piątek, 2 czerwca 2017

[36] Pamiętniki lutowo-marcowe


W ramach nadrabiania zaległości:

1.02
Dlaczego ja nie potrafię zachowywać się z taką gracją, gdy widzę na przykład paczkę talarków czy precli?

3.02
Z cyklu: "Ojciec Rosomaka kontra reszta świata":
Tata: Dzisiaj wyjechałem z opóźnieniem, bo do sąsiadów przyjechał PDF i zastawił ulicę.
Ja: DHL. PDF to na komputerze.
Tata: Wiem.

Zrobiłam ptaszka-origami. Miał być łatwy, mnie jednak zajął trzydzieści minut, bo instrukcja wideo była nieprecyzyjna. Nadaje się jako dekoracja pokoju.

Chyba przestanę wchodzić na fejsa, bo coraz więcej widuję zdjęć storturowanych zwierząt. Tak zupełnie znienacka, na pierwszych lepszych profilach ludzi.
Dzisiaj to nie był nikt znajomy, tylko randomowy profil, na który weszłam, żeby coś przeczytać. I to się zdarza średnio raz, dwa razy w tygodniu. Tym razem zobaczyłam psa, któremu ktoś włożył petardę do pyska i podpalił. Myślałam, że mi serce stanie. Ciągle kręci mi się w głowie. Czuję się strasznie.
Jeśli chodzi o argumenty innych na temat wrzucania takich zdjęć do sieci - umiem to wszystko zrozumieć, tylko nie umiem zrozumieć, dlaczego nie mogę uniknąć oglądania treści, które mnie doprowadzają do panicznego lęku. To nie powinno następować bez mojej zgody.
Nieraz opiekowałam się swoimi zwierzętami w trudnych sytuacjach. Miałam w domu psy po operacjach, kota po zabiegu, trzymałam je u weta, podawałam leki. Mój pies miewał napady padaczkowe, regularnie ma problemy z oddychaniem. A rany przemywam ciągle, bo Bestia bije się jak szalony. I prawie za każdym razem to samo: krew, antybiotyk... Ale to jest zupełnie co innego, niż oglądanie zdjęć storturowanych umyślnie zwierząt. Zwierzęta to moi przyjaciele. Chcę być przy moich zwierzętach, gdy jest im źle. Patrzeć na tak drastyczne zdjęcia nie potrafię, bo gdy zaczynam sobie wyobrażać cierpienie tych zwierząt skrzywdzonych przez ludzi, narastają moje lęki. Nie umiem spać, boję się wyjść sama w nowe miejsce.

Ja się ludzi zwyczajnie boję, boję się tego, do czego są zdolni. Boję się, ze może akurat siedzę albo przechodzę obok takich bestii i nawet o tym nie wiem. Bywam wśród ludzi, oczywiście, bo na tym polega życie. Muszę uczyć się, pracować, robić zakupy, załatwiać sprawy i tak dalej, żeby żyć. Poza tym lubię znajomych, przyjaciół, niektóre osoby spotykane tu i ówdzie. Ale głęboko w środku ja się obcych ludzi boję i gdybym nagle otrzymała fortunę jak w filmach (ha, ha), żyłabym do końca życia tak, by mieć z obcymi jak najmniejszy kontakt.
Znajomi próbują mnie przy tej okazji uspokajać, tłumaczyć różne rzeczy. Ale emocje rządzą się swoimi prawami i to, co Daga i Marek próbują wtłoczyć do glowy, nadal nie zmienia faktu, ze ww. przypadki przemocy wobec zwierzat i fejs wywołują u mnie od groma negatywnych emocji. I że nie wiem, jak sobie z nimi radzić, bo obrazy zostają w mojej głowie na zawsze.

4.02
Jakkolwiek komicznie by to nie brzmiało, z powodu przekopnic mam problemy w związku.

Dziś sobie obiecałam, że nie spędzę dnia na fejsie. Przyjeżdża Szczur! A ja mam nowego Nabokova (kocham Nabokova!), znalazłam zabawne, stare anime i ładne wzory do origami.

5.02
Rybka. Łatwa.

Z cyklu "Komunikacja z neurotypowymi":
Dzwonił dziś do mnie nieznany numer, gdy byłam na poczcie. W domu wygooglałam go i okazało się, że to z przychodni prywatnej, gdzie byłam zapisana do lekarza. Pomimo palpitacji postanowiłam oddzwonić; z dwojga złego wolę dzwonić niż gdy ktoś obcy dzwoni i przerywa mi w nieoczekiwanym momencie to, co robię. 
Najpierw musiałam się zdecydować, jakie numery wewnętrzne wybrać (1 - potwierdzanie wizyty, 2 - odmawianie wizyty itp. - żaden mi nie pasował, bo chciałam tylko spytać, czemu dzwonią, więc dodatkowo się denerwowałam). Potem rozmawiałam z jakąś panią, której podawałam dane tylko po to, by mi powiedziała, że mnie połączy z inną panią. Ta druga pani też nie wiedziała, o co chodzi. Powiedziała, że to nie ona dzwoniła, tylko inny pracownik, i nie wie, o co chodzi, ale tamta osoba pewnie jeszcze zadzwoni, jeśli to nie pomyłka. Minęło półtorej godziny i nikt nie dzwonił. Nie zamierzam przez cały dzień chodzić z telefonem, muszę się położyć. Jutro pracuję, też nie zamierzam stać na czatach nad telefonem. Co jest z tymi ludźmi?

6.02
Szczerze mówiąc, najbardziej mnie kręci origami modułowe. Jest idealne dla kogoś, kto potrafi godzinami robić to samo, żeby uzyskać fajny efekt końcowy. Potrzeba do tego cech, które mam, a nie potrzeba rozumienia przestrzeni, którego nie posiadam za grosz. Ale jak robić modułowe origami, mając problemy ze stawami? Złożenie kilkuset takich elementów (a tylu zwykle potrzeba, by wyszło coś naprawdę nieziemsko fajnego) jak te trzy, które złożyłam, wydaje mi się nierealne.

8.02
Poślizgnęłam się, wsiadając do samochodu, i rymnęłam jak długa na lód. Na szczęście przynajmniej udało mi się polecieć na mięso i grubą kurtkę, a nie na stawy; oberwało tylko jedno kolano.
Tak to jest, gdy w mieście nawet w centrum nie posypują chodników.

9.02
Przygotowuję walentynkową niespodziankę dla Szczura.

11.02
Ten weekend nie będzie udany, pomimo że pierwszy raz od półtorej tygodnia jest ładna pogoda, a ja bardzo na niego czekałam.
Nie będzie, bo obudziłam się z parszywym bólem gardła, a chwilę później zadzwonił Szczur, że ma zepsuty samochód i nie przyjedzie. Jedyny plus jest taki, że jakoś dziwnie się to zsynchronizowało. Jakbym była zdrowa, pewnie miałabym meltdown, zwłaszcza biorąc pod uwagę pogodę i moje całotygodniowe odliczanie do weekendu. Ale nie jestem. Może dzięki temu, że auto się zepsuło, Szczur uniknął zarażenia, bo jest bardzo prawdopodobne, że mnie ktoś zaraził. Dużo osób, z którymi się widziałam, pochorowało się w tym tygodniu.
Niefajne jest to, że zapewne będę miała L4, bo się nie da z takim gardłem pracować. Że będę musiała iść w poniedziałek do lekarza innego niż mój ulubiony, bo ten w poniedziałki akurat nie przyjmuje. Oby tylko nie dał mi antybiotyku, bo mnie antybiotyki nie pomagają na ogół, tylko pogarszają inne problemy zdrowotne. Że wizyta u dentysty mi przepadnie, a mam zęby do naprawy. Że w poniedziałek kumpel i jego dziewczyna nie przyjadą. Że infekcje pogarszają mi zazwyczaj stawy. No i że nie zobaczę Szczura ani żadnego ładnego miejsca - to, że Szczura nie zobaczę, jest bardzo niefajne. Generalnie jest do dupy.
DO DUPY.

12.02
Spędziłam wiele czasu na wypisywaniu karteczek, fotografowaniu, wysyłaniu, rozmowach z Amerykankami... O dziwo, takie kontakty mnie nie stresują, tylko nakręcają pozytywnie, a już na przykład telefon do pizzerii nie.
Na dziś mam dwadzieścia stanów i parę państw, plus kilka obiecanych. Amerykanki robią z tego nawet smashe jak Daga.

13.02
♪ Phil Collins - You Can't Hurry Love ♪

15.02
Nie wiem, dlaczego tak jest, ale gdy oglądam rewelacyjny filmik Katji z wczoraj, YouTube poleca mi pod spodem następujące filmy:
"Uwięziony kosmita opowiada o swojej rasie"
ORAZ
"Czy David Bovie przed śmiercią wyznał prawdę o Antychryście i Illuminati".

Miałam pospać pół godziny, a przespałam półtorej z winy... motyli. Miałam piękny sen. Hodowałam w nim motyle i na zimę zrobiłam poczwarkom mieszkanka z kolorowej włóczki, wyglądające jak ślimacze skorupki. We śnie nadeszła wiosna, motyle zaczęły wychodzić. To było piękne. Piękne były też ich kolorowe "domki". No i nie wstałam, mimo że budzik dzwonił.

16.02
Dlaczego Polacy nie potrafią porządnie tłumaczyć anime? Anglicy, Amerykanie jakoś umieją.
W endingu jest "sweet darling", nawet ja to słyszę, a ktoś to przetłumaczył jako "sweet darwin"!

17.02
Chyba mam niepełnosprawnego triopsa. Przez cały tydzień chodzi tylko po dnie, jakoś tak z trudem się porusza, w ogóle nie podpływa wyżej. Warunki ma modelowe, takie same miały triopsy u Szczura i wszystko było OK. Zmiana pojemnika na mniejszy też nie pomaga, próbowałam. Myślałam, że może jest chory i nie przeżyje, ale on przeżył cały tydzień. Daję mu normalnie jeść. Dziwna sprawa.

19.02
Dzisiaj był cudowny dzień... wyjątkowy. Po porannej bitwie ze stawami wszystko już było fajne. Byliśmy ze Szczurem w Muzeum Ognia w Żorach, bardzo klimatyczne miejsce - mam zdjęcia, chyba napiszę posta któregoś dnia. Bawiliśmy się silnikami, lustrem, pryzmatem i innymi fajnymi eksponatami, krzesaliśmy ogień na niby, czytaliśmy o historii ognia w życiu człowieka i rozwoju pożarnictwa, głaskaliśmy ściany i słuchaliśmy pomruków jaskiniowców. Zjedliśmy w fajnej, cichej (!) restauracji, bez przebodźcowania.
Pierwsza od MIESIĘCY niedziela bez lęków, bez problemów żołądkowych i bez niechęci do wszystkiego.
A pogoda... Gdy jechałam samochodem, zrobiło się tak ślicznie! O siedemnastej było jeszcze całkowicie jasno. Coraz bliżej do wiosny!

