sobota, 28 lutego 2026

[181] Motyle 2024-2025: Starzy i nowi znajomi



Szczotecznica szarawka

2024/08/19
Wyszłam dzisiaj na dwór dosłownie na pół godziny, bo było nieziemsko parno, a ja od rana walczę z migreną. Wyszłam tylko dlatego, że trzeba wyprowadzać psa. Szybko jednak skierowałam się w stronę ławki, żeby odpocząć. Usiadłam na ławce. Rozejrzałam się, a tam... na lewo ode mnie, na tejże ławce, siedziała szczotecznica szarawka!




08/25
Szczotecznica zrobiła oprzęd na wieczku i od wczoraj w nim siedzi. Ciekawe, czy się przepoczwarczy, czy okaże się zamuszona.
(Okazało się, że to był fałszywy alarm.)

09/15
U szczotecznicy zanosi się na jakiś przełom. Od wczoraj znowu przesiaduje na wieczku, tylko czasami schodzi na dół posilić się liśćmi brzozy. Wkrótce powinno się rozstrzygnąć, czy będzie poczwarka, czy pasożyt.




2025/04/18
Wczoraj z poczwarki wyszła zimująca szczotecznica szarawka. Pierwszy raz wyhodowałam szczotecznicę! To samica.
Ćmę wypuściłam wieczorem, a wcześniej zdążyłam się nią trochę nacieszyć. Okazała się większa niż się spodziewałam i dosyć ruchliwa. Chętnie spacerowała mi po ręce, susząc skrzydła. 





Rolnica tasiemka

2025/04/12
Oto moja pierwsza znaleziona w tym roku gąsienica, rolnica tasiemka. Przyniósł mi ją sąsiad, który jest wtajemniczony w moje motylowe hobby. Przyznam, że trochę się zdziwiłam, zobaczywszy przez wizjer twarz sąsiada. W pierwszej kolejności przyszło mi do głowy, że może ktoś zostawił u niego jakąś przesyłkę dla mnie, a tu taka niespodzianka!
Ten gatunek zimuje jako gąsienica. Dzisiaj był pierwszy ciepły dzień od dłuższego czasu, więc bardzo możliwe, że larwa dopiero niedawno się obudziła z diapauzy. Dałam jej liście mniszka.




04/18
Wczoraj zauważyłam, że gąsienica rolnicy przestała jeść i leży bez ruchu na dnie pojemnika. Ten gatunek przepoczwarcza się w ziemi, więc zamieniłam papierowy ręcznik na kilkucentymetrową warstwę ziemi. Dzisiaj rolnicy już nie zobaczyłam. Zakopała się. 

07/19
Rolnica wyszła z poczwarki. Już ją wypuściłam.






Mrzonka pierzak

2025/04/26
Zauważyłam, że bez na początku mojej uliczki ma kilka poobgryzanych liści. Ponieważ liście na drzewach pojawiły się niedawno i są w większości nienaruszone, łatwo dostrzec takie ślady. Przeprowadziłam małe śledztwo i znalazłam winowajców: dwa miernikowce. Zabrałam je, by kolejny raz spróbować wyhodować miernikowce. 
Larwy lubią zwisać do góry nogami, uczepione wieczka tylnymi odnóżami.
Możliwe, że znalezione gąsienice należą do gatunku Colotois pennaria - mrzonka pierzak. Mają charakterystyczne brodawki na końcu ciała, ale przydałoby się zrobić lepsze zdjęcia.
Niestety, ze zdjęciami gąsienic na razie jest u mnie kiepsko. Przeważnie zajmuję się larwami późno wieczorem, przez co nie mam dobrego światła do zdjęć. Nie mam też energii na eksperymenty, bo jestem ciągle zmęczona.





05/22
Miernikowce z bzu zakopały się w ziemi, którą im dałam, gdy zauważyłam wzmożoną aktywność. Niestety nie zapisałam, kiedy to się stało. Chyba w czasie mojej choroby.

10/01
Ostatniego dnia września przeżyłam niemałe zaskoczenie. W pojemniku z ziemią pojawiła się ćma! Co zabawne, nie potrafiłam sobie przypomnieć, jaka gąsienica mogła przeobrazić się taką ćmę. Rzuciłam się do komputera i po chwili już wiedziałam, jak się ona nazywa: mrzonka pierzak. Z rodziny miernikowcowatych. A to oznacza, że pierwszy raz udało mi się wyhodować miernikowca!!!
W ciągu ostatnich dziesięciu lat wiele razy próbowałam wyhodować miernikowca, ale zawsze kończyło się na poczwarce, z której nic wiosną nie wychodziło. W końcu, zrezygnowana, przestałam zabierać do domu spotykane miernikowce, żeby nie odbierać im szans na dalszy rozwój.
Nie pamiętam już, dlaczego zdecydowałam się złapać tę gąsienicę. A właściwie dwie gąsienice, bo na bzie znalazłam dwie takie same larwy, lecz parę tygodni później z jednej wypadły pasożyty. Kiedy znalazłam miernikowce, był początek maja. Obecnie wydaje mi się, jakby to się działo wieki temu. Wtedy tata nie tylko żył, ale jeszcze nic nie zapowiadało, by miało mu się nagle pogorszyć. Zdążył zobaczyć miernikowce jako larwy.
Ćmę wypuściłam następnego dnia. W przeciwieństwie do pawika, nie spieszyło jej się. Zdążyłam zauważyć, że to samica. 
Swoją drogą, mrzonka to śmieszna nazwa dla ćmy!







Ćma z rodziny sówkowatych

2025/09/15
11 września mama znalazła w ogrodzie zieloną gąsienicę siedzącą na hortensji. Myślę, że to jakaś ćma z sówkowatych, ale potrzebuję więcej czasu, żeby ją zidentyfikować, o ile w ogóle się to uda. Gąsienica poobgryzała jeszcze jeden liść hortensji, a kolejnego dnia przybrała bardziej intensywny kolor i siedziała już pod papierem na dnie pojemnika. Włożyłam ją do pojemnika z ziemią, gdzie niedługo później zakopała się.





