Dzień trzeci
W środę zrobiliśmy sobie, jak to określił Szczur w rozmowie z rodzicami, "dzień gospodarczo-wypoczynkowy". Po męczącej wycieczce z poprzedniego dnia oboje czuliśmy, że czas naładować baterie. Czytałam książkę i słuchałam audiobooków, a Szczur opiekował się swoimi kolonistami z RimWorldu. W międzyczasie zrobiliśmy zakupy spożywcze w Lidlu (asortyment taki jak w Polsce, ale mięso lepsze), obiad i pranie. Na długi spacer z Piękną wyszliśmy dopiero o dziewiętnastej.
Szczur wpadł na pomysł, żebyśmy przeszli się po Radvanicach i zobaczyli staw rybny znajdujący się w innej części miejscowości. Po drodze mijaliśmy kaplicę Jana Chrzciciela i cmentarz, więc wstąpiłam tam na chwilę pooglądać stare nagrobki z inskrypcjami po niemiecku. Przez jakiś czas szliśmy głównymi ulicami, między innymi obok wejścia do nieczynnej kopalni. Później odbiliśmy w bok, w kierunku ogólnodostępnego terenu rekreacyjnego. Mieszkańcy mogą tam korzystać między innymi z torów do biegania, stołów do tenisa stołowego czy kilku boisk. Obok boisk Szczur zaproponował, by od tego miejsca pójść na przełaj przez łąkę. Piesa była w swoim żywiole, bo na otwartej przestrzeni pozwoliłam jej trochę pohasać bez smyczy. My też musieliśmy w paru miejscach przeskakiwać przez rowy. Kiedy w końcu znaleźliśmy "jeziorko", zaczynało się ściemniać.
W okolicy stawu dopisało nam szczęście. Spotkaliśmy posilającą się na łące sarnę, a w drodze powrotnej padalca, nietoperza i dużą ropuchę. Zdobyłam też pałkę wodną dla moich barczatek. No i popełniłam komiczną pomyłkę. Na pomoście po przeciwnej stronie stawu stał ptak o sylwetce podobnej do czapli, która ostatnio odwiedziła fosę w parku. Kiedy jednak zrobiłam mu parę zdjęć, skradając się za pałką wodną, okazało się, że to tylko figura 🤣
Na spacerze moją uwagę zwróciła dbałość ludzi o porządek, nie tylko na własnych podwórkach, ale i w miejscach publicznych. Trzeba się naprawdę postarać, by zauważyć tu na ulicy jakieś walające się pod nogami śmieci, a kosze na psie odchody stoją niemal na każdej ulicy. I to jeszcze wyposażone w woreczki! Co ciekawe, mieszkańcy najwyraźniej nie mają tu obowiązku segregowania odpadów - wszystko ląduje w jednym koszu.
Dzień czwarty i piąty
Wczoraj i dziś wybraliśmy się w to samo miejsce - w okolice miasteczka o zabawnej nazwie Police nad Metují, do Skalnego Miasta Ostaš. Znamy już z innego wyjazdu Adršpach i Teplickie Skały, dlatego tym razem nasz wybór padł na Ostaš. Jest to kolejna góra usiana formacjami skalnymi o fantazyjnych kształtach. Wśród nich wytyczono dwie malownicze trasy: Górny i Dolny Labirynt.
Nasze wakacje w Czechach jeszcze trwają, ale już teraz jestem pewna, że wycieczką numer jeden pozostanie w mojej pamięci ta do Górnego Labiryntu. Nietrudno poczuć się tam jak bohater książki czy gry fantasy, który wędruje przez rozległe krainy swojego uniwersum. Kształty skał same się proszą, by puścić wodze fantazji i zastanowić się, co przypominają. Moje skojarzenia czasem były zupełnie inne niż ludzi, którzy nadawali skałom nazwy. Taki Dixit w 3D. Na przykład Czarci Wóz - gdzie tam ktoś zobaczył pojazd? Górny Labirynt dał mi też najwięcej satysfakcji z przezwyciężania moich słabości. Miałam mnóstwo okazji do ćwiczenia równowagi i propriocepcji. Przeciskanie się przez wąskie przejścia między skałami, stawianie wysokich kroków, utrzymywanie równowagi na korzeniach i głazach... Wszystko to za darmo. I piękne widoki w pakiecie.
