niedziela, 29 marca 2020

[98] Pamiętniki zimowe


23.12
Dotarła kolejna porcja świątecznej poczty, a w niej kartki od Alex i Dagmary, obie ręcznie wykonane. Prześliczne! Alex jakiś czas temu prosiła mnie o adres, żeby móc wysłać kartkę, ale tej od Dagi zupełnie się nie spodziewałam! Ona zawsze robi takie niespodzianki. Dziękuję!




26.12
Dzisiaj przeziębienie trochę zelżało, flegma aż tak mi nie dokucza i mam mniej kataru. Spałam też lepiej, tylko stawy bardzo mnie bolą. Zaczęłam pakować rzeczy do Nory. Po spakowaniu paru rzeczy zmęczyłam się i poszłam leżeć, ale dobre i to. Od czegoś trzeba zacząć.
Cieszę się, że nie muszę iść do pracy ani jutro, ani przez najbliższych jedenaście dni. I że nie muszę iść po zwolnienie do przychodni, gdzie jest mnóstwo chorych. Przeziębienie spokojniej mija, kiedy nie trzeba wychodzić, przebywać wśród innych zainfekowanych i stresować się. Cieszę się też, że nie boli mnie głowa. Gdy nie leżę, czytam książki i mangi, a wieczorami oglądam filmy z mamą. Jem pyszne pozostałości z Wigilii i z wczoraj. Ciągle kontroluję kokony atków, czy któryś nie wychodzi. Zostały trzy kokony i jedna z poczwarek jest już bardzo prześwitująca.
Dostałam od Szczura śliczny termoforek w kształcie sowy, pudełko na herbatę i kolejną książkę Kamila Janickiego o żonach polskich władców. Od rodziców dostałam mangi, czapkę, skarpety, spinki i słodycze. Większość tych prezentów wybrałam sama, ale mnie to odpowiada.
Ja kupiłam mamie bluzkę, kalendarz i kosmetyki, a tacie kosmetyki i książkę. Szczur zażyczył sobie samych książek. Takim bibliofilom jak my łatwo się kupuje prezenty!

31.12
Dzisiaj Sylwester w Norze. Bardzo się cieszę, choć niestety nie wszyscy, których chciałabym zobaczyć, mogą przyjechać. Jednocześnie większa ilość ludzi zawsze trochę mnie stresuje, więc w przerwach w ogarnianiu robię origami.

Z rozmów w Norze:
Szczur: - Niektórzy mężczyźni zostają dziećmi do końca życia.
Ja: - Niektórzy nawet dłużej.
Szczur: - Niż do końca życia?
Ja: - No tak, potem mamy takiego wampira na poziomie gimbazy.

1.01
Dzisiaj nie byłam ani zbyt aktywna, ani kreatywna. Głównie odpoczywałam po Sylwestrze i napawałam się faktem, że wyjątkowo nie muszę 1 stycznia wstawać wcześnie, by zdążyć na pociąg.
W tym roku spędziliśmy sylwestrową noc w siedmioosobowym gronie, a więc jak dotąd największym. Niestety nie wszyscy, których chciałabym zobaczyć, mogli tu być, ale może w przyszłym roku się uda. Już sam fakt, że znam tyle osób, z którymi lubię się spotykać, jest ewenementem w skali mojego życia.
Jak co roku, na szczurzej domówce były planszówki, tym razem nawet jedna samodzielnie stworzona przez naszego gościa. (Czapki z głów! Zdarzało mi się obmyślać planszówki dla dzieci, ale to nie ten poziom trudności). Pojawiło się też origami, no i oczywiście bardzo dużo gadaliśmy. Najwięcej gadała wstawiona Szczurzyca. Było sporo jedzonka, bo każdy przyniósł coś, co lubi. (Niniejszym dziękuję Wam za galaretowatą galaretkę, sałatkę, rybę, słodycze i całą resztę tego mniamuśnego wkładu w imprezę!) Ja i Szczur przygotowaliśmy krakersy-biedronki i koreczki-pszczoły. Jeśli chodzi o alkohol, jak zwykle nie wypiłam dużo, ale nie mogłam się obejść bez mojego ulubionego likieru.
Dostałam od Asi niecodzienny prezent: albumy z pocztówkami jej Babci. Na pocztówkach są polskie rośliny, głównie chronione i lecznicze, a czasami także zapiski na ich temat robione ręką Babci. W ten sposób dowiedziałam się, która roślina jest dobra na wahania nastrojów. Reszty jeszcze nie przeczytałam.
Za smakołyki już podziękowałam, a na koniec mam ochotę jeszcze raz podziękować wszystkim, którzy przyjęli zaproszenie, za najważniejsze - za obecność. Kochani, to dzięki Wam było tak miło! :-)
Postanowień noworocznych tradycyjnie nie robię. Jak znam siebie, traktowałabym taką listę zbyt poważnie i dosłownie. Mam jednak kilka luźnych pomysłów, które chciałabym zrealizować.