Niezidentyfikowana rolnica

2025/10/01
Podczas zbierania orzechów znalazłam gąsienicę. Leżała zwinięta w kłębek na jednym z opadłych liści. Prawdopodobnie jest to jakaś rolnica lub bliska krewna rolnic, ale nie udało mi się jej zidentyfikować ani w aplikacji, ani z pomocą Lepidoptera.eu. Rolnice należą do dużej rodziny, w której jest wiele podobnych do siebie gąsienic. Larwa wyglądała na szykującą się do zimowania. Włożyłam ją do pojemnika z ziemią, ponieważ rolnice mają to do siebie, że lubią przepoczwarczać się w ziemi. I rzeczywiście - zakopała się. Wiosną się okaże, czy dowiemy się, jaki to gatunek.





wtorek, 24 lutego 2026

[180] O cztery zęby mniej

 
Dwa dni po zabiegu
Od środy jestem "uboższa" o dwie z czterech zatrzymanych ósemek. ULGA. Ogromna ulga, że to już. I że na pewno nie odrosną. 
Widmo tego zabiegu od dłuższego czasu spędzało mi sen z powiek. Najprawdopodobniej właśnie przez to miałam przewlekłe kłopoty z brzuchem. Bałam się i niewiele mogłam na to poradzić. Czułam przymus czytania o ekstrakcji ósemek w Internecie, a im więcej czytałam, tym bardziej się bałam. Niestety, zanim zdałam sobie sprawę, że mogłam aż tyle nie czytać, było za późno. Chciałam jak najlepiej się przygotować, po prostu.
Miałam szczęście trafić na wspaniałą panią chirurg, konkretną, spokojną i empatyczną. Przed każdym etapem zabiegu uprzedzała mnie, czego mogę się spodziewać. Znieczulenie było tak silne, że usuwanie zębów ani trochę mnie nie bolało, mimo że czułam ich podważanie i słyszałam dziwne dźwięki. Po wszystkim chirurżka pochwaliła mnie, że jestem bardzo dobrym pacjentem, bo mimo lęku jestem nastawiona zadaniowo i współpracuję z lekarzem. Cóż... tak właśnie działa mój mózg, że na długi czas przed trudnym dla mnie wydarzeniem jestem chora ze stresu, ale kiedy już jest w trakcie, spinam zadek i koncentruję się na działaniu. Poza tym miałam ze sobą gniotek i odtwarzacz MP3, które u dentystów są mi wielką pomocą. Mogłam też po zabiegu posiedzieć w fotelu przez dłuższą chwilę, dopóki kręciło mi się w głowie. Nikt mnie nie poganiał i nie kazał natychmiast wstawać.
Lekarka pochwaliła też... ósemki. Podobno należały do tych zatrzymanych lżejszego kalibru. Nie mam pojęcia, czy to kwestia położenia (były odrobinę wyrżnięte, widoczne w jamie ustnej), genów czy przypadku. W każdym razie usłyszałam żartobliwe: "Musi pani być dobrym człowiekiem, bo nie została pani obdarzona uciążliwymi ósemkami" 😆
Najbardziej bałam się, co będzie się działo, gdy znieczulenie zacznie schodzić. A konkretnie tego, że ból będzie tak silny, iż przebije się przez lek przeciwbólowy, albo lek przestanie działać dużo wcześniej niż będę mogła wziąć bezpiecznie kolejną dawkę. Tak było i przy zainfekowanym zębie, i przy ropniu - nie umiałam poradzić sobie z bólem. Tym razem jednak dostałam receptę na Nimesil. Ku mojemu zaskoczeniu, Nimesil niemal całkowicie blokuje ból i działa na mnie dłużej niż przewidziane w ulotce dwanaście godzin. To ewenement! 
Teraz przyszedł czas na rekonwalescencję. Oprócz Nimesilu dostałam antybiotyk, Encorton i naprawdę długie zwolnienie lekarskie. Dostałam też kartkę z zaleceniami na najbliższe dni - co robić i czego nie robić, żeby nie zaszkodzić gojącym się ranom. Przez pierwsze dwa dni głównie leżałam z uniesioną głową lub siedziałam na kanapie, regularnie przykładając zimne okłady. W środę byłam bardzo śnięta po znieczuleniu i podwójnej dawce leku przeciwlękowego. Mama zrobiła mi zupę z grysikiem, wypiłam też elektrolity i zjadłam odrobinę rozgotowanego ryżu. W nocy bez problemu przespałam siedem godzin. Następnego dnia czułam się nie najlepiej - byłam słaba, miałam podrażnione gardło i często robiło mi się zimno. Wyglądałam jak chomik i ta opuchlizna sprawiała mi pewien dyskomfort. Sporo spałam albo leżałam przykryta puchatym kocem. Udało mi się jednak zadbać o higienę jamy ustnej zgodnie z zaleceniami lekarki. Dałam radę zjeść kilka niedużych posiłków: miękki ryż z pogniecionym bananem, utarte jabłko i marchew, zmiksowaną zupę jarzynową z mięsem. Poczułam się też na siłach, by zrobić sobie jajecznicę z mozzarellą. 
Dzisiaj obudziłam się już w lepszej formie, mimo że w nocy miałam istny festiwal nieprzyjemnych snów. Po tym, jak poziom stresu drastycznie spadł, mózg najwyraźniej postanowił urządzić sobie imprezę. Opuchlizna wydaje mi się nieco mniejsza i nie tak uciążliwa, nie boli przy lekkim dotyku ani nie powoduje wrażenia rozpychania skóry. Inne nieprzyjemne odczucia (zimno, osłabienie, suchość w gardle) w zasadzie zniknęły. Odważyłam się dokładniej pooglądać ranę, myjąc zęby z czołówką komicznie założoną na głowę. Dalej biorę leki i staram się przestrzegać zaleceń. Dzięki wsparciu mamy repertuar żywieniowy stopniowo się poszerza. Najwięcej przyjemności sprawiły mi dzisiaj lody i ugniecione ziemniaki. Najbardziej tęsknię za słodyczami z czekoladą oraz za pizzą, ale na smakołyki trzeba jeszcze poczekać. 
Przyjemnym skutkiem ubocznym zabiegu jest to, że chwilowo prawie nic nie muszę, jedynie dbać o siebie. Nie trzeba nigdzie się spieszyć, nic robić pod presją czasu. Dziwne to uczucie, na co dzień niespotykane. Nawet wakacje nie oznaczają przerwy od obowiązków. Nagle mam bardzo dużo wolnego czasu i chociaż możliwości fizyczne są w tej sytuacji ograniczone, umysł może z niego korzystać. Cieszy mnie czytanie, częste mizianie zwierzaków, słuchanie audiobooków i wywiadów, oglądanie ciekawych rzeczy w sieci. Kończę post na bloga. Może w weekend zacznę układać urodzinowe puzzle? Grunt to nie forsować organizmu i dać mu czas na powrót do pełnej aktywności. 
Po tygodniu powinnam się zgłosić na zdjęcie szwów. Mam nadzieję, że do tego czasu nic złego się nie wydarzy i z każdym dniem będę czuć się coraz lepiej (i więcej jeść). Trzymajcie kciuki! 