20.02
Może zabawna jestem, ale dzisiaj po przebudzeniu pomyślałam sobie, że nie mogę się już doczekać krokusów, owadów i pierwszej wiosennej burzy.

21.02
Mam dość ludzi na dziś, zwłaszcza dorosłych. Z nikim nie chcę dziś rozmawiać. No, może ze Szczurem za pięć godzin. Nie mam nawet siły odpisać koleżance. Idę poleżeć.

Jakby nie dość było tego paskudnego dnia, chyba znowu triopsy żyły i wymarły. Od niedzieli zaczęłam ustawiać grzejniczek przy ich akwarium, niestety to też trudne - bez grzejniczka jest stała temperatura 24 stopnie, a z grzejniczkiem bardzo szybko rośnie. Do dziś się udawało, widziałam wczoraj "skaczące kropeczki", dziś też jeszcze były, a potem za mocno tempetatura skoczyła (do 28 czy 29), odłączyłam grzejnik i spadła znowu do 25, ale od paru godzin nie widziałam tam ruchu przypominającego żywe stworzenie. Nie nadaję się do tego. Nie da się utrzymać stałej temperatury pomiędzy 25 a 27 w moim domu.

22.02
A jednak coś tam żyje, w tym akwarium. Zanotowałam ruch na dnie.

Jej, jak bardzo podoba mi się ta piosenka! Nie wiem, czemu, ale chce mi się płakać przy niej i kiwać się, i mam ochotę słuchać jej w kółko.
Od zawsze kocham hiszpański. Ale nie zastanawiałam się nigdy nad tym, że portugalski TEŻ brzmi tak pięknie!  

23.02
Przynajmniej jeden maluteńki triops żyje w tym akwarium. Pilnuję go jak mogę, choć nie mam zbyt dużych nadziei.

Komunikacja z NT-kiem (prawdopodobnie NT-kiem) - odcinek X:
Nie umiem się dogadać ze znajomą z netu, która chce, bym przeczytała jej książkę o związkach z osobami z ZA i napisała opinię. Ona nie chce mnie podpisać jako Rosomaka, ja nie chcę pisać pod imieniem i nazwiskiem. Pod imieniem i nazwiskiem to mogą pisać o ZA ci, których karierze zawodowej to nie zaszkodzi, albo ci, którzy mają na koncie jakieś znaczące osiągnięcia w życiu i mogą napisać jako specjalista od czegoś. A ja co mam napisać? Zawodowo nic jeszcze nie osiągnęłam, staż pracy mam króciutki, a nie chcę się ujawniać z blogami publicznie. Jako kto mam się podpisać? No i jest jakaś bariera komunikacyjna, nie umiem wytłumaczyć, mimo że tłumaczę. Piszę po polsku, a rozmówca jest zamknięty na moją perspektywę. W takich momentach chciałabym, żeby ktoś to zrobił za mnie, znaczy porozmawiał, bo ja naprawdę nie wiem, jak się dogadać. Mam ochotę zdezerterować i przestać się odzywać.

24.02
Dzisiaj, gdy się obudziłam, nad ścianą lasu za oknem zobaczyłam piękne chmury i jakieś duże ptaszyska. Jakby nie te ogołocone z liści drzewa, byłoby całkiem ładnie. Niestety, później zachmurzyło się.

25.02
Kierunek: Pszczyna.
Jedziemy odwiedzić księżną Daisy!

26.02
Dziś odespałam. 8 godzin.
Śniła mi się lekcja matematyki w gimnazjum, z oschłą i surową nauczycielką, która chyba do śmierci będzie mi się śnić. Śniły mi się też gąsienice żywiące się kawą.

Odkryłam, że wylazła pierwsza gąsienica znamionówki starki. Czyli pierwszy Safonid.
Z jednej strony to powód do radości, bo to znaczy, że coś może być z tych jaj i że pierwszy raz cały cykl życia motyla zatoczył koło u mnie w domu. Z drugiej, to smutne - gąsieniczka zmarła z głodu i jeśli inne zaczną wyłazić teraz, spotka je to samo, bo nie ma co jeść. Ale jaj jest kilkaset i mam cichutką nadzieję, że jednak choć trochę poczeka na dobry moment... Jestem świadoma, że nigdy nie przeżywają wszystkie, może nawet znaczna większość nie przeżywa. Ale chciałabym, by choć kilku się udało.
Jutro poszukam dla jaj najzimniejszego miejsca w domu.
Była śliczna. Taka malusieńka wersja Safony, długa na kilka milimetrów. Z włoskami prawie dłuższymi niż ona sama.

27.02
Wyniosłam jaja motyla do szopy, tam powinny mieć jeszcze zimniej. Okazało się, że mała gąsieniczka żyje jeszcze. Próbuję włączyć racjonalne myślenie, że takich larw, które wyjdą z jaj za wcześnie, jest co roku mnóstwo, ale i tak mi żal, że nie mogę dać jej jeść. Na szczęście żadnej innej dziś nie znalazłam.
Do kwietnia został miesiąc. Ciekawe, co będzie dalej.

28.02
Dzisiaj miałam bardzo depresyjno-lękowy poranek. Po przebudzeniu czułam się bardzo dobrze, ale potem zobaczyliśmy z ojcem z samochodu rozjechanego kota na drodze (w stanie absolutnie już nie do odratowania) i od tego momentu nastąpił regres samopoczucia. Brzuch mnie bolał, serce waliło i czułam, że najchętniej nie szłabym dziś do pracy i uciekłabym gdzieś daleko. Wiedziałam, że się bardzo boję, mimo że obiektywnie nic się nie dzieje. Ojciec też się zdenerwował tym kotem, poznałam to po głosie (zawołał: "K***, ale go rozjechali"); on też nie znosi takich sytuacji, gdy pies czy kot giną.
Stan lękowy trwał około dwóch i pół godziny, ale wydawało mi się, że ten czas wlecze się w nieskończoność, każda minuta.
Około jedenastej dopiero zaczęło mi się poprawiać, około dwunastej było już całkiem dobrze. Teraz czuję, że dzień jest fajny: w pracy było OK, słońce świeci i jest cieplutko, przyjechała kuzynka, a kurtkę zimową zamieniłam na wiosenną. Cieszę się, że mój własny kot tupie jak słoń w przedpokoju.

3.03
WEEKEND!!!
I to pierwszy od dłuższego czasu weekend z piękną pogodą!
No dobra... tak naprawdę to trzeba jeszcze sporo zrobić. Ale już jutro wrócę do zamku w Mosznej w doborowym towarzystwie:
- mojego jedynego w swoim rodzaju Szczura,
- mojego Przyjaciela, o którym Szczur mówi, że ZA to on nie ma, ale zdecydowanie nie jest normalny, tylko niezdiagnozowany,
- dziewczyny mojego Przyjaciela, która jest Azjatką.
Jedziemy na wieczór strachów!
Osobiście trochę się boję... 
...że wszystkie strachy się nas przestraszą.

Wstawiłam na bloga COŚ, co napisałam ponad rok temu, w ferie. Nie wiem, czy można to nazwać wierszem, a nawet, czy można nazwać to wierszydłem. Po prostu pewnego dnia coś takiego narodziło się w mojej głowie, więc to spisałam.
Albireo w Łabędziu jest moją ulubioną gwiazdą. Gołym okiem widać ją jako jedną gwiazdę, ale przez teleskop widać, że składa się tak naprawdę z dwóch. Większa jest pomarańczowa i chłodna, mniejsza - niebieska i gorąca. Istnieje możliwość, że te dwie gwiazdy łączy grawitacja, jednak nie jest to pewne - podobno mają inne tory, inne prędkości i oddalają się od siebie.
Albireo jest dla mnie jedną z piękniejszych rzeczy na niebie i zarazem jedną z piękniejszych, jakie widziałam kiedykolwiek. Kiedy na nią patrzyłam, czułam, że chce mi się żyć. Z drugiej strony, zawsze przypominała mi mnie i Świetlika.

4.03
Wróciliśmy z wieczoru strachów. Nie było aż tak strasznie, jak się spodziewałam, bardziej śmiesznie - choć był taki moment, gdy mocno waliło mi serce. Kurczowo trzymałam Szczura za łapę i obmacywałam ściany, by czuć się pewniej. Fajnie zorganizowane. Szkoda tylko, że nasza grupa tak strasznie gnała do przodu i miałam problem z nadążeniem, zamiast w spokojnym tempie móc porozglądać się uważnie po nieznanych mi częściach zamku. Byliśmy na strychu, w piwnicach, w części, gdzie znajdowało się kiedyś Centrum Terapii Nerwic.
Dziewczyna Budzika powiedziała, że bardziej jej się podobało niż w azjatyckich domach strachów, gdzie też wyskakują duchy i strachy, ale nie ma po drodze zagadek.
Ja pierwszy raz brałam udział w czymś takim.
Zamkowe korytarze nocą, w blasku świec, robią wrażenie, podobnie zresztą jak zamek nocą z zewnątrz.
Przez cały czas nie mogłam się pozbyć myśli, że Katja byłaby genialna w roli animatora podczas nocy strachów. Animatorzy specjalnie zniżali głosy i wydawali z siebie straszne tony, ale czułam, że to nie jest autentyczne. Katja ze swoim głosem byłaby w tym niesamowita, a jakby zaczęła do tego gadać takie rzeczy jak w trailerze ostatnio, ludzie by się chyba posikali.

6.03
♪ Yuri!!! on Ice - Theme of King J.J. ♪

♪ Metro - Szyba ♪
Podesłała mi przyjaciółka. Przepiękne...
Często czuję podobnie. Bez złych skojarzeń z szybą, drodzy znajomi - też nie lubię tych porównań i zdjęć dzieci za szklaną szybą na okładkach książek. Ale ten tekst jest mi tak bliski, że aż chce mi się płakać.
 
7.03
Czy tylko ja uważam, że pokazywanie na fejsie wykonanych testów ciążowych jest fuj?
No kurczę, przecież trzeba użyć swojego moczu, żeby taki test zrobić. To dlaczego pokazywanie go potem publicznie jest akceptowane społecznie, skoro nikt nie pokazuje zużytych podpasek czy prezerwatyw? Jak zwykle totalny brak logiki w zachowaniu ludzi.

