środa, 16 sierpnia 2023

[154] Morskie opowieści [cz. III]


Dzień piąty: Słowiński Park Narodowy

O istnieniu ruchomych wydm dowiedziałam się, kiedy miałam siedem lat. Byłam wtedy pierwszy raz na prawdziwych wczasach - rodzice zabrali mnie na dwa tygodnie nad morze. Chociaż wszystko tam mnie fascynowało i nigdy się nie nudziłam, nie zapominałam o swoich ulubionych czasopismach. Większość ukazywała się raz w tygodniu, więc w konkretne dni tygodnia pilnowałam taty, by kupił je w kiosku. Tak też było ze "Zwierzakami", w których akurat znalazła się rozkładówka o polskich parkach narodowych. Możliwe, że to była jedna z gier planszowych, jakie czasem pojawiały się w gazetkach dla dzieci. Każdy z parków był krótko opisany i zilustrowany zabawnym rysunkiem. Najbardziej zapadła mi w pamięć antropomorficzna wydma. Oczywiście miała oczy, uśmiechniętą buzię, ręce i nogi. I biegła. 😀

Bardzo mi się marzyło pojechać kiedyś do Słowińskiego Parku Narodowego. Nigdy jednak nie było ku temu okazji, bo w dzieciństwie jeździłam na Pomorze Zachodnie, a na pierwszym wyjeździe nad morze ze Szczurem wydawało mi się to nierealne. Podróż samochodem z okolic Karwi do parku narodowego trwa dość długo, nawet do dwóch godzin. Dwie godziny tam i z powrotem w aucie to już wycieczka z tych bardziej męczących. Tym razem postanowiliśmy jednak zaryzykować. Założyłam, że możemy wrócić późno, więc w nocy ugotowałam obiad dla siebie i Piesy. Obie zjadłyśmy dużo wcześniej niż zwykle, ale dzięki temu miałyśmy już na starcie pełne żołądki. I całe szczęście, bo Piękna musiała zostać w domu, a wycieczka rzeczywiście pochłonęła większość dnia.

Co to był za dzień! 

Zaraz na początku szlaku, który przez kilkanaście minut prowadził przez las, zobaczyłam przy ścieżce zaskrońca. Później było tylko coraz bardziej i bardziej niesamowicie. Oczywiście już w lesie wypatrywałam między drzewami wydm. Gdy do nich dotarliśmy, przerosły moje wyobrażenia pod każdym względem: rozmiarów, piękna, a także... poziomu trudności. Szczur zdecydował, że wybierzemy się na Wydmę Czołpińską, gdyż jest to mniej wymagająca z dwóch tras udostępnionych turystom. Nie spodziewałam się więc, że wchodzenie na kilka pagórków i schodzenie z nich zajmie nam godzinę, a już na pewno nie tego, jak męczące będzie. Ilekroć wydawało mi się, że wzniesienie przed nami będzie tym ostatnim i z góry zobaczymy już morze, wyrastało za nim kolejne, jeszcze wyższe. 😮 Słońce akurat przygrzało i musiałam często robić postoje, żeby się napić. Przy okazji bawiłam się piaskiem, który miał cudownie jasny kolor - przesypywałam go przez palce i gładziłam. Wszędobylski piasek sprawiał, że co krok przypominała nam się "Diuna". Dużo żartowaliśmy o Fremenach, filtrakach i czerwiach.
 
 




 
 Z wydm zeszliśmy na plażę, gdzie w okamgnieniu zrobiło się chłodno i wietrznie. Założyłam kilka warstw ubrań, by chronić spocone ciało przed chłodem. Mimo ciepła czułam lekki niepokój, gdyż nad wydmami wisiały złowieszcze granatowe chmury. Martwiłam się, że nie unikniemy burzy. Do latarni morskiej w Czołpinie, bo tam właśnie zmierzaliśmy, została godzina człapania brzegiem morza - a właściwie więcej niż godzina, jeśli wziąć pod uwagę moje sfatygowane nogi. Szczur uspokoił mnie jednak, iż wiatr wieje w inną stronę. I rzeczywiście, burza przeszła bokiem, a my tylko przez pewien czas szliśmy w deszczu. Plaża w tym miejscu wygląda zupełnie inaczej niż w okolicach naszej "bazy". Pełno na niej otoczaków o fascynujących kolorach i wzorach, aż trudno skupić uwagę na przebieraniu nogami. Czułam wręcz przymus zatrzymywania się i podziwiania kamieni. 

Ucieszyłam się, gdy po wszystkich trudach tego długiego spaceru wyrosła przed nami latarnia w Czołpinie. Zastaliśmy otwarte drzwi, więc Szczur poszedł kupić bilety. Ku naszemu zaskoczeniu, wewnątrz nikogo nie było, choć tablice na ścianach informowały, że wstęp jest płatny. Poczekaliśmy kilkanaście minut, ale ponieważ nikt się nie zjawił, poszliśmy dalej w stronę parkingu. Trochę tego żałuję. Gdybym była sama, pewnie zostawiłabym pieniądze gdzieś obok recepcji i weszłabym na górę, ale Szczur nie czuje się komfortowo z łamaniem zasad i nie chciałam go stresować.
 
 
 

 

Do domku wróciliśmy bardzo późno, dopiero około dwudziestej. Padałam z nóg. Odgrzałam sobie drugi tego dnia obiad i obiecałam Pięknej, że kolejny dzień spędzimy razem. Biedaczka długo była sama i stęskniła się za nami.

Słowiński Park Narodowy to miejsce nie z tej ziemi, zupełnie inne niż wszystko, co dotychczas widziałam. Rozmiary wydm i niesamowity, prawie biały kolor piasku sprawiły, że czułam się jak na innej planecie. Warto było czekać tyle lat na taką wycieczkę. 🙂


Dzień szósty: Odpoczynkowo
 
Rano obudziły mnie... zakwasy. Potężne zakwasy. Zdziwiłam się, ponieważ na co dzień sporo chodzę. W maju nie miałam w ogóle zakwasów po wycieczce do Samotni, choć po zimie na ogół jestem słabsza. A tu proszę - potwierdziło się, że chodzenie po piasku jest bardziej męczące.

Postanowiliśmy ze Szczurem, również zmęczonym, przeznaczyć ten dzień na odpoczynek. Leniwie gotowałam obiad, słuchając audiobooka Agnieszki Krawczyk. Szczur próbował złapać trochę Internetu na werandzie. Piękna korzystała z pogody, wygrzewając się przed domkiem i tarzając się na trawniku. Po obiedzie pojechaliśmy wszyscy na plażę, tym razem wcześniej, bo następnego dnia mieliśmy w planach pobudkę około szóstej.