2.01
Znalazłam ciekawy artykuł o niepełnosprawnym bracie Jane Austen.  

3.01
(nad ranem)
Nie umiem dzisiaj zasnąć. Zaskoczyło mnie to, bo zwykle czuję się dobrze w Norze, ale dzisiaj w nocy jestem lękowa. Przede wszystkim bardzo wali mi serce, mam niespokojny brzuch i nie umiem znaleźć pozycji do spania, bo w każdej mnie coś boli. Już dawno mi się to nie zdarzyło.
Najprawdopodobniej zestresowała mnie wizyta rodziców Szczura i rozmawianie o remoncie, pomimo że sama chciałam już tę wizytę mieć jak najszybciej za sobą. Nic nie umiem poradzić, nawet melatonina nie pomogła. Mam do siebie żal, że obudziłam Szczura. Na szczęście on szybko zasnął, po piętnastu minutach już chrapał - poznaję to po oddechu, ale ja dalej nie potrafię. Jak nie śpię, to czuję się jakbym była całkiem sama na świecie. Najbardziej beznadziejne jest to, że jak zrobi się jasno, mogę już w ogóle nie zasnąć i będę w dzień jak nieżywa, z migreną i ciągłym zimnem z niewyspania. W sumie już jest dzień, czasami o wpół do szóstej wstaję...

(wieczorem)
Szczur zebrał całą armię bobasów, mimo że jest bobasosceptyczny.




4.01
Wracam do domu z dobrą wiadomością: tata Szczura przełożył remont Nory, będzie po moich feriach. Ta sprawa mocno mnie stresowała, więc jeśli da się być szczęśliwym z migreną i bólem stawów, to dziś jestem szczęśliwa.

5.01
(nad ranem)
Dzisiaj z powodu bólu nie udało mi się zasnąć. Po czwartej poddałam się, wyszłam z łóżka i zaczęłam gotować ryż. Szalony weekend, nie ma co. Nie imprezuję, a od dwóch dni chodzę jak na kacu, choć to tylko dwie nieprzespane noce. Trzy razy sprawdzałam, czy wyłączyłam palnik, bo ledwie kontaktuję.

(w południe)
Jadę do domu. Dzisiaj spałam tylko półtorej godziny i rano miałam kryzys - nie wierzyłam, że uda mi się pojechać pociągiem. Zapomniałam jednak, że kupiłam miejsce w pierwszej klasie. Chyba pierwszy raz jadę pierwszą klasą w Pendolino, bo gdy dostałam rogaliki z konfiturą i wafelka w cenie biletu, poczułam się jak arystokratka. Bilet, kupowany wcześniej, nie był jednak droższy niż bilet w drugiej klasie kupowany na ostatnią chwilę.
Trochę się martwię, bo kilka rzędów przede mną siedzi starszy pan, który bardzo kaszle i pociąga nosem, a to automatycznie uruchamia moje lęki. W szkole dzieci smarkają regularnie i zwykle nie choruję, ale zazwyczaj nie jestem tak osłabiona jak teraz przez zarwane noce.
Mam nadzieję, że nic nie złapię i że w domu szybko poczuję się lepiej, zwłaszcza że pogoda jest piękna pierwszy raz od dłuższego czasu. A przede wszystkim, że zdołam spać. Oby udało się jakoś pozbierać fizycznie i psychicznie do soboty, bo głupio byłoby w ferie tak niedomagać.

