niedziela, 22 października 2023

[157] Szlakiem polskich latarni

 
Dzień pierwszy: Znów nad morzem 
 
Jesteśmy znowu nad polskim morzem. Tym razem pogoda nie rozpieszcza - poprzedniej nocy mocno wiało i padało, a dzisiaj padało z małymi przerwami na przejaśnienia. Jest zimno. W nocy temperatura spadła do dziesięciu stopni. W dzień podniosła się co prawda do dwudziestu jeden, ale wkrótce znowu zaczęło intensywnie padać i spadła. Momentami deszcz tak bębnił o dach werandy, że Piękna bała się tego dźwięku. Późnym popołudniem kilka razy zagrzmiało. Dwa razy widzieliśmy też tęczę - najpierw w drodze po spożywcze zakupy, a później na plaży.

Szczura bolała dziś głowa, a mnie stawy. Starość nie radość. 

W związku z powyższym spędziliśmy dzień głównie na odpoczywaniu i czytaniu w domku. Piękna poznawała psy gości z sąsiednich domków, które chętnie się z nami witały. Wieczorem wykorzystaliśmy przejaśnienie, żeby pojechać na niedługi spacer po plaży. Tam, ku naszemu zdziwieniu, było bardzo przyjemnie. Morze nie było tak wzburzone, jak się spodziewaliśmy. Po plaży spacerował kormoran, który w ogóle nie bał się ludzi i pozwalał się fotografować. W piasku leżało dużo połamanych muszli. W pewnym momencie zagapiłam się i podeszłam zbyt blisko morza, przez co fala całkowicie zalała mi buty. Na szczęście mieliśmy już blisko do wejścia na plażę, a stamtąd do samochodu, więc uniknęłam długiego chodzenia w przemoczonych butach. Przed odwrotem załapaliśmy się jeszcze na cudowny zachód słońca.
 
 

 
 
Dzień drugi: Hel

Po wycieczce do Słowińskiego Parku Narodowego nie sądziłam, że coś mnie jeszcze tego lata zaskoczy. Chyba nie doceniłam Pomorza, z którym jak dotąd miałam niewiele do czynienia. Wystarczyło wybrać się na Hel, a tam... do lasu. Głównym celem naszego wypadu na Hel była latarnia morska, jednak największe wrażenie zrobił na mnie właśnie las, do którego trafiliśmy przy okazji.

Jako miłośniczka lasów uważam, że prawie każdy z nich ma w sobie "to coś", pewien rys indywidualny. Znam też kilka miejsc, gdzie dociera tak mało dźwięków z zewnątrz, że można tam zapomnieć o całym świecie. Takim niemal magicznym miejscem jest dla mnie Kampinos. W lesie na Helu zetknęłam się jednak z atmosferą, której póki co nie mogę porównać do żadnego znanego mi miejsca. Tak mógłby wyglądać las z Eldaryi albo z innego uniwersum fantasy, gdyby istniał naprawdę - tajemniczy, mroczny bór, pełen niewidocznych gołym okiem niebezpieczeństw. Atmosferę niepokoju tworzą już same drzewa - poskręcane, powyginane pod dziwacznymi kątami sosny. Pomiędzy nimi roi się od krzewinek, mchów i porostów w różnych odcieniach zieleni. Wśród roślin ukrywają się bunkry, idealnie wtapiające się w tło. Najbardziej niesamowicie wyglądają jednak sosny, których gałęzie nie mają wcale igieł i są całe w porostach. Dookoła jest cicho i jakoś tak... duszno, jakby zewsząd obserwowały intruza czujne oczy magicznych stworzeń. 
 
 




 

Niedługo po wejściu do lasu na jednym z pni dostrzegłam biało-czarną samicę brudnicy mniszki. Pomyślałam, że mam szczęście - pierwszy raz spotkałam w naturze tę bliską krewną moich nieparek. Wkrótce jednak na innej sośnie zauważyłam kolejną, a później następną i jeszcze jedną... Po kilku minutach stało się jasne, że ten niezwykły las cierpi na inwazję brudnicy mniszki. Na większości pni siedziała przynajmniej jedna ćma. Prawdopodobnie to właśnie larwy mniszki całkowicie ogołociły z igieł niektóre sosny. Samca widziałam tylko raz. Przypuszczam, że leśnicy założyli pułapki feromonowe, żeby w okresie rójki wyeliminować jak najwięcej samców. Samice, podobnie jak u nieparki, mają skrzydła, ale praktycznie nie latają.

Gdy wyszliśmy z lasu na otwartą przestrzeń, Szczur uświadomił mi, że jeśli nie chcę wracać na parking tą samą drogą, został nam jeszcze spory odcinek do przejścia. Obawiałam się trochę, czy nie zaskoczy nas ulewa. Mimo wszystko wolałam dalej iść przed siebie niż wracać tą samą drogą (średnio to lubię). I ostatecznie nie żałowałam. Znaczna część naszej trasy biegła przez plażę, którą raz po raz oświetlały przebijające się przez chmury, złociste promienie słońca. Pojawiła się również tęcza. Była to naprawdę ładna trasa na spacer, nie zmokliśmy, a ciepły polar skutecznie chronił mnie przed chłodem i wilgocią.
 
 

 

Dzień trzeci: Rozewie
 
Z Helu wróciliśmy późno w nocy, więc dziś potrzebowaliśmy więcej czasu na poranny rozruch. Zdecydowaliśmy, że nie będziemy się spieszyć, a zwiedzać pojedziemy dopiero po moim obiedzie i tym razem niedaleko - na Rozewie. Wpadłam też na pomysł, abyśmy zabrali Piesę i wchodzili na szczyt latarni w dwóch turach. Poprzedniego dnia Piękna spędziła kilka godzin sama w domku. Po naszym powrocie miała lekkiego focha. Leżała w swoim ulubionym kąciku, ostentacyjnie udając, że wcale nie cieszy się na nasz widok. Nie chciałam więc zostawiać jej samej przez dwa dni z rzędu.