10.03
Wczoraj znalazłam kolejną małą gąsieniczkę w pojemniku z jajami Safony, już nie żyła. Te maluchy są przesłodkie i takie podobne do swojej mamy. Bardzo bym chciała, by większość poczekała do kwietnia czy maja.

11.03
Przeglądałam swoją biblioteczkę w poszukiwaniu czegoś, co można by oddać na aukcję, jednocześnie odciążając uginające się półki. No i się zaczęło... Ta książka to moja ulubiona, tamta też, tej nie pozbędę się, bo mi przypomina wakacje w Ustroniu trzynaście lat temu, tamta jest do kitu, ale kumpel kupił ją dla mnie za pieniądze ze swojej pierwszej w życiu wypłaty... Jak tak dalej pójdzie, to ciężko będzie.
Tacie powiedziałam już ze dwa tygodnie temu, by coś wyłuskał u siebie, ale najwyraźniej idzie mu tak samo.

Byłam dziś z mamą w operze. Uwielbiam operę. Jak zwykle, gdy stamtąd wracam, czuję się pełna pozytywnych emocji, choć jednocześnie dość mocno przebodźcowana. Ale przebodźcowanie minie, a miłe wspomnienia ze mną zostaną.
W międzyczasie Szczur został w rosomaczym domu i wypoczywał po wczorajszej konferencji, która go wyczerpała psychicznie. Został też ojciec, który w ogóle, odkąd pamiętam, nie chadza do kin, oper, teatrów i innych przybytków pełnych ludzi. I mieli spokój od mojego paplania.

12.03
Jedyna terapia, która na mnie działa i w którą wierzę bardziej niż w Boga Motyli, to szczuroterapia.

13.03
Znowu na fejsie wyświetlają mi się reklamy jakichś badań poziomu metali ciężkich u dzieci z autyzmem.  

Dzisiaj zrobiłam masę solną. Nigdy wcześniej jej nie robiłam. Ciekawe, co z tego wyjdzie.

15.03
Wyjątkowo ciężki dzień w pracy. Do teraz nie umiem się wyciszyć ani uspokoić pulsu. Nie mogę się doczekać, aż się położę po ciemku, przywalę kocem i zatkam uszy.

Dzisiaj usłyszałam o niebieskim wielorybie. Zastanawia mnie, jak to jest być do tego stopnia podatnym na sugestie innych osób, by robić takie rzeczy. Zawsze byłam niemal całkowicie nieczuła na wszelką presję rówieśniczą, począwszy od tego, co było "trzeba nosić", przez to, jaka muzyka była modna, a skończywszy na używkach. Rówieśnicy śmiali się ze mnie, dokuczali mi, mimo to nigdy nie zmieniłam się. Po prostu wracałam do domu, gdy inni byli razem po szkole, i robiłam wszystko, co kochałam: czytałam, oglądałam anime, rysowałam. Nie zależało mi na nich.
Chciałabym wiedzieć, jak to jest, w sensie: jakie uczucia i myśli towarzyszą nastolatkom, kiedy ulegają rówieśniczym modom, nawet nie niebezpiecznym, tylko przeciętnym. Bo ja nie wiem. Rozumiem to zjawisko intelektualnie, ale nigdy nie poczułam tak mocnej potrzeby bycia takim jak inni czy przynależności do grupy, by to rozumieć na płaszczyźnie emocji.
[Aktualizacja: Szczur powiedział mi, że niebieski wieloryb to fejk. Ale moje ww. przemyślenia i tak są aktualne.]


16.03
Jutro do dentysty... Cholera. Nienawidzę tego. 


Wchodzę dzisiaj do łazienki, a tam w wannie... bukszpan i tuja.
Dialog z mamą:
- Gdzie one będą?
- Nie wiem.
No ładnie... w ogrodzie mamy prawie pięćdziesiąt drzew i krzewów, a ona nie wie.

Jest!
JEST!
JEST!!!
Pierwszy kwiatek tej wiosny, a właściwie dwa. Niestety, lepszego zdjęcia zrobić nie umiem.


17.03
Miałam kanałowe, ale udało się dzisiaj je zakończyć. Następnym razem już tylko powinny być plomby. Przed wakacjami chciałabym zakończyć leczenie stomatologiczne na jakiś czas.
Nie bolało, tylko posmak był ohydny i dwa razy myślałam, że się porzygam. Na szczęście byłam na leku przeciwlękowym i zniosłam wszystko bez większych emocji.
A po powrocie, gdy się położyłam twarzą do ściany, psica przyszła i położyła na mnie łebek. Następnie zaczęła mi wpychać nos pod pachę. Skończyło się na tuleniu. Skąd ona wie, kiedy ja potrzebuję przytulenia?

18.03
Ciężki tydzień minął i znowu mamy weekend! Obejrzałam już do końca anime, zeskanowałam i sklasyfikowałam nowe pocztówki, odwiedziłam antykwariat, a dzisiaj przyjeżdża Szczur! Wprawdzie tym razem tylko na jedną dobę, a pogoda jest naprawdę paskudna, ale na pewno wymyślimy coś fajnego.
Z całego serca cieszę się, że nie muszę dzisiaj iść do pracy.

19.03
Ciąg dalszy o psiej empatii:
Szczur miał dzisiaj bardzo lękowy poranek. Po podróży zostawiłam go na jakiś czas samego, żeby odpoczął. Kiedy niedługo później weszłam do pokoju, zastałam piesę grzejącą go.

Mam szklankę z zielonym chrobotkiem, którego dostałam razem z wisiorkiem kupionym od hodowli motyli. Chciałabym mieć wisiorek z mchem, ale nie chce mi się wydawać na niego stu złotych, wolałabym sama zrobić, ale nie wiem, jak.
Bardzo mi się podoba biżuteria z organicznymi elementami. W zasadzie to jedyna, jaką "czuję" emocjonalnie i naprawdę bardzo lubię nosić. Kupiłam już dwa wisiorki w tym roku: jeden z kwiatkiem, drugi ze skrzydłem motyla (motyl zmarł śmiercią naturalną, w hodowli, z której kupiłam larwy pokrzywnika). Chciałabym umieć sama robić sobie wisiorki z zatopionymi w żywicy mchem, kwiatami itp., ale nie robiłam nigdy nic z żywicą. Nawet nie wiem, skąd wziąć formę, żeby odlać takie małe wisiorki.
Zresztą, porusza mnie też emocjonalnie idea robienia biżuterii z DNA. Wiem, że jest to kontrowersyjny temat. Wielu osobom źle się kojarzy robienie diamentu z włosa, zwłaszcza w Polsce - mianowicie, robienie z włosa czegokolwiek innego niż peruki kojarzy się ludziom z Holokaustem, pomimo że pukle włosów ukochanej osoby zamykano w biżuterii i noszono przy sobie już przed wiekami. W dodatku jest to bardzo drogie. Ale gdybym mogła, to chciałabym mieć przy sobie taką cząsteczkę ukochanej osoby i dać najbliższej osobie taką cząsteczkę siebie. Przecież w ciągu swojego życia gubimy tyle włosów, że oddanie pukla na diament niczego nas nie pozbawia. Może jestem dziwna, ale takie mam uczucia i trudno.

19.03
W ten weekend spędziłam ze Szczurem tylko jeden dzień, wczoraj. Szczur nie czuje się dobrze w ostatnich dniach, jest bardzo lękowy i łatwo się rozkleja, ja z kolei nie najlepiej się czuję fizycznie. Mimo tego wszystkiego i mimo deszczowej pogody wczorajszy dzień był udany. 
Zabrałam Szczura do jednego z moich ulubionych miejsc w mieście, w którym studiowałam, a mianowicie do wegetariańskiej restauracji, gdzie sama też odważyłam się zjeść pizzę o zupełnie innym smaku niż zazwyczaj. Później pojechaliśmy do kolejnego z moich ulubionych miejsc - studyjnego kina, gdzie można obejrzeć ciekawe filmy w spokoju, w niewielkim gronie osób, które zachowują się kulturalnie, a do tego nie jest się tak atakowanym przez bodźce jak we wszystkich sieciówkach w wielkich galeriach handlowych. Obejrzeliśmy "Captain Fantastic". Film bardzo nam się podobał, trochę płakaliśmy, a w drodze powrotnej wymienialiśmy wrażenia i przemyślenia. Uważam, że wszyscy nasi znajomi zainteresowani survivalem i lubiący samotność powinni go obejrzeć, na czele z Marek - polecamy. Wieczorem z kolei zaczęliśmy trudny proces selekcji zdjęć do wywołania, ponieważ chcę zrobić album upamiętniający nasze dotychczasowe wycieczki. Będzie to trudniejsze niż myślałam, bo zdjęć zrobiliśmy mnóstwo i choć nie są to arcydzieła fotografii, przywołują wspomnienia.
Był to też bardzo ważny dla mnie dzień, gdy wyjątkowo silnie czułam więź pomiędzy nami. Nie będę o tym pisać dokładniej, zostawię okoliczności dla siebie, ale datę muszę odnotować, bo tak działa moja pamięć, a chcę pamiętać.

Po wyjeździe Szczura zaczęłam, niestety, czuć się lękowo i mieć problemy z zabraniem się za coś konstruktywnego. Jest to dla mnie typowe w niedziele; od dziecka nie znoszę niedziel, ze względu na uporczywe myśli o wszystkim, co mnie czeka w kolejnym tygodniu. Poszłam jednak do ogrodu szukać śladów wiosny i znalazłam ich więcej niż jeszcze przed weekendem, być może to kwestia wczorajszych opadów. Moje zdjęcia nie są udane, ale widok kwiatów trochę podniósł mnie na duchu.

20.03
Znowu do mnie wydzwaniają telemarketerzy. Ci ludzie mogliby się w końcu nauczyć, że jak ktoś nie odbiera przez dwa tygodnie, to należy skontaktować się pisemnie bądź odczepić się.

23.03
Po dziesięciu minutach kontemplowania mojej małej biblioteczki stwierdziłam, że nie mam co zabrać w podróż pociągiem. Ostatnio znowu źle mi się czyta powieści, prawie wszystkie mnie dołują i nie potrafię ich dokończyć, a te książki, które dobrze mi się czyta ("Bystre zwierzę", biografia księżnej Daisy itd.), z reguły są grubymi tomiszczami, których nie będę zabierać do plecaka. Moi powieściowi ulubieńcy też są za grubi. W efekcie nie mam co zabrać. Chyba że wezmę jakiś klasyk dzieciństwa w rodzaju L. M. Montgomery - tę zawsze mi się dobrze czyta, nie wiem, dlaczego.
Powinnam mieć czytnik do zabierania w podróż, ale zawsze są ważniejsze wydatki...