12.01
Skończyłam czytać biografię Jane Austen. W całej książce, zawierającej liczne fragmenty korespondencji pisarki, nie znalazłam ani jednego argumentu, który mógłby uzasadniać pośmiertne podejrzewanie jej o ZA, często spotykane w różnych zestawieniach. Ani jednego.
Jane była osobą towarzyską, w której życiu nie widać ani śladu problemów w funkcjonowaniu w społeczeństwie - przeciwnie, bardzo dobrze rozumiała wszelkie normy społeczne, co widać w powieściach, ale też w jej życiu. Funkcjonowała w licznej rodzinie, co wiązało się z częstymi wizytami braci z dziećmi i wizytami u tych braci. Z całą rodziną miała dobry kontakt. Utrzymywała też inne znajomości. Życie towarzyskie było dla niej źródłem radości, uwielbiała bale i tańce, o czym świadczą listy. Odrzucała zaproszenia tylko wtedy, gdy zapraszały ją osoby o znacznie wyższej pozycji społecznej. Owszem, nigdy nie wyszła za mąż, ale był to zupełnie normalny los u bezposażnej kobiety z jej otoczenia. Zresztą, pisarka otrzymała propozycję małżeństwa od zamożnego mężczyzny, brata przyjaciółki, ale odrzuciła ją, ponieważ go nie kochała. Nie wynikało to z braku zainteresowania związkami jako takimi - interesowała się płcią przeciwną, co najmniej dwa razy była zakochana, tyle że nieszczęśliwie.
Nie ma też w korespondencji Jane ani we wspomnieniach bliskich o niej ani śladu innych poszlak: nietypowych zwyczajów, nadwrażliwości, problemów psychicznych, itd. We wspomnieniach bliskich pojawia się nawet zdanie, że w usposobieniu Jane nie było żadnego ekscentryzmu, wyróżniał ją tylko talent pisarski. Owszem, bardziej osobiste listy zostały zniszczone przez siostrę, ale i w powieściach nic nie wskazuje jednoznacznie na to, by Jane przyjmowała punkt widzenia osoby ze spektrum. Nie ma nic, co mogłoby świadczyć o tym, że nie była ponadprzeciętnie inteligentną, uzdolnioną, ale neurotypową kobietą.
Gdybym miała się pokusić o pośmiertne "podejrzewanie" spektrum u jakiejś słynnej angielskiej pisarki, to byłaby nią Charlotte Bront
ë. I jestem w stanie podać dziesiątki argumentów. Lektura biografii Jane, żyjącej tylko o jedno pokolenie wcześniej, jeszcze bardziej podkreśla - poprzez kontrast - jak bardzo Charlotte (a wraz z nią także reszta rodzeństwa Brontë) różniła się od współczesnych jej ludzi. Obie przyszły na świat jako córki niezamożnych pastorów, wychowały się na wsi, a jednak kontrast jest uderzający. To, jak rodzeństwo Brontë nie potrafiło funkcjonować poza swoją rodziną, jak trudne były dla nich sytuacje społeczne i jak odmienny był świat ich przeżyć wewnętrznych, jest jedyne w swoim rodzaju.
Owszem, nigdy nie poznamy dziewiętnastowiecznych pisarek osobiście. A jednak Jane wydaje się być tak bardzo neurotypowa, jak Charlotte nieneurotypowa, i moim zdaniem należy jej na to pozwolić.

12.01
Zaczynam ferie. W tym roku wyjątkowo wcześnie. Szczerze mówiąc, wolałabym pochodzić miesiąc do pracy i mieć ferie w lutym, ale narzekać bynajmniej nie zamierzam. Zwłaszcza że udało się przesunąć remont Nory, a ja już w niej jestem. :-)
W dniu urodzin dotarła do mnie przesyłka ze Stanów Zjednoczonych - kalendarz "Caterpillar a Day" wydany przez Caterpillar Lab, organizację szerzącą wiedzę o motylach. Pieniądze ze sprzedaży kalendarza są przeznaczane na działalność popularyzującą naukę. Kilka gąsienic z kalendarza hodowałam: Safo, brudnicę nieparkę, błyszczkę jarzynówkę... Fascynujące jest odkrywanie podobieństw w wyglądzie gąsienic z tej samej rodziny. Najbardziej jednak podoba mi się, że na fanpage'u Caterpillar Lab zamieszcza codziennie ciekawostki o gąsienicy dnia, zdjęcia innych instarów i dorosłego owada.
Dzisiaj pojechaliśmy ze Szczurem do pobliskiego miasta wpłacić na WOŚP i przy okazji zobaczyć żywą szopkę. Sporo zwierząt rozpoznałam po imionach i ubarwieniu, bo fotografowałam je rok i dwa lata temu. Najwyraźniej co roku są wypożyczane z tego samego gospodarstwa (lub kilku gospodarstw). Figury również są te same, co w poprzednich latach. Za to pierwszy raz zauważyliśmy na sianie maskotkę gryzonia, co Szczurowi oczywiście od razu się spodobało.