Czynną ("starą") latarnię na Rozewiu ja i Szczur raz już zwiedziliśmy, jeszcze przed pandemią. Druga latarnia, nazywana "nową", nie była wtedy udostępniona do zwiedzania. Niedawno jednak przeczytałam w Internecie, że w 2022 roku została otwarta dla zwiedzających. Można więc teraz odwiedzić dwie latarnie za jednym zamachem... i zdobyć dwie pieczątki na odznakę. Tak też zrobiliśmy. Podczas gdy ja wchodziłam na górę, Szczur czekał z Piękną na zewnątrz, a później zmienialiśmy się. Okazało się, że nie tylko mnie przyszedł do głowy ten pomysł - w parku spotkaliśmy inne psy. Piękna trochę się niepokoiła, kiedy znikaliśmy jej z oczu, ale szybko przekonała się, że zawsze wracamy.

W "starej" latarni byłam krótko, bo poprzednim razem obejrzałam tamtejszą ekspozycję bardzo dokładnie. Dzisiaj wspięłam się po schodach właściwie tylko po to, żeby dostać pieczątkę. Poza tym czas nas gonił - na miejscu dowiedzieliśmy się, że mamy go mniej niż sugerowały godziny otwarcia podane w Internecie. Pognaliśmy więc na złamanie karku w kierunku "nowej" latarni. Po rewitalizacji naprawdę wygląda ona jak nowa. Aż trudno uwierzyć, że stała zamknięta przez sto dwanaście lat! Z tarasu widokowego można zobaczyć zarówno morze, jak i czynną latarnię. Co ciekawe, na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku obie latarnie działały jednocześnie. Latarnicy dbali, by światło w żadnej z nich nigdy nie zgasło. Dzięki temu żeglarze potrafili odróżnić Rozewie od niedalekiego Czołpina, gdzie latarnia emitowała pojedyncze światło.
 
 

 

Z Rozewia pojechaliśmy prosto na "psią plażę". Pogoda wciąż pozostawia wiele do życzenia - jest chłodno, około piętnastu stopni. Nawet Szczur, który jest stworzeniem wybitnie zimnolubnym, włożył dzisiaj ocieplaną bluzkę. Ja czułam się w miarę komfortowo tylko dlatego, że zapakowałam się w cztery warstwy ubrań, włącznie z grubym polarem. Mimo wszystko uważam, że skoro tu jesteśmy, dzień bez kontaktu z morzem byłby dniem straconym. Posiedzieliśmy więc na kocyku, obserwując fale. W tym czasie Piękna zawarła znajomość z niedużym łaciatym kundelkiem. Tak z nim szalała, że nie mogłam się nadziwić, iż to ta sama Piesa, która niekiedy potrafi bać się psów mniejszych od siebie. Widocznie psy też wyczuwają swoje bratnie dusze.


Dzień czwarty: Stilo

Dzisiaj odwiedziłam kolejną latarnię morską i zdobyłam czwarty stempel w "paszporcie" miłośnika latarni. W Stilo już kiedyś byłam, podobnie jak w Rozewiu, ale pandemia przerwała mi zbieranie stempli na brązową odznakę. A ponieważ w tym celu trzeba odwiedzić pięć latarni w ciągu dwóch lat, dotychczasowe stemple przestały się liczyć.

Wycieczka do Stilo to był prawdziwy wyścig z czasem. Kiedy Szczur zaparkował samochód, mieliśmy mniej niż czterdzieści pięć minut do zamknięcia kasy z biletami. Szczur zaproponował, żebym poszła przodem, najszybciej jak potrafię, a on opłaci parking i mnie dogoni. Cóż było robić? Potruchtałam w kierunku latarni. Nie lubię takiej presji czasu, ale w tym przypadku pretensje mogę mieć tylko do samej siebie, bo nie słyszałam rano budzika... W efekcie spaliśmy prawie do południa, a trzeba było jeszcze zrobić drobne zakupy i zjeść obiad. 

Do Stilo prowadzi przyjemna, choć wymagająca nieco wysiłku droga przez las. Włażąc pod górę, spotkałam owada, który na chwilę usiadł mi na rękawie, lecz nie miałam czasu dokładnie mu się przyjrzeć. Skupiłam całą uwagę na tym, żeby iść miarowym krokiem i nie zatrzymywać się bez potrzeby. Przez drzewa prześwitywała już latarnia, gdy dogonili mnie Szczur i Piękna - oboje zasapani na całego. Szczur stwierdził potem, że chyba nie dałby rady, gdyby nie Piesa, która na mój widok dostała powera i ciągnęła go niczym pies pociągowy.

Na obecną chwilę - a mam na koncie dopiero cztery latarnie polskiego wybrzeża - Stilo jest moją ulubioną. Najbardziej podoba mi się wizualnie i daje najwięcej satysfakcji. Pewnie w dużej mierze przyczynia się do tego nagły wyrzut endorfin, który następuje po wzmożonym wysiłku, ale na górze mam ochotę krzyczeć z radości. Nie bez znaczenia jest też fakt, że z balkonu latarni można popatrzeć na okolicę w pełni swobodnie, wdychając świeże powietrze. Nie przeszkadzają w tym żadne szyby.
 
 

 

Dzień piąty: Nowy Port i Westerplatte
 
To już pewne: nareszcie będę mogła złożyć wniosek o brązową odznakę "Bliza". W Gdańsku zdobyłam stempel z piątej latarni!

Latarnia w Nowym Porcie dość mocno wyróżnia się na tle pozostałych, które dotychczas zwiedziłam. Niższa, wybudowana w zupełnie innym stylu, jako jedna z kilku latarni na świecie wciąż posiada na szczycie kulę czasu. Z wystawy można dowiedzieć się, że urządzenie to wykorzystywano od XIX wieku do ustawiania chronometrów okrętowych. Z tarasu widokowego rozciąga się przepiękny widok na Zatokę Gdańską, Westerplatte i latarnię w Porcie Północnym. Jeszcze większe wrażenie zrobiło na mnie okno, z którego 1 września 1939 roku padły pierwsze strzały w kierunku Westerplatte. Stojąc przy nim, poczułam mimowolny dreszcz, co czasem mi się zdarza w miejscach silnie oddziałujących na wyobraźnię. Historię postrzegam przede wszystkim przez pryzmat ludzkich losów, więc pytania same napłynęły mi do głowy. Kim był człowiek, który oddał te strzały? O czym myślał? Gdzie wtedy byli jego bliscy? 






 
Postanowiliśmy ze Szczurem, że na razie nie będziemy pakować się do centrum Gdańska. Upał i środek weekendu generują tłok, a w domku zostawiliśmy Piękną, która trochę niedomagała. Chciałabym zobaczyć Stare Miasto, zwłaszcza piękne, kolorowe kamienice brylujące na pocztówkach z Gdańska. W czasie jazdy samochodem moją ciekawość wzbudził też Park Oliwski i jego okolice. Myślę jednak, że co się odwlecze, to nie uciecze. Do Błot na pewno nieraz wrócimy. 
 
