niedziela, 2 czerwca 2019

[76] Pamiętniki zimowe


1.12
Dzisiaj postanowiłam, że wyjdę na dwór.
Wytrzymałam piętnaście minut, po czym zwiałam do domu z postanowieniem wyjęcia z szafy jeszcze cieplejszych ubrań.

3.12
Dotarła "Japonia" (a właściwie "Japonja", bo tak wtedy pisano) Lafcadio Hearna, którą kupiłam w internetowym antykwariacie. Ta książka została wydana jeszcze przed wojną! Jest stareńka i totalnie mnie rozczula.





Wczoraj pierwszy raz upiekłam taki oto piernik z powidłami.
Moja mama zazwyczaj piekła go na Boże Narodzenie, ale ja tam mam taką filozofię, że nigdy nie jest za wcześnie ani za późno na osłodzenie sobie życia.




7.12
Jest już pierwsza porcja pierniczków na święta vel zimowe przesilenie.

8.12
Pierniczki za dnia stały się przyjemnie puchate.
Jestem z nich dumna, ale następną porcję pierniczków zrobię z innego przepisu, bo ten jest skomplikowany. Trzeba między innymi ugotować i rozgnieść ziemniaki, stopić miód razem z cukrem i masłem, a potem studzić tę dziwną masę miodowo-cukrowo-maślaną, co trwa wieki. Na koniec mama musiała pomóc doprowadzić do ładu ciasto, bo mimo postępowania zgodnie z przepisem było trochę za rzadkie. Nie potrzeba za to mleka ani rumu, ani wkładania ciasta do lodówki na całą noc przed wykrawaniem.
Niektórzy już niebawem spróbują i o tym wiedzą, a inni dopiero się dowiedzą.

9.12
Paskudny dzień. Bolą mnie ręce, boli mnie brzuch, dusza też mnie boli. Myślałam o spacerze na poprawę nastroju, ale leje jak z cebra. Po południu mają przyjechać goście na zjazd rodzinny, a ja najchętniej bym weszła pod kołdrę i udawała, że nie istnieję.

11.12
W nocy napadało śniegu i choć śnieg ma swoje minusy, przynajmniej za oknem jest ładniej.

17.12
Czemu się urodziłaś wraz ze śniegu nastaniem?
Powinno było cię witać kukułki wołanie
Albo winne grona, co w zieleni trwają
Lub chociaż jaskółki, które się zbierają
Do wyścigu ze światem,
By nie umrzeć latem.

Czemu umarłaś, nim owce skończyły skubanie?
Powinno było cię żegnać jabłek z drzew spadanie,
Gdy konika polnego koniec jest już blisko,
A łan pszenny się zmienia w rozmokłe ściernisko
I wiatr cicho zawodzi
Bo słodycz odchodzi.


Christina G. Rossetti, Elegia

Dzięki książce J. K. Rowling "Wołanie kukułki", wydanej pod pseudonimem Robert Galbraith, poznałam taki wiersz. W gruncie rzeczy połowa jest o mnie.

18.12
Dzisiaj jestem chandrowata. Powód jest dość przyziemny: typowe babskie Złe Samopoczucie. Z byle powodu się irytuję i nie mam ochoty na rozmowy z ludźmi (jedynie bardzo, bardzo chciałabym się przytulać), a już najdrobniejsza krytyczna uwaga działa na mnie jak płachta na byka. O mało się nie pobeczałam, gdy mama mnie upomniała, że rozgotuję jajko na twardo. Dlatego po spakowaniu tony rzeczy do pracy wypiłam cappuccino, wlazłam pod kołdrę i wylazłam dopiero o 21:30. Posłuchałam muzyki, poczytałam i ponownie właduję się pod kołdrę.

19.12
Czwarty dzień bez pigułek z hormonami. Jeszcze trzy...
Wczoraj byłam płaczliwa, dzisiaj dla odmiany jestem wredna, złośliwa i czuję ogromną chęć wysłania wszystkich dorosłych na Wenus, na czele z tymi z mojej pracy, żeby ich więcej nie oglądać. (Obiektywnie nic wielkiego mi nie zrobili poza tym, że ciągle ktoś przyłazi i czegoś nowego ode mnie chce, często nie umiejąc dokładnie sprecyzować, czego. Albo ktoś mi coś zleca, a następnie zmienia zdanie o 180 stopni). Ale jakby dzisiaj zaczął się Ragnarok, to też byłabym zadowolona, delikatnie mówiąc. 

20.12
Huśtawka emocjonalna w końcu zatrzymała się w przyjemniejszym punkcie tego całego spektrum nastrojów. Dziś jestem spokojna i wesoła. Miło było w pracy.

21.12
Jest pierwsze popołudnie przerwy świątecznej, a zatem przetrwałam najgorsze cztery miesiące pracy w roku i dożyłam do świąt. Jak zwykle to do mnie nie dociera. Nadszedł czas, żeby z wielką ulgą i poczuciem nieźle spełnionego obowiązku na jedenaście dni wyłączyć obszar mózgu odpowiedzialny za działania wpracowe.
Zacznę chyba od spania - znowu się nie wyspałam, bo śniła mi się wojna.
PS Nie wiem, czy to ma być sugestia, ale w fejsbukowych ikonkach nie znalazłam łóżka, podczas gdy jest nawet trumna.
 

22.12
Dotarła do mnie pocztówka z Namibii, którą zdobyłam w nietypowy sposób - wspierając na portalu crowdfundingowym projekt wydania książki o Namibii. Jest na niej obrazkowy dowcip o gepardzie. Niestety, to jeden z nielicznych przypadków, gdy nie jestem zadowolona z pocztówki z tak rzadkiego kraju. Nie jestem wybredna, jeśli chodzi o pocztówki - zbieram różne motywy: krajobrazy, zabytki, dzikie zwierzęta, ludzi w tradycyjnych strojach lub podczas tradycyjnych zajęć, festiwale, potrawy... Ale pocztówek z dowcipami po prostu nie lubię i nie umiem się do nich przekonać. Tak, wiem, że Namibia to rzadki kraj, a kartka nie jest całkowicie od czapy, bo gepardy w Namibii występują. Na znaczku jest ładna, egzotyczna żaba. Powinnam się cieszyć, że się udało. Mimo wszystko jestem rozczarowana, wolałabym jakiekolwiek zdjęcie z tego kraju i nic na to nie poradzę. Tak, wiem, że to fiksacja.




22.12
Dzisiaj przeżyłam szok. Około 18:20 wyszedł z kokonu attacus.




23.12
Tak bardzo chciałam mieć spokojne, sprzyjające regeneracji święta - no i jak zwykle chciałam za bardzo. Po czterech godzinach spania wyrwały mnie ze snu silne skurcze żołądka, biegunka i wymioty. Musiałam zarazić się w pracy, gdzie od paru dni dużo mówiono o grypie żołądkowej. Bałam się tej grypy jak cho... jak ho ho, a wszyscy mówili, że przesadzam - no, to teraz ciekawe, co by powiedzieli.
Najgorsze ze wszystkiego były wymioty, które w życiu miałam tylko parę razy. Żołądek nie przyjmował picia ani leków do trzynastej, wszystko zwracałam. Dopiero kiedy tata pojechał po lek na wymioty do lekarki, sytuacja ustabilizowała się. Teraz siedzę głodna i słaba, piję elektrolity, a w TV pokazują pieczone kaczki.
Nie wiem, jak będzie reszta przerwy świątecznej wyglądała, i staram się o tym nie myśleć. Takie infekcje zwykle trwają niedługo, ale ja jestem szczupła, więc bardzo mnie osłabiają. Z wielkim trudem poszłam się umyć
.


24.12
Jestem słabiutka, przez pół dnia bolał mnie bardzo brzuch, ale od osiemnastej miałam dobry dzień. A na dworze spadł śnieg - wprawdzie jest go niewiele i zapewne do jutra stopnieje, ale i tak to mały wigilijny cud, bo od paru dni nic nie zapowiadało śniegu, a tu cienka warstewka leży sobie od wieczora.