15.01
Trochę się boję cieszyć, ale od kilku dni moja prawa ręka nareszcie ma się lepiej. Inne części ciała też. W przeciwieństwie do innych części Polski, na Śląsku od świąt było wilgotno, pewnie dlatego stawy tak mi dokuczały. Obecna pogoda, niekorzystna dla przyrody i niezbyt adekwatna do ferii zimowych, ma przynajmniej ten plus, że nie boli.
Codziennie po śniadaniu chodzę na spacery nad fosę i obserwuję ptaki. Nie ma mrozu, ale ponieważ ludzie i tak dokarmiają kaczki pieczywem, wczoraj wysypałam im na brzegu dla przeciwwagi trochę zdrowego jedzenia. Kaczki nie były jednak zbyt zainteresowane zdrowym jedzeniem, zamiast tego pływały za starszą panią rzucającą im chleb. Tak to jest, gdy się rozpuści zwierzęta. Tylko dwie czy trzy kaczki wyszły z wody spróbować jedzenia. Niedługo później przyleciały wrony i zabrały się do ucztowania.
Dzisiaj na spacerze byłam dwa razy: raz sama w południe, a raz wieczorem ze Szczurem.
Gdy Szczur jest w pracy, gotuję i nadrabiam zaległości w oglądaniu anime. Chcę dokończyć wreszcie Kemono no Souja Erin i zeszłoroczny Fruits Basket. Z kolei ze Szczurem obejrzałam już dwa filmy - oba zabawne, bo nie miałam ochoty na nic poważnego.
Pierwszy raz złożyłam zamówienie w sklepie internetowym Carrefoura, bo w poniedziałek nie udało nam się kupić mojej ulubionej ryby, a nie uśmiecha nam się za bardzo jechać po nią specjalnie do galerii. Zamówiłam też parę innych produktów. Nigdy wcześniej nie robiłam zakupów żywnościowych przez Internet i jestem ciekawa, czy będę zadowolona z jakości produktów.
Dzisiejszy wieczór upłynął pod znakiem pociągów, mimo że nie należą one do naszych zainteresowań. Najpierw rozmawiałam z Alex o pociągu do Warszawy, później Szczur opowiadał mi o nieudanej próbie dywersji z wykorzystaniem pociągu na początku II wojny światowej. To nas zainspirowało do zagrania w pociągi. Jak zwykle przegrałam, ale w tej grze przewaga Szczura nade mną zazwyczaj nie jest aż tak duża jak w innych. Stworzyliśmy bardzo długie linie kolejowe.
Po kolacji dowiedziałam się od mamy, że dotarła paczka z poczwarkami z Wielkiej Brytanii - mój prezent urodzinowy od Szczura. Zmartwiłam się, bo zaznaczałam w panelu klienta, że przez dwa tygodnie mnie nie będzie. Jeszcze bardziej zmartwiłam się, gdy zobaczyłam w panelu, że przesyłka podróżowała od zeszłego poniedziałku, choć owady od tej firmy miały rzekomo być dostarczane w ekspresowym tempie. W paczce powinny być jaja znamionówki, poczwarki zawisaka i pavonii. Mam nadzieję, że przeżyły taką długą podróż i że nic nie wylazło. Jaja i poczwarki są bardziej wytrzymałe niż gąsienice, zimują ukryte w różnych dziwnych miejscach pod śniegiem, ale jednak nie w paczkach, a te stworzenia dużo kosztowały Szczura. Jestem też zmartwiona, że akurat jestem w Norze i nie mogę sama ich rozpakować. 





17.01
Dlaczego tak bardzo nie lubię, kiedy ktoś do mnie mówi podczas pisania:
Dzisiaj próbowałam redagować posty o motylach, gdy Szczur do mnie mówił, siedząc przed kompem. Chciałam podzielić post na dwie części. Wszystko było już gotowe. Teraz odkryłam, że połowę posta skasowałam zamiast zapisać. Zapisałam tę samą połowę dwa razy.

18.01
Nareszcie udało nam się dotrzeć do escape rooomu, gdzie już raz byliśmy zapisani, ale musieliśmy odwołać zabawę. Było warto! Pokój w klimacie pracowni artysty, z nieliniową fabułą i kilkoma bardzo ciekawymi zagadkami.
Dzisiaj z kolei odwiedziła nas Alex. Choć znamy się z Internetu ładnych parę lat, jeszcze nie miałyśmy okazji się spotkać. Jak to często bywa z poznawaniem znajomych ze spektrum, po kilkunastu minutach oswajania się z mimiką i głosem nowej osoby poczułam się, jakbyśmy znały się od lat. Większość dnia przegadaliśmy we trójkę, byliśmy też na spacerze po okolicy i zjedliśmy domowy obiad. Szczur miał chętkę na urbex w opuszczonym budynku, w którym niedawno wyważono drzwi, ale po natknięciu się na ludzkie odchody zarządził szybki odwrót. Cóż... Tym razem nie wyszło...
Po intensywnych dwóch dniach, w których zmieściły się spore porządki przed wizytą gości, escape room, nocowanie mamy Szczura i wizyta Alex, czuję się dość zmęczona. Boli mnie żołądek z powodu sporej dawki emocji. Oboje ze Szczurem jesteśmy też nieco przebodźcowani i śpiący. Było fajnie, ale czas na relaks.

19.01
Jak rozpoznać przebodźcowanie? A chociażby tak, że wrzuciłam makaron do garnka z wodą przed postawieniem go na piecu, mimo że od dziesięciu lat wiem, że wrzuca się go do zagotowanej wody. I zorientowałam się dopiero po tym, jak wrzuciłam prawie całą paczkę makaronu. Nic się nie stało, zrobiłam poprawkę. Ale to dobrze pokazuje, jak działa przebodźcowanie - człowiek może pomylić się nawet przy czynnościach, które dobrze zna.
Piątek i sobota były pełne wrażeń i kontaktu z ludźmi, przez co wczoraj wieczorem padliśmy jak muchy, ale pomimo tego nocą mieliśmy oboje problemy ze snem i dziś nadal czujemy się niewyspani. W nocy zaatakował mnie natłok myśli - słowa z rozmów, obrazy, bodźce, wszystko mi się przypominało. Czasem duża ilość emocji tak na mnie działa, nawet gdy są to emocje pozytywne. Dzisiejszy dzień będzie regeneracyjny - siedzenie w domu, jedzonko, czytanko lub granko, pewnie jakiś spacer po okolicy.

