niedziela, 25 stycznia 2026

[178] Podsumowanie lata

 
1. Zeszłoroczne lato było jednym z najtrudniejszych w moim życiu. Po dwóch latach zmagań z chorobą odszedł mój tata, który był mi bardzo bliski. Ostatnie dni jego życia mocno mną wstrząsnęły. Trudniej było mi tylko po śmierci babci, dlatego że babcia zmarła nagle i niespodziewanie. Przez całe lato potrzebowałam leku przeciwlękowego i większej dawki sertraliny. Zmagałam się z dużymi wahaniami nastrojów. Czasem wystarczyło jakieś drobne skojarzenie czy wspomnienie, abym się rozpłakała i nie potrafiła się uspokoić. Na szczęście Szczur bardzo mnie wspierał. Razem z mamą dostałyśmy też ogrom wsparcia od rodziny, przyjaciół i znajomych - zawsze będę o tym pamiętać.

2. Tego lata spędziłam w domu znacznie więcej czasu niż zwykle. Nie chciałam tuż po śmierci taty zostawiać mamy samej w domu. Musiałyśmy też załatwić sporo formalności. Do Nory przeniosłam się dopiero w połowie lipca, gdy poczułam się na to gotowa i wiedziałam, że do mamy na pewien czas przyjadą ciocie.

3. Pojechałam ze Szczurem i z Piękną na dwa kilkudniowe wyjazdy: do kraju hradeckiego w Czechach i do naszej ulubionej miejscowości nad morzem. Przed każdym z nich czułam, że nie mam siły jechać, a później ani przez chwilę nie żałowałam. Spokój i bliskość przyrody przypomniały mi, za co kocham życie.

4. Jak zawsze dużo spacerowałam. Po śmierci taty spacerowanie było jedną z czynności, które najbardziej mi pomagały. W pierwszych tygodniach wałęsałam się z Piękną wśród okolicznych pól i łąk, a po wyjeździe do Nory chodziłyśmy po parkach, w czym towarzyszył nam często także Szczur. W lasach bywaliśmy w tym roku rzadziej, pomijając pobyt w górach. Raz zrobiliśmy wycieczkę do Kampinosu, w okolice "nietoperzowni". 

5. Na spacerach fotografowałam rośliny, a później próbowałam je identyfikować w aplikacji Seek. To również mnie uspokajało. 





6. Aż trzy razy widziałam lisa na szczurzym osiedlu, przy czym raz podszedł bardzo blisko mnie, Szczura i Pięknej, gdy odpoczywaliśmy w parku. (Nie wiem, czy przychodzi ich tam kilka, czy to za każdym razem ten sam). Jak zwykle częstymi bywalcami osiedla były jeże, spotkałam tam też wiewiórkę, a Szczur nawet dzika na porannym spacerze. Pewnego wieczoru w fosie przechadzała się czapla siwa. W czasie wakacyjnych spacerów i wyjazdów zobaczyłam również sarnę, dzika, padalca, kilka nietoperzy, dwa duże pasikoniki i parę ropuch. 

7.

8. Zwiedziłam dwa muzea w Gdyni: Muzeum Marynarki Wojennej i Muzeum Emigracji. Wycieczka do pierwszego była związana z zainteresowaniami Szczura, a do drugiego - z moimi. W Muzeum Emigracji znajdują się bowiem stanowiska, gdzie można bezpłatnie skorzystać z dostępu do bazy danych genealogicznych.






9. Zwiedziłam ruiny zamku Skály.

10. Dostałam awans. 

11. Przyjaciółka zaprosiła mnie na wystawę "Harry Potter: The Exhibition" w Alvernia Planet w Nieporazie. 

12. Letnia domówka z okazji urodzin Szczura odbyła się później niż zwykle, za to mieliśmy aż ośmioro gości. Gofrownica poszła w ruch. Hitem wieczoru okazała się gra "Dylemat wagonika" - prezent od Asi, Tomasza i Łukasza.