Cztery dni po zabiegu
Minęły kolejne dwa dni od zabiegu. W moim odczuciu miejsce po ekstrakcji wygląda całkiem znośnie. Opuchlizny na zewnątrz zostało tylko trochę.  
W sobotę zrobiłam eksperyment: wzięłam Nimesil o pierwszej w nocy, a przez resztę dnia nie. Chciałam zobaczyć, co się stanie, gdy przestanie działać. Przestał dopiero po dwudziestej pierwszej! Zaczęłam wtedy odczuwać pewien dyskomfort i ucisk przy niektórych ruchach żuchwą. Nie pojawiły się jednak żadne silne dolegliwości bólowe. Uznałam, że mogę odstawić lek, ewentualnie przejść na słabszy. Niestety, dzisiaj wróciłam do Nimesilu ze względu na migrenę, która od wczoraj daje mi się we znaki. Przez głowę źle mi się spało, kilka razy się budziłam. No, ale nie to ma być tematem tego posta.
Cały czas staram się jeść bardzo ostrożnie, więc zajmuje mi to sporo czasu. Jem codziennie kilka miękkich posiłków o delikatnej konsystencji, ale do wody dodaję już trochę esencji z herbaty. Studzę wszystko, żeby nie było gorące. Wczoraj zjadłam pokrojoną bułkę mleczną i dwa placki ziemniaczane, które sprawiły mi taką frajdę, jakbym dostała wymarzony prezent. Nabrałam też ochoty na nabiał, ponieważ jelita nareszcie się uspokoiły. Z braku czekoladowych słodyczy pałaszuję lody, a rodzice korzystają na mojej diecie i pałaszują też (chyba nigdy przedtem nie jedliśmy lodów w środku zimy!). 
Jutro ostatni dzień antybiotyku. Nareszcie koniec z ohydnym posmakiem w ustach!
W międzyczasie rodzice odebrali moją paczkę z Temu, pełną przydatnych drobiazgów. Piękna dostała ode mnie okrągłą zabawkę intelektualną. Aby dostać się do smaczków, pies musi pokombinować - poprzesuwać zakrywające je "klapki". Piękna błyskawicznie załapała, o co w tym chodzi. Zabawa wyraźnie sprawia jej przyjemność, jak wszystkie z wykorzystaniem węchu. Radzi sobie wspaniale. Najbardziej bawi mnie jej upewnianie się, czy aby na pewno niczego nie pominęła.

Pięć dni po zabiegu
Hurra! Ostatnia dawka antybiotyku połknięta!

Siedem dni po zabiegu
Szwy zdjęte. Poszło błyskawicznie, a lekarka nie miała żadnych zastrzeżeń do gojenia się rany. Od poniedziałku szczypie mnie od strony policzka dziąsło obok siódemki, jakbym miała tam aftę, więc przy okazji napomknęłam o tym. Lekarka powiedziała, że takie odczucia mogą być jeszcze przez jakiś czas, aż ta okolica całkiem się nie zagoi. Mam dalej dbać o higienę, odkażać i smarować Elugelem.
Dałam radę! 💪
Również od poniedziałku, co zaskakujące, czuję się przeziębiona i mam katar. Z nikim prócz rodziców nie widziałam się od zeszłej środy, siedziałam w domu, a oni też niewiele wychodzili i nie złapali żadnej infekcji. Ciekawe, jak złapałam ten katar. Może od częstego przykładania zimnych okładów na głowę? Na pewno spadła mi odporność przez stres przed zabiegiem i zażywanie antybiotyku. Cieszę się, że lekarka dała mi dłuższe zwolnienie, bo przynajmniej mogę teraz się jeszcze podleczyć.
Zaczęłam układać puzzle z ćmami, które dostałam od Szczura na urodziny. Najpierw, jak zwykle, podzieliłam je na grupy według kolorów i wzorów. Przypuszczam, że to mogą być najłatwiejsze puzzle w moim życiu, bo na widok wielu wzorów domyślam się od razu, do jakiej ćmy lub przynajmniej rodziny należą. Już sam podział puzzli był wyjątkowo przyjemny w porównaniu na przykład z obrazami Anne Stokes, które zwykle są utrzymane w mało zróżnicowanych barwach. Chyba będę układać bez obrazka, żeby podnieść sobie poziom trudności.