Nad morzem było chłodniej niż w poprzednich dniach i wiał porywisty, głośny wiatr. Szybko włożyłam na grzbiet kilka warstw ubrań, nie obyło się też bez kaptura. Rozłożyliśmy nasz kocyk, po czym zimnolubny Szczur poszedł się wykąpać. Wkrótce przekonałam się, iż leżenie na kocyku, a tym bardziej zjedzenie tam banana, nie jest najlepszym pomysłem. Za sprawą silnego wiatru piasek był dosłownie wszędzie. Wciskał się do oczu i uszu, w zakamarki ubrań, do butów. Zgrzytał między zębami. Ostatecznie zjadłam na stojąco, a później poszłam szukać muszelek i ładnych kamieni. I właśnie tego dnia znalazłam ich najwięcej. W muszelkach można było przebierać, tyle ich leżało na plaży. Morze wspólnie z wiatrem dało mi prezent na pożegnanie.
 
 
 
 
Dzień siódmy: Puszcza Darżlubska

W środę musieliśmy wcześnie wstać, by wymeldować się około dziesiątej. Czekał nas dzień spędzony w większości w samochodzie, co działa raczej demotywująco. Zaproponowałam więc Szczurowi, żebyśmy w drodze powrotnej coś jeszcze zwiedzili - coś, co nie będzie wymagało dużo czasu ani znacznego nakładania drogi. Padło na dwa pomniki przyrody: Grotę Mechowską i głaz narzutowy Boża Stopka. Obydwa znajdują się na terenie Puszczy Darżlubskiej.

Od parkingu do groty mieliśmy zaledwie kilka minut spaceru. Drugie tyle wystarczyłoby, żeby przejść wyznaczoną w jaskini trasę, która jest króciutka. Ja jednak oglądałam ją bez pośpiechu, podziwiając nacieki i robiąc zdjęcia (sztuczne oświetlenie jaskini bardzo to ułatwia). W rzeczywistości korytarze Groty Mechowskiej mają podobno 61 metrów długości, ale większość jest dostępna tylko dla speleologów. Kiedy zwiedzałam, Piękna czekała ze Szczurem na zewnątrz. Później zamieniliśmy się i to ja zostałam z Piesą.
 
 



 
O ile do jaskini dotarliśmy od razu, o tyle Bożej Stopki długo nie umieliśmy znaleźć. Nawigacja wskazywała, że głaz powinien znajdować się na rozstaju dróg. Kluczyliśmy po lesie przez godzinę, ale żadnego nietypowego kamienia nie spotkaliśmy. W dodatku coraz mocniej padał deszcz. Byłam pewna, że Szczur lada chwila zarządzi koniec poszukiwań. W końcu trafiliśmy na wydeptaną między krzewami ścieżkę, która prowadziła do głazu. Co zabawne, jest on oznakowany dużą tablicą i ogrodzony. Trudno go jednak zauważyć, bo od strony drogi roślinność wszystko zasłania. Poza tym Boża Stopka, choć występuje w miejscowych legendach i w średniowiecznych dokumentach, wygląda zupełnie niepozornie. Na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżnia spośród innych głazów rozsianych po lesie - ani rozmiarami, ani kształtem.

Jedynym mankamentem tego dnia była męcząca, przedłużająca się podróż samochodem. Ponad godzinę straciliśmy na samej obwodnicy Trójmiasta... ale to norma, jeśli nie jedziemy nocą.


 
 

niedziela, 6 sierpnia 2023

[153] Morskie opowieści [cz. II]

 
Dzień czwarty
: Akwarium w Gdyni

Nocą odwiedził nas kolejny (po ćmach, osach i ważce) owadzi gość. Siedząc sobie opatulona na tarasie, usłyszałam intrygujący dźwięk, jakby skrobanie o ścianę domku. Okazało się, że po ścianie skacze duży pasikonik zielony. Złapałam go na chwilę, żeby zrobić zdjęcia. Zawsze gdy spotykam takiego dorodnego pasikonika, przypomina mi się, jak w dzieciństwie przy zbieraniu malin nastraszyłam ciocię podobnym okazem. Co ciekawe, wypuszczony owad nigdzie się nie spieszył. Musiał spędzić całą noc na tarasie naszego domku, bo rano znalazły go dzieci z mieszkania obok.

Na dzisiejszą wycieczkę pojechaliśmy w dość oblegane miejsce, bo do Akwarium Gdyńskiego. Pogoda sprawiała bardziej nieprzewidywalne wrażenie niż w poprzednich dniach, dlatego stwierdziłam, że najlepiej wybrać coś pod dachem.

Jeśli patrzenie na zwierzęta i czytanie o nich sprawia komuś przyjemność, moim zdaniem na Akwarium Gdyńskie spokojnie może przeznaczyć cały dzień. Do zwiedzenia jest kilka (bodajże siedem?) przestronnych sal, wypełnionych po brzegi ciekawostkami o morskich roślinach i zwierzętach. My musieliśmy chodzić w nieco przyspieszonym tempie, bo brak obiadu dawał mi się we znaki, a w domku zostawiliśmy psa. Pomimo tego zobaczyliśmy ogromną różnorodność morskiej fauny, od maleńkich skorupiaków po największe na świecie ssaki. Część z nich znałam z egzotarium w Sosnowcu, z ogrodów zoologicznych lub po prostu z filmów. Inne widziałam pierwszy raz w życiu.
 
 





Mój prywatny ranking najciekawszych mieszkańców 🐠:
- Żabnica - była o wiele mniejsza i bardziej kolorowa niż się spodziewałam. Zabawnie "dmuchała" na piasek przed sobą - być może szukała pożywienia, ale głowy nie dam.
- Czworooki - ryby pływające przy powierzchni wody, które mają wyłupiaste oczy o nietypowej budowie. Oko składa się z dwóch części: górna jest przystosowana do odbierania bodźców z powietrza, a dolna - z wody.
- Aksolotle.
- Ślepczyk jaskiniowy - odmiana tej ryby żyjąca w podwodnych jaskiniach przychodzi na świat z oczami, które stopniowo zanikają.
- Pyszczaki - przechowują ikrę i młody narybek w pysku.
- Niszczuka krokodyla - żyła już ponad 150 milionów lat temu. Wygląda moim zdaniem bardzo niepokojąco, chyba za sprawą oczu.
- Murena - przez większość czasu miała otwarty pysk.
- Szkaradnica - czy ja wiem, czy ona taka szkaradna... Raczej interesująca.
- Rozgwiazdy - potrafią odbudować swoje ciało, nawet gdy zostaje tylko jedno ramię.
- Żółw jaszczurowaty - został przekazany do Akwarium przez osobę, która znalazła go w lesie. Prawdopodobnie wypuścił go tam jakiś nieodpowiedzialny hodowca. 
 
 

 

Bardzo zaskoczyła mnie informacja, że foki mają tak samo zbudowany kościec przednich kończyn jak ludzie. Jakoś nigdy się nie zastanawiałam, co foka ma wewnątrz płetwy. A ma tam kości analogiczne do naszych przedramion i dłoni, włącznie z pięcioma palcami. Pozostałe kości kończyn są ukryte pod skórą.