13. Moja mama uratowała ptaszka, którego Bestia upolował na balkonie. Na szczęście biedakowi nic się nie stało, jedynie stracił kilka piór. Odleciał o własnych siłach, a chwila, gdy wypuszczałam go w ogrodzie, była jedną z najpiękniejszych tego lata. Na podstawie zdjęć i opisu GreenU stwierdził*, że był to podlot kopciuszka. 




14. Koleżanka z pracy przyjechała do mnie na kawę.

15. Pięć razy pojechałam ze Szczurem i z Piękną na "psią plażę". Tym razem trafiły nam się nad morzem chłodniejsze dni, czasem padało, ale na plaży i tak bywaliśmy prawie codziennie. Szczur się kąpał, a ja głównie leżałam na kocyku ubrana na cebulkę, bo na wchodzenie do wody było mi za zimno. Chłonęłam szum fal i zapach morza, które każdego dnia wyglądało inaczej. Najcieplejszego dnia, gdy odważyłam się wejść do wody po kolana, wyłowiłam dużą muszlę małża.

16. Byłam w Parku Kulturowym "Osada Łowców Fok" w Rzucewie. To miejsce, choć mało znane, zasługuje na osobny post - może kiedyś uda mi się zabrać do napisania go.




17. W czasie pobytu nad morzem zawarłam bliższą znajomość z pieskiem państwa wynajmujących sąsiedni domek - boston terrierem Milo. Jego niezawodny nos błyskawicznie wyczuwał gotujące się mięso. Za pierwszym razem łobuziak dobrał się do miski Pięknej, gdy ta zostawiła napoczęty posiłek. Później regularnie odwiedzał mnie w kuchni i asystował przy gotowaniu, patrząc tęsknym wzrokiem.

18. Jednego wieczoru na plaży zobaczyłam przepiękny widok: konie spacerujące w morzu o zachodzie słońca. Nie był to przypadek - dwie osoby dosiadały koni, podczas gdy trzecia robiła im sesję zdjęciową. Z zachwytu aż zapierało mi dech. Niewiele wiem o koniach, więc nie spodziewałabym się, że te zwierzęta tak chętnie wejdą w fale i będą spacerowały w znacznej odległości od brzegu. 





19. Ostatniego dnia na plaży natknęłam się na coś równie niezwykłego. Niedaleko brzegu stały dwa ogromne, wykonane z dbałością o każdy szczegół zamki z piasku - prawdziwe dzieła sztuki. Plażowicze chętnie się z nimi fotografowali, co zrobiliśmy i my. Niestety nie wiem, kto zbudował te zamki, bo zastaliśmy je już ukończone. Czytałam w sieci o panu Grzegorzu Pawelskim, który tworzy podobne piaskowe rzeźby, ale w Kołobrzegu. My z kolei byliśmy w województwie pomorskim, ponad dwieście metrów na wschód od Kołobrzegu.

20. Zaobserwowałam tylko jednego Perseida, w dodatku zupełnie przypadkowo. Planowaliśmy ze Szczurem zaczaić się na "spadające gwiazdy" w ogrodzie jego rodziców, ale niebo uparcie nie chciało się rozchmurzyć. W zamian ten Perseid, którego zobaczyłam, był niezapomniany. Może nawet najpiękniejszy ze wszystkich dotychczasowych.

21. Emily pokazała Szczurowi i mnie Las Bemowski od innej, nieznanej nam dotąd strony. Właśnie tam pierwszy raz zobaczyłam raniuszki, których zdjęcia zawsze mnie rozbrajały. Naprawdę są maleńkie!

22. Znalazłam na łodydze pałki wodnej wylinkę ważki różnoskrzydłej. 




23. Pierwszy raz w życiu użądliła mnie pszczoła.

24. Złapałam także kleszcza, tak maleńkiego, że trudno było go wyciągnąć i musiałam poprosić o pomoc Szczura. Mierzył chyba z milimetr, więc sama nie wiem, jakim cudem go zauważyłam. Może to kwestia mojej dobrej pamięci wzrokowej, bo coś mi nie pasowało w układzie znamion na udzie. Na szczęście nie dostałam żadnego rumienia. 