Przed drugim zabiegiem
(nocą)
Dziś znowu idę pod nóż, tym razem pozbyć się lewych ósemek. Jestem dużo spokojniejsza niż poprzednio, co najłatwiej poznać po tym, że brzuch dokuczał mi tylko przez ostatni tydzień, a nie przez ostatni miesiąc. Mam pietra, ale nie jestem przerażona. Boję się tylko tego, żeby nie było gorzej niż ostatnio i żeby paszcza zagoiła się bez żadnych komplikacji. O ból w czasie zabiegu, ból po zabiegu, zwolnienie lekarskie czy jedzenie już się nie martwię, bo idę do tej samej lekarki i wiem, jak sobie radziłam poprzednio. Grunt to stosować się do zaleceń i przetrwać trzy pierwsze dni. 
Jestem na maksa nastawiona zadaniowo. Przez kilka dni załatwiałam różne zaległe sprawy. W domu panuje względny porządek (aczkolwiek definicja porządku uległa znacznemu poszerzeniu, odkąd mieszka u nas ratlerek). W pracy uporządkowałam swoją salę, jakbym co najmniej spodziewała się wizyty profesor McGonagall. Nie wiem, czy ktoś z Was ma tak jak ja, że w podobnych sytuacjach namiętnie organizuje przestrzeń wokół siebie, żeby zwiększyć poczucie kontroli - ale mnie to pomaga, czuję się bezpieczniej. Zawsze gdy wyjeżdżam na dłużej, jestem spokojniejsza, zostawiając za sobą ład i domknięte sprawy. Każda podróż jest Wielkim Być Może. A zabieg chirurgiczny, nawet takiego kalibru, na skali niepewności plasuje się przecież wyżej niż podróż. Inni mogą odnieść wrażenie, że zachowuję się, jakbym miała już nie wrócić. Cóż... gdybym znała datę końca świata, prawdopodobnie miałabym właśnie tego dnia świeżo umyte włosy, na stole ulubione smakołyki, a serwetki i poduszki równiutko ułożone. Jak Migotka wyczesująca ogonek w obliczu zbliżającej się zagłady. 
Zabieg mam z samego rana, a nadal czuję się dość pobudzona, więc wyspana raczej nie będę. Po powrocie mogę jednak spać, ile dusza zapragnie (a raczej ile ciało pozwoli). 


niedziela, 22 lutego 2026

[179] Motyle 2023-2025: Trzy lata z barczatkami


Swego czasu przez kilka lat z rzędu hodowałam znamionówki starki, nazywane przeze mnie i Szczura Safonidami. Później zadomowiły się u mnie brudnice. Nie przypuszczałabym, że do tego grona dołączą też barczatki, których samice, w przeciwieństwie do znamionówek i brudnic, potrafią całkiem nieźle latać. Gąsienice barczatek od dawna mi się podobały, ale przeważnie znajdowałam je spasożytowane. Dwa lata temu wydarzył się jednak niezwykły zbieg okoliczności - do naszego domku nad morzem przyleciała samica i... złożyła jajeczka. I tak się zaczęła nowa, zaskakująco długa przygoda... 


Barczatka napójka - spasożytowane larwy

2023/06/12
Mam dwie nowe gąsienice. Szczur znalazł w Najbliższym Lesie barczatkę napójkę, a ja znalazłam zimowka ogołotniaka. Barczatka jak zwykle jest przepiękna. Dzisiaj poszłam po pałkę wodną dla niej. (...)




06/20
Długo nie nacieszyłam się barczatką napójką. Jadła i wydawała się zdrowo chować przez tydzień, po czym przedwczoraj nagle zauważyłam, że w pojemniku pojawiła się żółta plama. Wczoraj gąsienica sflaczała, więc już wiedziałam, co się święci. Dzisiaj wyszło z niej dziesięć larw much. Nie będę ich tu pokazywać, bo to nieprzyjemny widok.
W weekend w lesie znalazłam kolejną napójkę, która dreptała po ścieżce. Wiedziałam, że prawie na pewno jest spasożytowana, gdyż dziwnie się poruszała (jakby chodził tylko przód, ciągnąc za sobą bezwładny tył) i coś wystawało jej z tyłu. Mimo to zabrałam ją, żeby poobserwować proces wychodzenia pasożytów.

06/25
W tym tygodniu w poszukiwania gąsienic zaangażował się... mąż sąsiadki. W zeszłym roku rozmawiałam z nim o hodowaniu rusałek i widocznie ziarenko rzucone na podatny grunt wykiełkowało. Najpierw przyniósł mi znalezioną na podwórku niedźwiedziówkę nożówkę, a dzisiaj barczatkę napójkę, która siedziała na ścianie jego domu! Nożówka jest słusznych rozmiarów, bardzo tłusta. Od razu podjęła jedzenie. Barczatka niestety może znowu mieć w sobie pasożyty. Nie jest jeszcze zbyt duża, a do tego przejawia niepokojąco niewielką aktywność.




06/28
Z barczatki przyniesionej przez sąsiada chyba nic nie będzie. Od wczoraj leży nieruchomo w dziwnej pozycji, zresztą od pierwszego dnia u mnie niewiele zjadła.




07/04
Z barczatki od sąsiada, zgodnie z moimi przewidywaniami, wylazły cztery larwy much. Oznacza to, że barczatki już raczej w tym roku nie wyhoduję.





Barczatka napójka - od jajeczek do imago

I rok

2024/07/29
Kiedy byłam nad morzem, jak zwykle łapałam i fotografowałam ćmy, które wpadały nocą do domku. Najbardziej okazała ćma przyleciała w nocy z 17 na 18 lipca. Była to samica barczatki napójki. Bardzo mi się podobała, dlatego postanowiłam zatrzymać ją w pojemniku do rana, by zrobić zdjęcia przy lepszym świetle. Rano opadła mi szczęka: ćma złożyła w pudełku kilkanaście jajeczek. 😮 Do tego pozwoliła się wziąć na rękę.