Plan na dziś miałam taki, żeby zwiedzić latarnię i znajdującą się niedaleko twierdzę Wisłoujście. Niestety, Szczur wyczytał, że twierdza tymczasowo nie jest dostępna dla zwiedzających. Pojechaliśmy więc spontanicznie na Westerplatte - jak się okazało, od Nowego Portu to niecały kwadrans drogi samochodem. Przespacerowaliśmy się po półwyspie, oglądając zachowane wartownie, ruiny koszar i Cmentarz Żołnierzy Wojska Polskiego, gdzie spoczywają obrońcy Westerplatte. Cmentarz jest nietypowy, zaprojektowany na planie okręgu - nigdy wcześniej takiego nie widziałam.  W pobliżu znajdują się pozostałości willi oficerskiej, które wyeksponowano pod przeszkleniem. 

Jednym z pierwszych skojarzeń, jakie przychodzą mi do głowy na myśl o Gdańsku, jest Pomnik Obrońców Wybrzeża. Pamiętałam go wzrokowo z pocztówek kuzyna, zanim jeszcze dowiedziałam się czegokolwiek o drugiej wojnie światowej. Zdziwiło mnie troszkę, że pomnik, choć góruje nad okolicą, zobaczyliśmy dopiero pod koniec spaceru. Spodziewałam się, że będzie rzucał się w oczy z daleka, tymczasem zasłaniały go drzewa. Po drodze natknęliśmy się na inny charakterystyczny obiekt - ogromny napis "Nigdy więcej wojny". Jakże bym chciała, żeby druga wojna światowa była ostatnią...
 
 




 

sobota, 2 września 2023

[156] Pamiętniki lipcowe

 
9.07
Od około dwóch tygodni walczę z jelitem rozdrażnionym. Oczywiście nie codziennie, ale mimo leków regularnie miewam epizody biegania do toalety. Jestem już tym naprawdę zmęczona. Zwykle mam mniejszy lub większy problem z przestawieniem się z trybu "praca" na tryb "urlop" i odwrotnie, lecz tym razem trwa to wyjątkowo długo. Czuję, że moja głowa nadal funkcjonuje w trybie zadaniowym, nie potrafi wyluzować. Różne drobne rzeczy nadmiernie mnie pobudzają lub wytrącają z równowagi, z kolei do czynności, które trzeba wykonać, podchodzę zanadto ambicjonalnie. Jakbym sama narzucała sobie presję, mimo że w rzeczywistości presji nie ma. Wiem, że na linii mózg-jelita zapanuje spokój, gdy uda się okiełznać mózg, ale łatwiej powiedzieć niż zrobić. 🤔 Ciągle szukam sposobu, żeby się odprężyć, być bardziej tu i teraz.
Najlepiej czułam się w sobotę wieczorem i w niedzielę rano. W sobotę zdołałam wyciszyć się na dłużej w towarzystwie Szczura, Magdy i Maćka. Magda śpiewała nam i grała na instrumentach. Byliśmy też z Piękną na długim spacerze  po okolicy. Wracając, słuchałam w samochodzie płyty Sanah "Poezyje" i czułam się spokojna. Ten stan utrzymał się mniej więcej do południa następnego dnia. Wstałam wyspana, w dobrym nastroju. Niestety, spokój nie trwał długo - zepsuł mi go wieczorny bunt jelit.
W przerwie między fochami brzucha udało nam się pojechać we trójkę do Lasu Bemowskiego. Piękna odpoczęła po wrażeniach z poprzednich dni. Jak zwykle była pełna energii: hasała po leżących pniach, pokonywała niektóre przeszkody na ścieżce zdrowia, obszczekiwała inne psy. Wskoczyła nawet z własnej inicjatywy na ławkę, żeby usiąść obok Szczura i mnie, choć ogólnie od długich pieszczot na kanapie woli wspólną aktywność ruchową. Przy okazji wypuściłam kilka samic brudnicy, które nie znalazły partnerów. Krótko żyją, więc nie widzę sensu trzymania ich dalej w domu.
Na zdjęciu nasz nowy znajomy, jeżyk. Wczoraj w nocy spotkałyśmy go już drugi raz, niemal w tym samym miejscu. Wydaje mi się, że mieszka na terenie osiedla. Zastanawiam się, jakie imię pasowałoby do niego. W przeciwieństwie do Jeża Jerzego, suto nakrapianych imprez na razie nie urządza.



 
11.07
Dzisiejszy dzień był specyficzny. Działy się zarówno rzeczy bardzo pozytywne, jak i bardzo niefajne.
Mój tata zaczął leczenie onkologiczne. Po długiej diagnostyce, operacji i kilku konsyliach dostał lek w postaci tabletek, na razie na dwa tygodnie. Dzisiaj zażył pierwszą dawkę. Póki co czuje się dobrze. Pogadaliśmy długo przez telefon, był w dobrym nastroju. Mama pilnuje taty z mierzeniem poziomu glukozy.
Ni z gruchy, ni z pietruchy Naleśnik złośliwie odmówił współpracy dzień przed naszym planowanym wyjazdem. Zaczął szwankować Szczurowi w drodze od dentysty do domu. Niestety, nie obyło się bez lawety. Kiedy Szczur był już w drodze do mechanika, Naleśnik rozkraczył się na Powązkowskiej. W efekcie został na hospitalizacji u mechanika, a Szczur zamiast odpoczywać po dentyście spędził cały wieczór, załatwiając naprawę i zamianę auta. Na szczęście ojciec pożyczył mu swój samochód na podróż.
Podczas gdy Szczur był w rozjazdach, do Norki przyleciał samiec brudnicy. Ale się ucieszyłam! Po tygodniu bezowocnych prób w różnych miejscach (Śląsk, Warszawa, Głosków, Wołomin...) pan ciem po prostu wpadł do mojego pokoju przez okno. Od razu rozstawiłam siatkę do rozmnażania, posadziłam w niej samice i wpuściłam samca. Zaplemnił dwie samice, które teraz znoszą jaja. Szczur z kolei żartuje, że biedny pan ciem został uwięziony celem zmuszenia go do stosunków. Jakie tam zmuszanie! Sam przyleciał, możliwe, że z daleka 🙂
Dużo czasu spędziłam dziś, gotując i myjąc zapuszczony balkon, ale jeszcze więcej na dworze z Piękną. W porze obiadowej zabrałam ją na godzinę do ogrodzonego parku, gdzie może pobiegać bez smyczy. W zeszłym roku bałam się ją spuszczać, bo miała tendencje do uciekania. Teraz potrafi już tyle, że mogę jej zaufać - wiem, że na znanym nam, ogrodzonym terenie przyjdzie do mnie na zawołanie. Przynajmniej raz dziennie pozwalam jej się wyszaleć, rzecz jasna pod obserwacją. Wieczorem natomiast wzięłam ją na długi spacer na smyczy, nad fosę i do ogrodu społecznościowego.
Po powrocie Piesa bardzo zmartwiła się, że Szczur długo nie wracał do domu. Szukała go po pokojach, a potem wskoczyła na jego łóżko. To pierwszy raz, gdy to zrobiła. Jestem dumna z wytrwałości Szczura i z postępów Pięknej. Teraz tylko czekać, aż zacznie z nim spać!