25. Wypróbowałam sumatryptan na migrenę i okazało się, że działa na mnie rewelacyjnie. Chyba tylko raz nie pomógł, poza tym pełna skuteczność.

26. Zwiedziłam jedno z najnowszych muzeów na mapie Warszawy: Muzeum Fabryki Czekolady E. Wedel. Moim zdaniem, obecnie to również jedno z najlepszych miejsc na randkę w Warszawie... a na pewno najsłodsze. Można tam nie tylko sporo się dowiedzieć o procesie produkcji czekolady, ale i wziąć udział w degustacji kilku produktów. 





27. Poszłam z Piękną na spacer o piątej rano. Zwykle na najwcześniejszy spacer zabiera ją Szczur, ale jednej nocy nie mogłam zmrużyć oka przez migrenę i poczułam, że potrzebuję się przewietrzyć. Rzeczywiście dobrze mi to zrobiło, bo po powrocie wreszcie trochę pospałam. Osiedle o tej porze było zadziwiająco ciche. Spodziewałam się większego ruchu, a tymczasem minęło nas tylko kilku ludzi. 

28. Cztery razy odwiedziłam ze Szczurem jego rodziców. 

29. Przeczytałam osiem książek, z czego większość tym razem należała do literatury faktu. Najbardziej poruszyły mnie "Krwinki. Opowieści o stracie i nadziei" Doroty Groyeckiej. Choć tematem przewodnim tej książki jest strata dziecka, a nie rodzica, przeczytanie jej akurat tego lata dużo mi dało. Pomogło mi uporządkować uczucia i refleksje związane z żałobą, uzmysłowić sobie, jak chcę ją przeżywać, a jak nie. 

30. Zagrałam ze Szczurem w "Na skrzydłach", siedząc pod wiatą w ogrodzie społecznościowym. Musieliśmy skończyć przed czasem, gdy zrobiło się ciemno, ale i tak był to fajny pomysł na wspólny wieczór.

31. W sierpniu zabraliśmy Piękną na psi plac zabaw w Warszawie. Dobrze sobie radziła z przeszkodami i zawarła kilka nowych znajomości, a my pogadaliśmy z miłą właścicielką innej adoptowanej suczki.

32. Odwiedziłam starszą panią z mojej miejscowości, której mąż był spokrewniony z moją babcią, by porozmawiać o drzewie genealogicznym. W wieku osiemdziesięciu siedmiu lat ma ona wciąż w pełni sprawny umysł i doskonałą pamięć. Pamięta ludzi z różnych pokoleń i powiązania między nimi, co jest nie do przecenienia.

33. Dostałam widokówkę z Kuby, która została wysłana rok wcześniej. Prawdę mówiąc, zdążyłam już o niej zapomnieć!

34. O mało nie zgubiłam telefonu. Położyłam go na ławce w parku, a później zagadałam się ze starszą panią wyprowadzającą pieska. Dopiero wracając do domu, zorientowałam się, że nie mam przy sobie smartfona. Na szczęście w międzyczasie zapadł zmrok i mojego telefonu chyba nikt nie zauważył, bo leżał w tym samym miejscu, gdzie go zostawiłam.

35. Zdarzyła mi się też komiczna, ale i zawstydzająca przygoda. Pewnej sierpniowej nocy, wracając z ostatniego spaceru z Piękną, nie potrafiłam otworzyć drzwi na klatkę schodową. Kod nie działał. Miałam wtedy za sobą ciężki dzień, byłam zmęczona, więc nie zastanawiałam się nad tym. Wybrałam numer ochrony, gdyż uznałam, że mechanizm się zawiesił. Przecież wszystko czasami szwankuje, włącznie z windą. Pan z ochrony wpuścił mnie domofonem. Po wejściu do bloku stanęłam jak wryta - korytarz wyglądał jak w lustrzanym odbiciu. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że pomyliłam klatki schodowe. 