W Akwarium przeżyłam też małe rozczarowanie. Odkąd przeczytałam "Inne umysły", marzę, by zobaczyć na żywo ośmiornicę. Kiedy szukałam w sieci informacji, czy w Polsce jest to możliwe, dowiedziałam się z różnych artykułów, że kilka lat temu Akwarium Gdyńskie nabyło ośmiornicę Luizę. I właśnie z jej powodu nie mogłam się doczekać wycieczki do Gdyni. Niestety, zwiedziliśmy wszystkie wystawy, ale nigdzie nie było ani Luizy, ani choćby wzmianki o niej. Po powrocie przekopałam Internet - znowu nic. Nie wiem, co ostatecznie stało się z tym zwierzęciem - czy zwiedzający tymczasowo nie mogą jej oglądać, czy może umarła albo trafiła w inne miejsce. Jakby rozpłynęła się w powietrzu. Żałuję, jak zwykle, gdy się na coś mocno nastawię, a rzeczywistość robi mnie w balona.

Osobną kwestią, która dotyczy chyba wszystkich ogrodów zoologicznych i innych miejsc ze zwierzętami, jest zachowanie zwiedzających. W Akwarium rozmieszczono sporo tabliczek z prośbą, by nie hałasować i nie płoszyć zwierząt. Tymczasem ludzie, również dorośli, zachowują się tam bardzo głośno. Nietrudno zrozumieć, że dzieci na widok zwierząt przeżywają silne emocje. To normalne. Trudno natomiast zaakceptować, iż niektórzy dorośli nie reagują w żaden sposób na niewłaściwe zachowania swoich dzieci, na przykład wielokrotne uderzanie zabawką w ściany akwarium. Zamiast rozmawiać z dziećmi o potrzebach zwierząt, tłumaczyć im pewne sprawy, wręcz odwracają się do nich plecami i z nosami w smartfonach ignorują całą sytuację. Rozemocjonowane ludzkie głosy nakładają się na siebie, tworząc ciągły szum.

Z Akwarium wróciliśmy zadowoleni, z głowami pełnymi ciekawostek, ale też dość zmęczeni innymi ludźmi. Odpuściliśmy sobie morze i spędziliśmy wieczór w domku. Osobiście byłam zmęczona nawet nie tyle ilością ludzi, co wspomnianym szumem. Taki szum, jeśli muszę znosić go długo, potrafi mnie solidnie przebodźcować. Szczura bardziej męczył tłok i wymijanie się z innymi na małej przestrzeni. Przypuszczam, że poza sezonem, szczególnie w dni robocze, w Akwarium jest spokojniej. Jeśli jesteście w spektrum lub macie bliskich w spektrum (zwłaszcza dzieci), doradzam Wam wziąć to pod uwagę przy planowaniu wycieczki. 
 
 



 

czwartek, 3 sierpnia 2023

[152] Morskie opowieści (cz. I)

 
Dzień pierwszy: Powitanie morza

W nocy ze środy na czwartek przyjechaliśmy nad morze. Cieszę się i jestem z siebie dumna, że się odważyłam. Po tym, jak w 2020 roku w czasie pobytu w sąsiedniej miejscowości miałam silny kryzys psychiczny, przez trzy lata nie umiałam się zdobyć, żeby tu wrócić. Nieważne, że kryzys rozkręcał się stopniowo już przed wyjazdem. Często boję się powrotów w miejsca, gdzie przeżyłam coś bardzo trudnego, i tak też było w tym przypadku. Czułam jednak tęsknotę za tym spokojnym, urokliwym miejscem, gdzie noce są ciemniejsze i cichsze. No i oczywiście za morzem. Cóż było robić - musiałam się przełamać i podjąć ryzyko, że złe wspomnienia mnie dopadną, otoczą jak mgła i w tej mgle będę się poruszać po omacku.

Już pierwszego dnia wiedziałam, że tak się nie stanie. Szczur i ja postanowiliśmy, iż ten pierwszy dzień poświęcimy na totalny relaks. Bez presji, bez pośpiechu, bez narzucania sobie zbędnych zadań do wykonania. Tym razem pomieszkujemy w domku szeregowym, w pokojach o wyższym standardzie niż przy poprzednich pobytach. Nie czuję się tu klaustrofobicznie. Mamy osobne pokoje, więc oboje jesteśmy w stanie się wyspać - i po podróży nie omieszkaliśmy pospać do południa. Siedzieliśmy na tarasie, gadając, a później w spokoju ugotowałam lekki obiad na dwa dni. Szczur ćwiczył formę z Tai Chi na świeżym powietrzu. Późnym popołudniem pojechaliśmy na "psią plażę" (wejście numer 4), żeby przywitać się z morzem i pokazać je Pięknej. Tam spędziliśmy cały wieczór.

Piękna szybko odnalazła się w nowym miejscu. Wygląda na to, że dobrze się tutaj czuje. Podwórko dookoła domków jest ogrodzone, więc może swobodnie biegać, jeśli któreś z nas ma na nią oko. Pierwszego wieczoru bała się wchodzić do domku, jednak już dzisiaj rano śmigała z góry na dół po schodach, wylegiwała się na słońcu i tarzała w trawie. Zaprzyjaźniła się z pieskiem sympatycznych Czechów z sąsiedniego domku. Plaża bardzo jej się podoba - nie chce podchodzić zbyt blisko do morza, ale na piasku ma ochotę szaleć, a później odpoczywa w słońcu.

Nad morzem każde z nas robi to, co lubi najbardziej. Szczur kąpie się, obserwuje statki przez lornetkę i sprawdza na jakiejś stronie internetowej, jakie to statki. Ja spaceruję boso brzegiem morza, szukam muszelek i robię zdjęcia. Słucham szumu fal. Przypatruję się przyrodniczym szczegółom. Zdziwiło mnie, że na plaży leżało mnóstwo martwych biedronek. Inne, jeszcze żywe, same pchały się w stronę fal, jakby chciały podzielić los swoich krewnych. Idąc na plażę, spotkaliśmy prześliczną ćmę (plamiec agreściak), dwie maleńkie ropuszki oraz ogromne ślimaki nagie. Występuje tu chyba inny gatunek czarnych ślimaków niż te, które znam, bo tutejsze są tak intensywnie czarne, że aż połyskują.
 
 

 


Dzień drugi: Port w Gdyni

Szczur jeszcze przed wyjazdem mówił, że chciałby pokazać mi statki-muzea stojące w porcie w Gdyni: "Błyskawicę" i "Dar Pomorza". Zresztą, sam też miał chrapkę na te statki - ostatni raz zwiedzał je w dzieciństwie. Dlatego gdy obudziliśmy się wypoczęci i odprężeni, przepakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy na dalszą (półtorej godziny samochodem w jedną stronę) wycieczkę do Gdyni.