W poniedziałek przydarzyło mi się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Szukając odpowiedniego pojemnika dla pawików, odkryłam, że z jaj barczatki wyszły gąsieniczki! Nie wiedziałam niestety, jak długo tam były, bo nie ruszałam tego pudełka od soboty. Mimo że było już po północy, poszłam z Piękną nad fosę, żeby zerwać trochę trzciny. Na szczęście szybko znalazłam potrzebną roślinę i wróciłam do Nory bez żadnych nieprzyjemnych przygód. Gąsienice szybko zaczęły skubać liście i załatwiać się.
Larw jest dziesięć. Są długie i smukłe, a ich głowy wydają się nieproporcjonalnie duże w stosunku do reszty. Już teraz piją - podchodzą do kropel wody i "przyklejają się" do nich na dłuższy czas. Nigdy nie miałam do czynienia z tak maleńkimi barczatkami, więc ich obserwowanie niesamowicie mnie rozczula.

08/19
Barczatki rosną. W czasie naszego pobytu w Niemczech przeszły kolejną wylinkę. Teraz da się już zauważyć, że zwijają się w kłębek, gdy czują się zagrożone. 




08/25
Barczatki są w trakcie kolejnej wylinki. 




09/15
Barczatki przeszły w weekend następną wylinkę. Dzisiaj przygotowałam je do zimowania i zaniosłam do szopy. Noce bywają już naprawdę zimne, więc jest szansa, że niedługo wejdą w diapauzę. Na razie będę regularnie do nich zaglądać, wymieniać liście i sprawdzać, czy jedzą. 





II rok

2025/04/18
Dwa dni temu pierwszy raz włożyłam barczatkom do pojemnika trochę trawy, którą zerwałam na skraju podmokłej łąki. Nie miałam pewności, czy to właściwa roślina, ponieważ latem jest bardzo wysoka, a teraz nie sięga mi nawet do połowy łydki. Larwy zaczęły jednak jeść i załatwiać się. Dlatego dzisiaj przyniosłam więcej owej rośliny i zabrałam pojemnik z barczatkami do domu. 
Z jedenastu zimujących barczatek nie przeżyła jedna.

04/29
Barczatki nie wyglądają już tak marnie jak tuż po zabraniu ich z szopy. Żerują chętnie, co po kilku miesiącach bez jedzenia w ogóle mnie nie dziwi. Gdy sprzątałam im wczoraj, trzy larwy były po wylince.

05/22
Bardzo dawno nie pisałam o moich owadach, zresztą w ogóle rzadko ostatnio cokolwiek piszę. To nie znaczy, że owadów nie mam. Mam gąsienice jak każdej wiosny, ale brakuje mi czasu i energii, bo ten rok szkolny mógłby się u mnie nazywać jak popularny film: "Wszystko wszędzie naraz". 
Barczatki mają się dobrze. Przeszły wylinkę. Na spacerze z Piesą odkryłam miejsce, gdzie rośnie bardzo dużo ich ulubionych ostrych traw. W mojej miejscowości jest sporo podmokłych łąk, gdzie te trawy rosną, ale za kościołem jest ich dosłownie zatrzęsienie. Chodzę więc tam teraz co kilka dni i ścinam zapas traw. Połowę daję gąsienicom od razu, a połowę wkładam do wazonu i daję dwa dni później. Trawy znikają w całości, z wyjątkiem łodyg, które są grube i twarde. Zawsze zraszam je odrobiną wody, bo - przypominam - napójki piją, jak sama nazwa wskazuje.




06/06
Barczatki w połowie tego tygodnia miały kolejną wylinkę. Za każdym razem stają się nieco większe, ale poza tym ich wygląd nie zmienia się.

06/08
Zaobserwowałam, że mocno swędzą mnie palce, jeśli przenoszę napójki ręką i ich włoski wbiją mi się w skórę. Do tej pory myślałam, że to od nieparek, a tu proszę. Niestety napójki źle się przenosi patyczkami kosmetycznymi, bo są już duże i nie mają tak chwytnych odnóży jak brudnice.

06/15
Dziś na spacerze znalazłam w pobliżu fermy ogromną gąsienicę barczatki napójki. Właściwie "znalazłam" to niezbyt trafne określenie, bo larwa pędziła środkiem ścieżki i sama znalazła się pod moimi nogami. Miała 7 centymetrów długości, a gdy się wyciągnęła, to prawie 8. 
Na przepoczwarczenie tak okazałej gąsienicy nie trzeba długo czekać, więc szybko zrobiłam jej kilka zdjęć. 





06/19
17 czerwca napójka zbudowała kokon, z którego obecnie już nie wychodzi.
Tymczasem moje napójki, mniejsze od znalezionej, od zeszłego weekendu mieszkają w terrarium. Mają tam więcej przestrzeni. Wrzucam im też więcej jedzenia, ale od dwóch dni nie są zbyt aktywne. Przez większość czasu przesiadują na łodygach. Może zbliża się jakaś zmiana - przepoczwarczenie albo jeszcze jedna wylinka?




08/01
Gąsienice barczatki napójki nadal się nie przepoczwarczyły. Na obecnym etapie martwi mnie to opóźnienie, bo dorosłe ćmy latają już od miesiąca. Nie mam pojęcia, co im przeszkadza "pójść dalej" ani co może pomóc. Larwy są dość flegmatyczne, ale chrupią trzciny. Uaktywniają się nocami.
Nad morzem próbowałam sprawdzić, czy napójki poczują się lepiej w bardziej wilgotnym otoczeniu, więc dałam im mokrą trawę. W efekcie jedna z larw padła, więc porzuciłam ten pomysł. 
Po miesiącu w terrarium rozdzieliłam gąsienice do dwóch dużych pojemników i umyłam terrarium, na wypadek gdyby nękały je jakieś drobnoustroje. Staram się przynosić im trzcinę tak często, jak to możliwe. Pamiętam też o wodzie. 
Ostatniego dnia lipca jedna z barczatek zrzuciła starą skórę. 




