Niedziela i poniedziałek
Kiedy o tej porze roku cała nasza trójka - Piękna, Szczur i ja - ma tak samo błogie miny, jednym z najbardziej prawdopodobnych wyjaśnień jest nasza ulubiona wakacyjna miejscówka. U pani Oli w małej miejscowości nad morzem.
Mamy tu spokój i ciszę, za którymi tęsknię w roku szkolnym. Turystów w okolicy nie brakuje, ale nie urządzają nocnych krzyków pod oknami czy głośnych imprez przedłużających się do pierwszej. Częściej koncertują koniki polne lub żaby. Przyroda jest na wyciągnięcie ręki - czasami do domku wpadają ciekawe ćmy albo ważki, za bramą można się natknąć na jeża, a po polach spacerują sarny. Stałym elementem krajobrazu są bocianie gniazda.
Pogoda tym razem nie rozpieszcza. Po kilku gorących dniach w Norze przyjemnie było znaleźć się na Pomorzu, gdzie przywitało nas miłe dwadzieścia stopni. Zachmurzone niebo i przelotne deszcze - brakowało nam tego. Później jednak z dnia na dzień robiło się coraz to chłodniej, aż nawet Szczur wyjął z plecaka kurtkę, noszoną raz na ruski rok. Dla mnie dziś jest już nieco za zimno (to znaczy za zimno, gdy nie ma ogrzewania, bo w sezonie grzewczym to inna para kaloszy), a przede wszystkim zbyt wilgotno. Dokuczają mi niektóre stawy i migrena. Na razie nie włożyłam ani jednych szortów i ani jednej koszulki z rękawkiem krótszym niż do łokcia, choć mam ich pełną walizkę. Zamiast tego codziennie popylam w tych samych wysłużonych gaciach, kamizelce i czerwonym polarze. Dziś pierwszy raz od kwietnia włożyłam jedna na drugą dwie pary legginsów. I wcale nie było mi w nich za ciepło!
Tęsknię za Łobuzem, który w zimne noce przychodzi mi do łóżka, wciska się pod kołdrę i grzeje jak mały termofor. A jak już nie ma Łobuza, przydałby się chociaż rum do herbaty.
Pierwsze dwa dni spędziliśmy leniwie, nie wyruszając dalej niż na plażę i na zakupy do pobliskich miejscowości. Mimo chłodu na plaży jak zwykle ogarnia mnie radość, taka od palców u stóp aż po koniuszki włosów. Póki co nie weszłam do wody, ale lubię też leżeć na kocu ze Szczurem i Piesą, chłonąc zapach i szum morza, na zmianę z szukaniem drobnych "skarbów" wyrzuconych przez fale. Znalazłam między innymi kawałek gałązki wyglądający jak maleńka proca i ciekawie wyrzeźbioną przez fale łupinę orzecha. Szczur, będąc stworzeniem zdecydowanie zimnolubnym, zaliczył już pierwszą kąpiel w morzu. Piękna wyszalała się na otwartej przestrzeni i spotkała na "psiej plaży" kilka przyjaznych piesków.
Wracając wczoraj z plaży, natknęliśmy się na ogromną larwę barczatki napójki. Siedziała na siatce oddzielającej wydmy od wejścia na plażę, niczym doświadczona akrobatka. Nie zabrałam jej jednak, bo Szczur przekonał mnie, że to bez sensu. Wszystkie napójki, które opuszczają swoje ukochane trawy i siedzą w doskonale widocznych miejscach, okazują się być spasożytowane. To najwyraźniej strategia tych parazytoidów.
Wtorek
Szczur od dawna chciał zwiedzić "Sokoła" - okręt podwodny polskiej marynarki wojennej typu Kobben. Pamiętam, że usłyszałam o nim pierwszy raz jesienią czy zimą dwa lata temu, gdy rozmawialiśmy o naszych dużych i małych podróżniczych marzeniach. Wtedy okręt stał już przy Muzeum Marynarki Wojennej i miał niebawem zostać udostępniony do zwiedzania. W zeszłoroczne wakacje wybraliśmy się do Gdyni, by go zobaczyć, ale niestety dotarliśmy na miejsce zbyt późno. Chociaż było dopiero południe, pula biletów na dany dzień zdążyła się wyczerpać. Ze strony internetowej nie wynikało, że ta pula jest tak mała, więc nie spodziewaliśmy się tego. By nie zmarnować wycieczki, zwiedziliśmy muzeum, a okręt zobaczyliśmy tylko z daleka.
Nie chcąc popełnić drugi raz tego samego błędu, tym razem postanowiliśmy zawczasu kupić bilety przez Internet. Okazało się, że od naszej poprzedniej wizyty system sprzedaży biletów się zmienił - teraz przy zakupie online nie trzeba wybierać konkretnej godziny. Wystarczy wybrać dzień, a na miejscu poczekać w kolejce. Kiedy pula biletów na jakiś dzień wyczerpuje się, po prostu znika możliwość wyboru tego dnia na stronie internetowej.
Na miejscu odstaliśmy swoje w kolejce, ale tragedii nie było (przed nami może dwudziestu ludzi). Ze względu na ograniczoną przestrzeń na okręt wchodzi się w grupach po około dziesięć osób, z których każda ma piętnaście minut na zwiedzanie. Niektórzy jednak przechodzą przez wszystkie pomieszczenia w błyskawicznym tempie, co umożliwia kolejnym osobom wejście wcześniej. Jak można się domyślić, w naszym przypadku nie było o tym mowy. Gdy Szczur nareszcie znalazł się na okręcie, przeszedł trasę zwiedzania dwukrotnie, oglądając wszystko bardzo dokładnie i robiąc mnóstwo zdjęć. Oczywiście najbardziej interesowały go kwestie techniczne, podczas gdy ja bardziej skupiłam się na historii "Sokoła" i warunkach życia załogi.