 

 
22.07
Gdy na początku lipca przyjechałam do Nory, postanowiłam doprowadzić do ładu balkon. Szczur prawie wcale z niego nie korzysta, a to miejsce ma potencjał, żeby stać się fajnym kącikiem wypoczynkowym. Problem w tym, że po zimie balkon zawsze jest w przerażającym stanie. Nie dość, że bardzo zapylony, to jeszcze miejscowe wrony urządzają sobie tam toaletę.
Myłam balkon przez dwa dni (oczywiście nie całe, tylko po trochu, na miarę możliwości moich łapek). W tym czasie po kilka razy wymieniałam wodę w misce, bo błyskawicznie stawała się czarna. Tak brudnej wody chyba jeszcze nie widziałam. Musiałam umyć też fotele i stolik, które nie były w żaden sposób zabezpieczone na zimę, a na koniec odkurzyłam balkon. Kiedy kafelki odzyskały swój prawdziwy kolor, ukryty pod warstwą pyłu, poczułam się bardzo z siebie dumna. Szczur stwierdził, że posprzątałam balkon Augiasza.
Niestety, w trakcie naszej podróży nad morze wrony znowu zdążyły zrobić kilka kup na balkonie. Zaczęłam więc szukać sposobów, jak by tu odstraszyć ptaki. Kumpel zasugerował plastikowego kruka. Inni - kolorowe, połyskujące wiatraczki. Wiatraczki te przymocowałam prowizorycznie do poręczy, aczkolwiek byłam sceptycznie nastawiona co do ich skuteczności. Być może gołębie łatwo odstraszyć, ale krukowate są bardzo inteligentne. I uparte.
Wystarczył jeden dzień od zainstalowania wiatraczków. Już wczoraj po obiedzie było mi dane zobaczyć ptaka siedzącego luzacko tuż obok wiatraczka. Wrona nie tylko w ogóle się nie bała, ale najwyraźniej uznała, że to zabawka dla niej. Popychała i ciągnęła wiatraczek, jakby chciała wprawić go w ruch. Albo, co też możliwe, ukraść.
Chyba będzie trzeba zmienić taktykę i zamiast odstraszaniem zająć się oswajaniem tej mądrej wrony...

24.07
Niedawno Szczur skończył czterdzieści lat. Świętowaliśmy przez bite dwa dni: najpierw we dwoje i z rodzicami Szczura, a później w gronie przyjaciół.
Jesienią i zimą zdarzało się Szczurowi łapać doła z powodu zbliżającej się czterdziestki. Obawiał się tego momentu. Tłumaczyłam mu, iż "zmiana kodu na cztery z przodu" to rzecz umowna, bo przecież czas jest względny, a z dnia na dzień nikt nie zostaje staruszkiem. Na początku niewiele to pomagało. Wydaje mi się jednak, że krok po kroku udało mu się oswoić ten temat. Ostatecznie Szczur wszedł w kolejną dekadę życia z uśmiechem.
Z okazji "okrągłych" urodzin postanowiliśmy urozmaicić domówkę konkursem wiedzy o solenizancie. Pomysł był mój, ale Szczur też się do niego zapalił. Wystarczyły nam dwa posiedzenia, by ułożyć listę pytań, których miało być łącznie czterdzieści. Zadawaliśmy je po kolei, dając wszystkim czas do namysłu, po czym goście dzielili się swoimi odpowiedziami. Szczur przyznawał punkty za każde pytanie, ogłaszał prawidłowe odpowiedzi i opowiadał historyjki ze swojego życia. Początkowo nasi goście byli nieco skonsternowani, ponieważ nikt nie spodziewał się "kartkówki" na imprezie. 😀 Poszło im jednak naprawdę nieźle! Tak jak przewidywałam, quiz wygrała Paulina, która przyjaźni się ze Szczurem najdłużej. Główny cel tej zabawy został osiągnięty: było przy niej mnóstwo śmiechu.
 

 
 
Kochani, jeszcze raz dziękuję Wam wszystkim za obecność - było jak zwykle super! ❤ Dziękuję też za wsparcie nas w organizacji domówki (pomoc w przygotowaniu Nory, jedzenie i picie)!
W niedzielę odsypialiśmy do późna. Kiedy w końcu wygramoliłam się z łóżka, miałam migrenę. Mimo to dzień był udany - Alex została u nas na jeszcze jeden dzień, więc bardzo dużo rozmawiałyśmy. Wieczorem zabrałam Alex na spacer, żeby pokazać jej pełen graffiti fort i ogród społecznościowy. Gdy wchodziłyśmy do ogrodu, Piękna stanęła jak wryta, wpatrując się w jakiś kształt w trawie. Po chwili zaczęła wyrywać się do przodu i szczekać. Spodziewałam się, że zobaczymy jeża albo kota, więc bardzo się zdziwiłam na widok czmychającego w krzaki... lisa. Aż dopytywałam Alex, czy widziała to samo, co ja. Gdzie jak gdzie, ale tutaj lisa jeszcze nie widziałam. Choć było już ciemno, zgodziłyśmy się, że był to prawdziwy lis, sporych rozmiarów i z białą końcówką kity.
Tego lata to już drugie spotkanie moje i Pięknej z lisem. Czwartego czerwca lis trzymający w pysku ofiarę przeciął nam drogę na spacerze po naszej miejscowości, zaledwie trzy ulice od domu. Dzikie zwierzę było równie zaskoczone jak my. Przez chwilę wszyscy - ja, pies i lis - staliśmy w bezruchu w odległości kilku metrów od siebie. Dopiero po paru sekundach lis zniknął w krzakach. Do teraz się dziwię, że lisa tak zamurowało, a Piesa nawet się nie poruszyła.