08/10
Barczatki napójki niestety nadal się nie przepoczwarczyły. Na wsi starałam się karmić je częściej i bardziej obficie, więc zbierałam trzcinę w najlepszych miejscówkach. Wczoraj jedna gąsienica przeszła wylinkę. 

08/15
Wczoraj kolejna napójka przeszła wylinkę.

08/21
W nocy nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji: jedna z napójek zrobiła kokon!
Przyznam szczerze, że natychmiast przestałam stresować się pracą i innymi codziennymi sprawami. Kiedy gąsienica, którą hoduję od jajeczka, od sierpnia zeszłego roku, nareszcie jest gotowa przeobrazić się w ćmę... to równa się +100 punktów do nastroju. 
Owszem, to na razie tylko jedna poczwarka, ale przecież nie od razu Rzym zbudowano...




08/30
U napójek na razie tylko jedna poczwarka, ale nie tracę nadziei. Przedwczoraj jedna z gąsienic przeszła wylinkę.

09/07
W środę znowu znalazłam jedną wylinkę u barczatek.

09/14
7 września z poczwarki wyszła napójka. Nareszcie udało się wyhodować napójkę od jajeczka! Nie kwapiła się za bardzo do odlotu, więc posadziłam ją wśród roślin.




Tego samego dnia odkryłam, że jedna z pozostałych larw zrobiła kokon, dwie przeszły wylinkę, a jeszcze inna nie żyje. Ta ostatnia wyglądała bardzo dziwnie, jakby nie udało jej się wyjść ze starej skóry. Przy bliższych oględzinach okazało się jednak, że po prostu przyczepił się do niej kawałek wylinki innej gąsienicy. Zorientowałam się dopiero gdy znalazłam dwie "głowy", a jednej skóry nie było. Chciało mi się śmiać ze swojej konsternacji 😂
Niestety, utrata kolejnej gąsienicy to nie powód do śmiechu. Co gorsza, ta zamknięta w kokonie najwyraźniej nie zdołała się przepoczwarczyć, bo przez nitki kokonu nadal prześwituje gąsienica, a nie poczwarka. To już zdecydowanie zbyt długo, zwłaszcza że poprzednia przepoczwarczyła się błyskawicznie.
Pozostałe gąsienice ciągle jedzą. Mimo uważnej opieki zostały tylko cztery, które mają jeszcze jakieś szanse.

10/04
Cztery barczatki niestety dalej się nie przepoczwarczyły. Od dwóch dni jedna siedzi na materiale, ale nie wiem, czy coś z tego będzie. 
Sezon na motyle powoli się kończy, chociaż w słoneczne, cieplejsze dni da się jeszcze zaobserwować latające rusałki. Dzisiaj zrobiłam w szopie miejsce dla moich zimujących i wkrótce je tam przeniosę.

10/15
Na spacerze z Piesą, na którym przedzierałyśmy się przez wysokie trawy, znalazłam maleńką gąsienicę napójki.

10/19
Wyniosłam barczatki do szopy, włącznie ze znalezionym maleństwem. Czy mają szansę przetrwać zimę? Maleństwo na pewno. Co do pozostałych gąsienic, trudno cokolwiek przewidzieć. Znalazłam co prawda informacje o napójkach zimujących drugi raz, ale te relacje nie dotyczą Polski, tylko innych szerokości geograficznych. Jedna wielka zagadka.





niedziela, 25 stycznia 2026

[178] Podsumowanie lata

 
1. Zeszłoroczne lato było jednym z najtrudniejszych w moim życiu. Po dwóch latach zmagań z chorobą odszedł mój tata, który był mi bardzo bliski. Ostatnie dni jego życia mocno mną wstrząsnęły. Trudniej było mi tylko po śmierci babci, dlatego że babcia zmarła nagle i niespodziewanie. Przez całe lato potrzebowałam leku przeciwlękowego i większej dawki sertraliny. Zmagałam się z dużymi wahaniami nastrojów. Czasem wystarczyło jakieś drobne skojarzenie czy wspomnienie, abym się rozpłakała i nie potrafiła się uspokoić. Na szczęście Szczur bardzo mnie wspierał. Razem z mamą dostałyśmy też ogrom wsparcia od rodziny, przyjaciół i znajomych - zawsze będę o tym pamiętać.

2. Tego lata spędziłam w domu znacznie więcej czasu niż zwykle. Nie chciałam tuż po śmierci taty zostawiać mamy samej w domu. Musiałyśmy też załatwić sporo formalności. Do Nory przeniosłam się dopiero w połowie lipca, gdy poczułam się na to gotowa i wiedziałam, że do mamy na pewien czas przyjadą ciocie.

3. Pojechałam ze Szczurem i z Piękną na dwa kilkudniowe wyjazdy: do kraju hradeckiego w Czechach i do naszej ulubionej miejscowości nad morzem. Przed każdym z nich czułam, że nie mam siły jechać, a później ani przez chwilę nie żałowałam. Spokój i bliskość przyrody przypomniały mi, za co kocham życie.

4. Jak zawsze dużo spacerowałam. Po śmierci taty spacerowanie było jedną z czynności, które najbardziej mi pomagały. W pierwszych tygodniach wałęsałam się z Piękną wśród okolicznych pól i łąk, a po wyjeździe do Nory chodziłyśmy po parkach, w czym towarzyszył nam często także Szczur. W lasach bywaliśmy w tym roku rzadziej, pomijając pobyt w górach. Raz zrobiliśmy wycieczkę do Kampinosu, w okolice "nietoperzowni". 

5. Na spacerach fotografowałam rośliny, a później próbowałam je identyfikować w aplikacji Seek. To również mnie uspokajało. 