Nigdy nie byłam w Trójmieście, więc w samochodzie zastanawiałam się, jak tam jest. Pierwszą obserwacją, która mnie uderzyła, były krzyki mew latających nad miastem. W zestawieniu z wieżowcami te ptaki robiły specyficzne wrażenie, jak żywcem wyjęte z zagadek typu "Co tutaj nie pasuje?". A jednak przechodnie zdawali się ich nie zauważać, najwyraźniej tak przyzwyczajeni do ich krzyków jak ja do samolotów przelatujących nad moją okolicą o każdej porze dnia i nocy. Szliśmy ulicami Śródmieścia, aż nagle naszą uwagę przykuł śmieszny niebieski meleks o twarzy żaby (a może delfina). Od razu skojarzył mi się z oglądanymi niedawno w sieci zdjęciami szkolnych autobusów z Japonii. Spontanicznie załadowaliśmy się do niego i z wiatrem we włosach dojechaliśmy do portu.
 
 




 
Nie trzeba znać się na marynarce, żeby dostrzec, że "Błyskawica" i "Dar Pomorza" różnią się od siebie jak ogień i woda. Widać to na pierwszy rzut oka. "Błyskawica" to okręt bojowy - polski niszczyciel, który służył aliantom przez cały okres II wojny światowej. Bywa nawet nazywany weteranem, podobnie jak doświadczony żołnierz. Tymczasem żaglowiec "Dar Pomorza" służył Polskiej Marynarce Handlowej jako jednostka szkoleniowa dla studentów Szkoły Morskiej. Zanim trafił do Polski, szkolili się na nim adepci w Niemczech i we Francji. Pod polską banderą odbył nieco ponad sto rejsów szkolnych, a także opłynął świat dookoła. Nie będę tu wchodzić w szczegóły historii obu statków, bo trzeba by na to przeznaczyć o wiele więcej miejsca. Podzielę się jednak kilkoma ciekawostkami z naszej wycieczki, które szczególnie zwróciły moją uwagę.

Sakiewka z ciekawostkami ⛴:
- Na "Błyskawicy" najbardziej zaskoczyło mnie, jak licznym i zróżnicowanym arsenałem dysponował ten okręt. Niszczyciel był bardzo uniwersalnym typem okrętu, więc "Błyskawicę" wyposażono w działa, działka przeciwlotnicze (szybkostrzelne), bomby głębinowe i torpedy.
- Na niszczycielu służyła też małpka kapucynka Betty. Jej zdjęcia można zobaczyć na wystawie. Podobno Betty potrafiła wyczuwać zbliżające się samoloty, lubiła piwo i... była samcem.
- Załoga niszczyciela zestrzeliła na pewno cztery wrogie samoloty, a prawdopodobnie jeszcze trzy. Szczur mówi, że to bardzo dobry wynik.
- "Błyskawica" wciąż ma etatową marynarską załogę. Jej przedstawicieli spotkaliśmy na statku.
- Młodzi marynarze z "Daru Pomorza", którzy po raz pierwszy przekraczali równik, przechodzili chrzest morski. Każdy z nowicjuszy dostawał morskie imię.
- Na obydwu statkach można zobaczyć rzeczy osobiste marynarzy, ich ubrania, wyposażenie, a także warunki, w jakich spali i jedli posiłki. Co zrobić, by naczynia na statku nie spadały i się nie tłukły? - ha, i na to znalazły się sposoby...
 
 
 


 
Spacerując po okolicy portu, przystanęliśmy na chwilę naprzeciwko Szkoły Morskiej. To właśnie tam studiował kumpel Szczura, który obecnie jest już oficerem i pływa po odległych wodach na kontenerowcach. Poznałam go osobiście, więc wiem, że jest zadowolony z drogi, jaką obrał w życiu.

Teraz Szczur zapowiada, że przy okazji wycieczki do Gdańska zabierze mnie na kolejny statek-muzeum - "Sołdek".







Dzień trzeci: Wszystko po trochu

Gdybym miała opisać dzisiejszy dzień w trzech słowach, napisałabym: "wszystko po trochu". Miałam czas zarówno na odpoczynek w samotności, we dwoje ze Szczurem, jak i we troje ze Szczurem i z Piękną. I to w odpowiednich proporcjach! Taki luksus rzadko się zdarza w codziennym życiu... 

Obudziłam się w nieco słabszej formie (brzuch postanowił podokazywać), więc potrzebowałam więcej czasu na przygotowanie się do wyjścia z domu. Szczur wykorzystał ten czas, wybierając się indywidualnie do Muzeum Pancernego w Kłaninie. Nie ukrywam, że było mi to na rękę. Pojazdy wojskowe, nawet jeśli są zabytkowe, niespecjalnie mnie kręcą. Gdyby Szczurowi bardzo zależało na pokazaniu mi ich, pojechałabym, ale na pewno bym się wynudziła. Zamiast więc ziewać wśród czołgów, z audiobookiem w tle gotowałam sobie lekki obiad. Szczur natomiast poznał w muzeum innego pasjonata militariów, z którym mógł o nich pogadać jak równy z równym.

Później pojechaliśmy do miejscowości Gniewino, gdzie na terenie kompleksu rekreacyjnego "Kaszubskie Oko" znajduje się wieża widokowa. Choć zwykle takie atrakcje zdobywamy pieszo, tym razem poszliśmy na łatwiznę i wjechaliśmy na górę, bo wiał dość silny, chłodny wiatr. Widok na panoramę okolicy jest stamtąd naprawdę ładny. Gniewino leży w pobliżu Jeziora Żarnowieckiego, więc z góry można zobaczyć charakterystyczny, podłużny kształt jeziora oraz zbiornik elektrowni szczytowo-pompowej. Oko przykuwają również wiatraki, od których aż się roi w okolicy Żarnowca. Podobno przy dobrej pogodzie da się dostrzec morze, ale mnie się nie udało.
 
 




 

"Kaszubskie Oko" oferuje jeszcze kilka innych rozrywek, jednak większość z nich (makiety dinozaurów, plac zabaw, park linowy dla dzieci) zainteresuje przede wszystkim najmłodszych. My co najwyżej może zagramy tam kiedyś w minigolfa. Z mojej perspektywy wyróżniają się figury stolemów - olbrzymów z kaszubskich legend. Z niektórymi pstryknęłam sobie zdjęcia. 

Legendy mówią, że stolemy, które żyły na tych ziemiach przed ludźmi, porozrzucały po Kaszubach głazy - a to w czasie walki, a to po prostu dla rozrywki. I rzeczywiście jest tu sporo okazałych głazów narzutowych. Według innych legend maczały w tym palce diabły, dlatego kamienie bywają też nazywane diabelskimi. Jeden z nich, podobno największy na Kaszubach, próbowaliśmy ze Szczurem namierzyć w rejonie Odargowa. Niestety, najwyraźniej diabeł wywiódł nas na manowce, bo głazu nie znaleźliśmy. Może czartom nie podoba się, gdy turyści używają nawigacji? A może udałoby się nam, gdybyśmy po prostu poświęcili na poszukiwania więcej czasu. Chcieliśmy jednak zdążyć jeszcze pobyć na plaży.