25.12
Wbrew temu, czego się obawiałam, Wigilia i pierwsze święto minęły spokojnie. W Wigilię przez pół dnia bolał mnie mocno żołądek i raz się rozkleiłam, ale wieczór był równie miły jak rok temu, nie licząc faktu, że zjadłam tylko ryż i kawałek gotowanej ryby. Prezenty też w tym roku były skromniejsze, ale grunt, że byliśmy razem w komplecie. Pamiętając pewien trudny dzień z października, cieszyłam się, że kolejny raz była też z nami przy stole stareńka Piesa.
W Boże Narodzenie zasiadłam nad paczką z filmami Davida Attenborough, które kupił Szczur, w nastroju pod tytułem "Osiołkowi w żłoby dano". Groziło mi, że odpłynę w nadmiar stimów, zanim się zdecyduję na jedną płytę z tego radosnego stosu. W końcu wybrałam pierwszy lepszy, zawołałam tatę i jak za dawnych lat, zanim poszłam do uprzykrzonej szkoły, siedzieliśmy i oglądaliśmy zwierzęta. Myślę, że tacie również dobrze to zrobi od czasu do czasu, bo na emeryturze za dużo przebywa w towarzystwie tzw. normalsów i przejmuje od nich niepokojący nawyk zachwycania się każdym spotkanym berbeciem (brr).
Wieczorem wygrzebałam z szafy 500-elementowe puzzle, które dostałam od Lawendy latem. Bardzo dawno nie układałam puzzli, pomyślałam jednak, że przyda mi się trochę rozrywki umysłowej i treningu uważności, bo po grypie żołądkowej zawsze jestem paranoiczna na punkcie jedzenia. Puzzle przedstawiają obraz Klimta "Portret Adele Bloch-Bauer I". Gdybym to ja wybierała motyw, wybrałabym zapewne coś innego (średnio lubię obrazy Klimta, ponieważ kojarzą mi się z domem moich znajomych z czasów, zanim się rozwiedli), ale skoro takie mam, takie zostaną ułożone. Na razie ułożyłam głowę i dekolt Adele, żeby pozbyć się najjaśniejszych i najciemniejszych puzzli - szybko poszło. Ale z tłem, pełnym typowych dla Klimta barw i wzorów, będzie trudniejsza zabawa
.


26.12
Choinkowy Atek.




31.12
Udało mi się przyjechać do Nory na Sylwestra.
Powszelatek powiedział o przygotowanym przeze mnie obiedzie: "Wygląda trochę, jakby ktoś już raz to zjadł, ale jest dobre". W sumie to jest dobre określenie na wszystko, co sobie robię do jedzenia.
Dzisiaj na spacerze po najbliższej okolicy Nory zobaczyłam takie drzewko. Młode drzewko wyrastające ze zniszczonego pnia...
Może to ładna metafora na nowy rok (choć ludzkie kalendarze są czysto umowne). 





2.01
Jestem zła na siebie, bo zgubiłam rękawiczkę, wysiadając z auta po ciemku. Niby nic wielkiego, ale miałam tylko trzy pary rękawiczek, które nie mają ściągaczy i od których mi nie puchną stawy w nadgarstkach. Jedne są bardzo grube, na większy mróz, a w pozostałych chodzę od jesieni do wiosny, aż robi się mi subiektywnie ciepło w ręce (czyli długo). Nie wiem, skąd ja wytrzasnę takie rękawiczki bez ściągaczy, które w dodatku nie są grube i dają radę też na wiosnę.
Co ciekawe, akurat parę dni temu Szczurowi się śniło, że zgubił moje rękawiczki i byłam na niego zła, mimo że była wojna - a to były właśnie te rękawiczki. Tyle że nie Szczur zgubił... 


4.01
Wraz z powrotem do pracy zaczęły się moje typowe problemy ze snem. W czasie przerwy świątecznej spałam codziennie po siedem godzin, nieprzerwanie. Tymczasem wczoraj nie umiałam zasnąć i przespałam może dwie, trzy godziny. Z kolei dzisiaj zasnęłam o czasie, ale obudziłam się po pięciu godzinach snu i już nie umiałam usnąć. Takie wybudzanie bez możliwości dalszego snu jest u mnie większym problemem niż zasypianie. Melatonina ani inne leki nie sprawiają, że się nie wybudzam. 

8.01
W ostatnich dniach zdarzyło się, oprócz choroby Szczura, także kilka znacznie milszych niespodzianek okołourodzinowych.
Zaczęło się w piątek, gdy dostałam od Marka kalendarz z pięknymi zdjęciami jego autorstwa - akurat w momencie, gdy brak kalendarza zaczynał mi doskwierać, ale nie umiałam się zdecydować. Na urodziny dostałam od rodziców ocieplaną bluzkę ukochanej marki Crivit, "Tajemnice Wichrowych Wzgórz", kwiatek doniczkowy i moje ulubione pierniki korzenne (o których pisałam nawet na blogu). Było też dużo fajnych życzeń od znajomych, niektóre nawet motylowe. A dzisiaj po powrocie do domu zastałam kartkę od Dagmary. Cudowna! Pamiętam ten obrazek, już go kiedyś u niej widziałam i mówiłam, że przepiękny!
W tym roku to w ogóle jakiś prezentowy szał, bo już przed Sylwestrem dostałam od Szczura ogromne puzzle, a od Powszelatka artykuł z dedykacją na Wikipedii. I prezentów wykonanych samodzielnie wyjątkowo dużo, a one są przecież rewelacyjne
!



 
  
9.01
Zaczęłam oglądać Inuyashę i na razie zastanawiam się, czy na pewno dam radę wytrzymać ponad sto sześćdziesiąt odcinków z tytułowym Inuyashą, który zachowuje się totalnie jak mój kumpel kilka lat wstecz. Gość na okrągło a to pręży muskuły, a to się focha, a to kogoś ratuje, po czym się znowu focha. Mam globalne deja vu, bo tak wyglądały trzy lata moich studiów - non stop żeśmy się żarli, po czym on przychodził jakby nigdy nic. Tyyyle razy miałam ochotę go wystrzelić w kosmos, a gdy się obrażał, bałam się, że tym razem to już na zawsze, po czym wracał i po parunastu dniach znowu miałam ochotę go wystrzelić w kosmos. Myślałam zawsze, że tylko mnie bogowie tym pokarali. 
Nie wiem, jak to możliwe, ale chyba tylko dzięki temu przeżyłam lata 2011-2015.

11.01
Mój ulubiony moment w tygodniu? Nie jestem oryginalna - piątek po powrocie z pracy...




13.01
Szczur przyjechał tym razem. Wczoraj pojechaliśmy do salonu, gdzie przedłużyłam umowę i wybrałam nowy telefon - cieszę się, że Szczur ze mną był, bo nie lubię załatwiać tego typu spraw i dobrze mieć to już za sobą. W salonie było OK, po prostu mnie zmiany takie jak zmiana urządzeń, gdzie mam wszystko w szczegółach ustawione pod swoje potrzeby, stresują. Teraz oswajam telefon i w związku z tym mogą mi się zdarzać gafy jak nieplanowane machanie do ludzi na fejsie.
Dzisiaj pojechaliśmy zobaczyć tegoroczną żywą szopkę i wpłacić na WOŚP, po czym wybraliśmy się do Gliwic na wystawę figur stalowych. Na wystawie najbardziej podobało mi się siedzenie na tronie z "Gry o tron", mimo że ta seria mnie nie pociąga. Tron, wbrew pozorom, był wygodny. Nie ma jak właściwy człowiek na właściwym miejscu
.


14.01
Dostałam pocztówkę z Gwinei-Bissau. Na tę pocztówkę czekałam od sierpnia, a na samo jej wysłanie chyba dwa lata (Postcrosser, który zaoferował kartki z tego kraju, miał przez pewien czas poważne problemy zdrowotne i zniknął z netu). Warto było!

16.01
Ostatnio bardzo mi zasmakowały suszone pomidory. Bardzo chciałabym spróbować takie zrobić. Zna ktoś jakiś sprawdzony przepis na coś innego niż pizza, gdzie można je wykorzystać? Mniam-mniam.
Przedwczoraj i wczoraj były niezwykłe dni. Po pierwsze dlatego, że przez dwa dni walczyliśmy ze śnieżycami. Głównych dróg biegnących przez wieś nie odśnieżono należycie i samochody nie potrafiły wjechać pod górkę. Tata Rosomaka dzwonił po kilka razy dziennie do odpowiednich służb. Na parkingu wpracowym rozgrywały się dantejskie sceny, podobnie w naszej małej ślepej uliczce. W poniedziałek trzeba było zostawić samochód na głównej ulicy i do domu dojść pieszo, we wtorek z kolei wracałam taksówką, ponieważ tata bał się prowadzić, a ja miałam do przewiezienia dużą paczkę z fontanną pokojową.
Tak, fontannę już dostałam. Lubię patrzeć, jak woda płynie, a jeszcze bardziej lubię tego słuchać. Myślę, że zgodnie z moimi przewidywaniami Kula będzie mi pomagać w stanach lękowych. Poza tym ładna z niej ozdoba pokoju. Bestia póki co boi się fontanny, podchodzi tylko na odległość kilkudziesięciu centymetrów
.