36. Zrobiłam bardzo duże zakupy w sklepie Lego w Złotych Tarasach. Kupiłam po zestawie dla siebie, Szczura, mamy i Młodszego. Największy zestaw dostał Szczur na urodziny. Sobie kupiłam Zgredka, ponieważ od dawna mi się podobał, a awans to idealna okazja, by zrobić sobie prezent.

37. Nareszcie dokończyłam puzzle, które dostałam od Szczura na urodziny. 




38. Przez całe życie zazdrościłam ludziom, którzy mieli okazję uratować znalezionego psa lub kota. Minionego lata dostałam taką szansę. Spotkałam błąkającego się po ulicy psa. Był w niebezpieczeństwie - zapadał zmrok, a on biegał tam i z powrotem po jezdni. Zrobiłam więc to, co zawsze chciałam: zabrałam zwierzaka do domu i zabezpieczyłam go. Ponieważ nikt się po niego nie zgłosił, piesek dołączył do rodziny i został towarzyszem mojej mamy.

39. Zanim skończył mi się urlop, zdążyłam parę razy wyjść na spacer z dwoma psami naraz. Te pierwsze wspólne spacery były... chaotyczne. Psy plątały się w smyczach jak mucha w pajęczej sieci.

40. Pierwszy raz spróbowałam swoich sił w koszeniu trawy. Może to i śmieszne, zważywszy że mieszkam na wsi, ale tata zawsze sam zajmował się koszeniem. 

41. Kupiłam sobie dwie ocieplane bluzy w sklepie sportowym, a przy okazji także nerkę na spacery z Piesą. Najbardziej podobał mi się pomarańczowy T-shirt z wełny merynosa, ale rozsądek wziął górę - kilkaset złotych za jedną koszulkę to dla mnie za dużo.

42. Tuż przed powrotem do pracy odwiedzili mnie Magda i Mateusz. 

43. Zaniosłam kilka używanych książek na półki bookcrosingowe. 

44. Zaczęłam porządki w biblioteczce taty, które skończyłam dopiero u schyłku jesieni. Regały potrzebowały solidnego czyszczenia i wietrzenia. Większość książek została na swoich miejscach, tylko literatura fachowa powędrowała do pudeł. Przy okazji znalazłam różne pamiątki: zdjęcia, pocztówki, notatki, drobiazgi taty.

45. W Karwieńskich Błotach zobaczyłam piękną tęczę.




piątek, 14 listopada 2025

[177] Skalna kraina (cz. II)


Dzień trzeci
W środę zrobiliśmy sobie, jak to określił Szczur w rozmowie z rodzicami, "dzień gospodarczo-wypoczynkowy". Po męczącej wycieczce z poprzedniego dnia oboje czuliśmy, że czas naładować baterie. Czytałam książkę i słuchałam audiobooków, a Szczur opiekował się swoimi kolonistami z RimWorldu. W międzyczasie zrobiliśmy zakupy spożywcze w Lidlu (asortyment taki jak w Polsce, ale mięso lepsze), obiad i pranie. Na długi spacer z Piękną wyszliśmy dopiero o dziewiętnastej.
Szczur wpadł na pomysł, żebyśmy przeszli się po Radvanicach i zobaczyli staw rybny znajdujący się w innej części miejscowości. Po drodze mijaliśmy kaplicę Jana Chrzciciela i cmentarz, więc wstąpiłam tam na chwilę pooglądać stare nagrobki z inskrypcjami po niemiecku. Przez jakiś czas szliśmy głównymi ulicami, między innymi obok wejścia do nieczynnej kopalni. Później odbiliśmy w bok, w kierunku ogólnodostępnego terenu rekreacyjnego. Mieszkańcy mogą tam korzystać między innymi z torów do biegania, stołów do tenisa stołowego czy kilku boisk. Obok boisk Szczur zaproponował, by od tego miejsca pójść na przełaj przez łąkę. Piesa była w swoim żywiole, bo na otwartej przestrzeni pozwoliłam jej trochę pohasać bez smyczy. My też musieliśmy w paru miejscach przeskakiwać przez rowy. Kiedy w końcu znaleźliśmy "jeziorko", zaczynało się ściemniać. 