Na plażę trafiliśmy niedługo przed zachodem słońca. I był to bajeczny zachód słońca, bez wątpienia najpiękniejszy, jaki do tej pory widziałam nad morzem.




poniedziałek, 24 lipca 2023

[151] Pamiętniki wiosenne

 
3.03
Choroba zabrała mi sporo energii, której i tak nie posiadam w nadmiarze. Wkrótce trzeba wracać do pracy i na samą myśl robię się lękowa, bo boję się, że przez to osłabienie będzie mi ciężko. Poza tym - jak zawsze - im dłużej siedzę w domu, tym trudniej mi później wyjść i znaleźć się między ludźmi. Nawet jeśli są to ludzie, których lubię, myśli o wychodzeniu i powrocie do działania "pod zegarek" są stresujące.
Na szczęście w ostatnich dniach czułam się już lepiej, więc wykorzystałam bycie w domu, jak mogłam. Przesłuchałam czwartą książkę Rowling o Cormoranie Strike'u, która okazała się świetna - tak skomplikowanej intrygi nie odgadłabym nigdy. Jaki to trzeba mieć kreatywny mózg, żeby stworzyć taką fabułę i jeszcze nie zamęczyć nią czytelnika! Dalej porządkowałam pocztówki i wgrywałam skany do katalogów, co da się robić nawet w łóżku. Wieczorami czytałam mangę albo oglądałam "Wszystkie stworzenia duże i małe". W drugiej połowie tygodnia zaczęłam po trochu ogarniać przestrzeń wokół siebie, żeby w pokoju zrobiło się bardziej wiosennie. Ogarnęłam też pranie, zaległe rachunki i zakupy online.
Wczoraj, porządkując jeden z segregatorów z dokumentami, znalazłam kopertę pełną papierzysk z mojej pierwszej pracy. Myślałam, że pozbyłam się ich dawno temu, skoro przez kilka lat nie wpadły mi w ręce. Aż tu nagle, gdy wyjęłam plik kartek, moim oczom ukazały się różne dokumenty podpisane przez kobietę, która od pierwszych dni - zamiast szumnie deklarowanej pomocy - uprzykrzała mi życie, rzucała kłody pod nogi i obrabiała tyłek za plecami. Dzisiaj już nie pozwoliłabym się tak traktować. W kolejnym miejscu pracy, gdzie z roku na rok czułam się coraz lepiej, nabrałam doświadczenia i wiary w siebie. Zapewne odeszłabym stamtąd niedługo po tym, jak zaczął się mobbing. Wtedy jednak nie miałam żadnego doświadczenia ani wsparcia, a przerwanie stażu oznaczałoby bezrobocie i rok w plecy, bo żadnej innej oferty stażu nie miałam. Skutki doświadczeń z pierwszej pracy długo się za mną ciągnęły. Kiedy więc zobaczyłam te pieprzone papierzyska, krew uderzyła mi do głowy. 🤬 Oczywiście wyrzuciłam je. Pomimo tego wzrosło mi ciśnienie (dosłownie - zmierzyłam!), a w głowie tak się zakotłowało, że nie potrafiłam zasnąć, dopóki o czwartej nie wzięłam dodatkowego leku.
I pomyśleć, że potrafię z uśmiechem wspominać swoich byłych przyjaciół i chłopaków - nawet z kumplem z dzieciństwa, który mnie okłamał i okradł, częściej wspominam dobre chwile niż paskudny koniec znajomości - ale w przypadku jednej kobiety nawet widok jej podpisu działa na mnie jak płachta na byka. Na szczęście nie poddałam się przez nią. I całe szczęście, że nie stałam się taką wredną !@*$# jak ona (tu możecie wstawić swoje ulubione wulgarne słowo, możliwie jak najbardziej dosadne) i teraz pomagam nowym koleżankom z pracy zamiast przenosić na nie swoje negatywne pierwsze doświadczenia. Są jednak takie kartki, które kończyć powinny widowiskowo jak w filmach - w ognisku.

4.03
Dostałam od Dagi uroczą pocztówkę z sówką na śniegu. To kartka z House of Postcards, a autorką ilustracji jest Sofya Saburova.
Kiedyś nie przepadałam za pocztówkami innymi niż widokówki, ale od paru lat zauważam, że coraz bardziej się na nie otwieram. Jeśli chodzi o ilustrowane pocztówki, jestem chyba najbardziej wybredna. Lubię ilustracje pełne detali. Muszą być klimatyczne, mieć w sobie "to coś", co sprawia, że patrzę na pocztówkę i czuję się, jakby ona opowiadała historię. Tutaj autorce się udało. Dodatkowo ujął mnie wyraz twarzy księżyca. Przypomina mi historyjkę, którą lubiłam w dzieciństwie, o księżycu mającym problem z szytymi na miarę szlafmycami. 
 
 

 
17.03
Widziałam dzisiaj latającą nad okolicą parę bocianów, ewentualnie żurawi. Nie umiem tego stwierdzić na pewno z tak daleka, ale jedno jest pewne: to miły początek weekendu.

22.03

Niedawno obchodziliśmy nasze pierwsze adopciny - minął rok, odkąd wybraliśmy się ze Szczurem w kilkugodzinną podróż po Piesę. Przez ten rok ani razu nie żałowałam decyzji o adopcji. Trudno mi sobie wyobrazić, że gdybym pewnego marcowego wieczoru nie zabrała się za przeglądanie fejsbukowych ogłoszeń o psach do adopcji, Pięknej nie byłoby teraz ze mną. Dzięki fejsowi najpierw poznałam Szczura, później przyjaciół, a jakby tego było mało, teraz mam jeszcze najlepszą PSIjaciółkę na świecie ❤️🐶
Piękna jest znacznie odważniejsza niż rok temu - owszem, wciąż łatwo ją spłoszyć i miewa lękowe reakcje, ale dużo już przezwyciężyła. Stopniowo zmienia się w pieszczocha. Coraz częściej podchodzi i domaga się głasków, a jeśli cofnę rękę, trąca mnie nosem. Dawniej w ogóle nie potrafiła się bawić, teraz szaleje z patyczkami, orzechami i swoim miękkim szarpakiem. Uwielbia też wszelkie zabawy węchowe. I nic dziwnego, bo ma niezwykle czuły węch, przez co na dworze znajduje różne skarby. Jej żywiołem nadal pozostaje świeże powietrze, a ulubionym zajęciem - spacery. Na kanapie długo nie usiedzi. Gdy wkładam "spacerowy" dres, sprawia wrażenie, jakby z radości miała wyskoczyć ze skóry. Bardzo rozwinęły się jej umiejętności ruchowe, kocha pokonywać przeszkody w lasach i na psim placu zabaw. Ze schodów, których na początku się bała, teraz niemalże sfruwa, kiedy wracam z pracy.
Z okazji adopcin zabrałam wczoraj Piesę w miejsce, gdzie jeszcze nie była, na długi spacer. Podjechałyśmy dwa przystanki autobusem, a później szłyśmy od skrzyżowania, na którym skręca się do sąsiedniej miejscowości, do domu. Piękna pierwszy raz jechała autobusem, do tego rozklekotanym. Wzięłam ją na ręce. Bała się, ale dzielnie wyskoczyła z pojazdu bez mojej pomocy, gdy dotarłyśmy do celu. Myślę, że spacer wynagrodził jej niedogodności jazdy. Wyglądała na podekscytowaną zupełnie nowym terenem do obwąchiwania. Na jednym z chodników rosły przebiśniegi.
Zdjęcia dołączone do notki pochodzą jednak z innego spaceru, sprzed tygodnia. Wtedy wybrałyśmy się na pola za wiaduktem, korzystając z pierwszego ciepłego dnia. Piesa znalazła w trawie coś, co prawdopodobnie było ptasią wypluwką, a ja wypatrzyłam pierwszy w tym roku kwiatek.
Piękna również zrobiła mi prezent - przez dwa dni z rzędu sama i bez żadnej zachęty wskoczyła na moje łóżko, gdy nie było mnie w pokoju. Mam nadzieję, że oswoiła się z wyrkiem już na dobre.
 