6. Aż trzy razy widziałam lisa na szczurzym osiedlu, przy czym raz podszedł bardzo blisko mnie, Szczura i Pięknej, gdy odpoczywaliśmy w parku. (Nie wiem, czy przychodzi ich tam kilka, czy to za każdym razem ten sam). Jak zwykle częstymi bywalcami osiedla były jeże, spotkałam tam też wiewiórkę, a Szczur nawet dzika na porannym spacerze. Pewnego wieczoru w fosie przechadzała się czapla siwa. W czasie wakacyjnych spacerów i wyjazdów zobaczyłam również sarnę, dzika, padalca, kilka nietoperzy, dwa duże pasikoniki i parę ropuch. 

7.

8. Zwiedziłam dwa muzea w Gdyni: Muzeum Marynarki Wojennej i Muzeum Emigracji. Wycieczka do pierwszego była związana z zainteresowaniami Szczura, a do drugiego - z moimi. W Muzeum Emigracji znajdują się bowiem stanowiska, gdzie można bezpłatnie skorzystać z dostępu do bazy danych genealogicznych.






9. Zwiedziłam ruiny zamku Skály.

10. Dostałam awans. 

11. Przyjaciółka zaprosiła mnie na wystawę "Harry Potter: The Exhibition" w Alvernia Planet w Nieporazie. 

12. Letnia domówka z okazji urodzin Szczura odbyła się później niż zwykle, za to mieliśmy aż ośmioro gości. Gofrownica poszła w ruch. Hitem wieczoru okazała się gra "Dylemat wagonika" - prezent od Asi, Tomasza i Łukasza.

13. Moja mama uratowała ptaszka, którego Bestia upolował na balkonie. Na szczęście biedakowi nic się nie stało, jedynie stracił kilka piór. Odleciał o własnych siłach, a chwila, gdy wypuszczałam go w ogrodzie, była jedną z najpiękniejszych tego lata. Na podstawie zdjęć i opisu GreenU stwierdził*, że był to podlot kopciuszka. 




14. Koleżanka z pracy przyjechała do mnie na kawę.

15. Pięć razy pojechałam ze Szczurem i z Piękną na "psią plażę". Tym razem trafiły nam się nad morzem chłodniejsze dni, czasem padało, ale na plaży i tak bywaliśmy prawie codziennie. Szczur się kąpał, a ja głównie leżałam na kocyku ubrana na cebulkę, bo na wchodzenie do wody było mi za zimno. Chłonęłam szum fal i zapach morza, które każdego dnia wyglądało inaczej. Najcieplejszego dnia, gdy odważyłam się wejść do wody po kolana, wyłowiłam dużą muszlę małża.

16. Byłam w Parku Kulturowym "Osada Łowców Fok" w Rzucewie. To miejsce, choć mało znane, zasługuje na osobny post - może kiedyś uda mi się zabrać do napisania go.




17. W czasie pobytu nad morzem zawarłam bliższą znajomość z pieskiem państwa wynajmujących sąsiedni domek - boston terrierem Milo. Jego niezawodny nos błyskawicznie wyczuwał gotujące się mięso. Za pierwszym razem łobuziak dobrał się do miski Pięknej, gdy ta zostawiła napoczęty posiłek. Później regularnie odwiedzał mnie w kuchni i asystował przy gotowaniu, patrząc tęsknym wzrokiem.

18. Jednego wieczoru na plaży zobaczyłam przepiękny widok: konie spacerujące w morzu o zachodzie słońca. Nie był to przypadek - dwie osoby dosiadały koni, podczas gdy trzecia robiła im sesję zdjęciową. Z zachwytu aż zapierało mi dech. Niewiele wiem o koniach, więc nie spodziewałabym się, że te zwierzęta tak chętnie wejdą w fale i będą spacerowały w znacznej odległości od brzegu. 





19. Ostatniego dnia na plaży natknęłam się na coś równie niezwykłego. Niedaleko brzegu stały dwa ogromne, wykonane z dbałością o każdy szczegół zamki z piasku - prawdziwe dzieła sztuki. Plażowicze chętnie się z nimi fotografowali, co zrobiliśmy i my. Niestety nie wiem, kto zbudował te zamki, bo zastaliśmy je już ukończone. Czytałam w sieci o panu Grzegorzu Pawelskim, który tworzy podobne piaskowe rzeźby, ale w Kołobrzegu. My z kolei byliśmy w województwie pomorskim, ponad dwieście metrów na wschód od Kołobrzegu.

20. Zaobserwowałam tylko jednego Perseida, w dodatku zupełnie przypadkowo. Planowaliśmy ze Szczurem zaczaić się na "spadające gwiazdy" w ogrodzie jego rodziców, ale niebo uparcie nie chciało się rozchmurzyć. W zamian ten Perseid, którego zobaczyłam, był niezapomniany. Może nawet najpiękniejszy ze wszystkich dotychczasowych.

21. Emily pokazała Szczurowi i mnie Las Bemowski od innej, nieznanej nam dotąd strony. Właśnie tam pierwszy raz zobaczyłam raniuszki, których zdjęcia zawsze mnie rozbrajały. Naprawdę są maleńkie!

22. Znalazłam na łodydze pałki wodnej wylinkę ważki różnoskrzydłej. 




23. Pierwszy raz w życiu użądliła mnie pszczoła.

24. Złapałam także kleszcza, tak maleńkiego, że trudno było go wyciągnąć i musiałam poprosić o pomoc Szczura. Mierzył chyba z milimetr, więc sama nie wiem, jakim cudem go zauważyłam. Może to kwestia mojej dobrej pamięci wzrokowej, bo coś mi nie pasowało w układzie znamion na udzie. Na szczęście nie dostałam żadnego rumienia. 

25. Wypróbowałam sumatryptan na migrenę i okazało się, że działa na mnie rewelacyjnie. Chyba tylko raz nie pomógł, poza tym pełna skuteczność.