W okolicy stawu dopisało nam szczęście. Spotkaliśmy posilającą się na łące sarnę, a w drodze powrotnej padalca, nietoperza i dużą ropuchę. Zdobyłam też pałkę wodną dla moich barczatek. No i popełniłam komiczną pomyłkę. Na pomoście po przeciwnej stronie stawu stał ptak o sylwetce podobnej do czapli, która ostatnio odwiedziła fosę w parku. Kiedy jednak zrobiłam mu parę zdjęć, skradając się za pałką wodną, okazało się, że to tylko figura 🤣
Na spacerze moją uwagę zwróciła dbałość ludzi o porządek, nie tylko na własnych podwórkach, ale i w miejscach publicznych. Trzeba się naprawdę postarać, by zauważyć tu na ulicy jakieś walające się pod nogami śmieci, a kosze na psie odchody stoją niemal na każdej ulicy. I to jeszcze wyposażone w woreczki! Co ciekawe, mieszkańcy najwyraźniej nie mają tu obowiązku segregowania odpadów - wszystko ląduje w jednym koszu.






Dzień czwarty i piąty
Wczoraj i dziś wybraliśmy się w to samo miejsce - w okolice miasteczka o zabawnej nazwie Police nad Metují, do Skalnego Miasta Ostaš. Znamy już z innego wyjazdu Adršpach i Teplickie Skały, dlatego tym razem nasz wybór padł na Ostaš. Jest to kolejna góra usiana formacjami skalnymi o fantazyjnych kształtach. Wśród nich wytyczono dwie malownicze trasy: Górny i Dolny Labirynt.
Nasze wakacje w Czechach jeszcze trwają, ale już teraz jestem pewna, że wycieczką numer jeden pozostanie w mojej pamięci ta do Górnego Labiryntu. Nietrudno poczuć się tam jak bohater książki czy gry fantasy, który wędruje przez rozległe krainy swojego uniwersum. Kształty skał same się proszą, by puścić wodze fantazji i zastanowić się, co przypominają. Moje skojarzenia czasem były zupełnie inne niż ludzi, którzy nadawali skałom nazwy. Taki Dixit w 3D. Na przykład Czarci Wóz - gdzie tam ktoś zobaczył pojazd? Górny Labirynt dał mi też najwięcej satysfakcji z przezwyciężania moich słabości. Miałam mnóstwo okazji do ćwiczenia równowagi i propriocepcji. Przeciskanie się przez wąskie przejścia między skałami, stawianie wysokich kroków, utrzymywanie równowagi na korzeniach i głazach... Wszystko to za darmo. I piękne widoki w pakiecie.