24.03
Dzisiaj jadę do Szczura!

Kontekst wprawdzie jest niezbyt wesoły, a jest nim kryzys psychiczny u Szczura, ale zważywszy, że podobno już lepiej się czuje, mam chyba prawo się cieszyć z wizyty w Szczurzej Norce. Bardzo się za nią stęskniłam, zwłaszcza za spokojem i samotnością we dwoje.

Dzisiaj jestem też szczęśliwa, bo szef bardzo mnie pochwalił i powiedział, że zamierza zmienić mi umowę na stałą. To przefajne uczucie, zwłaszcza że w poprzedniej pracy spotykały mnie głównie nieprzyjemności, a w tej szczerze chciałabym zabawić dłużej.

25.03
- Pizza w Versilii jest jednym z powodów, dla których lubię jeździć do Warszawy.
- Dobrze, że nie jedynym.
- Nie, ale można powiedzieć, że drugim.
- A co jest pierwszym, bułki ze sklepiku na dole?
- Nie, Szczur.
Cieszę się, że przyjechałam. Pobyt w Norce zrelaksował mnie. Nasłuchałam się trochę o Warhammerze, zobaczyłam znowu Safonidy, zjadłam pizzę w ulubionej restauracji, bułki ze sklepiku na dole też zjadłam. Nie było żadnych zbędnych kontaktów z ludźmi ani zrzędzenia członków rodziny. Obejrzeliśmy "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć", film z uniwersum HP. Bardzo fajnie wyglądał Nowy Jork z lat dwudziestych XX wieku, choć fabuła mogłaby jednak być bardziej nieprzewidywalna, a postaci mniej czarno-białe. Widok magicznych stworzeń jak zawsze wywoływał u nas radochę.

Nie chce mi się wracać, ale na samą myśl o jutrzejszej zmianie czasu mam banan na twarzy. Nareszcie. Nareszcie coś mi się będzie chciało.
 
U Szczura wylazło siedem gąsieniczek (chyba że było ich więcej i jakieś zwiały). Takie były maleńkie.


O dziwo, wszystkie wylazły z grupki jaj przechowywanej u Szczura, a na wsi u jego rodziców ani jedna. Trzeba szybko ewakuować resztę jaj do mnie, bo tu widocznie im za ciepło i/lub za jasno.
Czekamy na liście...

26.03
- Opowiadałem ci już o tym, jak mój kumpel przebrał się za Kapitana Fetysza?
- Tak. I raz wystarczy.
- Ale to jest śmieszne.
- Za samo poczucie humoru to bym cię nie pokochała. Dobrze, że są do niego inne, bardzo wartościowe dodatki.
- Wstaw to na fejsbuka.

27.03
Rozmowa z mamą:
Ja: To jak, zamawiamy te ciuchy z Cellbesa?
Mama: Jeszcze nie wybrałam.
Ja: A do kiedy jest ta promocja?
Mama, patrząc na okładkę katalogu: Trzydziesty trzeci.
Ja: Przecież nie ma takiego dnia!
Mama patrzy na mnie zdziwiona, ja czuję narastającą irytację.
Ja: Marzec ma trzydzieści jeden.
Dopiero po chwili sobie zdałam sprawę, że chodziło o to, że dzień trzydziesty, miesiąc trzeci. Jak mi się nie powie właściwie ("do trzydziestego marca"), to trudno mi się połapać, o co chodzi.

29.03
Jak ptaki pięknie śpiewają o 5:30... 

♪ Czerwone Gitary - Deszcz jesienny ♪
Nie wiem, dlaczego, ale uwielbiam słuchać z tatą w samochodzie Czerwonych Gitar. 





sobota, 6 maja 2017

[35] Upiory


Kiedy rozum nie śpi,
choć powinien,
budzą się upiory.

Ćśś-

Ten cień, który widzisz kątem oka,
gdy zasypiasz,
to jeden z nich.

Tak bardzo rano mi wstyd
za mokrą plamę w nogach łóżka,
gdzie kładą wilgotne nosy.

Boją się huku wystrzałów
po drugiej stronie kuli ziemskiej.
Podkulają ogony.

Nie wierzą w tęczowe mosty,
bo ludzie zwykli palić
mosty za sobą,
a czasem palą też tęcze.

Ćśś-

Tylko je
pogłaszcz. Nadaj imiona.

Teraz są
też Twoje.

środa, 12 kwietnia 2017

[34] O przebodźcowaniu, o meltdownie i o tym, jak nie organizować szkoleń


W ubiegłym tygodniu byłam na dwudniowym szkoleniu. Szkolenie miało charakter praktyczny, jego celem było zdobycie konkretnych umiejętności, a zapisałam się na nie z własnej inicjatywy, ponieważ uznałam, że potrzebuję tych umiejętności w pracy. Nikt mi nie kazał, nikt mnie nie zmuszał. Zresztą, już od paru lat o tym myślałam, ale zawsze a to przegapiłam rejestrację, a to nie było dogodnych dla mnie terminów w okolicy. Byłam więc bardzo podekscytowana, kiedy pakowałam plecak na wyjazd, pomimo zmęczenia po trudnym dniu w pracy. Niestety, kilka godzin później wróciłam do domu z bardzo silnym meltdownem, najsilniejszym od dłuższego czasu, a następnego dnia też otarłam się o meltdown. Jak to się stało?

Otóż szkolenie okazało się ciekawe i merytorycznie bogate, ale zorganizowane w stu procentach z myślą o osobach neurotypowych, o ich potrzebach i preferowanym przez nich sposobie nauki. Uczestników szkolenia było bardzo dużo, co najmniej kilkudziesięciu, jeśli nie stu. Nauka umiejętności praktycznych odbywała się w tłoku i hałasie, w formie krótkich sesji, podczas których wszyscy naraz mówili. Początkowo nie zmartwiło mnie to, bo sesje praktyczne miały być przeplatane teoretycznymi, w których upatrywałam okazji do regeneracji. Niestety, myliłam się. Ograniczono do minimum metody podające i nawet sesje teoretyczne wymagały interakcji z innymi ludźmi. Było bardzo dużo pracy w grupach, w dodatku za każdym razem o innej liczebności, co uniemożliwiało, dające mi po pewnym czasie jako takie poczucie bezpieczeństwa, "przywiązanie się" do jednej czy dwóch osób siedzących najbliżej. Rzecz jasna, gdy kilkadziesiąt czy sto osób rozmawiało, generowało to ten szczególny rodzaj hałasu, który jest dla mnie chyba najbardziej koszmarnym dźwiękiem na świecie, gorszym nawet niż odgłosy rezonansu magnetycznego. Wiem, że są ludzie, którzy przy tego typu dźwiękach uspokajają się i zasypiają, dlatego właśnie można znaleźć je na YouTube. Dla mnie jest to koszmar, który kilkakrotnie przyspiesza tempo męczenia się i prowadzi do szybkiego przebodźcowania.

Warunki panujące w sali i ogólnie w budynku także były dla mnie niekomfortowe. Szkolenie zorganizowano w klimatyzowanej sali pozbawionej okien, a więc zgodnie z trendem, który ostatnio spotykam coraz częściej i który mnie bardzo niepokoi. W tego typu salach czuję się bardzo źle. Przede wszystkim, nienawidzę sztucznej wentylacji jako takiej, zwłaszcza gdy przez cały czas wieje mi na głowę. W moim przypadku jest to jeden z najskuteczniejszych katalizatorów lęku - momentalnie zaczynam wpadać w stan lękowy, ponieważ boję się zapalenia zatok, do którego mam skłonności i które łatwo łapię poprzez kontakt ze sztuczną wentylacją. Pół biedy, jeśli system wentylacji jest tak zaprojektowany, że osoba użytkująca dane pomieszczenie może z łatwością znaleźć w nim miejsce, gdzie nie będzie bezpośrednio odczuwać, jak powietrze wydostaje się z nawiewu. Coraz więcej jest jednak sal, gdzie po prostu nie da się znaleźć takiego miejsca. Przykładem są lokale należące do jednej z najpopularniejszych w naszym kraju sieci pizzerii - nie ma gdzie usiąść, by nie wiało na głowę. O ile jednak w przypadku pizzerii mogę po prostu zmienić lokal, nie mam takiej możliwości, gdy jestem na szkoleniu i zależy mi na jego ukończeniu. Po drugie, sztuczne światło i brak okien w pomieszczeniu także należą do czynników wywołujących u mnie silny dyskomfort. Potrzebuję słońca tak, jak jedzenia czy picia. Sztuczne oświetlenie szybko męczy moje oczy, zwłaszcza jesienią i zimą, kiedy jest go wszędzie pełno i przez większość dnia nie da się od niego uwolnić. Nie mam klaustrofobii, ale potrzebuję okien w pomieszczeniach, by mieć gdzie skierować wzrok, umęczony przez sztuczne oświetlenie - daje mi to przynajmniej chwilową ulgę. Poza tym, widok roślin lub przynajmniej nieba za oknem dodatkowo uspokaja mnie, często w stopniu wystarczającym, by na jakiś czas zebrać się do kupy. Spojrzenia w okno nie rozpraszają mnie, przeciwnie - pomagają lepiej się skoncentrować. Szczerze mówiąc, nie wiem, kto wymyślił, że w klimatyzowanych salach pozbawionych okien ludziom będzie uczyć się lepiej. Dla mnie to jeden wielki sensoryczny koszmar.

Bardzo, bardzo starałam się jakoś trzymać. Zarządzane od czasu do czasu 10-minutowe przerwy były jednak za krótkie, by się zregenerować, zwłaszcza że nie miałam gdzie pójść, aby wyeliminować dokuczliwe bodźce. Czasu było za mało, by opuścić budynek, a korytarz z obu stron prowadził donikąd. Chodziłam po nim tam i z powrotem, starając się znaleźć miejsce, w którym szum dobiegający z sali (większość ludzi zostawała w sali na przerwach) będzie najmniej słyszalny. Szum jednak nie znikał. Po jednej stronie korytarza, we wnęce, znalazłam mały, ciemny kawałek przestrzeni, wymarzony do odpoczynku. Nie było tam jednak ławek, jedyna na korytarzu sofa znajdowała się kilka metrów od tłocznej i hałaśliwej sali. Bardzo pragnęłam schować się w tej wnęce i usiąść w pozycji, która od dziecka pomaga mi na przebodźcowanie: z kolanami pod brodą i plecami mocno przyciśniętymi do chłodnej ściany. Bałam się jednak, że jeśli to zrobię, któraś z osób spacerujących z telefonami komórkowymi zwróci na mnie uwagę, podejdzie i zacznie się wypytywanie, czy dobrze się czuję, i tym podobne hece. (Już kilka razy w życiu mi się to zdarzyło; utrudnia to sytuację, a nie pomaga). Czułam się jak zwierzę w klatce. 