 

 

25.03
W tym tygodniu powitaliśmy wiosnę, ale na razie trzeba mieć spore szczęście, żeby wypatrzeć ją przez okno. Pogoda jest tak zwariowana, jak tylko może być o tej porze roku - słońce i deszcz rywalizują o panowanie nad niebem, wymieniając się kilka razy dziennie. Zdarzają się jeszcze wiatry przejmujące do szpiku kości i poranne przymrozki, a w przyszłym tygodniu ponoć ma wrócić śnieg. Pierwsze oznaki wiosny na razie najłatwiej spotkać na długich spacerach. Mimo wszystko da się już odczuć, że ona powoli, ale nieubłaganie nadchodzi. Od kilku dni codziennie po powrocie z pracy słyszę w okolicy dzięcioła. Czasami - jeśli wystarczająco szybko podejdę do okna - udaje mi się zaobserwować hałaśliwy klucz gęsi. Koty sąsiadów dają nocne koncerty. Na murach pojawiły się kowale, a do domu wpadła pierwsza mucha.
Wraz z wiosną przyszedł czas na małe porządki w życiu. Mam taki zwyczaj, że właśnie o tej porze roku robię sobie "przegląd techniczny". Odwiedziłam więc fryzjera i dwóch lekarzy. Zwierzaki zabrałam na "przegląd" jeszcze w lutym, wtedy też uzupełniliśmy szczepienia. Bestia dostał krople do oczu, które podawałam mu przez tydzień (biedak ostro protestował i wzywał TOZ). W pracy zmieniłam wystrój swojej sali. Wysłałam też PIT-y. Tata po kilku latach przekonywania nareszcie przestał wątpić w moje umiejętności i powierzył mi swój PIT.
Jestem już na ostatniej prostej, jeśli chodzi o katalog pocztówek. Serce rośnie, gdy uświadamiam sobie, że do obróbki i wgrania na serwer pozostało tylko kilkadziesiąt skanów. Od początku lutego pracuję nad katalogiem codziennie, więc siłą rzeczy inne moje zainteresowania trochę ucierpiały. Zaniedbałam zwłaszcza czytanie. Poza tym zaczynam czuć fizyczne zmęczenie wieczornymi randkami z komputerem. Jestem jednak zdeterminowana, żeby wreszcie zrealizować ten swój "projekt" do końca, tym razem bez pomocy byłego chłopaka. Przy okazji odkryłam, że łącznie wszystkich pocztówek (z obiegu i czystych) mam już ponad trzy tysiące. 
Pozostając w temacie pocztówek, w tym tygodniu dostałam śliczną kartkę z motylem od Dagmary. Takiego motyla niestety nie spotkamy w Polsce. Występuje w niektórych państwach obu Ameryk. U moich attacusów mogłam jednak oglądać mniejsze przezroczyste fragmenty skrzydeł i moim zdaniem naprawdę niesamowicie to wygląda. W dotyku te fragmenty skrzydeł najbardziej przypominały... przezroczyste woreczki śniadaniowe. 
 
 
Greta oto

 
Wskakiwanie na moje łóżko stało się codziennym rytuałem Pięknej. Można powiedzieć, że porannym i wieczornym, bo właśnie wtedy ładuje się na wyrko. Szybko okazało się, że ma to swoje minusy - w deszczowe dni skakanie tuż po przyjściu z podwórka na czystą pościel nie jest najlepszym pomysłem. Mimo to ja i tak się cieszę. Piesa potrzebowała roku, żeby zaufać mi na tyle, by polubić spanie razem. Wcześniej zawsze szybko uciekała z łóżka, gdy próbowałam ją tam zabierać. Teraz lubi wyciągać się obok mnie i nie unika dotyku. Moja dentystka była zdziwiona, gdy opowiedziałam jej, że Piesa dopiero po roku od adopcji zaczęła wskakiwać na łóżko. Większości ludzi, którzy mają psy, wydaje się to oczywiste. I wiecie co? Kiedy trzeba sobie na taką zażyłość zapracować, cieszy jeszcze bardziej!

1.04
Przyjemny sobotni poranek w Norze. Zawyżamy ze Szczurem stan czytelnictwa w Polsce.
Przyjechałam tu wczoraj, ponieważ na dzisiejszy wieczór mamy bilety do opery. Ostatni tydzień był dla mnie dość stresujący, bo miałam sporo do załatwienia (w tym dwie wizyty u lekarzy), a na domiar złego dopadło mnie jakieś przeziębienie i martwiłam się, że nie dam rady pojechać do Nory. Na szczęście oprócz kataru póki co nic mi nie dolega, a i on nie jest bardzo silny. Mam nadzieję, że nie rozwinie się z tego większa infekcja.
Wczoraj pierwszy raz podróżowałam pociągiem w strefie ciszy. Podobało mi się. Ludzie naprawdę troszczyli się o zachowanie ciszy, większość czytała albo korzystała ze słuchawek. Wychodzili na korytarz, żeby rozmawiać przez telefon, a gdy dwie osoby zaczęły głośno dyskutować, inny pasażer natychmiast do nich podszedł i poprosił o ciszę. O ileż przyjemniej by się podróżowało, gdyby to był standard! Oczywiście rozumiem, że nie sposób narzucić kilka godzin ciszy małym dzieciom, ale przynajmniej pozostali mogliby się postarać o spokój, prawda?
W nocy ugotowałam sobie lekki obiad na dzisiaj, by nie męczyć brzucha, który nie lubi odstępstw od codziennej rutyny. Kiedy wzięłam ciepły prysznic, poczułam, jak ogarnia mnie spokój. Spało mi się bardzo dobrze.