19.01
Szczur opowiada mi o pewnym trollu, który atakuje jedno z jego ulubionych forów tematycznych. Osobnik ten jest ciągle banowany, ale wraca na nowo pod innymi nickami.
Ja: Podobny troll był kiedyś na forum fanów Musierowicz. Nazywał się LezboBimbo.
Szczur: Jak? Hahaha!
Ja: I tak dobrze, że nie LezboDambo.
Sz.: No, to by już było rasistowskie.
Ja: Nie Bambo, tylko Dambo! W książkach Musierowicz był facet o ksywce Dambo. Nazywali go tak, bo miał odstające uszy.
Sz.: A już myślałem, że długą trąbę.
Ja: Oj, bo wstawię to do netu.
Sz.: Wstaw.

20.01
Podliczyłam, że w zeszłym roku zrobiłam ponad 700 zdjęć gąsienic, poczwarek i motyli.
Nie wiem, ile zrobiłam sobie czy innym ludziom, ale znacznie mniej.  


21.01
Bestia dostała ode mnie nową kanadyjską karmę - Acana Pacifica. Ponoć składa się ona w 75% z ryb.
Tata Rosomaka donosi, że Bestia tak się pchała, czując zapach tej karmy, że było mu trudno przesypać karmę do worków. 
 
22.01
Znalazłam w bibliotecznej szafie płyty z muzyką przeznaczoną rzekomo do medytacji. Okładki wyglądały bardzo relaksująco. Coś mnie podkusiło i wypożyczyłam jedną.
Okazało się, że ta muzyka jest tak niepokojąca i depresyjna, że prędzej bym przy tym dostała stanu lękowego niż dała radę medytować, a dzieciom to w ogóle wolę tego nie puszczać.

23.01
Ten moment, kiedy o 23:55 Twój tata (śpiący piętro niżej) dzwoni na komórkę i lecisz przez całe piętro odebrać, z duszą na ramieniu, czy wszystko OK, a on mówi, że zapomniał, na którą jutro jedziemy samochodem (choć mu przypominałam)...
I z tego powodu potencjalnie budzi innych o 23:55.

25.01
No, to weekend!
Teraz tradycyjnie gorąca kąpiel, czekoladowe cappuccino i kocyk, a plan na wieczór to laptopik, książeczki, motyl i święty spokój od wychodzenia na mróz.
Dostałam piękną pocztówkę z Turcji, w dodatku z niesamowicie długą i miłą wiadomością... po polsku. Facet, który wysłał kartkę, był w Polsce na wymianie studenckiej. Napisał, że kocha Polskę. Tak to wymiany pocztówkowe bywają zaskakujące.

27.01
Nie mam chęci na nic.

29.01
Jutro wizyta u dentystki...
I nawet fakt, że mam najfajniejszą, najbardziej wyrozumiałą dentystkę na świecie, u której mogę słuchać muzyki z mp3 i siedzieć z gniotkiem, i nikt się ze mnie nie śmieje, nie zmienia faktu, że się zwyczajnie strasznie boję. Jak zawsze. Mam koszmarną nadwrażliwość na dotyk w jamie ustnej i to zawsze jest sensoryczny koszmar, muszę brać dużą dawkę leku przeciwlękowego, po wizycie przez parę dni mnie wszystko w gębie boli, a z ranek w jamie ustnej najczęściej robią mi się afty i nic nie jest w stanie mnie nastroić optymistycznie.
Dzisiaj w pracy miałam takie myśli jak Poirot przed wizytą u dentysty, kiedy to owszem, zapisał się, dzielnie wyszykował, ale do ostatniej chwili miał nadzieję, że dentyście jednak coś wypadnie. Siedziałam, co pewien czas patrzyłam na zegarek i myślałam sobie, że coś długo dziś nie dzwonią potwierdzić wizyty, to może jeszcze jest nadzieja... Może będzie trzeba jeszcze raz się umówić na po feriach... Może dentystka się przeziębiła. Może daty pomylili jak kiedyś. A nuż widelec, a może łyżka...
No i trąba, zadzwonili
.


3.02
Kiepski dzień. Dobrze, że Szczur nie przyjechał, bo by się wynudził tylko. Po tygodniu pełnym stresu i zażyciu leku na stawy brzuch odmówił posłuszeństwa. Nie umiem się niczym zająć, bo ciągle muszę przerywać czynność w celu odwiedzenia miejsca, gdzie król chodzi piechotą. Niedziela upływa mi właśnie tam w towarzystwie książek autorstwa entomologa i stewardessy.

7.02
Skończył się styczeń, który był dla mnie bardzo dobrym miesiącem, zwłaszcza psychicznie i emocjonalnie. Tylko dwa razy miałam większy stan lękowy, w domu nie było problemów, a w pracy po pewnych sporych zmianach szybko się odnalazłam i poczułam się bardzo dobrze. Dopiero przełom stycznia i lutego niemożebnie mi dowalił. Najpierw stało się coś, co mną wstrząsnęło w kontekście mojego hobby, potem była wizyta u dentysty i lęk, aż wreszcie ni z gruchy, ni z pietruchy straciłam osobę, o której przez dłuższy czas (choć nie bardzo długi) myślałam jako o kimś bliskim. Po dwóch pierwszych zdarzeniach już się otrzepałam, po trzecim na razie nie potrafię.
Ale życie toczy się dalej. Minęły jedna wpracowa impreza, druga wpracowa impreza i pełne burzliwych dyskusji zebranie, za dwa dni ferie. Chciałabym, żeby ten czas dał mi ukojenie i zapomnienie. Chciałabym zbudować jakieś podwaliny, żeby za jakiś czas odzyskać znowu po trochu wiarę w człowieka. Niestety za każdym razem potrzebuję go więcej i więcej. I za każdym razem coraz trudniej mi otwierać się na kogoś nowego.
"Dziwny przypadek psa nocną porą" to może nie jest najbardziej udana książka o osobie ze spektrum, ale jest w niej co najmniej jeden dobry cytat: "Znowu komuś zaufałem i znowu efekt był taki, jak zwykle."


11.02
Na rozpoczęcie ferii wyciągnęłam Szczura do egzotarium. Bardzo lubię tam jeździć, bo widok zwierząt mnie relaksuje i wprawia w dobry nastrój. Tak też było i tym razem. Śmialiśmy się z ryb przypuszczających na siebie gębowe ataki i dziwiliśmy się agamie, która przez 3 godziny siedziała w jednej pozycji. Gdy kucnęłam przed legwanami, jeden z nich podszedł do szyby, po czym zaczął się przed nią prężyć i wysuwać język - nie znam się na zachowaniu legwanów, może kojarzyła mu się ta sytuacja z karmieniem, a może z drapieżnikiem? Kajmany, jak zwykle, ignorowały zwiedzających. Pod lampą wylegiwał się też legwan numer dwa. Na jego widok stwierdziłam, że tak właśnie zamierzam spędzić ferie. 






Wczorajszy dzień - dzień podróży do Nory - był jak zwykle nieco bardziej nerwowy, ale podróż okazała się bezproblemowa. Szczur cieszył się z niewielkiej liczby użytkowników dróg, szczególnie tirów. Większość podróży przegadaliśmy, bo po dwóch tygodniach bez widywania się było o czym opowiadać.
Po przyjeździe poczułam znajome odprężenie, które towarzyszy mi do teraz.  Bardzo dobrze mi się spało w "moim" tutejszym łóżku (de facto jest to szczurze łóżko). W Warszawie niebrzydka pogoda, nie ma obecnie śniegu, zza chmur wygląda słońce. Mam zamiar cieszyć się spokojem, możliwością zapomnienia o pracy i tym, że oprócz robienia sobie posiłków nie mam stałych obowiązków. Żeby walczyć z dopadającym mnie czasami smutkiem po utracie kogoś bliskiego, zabrałam sporo rzeczy: kilka książek, puzzle, stary zeszyt do hiszpańskiego, poradnik na temat fotografii cyfrowej od kuzyna, laptopa, pocztówki, filmy Davida Attenborough, materiały ze studiów do czytania, trochę papieru do origami. Aż nie wiadomo, za co się zabrać najpierw, a przecież można jeszcze wychodzić z domu. Zapewne połowy rzeczy, które chciałabym zrobić, nie zrobię, bo będę się lenić, ale świadomość tylu możliwości sama w sobie jest przyjemna.

12.02
Człowiek uczy się w przeróżnych okolicznościach. Dzisiaj poznałam nowe pojęcie: bajka ajtiologiczna. I nie, nie jest to wcale taka, nad którą się robi "aj, aj, aj".