I pomyśleć, że szkolenie zostało zorganizowane w budynku wchodzącym w skład nowoczesnego kompleksu, zaprojektowanego specjalnie do takich celów. Bezsensowna ta współczesna architektura wnętrz. Całkowicie dyskryminowani są ludzie, którzy mają inne potrzeby sensoryczne niż większość: potrzebę znalezienia ustronnego miejsca, percepcję temperatury inną niż dominująca i tak dalej. 

Z każdą godziną coraz bardziej traciłam koncentrację, aż w końcu uświadomiłam sobie, że moją głowę ogarnia szum, zaczynam się wyłączać. Ostatnia godzina szkolenia to już była równia pochyła. Po normalnym dniu pracy nie jestem w stanie bez uprzedniego odizolowania się na jakiś czas (czytaj: leżenia pod kołdrą w zaciemnionym pokoju, z zatyczkami do uszu) przebywać znowu z innymi ludźmi w sposób wymagający interakcji, a co dopiero poza domem i w tak dużej grupie. Generalnie uwielbiam się uczyć, ale nauka czegoś praktycznego, wymagającego uruchomienia pamięci proceduralnej, oznacza dla mnie konieczność nieustannej koncentracji uwagi i jest dla mnie bardzo trudna w takich warunkach jak opisywane, właściwie niemożliwa. Uczę się z największą łatwością, zapamiętując dane wzrokowo, a jeżeli coś wymaga uruchomienia pamięci proceduralnej, potrzebne mi cisza i spokój, by w maksymalnym stopniu skupić się. Innymi słowy: potrzebuję być wtedy SAMA, ewentualnie sam na sam z osobą, która pokazuje mi coś lub tłumaczy, lub w spokojnym otoczeniu. Na szkoleniu widziałam, że neurotypowi mają dokładnie odwrotnie - w chwilach, gdy ja czułam się najgorzej, inni ludzi ożywiali się i najbardziej aktywnie pracowali, a wtedy, gdy zaczynałam na krótki czas czuć się lepiej (np. podczas prezentacji multimedialnej), oni stawali się coraz bardziej znudzeni i tracili koncentrację. Przede wszystkim zaś NIE POTRAFIĘ UCZYĆ SIĘ W GRUPIE! Jednoczesna koncentracja na przedmiocie nauki i na interakcjach z innymi zabiera cały RAM mojego mózgu, a nawet więcej. Szybko tego RAM-u zaczyna mi brakować, więc nie zostaje już nic na mechanizmy obronne, chroniące przed nadmiarem bodźców. NIC! Nie potrafię myśleć logicznie, co zrobić, by bronić się przed uciążliwymi bodźcami takimi jak sztuczne światło, zimno, hałas, nie potrafię szukać rozwiązań. Całą siłą woli walczę, żeby zachować samokontrolę, żeby nie wybuchnąć ani nie rozpłakać się przy ludziach.

Ledwie wyszłam, "puściło" wszystko i wydarzyło się to, co przez parę godzin starałam się odroczyć, czyli meltdown-gigant. Czułam się ekstremalnie źle, nie byłam już w stanie wytrzymać dłużej. W samochodzie ojca rozkleiłam się, łzy płynęły mi po gębie. Czułam, że mam w głowie tylko czerń i obezwładniający szum, który boli, i coraz bardziej się zapadam w tę czerń i ten szum, i tracę połączenie z ciałem. Jak na złość rodzice musieli przez całą drogę paplać, po każdym dźwięku miałam ochotę zacząć krzyczeć lub czymś rzucić, dosłownie czułam, jak głosy i światła rozdrapują ten szum w mojej głowie, i tak co chwilę; całe szczęście nikt mnie nie dotykał, bo bym go uderzyła. Tata o coś mnie pytał, ja nie wiedziałam, o co, odmrukiwałam "mhm". Od dawna tak źle się nie czułam, normalnie nie dopuszczam do takich sytuacji, żeby na koniec dnia nie zostało mi w ogóle RAM-u. Kiedy wylazłam wreszcie z tego auta na chłód, deszcz i spokój, nie czułam swoich ruchów, choć je widziałam. Nie czułam, że podnoszę nogę, że ją stawiam. Jakimś dziwnym krokiem wgramoliłam do domu i przycisnęłam się do ściany. 

Wiem, że ludzie czasem szukają informacji o tym, co to jest meltdown, że niektórzy chcą wiedzieć, jak się wtedy człowiek czuje. Ja nie wiem, jak czują się wtedy inni - może podobnie do mnie, a może inaczej. W akapicie wyżej opisałam, jak czuję się ja, przy czym jest to wydanie ekstremalne. Normalnie albo nie dopuszczam do tak trudnych sytuacji społecznych, gdy jestem po pracy, albo na możliwie najwcześniejszym etapie reaguję i przerywam taki stan na początku. Tak w ogóle, pierwszy raz opisywałam ten stan. Trudno mi było to opisać słowami, bo w takim momencie słowa przestają być dostępne. Najłatwiej chyba jest mi opisać meltdown jako stopniowe zapadanie się do wewnątrz i znikanie na zewnątrz. 

Tamtego dnia byłam bardzo wdzięczna, że mam takich, a nie innych rodziców... że tata mimo stresu (stimował przez całą drogę do miasta, w którym szkolenie się odbywało) podwiózł mnie, że zaczekali na mnie. Nie dałabym rady w takim stanie samodzielnie się przemieszczać.

Drugiego dnia szkolenia obudziłam się ze świadomością, że tym razem będzie jeszcze trudniej, bo muszę wytrzymać dłużej. Prawie dwa razy dłużej niż poprzedniego dnia. Postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby w maksymalnym możliwym stopniu ograniczyć skutki dyskomfortu i uniknąć drugiego meltdownu. Zaczęłam od zmiany stroju - zamiast ładnego żakietu i czarnych spodni, które miałam na sobie poprzedniego dnia, ubrałam dżinsy i luźny, ciepły sweter. Było mi nieco wygodniej i cieplej, ale mimo to po dwóch godzinach czułam już wyraźny spadek koncentracji i lęk z powodu nawiewu. Tym razem przyjęłam jednak inną strategię. Powiedziałam sobie, że lepiej złamać kilka konwenansów niż doprowadzić się do meltdownu. Zaraz na pierwszej przerwie kilka razy obeszłam całą salę dookoła, uważnie oglądając sufit, po czym zmieniłam miejsce. Dostawiłam krzesło i usiadłam na lewym krańcu tłumu, gdzie filar stał na drodze nawiewom, a do tego wrażenie przebywania w tłumie przynajmniej wizualnie było mniejsze. Ubrałam prawie wszystkie ciuchy, jakie miałam, włącznie z kurtką i szalem. Musiałam wyglądać nie lada dziwnie, zwłaszcza że niektórzy siedzieli w T-shirtach (nawet pod nawiewem! Nie potrafię sobie wyobrazić, że innym naprawdę jest tak gorąco), ale postanowiłam to olać. Postanowiłam jeść i pić na każdej przerwie, żeby podnieść koncentrację. W tym celu zrobiłam sobie też Jedyne Słuszne Cappuccino, czyli mój ulubiony napój kawowy z torebki, którą zawsze noszę przy sobie. Jedyne Słuszne Cappuccino pomaga mi w opóźnianiu przebodźcowania i odraczaniu meltdownów ("normalnej" kawy nie umiem pić, jest dla mnie za mocna). A na kolejnej, króciutkiej przerwie poszłam do wnęki, którą sobie upatrzyłam dzień wcześniej, i usiadłam w niej tak, jak chciałam, nie zwracając uwagi na ludzi. Tym samym już całkowicie wypięłam się na konwenanse. I wiecie co? I to wszystko pomogło. Po czterech godzinach byłam znacznie osłabiona, ale kontaktowałam.

W połowie drugiego dnia szkolenia zarządzono dłuższą przerwę, mniej więcej 40-minutową. Z tej przerwy wycisnęłam wszelkie soki regenerujące. Wylazłam na zewnątrz i okrążyłam budynek. Gdy znalazłam się na tyłach budynku, usłyszałam śpiew ptaków - był słabo słyszalny, ale wyodrębniłam ten dźwięk z hałasu maszyn i poszłam za nim. Szłam przed siebie, mijając kosze na śmieci i inne dziwy, aż znalazłam się w okolicy torów. Rosły tam brzozy. Wiem, że brzozy źle się wielu osobom kojarzą, ale ja poczułam ulgę, gdy znalazłam się w pobliżu drzew. Miały już małe liście, na jednym z nich była huba, a w gałęziach innego - gniazdo. Większość przerwy spędziłam właśnie tam, łażąc tam i z powrotem, słuchając ptaków, pijąc i jedząc. W pobliżu nie było ani żywej duszy. No dobra, były jakieś kowale w trakcie kopulacji, ale to Was chyba nie interesuje. Opuściłam bariery obronne. Było to kojące miejsce. Wróciłam jak po resecie, czując się nieco lepiej niż rano. Dzięki temu udało mi się dotrwać do popołudnia i choć po szkoleniu byłam bliska meltdownu, tym razem się on nie zdarzył, a Szczur odebrał mnie w lepszym stanie niż rodzice dzień wcześniej. Tak na mnie działają ptaki, rośliny i odrobina samotności.

Jeśli jakimś zrządzeniem losu będzie mnie czytał ktoś, kto organizuje jakieś spędy (szkolenia, konferencje czy inne dziwy) dla osób NIEneurotypowych lub po prostu chciałby nie wykluczać NIEneurotypowych ze swoich eventów, zwracam się do niego: bardzo Cię proszę, weź sobie ten post do serca. Zwłaszcza trzy rzeczy:
1. Przejdź się po wybranej sali i pomyśl: czy na Twoim evencie wytrzyma ktoś, komu jest znacznie cieplej lub zimniej niż innym, kogo razi ostre światło, komu jest za głośno. Może można coś zrobić, żeby czuł się lepiej.
2. Przejrzyj program swojego wystąpienia i jeśli praca w grupach jest konieczna, niech metody podające zrównoważą te aktywizujące. Pamiętaj, że ludzkie mózgi nie są identyczne. Ludzie różnią się preferowanymi stylami uczenia się. Niektórym brak ciszy i spokoju uniemożliwia naukę.
3. Rób przerwy. Zrób choć jedną dłuższą. Niech da się wyjść na trochę, znaleźć ustronne miejsce.  
Wszyscy tyle gadacie o empatii. Zrób więc użytek ze swojej i pomyśl, czy chciałbyś się tak czuć.