10.04
Po białym i mroźnym początku tygodnia na szczęście nie ma już śladu. Od wczoraj znowu na przemian pada i świeci słońce, jednak temperatury stały się przyjemniejsze (około dziesięciu stopni). Na spacerach zauważyłam, że zaczyna pachnieć wiosną. Widziałam pierwszego w tym roku motyla, pojawiły się też gromady kowali na pniach. Ptaki śpiewają jak szalone, nawet przez pół dnia. Bestia najchętniej nie opuszczałby swojego stanowiska obserwacyjnego na parapecie. A dzisiaj... dzisiaj z kuchennego okna zobaczyłam tęczę, i to podwójną. Piękny symbol nadziei na początek wiosny.

14.04
Piękna rozchorowała się w święta. Zaczęło się od tego, że w Wielką Sobotę o czwartej nad ranem domagała się wyjścia na dwór, a później paskudnie się załatwiła. Podałam jej węgiel. Przez cały weekend sprawdzałam, jak się załatwia, zastanawiając się, czy powinnyśmy po świętach pojechać do weterynarza. Wydawało się, że jest lepiej, chociaż nie idealnie. We wtorek przyszedł czas na decyzję, co z ewentualną wizytą. Poszłyśmy na spacer, a tam... jeszcze gorsza niż w sobotę, paskudna kupa, w której pojawiła się krew. Przeraziłam się nie na żarty. Zapakowałam Piesę do samochodu taty i popędziliśmy do gabinetu.
W gabinecie okazało się, że Piękna ma gorączkę. Zdziwiłam się, bo w ogóle nie było tego po niej widać - zachowywała się jak zwykle, czyli tryskała radością i szalała na dworze, apetyt też oczywiście miała. Pani doktor stwierdziła nieżyt jelit. Piesa dostała zastrzyk z antybiotykiem, lekiem przeciwzapalnym i przeciwgorączkowym. Przez dobę, do kolejnej wizyty, nie mogła nic jeść. Podawałam jej wodę strzykawką do pyszczka, bo bez jedzenia nie kwapiła się do picia. Jak można się domyślać, Piękna nie była zachwycona głodówką i przy każdym naszym posiłku starała się zwrócić na siebie uwagę. Przyłapałam ją nawet na lizaniu podłogi, widocznie liczyła na jakieś okruszki.
W czwartek temperatura wróciła do normy, krew też zniknęła. Wetka zaaplikowała kolejny zastrzyk, a na resztę tygodnia dostałyśmy lek w postaci tabletek do zażywania w domu. Piękna ma dietę - na razie je tylko ryż z gotowanym indykiem lub kurczakiem, do tego siemię lniane. Trzeba dać jej trochę czasu i jeżeli kupy będą niepokojące, zrobimy badania kału i krwi. Póki co wyglądają lepiej.
Gdyby ktoś teraz dobrał się do mojego telefonu, prawdopodobnie uznałby mnie za totalnego creepa. 🤷 Do zdjęć motyli w różnych stadiach rozwojowych doszła fotograficzna dokumentacja psich kup w ciągu całego ostatniego tygodnia...

16.04
Wczoraj przyszła pierwsza burza w tym roku. Nie była okazała - raz zagrzmiało, trochę mocniej popadało - ale moja babcia mawiała, że od pierwszej burzy zaczyna się prawdziwa wiosna.
Na tę burzę zanosiło się przez cały dzień, ale chmury przychodziły i odchodziły. Zagrzmiało dopiero po dwudziestej. Wcześniej, po obiedzie, postanowiłam zaryzykować i pójść z Piękną na dłuższy spacer. I nie żałuję, jako że chmury się rozstąpiły, a to, co zobaczyłam za wiaduktem... to po prostu czysta magia! W ciągu dwóch ostatnich dni na drodze do lasu zakwitło mnóstwo drzew i krzewów. Na różowo, biało, żółto... Pachniały nieziemsko. Szłam i czułam, że z zachwytu łzy podchodzą mi do oczu. ❤️🥹 A to nie wszystko! Zobaczyłam kilka saren biegnących przez pole - co prawda z daleka, więc widziałam je jako małe, podskakujące plamki - ale po sposobie poruszania się wiedziałam, że to sarny. Miałam też szczęście zaobserwować inną sarenkę z bliska, jak przedzierała się przez trawy obok drogi, świecąc białym zadkiem.
Zaczął się więc sezon na piękne obserwacje przyrodnicze... Przydałaby się teraz lornetka. A nie wspominałam jeszcze, że w czwartek w drodze do pracy widziałam pierwszego w tym roku bociana. Chodził po podmokłych terenach nad rzeką.
 
 

 
 
23.04
Dostałam z Finlandii taką wielkanocną pocztówkę z czarownicami. Wyobraźcie sobie, że nie znalazły się one na świątecznej kartce przypadkowo. W Szwecji i w Finlandii istnieje zwyczaj przebierania się w Wielką Sobotę za wiedźmy. Dzieci w kostiumach czarownic i starców chodzą po domach, a sąsiedzi częstują je słodyczami, zupełnie jak w Halloween. Dowiedziałam się o tym dopiero niedawno!
 
 
 

24.04
Mój pierwszy obrazek AI.
 
 


7.05
Po powrocie z długiego weekendu Szczur został u mnie aż do niedzieli. Kiedy ja pracowałam, on regenerował się po traumatycznych przeżyciach w Karpaczu, a w piątek towarzyszył mi do dentystki. Wybraliśmy się też z Piesą na dwa długie i relaksujące, wieczorne spacery po lasach - raz do Starego Lasu, a raz na Murcki. Nadchodzący tydzień prawdopodobnie będzie dla mnie trudny, bo zapowiada się więcej późnych powrotów do domu niż zwykle. Zacznie się od razu w poniedziałek, a ponieważ poniedziałek i wtorek to moje najbardziej męczące dni w pracy, to już samo w sobie jest dołujące. Najbardziej jednak stresuje mnie czekanie na wyniki badań taty, których bardzo się boję (poradnia onkologiczna...). Kiedy nie mam czym zająć myśli, czuję się, jakbym siedziała na tykającej bombie. Dlatego jestem wdzięczna Szczurowi, że został ze mną do końca tygodnia i pomagał mi te myśli zajmować.
W Lesie Murckowskim nie byliśmy chyba od zeszłorocznej majówki. Piękną ekscytowało więc wszystko dookoła. Obszczekiwała napotkane psy i jednego pana (coś w jego wyglądzie musiało wywołać u niej negatywne skojarzenia, bo sprawiała wrażenie mocno zaniepokojonej), bawiła się szyszką, tarzała się i robiła takie akrobacje wśród przydrożnych roślin, że Szczur co chwilę musiał ją odplątywać. Do lasu trafiliśmy niedługo po deszczu, więc na ścieżkach lawirowaliśmy między kałużami, ślimakami i pokaźnymi dżdżownicami. Znaleźliśmy też jednego padalca, niestety martwego. W stawie, nad którym około dwudziestej zaczęły podnosić się opary, pływały całe rzesze kijanek. Nad wodą latał nietoperz, pierwszy zauważony przez nas tej wiosny.
Po przyjeździe z Murcek zdjęłam z Pięknej cztery kleszcze, w tym jednego wbitego. To już kolejny raz, jak Piesa łapie kleszcze niecałe trzy tygodnie od ostatniej dawki kropli, mimo że powinny one rzekomo wystarczyć na miesiąc. Teoria teorią, ale praktyka pokazuje, że po trzech tygodniach ich działanie się kończy i należałoby je aplikować właśnie wtedy. Cóż... i tak miałam zamówić witaminy dla Piesy, więc kupię zwierzakom również krople.
 