13.02
Tak jak zaplanowałam, siedzę sobie w Norce i nadrabiam zaległości w czytaniu (aktualnie czytam o motylach oraz o literaturze dziecięcej), oglądaniu anime i filmów przyrodniczych. Staram się nie myśleć o tym, co złe, i skupiać się na teraźniejszości, choć nie zawsze mi wychodzi. Sporo czasu zajmuje mi przygotowywanie dla siebie posiłków. Czasem mnie to odpręża, gdy robię coś, co już potrafię. Czasem odpręża mnie nawet zmywanie naczyń. Codziennie w południe wychodzę na około pół godziny na spacer, najczęściej idę wtedy przywitać się z kaczkami w fosie. Na wczorajszym spacerze odkryłam stanowisko do bookcrossingu; pogrzebałam tam, ale nie zabrałam żadnej książki, bo mam sporo własnych do czytania. Dobrze jednak wiedzieć, że tam jest.
Pierwszej nocy miałam zabawny sen. Śniło mi się, że Szczur mnie poinformował, że będzie wynajmował pokój koleżance, Paulinie. Zapytałam, czy chodzi o Paulinę, którą znam, na co on odpowiedział, że koleżance z pracy. Byłam zła, bo nie chciałam, żeby jakaś koleżanka z pracy pomieszkiwała u Szczura, gdy jestem daleko.
Postanowiłam, że jeśli mi się nie znudzi, codziennie wylosuję i wypiszę pocztówkę na Postcrossingu lub PostcardUnited. Wczoraj wysłałam pierwszą porcję: do Rosji i do Słupska (na PU losuje się także osoby z własnego państwa).
Wczoraj ubrałam się na czarno, żeby podobać się Szczurowi. Szczur jednak raczej tego nie zauważył, bo trzeba było pojechać do galerii handlowej, co go bardzo zmęczyło. Zrobiłam więc zapas kotlecików z soczewicy, zamroziłam mięso, a potem zrobiłam tosty z mozarellą. I w ciągu tych może dwóch godzin zdążyłam ufajdać sobie ładne czarne gacie masłem, a bluzkę czekoladą. Soczewicę zaś znalazłam nawet na baterii w zlewie. Brawo ja.
Podczas wczorajszego spaceru czułam się tak, jakby miał spaść śnieg. Wisiało to w powietrzu. I dzisiaj, ledwie odsłoniłam żaluzje, zobaczyłam, że rzeczywiście zaczął padać, póki co dość drobny.


15.02
Szczur: Ja trochę poczytałem o tej aferze Gamers Gate i wiesz, co podobno jest dowodem na seksizm graczy?
Ja: Co?
Sz.: Że w Mario Bros dwóch hydraulików w krainie grzybów ratuje księżniczkę.
Ja: To w takim razie wszystkie baśnie i bajki do czasów Mulan, Meridy są seksistowskie.
Sz.: No. Niedługo jeszcze powiedzą, że w Mario jest znęcanie się nad zwierzętami.
Ja: Mnie tam było zawsze bardziej żal tych żółwi niż księżniczki.

Fejsbuk od wczoraj proponuje mi jakiegoś posta o prezentach walentynkowych z nieznanego mi bloga o psychoterapii dla par. U nas tymczasem w walentynki nie było typowych prezentów. Nie było też szans na wieczór sam na sam, bo nocowała u nas mama Szczura. Ponieważ nie udało nam się dojechać w żadne z miejsc, gdzie Szczur chciał mnie zabrać wieczorem, wstąpiliśmy do sklepu z klockami Lego i Szczur kupił dla nas ludziki Lego z uniwersum HP. Ludziki losowaliśmy - nie wiadomo było, jaki się trafi. Najzabawniejsze, że Szczur wylosował Rona ze szczurem Parszywkiem w zestawie! Ode mnie gryzoń dostał z kolei przekąski i gniotka.




Poza tym zrobiłam sobie przepyszny obiad i galaretkę wiśniową, kupiłam słodycze i bukiet tulipanów, które postawiłam w kuflu na stole, bo nie umiałam znaleźć wazonu. Tak, sama je kupiłam. I wiecie co? Było w Norze miło. Było miło, bo tak chciałam.
Dzisiaj z kolei Szczur wyciągnął mnie na pierwszą w życiu imprezę w towarzystwie osób ze znanego mu kręgu miłośników BDSM. Zważywszy że nie siedzę jakoś szczególnie mocno w klimatach BDSM - lubię tylko elementy i to bardzo delikatne, nic hardkorowego - zastanawiałam się, czy pójść. W mojej głowie przeważyło szalę chyba to, że sporo tam również osób LGBTQ. Byliśmy tam krótko, w ramach oswajania mnie z nowym miejscem, ale nie czułam się źle. Stwierdziłam, że taka impreza, wbrew temu, co ktoś z zewnątrz mógłby sobie wyobrażać, jest spokojniejsza niż przeciętna przerwa na wydziałowym korytarzu. Serio. Muzyka w owym klubie nie jest zła (rock, ale nie bardzo ciężki), słodkie drinki są słodkie, atmosfera luzacka, a ludzie kulturalnie rozmawiają zamiast drzeć paszczęki. Zdarzało mi się o wiele gorzej czuć na typowej rodzinnej imprezie, na przykład na urodzinach u wuja.

16.02
Szczur poszedł do mojego pokoju z laptopem.
Szczur: Oj. Spadła ci bułka.
Ja: Pewnie nie sama spadła, tylko zrzuciłeś.
Sz.: Nie, no sama. Ja nie rzucam jedzeniem.
Ja: Ja tam nie wiem.
Sz.: Z produktów spożywczych rzucam tylko mięsem.
To fakt - czasem mięsem rzuca, i to obficie.
 

17.02
Pozostaliśmy w klimatach erotycznych i wybraliśmy się dzisiaj do escape roomu o wiele mówiącej nazwie "Sex Room". W tym pokoju wcieliliśmy się w detektywów, których zadaniem było odnalezienie kilku przedmiotów należących do pani lekkich obyczajów szantażującej swojego klienta. Udało nam się wyjść na kilka minut przed czasem.
Szczur kazał napisać, że ten pokój ma wartość dydaktyczną - fabuła może skutecznie zniechęcić kogoś do korzystania z przybytków wątpliwej rozkoszy i niewątpliwej rzeżączki. 

18.02
Pierwszy raz od dawna piszę po kawałku notkę stricte okołoautystyczną - o życiu seksualnym. Nie wiem, co z tego wyjdzie. Szczur ostro mnie motywował w ten weekend poprzez udział w nietypowych wyjściach. Od dawna chciałam ją napisać, bo brakuje mi podejmowania tego tematu w kontekstach innych niż molestowanie seksualne i masturbacja osób z ASD (per "trudne zachowania"). Jest tyle innych rzeczy, które chciałabym powiedzieć. Na razie jednak trochę mi z tym dziwnie. 

19.02
W grupie do poszukiwania penpali, w której jestem, pojawiło się ogłoszenie od Szwedki ze spektrum - mojej rówieśnicy (nie dość, że urodziła się w tym samym roku co ja, to zaledwie kilka dni przede mną). Napisałam. Ciekawe, czy odpowie.
Zaczęłam też grać ze Szczurem w "Baldur's Gate". Z koboldami radzimy sobie nieźle, ale mamy problemy z ludźmi. Całkiem jak w życiu.

22.02
Z rozmowy telefonicznej z tatą:
- Słyszałam, że ciągle gdzieś gościcie pod moją nieobecność - a to jesteście u cioci W., a to u cioci A...
- To mama tak się lubi gościć! Ja wcale tak nie lubię się gościć!

26.02
Kiedy wiesz, że komuś, na kim ci bardzo zależało, jest źle, i nie możesz nic zrobić, nawet po prostu być, bo z własnej woli cię wyrzucił ze swojego życia... tobie też jest źle, choć wiesz, że trzeba to przeżyć.

27.02
Znalazłam zdjęcie swojej ukochanej wysłużonej "eko-torby" z czasów, gdy jeszcze sporo rysowałam, zrobione tuż po tym, jak ją ozdobiłam. Myślałam, że tego zdjęcia już nigdzie nie mam, znalazłam je przypadkowo. Mówiłam o tej torbie paru osobom, ale pewnie już nie pamiętają, bo nie miałam wtedy foty.
Piosenka z torby była dla mnie jak coś w rodzaju motta, kiedy byłam nastolatką. Nawiązuje do historii Everetta Ruessa. Kiedy człowiek ma kilkanaście lat, często marzy o dziwnych rzeczach. Ja marzyłam, żeby się wykształcić i zniknąć z cywilizowanego świata.