31.07
Dzisiaj na spacerze z Piesą spotkałam Panią o Radykalnych Poglądach.
Szłyśmy sobie niespiesznie obok fosy, gdy nagle zaczepiła mnie kobieta o fioletowych włosach, na oko po czterdziestce. Niosła zakupy i miała skwaszoną minę.
- Widziała pani tych ludzi, co teraz przechodzili? Tych Żydów?
Potwierdziłam, bo faktycznie chwilę wcześniej mijałam żydowską rodzinę: dorosłych, młodzież i dziecko.
- Jak oni się tu panoszą! Przyjeżdża ich tutaj tyle, a potem na wszystkich patrzą z góry. Widziała pani, jaką miał wrogą minę ten facet? Wszystkich mają za nic. Co oni robią tym biednym Palestyńczykom... A u nich też niedługo nie będzie lepiej. Słyszała pani o tej ustawie o sądach, która u nich przeszła?
Prawdę mówiąc, ja żadnej wrogiej miny nie widziałam - ot, szli sobie ludzie i wyglądali całkowicie neutralnie - a o tym, jakie ustawy przechodzą w Izraelu, nie mam pojęcia. Do Żydów też nic nie mam i próbowałam łagodnie to wyartykułować. Pani nieszczególnie to jednak przeszkadzało.
- Tu w okolicy mieszka pewna aktywistka, może przyjechali w odwiedziny. A wie pani, że oni ich tam wszystkich zmusili do szczepień?
W mojej głowie trwała tymczasem gonitwa myśli, jak tu spławić tę kobietę. Piękna przyszła mi z pomocą, wąchając trawnik, bo pani na chwilę oddaliła się. Niestety, wkrótce znów spotkałam ją na skrzyżowaniu.
- Nie przeszkadzają pani te kajaki? - zagaiła kolejny raz, wskazując fosę.
- Nie, płynęłam kilka razy i było całkiem przyjemnie.
Kilkanaście minut wcześniej sama zauważyłam kajaki. Tyle że mnie to ucieszyło i zaczęłam zastanawiać się, czy nie wyciągnąć Szczura na kajak.
- Straszą ciągle te biedne kaczki, przy takim poziomie wody, a biurwy zamiast dolać więcej wody...
- Szczerze mówiąc, mnie dużo bardziej przeszkadza, że ludzie nadal karmią je chlebem, mimo że tyle się o tym mówi. Kiedyś przyniosłam im warzywa i nie chciały, tyle dostają chleba - stwierdziłam.
Co do kaczek z fosy, one nie wydają się niczym trwale przejmować - ani kajakami, ani psami, ani rowerzystami. Z kolei letnia wypożyczalnia kajaków i rowerów wodnych to jedna z moich ulubionych lokalnych inicjatyw.
Na szczęście kobieta wkrótce musiała pójść w innym kierunku. Z ulgą pospieszyłam w swoją stronę, upewniając się jeszcze ostrożnie zza drzew, czy aby na pewno pozbyłam się uciążliwego towarzystwa.
Jeśli kiedyś w drodze do nas zauważycie kobietę o fioletowych włosach, taką około czterdziestki, to posłuchajcie mojej rady i WIEJCIE. Chyba że macie ochotę z nią podyskutować na jej ulubione tematy.
Po powrocie do Nory opowiedziałam Szczurowi o tym kłopotliwym spotkaniu.
- A wiesz, akurat dzisiaj pomyślałam, że moglibyśmy popływać kajakiem. Może nadepniemy jej na odcisk.
- Najlepiej śpiewając przy tym żydowskie piosenki - zaproponował Szczur.
 
 

 

niedziela, 27 sierpnia 2023

[155] Motyle: Z miernikowcami za pan brat

 
Oprócz gąsienic, których szukam w celu dłuższej obserwacji, na co dzień zwracam też uwagę na spotykane dorosłe owady. Staram się być uważna na spacerach, a gdy do pokoju wpada ciekawa ćma, łapię ją i przed wyniesieniem na dwór próbuję zrobić jej zdjęcie. Niestety, nagminnie zapominam o identyfikowaniu zaobserwowanych motyli - jakoś zawsze brakuje czasu, a później samo wylatuje mi to z głowy. 

W zeszłym tygodniu sporo czasu musiałam spędzić w samotności, więc postanowiłam zająć się oznaczeniem motyli ze zdjęć. Chciałabym wstawić tutaj przynajmniej część z nich. A ponieważ ostatni raz przysiadłam nad tym dwa lub trzy lata temu, zdjęć nazbierało się naprawdę dużo. Oprócz strony Lepidoptera Mundi korzystałam z aplikacji Seek od iNaturalist, poleconej mi przez GreenU. Apka może i nie jest niezawodna - nie wszystkie motyle potrafi rozpoznać - ale pomogła mi z kilkoma gatunkami o mniej charakterystycznych wzorach na skrzydłach.
 
Na pierwszy ogień pójdą ćmy z rodziny miernikowcowatych (Geometridae). Spotykam je zdecydowanie najczęściej i nic w tym dziwnego, bo do miernikowcowatych należy kilkanaście tysięcy gatunków, w tym ponad czterysta żyjących w Polsce. 😀
 
 
Abraxas grossulariata - Plamiec agreściak 
Dzisiejsze zestawienie rozpoczyna ćma, która moim zdaniem należy do najpiękniejszych w Polsce - plamiec agreściak. Zaobserwowałam ją 13 lipca, na pierwszym w tym roku spacerze na plażę. Odpoczywała na liściu jednego z krzewów i najwyraźniej nie przeszkadzało jej, że bardzo rzuca się w oczy.



Lomaspilis marginata - Plamiec nabuczak
Zaobserwowany w ubiegłoroczne wakacje, 25 lipca 2022 roku. Wleciał przez okno do Nory.



Abraxas sylvata - Plamiec leśniak 
Zaobserwowany 14 czerwca w Najbliższym Lesie, w drodze nad zalew. Tego motyla spotykam na spacerach po okolicy przynajmniej raz w roku.