 





8.05
Niedziela: Rosomak robi pranie, między innymi legginsów i ocieplanych bluzek z wyjazdu. Suszy na cito ulubione legginsy i bluzkę, żeby móc jutro włożyć najbardziej mięciutkie ubrania.
Poniedziałek: Rosomak w czasie kolacji zrzuca sobie na świeżo wyprane legginsy i bluzkę plaster pomidora.
Ostatnio często słyszę wyrażenie "relacja z jedzeniem". Nie jestem pewna, czy mam jakąś relację z jedzeniem, ale moje ubrania od zawsze są z nim w bliskiej relacji...

13.05
Dzisiaj Eurowizja, czyli moja "guilty pleasure", której sama nie rozumiem. Większości eurowizyjnych piosenek nigdy nie wybrałabym do słuchania dla przyjemności (prędzej już z dziecięcej Eurowizji). Mimo to mam taką małą tradycję oglądania konkursu od dziecka, a dokładnie od roku, kiedy wygrał Lordi. Być może dlatego, że roi się tam od ekscentryków i jest na kim oko zawiesić. A może i dlatego, że Eurowizja zwykle zbiega się w czasie z początkiem okresu, gdy temperatura powietrza staje się dla mnie komfortowa, coraz łatwiej spotkać gąsienice, a do wakacji można już całkiem sensownie odliczać...
W tym roku podobają mi się: Litwa, Albania, Niemcy, Szwajcaria.
A wygra moim zdaniem reprezentant Finlandii, o którym przez większość piosenki ciężko powiedzieć, że śpiewa... ale jest w tym roku jednym z dwóch największych dziwaków na scenie (obok Chorwatów), a to bardzo pomaga. Zobaczymy, czy mam rację.

31.05
Tata już w domu! 🙂
We wtorek lekarz powiedział mu, że w środę wraca do domu. Zaraz po przebudzeniu odebrałam SMS-a z taką wiadomością i początkowo nie miałam pewności, czy tata nie żartuje. Byłam przekonana, że zostanie w szpitalu jeszcze co najmniej do końca tygodnia.
Tata czuje się słaby, jak to po poważnej operacji, ale zadowolony z powrotu do domu. Leży we własnym łóżku, je ulubione potrawy i ogląda ulubione programy, za które nie musi płacić dwuzłotówkami. Z tego, co mówi, najbardziej chciałby już prowadzić samochód.
Na cześć taty dzisiaj na obiad były placki ziemniaczane. Nie zdziwiłabym się, gdyby w rodzinie taty odkryto gen słabości do placków i gdyby był on dominujący.

2.06
Czytając opinie czytelników o książkach w serwisie Lubimy Czytać, trafiłam na zdanie: Opowiada o problemach różnorakich maści: fałszywych przyjaźniach, pierwszej miłości, trudnej sytuacji rodzinnej i terroryzowaniu zwierząt w cyrku.
Zaraz sobie wyobraziłam, jak moje maści na półce zwierzają się sobie pod osłoną nocy ze swoich problemów...

14.06
Po Bożym Ciele pierwszy raz od dawna miałam naprawdę spokojny, odprężający weekend. Przyjechał Szczur. Z jego pomocą zrobiłam z mamą duże zakupy i sporo załatwiłam, a wieczory mieliśmy dla siebie. Oprócz piątku, gdy przez pół dnia padało (przyszła burza), codziennie jeździliśmy do lasu. Chodziliśmy naszymi ulubionymi ścieżkami, a Piękna była w swoim żywiole. Znaleźliśmy kilka gąsienic, w tym dorodną barczatkę napójkę. Inne obserwacje też dopisały. Pierwszego wieczoru sarna przebiegła nam przed samochodem (na szczęście Szczur jeździ bardzo ostrożnie), natomiast w lesie spotkaliśmy dwie ropuchy. W sobotę widzieliśmy jeża i bajeczny zachód słońca nad zalewem. Jeśli chodzi o tatę, poczuł się na tyle dobrze, że zaczął wchodzić na piętro.
Na myśl o minionym weekendzie czuję ogromną wdzięczność, bo teraz dla odmiany mam bardzo męczący, intensywny tydzień. Jak to pod koniec roku szkolnego, spraw do załatwienia jest multum, na czele z dokumentacją. Najgorszy dzień w pracy miałam dzisiaj. Nie chodzi o to, że nie poradziłam sobie, bo poradziłam, ale czterdzieści pięć minut przeczołgało mnie bardziej niż niejeden tydzień. Nie będę wchodzić w szczegóły, w każdym razie był to dopiero początek pracy. Przez resztę dnia czułam się jak wyżęta ścierka.
Po powrocie zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby postawić się na nogi. Zabrałam Piękną na spacer dość odludną trasą, przespałam się, wzięłam gorący prysznic i zjadłam truskawki. Udało mi się nie dopuścić do migreny, mimo że przy obiedzie czułam znajome kłucie za okiem. I całe szczęście, że miałam czas na regenerację. Czekają mnie jeszcze dwa bardzo trudne dni. Przyszły tydzień powinien być już spokojniejszy. Byle dotrwać do piątkowego wieczoru...
Jeśli macie wśród swoich bliskich nauczycieli, bądźcie dla nich wyrozumiali o tej porze roku. I nie dziwcie się, jeżeli dopiero po tygodniu urlopu dociera do nich, że go mają. 
 
 




15.06
Dziwna sytuacja mi się dziś przydarzyła. Idąc do pracy, usłyszałam, że ktoś wykrzykuje moje imię. Kiedy się odwróciłam, nikogo nie było. No i teraz nie wiem, czy:
a) ktoś na osiedlu przypadkowo wołał osobę o tym samym imieniu,
b) mam jakieś haluny spowodowane czerwcowym zmęczeniem.

26.06
Oto jeden z najpiękniejszych aspektów urlopu.