Powrót z ferii okazał się mniej bolesny niż sądziłam, a już na pewno mniej bolesny niż w ostatnich latach. Praca ostatnio mi służy.
Oprócz escape roomu i imprezy w klubie, zaliczyłam jeszcze - w ostatni weekend - małą wystawę Muzeum Techniki oraz Muzeum Domków dla Lalek. To ostatnie było tak relaksujące w sposób, który lubię, że aż się dziwię, że nie wybrałam się tam wcześniej. Jeśli lubicie oglądać maleńkie, ale piękne, dopracowane kompozycje, wyłapywanie szczegółów cieszących oko i porównywanie architektury różnych państw, koniecznie musicie tam zawitać.
Bilans ferii jest w tym roku korzystny także pod innymi względami. Przeczytałam jedną opasłą lekturę z podyplomówki i parę innych fajnych książek (m.in. "Dlaczego motyl zjada muchę" - boskie!), przyrządziłam sobie jedenaście obiadów (przy czym bardzo polubiłam pieczenie), obejrzałam parę odcinków anime i filmów dokumentalnych. Wysłałam siedem pocztówek i choć początkowo planowałam pisać po jednej dziennie, to i tak bardzo dużo naraz jak na mnie. Zgodnie z postanowieniem, codziennie troszkę spacerowałam, na ogół odwiedzając kaczki z fosy. Grałam ze Szczurem we "Wrota Baldura", choć de facto to on gra, a ja tylko podejmuję z nim decyzje i mu doradzam. Kupiłam sobie parę nowych ciuchów w galerii, wykorzystując deszczowy czwartek, plus parę innych rzeczy przez Internet. Przede wszystkim zaś spałam do późna i żyłam w atmosferze totalnego, niczym nieskrępowanego luzu (no, wyłączając może dwa dni wizyty szczurzych rodziców, które zawsze podnoszą mi poziom adrenaliny), a taka atmosfera jest nie do przecenienia. Na ile umiałam, otrzepałam się po niedawnych wydarzeniach, które mnie zabolały. Po takiej dawce czasu dla siebie, spokoju, ciszy zawsze przez pewien czas jestem lepszym człowiekiem.
W domu czekały na mnie cały pęk pięknych pocztówek (w tym jedna z kardynałem i jedna z Mali), jeden wybitnie stęskniony kocur, jeden pies, a także... wiadomość, że Tata od 2 tygodni nie pali papierosów. To nie jest pierwsza próba rzucania nałogu przez Tatę, w szczytowym momencie wytrzymał aż pół roku. Cukrzyca i psychika zbliżona do mojej nie ułatwiają mu zadania, jest jednak bardzo zdeterminowany. W gorszych chwilach chodzi po domu tanecznym krokiem i wymachuje kończynami. Proszę trzymać za Tatę kciuki oraz duże palce u nóg.
 

28.02
Śmieci to ostatnio coraz większy problem w okolicy. Dziś znowu odkryłam, że są śmieci obok naszego podwórka - jakiś niebieski wór, papierek po Snickersie... Nigdy tu nie było tyle śmieci, co ostatnio, więc siłą rzeczy podejrzewam nieporządnych sąsiadów z lewej, choć teoretycznie wiatr też mógł je przywiać. Bo idioci przyjeżdżają samochodami z miast i wyrzucają śmieci pod lasem.

Nadszedł taki piękny dzień, gdy weszłam na fejsa i ujrzałam, że tablica pierwszy raz nie jest zdominowana przez tematykę dzieciowo-ciążową. Zamiast dzieci koleżanek ze studiów na podłodze i w fotelikach, na śniegu i na trawie, "baby showers" w restauracji, ciążowych brzuszków, sprzedawanych na grupach zabawek zobaczyłam... pączki. Pączki na talerzach i na grafikach, z dziurkami i bez, z lukrem i z cukrem pudrem, z rączkami i bez rączek. Ludzi gładzących się po brzuchach, acz nie ciążowych, a wypchanych słodkościami. Wielką pochwałę obżarstwa.
Ale nie łudzę się - o północy czar pryśnie. Jutro Kopciuszki zaczną się odchudzać i wszystko wróci do normy.

Dzisiaj dotarły zamówione ciuchy. Niestety, doszło do jakiejś pomyłki przy pakowaniu i zamiast ładnego czarnego żakietu, który sobie upatrzyłam, dostałam... biustonosz. W rozmiarze 90D. Taki biustonosz mogłabym sobie włożyć tylko i wyłącznie na głowę, dlatego przez cały dzień leży na stole, a ja i mama nabożnie go kontemplujemy.
Tata, który odebrał paczkę, myślał w pierwszej chwili, że zamiast żakietu dostałam czapkę. Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu zobaczył w swoim domu ową część garderoby w rozmiarze innym niż A.
Aldona rano napisała, że trzeba zjeść pączków do pary, ponieważ wtedy biust urośnie. Ja na razie nie widzę różnicy, ale jakby jednak taki cud miał się zdarzyć, to przynajmniej stanik już jest.
  

 

niedziela, 21 kwietnia 2019

[75] W świecie zabawek


Koniec marca i trzy tygodnie kwietnia to był dla mnie niełatwy czas, mimo że ostatecznie jestem z tego okresu zadowolona. Postanowiłam sobie, że w kwietniu załatwię większość ważnych Życiowych Spraw, i załatwiłam.

Najbardziej stresowały mnie, jak zwykle, kwestie zdrowotne. Zrobiłam podstawowe badania i odwiedziłam czterech lekarzy, w tym dwóch najbardziej stresujących mnie specjalistów. Został już tylko jeden ważny lekarz plus dalszy ciąg (niestety) leczenia u dentysty. 

Poza tym zaliczyłam praktyki, nauczyłam się sama ogarniać PIT (kolega ojca zawsze pomagał całej naszej rodzinie się rozliczyć, ale wyjechał za granicę, dlatego przyszedł czas wziąć to na siebie), uporządkowałam swoje dokumenty, zorganizowałam imprezę w pracy. Zwierzaki zostały odrobaczone, zaszczepione, a zatem wszystko mają aktualne i mogą niedługo zaczynać sezon na spacery. Moja kochana stara drukarka została naprawiona, ku mojemu zdziwieniu kosztowało to niewiele - oby działała jak najdłużej. Pozbyłam się paru gratów. Przygotowałam i oddałam ponad sto zdjęć do wywołania. Załatwiłam też parę mniejszych zaległych spraw, jak książki czy listy do wysłania. Zostały mi wizyta u fotografa i wyrobienie nowych dokumentów tożsamości, a późną wiosną egzamin. 

Kto zna spektrowe preferencje, ten się domyśla, jak bardzo "kocham" załatwiać Życiowe Sprawy, zwłaszcza gdy trzeba po kilka razy rozmawiać z obcymi ludźmi, telefonować i tak dalej. Zresztą, myślę, że i neurotypowi nie przepadają za takimi rzeczami, a w kolejce do lekarza czy urzędu każdy dorosły rozmyśla, jak bardzo wolałby w tym czasie robić coś przyjemniejszego - normalka.

Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że tyyyle już załatwione, zwłaszcza ci najbardziej stresujący lekarze. Cieszę się tak bardzo, że aż musiałam sobie to wszystko wypisać, żeby uwierzyć.

Plany na najbliższy czas: zacząć sezon na motyle i podróże! :-)

A w międzyczasie postanowiłam zachomikować tu parę wspomnień, żeby w ramach kontrastu do wyżej wspomnianej "dorosłej" rzeczywistości zaprosić wszystkich chętnych do świata... zabawek.