Chiasmia clathrata - Witalnik nostrzak
Gdy byłam na wakacjach nad morzem, kilkakrotnie wleciał do mojego pokoju - zarówno w lipcu, jak i w sierpniu. Co ciekawe, wyczytałam, że w Internecie utrwalił się błąd w zapisie polskiej nazwy tego gatunku i występuje on nawet na Lepidoptera Mundi ("naostrzak" zamiast "nostrzak").




Peribatodes rhomboidaria - Przylepek kruszyniak
Zaobserwowałam go w tym roku dwa razy: 14 czerwca i 17 sierpnia. Za pierwszym razem w środku dnia na własnym podwórku, gdy odpoczywał na balustradzie schodów prowadzących do domu. Za drugim razem światło zwabiło go do Nory.
Z rozpoznaniem tego motyla miałam spory kłopot. Pomogła dopiero aplikacja Seek.


 
Mesoleuca albicillata - Paśnik maliniak 
Kolejna bardzo charakterystyczna ćma z rodziny miernikowcowatych. Zdjęcie zrobiłam 9 sierpnia 2020 roku w swoim domu.



Geometra papilionaria - Miernik zieleniak
Zdjęcie pochodzi z sierpnia 2019 roku, ale jak dotąd nie pojawiło się na blogu. Według Lepidoptera Mundi, zieleniak żywi się sokiem z opadłych owoców i ze skaleczonych drzew. 



Plagodis pulveraria - Nakreślik iwiniak
Zaobserwowany 17 czerwca 2021 roku w mojej miejscowości. Wleciał do domu.



Timandra comae - Walgina rdestniak
Motyl, którego spotykam stosunkowo często. Zdjęcie zrobiłam 18 lipca 2021 roku i jest na nim samica. 
W tym roku zaobserwowałam podczas wakacji nad morzem, 12 sierpnia, samca z pięknymi pierzastymi czułkami, ale zdjęcie wyszło poruszone.
 
 

Idaea seriata - Krocznik rzędzik
Nieduży, delikatny motyl, który przypomina mi... dalmatyńczyka. Zaobserwowany 3 lipca roku na spacerze po mojej miejscowości. 



Idaea muricata - Krocznik zorzak
Zaobserwowany 14 lipca 2022 roku. Ten gatunek również zaliczam do swojego prywatnego rankingu najpiękniejszych polskich ciem. Gdyby nie postrzępione brzegi skrzydeł, trudno byłoby mi uwierzyć, że to bliski krewny krocznika rzędzika. Są jak ogień i woda!



środa, 16 sierpnia 2023

[154] Morskie opowieści [cz. III]


Dzień piąty: Słowiński Park Narodowy

O istnieniu ruchomych wydm dowiedziałam się, kiedy miałam siedem lat. Byłam wtedy pierwszy raz na prawdziwych wczasach - rodzice zabrali mnie na dwa tygodnie nad morze. Chociaż wszystko tam mnie fascynowało i nigdy się nie nudziłam, nie zapominałam o swoich ulubionych czasopismach. Większość ukazywała się raz w tygodniu, więc w konkretne dni tygodnia pilnowałam taty, by kupił je w kiosku. Tak też było ze "Zwierzakami", w których akurat znalazła się rozkładówka o polskich parkach narodowych. Możliwe, że to była jedna z gier planszowych, jakie czasem pojawiały się w gazetkach dla dzieci. Każdy z parków był krótko opisany i zilustrowany zabawnym rysunkiem. Najbardziej zapadła mi w pamięć antropomorficzna wydma. Oczywiście miała oczy, uśmiechniętą buzię, ręce i nogi. I biegła. 😀

Bardzo mi się marzyło pojechać kiedyś do Słowińskiego Parku Narodowego. Nigdy jednak nie było ku temu okazji, bo w dzieciństwie jeździłam na Pomorze Zachodnie, a na pierwszym wyjeździe nad morze ze Szczurem wydawało mi się to nierealne. Podróż samochodem z okolic Karwi do parku narodowego trwa dość długo, nawet do dwóch godzin. Dwie godziny tam i z powrotem w aucie to już wycieczka z tych bardziej męczących. Tym razem postanowiliśmy jednak zaryzykować. Założyłam, że możemy wrócić późno, więc w nocy ugotowałam obiad dla siebie i Piesy. Obie zjadłyśmy dużo wcześniej niż zwykle, ale dzięki temu miałyśmy już na starcie pełne żołądki. I całe szczęście, bo Piękna musiała zostać w domu, a wycieczka rzeczywiście pochłonęła większość dnia.

Co to był za dzień! 

Zaraz na początku szlaku, który przez kilkanaście minut prowadził przez las, zobaczyłam przy ścieżce zaskrońca. Później było tylko coraz bardziej i bardziej niesamowicie. Oczywiście już w lesie wypatrywałam między drzewami wydm. Gdy do nich dotarliśmy, przerosły moje wyobrażenia pod każdym względem: rozmiarów, piękna, a także... poziomu trudności. Szczur zdecydował, że wybierzemy się na Wydmę Czołpińską, gdyż jest to mniej wymagająca z dwóch tras udostępnionych turystom. Nie spodziewałam się więc, że wchodzenie na kilka pagórków i schodzenie z nich zajmie nam godzinę, a już na pewno nie tego, jak męczące będzie. Ilekroć wydawało mi się, że wzniesienie przed nami będzie tym ostatnim i z góry zobaczymy już morze, wyrastało za nim kolejne, jeszcze wyższe. 😮 Słońce akurat przygrzało i musiałam często robić postoje, żeby się napić. Przy okazji bawiłam się piaskiem, który miał cudownie jasny kolor - przesypywałam go przez palce i gładziłam. Wszędobylski piasek sprawiał, że co krok przypominała nam się "Diuna". Dużo żartowaliśmy o Fremenach, filtrakach i czerwiach.
 