Szlak do Dolnego Labiryntu zaraz na początku rozgałęzia się. W zależności od wybranej drogi można udać się najpierw do Jaskini Braci Czeskich albo do Kocich Skał. Obie drogi nie robią pętli, trzeba więc wrócić po własnych śladach. My skierowaliśmy się najpierw do jaskini, gdzie ponoć odbywały się kiedyś tajne nabożeństwa czeskich ewangelików. To miejsce mnie zaskoczyło, bo za nic w świecie nie mogłam się w nim dopatrzeć jaskini. Nazwa jest myląca - w rzeczywistości to raczej wąski korytarz pomiędzy skałami, nad którym wisi duży głaz.
Trasa do Kocich Skał jest bardziej wymagająca niż poprzednie. Dla osób wprawionych w chodzeniu po górach nie stanowi problemu, ale ja musiałam się momentami nakombinować, gdzie najlepiej będzie postawić stopę i czego się przytrzymać. W niektórych miejscach musieliśmy pomóc Pięknej. Piesa świetnie radzi sobie w górach, za to boi się podnoszenia. Rozcapierza wtedy łapy na wszystkie strony i "walczy" z podnoszącym, przez co Szczur wrócił do domu z podrapanymi rękami. Śmiałam się, że skoro to Kocie Skały, nie mogło się obyć bez drapania. W pewnym momencie stanęliśmy przed trudnym zejściem, gdzie nie miałam czego się uchwycić. Bałabym się tamtędy schodzić. Szczur stwierdził, że dla naszego bezpieczeństwa lepiej będzie, jeśli ja i Piękna nie pójdziemy dalej. Dałby radę asekurować jedną z nas, ale nie obie naraz. Odpoczęłyśmy więc trochę wśród skał, a Szczur dokończył szlak (zostało niewiele) i po kilkunastu minutach wrócił do nas. Na zakończenie wycieczki poszliśmy jeszcze zobaczyć panoramę z punktu widokowego.
Od wczoraj wieczorami robi się zimno - niestety zarówno na zewnątrz, jak i w domu. Poprzedniej nocy temperatura na dworze spadła do ośmiu stopni. Wychodziłam z Piesą ubrana na cebulę i w jesiennej czapce. Nie wiem, ile było stopni w domku, ale wystarczająco mało, abym siedziała w kamizelce opatulona kocem. Dzisiaj zapowiada się podobnie.
Dzień szósty
Szczur i ja lubimy podróżować samochodem w nocy, zwłaszcza latem, gdy dzięki temu możemy uniknąć jazdy pod słońce. Nie bez znaczenia jest też fakt, że najbardziej nie lubię wyruszać w kilkugodzinną podróż z rana, ponieważ wtedy najtrudniej mi się pozbierać i spakować, a im bliżej pory obiadowej, tym gorzej czuję się w samochodzie. Dlatego zdarza się nam wracać z wakacji nocą, mimo że pobyt mamy wykupiony do rana następnego dnia. Tym razem również zdecydowaliśmy się na taką opcję. Aby nie tracić całego dnia, postanowiliśmy przed obiadem i pakowaniem zrobić sobie ostatnią, krótką wycieczkę. Wybór padł na ruiny zamku Skály w pobliżu miejscowości Police nad Metují.
Choć zamek Skály powstał pod koniec czternastego wieku, pozostało z niego wystarczająco dużo, by móc podziwiać pracę ludzi, którzy przed wiekami wkomponowali mury warowni w formacje skalne z piaskowca. Miejsce to musi niesamowicie wyglądać jesienią i zimą. Spacer od parkingu do zamku i zwiedzanie ruin zajęły nam raptem godzinę. Piękna pojechała z nami na tę ostatnią wycieczkę i grzecznie czekała ze mną na dawnym dziedzińcu, podczas gdy Szczur zwiedzał, a później zamieniliśmy się miejscami. Wspinając się po stopniach wykutych w skale i drabinkach, dotarłam do punktu widokowego, skąd zrobiłam kilka zdjęć.
Na górze zimno ponownie dało mi się we znaki. Wiał silny wiatr, więc szczelnie opatuliłam się polarem i naciągnęłam na głowę kaptur. Właśnie tam, pod niebem, na którym promienie słońca walczyły z ciemnymi chmurami, ostatni raz spojrzałam z góry na okolicę. Podziękowałam za gościnę tej skalnej krainie. I za to, że podarowała mi spokój ducha, gdy tak bardzo go potrzebowałam.










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz