłam maleńką gąsienicę napójki.

10/19
Wyniosłam barczatki do szopy, włącznie ze znalezionym maleństwem. Czy mają szansę przetrwać zimę? Maleństwo na pewno. Co do pozostałych gąsienic, trudno cokolwiek przewidzieć. Znalazłam co prawda informacje o napójkach zimujących drugi raz, ale te relacje nie dotyczą Polski, tylko innych szerokości geograficznych. Jedna wielka zagadka.