Szlak do Dolnego Labiryntu zaraz na początku rozgałęzia się. W zależności od wybranej drogi można udać się najpierw do Jaskini Braci Czeskich albo do Kocich Skał. Obie drogi nie robią pętli, trzeba więc wrócić po własnych śladach. My skierowaliśmy się najpierw do jaskini, gdzie ponoć odbywały się kiedyś tajne nabożeństwa czeskich ewangelików. To miejsce mnie zaskoczyło, bo za nic w świecie nie mogłam się w nim dopatrzeć jaskini. Nazwa jest myląca - w rzeczywistości to raczej wąski korytarz pomiędzy skałami, nad którym wisi duży głaz. 
Trasa do Kocich Skał jest bardziej wymagająca niż poprzednie. Dla osób wprawionych w chodzeniu po górach nie stanowi problemu, ale ja musiałam się momentami nakombinować, gdzie najlepiej będzie postawić stopę i czego się przytrzymać. W niektórych miejscach musieliśmy pomóc Pięknej. Piesa świetnie radzi sobie w górach, za to boi się podnoszenia. Rozcapierza wtedy łapy na wszystkie strony i "walczy" z podnoszącym, przez co Szczur wrócił do domu z podrapanymi rękami. Śmiałam się, że skoro to Kocie Skały, nie mogło się obyć bez drapania. W pewnym momencie stanęliśmy przed trudnym zejściem, gdzie nie miałam czego się uchwycić. Bałabym się tamtędy schodzić. Szczur stwierdził, że dla naszego bezpieczeństwa lepiej będzie, jeśli ja i Piękna nie pójdziemy dalej. Dałby radę asekurować jedną z nas, ale nie obie naraz. Odpoczęłyśmy więc trochę wśród skał, a Szczur dokończył szlak (zostało niewiele) i po kilkunastu minutach wrócił do nas. Na zakończenie wycieczki poszliśmy jeszcze zobaczyć panoramę z punktu widokowego.
Od wczoraj wieczorami robi się zimno - niestety zarówno na zewnątrz, jak i w domu. Poprzedniej nocy temperatura na dworze spadła do ośmiu stopni. Wychodziłam z Piesą ubrana na cebulę i w jesiennej czapce. Nie wiem, ile było stopni w domku, ale wystarczająco mało, abym siedziała w kamizelce opatulona kocem. Dzisiaj zapowiada się podobnie.








Dzień szósty
Szczur i ja lubimy podróżować samochodem w nocy, zwłaszcza latem, gdy dzięki temu możemy uniknąć jazdy pod słońce. Nie bez znaczenia jest też fakt, że najbardziej nie lubię wyruszać w kilkugodzinną podróż z rana, ponieważ wtedy najtrudniej mi się pozbierać i spakować, a im bliżej pory obiadowej, tym gorzej czuję się w samochodzie. Dlatego zdarza się nam wracać z wakacji nocą, mimo że pobyt mamy wykupiony do rana następnego dnia. Tym razem również zdecydowaliśmy się na taką opcję. Aby nie tracić całego dnia, postanowiliśmy przed obiadem i pakowaniem zrobić sobie ostatnią, krótką wycieczkę. Wybór padł na ruiny zamku Skály w pobliżu miejscowości Police nad Metují. 
Choć zamek Skály powstał pod koniec czternastego wieku, pozostało z niego wystarczająco dużo, by móc podziwiać pracę ludzi, którzy przed wiekami wkomponowali mury warowni w formacje skalne z piaskowca. Miejsce to musi niesamowicie wyglądać jesienią i zimą. Spacer od parkingu do zamku i zwiedzanie ruin zajęły nam raptem godzinę. Piękna pojechała z nami na tę ostatnią wycieczkę i grzecznie czekała ze mną na dawnym dziedzińcu, podczas gdy Szczur zwiedzał, a później zamieniliśmy się miejscami. Wspinając się po stopniach wykutych w skale i drabinkach, dotarłam do punktu widokowego, skąd zrobiłam kilka zdjęć. 
Na górze zimno ponownie dało mi się we znaki. Wiał silny wiatr, więc szczelnie opatuliłam się polarem i naciągnęłam na głowę kaptur. Właśnie tam, pod niebem, na którym promienie słońca walczyły z ciemnymi chmurami, ostatni raz spojrzałam z góry na okolicę. Podziękowałam za gościnę tej skalnej krainie. I za to, że podarowała mi spokój ducha, gdy tak bardzo go potrzebowałam.