Z kolei do udających się na szkolenia mam jedną radę: przejmujcie się swoim samopoczuciem, a nie tym, czy nie zrobicie z siebie dziwaków. A to dlatego, że jeśli Wy nie będziecie o sobie myśleć, marne szanse, że ktoś zrobi to za Was.

niedziela, 9 kwietnia 2017

[33] Życie i śmierć


Nareszcie przyszła wiosna i Rosomakowi jest coraz mniej zimno na dworze, więc w ostatnich tygodnia nastąpił powrót do rosomaczo-szczurzej tradycji wycieczkowej, czyli spędzania czasu na świeżym powietrzu. W tym tygodniu wybraliśmy się na stary żydowski cmentarz, który został założony w 1830 roku. Chociaż nie mam jakiegoś szczególnego bzika na punkcie zwiedzania cmentarzy, od dziecka lubię chodzić pomiędzy grobami i zastanawiać się, kim byli i jak żyli pochowani w nich ludzie.








Okazało się, że ten żydowski cmentarz dosłownie tętni życiem. Rośnie na nim sporo dzikich kwiatów. Gdy spacerowaliśmy pomiędzy grobami, żaby uskakiwały Szczurowi spod nóg, a ja spotkałam śliczną jaszczurkę. Zauważyłam też gąsienicę pełznącą po nagrobku - pierwszą w tym roku gąsienicę! Postanowiłam jednak zostawić ją na cmentarzu, ponieważ podobnych zielonych larw jest mnóstwo i nie wiedziałabym, czym ją karmić. 

Szczur powiedział, że gąsienica przechodząca ze światła do cienia na cmentarzu ma dla niego znaczenie symboliczne. Mnie podoba się każde odludne, pozostawione samo sobie miejsce, gdzie przenikają się życie i śmierć. Kiedy odwiedzam takie miejsca, wiem, że nie boję się tego, co jest po śmierci. Boję się za to wielu sytuacji życiowych, zwłaszcza tego, co wyprawiają inni ludzie.






Z kolei tydzień temu, w wyjątkowo ciepły weekend, gdy wiosna uraczyła nas temperaturą sięgającą powyżej 20 stopni, pierwszy raz w tym roku wybraliśmy się na długą wycieczkę do lasu. A w zasadzie pierwszy i drugi raz, bo po lesie dreptaliśmy i w sobotę, i w niedzielę.
 








Bardzo, bardzo ucieszyłam się, że przynajmniej tam nic się od zeszłego roku drastycznie nie zmieniło. I nie mogę się już doczekać lata.

sobota, 1 kwietnia 2017

[32] Z pamiętników: Trzynastoletni Rosomak



Siedziałam dzisiaj przez ponad godzinę nad pamiętnikiem, który pisałam w wieku trzynastu lat, by wybrać kilka fragmentów ukazujących mój sposób funkcjonowania w otoczeniu, myślenia i odczuwania w tamtych czasach. Oczywiście nie są to całe wpisy, które miewały nawet po kilka stron A4, a jedynie ich fragmenty. Nie chcę, żeby ktokolwiek zasnął, czytając moje szczegółowe wywody o serialach latynoamerykańskich czy pracy domowej z angielskiego. 

Ośmielę się stwierdzić, że bycie nastolatką bywało dla mnie trudne o wiele częściej niż bycie dzieckiem czy osobą dorosłą. Pod koniec podstawówki nie miałam prawdziwego przyjaciela, czego zresztą byłam świadoma. Z dziewczynami nie umiałam na dłuższą metę dogadać się w ogóle. Choć miałam dwóch dobrych kolegów, C. i P., żadnemu z nich nie potrafiłam mówić o swoich przeżyciach wewnętrznych. Zależało mi na nich, ale nasze znajomości były powierzchowne. Opierały się na wspólnym spędzaniu niektórych popołudni: spacerowaniu z psami, nauce do konkursów, jeżdżeniu na rowerze, kolekcjonowaniu wycinków z czasopism i graniu na komputerze. W wieku trzynastu lat o tym, co czułam, umiałam jedynie pisać - mówić w ogóle, a już na pewno nie rówieśnikom. Przyjaciół z Internetu jeszcze nie miałam, ponieważ nie mieliśmy w domu stałego łącza.

Nie byłam podobna do nastolatków, którzy mnie otaczali, może z wyjątkiem P. Choć przewyższałam rówieśników z naszej małej miejscowości pod względem zasobu słownictwa i wyników w nauce, moje reakcje emocjonalne w wielu sytuacjach były nieadekwatne, jak zresztą jest przez całe życie, ale wtedy nie potrafiłam jeszcze w wystarczającym stopniu panować nad swoim językiem i zachowaniem. Szczególnie trudne były dla mnie nagłe zmiany (patrz: nowa szopka, nowa bibliotekarka). Bardzo - dziś wiem, że za bardzo - przejmowałam się szkołą; ponieważ nikt nie rozumiał moich lęków związanych ze szkołą, dawałam im wyraz w pamiętniku, notując czasem nawet najdrobniejsze szczegóły z życia klasy. Nie wiem, dlaczego przez większość życia tak bardzo zależało mi na stopniach, zwłaszcza że w moim domu nikt nie miał obsesji na ich punkcie. Długo (mniej więcej do połowy gimnazjum) miałam poczucie wyższości wobec słabych uczniów - nie rozumiałam, że wyniki w nauce nie zależą tylko i wyłącznie od chęci czy niechęci, bo ja umiałam nauczyć się wszystkiego, jeśli tylko wiedziałam, czego konkretnie się ode mnie wymaga. Mimo tego przed sprawdzianami regularnie zdarzały mi się sytuacje, które dziś potrafię nazwać stanami lękowymi, ale wtedy były dla mnie niezrozumiałe i problematyczne. Tym, co mnie przerażało, był czynnik losowości nieustannie obecny w szkole: nigdy nie mogłam być pewna, co wymyślą nauczyciele kolejnego dnia albo czego dokładnie powinnam się nauczyć, by nie dostać słabej oceny. Nie lubiłam też większości akademii i imprez szkolnych, zwłaszcza tych z głośną muzyką, kiedy zaczynało walić mi serce, było mi trudno oddychać i czułam, że się boję, choć nie rozumiałam, dlaczego. Do tego kilka osób regularnie dokuczało mi, aczkolwiek dużo rzadziej, niż w klasach I-III.

W moim pamiętniku pojawiają się fragmenty świadczące o tym, że i mojemu tacie - prawdopodobnie również Aspiemu bez diagnozy - bywało niełatwo. Potrzeby moich rodziców różniły się, a tata, podobnie jak ja, popełniał od czasu do czasu gafy w kontaktach z innymi.

Jako trzynastolatka zaczęłam czuć potrzebę systematycznego ujmowania w słowa swoich myśli i uczuć, ale mam świadomość, że robiłam to jeszcze bardzo nieporadnie. Wielu rzeczy, które czułam, nie potrafiłam opisać. Za pozytywne zjawisko uważam fakt, że w okresie dojrzewania zaczęłam dążyć do rozumienia samej siebie. Coraz bardziej zależało mi na spokoju w kontaktach z innymi, a co za tym idzie, na samokontroli. Miałam już kilka wypróbowanych strategii chroniących mnie przed wpadaniem w tarapaty. Przykładowo, dzięki "odejmowaniu punktów" w głowie innym osobom uniknęłam niejednej draki, bo pomagało mi to powstrzymywać się od mówienia dorosłym (zwłaszcza nauczycielom) szczerze, co myślę. Potrzeba było jednak jeszcze dwóch, trzech lat, bym zaczęła dążyć do rozumienia innych ludzi, a samoświadomość w gruncie rzeczy dopiero raczkowała. Dla kontrastu dołączam jeden fragment pamiętnika pisany trzy lata później.


11 stycznia 2004 r., niedziela
Mama i Tata nie pojadą do teatru. A ja tak chciałam zostać w domu sama z Babcią. Wtedy jest tak fajnie, nikt mi nie każe się szybko myć, mogę sobie zjeść suchą bułkę [zamiast posmarowanej]… Słowem, idealnie. A tu dziś nie będzie tak idealnie. Bo Tata nie chce jechać. Więc po co Mama kupowała ten „strój wieczorowy” i tyle się stroiła, skoro Tacie się odechciało? Tych dorosłych to czasem po prostu nie można zrozumieć!  
Jutro mam sprawdzian z matematyki. Już teraz się boję, a rano pewnie będę miała biegunkę. Mimo że się uczę tych pól wielokątów, to nie wiem, czym nas pani J. zaskoczy. Wiadomo tylko, że nie będzie liczb wymiernych, a to już niemały sukces. Ale może być geometria, mogą być ułamki zwykłe i dziesiętne, mogą być liczby naturalne, a także procenty. Więc właściwie nic nie wiadomo. (...)
Jutro chyba znowu wyjdzie „Świat Seriali” i trzymam kciuki, żeby znowu było coś o Natalii Oreiro i innych aktorkach i aktorach, o których zbieram informacje. (...)
Jutro wprowadzam w życie nowy plan - plan przeciwko A. Ostatnio wskaźnik lubienia A. spadł u mnie do zera. Oznacza to, że dołączyła do czwórki osób, których naprawdę nie znoszę. Nie lubię jej, mimo że lubi psy, tak jak ja. Zaczepiła mnie już chyba ze dziesięć razy od początku roku szkolnego, więc pora zacząć działać.
Zasady tego planu są pozornie proste, ale niełatwe do wprowadzenia w życie. Pierwsza zasada (ta łatwiejsza): traktować A. jak powietrze, czyli po prostu nie zwracać na nią uwagi. Druga zasada (o wiele trudniejsza): na jej zaczepkę natychmiast odpowiedzieć równie ośmieszającą uwagą. Jest to tylko pozornie proste, bo gdy tylko się do mnie odezwie, to czuję się, jakbym chciała uciec i nie mam ochoty odpowiadać. Mam jednak nadzieję, że nie będę miała powodu do zastosowania zasady drugiej. 

12 stycznia, poniedziałek  
Mama teraz odkurza całe mieszkanie i przygotowuje salon na jutrzejszą kolędę. Schowała moją starą, kochaną szopkę, a zamiast niej postawi tę zeszłoroczną, od księdza. Uważam, że to zwykłe podlizywanie się księdzu. Ja i tak zawsze będę wolała tę starą szopkę.