Kto ma ochotę na długą podróż sentymentalną do lat swojego dzieciństwa, powinien wybrać się do Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach. Zgromadzono tam całe rzesze zabawek, począwszy od eksponatów z końca XVIII wieku, a skończywszy na współczesnych. Najbardziej ubawiliśmy się ze Szczurem na wystawie poświęconej zabawkom z lat 80-tych i 90-tych, gdzie co krok wydawaliśmy okrzyki: "O, pamiętam to!", "Miałem taki sam", "Taką samą grę mieliśmy w przeszkolu!". Bardzo żałuję, że nie przywiozłam stamtąd choć kilku przyzwoitych zdjęć, bo nie dysponowałam jeszcze wtedy swoim obecnym aparatem i musiałam używać telefonu. Tych kilka zdjęć, które mam, nie oddaje ani ułamka magicznej atmosfery Muzeum.
Zastanowiły mnie... a właściwie poruszyły, losy zabawek, które pamiętają II wojnę światową. Wiele z nich zostało oddanych do muzeum przez ich właścicieli, którzy przeżyli wojnę, dorośli i postanowili podzielić się z innymi historią swojej ukochanej (często jedynej!) zabawki.
Zaskoczył mnie... widok drewnianej kaczki na kółkach, ponieważ miałam niemal identyczną we wczesnym dzieciństwie. Wiąże się z nią cała historyjka. Jako trzy-, czterolatka bardzo lubiłam tę zabawkę, codziennie wlokłam ją za sobą na spacerach. Pewnego dnia zezłościłam się o coś na moją mamę i pod wpływem emocji przerzuciłam kaczkę przez płot, na pierwszą lepszą działkę. W tamtym okresie przerzucanie różnych przedmiotów przez ogrodzenia bardzo mnie bawiło. Lubiłam, gdy dorosłych to denerwowało. Mama jednak nie rozgniewała się, tylko zastosowała metodę naturalnych konsekwencji - nie poszła do właściciela działki poprosić o kaczkę. Już nigdy tej zabawki nie odzyskałam. Do dziś pamiętam swoje zdziwienie, gdy sobie uświadomiłam, że straciłam kaczkę. Zupełnie się tego nie spodziewałam.
Rozśmieszył mnie... pewien list, który napisał do telewizji "chłopiec w średnim wieku". Ja tam nigdy nie narzekałam na nudę, potrafiłam robić sobie zabawki z niczego. Ciekawe, czy współcześnie autor listu znalazłby dla siebie na rynku coś wystarczająco "sęsownego"?








W Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie można zwiedzić, poza mniej lub bardziej ciekawymi wystawami czasowymi, również kilka muzeów mających tam swoją stałą siedzibę. Jednym z nich jest Muzeum Domków dla Lalek. Jeżeli komuś się wydaje, że nazwa ta sugeruje coś ciężkostrawnego dla wszystkich oprócz małych dziewczynek, a już na pewno dla facetów - nic bardziej mylnego!  Zamknięte w gablotach domki to prawdziwe dzieła sztuki, które zachwycają detalami, pomysłowością i starannością wykonania, a zarazem miniatury opowiadające historie z minionych epok i odległych krajów. 
Zastanowiło mnie... że wiele domków zostało wykonanych własnoręcznie przez ojców dla dzieci. Ilu rodziców w XXI-wiecznej Europie, w czasach podejścia "masz tu tablet, pobaw się", samodzielnie zrobiło jakąś zabawkę dla swojego dziecka? 
Zaskoczyły mnie... domki o tematyce sakralnej, zwłaszcza te, które ze szczegółami przedstawiają... pogrzeby.
Rozśmieszyła mnie... szczurza szkoła. Oczywiście ja i Szczur nie mogliśmy przejść obok niej obojętnie. Gdyby się dało, zapewne byśmy taką kupili.











Wystawę budowli z klocków Lego widziałam już dwa razy, w dodatku w dwóch różnych miastach, ponieważ ta ogromna wystawa po każdej zmianie eksponatów zatrzymuje się w większych miastach w całej Polsce. A zobaczyć na niej można chyba wszystko, co przychodzi człowiekowi do głowy: repliki słynnych budowli, pojazdy, ludzi zasłużonych dla sztuki, nauki i sportu, wydarzenia historyczne, postaci i budowle z książek, filmów, seriali, gier... Samych tylko smoków (uwielbiam smoki!) doliczyłam się chyba dziesięciu. Każdy znajdzie coś dla siebie.
Zastanowiło mnie... czy jest coś, czego nie da się zbudować z klocków Lego? Prawdę mówiąc, wątpię. Ostatnio hitem był największy na świecie Titanic z klocków Lego, składający się z pięciuset tysięcy elementów. Nie sfotografowałam go, bo nie mieścił się w kadrze.
Zaskoczyła mnie... część poświęcona ludzkiemu ciału, gdzie zaprezentowano między innymi budowę serca, szkieletu, układu pokarmowego, mózgu, krwi. Myślę, że może to być dla dzieciaków niezapomniana lekcja anatomii... pod warunkiem, że uda się je na chwilę odciągnąć od Dartha Vadera czy Hogwartu.
Rozśmieszyły mnie... postaci z Doliny Muminków. Książki z cyklu o Muminkach były pierwszymi bardziej wymagającymi (dużo tekstu, mało ilustracji) książkami, jakie przeczytałam. Mam do nich sentyment. Wiecie, że Bobek w ogóle się w oryginale nie pojawia? Stworzono go na potrzeby animacji.














Niestety, nie wszystkie zabawki mają tyle szczęścia, by na starość trafić w kolejne przyjazne ręce lub do muzeum. Zdarza mi się spotykać takie okazy na spacerach - porzucone na ulicy, w lesie, nawet powieszone na drzewach. Na niektóre aż przykro patrzeć, bo ząb czasu zdążył porządnie je nadgryźć. Nie zawsze są w jednym kawałku. Czasami wyglądają tak dziwacznie, że przywodzą na myśl słynną meksykańską Wyspę Lalek, jak ta głowa lalki napotkana w lesie. 

Czy zabawki zasługują na godną starość? Tak postawione pytanie może się wydać śmieszne, zwłaszcza że ogólnie mamy jako gatunek wielki problem ze starością - a to słyszy się o dziadkach oddawanych do szpitala na święta, a to o porzuconych stareńkich zwierzętach, to znowu o zabiegach mających przedłużyć młodość. Nie ulega jednak wątpliwości, że lasy zasługują na więcej szacunku. I że nie brakuje ludzi chętnych dać zabawkom nowe życie.






sobota, 6 kwietnia 2019

[74] Jak Szczur odczarował Zakopane


Od dawna obiecywałam sobie, że napiszę o moim pierwszym od lat wyjeździe w Tatry, i jakoś nie potrafiłam się do tego zabrać. Po pierwsze, z Zakopanego przywiozłam mnóstwo zdjęć, z których trudno było mi wybrać rozsądną ilość do opublikowania. Po drugie, moje pamiętniki z tego wyjazdu są wyjątkowo skąpe i nie opisują nawet połowy wycieczek. Był to jednak dla mnie wyjazd bardzo ważny, jeśli chodzi o pokonywanie swoich wewnętrznych barier, i choćby tylko z tego powodu nie chciałabym go pomijać milczeniem. A są jeszcze przecież inne powody, małe i duże, związane głównie z tatrzańską przyrodą, za którą od tamtej pory ciągle tęsknię.

Wszystko zaczęło się pewnego dnia w drugiej połowie sierpnia, w bardzo nieoryginalny sposób: Rosomak i Szczur władowali do samochodu tuzin bagaży, włącznie z jajami i poczwarkami motyli, i wyruszyli na południe...


08/18
Kiedy późnym wieczorem wjeżdżaliśmy do Zakopanego, było tak ciemno, że nie miałam szans zobaczyć, jak wygląda nasz pensjonat, a co dopiero mówić o okolicy. Jedyne, co widziałam, to niebo - bardzo dobrze widoczne w tej stosunkowo ciemnej okolicy, a więc pełne gwiazd, z wyraźnie zaznaczoną Drogą Mleczną.
Niemałe zdziwienie przeżyłam rano, gdy się okazało, że z balkonu mam widok na góry i piękne góralskie domy. I to taki widok, którego nic nie szpeci - żadne ściany ani śmietniki, jak to czasami bywa.
Szczur długo namawiał mnie na wyjazd do Zakopanego, co najmniej od dwóch lat. Ja natomiast długo opierałam się, ponieważ mój jedyny dotychczas wyjazd do tego miasta sprawił, że nie miałam ochoty tam wracać. Nawet Świetlikowi ani razu nie udało się mnie na to namówić. Od czasu nieudanej dla mnie szkolnej wycieczki Zakopane kojarzyło mi się tylko z zatłoczoną, nieprzyjemną drogą do Morskiego Oka, hałaśliwymi Krupówkami i dyskoteką, która należy do moich najgorszych wspomnień ze szkoły. Zwłaszcza z dyskoteką, bo skończyła się ona dla mnie bardzo szybko - ucieczką do pokoju i płaczem po tym, jak chłopcy z równoległej klasy mnie wyśmiali, a jeden obmacał.
Kto wie - może właśnie przyszedł czas, żeby rozprawić się z tym kawałkiem przeszłości i odczarować Tatry? Szczur gorliwie zabrał się do tego zadania. Już dziś zafundował mi niemałą porcję cudownych widoków, dźwięków i zapachów. Wybraliśmy się do Doliny Olczyskiej, na spacer niedługi, ale klimatyczny. A tam - zakochałam się w górskich strumieniach. Szczur zaś, chcąc zamoczyć stopy w jednym z nich, poślizgnął się i skąpał się w zimnej wodzie aż po szyję.
Jeszcze na początku spaceru byłam spięta i nerwowa. Prawie wszystko przeszło jak ręką odjął, gdy, zajęta dłubaniem przy torbie na aparat, niespodziewanie usłyszałam soczyste PLASK i "Cholera jasna!", po czym moim oczom ukazał się komicznie ociekający wodą Szczur wygrzebujący się z wody. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak szczerze się śmiałam z czegoś tak banalnego. Żeby nie było, śmiać się mogłam, bo on sam się śmiał. Cieszył się nawet, że będzie mu mniej gorąco. Gryzoń jedyny w swoim rodzaju, nie?