 




sobota, 18 października 2025

[176] Skalna kraina (cz. I)

 
Dzień pierwszy
Postanowiliśmy ze Szczurem, że na ostatni wspólny tydzień urlopu wybierzemy się w góry, do Czech. Wynajęliśmy domek w miejscowości Radvanice w kraju hradeckim, skąd mamy niedaleko do skalnych miast Adršpach, Ostaš i Teplice. Rok temu spędziliśmy długi czerwcowy weekend w Chvalcu i już wtedy wiedzieliśmy, że mamy ochotę na więcej. Kiedy Szczur podsunął mi pomysł powrotu w te okolice właśnie teraz, nie byłam jednak do końca przekonana. Jakoś nie bardzo ciągnęło mnie w tym roku w góry. Mimo wszystko przystałam na tę propozycję. I już teraz wiem, że dobrze się stało.
Na miejsce dotarliśmy wczoraj po dwudziestej trzeciej, po pięciu godzinach podróży samochodem i odrobinie błądzenia po okolicy. Początkowo podjechaliśmy do domku od niewłaściwej strony, przez co wylądowaliśmy wśród krzaków. Psiocząc na GoogleMaps, Szczur zniknął w ciemnościach, by się rozejrzeć, a ja zostałam z Piękną w samochodzie. Po chwili jednak wyszłam rozprostować kości i pooddychać chłodnym, rześkim powietrzem. Ledwie wyszłam, uderzył mnie widok ciemnego nieba rojącego się od gwiazd. Bardzo, bardzo dawno nie widziałam tak dobrych warunków do obserwowania nieba - ostatni raz może jeszcze przed związkiem ze Szczurem, na zlocie miłośników astronomii. Zadarłam głowę do góry i w tym samym momencie zobaczyłam niezwykle piękny meteor mknący po niebie - lśniący bielą, o wyjątkowo długim torze lotu.
Sporą część poniedziałku przeznaczyliśmy na ładowanie baterii po dwóch z rzędu wieczorach w aucie. Późnym popołudniem czuliśmy się już wystarczająco wypoczęci, żeby ruszyć się z domku na parę godzin. Szczur wybrał dla nas szlak niezbyt wymagający, ale dosyć długi jak na pierwszy dzień. Celem była wieża widokowa na szczycie wzniesienia Žaltman.
Przeczytałam w Internecie, że Žaltman jest najwyższym szczytem pasma Gór Jastrzębich, a nawet należy do Korony Sudetów. Ma 739 metrów nad poziomem morza. Czerwony szlak, którym szliśmy od "naszej" miejscowości, przebiega w dużej mierze przez las, więc nie dokuczało nam ostre słońce. Po drodze napotkaliśmy źródełko zapraszające do skosztowania górskiej wody - co ciekawe, ktoś się nim opiekuje, bo obok wisi nawet koszyczek z kubkami! Woda rzeczywiście jest tam pyszna (a pisze to osoba, która nie przepada za smakiem wód mineralnych). 








Mniej więcej w połowie drogi minęliśmy kilka urokliwych domów z zadbanymi ogródkami pełnymi kwiatów, a także nieduże schronisko. Z jednej z posesji rozlegało się przeraźliwe wycie - słyszeliśmy je na długo przedtem, nim stanęliśmy przed owym domem. Szczur zastanawiał się, czy to koboldy, ja jednak w pewnym momencie domyśliłam się, że to husky. I rzeczywiście, naprzeciw domu stał samochód z naklejką z psim zaprzęgiem. 
W drodze na górę mieliśmy też okazję zobaczyć kilka bunkrów z ciągnącej się wzdłuż zbocza linii umocnień. Wybudowano je w latach trzydziestych ubiegłego wieku, z myślą o obronie przed Niemcami, jednak nie zostały użyte podczas wojny. Na dachach niektórych bunkrów rosną drzewa.











Z wieży widokowej znajdującej się na szczycie roztacza się rozległa panorama czeskich Gór Stołowych. Szczur wszedł na samą górę, mnie wystarczyło wejście do połowy wieży, gdzie i tak niemiłosiernie wiało. Widoki były boskie, zwłaszcza że akurat zachodziło słońce. Drogę powrotną pokonaliśmy częściowo po ciemku, ale ponieważ nie zatrzymywałam się na zdjęcia i szłam szybciej, latarki musieliśmy użyć dopiero nieopodal domu z huskym. Tym razem nie wył, lecz wydawał inne dziwne odgłosy, które trochę zaniepokoiły Piękną, jakby zastanawiała się, co to za leśne licho. Wydaje mi się, że Piesa z huskym nie miała jeszcze styczności, choć u mnie na wsi ma znajomą malamutkę.
Po powrocie wyszłam jeszcze na trochę poobserwować niebo. Opatuliłam się szczelnie kocem i położyłam się na ławce w ogrodzie. Szybko jednak wróciłam do domu, bo temperatura spadła chyba do dziesięciu stopni 🥶