22.01
W poniedziałek rozebrałam szczurzą choinkę. Wolę ubierać choinki niż je rozbierać, ale sortowanie ozdób według kształtu i dopasowywanie ich do pudełek to też relaksujące zajęcie, bardzo "autystyczne". Większość ozdób, które rodzice zostawili Szczurowi w Norze, jest bardzo stara, niektóre pamiętają jeszcze czasy ich dzieciństwa lub młodości. Najbardziej niepowtarzalne ozdoby - między innymi księżyc, żaglówkę, latarnię morską i biedronkę - wykonał sam ojciec Szczura w dzieciństwie.
Gdy już wszystko spakowałam, poprosiłam Szczura, żeby schował pudła do szafy. Rodzice Szczura przechowują je na najwyższych półkach, właściwie pod samym sufitem. Dlatego ułatwiliśmy sobie to zadanie - gryzoń wszedł na krzesło, a ja podawałam mu po kolei pudła. Zaczęliśmy od pudła z rękodziełem ojca. Kiedy już wszystko było schowane, wróciliśmy do choinki, żeby zwinąć łańcuchy. A wtedy...
- Patrz, pod łańcuchem schował nam się jakiś chopek - powiedziałam. - W czerwonej czapce.
- To nie żaden chopek - stwierdził Szczur - tylko latarnia morska taty!
Uśmialiśmy się, bo z powodu psotnej latarni trzeba było dostać się jeszcze raz do pudła, które zostało schowane najgłębiej.
Obejrzałam choinkę jeszcze raz, żeby się upewnić, że to wszystko. I byłam pewna. Mimo to Szczur na sam koniec sprzątania znalazł jeszcze srebrną gwiazdkę.

24.01
Czwartek był bardzo kiepskim dniem. Wieczorem miałam meltdown z powodu rodziców Szczura, którzy całkowicie zniweczyli nasze plany na wieczór, ale nie będę o tym szczegółowo pisać na blogu. W każdym razie większość wieczoru upłynęła mi na płakaniu i rozładowywaniu myśli o autoagresji. Szczur też był zdenerwowany.
Piątek przyniósł zupełnie inną atmosferę, nawet pogoda dopisała. Przyjechał Marek i większość dnia spędziliśmy na gadaniu, poszliśmy też na spacer i zjedliśmy. Ta wizyta nie zestresowała mnie, a wręcz przeciwnie, w końcu rozluźniłam się i uspokoiłam.
Niestety, wkrótce po tym, jak za Markiem drzwi się zamknęły, mój brzuszek postanowił się na mnie zemścić za to, że się wczoraj znerwicowałam. Mam nadzieję, że do jutra się uspokoi i ostatni dzień w Norze będzie tak samo dobry jak większość.

25.01
Sroka przyleciała i jadła nasiona, które wysypałam na balkonie.

Nigdy nie myślałam, że będę kiedyś narzekać na to, że mój facet ma szerokie zainteresowania. Przyszedł jednak i taki moment - a mianowicie, gdy się okazało, że trzeba spakować cały księgozbiór w Norze.
No i pakowałam. Pakowałam Verne'a i Londona, Poppera i Platona, Szymborską i Osiecką, mnóstwo książek o górach tudzież o alpinistach, jeszcze więcej książek o wojnie i o służbach specjalnych, podręczniki survivalu (zaczytane, lecz niespecjalnie przez Szczura stosowane w praktyce), całe stosy fantastyki. Pakowałam knigi o różnych dziedzinach nauk ścisłych, związane ze studiami i pracą. Następnie o ziołach, o czytaniu nieba, o sztukach walki i o mowie ciała. "Historię materiałów wybuchowych" i "Nową matematykę chaosu". Upychałam Tischnera obok "Antypapieża", a "Inną rozkosz" obok pilota Pirxa. Łatwiej byłoby powiedzieć, czego tu nie było, niż co było.
Spakowałam dwa regały i różne rozproszone po domu książki, a i tak została jeszcze Szczurowi cała biblioteczka z dużego pokoju.
Powinno się tu zatrudnić takiego robota bibliotecznego jak w filmie "Robot i Frank", Pana Darcy'ego.
W gruncie rzeczy pakowanie jest jednak przyjemne. Nieprzyjemne jest co innego: myśl, że gdy przyjadę następnym razem, te książki nie będą poustawiane dokładnie tak samo jak do tej pory. I znów będę musiała uczyć się ich lokalizacji od nowa czy chociażby ułożyć estetycznie fantastykę.