 
08/19
Poszliśmy dzisiaj z Kuźnic do schroniska na Hali Kondratowej. Ta wycieczka, choć również niedługa, była już bardziej wymagająca dla mnie, biorąc pod uwagę moją lichą kondycję i niepewność grawitacyjną. Początek nie należał do najprzyjemniejszych, trzeba było bowiem przez 15 minut iść po brukowanej drodze, z gatunku tych, za jakimi nie przepadam nawet w miastach. Bruk szybko jednak ustąpił miejsca kamienistej drodze wiodącej przez las. Przez pewien czas towarzyszył nam urokliwy szum potoku płynącego w dole. Druga połowa szlaku, składająca się już wyłącznie z dużych kamieni, dostarczyła licznych bodźców mojemu układowi przedsionkowemu... że nie wspomnę o ćwiczeniu koordynacji wzrokowo-ruchowej! Na szczęście udało się dotrzeć do schroniska.
Polubiłam schronisko na Hali Kondratowej - podobają mi się domy budowane w tym stylu, a w środku panuje kojący półmrok, idealny po zmaganiach ze słoneczną pogodą. Czerwone firanki przykuwały moje rozmiłowane w szczegółach oko, że hej.
Podczas schodzenia, tuż po pokonaniu najbardziej kamienistego odcinka, a więc w połowie drogi, spotkaliśmy wchodzącego do góry Pana, który zagadnął Szczura:
- Czy tak jest już do końca?
- Tak - przyznał gryzoń.
- Oj, pan mnie chyba nie lubi! - zaśmiał się Pan.
Poczułam ulgę, że nie tylko dla mnie chodzenie po głazach jest wyzwaniem!

 





Ostatnie dwa zdjęcia są z wjazdu kolejką linową na Gubałówkę i z samej Gubałówki. Szczur uznał wczoraj wieczorem, że powinnam tego doświadczyć, i faktycznie jazda kolejką po zmroku zrobiła na mnie wrażenie. W Gubałówce jednak się nie zakochałam - zero tam dzikości, atmosferę można porównać do wielkiego jarmarku czy festynu, zwłaszcza że na szczycie akurat odbywał się koncert. Dopisał za to Księżyc, widoczny niemal idealnie w połowie - i był to pierwszy raz, gdy oglądałam go z tak wysoka.
Od wczoraj byliśmy również dwa razy na Krupówkach. Za pierwszym razem chodziliśmy długo, aż w końcu Szczur się niestety przebodźcował. Druga wizyta była bardziej udana - zahaczyliśmy o początek Krupówek, gdzie Szczur zjadł cały talerz placków ziemniaczanych, a ja kupiłam pocztówki do wysłania znajomym i płyty z muzyką góralską. Polubiłam przywożenie z wyjazdów płyt z muzyką charakterystyczną dla odwiedzanego regionu - moim zdaniem są o wiele bardziej sensownymi pamiątkami niż na przykład pluszowe jednorożce i emotki, jakich pełno na Krupówkach.

08/20
Kolejny raz pobiłam swój rekord w zakresie nieogaru.
Chciałam wysłać pocztówkę cioci, ale nie pamiętam numeru domu, tylko nazwę ulicy, więc próbowałam znaleźć jej dom w Google Maps. I wtedy się okazało, że nie umiem rozpoznać domu cioci.

08/22
Jest już co najmniej jedno miejsce w Tatrach, które nie tylko polubiłam, ale wręcz pokochałam - to Dolina Strążyska. I wcale nie dlatego, że ta planowana od dwóch dni wycieczka była jak dotąd najłatwiejsza, choć rzeczywiście była. Po prostu poraziła mnie ilość szczegółów. Gdybym mogła, co pięć minut przysiadałabym na półgodzinne obserwacje, żeby się tak skutecznie na wszystko napatrzeć, by się nie dało zapomnieć.
Jakie tam widoki na ścianę Giewontu! Jaki spokój...! Jaki piękny strumień przez całą drogę towarzyszy wędrującym - a to z prawej, a to z lewej, to znów przecinając szlak pod mostkami! Jak czysta i zimna jest woda w tym strumieniu! A to jeszcze nie wszystko, bo spacer kończy odpoczynek przy najprawdziwszym wodospadzie... pierwszym tak wysokim wodospadzie, jaki widziałam na własne oczy. Nazywa się Siklawica.
Na szlaku spotkaliśmy mnóstwo rodzin z dziećmi, od niemowląt niesionych w chustach po samodzielnie pokonujących kamienie dzieci w wieku szkolnym, więc chyba można Dolinę Strążyską bez obaw polecić wszystkim dzieciatym. Odnotowałam, że dzieci zachowywały się wyjątkowo cicho. Możliwe, że na nie też działa magia tego miejsca.






W tym miejscu komputerowe notatki urywają się, bo zwyczajnie szkoda mi było czasu na pisanie. Zastanawiałam się po powrocie, czy nadrabiać te braki, i ostatecznie doszłam do wniosku, że to, co zostało napisane, oddaje moje wrażenia w pełni. Kolejne dni były podobne: Szczur zabierał mnie na niedługie wycieczki, w sam raz dla kogoś zupełnie początkującego, a ja uczyłam się utrzymywać równowagę i zachwycałam się detalami po drodze. Najczęściej zatrzymywałam się, żeby nacieszyć się szumem i kojącym dotykiem wartko płynącej wody. Nad każdym strumykiem musiałam choć przez chwilę posiedzieć. Innym cudownym odkryciem było drzewo, po którym spływała różnokolorowa, intensywnie pachnąca żywica.

Jednego dnia rozdzieliliśmy się, ponieważ po kilku dniach chodzenia z rzędu potrzebowałam dłuższego odpoczynku. Gdy ja czytałam i wypisywałam pocztówki, Szczur w ekspresowym tempie wszedł nad Czarny Staw Gąsienicowy. Po wznowieniu wspólnych wycieczek poszliśmy Doliną ku Dziurze do jaskini zwanej Dziurą lub Zbójecką Jamą. Ostatniego dnia weszliśmy na Myślenickie Turnie, gdzie znajduje się stacja przesiadkowa kolejki linowej, a Szczurowi udało się zrobić mi zdjęcie dokładnie w momencie, gdy za mną znajdował się wagonik.

Nie mogę się doczekać, kiedy znowu pojadę do Zakopanego, zwłaszcza że mam tam już ulubiony pensjonat, taki z miłymi właścicielami, domową atmosferą i pysznymi obiadami. Nie wiem jeszcze, kiedy to będzie. Na razie planuję inny wyjazd i mocno zaciskam kciuki, żeby wypalił. Jedno jest pewne: warto było powalczyć ze złymi wspomnieniami. Żadne miasto na mapie Polski nie kojarzyło mi się tak źle jak Zakopane, słowo daję. Teraz niewiele jest miast, do których tak bardzo chcę wracać.








 

niedziela, 17 marca 2019

[73] Kropelka


It's like forgetting
The words
To your favourite song

You can't believe it
You were always singing along

Regina Spektor, Eet


Ostatni tydzień nauki w piątej klasie podstawówki miał być jak worek Świętego Mikołaja.

Nadszedł dzień, którego nie mogłam się doczekać od dłuższego czasu: naładowany po brzegi autokar zabrał moją klasę i jedną z niższych klas na wycieczkę do Ojcowa. Jakby tego było mało, nauczycielka przyrody zapowiedziała, że dwa dni po wycieczce autokarowej wybierzemy się do lasu.