13 stycznia, wtorek

Po kolędzie chciałam iść do szkoły na dużą przerwę, więc na piątą lekcję. Coś mi się jednak pomyliło z godzinami, bo poszłam na czwartą lekcję, czyli j. angielski. Oczywiście, nie miałam zeszytu, książek ani pracy domowej (także tej o Einsteinie). Na szczęście pożyczyła mi K. Pani M. zrobiła kartkówkę z zadawania pytań. Mam nadzieję, że mi jako – tako mi poszło.
Na dużej przerwie wpisała mi się do pamiętnika B. Zrobiła to trochę niestarannie, nie mówiąc już o podpisie na ostatniej stronie, ale w końcu robiła to w pośpiechu. Ja też nie umiałabym się zbyt starannie wpisać, pisząc „na kolanie” lub… na parapecie okna w łazience dla dziewczyn.
Sprawdzian gramatyczny poszedł mi chyba całkiem dobrze. Na pewno lepiej niż ten z matematyki. Podzielono nas na dwie grupy. Zadania były proste – określić części mowy w dwóch zdaniach, wymienić części mowy (grupa A – odmienne, a grupa B – nieodmienne) oraz ułożyć dwa zdania z dowolnymi partykułami. Zrobiłam wszystko. Wiem jednak, że mam błąd w określeniu słowa „mojego”. Jeszcze dwóch słów nie jestem pewna, a resztę mam chyba dobrze. Ale wolę się nie chwalić, już raz się przekonałam, że nie warto.
W domu musiałam odrobić pracę domową z j angielskiego, przepisać dwie okropnie długie lekcje z historii (z czwartku, kiedy nie poszłam do szkoły) oraz pouczyć się przyrody i przeczytać ostatnie dwie lekcje z historii.
Nie patrzyłam dziś na „Biały welon”, bo przyszedł C. i to o pół godziny wcześniej, niż powinien. Ale też wcześniej poszedł. Dziś jakoś źle się nam siedziało. Trochę pograliśmy na komputerze, ale rozmowa się w ogóle nie kleiła. Już nie przyjaźnimy się tak, jak kiedyś. To chyba przez to, że nie chodzimy to tych samych szkół. Ale pocieszające jest to, że w gimnazjum będziemy chodzić oboje do tej samej szkoły.
(…) Nie cierpię, gdy mówi się do mnie „dziecko”, aby podkreślić, że nie mam nic do gadania o pewnych sprawach. Zawsze jestem „dzieckiem”, gdy mam na jakiś temat swoje zdanie. Na przykład na temat zdjęć rodzinnych albo tego głupiego artykułu ze „Źródła”. Dlaczego jestem zawsze nazywana dzieckiem w takich sytuacjach?

18 stycznia, niedziela  
W kościele nasz „występ” wypadł całkiem nieźle. Ksiądz powiedział w czasie kazania, że „szósta klasa wdarła się do liturgii słowa”. Faktycznie. (...) Nie popełniłam żadnej gafy podczas czytania (jeszcze tego by brakowało). Ogólnie nieźle, tylko czułam się w ławce jak śledź w puszce. Musiałam siedzieć stłoczona razem z Z., T., B., M. i K. Okropność! Ale jakoś tam wytrzymałam w tej ławce, choć chętniej siedziałabym z Mamą. Mama nie rozmawia, nie szturcha i się nie śmieje, tak jak moje dzisiejsze towarzystwo.
Nie poszłyśmy z Mamą po fartuszek do cioci T. Może to i dobrze? Odpoczęłam sobie w domu i powtórzyłam procenty od zamiany aż po oprocentowanie oszczędności i kredytów.

19 stycznia, poniedziałek
Drugą lekcją była matematyka i oczywiście, jak się spodziewałam, poprawa sprawdzianu. Ledwie usiadłam w ławce i spojrzałam na test, zaczęło mi się potwornie chcieć do ubikacji. Brzuch mnie uwierał i chciało mi się Wiadomo-Co. Nic dziwnego, ale tym razem czułam się jak w czasie biegunki. A w dodatku musiałam z tym właśnie bólem brzucha napisać sprawdzian!
Jakoś się przemogłam i mimo okropnego bólu napisałam wszystkie osiem zadań, po czym je sprawdziłam. Miałam przeczucie, że dostanę dobrą ocenę. Mimo to, mój ból brzucha nie ustawał. Poprosiłam więc panią J., by pozwoliła mi wyjść do toalety (bo już napisałam sprawdzian), gdzie ostatecznie wyszły ze mnie wszystkie nerwy. (...)
Nauczyłam się już na jutro ostatnich trzech lekcji z przyrody (tych o jeziorze). Boję się trochę jutra. Jak ja sobie poradzę z tą okropną historią? Czego tu się uczyć? Ale dobra, miało być o dzisiejszym dniu.
Być może przyjedzie tu dzisiaj kolega Taty ze swoją żoną. Ale tym razem Mama się tak nie szykuje. Nic dziwnego. Ostatnia zapowiedź Taty o wizycie tych państwa była „fałszywym alarmem”. Sama nie wiem, czy chciałabym, żeby przyjechali, czy też nie. Na pewno jednak wolałabym, gdyby Mama zadzwoniła do mamy P. To o wiele ciekawsze od jakichś obcych ludzi.

20 stycznia, wtorek

Dzisiejsza kartkówka z przyrody była bardzo łatwa. Bardzo lubię „system nauki” na przyrodę. Kartkówki pani R. robi zawsze z trzech-czterech lekcji, a na sprawdzianach jest cztery-sześć pytań. Zaś pani z historii robi klasówki nieraz z dziesięciu lekcji, a pytań jest przeważnie więcej niż dziesięć. Napisałam dzisiaj na tej karkówce wszystko, tylko zamiast dziesięciu ryb słodkowodnych wymieniłam dziewięć. Ale to chyba niewielka różnica.

21 stycznia, środa
Pani R. znowu zadała referat – tym razem o gadzie żyjącym w Polsce. Ja wybrałam węża Eskulapę. Na pewno wszyscy będą mieli żmije albo żółwie błotne, a ja wolę mieć coś bardziej oryginalnego. Już napisałam ten referat, oczywiście na komputerze – zajął mi całą stronę i jeszcze parę wersów. Lubię pisać referaty o dowolnym płazie, rybie czy ptaku, bo nie jest to trudne. Co innego takie o spalaniu czy o grzybach (brr…). A mimo to, i tak wielu osobom nie chce się pisać tych referatów i wolą mieć pały. Nie rozumiem takiego zachowania.

23 stycznia, piątek
W szkole było dziś nieźle, ale momentami potwornie nudno. (…) A na polskim i informatyce była próba. Strasznie dłuuuuga, wloookąca się próba.
Najpierw musieliśmy przeczekać występy klas czwartej i piątej. Wtedy nie było jeszcze nudno. Potem był nasz występ. Ale później śpiewał szkolny zespół. Śpiewały, śpiewały i śpiewały. Chyba ze sześć, jeśli nie więcej razy, zaczynały którąś piosenkę od nowa. Pani M. była wiecznie niezadowolona: że źle schodzą, że tamto, że siamto…. Okropność. A my musieliśmy siedzieć i słuchać. Nudziarstwo! Mogli nas chociaż wziąć na komputery.
Ale w końcu próba się skończyła i wypuścili nas do domów. Wracałam z S., która później zrobiła na moim komputerze pracę z informatyki. Była też drobna awantura: grałyśmy na komputerze do trzeciej i całkowicie zapomniałam o drugim daniu. Mamę to, oczywiście, rozgniewało (...). Gdybym była na miejscu Mamy i moja córka zapomniałaby o obiedzie, sama bym go zjadła.

26 stycznia, poniedziałek
Nie lubię już dużej przerwy tak, jak kiedyś. Nie mam w ogóle gdzie siedzieć i co robić, odkąd pani S. na przerwach zamyka bibliotekę. To niesprawiedliwe! Biblioteka była jedynym miejscem, w którym mogłam spokojnie posiedzieć, nie narażając się na stratowanie przez drugoklasistów. A tak – muszę się wałęsać po całym korytarzu.

29 stycznia, czwartek
Jestem już umyta. Mycie było dziś istną mordęgą, bo nie dość, że ja nienawidzę się myć, to cały czas katar dosłownie kapał mi z nosa. Myłam się więc najszybciej, jak tylko mogłam i chyba niezbyt starannie. Nachlapałam w dodatku na pół łazienki tak, że powstało istne bajoro.
Wysmarkałam już dzisiaj trzy rolki papieru toaletowego, a teraz zużywam czwartą. Na trzecią czy czwartą pojedziemy do lekarza. Dziś jest czwartek, więc pojedziemy do przychodni na ulicy M. Lubię nawet tam jeździć, bo naprzeciwko jest ogromna księgarnia „Matras”. Jest tam mnóstwo książek – istny raj dla czytelnika. Mogłabym tam siedzieć godzinami.

31 stycznia, sobota
Rano, gdy Mama była w sklepie, zadzwoniła pani P. Jutro w kościele ksiądz będzie wręczać nagrody i gratulować uczestnikom konkursu. A ja jestem chora i pani katechetka chciała mnie o tym poinformować i spytać, czy przyjdę. Jeśli nie będę mogła, to mam kogoś przysłać.
Najchętniej posłałabym Mamę po tę nagrodę. Nie mam ochoty paradować po całym kościele (...). Nie lubię, gdy cały tłum ludzi się na mnie gapi. Czy nie lepiej, żeby Mama odebrała te nagrody?
Natomiast Mama ma własny pomysł. Poszłaby na mszę albo na jasełka, a o piątej Tata by mnie podwiózł pod kościół, żebym odebrała te nagrody. Babcia też popiera ten pomysł. Nie rozumieją, że mnie się on nie podoba i wolałabym, by Mama mnie wyręczyła. Nie chcę, aby wszyscy ludzie w całym kościele się na mnie gapili i wcale mnie nie pociesza, że nie będę jedyna. Będę obstawać przy swoim!