26. Zwiedziłam jedno z najnowszych muzeów na mapie Warszawy: Muzeum Fabryki Czekolady E. Wedel. Moim zdaniem, obecnie to również jedno z najlepszych miejsc na randkę w Warszawie... a na pewno najsłodsze. Można tam nie tylko sporo się dowiedzieć o procesie produkcji czekolady, ale i wziąć udział w degustacji kilku produktów. 





27. Poszłam z Piękną na spacer o piątej rano. Zwykle na najwcześniejszy spacer zabiera ją Szczur, ale jednej nocy nie mogłam zmrużyć oka przez migrenę i poczułam, że potrzebuję się przewietrzyć. Rzeczywiście dobrze mi to zrobiło, bo po powrocie wreszcie trochę pospałam. Osiedle o tej porze było zadziwiająco ciche. Spodziewałam się większego ruchu, a tymczasem minęło nas tylko kilku ludzi. 

28. Cztery razy odwiedziłam ze Szczurem jego rodziców. 

29. Przeczytałam osiem książek, z czego większość tym razem należała do literatury faktu. Najbardziej poruszyły mnie "Krwinki. Opowieści o stracie i nadziei" Doroty Groyeckiej. Choć tematem przewodnim tej książki jest strata dziecka, a nie rodzica, przeczytanie jej akurat tego lata dużo mi dało. Pomogło mi uporządkować uczucia i refleksje związane z żałobą, uzmysłowić sobie, jak chcę ją przeżywać, a jak nie. 

30. Zagrałam ze Szczurem w "Na skrzydłach", siedząc pod wiatą w ogrodzie społecznościowym. Musieliśmy skończyć przed czasem, gdy zrobiło się ciemno, ale i tak był to fajny pomysł na wspólny wieczór.

31. W sierpniu zabraliśmy Piękną na psi plac zabaw w Warszawie. Dobrze sobie radziła z przeszkodami i zawarła kilka nowych znajomości, a my pogadaliśmy z miłą właścicielką innej adoptowanej suczki.

32. Odwiedziłam starszą panią z mojej miejscowości, której mąż był spokrewniony z moją babcią, by porozmawiać o drzewie genealogicznym. W wieku osiemdziesięciu siedmiu lat ma ona wciąż w pełni sprawny umysł i doskonałą pamięć. Pamięta ludzi z różnych pokoleń i powiązania między nimi, co jest nie do przecenienia.

33. Dostałam widokówkę z Kuby, która została wysłana rok wcześniej. Prawdę mówiąc, zdążyłam już o niej zapomnieć!

34. O mało nie zgubiłam telefonu. Położyłam go na ławce w parku, a później zagadałam się ze starszą panią wyprowadzającą pieska. Dopiero wracając do domu, zorientowałam się, że nie mam przy sobie smartfona. Na szczęście w międzyczasie zapadł zmrok i mojego telefonu chyba nikt nie zauważył, bo leżał w tym samym miejscu, gdzie go zostawiłam.

35. Zdarzyła mi się też komiczna, ale i zawstydzająca przygoda. Pewnej sierpniowej nocy, wracając z ostatniego spaceru z Piękną, nie potrafiłam otworzyć drzwi na klatkę schodową. Kod nie działał. Miałam wtedy za sobą ciężki dzień, byłam zmęczona, więc nie zastanawiałam się nad tym. Wybrałam numer ochrony, gdyż uznałam, że mechanizm się zawiesił. Przecież wszystko czasami szwankuje, włącznie z windą. Pan z ochrony wpuścił mnie domofonem. Po wejściu do bloku stanęłam jak wryta - korytarz wyglądał jak w lustrzanym odbiciu. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że pomyliłam klatki schodowe. 

36. Zrobiłam bardzo duże zakupy w sklepie Lego w Złotych Tarasach. Kupiłam po zestawie dla siebie, Szczura, mamy i Młodszego. Największy zestaw dostał Szczur na urodziny. Sobie kupiłam Zgredka, ponieważ od dawna mi się podobał, a awans to idealna okazja, by zrobić sobie prezent.

37. Nareszcie dokończyłam puzzle, które dostałam od Szczura na urodziny. 




38. Przez całe życie zazdrościłam ludziom, którzy mieli okazję uratować znalezionego psa lub kota. Minionego lata dostałam taką szansę. Spotkałam błąkającego się po ulicy psa. Był w niebezpieczeństwie - zapadał zmrok, a on biegał tam i z powrotem po jezdni. Zrobiłam więc to, co zawsze chciałam: zabrałam zwierzaka do domu i zabezpieczyłam go. Ponieważ nikt się po niego nie zgłosił, piesek dołączył do rodziny i został towarzyszem mojej mamy.

39. Zanim skończył mi się urlop, zdążyłam parę razy wyjść na spacer z dwoma psami naraz. Te pierwsze wspólne spacery były... chaotyczne. Psy plątały się w smyczach jak mucha w pajęczej sieci.

40. Pierwszy raz spróbowałam swoich sił w koszeniu trawy. Może to i śmieszne, zważywszy że mieszkam na wsi, ale tata zawsze sam zajmował się koszeniem. 

41. Kupiłam sobie dwie ocieplane bluzy w sklepie sportowym, a przy okazji także nerkę na spacery z Piesą. Najbardziej podobał mi się pomarańczowy T-shirt z wełny merynosa, ale rozsądek wziął górę - kilkaset złotych za jedną koszulkę to dla mnie za dużo.

42. Tuż przed powrotem do pracy odwiedzili mnie Magda i Mateusz. 

43. Zaniosłam kilka używanych książek na półki bookcrosingowe. 

44. Zaczęłam porządki w biblioteczce taty, które skończyłam dopiero u schyłku jesieni. Regały potrzebowały solidnego czyszczenia i wietrzenia. Większość książek została na swoich miejscach, tylko literatura fachowa powędrowała do pudeł. Przy okazji znalazłam różne pamiątki: zdjęcia, pocztówki, notatki, drobiazgi taty.

45. W Karwieńskich Błotach zobaczyłam piękną tęczę.