Dzień drugi
Dzisiaj chyba nie będzie długo, bo wróciliśmy z wycieczki bardzo zmęczeni. Aktualnie ja półleżę na kanapie, Piękna śpi rozciągnięta na dywanie obok mnie, a w sąsiednim pokoju Szczur także śpi jak zabity i chrapie wniebogłosy. 
Co się nam przydarzyło?
Božanovský Špičák się przydarzył.
Góra tylko odrobinę wyższa od Žaltmana (781 m n.p.m.), trasa zbliżona do wczorajszej pod względem długości i uśrednionego czasu przejścia. Szło się jednak zupełnie inaczej, gdyż znaczna część trasy biegnie asfaltową drogą w pełnym słońcu. Planując wycieczkę, Szczur niestety o tym nie wiedział. Mimo paru postojów droga bardzo mi się dłużyła, ostre słońce i wysoka temperatura dawały się we znaki mojej migrenowej głowie. Gdyby jeszcze na tym długim odcinku było co oglądać i fotografować, pewnie łatwiej byłoby to przetrwać, ale ciekawych przyrodniczych szczegółów było zaskakująco mało w porównaniu do wczorajszej wycieczki. A jeśli już pojawiał się ładny widok, to jak na złość pod słońce. Byłam zarówno zmęczona fizycznie, jak i znużona monotonią szlaku.






W połowie drogi stanęliśmy na rozwidleniu, gdzie kończył się nasz dotychczasowy czerwony szlak, a zaczynał żółty. Od tego momentu im wyżej wchodziliśmy, tym bardziej robiło się interesująco. "Patelnia" powoli przechodziła w sosnowy las. Z ulgą stawiałam kroki na zacienionej leśnej drodze. W końcu w oddali zobaczyliśmy pierwsze wysokie skały z piaskowca. I kolejne, i jeszcze jedne, aż znaleźliśmy się w skalnym labiryncie. Formacje skalne na ostatnim odcinku tej trasy prezentują się naprawdę imponująco. Szkoda, że ten odcinek to tylko mniej więcej jedna czwarta trasy. Niektóre skały mają osobliwe kształty, przypominające grzyby albo zwierzęta, co znalazło odzwierciedlenie w ich nazwach. Moim ulubieńcem został Wielbłąd.









Na szczycie wzniesienia można pooglądać okolicę z dwóch punktów widokowych. Tak też zrobiliśmy, przy okazji odpoczywając na niedużych głazach. Później zaczęliśmy schodzić - nadal żółtym szlakiem, ale inną drogą. Jak się okazało, ta część szlaku nie biegnie tak blisko skał, za to pozwala zobaczyć nowe "skalne rzeźby" i jest łatwiejsza, mniej stroma. Przez około dwieście metrów szliśmy też fragmentem zielonego szlaku, po czym znaleźliśmy się znowu na czerwonym i dalej wracaliśmy znaną nam już drogą. 
Co ciekawe, chociaż Božanovský Špičák nie jest położony daleko od naszej bazy wypadowej (według GoogleMaps pół godziny, a w praktyce godzina jazdy samochodem), to należy do innego pasma górskiego niż Žaltman: Broumowskich Ścian. Te z kolei wchodzą w skład czeskiej części Gór Stołowych.
Szczur, któremu dzisiejsza wycieczka też dała w kość, kilka razy pytał mnie, czy podobały mi się skały. Po paru zapewnieniach, że tak, przyznałam:
- Skały były super, ale zobaczyłam je raz i więcej na tę drogę nie wracam, choćby nawet te skały s**ły 😆