26.01
Wczoraj, czyli tuż przed wyjazdem do domu, pojechałam ze Szczurem do Muzeum Azji i Pacyfiku na nową wystawę czasową o piśmie.
Wystawa przedstawia różne rodzaje pisma używane współcześnie i kiedyś, historię pisma, a przy okazji także ciekawe materiały piśmiennicze (np. liście palm). Można spróbować swoich sił w piśmie klinowym czy chińskiej kaligrafii na piasku.
Tym razem trudno mi wskazać ulubiony eksponat. Może książki z Birmy? Wyglądają jak pozłacane tabliczki, a są na nich religijne manuskrypty. Albo historia wędrówki ludu Azteków. Ulubione pismo - Azteków oraz z Wyspy Wielkanocnej.
Gdy miałam jedenaście lat i przed którymś etapem Olimpiady Wiedzy Biblijnej musiałam nauczyć się między innymi niektórych haseł ze słownika, jednym z nich była "stela". Dopiero teraz miałam okazję taką prawdziwą wiekową stelę zobaczyć na żywo. 

30.01
Koniec ferii i powrót do pracy w tym roku przebiegły łagodniej niż się spodziewałam. Zmiana codziennej rutyny przyszła mi łatwiej niż zwykle. Wprawdzie mam więcej roboty z powodu choroby koleżanki, ale dostałam czas na rozplanowanie jej.
Po pracy póki co głównie śpię i czytam, bo nic innego nie chce mi się robić, gdy przychodzą "te dni". Przed feriami wypożyczyłam kolejną porcję książek z mojej listy poszukiwanych, które kupiła nowa bibliotekarka, i teraz muszę je przeczytać. Pomaga mi też świąteczny prezent od Szczura: termofor w kształcie sowy. Przydałoby się w weekend zmobilizować się do rozebrania choinki, ale na razie nie umiem.
Jaja znamionówek nadal nie dotarły z Anglii. Wysmarowałam wczoraj długiego formalnego maila na adres sklepu. Odpowiedź dostałam zaraz dzisiaj - dużo mniej formalną niż moja, ale konkretną. Jaja zostały wysłane osobno i pewnie niedługo dojdą.
W tym tygodniu kupiłam też materac do ćwiczeń. Nigdy nie byłam szczególnie wysportowana, ale odkąd stawy mają się lepiej, czuję większą potrzebę ruchu, więc może czasem zmobilizuję się do odrobiny ćwiczeń.
Wczoraj trochę poprószył śnieg, jednak szybko stopniał.

1.02
Korzystając z niezbyt zimowej aury (dzisiaj mieliśmy czternaście stopni na plusie), namówiłam Szczura na mały spacer po lesie. I jak zwykle zapomniałam, że gdzie człowiek wejdzie, niekoniecznie wjedzie samochód - po deszczu nierówna droga do lasu stała się nieprzejezdna.
Rozmawialiśmy sobie o bażantach, które spotkaliśmy parę razy na tej drodze, gdy samochód wylądował w koleinie. Stało się jasne, że do przodu nie pojedziemy. Błoto nie ułatwiało też cofania. Przez moment Szczur myślał, że ugrzęźliśmy i trzeba będzie wzywać traktor. W tym momencie na scenie niespodziewanie pojawił się bażant - oczywiście jak zwykle wtedy, gdy nikt nie miał głowy do wyjmowania aparatu - i przemaszerował przed autem. Na szczęście udało się wycofać, ale dalej poszliśmy sobie pieszo, a samochód z ubłoconymi kołami musiał odpocząć wśród pól.
W lesie jest teraz bardzo cichutko, tylko jedna sosna trzeszczała głośno. Znalazłam kilka modrzewiowych szyszek. Poza tym szybko uświadomiłam sobie, że zapomniałam zabrać z auta aparatu, ale nie chciało mi się o dwa razy więcej brnąć przez to błocko. Perypetie z błotem i bażant zupełnie mnie rozkojarzyły. A to feler.





2.02
W chodzeniu po lesie jest jedna nieprzyjemna rzecz: mycie butów po powrocie.
Błoto, błoooto everywhere...

3.02
Znalazłam świetny timelapse o mrówkach i bananie.

4.02
Dzisiaj leje jak z cebra. W tak mocnym deszczu już dawno do pracy nie szłam. A tu dzisiaj trzeba było jeszcze wstąpić po ksero...
Teoretycznie deszcz mi nie straszny. Zawsze mam przy sobie pelerynę (taką, jakie łatwo kupić w Tatrach) i skarpety na zmianę. I w takie dni bardzo się cieszę, że jestem tak przywiązana do swojej rutyny pakowania plecaka, na którą inni często narzekają. Widzę, jak ludzie muszą taszczyć ze sobą parasole, a nierzadko mokną, podczas gdy ja sobie otwieram właściwą przegródkę i ze spokojem wyjmuję, co trzeba.
Nie zmienia to jednak faktu, że gdy dotarłam, fryzurę miałam nieziemską.