 




 
 Z wydm zeszliśmy na plażę, gdzie w okamgnieniu zrobiło się chłodno i wietrznie. Założyłam kilka warstw ubrań, by chronić spocone ciało przed chłodem. Mimo ciepła czułam lekki niepokój, gdyż nad wydmami wisiały złowieszcze granatowe chmury. Martwiłam się, że nie unikniemy burzy. Do latarni morskiej w Czołpinie, bo tam właśnie zmierzaliśmy, została godzina człapania brzegiem morza - a właściwie więcej niż godzina, jeśli wziąć pod uwagę moje sfatygowane nogi. Szczur uspokoił mnie jednak, iż wiatr wieje w inną stronę. I rzeczywiście, burza przeszła bokiem, a my tylko przez pewien czas szliśmy w deszczu. Plaża w tym miejscu wygląda zupełnie inaczej niż w okolicach naszej "bazy". Pełno na niej otoczaków o fascynujących kolorach i wzorach, aż trudno skupić uwagę na przebieraniu nogami. Czułam wręcz przymus zatrzymywania się i podziwiania kamieni. 

Ucieszyłam się, gdy po wszystkich trudach tego długiego spaceru wyrosła przed nami latarnia w Czołpinie. Zastaliśmy otwarte drzwi, więc Szczur poszedł kupić bilety. Ku naszemu zaskoczeniu, wewnątrz nikogo nie było, choć tablice na ścianach informowały, że wstęp jest płatny. Poczekaliśmy kilkanaście minut, ale ponieważ nikt się nie zjawił, poszliśmy dalej w stronę parkingu. Trochę tego żałuję. Gdybym była sama, pewnie zostawiłabym pieniądze gdzieś obok recepcji i weszłabym na górę, ale Szczur nie czuje się komfortowo z łamaniem zasad i nie chciałam go stresować.
 
 
 

 

Do domku wróciliśmy bardzo późno, dopiero około dwudziestej. Padałam z nóg. Odgrzałam sobie drugi tego dnia obiad i obiecałam Pięknej, że kolejny dzień spędzimy razem. Biedaczka długo była sama i stęskniła się za nami.

Słowiński Park Narodowy to miejsce nie z tej ziemi, zupełnie inne niż wszystko, co dotychczas widziałam. Rozmiary wydm i niesamowity, prawie biały kolor piasku sprawiły, że czułam się jak na innej planecie. Warto było czekać tyle lat na taką wycieczkę. 🙂


Dzień szósty: Odpoczynkowo
 
Rano obudziły mnie... zakwasy. Potężne zakwasy. Zdziwiłam się, ponieważ na co dzień sporo chodzę. W maju nie miałam w ogóle zakwasów po wycieczce do Samotni, choć po zimie na ogół jestem słabsza. A tu proszę - potwierdziło się, że chodzenie po piasku jest bardziej męczące.

Postanowiliśmy ze Szczurem, również zmęczonym, przeznaczyć ten dzień na odpoczynek. Leniwie gotowałam obiad, słuchając audiobooka Agnieszki Krawczyk. Szczur próbował złapać trochę Internetu na werandzie. Piękna korzystała z pogody, wygrzewając się przed domkiem i tarzając się na trawniku. Po obiedzie pojechaliśmy wszyscy na plażę, tym razem wcześniej, bo następnego dnia mieliśmy w planach pobudkę około szóstej.

Nad morzem było chłodniej niż w poprzednich dniach i wiał porywisty, głośny wiatr. Szybko włożyłam na grzbiet kilka warstw ubrań, nie obyło się też bez kaptura. Rozłożyliśmy nasz kocyk, po czym zimnolubny Szczur poszedł się wykąpać. Wkrótce przekonałam się, iż leżenie na kocyku, a tym bardziej zjedzenie tam banana, nie jest najlepszym pomysłem. Za sprawą silnego wiatru piasek był dosłownie wszędzie. Wciskał się do oczu i uszu, w zakamarki ubrań, do butów. Zgrzytał między zębami. Ostatecznie zjadłam na stojąco, a później poszłam szukać muszelek i ładnych kamieni. I właśnie tego dnia znalazłam ich najwięcej. W muszelkach można było przebierać, tyle ich leżało na plaży. Morze wspólnie z wiatrem dało mi prezent na pożegnanie.
 
 
 
 
Dzień siódmy: Puszcza Darżlubska

W środę musieliśmy wcześnie wstać, by wymeldować się około dziesiątej. Czekał nas dzień spędzony w większości w samochodzie, co działa raczej demotywująco. Zaproponowałam więc Szczurowi, żebyśmy w drodze powrotnej coś jeszcze zwiedzili - coś, co nie będzie wymagało dużo czasu ani znacznego nakładania drogi. Padło na dwa pomniki przyrody: Grotę Mechowską i głaz narzutowy Boża Stopka. Obydwa znajdują się na terenie Puszczy Darżlubskiej.

Od parkingu do groty mieliśmy zaledwie kilka minut spaceru. Drugie tyle wystarczyłoby, żeby przejść wyznaczoną w jaskini trasę, która jest króciutka. Ja jednak oglądałam ją bez pośpiechu, podziwiając nacieki i robiąc zdjęcia (sztuczne oświetlenie jaskini bardzo to ułatwia). W rzeczywistości korytarze Groty Mechowskiej mają podobno 61 metrów długości, ale większość jest dostępna tylko dla speleologów. Kiedy zwiedzałam, Piękna czekała ze Szczurem na zewnątrz. Później zamieniliśmy się i to ja zostałam z Piesą.
 
 



 
O ile do jaskini dotarliśmy od razu, o tyle Bożej Stopki długo nie umieliśmy znaleźć. Nawigacja wskazywała, że głaz powinien znajdować się na rozstaju dróg. Kluczyliśmy po lesie przez godzinę, ale żadnego nietypowego kamienia nie spotkaliśmy. W dodatku coraz mocniej padał deszcz. Byłam pewna, że Szczur lada chwila zarządzi koniec poszukiwań. W końcu trafiliśmy na wydeptaną między krzewami ścieżkę, która prowadziła do głazu. Co zabawne, jest on oznakowany dużą tablicą i ogrodzony. Trudno go jednak zauważyć, bo od strony drogi roślinność wszystko zasłania. Poza tym Boża Stopka, choć występuje w miejscowych legendach i w średniowiecznych dokumentach, wygląda zupełnie niepozornie. Na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżnia spośród innych głazów rozsianych po lesie - ani rozmiarami, ani kształtem.

Jedynym mankamentem tego dnia była męcząca, przedłużająca się podróż samochodem. Ponad godzinę straciliśmy na samej obwodnicy Trójmiasta... ale to norma, jeśli nie jedziemy nocą.