6 lutego, piątek
Dzisiaj byłam u lekarza. Pochwaliłam się panu doktorowi moimi konkursowymi osiągnięciami. Muszę jeszcze brać wszystkie leki i się nadal kurować. U pana doktora miały miejsce jeszcze dwa wydarzenia. Palnęłam całkiem sporą gafę. Tata zresztą nie był lepszy.
Niedługo po wejściu do gabinetu Mama powiedziała, że Tata dziś puścił radio bardzo głośno, aż ją uszy bolały. A ja na to odrzekłam, że: „Lepiej sobie posłuchać muzyki w aucie niż siedzieć jak te lule”. No i się okazało, że „lule” to niezbyt odpowiednie słowo, jak na rozmowę z panem doktorem (to oczywiście słowa Mamy).
W dodatku Tata nieźle mnie zawstydził. Gdy byłyśmy z Mamą w gabinecie, nagle do środka wszedł Tata. Sporo mnie to zdziwiło, bo zawsze (jeśli już wchodzi) zostaje w poczekalni. A dziś wszedł do gabinetu i się rozsiadł. Akurat miałam być badana, czyli się rozebrać. Ale przecież nie będę się rozbierać przy Tacie! Nie wiedziałam jednak, jak dać znać Tacie, że ma wyjść. Mogłabym znowu powiedzieć coś nieodpowiedniego. Więc tylko strzelałam oczami raz na Tatę, raz na drzwi. Tata jednak nie zorientował się, o co chodzi. Bardzo się wstydziłam. Podeszłam więc do Mamy i powiedziałam jej na ucho, żeby Tata wyszedł. I dopiero wtedy wyszedł.

9 lutego, poniedziałek
Pomyliły mi się numery automatyczne i zamiast 7 (do cioci A.) nacisnęłam 8, czyli do… cioci J. To już druga moja wpadka od trzech dni, czyli od tej pamiętnej kontroli lekarskiej. Gdy usłyszałam głos cioci J. w słuchawce, niczego się nie domyśliłam. Pomyślałam, że może ciocia A. ma chrypkę i spytałam o nowy numer czasopisma. Dopiero, gdy ciocia J. powiedziała, że się chyba pomyliłam, uświadomiłam sobie, co się stało. Normalnie odebrało mi zdrowy rozsądek i szybko się rozłączyłam, nic nie mówiąc.

16 lutego, poniedziałek  
Pani N. zadała wypracowanie. To ma być charakterystyka: albo moja własna, albo mojego przyjaciela. Nie mam prawdziwych przyjaciół, a jak tu opisać siebie? Nie mam ochoty wymieniać swoich wad i zalet, a bez tego nie ma przecież charakterystyki. Że też pani N. musiała coś takiego wymyślić! To już pisanie o randkach jest lepsze. (...)
Pani M. [korepetytorka] wpisała mi się dziś do pamiętnika. Użyła cytatu Marka Twaina: „Spraw, aby każdy dzień miał szansę stać się najpiękniejszym dniem Twojego życia”. Ten cytat mi się bardzo spodobał, ale jego przesłanie nie jest wcale łatwe do wykonania. 

18 lutego, wtorek
Wczoraj segregowałam alfabetycznie wszystkie widokówki polskie, które dał mi W. [ukochany kuzyn]. Mam ich mnóstwo, od Barda Śląskiego do Żywca. Okazało się, że jest też mnóstwo z innych krajów. Cieszę się, że mam tak sporą kolekcję.

21 lutego, piątek
Wczoraj byłam w bibliotece. Mama musiała piec ciasto, ale postanowiłam, że tym razem nie pójdę na kompromis i chciałam poprosić Tatę. Okazało się, że Tata miał jechać do lekarza do Ośrodka, więc mnie podwiózł. (...) obecna pani bibliotekarka mnie oburzyła. (…) żeby będąc w bibliotece tak się nie znać na książkach, to już przesada. W dodatku włącza radio w bibliotece. Poprzednia pani by się czegoś takiego nigdy nie dopuściła. Atmosfera w bibliotece przypomina teraz dyskotekę. Ta pani straciła u mnie dwadzieścia punktów naraz i dobrze jej tak.

22 lutego, sobota
…dlaczego ja mam w sobie tyle nadziei za każdym razem, dlaczego? Sama nie wiem. Zawsze, jak czegoś pragnę, to angażuję się w to całym sercem, a jak się nie udaje, jest zawsze tak samo – całkowita rozpacz. Teraz też.
Chciałam, żebyśmy zaprosili we wtorek na P. z rodzicami. Męczyłam tym Mamę przez połowę ferii zimowych. I przez tyle czasu miałam nadzieję. Dzisiaj już się wydawało, że się nie uda, ale ja nadal uporczywie dążyłam do końca. Wreszcie Mama się zgodziła, Tata się zgodził i niby było już, ale Mama musiała zadzwonić do mamy P. I się okazało, że tata P. ma akurat we wtorek imieniny, więc to niemożliwe, żeby do nas mieli przyjść. Mama chce więc, żeby przyszli w sobotę. W sobotę – dwa dni przed szkołą. To najgorsze, co się mogło stać. Cały tydzień czekania to coś potwornego. Dorośli nigdy nie zrozumieją, co to znaczy dwa dni przed szkołą, nigdy.
To nie jest to samo, chociaż Mama twierdzi, że jest. Dla mnie to coś innego, okropnego, to świadomość końca ferii. Dorośli tego nie rozumieją, bo nie mają ferii. Czy ja mam takiego pecha do urządzania imprez, czy to przypadek, czy zrządzenie losu, czy co? Ja już sama tego nie rozumiem. Udało mi się przekonywanie na Sylwestra. Później, na urodziny, się nie udało, bo odbyły się później, niż chciałam. Wczoraj udał się wyjazd do Sosnowca, a teraz to. Chyba co druga rzecz, na której mi tak bardzo zależy, się nie udaje. To strasznie dziwne, ale chyba tak jest. (...)
Już sama nie wiem, co mam robić. Dzisiaj tyle razy zmienił mi się nastrój w ciągu dnia, że sama nie wiem, jak się naprawdę czuję. Raz byłam wściekła, dwa razy smutna i raz szczęśliwa. Chyba chciałabym zasnąć i obudzić się w lipcu.
To się może wydawać śmieszne, ale ja tak się zawsze we wszystko angażuję, na wszystkim mi zależy, a potem – tragedia. Zawsze. Dlaczego ja taka jestem, tego nie wiem. Może się taka urodziłam?
Wymyśliłam nawet nowe przysłowie: „W dzień świętego Macieja zgasła moja nadzieja”. Babcia jednak stwierdziła, że przysłowie jest niezbyt prawdziwe, bo moja nadzieja zgasła nie w dzień św. Macieja, lecz dwa dni wcześniej.

27 lutego, piątek

Wczoraj byłam u P. Całkiem było przyjemnie, ale popsuł to jeden niemiły incydent. Wracając, napotkałam koleżków Ł., którzy nie tylko na mój widok się krzywili i wydawali nieludzkie odgłosy, ale jeszcze próbowali we mnie rzucić śnieżką. Na szczęście chybili, ale to mi i tak popsuło humor. Nie znoszę tej całej bandy z II gimnazjum, nie znoszę! Oni mi zawsze muszą popsuć humor. Zaczepiają od niepamiętnych czasów mnie, mojego psa i C. Co my im szkodzimy? Ulica jest dla wszystkich!
(…) Ostatnio zrobiłam z żółtego pudełka, w którym kiedyś były albumy, a później pocztówki, pudełko na moje płyty CD. Są tam płyty do słuchania, filmy oraz albumy ze zdjęciami.

3 marca, środa

Panie zaczęły już dyskusję o najprawdopodobniej trzydniowym wyjeździe w góry w maju lub czerwcu. Ja nie jadę na sto procent. Nikt mnie do tego nie zmusi, mimo że jedziemy razem z piątą (czyli klasą P.), bo tam mają być dyskoteki, a ja nie lubię dyskotek. Nie zamierzam też myć się i przebierać w obecności reszty dziewczyn. O, nie! Ja sobie posiedzę w domu.




Trzy lata później:


Nerwowość była moim utrapieniem, odkąd pamiętam. Czasem w wieku przedszkolnym nie zasnęłam przez całą noc, bo przeczytałam lub usłyszałam w telewizji coś strasznego. Sama nie wiem, czy gorzej reaguję na nagły strach, czy na strach przed czymś zaplanowanym od dawna. W każdym razie o ile dawniej umiałam się wyładować, odkąd stałam się spokojniejsza, najbardziej cierpi na tym moje zdrowie. Zdarza mi się zemdleć u lekarza albo dostać rewolucji żołądkowej przed klasówką. Najbardziej nienawidzę jednak reakcji mojego serca, które w wyniku gwałtownych emocji przyspiesza z minuty na minutę. W najlepszym wypadku słyszę je własnymi uszami, w najgorszym – trudno mi oddychać. Wiem, powinnam się do tego przyzwyczaić, ale to wcale nie jest takie łatwe, jak mogłoby się wydawać.

Dawno temu, ktoś nazwał mnie mimozą. Powiedział, że podobnie jak ta roślina kurczy listki, tak ja uciekam przed każdym, kto próbuje mnie dotknąć. Zdarzyło się to bardzo dawno temu, kiedy byłam dzieckiem, ale nigdy tego nie zapomniałam. Tak to bywa, kiedy człowiek jest przewrażliwiony.
Bardzo, bardzo długo trwa, zanim ktoś zdoła się do mnie zbliżyć. Większość ludzi ze szkoły uważa mnie za kujona, który siedzi z nosem w podręcznikach. Nie pokrywa się to z prawdą, z nosem w podręcznikach nie siedzę, bo nauka zajmuje mi niewiele czasu. Nawet przed dużymi testami potrafię dobrze zorganizować sobie czas, by nie stracić całego popołudnia. Niestety, w to akurat mało kto uwierzy, gdyż nie interesuje mnie moda i dyskoteki. Już pierwszego dnia wpadłam na koleżankę, która zapytała, cytuję: „Coś ty taka sztywna?”.

Nie potrafię tak po prostu przysiąść się do kogoś, po czym zacząć gadać i śmiać się, jakbym od zawsze go znała. Jeśli przebywam w grupie osób mi nieznanych, siedzę jak na igłach. Musi minąć dużo czasu, żeby ktoś zdołał mnie ośmielić, a przede wszystkim osoba ta musi mieć dużo cierpliwości do mojego zachowania, jakbym wcale nie miała języka zawiązanego na supeł. Inaczej szybko od niej ucieknę, nie będąc osobą towarzyską i czując się jak Marsjanin. Jeszcze więcej czasu musi minąć, bym upewniła się, że mogę komuś choć trochę zaufać.

Przedwczoraj zdałam sobie natomiast sprawę, że kiedy naprawdę się komuś ufa, słowa nie są potrzebne. Nawet jeśli ta osoba potrafi rozgadać i rozśmieszyć, wystarczy obok niej siedzieć i milczeć, żeby być szczęśliwym. I właśnie kiedy siedziałam w ciszy, obserwując krople deszczu obijające się o beton, czułam, że niczego więcej mi nie trzeba.