6.02
Czytanie przed snem o głośnych nierozwiązanych sprawach kryminalnych, a zwłaszcza o sadystycznych mordercach, nie jest dobrym pomysłem. Mimo wszystko czasem ulegam ciekawości. A później dostaję karę od swojego mózgu, który jak wykwalifikowany behawiorysta zsyła mi koszmary i inne kłopoty.
Dziś nie było tak źle. Wprawdzie obudziłam się lękowa, ale śniło mi się tylko, że wypadł mi ząb i że moją mamę odwiedziła dentystka.

8.02
Weekend zaczął się tak sobie.
Od wczoraj coś mnie uwiera w gardle w dziwny sposób - inaczej niż zwykle przy infekcjach, punktowo, ale raczej nie wzięło się to znikąd. Martwię się, bo pewnie jak zwykle rozkłada mnie coś w najgorszym możliwym momencie.
Na domiar złego zwierzaki domowe dzisiaj zorganizowały sobie dzień paskudzenia. Najpierw, rano, wymiotował kot. Później piesa zwymiotowała duże ilości kociej karmy, co nasunęło podejrzenia, że rano znalazła kocie wymiociny, zanim odkrył je tata. Do karmy nie miała jak się dobrać, bo miska kota stoi na oknie. Ugh. Fuj.
Oby było już tylko lepiej...

9.02
W Muzeum Górnośląskim w Bytomiu planowany jest cykl wystaw "Zwierzęta przeklęte", który ma przybliżać zwiedzającym zwierzęta okryte złą sławą i obalać stereotypy na ich temat. Na pierwszy ogień poszedł wilk.
Na wystawie można poczytać o życiu wilków, o ich ochronie, o współczesnych metodach badań, o antywilczej propagandzie, a także o wilku w folklorze i sztuce. Warto się uważnie rozglądać, bo w jednej sali zagospodarowano nawet sufit. Można też wilka posłuchać i obejrzeć krótki film. Nie zabrakło spreparowanych krewnych wilka i samych wilków - jeden ma futro letnie, a dwa zimowe. Niektóre ciekawostki są bardzo fajne, na przykład o tym, jak wilk widzi.
Powiem szczerze, że zaskoczyło mnie, jak duży i potężny wydaje się wilk w zimowym futrze w porównaniu z tym chudzielcem w letnim. Nie pogniewałabym się za trochę więcej futra na swoim kościstym ciele!
Wystawa o wilku ma być dostępna dla zwiedzających do końca marca. Na drzwiach wejściowych znajduje się ostrzeżenie o drastycznych zdjęciach, ale moim zdaniem spokojnie można zabrać swoje dzieci, jeśli wiedzą o łańcuchu pokarmowym i nie są jakoś szczególnie wrażliwe na tę kwestię. We mnie szczątki ofiar wilków nie budziły żadnych negatywnych emocji. Triggeruje mnie okrutne znęcanie się ludzi nad zwierzętami, a to, że zwierzęta zjadają siebie nawzajem, to zupełnie inna kategoria.
Gdy byłam mała, fascynował mnie szal z wilka, który babcia ze strony taty przechowywała w szafie. Lubiłam ten dzień przed Bożym Narodzeniem, gdy dorośli sprzątali szafę i mogłam pomacać futro wilka. Zdarzało mi się też pod nieobecność rodziców zaglądać do szafy i patrzeć na niego. Widać nie miałam należytego respektu do wilka.
Zastanawiam się, jakie zwierzęta będą następne. Może nietoperz albo świnia? Chciałabym nietoperza.
PS Ze Szczurem doszliśmy do wniosku, że świnia jest mało prawdopodobna, ale mogą się pojawić nietoperz, kruk, szczur i węże.