 
 

niedziela, 6 sierpnia 2023

[153] Morskie opowieści [cz. II]

 
Dzień czwarty
: Akwarium w Gdyni

Nocą odwiedził nas kolejny (po ćmach, osach i ważce) owadzi gość. Siedząc sobie opatulona na tarasie, usłyszałam intrygujący dźwięk, jakby skrobanie o ścianę domku. Okazało się, że po ścianie skacze duży pasikonik zielony. Złapałam go na chwilę, żeby zrobić zdjęcia. Zawsze gdy spotykam takiego dorodnego pasikonika, przypomina mi się, jak w dzieciństwie przy zbieraniu malin nastraszyłam ciocię podobnym okazem. Co ciekawe, wypuszczony owad nigdzie się nie spieszył. Musiał spędzić całą noc na tarasie naszego domku, bo rano znalazły go dzieci z mieszkania obok.

Na dzisiejszą wycieczkę pojechaliśmy w dość oblegane miejsce, bo do Akwarium Gdyńskiego. Pogoda sprawiała bardziej nieprzewidywalne wrażenie niż w poprzednich dniach, dlatego stwierdziłam, że najlepiej wybrać coś pod dachem.

Jeśli patrzenie na zwierzęta i czytanie o nich sprawia komuś przyjemność, moim zdaniem na Akwarium Gdyńskie spokojnie może przeznaczyć cały dzień. Do zwiedzenia jest kilka (bodajże siedem?) przestronnych sal, wypełnionych po brzegi ciekawostkami o morskich roślinach i zwierzętach. My musieliśmy chodzić w nieco przyspieszonym tempie, bo brak obiadu dawał mi się we znaki, a w domku zostawiliśmy psa. Pomimo tego zobaczyliśmy ogromną różnorodność morskiej fauny, od maleńkich skorupiaków po największe na świecie ssaki. Część z nich znałam z egzotarium w Sosnowcu, z ogrodów zoologicznych lub po prostu z filmów. Inne widziałam pierwszy raz w życiu.
 
 





Mój prywatny ranking najciekawszych mieszkańców 🐠:
- Żabnica - była o wiele mniejsza i bardziej kolorowa niż się spodziewałam. Zabawnie "dmuchała" na piasek przed sobą - być może szukała pożywienia, ale głowy nie dam.
- Czworooki - ryby pływające przy powierzchni wody, które mają wyłupiaste oczy o nietypowej budowie. Oko składa się z dwóch części: górna jest przystosowana do odbierania bodźców z powietrza, a dolna - z wody.
- Aksolotle.
- Ślepczyk jaskiniowy - odmiana tej ryby żyjąca w podwodnych jaskiniach przychodzi na świat z oczami, które stopniowo zanikają.
- Pyszczaki - przechowują ikrę i młody narybek w pysku.
- Niszczuka krokodyla - żyła już ponad 150 milionów lat temu. Wygląda moim zdaniem bardzo niepokojąco, chyba za sprawą oczu.
- Murena - przez większość czasu miała otwarty pysk.
- Szkaradnica - czy ja wiem, czy ona taka szkaradna... Raczej interesująca.
- Rozgwiazdy - potrafią odbudować swoje ciało, nawet gdy zostaje tylko jedno ramię.
- Żółw jaszczurowaty - został przekazany do Akwarium przez osobę, która znalazła go w lesie. Prawdopodobnie wypuścił go tam jakiś nieodpowiedzialny hodowca. 
 
 

 

Bardzo zaskoczyła mnie informacja, że foki mają tak samo zbudowany kościec przednich kończyn jak ludzie. Jakoś nigdy się nie zastanawiałam, co foka ma wewnątrz płetwy. A ma tam kości analogiczne do naszych przedramion i dłoni, włącznie z pięcioma palcami. Pozostałe kości kończyn są ukryte pod skórą.

W Akwarium przeżyłam też małe rozczarowanie. Odkąd przeczytałam "Inne umysły", marzę, by zobaczyć na żywo ośmiornicę. Kiedy szukałam w sieci informacji, czy w Polsce jest to możliwe, dowiedziałam się z różnych artykułów, że kilka lat temu Akwarium Gdyńskie nabyło ośmiornicę Luizę. I właśnie z jej powodu nie mogłam się doczekać wycieczki do Gdyni. Niestety, zwiedziliśmy wszystkie wystawy, ale nigdzie nie było ani Luizy, ani choćby wzmianki o niej. Po powrocie przekopałam Internet - znowu nic. Nie wiem, co ostatecznie stało się z tym zwierzęciem - czy zwiedzający tymczasowo nie mogą jej oglądać, czy może umarła albo trafiła w inne miejsce. Jakby rozpłynęła się w powietrzu. Żałuję, jak zwykle, gdy się na coś mocno nastawię, a rzeczywistość robi mnie w balona.

Osobną kwestią, która dotyczy chyba wszystkich ogrodów zoologicznych i innych miejsc ze zwierzętami, jest zachowanie zwiedzających. W Akwarium rozmieszczono sporo tabliczek z prośbą, by nie hałasować i nie płoszyć zwierząt. Tymczasem ludzie, również dorośli, zachowują się tam bardzo głośno. Nietrudno zrozumieć, że dzieci na widok zwierząt przeżywają silne emocje. To normalne. Trudno natomiast zaakceptować, iż niektórzy dorośli nie reagują w żaden sposób na niewłaściwe zachowania swoich dzieci, na przykład wielokrotne uderzanie zabawką w ściany akwarium. Zamiast rozmawiać z dziećmi o potrzebach zwierząt, tłumaczyć im pewne sprawy, wręcz odwracają się do nich plecami i z nosami w smartfonach ignorują całą sytuację. Rozemocjonowane ludzkie głosy nakładają się na siebie, tworząc ciągły szum.

Z Akwarium wróciliśmy zadowoleni, z głowami pełnymi ciekawostek, ale też dość zmęczeni innymi ludźmi. Odpuściliśmy sobie morze i spędziliśmy wieczór w domku. Osobiście byłam zmęczona nawet nie tyle ilością ludzi, co wspomnianym szumem. Taki szum, jeśli muszę znosić go długo, potrafi mnie solidnie przebodźcować. Szczura bardziej męczył tłok i wymijanie się z innymi na małej przestrzeni. Przypuszczam, że poza sezonem, szczególnie w dni robocze, w Akwarium jest spokojniej. Jeśli jesteście w spektrum lub macie bliskich w spektrum (zwłaszcza dzieci), doradzam Wam wziąć to pod uwagę przy planowaniu wycieczki.