"Sokół" służył w polskiej marynarce wojennej całkiem niedawno, bo w latach 2002-2018. Po Bałtyku pływał jednak od lat sześćdziesiątych. Zanim trafił w ręce Polaków, należał do marynarki norweskiej.
Poprosiłam Szczura, by podzielił się kilkoma ciekawostkami na temat okrętu.
🛥️ W przeciwieństwie do większości okrętów podwodnych, "Sokół" nie miał zapasowych torped.
🛥️ Jeden ster przedni służył tylko do zanurzania, a drugi do wynurzania. Zwykle stery są dwa, ale pracują symetrycznie.
🛥️ Własną kabinę miał jedynie kapitan, a nawet ona była maleńka.
🛥️ Okrętowa kuchnia była wyposażona w... zmywarkę.
Moje refleksje po wycieczce? Przede wszystkim jestem pełna podziwu dla ludzi, którzy pracują na okrętach podwodnych, podobnie zresztą jak dla astronautów. Nie mam klaustrofobii, wchodzenie do ciasnych pomieszczeń nie sprawia mi trudności, ale mieszkanie w takowych to co innego. Większość życia spędziłam w domu jednorodzinnym i nie czuję się komfortowo, mieszkając na małej przestrzeni. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest żyć przez całe tygodnie w tak ciasnych pomieszczeniach, w dodatku bez możliwości odcięcia się choć na chwilę od innych ludzi i wyjścia na świeże powietrze. A załoga "Sokoła" liczyła nie pięć czy sześć, ale około dwudziestu osób! Jak im się udawało w takich warunkach nie oszaleć i wytrzymać ze sobą nawzajem, to dla mnie zagadka.
Środa
Piękna nie mogła pojechać z nami do Gdyni, a na kolejną dalszą wycieczkę zaplanowaliśmy Słowiński Park Narodowy, dlatego w środę postanowiliśmy wybrać się gdzieś razem z nią. Padło na Osadę Słowiańską w Sławutowie. Byliśmy tam już i wiedzieliśmy, że psy są mile widziane. Poza tym Szczur ostatnim razem nie wszystko zdążył obejrzeć, a ja miałam ochotę kupić sobie na pamiątkę jakąś biżuterię.
Osada Słowiańska znacznie różni się od innych skansenów, które zwiedziliśmy podczas naszych wyjazdów. Jest to rekonstrukcja słowiańskiego grodu z IX-X wieku, wybudowanego na planie okręgu i otoczonego palisadą. W centrum znajduje się obszerny plac, a dookoła niego stoi osiem chat. Każda z nich przybliża inną sferę życia lub jedną z profesji niezbędnych do przetrwania takiej osady: tkactwo, garncarstwo, zielarstwo. Po grodzie oprowadzają przewodnicy w strojach z epoki, podążając z gośćmi od chaty do chaty i sypiąc ciekawostkami jak z rękawa. Widać, że to miejsce tworzą ludzie z pasją - gdy Szczur był świeżo po lekturze "Cywilizacji Słowian" i zadawał pełno pytań o detale, przewodnicy nie tylko potrafili na nie odpowiedzieć, ale też chętnie wchodzili w dyskusję. Oprowadziwszy grupę dookoła grodu, przewodnik zabiera ją na podgrodzie, gdzie wokół paleniska dumnie stoją rzeźby wyobrażające dawne bóstwa. Tam opowiada o duchowości Słowian - i to chyba jedyny punkt programu, do którego mieliśmy pewne zastrzeżenia merytoryczne.
Obok zaangażowania przewodników, w osadzie najbardziej podobają nam się aktywności proponowane w trakcie zwiedzania. Poprzednim razem Szczur spróbował swoich sił w posługiwaniu się prymitywną wiertarką. Teraz zdecydowaliśmy się skosztować podpłomyków pieczonych na prawdziwym palenisku. Były pyszne, a od typowego naleśnika różniły się przede wszystkim wyrazistym posmakiem... dymu.
Wypada też wspomnieć o otwartości na turystów z psami, gdyż każde takie miejsce ma u mnie dodatkowego plusa. Tym razem Piękna spotkała dwa inne pieski prowadzone na smyczy i łagodną, starszą suczkę, która przechadzała się luzem po całym terenie. Sądząc po zachowaniu suczki, albo na stałe mieszka ona w osadzie, albo należy do któregoś z pracowników.
Od naszej ostatniej wizyty w Osadzie Słowiańskiej sporo się zmieniło. W jednej z chat pojawiła się oszklona rekonstrukcja przykładowego miejsca pochówku połączona z niewielką wystawą. Przewodnik wyraźnie jednak zaznaczył, że archeolog ma niemałe szczęście, jeśli udaje mu się aż tyle znaleźć w jednym miejscu - to raczej marzenie badacza. Oferta osady została poszerzona o dodatkowe atrakcje: drewniany labirynt, plac zabaw dla najmłodszych i warsztaty dawnych rzemiosł. Kto wie, może i my przy następnej okazji zapiszemy się na takie warsztaty?
Niezmienna jest natomiast ilość motyli, które chętnie odwiedzają osadę. W pobliżu zawsze kręci się jakaś rusałka albo bielinek. I nic dziwnego, bo przed chatami zasadzono atrakcyjne dla nich rośliny, jak szczeć pospolita czy malwy.