Choć od urodzenia uwielbiałam przyrodę jako taką, nie przepadałam za przedmiotem o nazwie "przyroda". Zanim poszłam do czwartej klasy, przeczytałam podręcznik i nie mogłam się doczekać, jakie też to fascynujące rzeczy będziemy robić na tych lekcjach. Na pierwszych zajęciach wydawało się, że faktycznie tak będzie, bo oglądaliśmy mikroskop i inne ciekawe elementy wyposażenia pracowni. Z biegiem czasu okazało się jednak, że w szkole nawet przyroda potrafi być śmiertelnie nudna. Lekcje niewiele się od siebie różniły. Zazwyczaj dostawaliśmy do zrobienia w zeszytach jakieś ćwiczenie na podstawie podręcznika, sprawdzaliśmy je wspólnie, nauczycielka trochę się produkowała przy tablicy, po czym zajęcia kończyły się. Nigdy nie wychodziliśmy na dwór. Czasem oglądaliśmy filmy, jednak nie przypominały one tych, które oglądałam w weekendy z tatą. Sprawiały wrażenie nakręconych sto lat temu, z lektorami o głosach tak usypiających, jakby nie istniało nic bardziej nużącego od zwierząt.

Nauczycielka była osobą humorzastą, oczekiwała bezwzględnej dyscypliny i łatwo traciła cierpliwość. Nie lubiła hałaśliwych chłopców, których ciągle trzeba było upominać. Nie lubiła też mnie, bo wierciłam się, często kończyłam ćwiczenia wcześniej niż inni i nie umiałam usiedzieć cicho, zabierałam głos nieproszona albo zadawałam dziwne pytania. Miała w klasie kilkoro pupilków - ciche, potulne dzieci, zazwyczaj dziewczynki, które nigdy nie odzywały się niepytane. Jej totalnym przeciwieństwem była nauczycielka historii, dlatego w tym czasie moim ulubionym przedmiotem stała się historia. Mimo wszystko, odkąd usłyszałam o planowanym wyjściu do lasu, naiwnie wierzyłam, że coś się zmieni. Może teraz, w szóstej klasie?

Wyglądałam podekscytowana przez okno autokaru, ściskając pierwsze samodzielnie kupione pocztówki do mojej kolekcji. Od czasu do czasu zerkałam do tyłu, na młodszego kolegę, którego kojarzyłam z konkursu biblijnego. Miałam ochotę z nim pogadać, ale nie wiedziałam, jak zacząć.

Nagle wszystko się pokiełbasiło. Wycieczka do Ojcowa nie skończyła się tak, jak się wszyscy spodziewali. Nauczyciele byli bardzo niezadowoleni z zachowania kilku chłopców, choć nie jestem już w stanie odtworzyć, na czym polegały ich przewinienia. Najprawdopodobniej były zupełnie typowe dla wieku: chłopcy zaczepiali siebie nawzajem, zagłuszali przewodnika, nie wykonywali poleceń dorosłych wystarczająco szybko, może ktoś naśmiecił w autokarze. W drodze powrotnej nauczycielka przyrody zabrała głos i w ostrych słowach oznajmiła, że wyjście do lasu nie odbędzie się. Nie zasłużyliśmy, żeby nas zabierać na kolejną wycieczkę, bo nie potrafimy się należycie zachować, gdy dorośli chcą nam sprawić przyjemność. Zostaniemy w szkole i obejrzymy film.

Byłam oburzona. Nienawidziłam, gdy dorośli obiecywali coś i nie dotrzymywali słowa. Jeszcze bardziej nienawidziłam odpowiedzialności zbiorowej. Pierwszy raz mieliśmy robić coś ciekawego na przyrodzie, a tu takie buty!

- No nie, słyszałaś? - zapytałam osobę siedzącą obok. - To nie fair! Żeby chociaż te filmy były ciekawe... Znowu będziemy oglądać jakieś nudy o krojeniu dżdżownic. 

Następnego dnia nie obejrzeliśmy jednak żadnego filmu. Zaraz po tym, jak nauczycielka przyrody wprowadziła nas do pracowni historycznej, ponieważ upał dawał się we znaki i w jej własnej sali panował nieprzyjemny zaduch - nigdy nie zapomnę, że to była właśnie ta sala - zaczęła się wielka awantura. Nauczycielka w ironiczny sposób poinformowała klasę, że nie będziemy nic oglądać, zamiast tego będziemy pomimo upału uczyć się z podręcznika, bo dzień wcześniej ja ośmieliłam się skrytykować jej metody nauczania. Byłam w szoku, zwłaszcza że to, co powiedziałam, nie było przeznaczone dla jej uszu - wyraziłam swoje zdanie w rozmowie z inną osobą, a nauczycielka najzwyczajniej w świecie podsłuchała, co mówiłam. Mimo to nauczycielka poczuła się śmiertelnie urażona; przedstawiła sytuację w taki sposób, jakbym popełniła jakąś niewybaczalną zbrodnię przeciw jej autorytetowi, za którą karę poniosą wszyscy znajdujący się w pobliżu. Następnie wygłosiła tyradę na temat mojej zarozumiałości, bezczelności i innych cech, jakie mi przypisała. Przez długi, długi czas szydziła ze mnie na oczach całej klasy. 

Pamiętam to, jakby to było wczoraj: stałam pośrodku sali, wiedząc, że każda z dwudziestu par oczu w tym niedużym pomieszczeniu jest wpatrzona we mnie, ale na żadnej twarzy nie widząc zrozumienia. Czułam się, jakby wszyscy dookoła śmiali się ze mnie, choć jeśli pominąć głos nauczycielki, panowała absolutna cisza. Nie wiem, co było gorsze: jej rozeźlony głos czy właśnie ta cisza, której nie zakłócił nawet pojedynczy szept, bo wszyscy za bardzo bali się ściągnąć na siebie gniew dorosłych. Najgorsza była jednak świadomość, że nikt nie przyjdzie mi z pomocą, ani teraz, ani później, gdy nauczycielka wyjdzie. C., jedyna osoba, na której wsparcie mogłabym liczyć, uczył się teraz w innej szkole. Byłam sama. 

Przez cały czas miałam pewność, że racja jest po mojej stronie, nie tylko co do filmów i odwołania wycieczki, ale też co do tego, że mam prawo do własnego zdania, a obrażanie się o słowa przeznaczone dla cudzych uszu to absurd. Początkowo próbowałam się bronić, wytłumaczyć swoje stanowisko, ale to tylko pogarszało sytuację. Nauczycielki nie interesowało, co myśli dwunastoletni dzieciak. Po paru minutach już nie mówiłam. Nie byłam w stanie. Im dłużej trwało to wszystko, im dłużej czułam na sobie spojrzenia tylu osób, tym bardziej narastała we mnie panika. Byłam gadułą, ale jednak introwertyczką, i występy przed dużą liczbą ludzi zawsze wywoływały u mnie lęk, a to było znacznie gorsze od jakiejkolwiek szkolnej akademii. Serce mi waliło, miałam nogi jak z waty i ręce zlane potem. Kiedy byłam już wystarczająco roztrzęsiona, żeby nie umieć wykrztusić słowa, nauczycielka posłała kogoś po wychowawczynię mojej klasy, po czym poinformowała ją o mojej wielkiej winie. Także w obecności wszystkich dzieci z klasy. 

Nie wiem, ile trwało to zajście w rzeczywistości. Możliwe, że trwałoby krócej, gdybym okazywała więcej emocji, a moja zacięta mina dodatkowo rozsierdziła nauczycielkę. Niewiele zostało na tej lekcji czasu na naukę, zrobiliśmy tylko jakąś krótką notatkę o gwiazdach. Trzęsła mi się ręka. W moim odczuciu, gdy zadzwonił dzwonek na przerwę, od poprzedniej przerwy minęły całe wieki. Jakbym w międzyczasie postarzała się o sto lat.

Pozornie nic się nie zmieniło. Z zewnątrz pozostałam tą samą osobą: dobrze się uczyłam, wygłupiałam się, jeździłam na rowerze, dużo czytałam. Ale kiedy dostałam podręcznik do szóstej klasy, nie przeczytałam go w wakacje, jak to robiłam dotychczas. W środku coś we mnie zgasło. W szóstej klasie nie wypożyczałam już książek o zwierzętach, nie oglądałam z tatą filmów. Nie były to efekty świadomej decyzji, raczej coś, co się zadziało wbrew mojej woli i o czym sama długo nie wiedziałam.

Gdy patrzę wstecz, wydaje mi się niemożliwe, żeby jedno zdarzenie mogło aż tyle popsuć w upartym dzieciaku podobnym do mnie. Przecież poprzednie lata obfitowały w konflikty z rówieśnikami i nauczycielami. Raczej była to ta decydująca kropla, która przeważyła szalę, jak w przypadku trucizny. Szkoła truła mnie kropelka po kropelce od pierwszego dnia, karząc za dociekliwość, szczerość, zainteresowania...

Słońce nadal wschodziło na wschodzie, a zachodziło na zachodzie.

Burze przychodziły i odchodziły.

Tego lata po raz pierwszy od dawna nie było ani jednego ślimaka w moim domu.