12.02
Dotarła moja pocztówka z Zambii. Szła dłużej niż ta z Bangladeszu - wysłano ją we wrześniu.

Od dwóch dni walczę z infekcją już na dobre. W poniedziałek ciągle miałam podwyższoną temperaturę i bardzo silny katar, wczoraj dużo kataru już bez gorączki. Od wieczora jednak nie mam kataru, wydzielina stała się gęsta i siedzi w zatokach. Dzisiaj zaczynam brać Sinupret, który zawsze w takich sytuacjach daje mi laryngolog. Nie jest sztuką zatrzymywać katar, problem w tym, żeby to świństwo schodziło z zatok, bo jak nie schodzi, to robi się silny stan zapalny i pojawiają się problemy (np. paskudne bóle czy antybiotyk w zastrzykach). Dlatego teraz wywołuję katar z nosa. Jestem bardzo zdeterminowana, żeby nie dopuścić do takiej sytuacji jak dwa lata temu, gdy za wcześnie uznałam się za zdrową i niedługo później wylądowałam na zastrzykach.
Szczura też zaczyna coś rozkładać. Zapewne się zaraził.
Wygrzewam się, robiąc niewiele konstruktywnych rzeczy. Głównie słucham po trochu audiobooka - kolejnego kryminału Rowling. W ostatnich latach to jedna z moich ulubionych serii czytadeł. Jeszcze bardziej niż wątki kryminalne interesuje mnie rozwijająca się stopniowo relacja Cormorana i Robin, która jest mistrzowsko napisana. Gdybym była nastolatką, pewnie pisałabym o nich fanfiki. Ci dwoje powinni wreszcie zostać parą. 

14.02
Dziś walentynki. Ostatnio nie mam szczęścia do tego dnia, mimo że nie przywiązuję do niego dużej wagi - to dla mnie tylko jedna z wielu okazji do dawania fajnych prezentów.
Rok temu spędziłam walentynkowy wieczór niezadowolona, bo mama Szczura akurat w tym dniu przyjechała znienacka na noc, a jednocześnie zaniepokojona jej chorobą. Wypad na spacer też się nie udał. W tym roku sama jestem chora i siedzę w domu. W weekend też będę siedzieć w domu, czego nie lubię. Bez Szczura, bo również się pochorował.
Udało mi się jednak kupić sobie i Szczurowi po zestawie do hodowli sukulentów. Wybrałam dla Szczura adenium opasłe, które mu się podobało w egzotarium, a dla siebie tygrysią paszczę. Do nasion dołączone jest wszystko, co danej roślinie potrzebne oprócz wody: odpowiednia ziemia, pałeczka nawozu, doniczka z podstawką i długa instrukcja. Ciekawe, czy uda się je wyhodować. Mam nadzieję, że tak, bo znam jeszcze kilka fajnych osób, którym chciałabym sprezentować przy jakiejś okazji roślinkę...
Ani ja, ani Szczur nie jesteśmy dobrzy w uprawianiu roślin. Dużo lepiej radzimy sobie ze zwierzętami. Dlatego trzymajcie kciuki!




16.02
Pierwszy raz od ponad tygodnia wyszłam na dwór. U sąsiadki mnóstwo przebiśniegów.




22.02
Tydzień, który powoli się kończy, dał mi popalić - infekcja się skończyła, ale stawy nadal nie mają się najlepiej. Przez większość czasu staram się skupiać na małych przyjemnościach: smacznym jedzeniu, książkach, ulubionych blogach, pocztówkowych rozdaniach, kupionych ubraniach i nowym plecaku. W pracy moje pomysły przynoszą dobre efekty, co działa motywująco. Obejrzałam finał Voice Kids. A teraz najbardziej mnie cieszą weekend i obecność Szczura, choć weekend zawsze jest za krótki, kiedy boli.
W tym tygodniu jadłam sporo pyszności w wykonaniu mamy: pizzę, kluski na parze z czekoladą, placki ziemniaczane, placki warzywne, przekąski z ciasta francuskiego. Niektórych muszę się dopiero nauczyć. A rodzice właśnie kupili blender.
Czytam dalej Dyakowskiego oraz "Onyx & Ivory" Mindee Arnett. "Onyx & Ivory" nie jest złą książką, w porównaniu z większością nowej fantastyki czyta mi się przyjemnie pomimo wtórności niektórych pomysłów (jak magia dzikunów, bardzo zbliżona do Rozumienia u Robin Hobb). Minusem jest kiepska redakcja tej książki - a to jakieś słowo napisane dwa razy, a to brakuje znaków interpunkcyjnych, a to słowo jest źle odmienione... coraz to inne błędy. A to dopiero sto stron! Na litość boską, bardzo zniechęca mnie do siebie to wydawnictwo!
W czwartek wykiełkowały nasiona tygrysiej paszczy. Roślinki są maleńkie, ale dzisiaj już widać, że jest ich pięć, a jedna znacznie wyższa od innych. Może na moim nieprofesjonalnym zdjęciu z telefonu wyłapiecie choć niektóre.  




24.02
Przetrwałam kolejną wizytę u dentystki. Na szczęście tym razem znowu tylko założenie plomby. Byle do przodu z tegorocznym wiosennym zestawem badań i wizyt u lekarzy (chyba zacznę go nazywać "przeglądem technicznym").
Weekend dobrze podziałał na mój nastrój, choć tym razem wyjątkowo nie wychodziliśmy z domu. Lało jak z cebra, a my graliśmy w planszówki. Dwa razy ograłam Szczura w memory, a przegrałam z nim w Eurobiznes i w Koszmarium.
 
27.02
Zazwyczaj nie ulegam zbiorowej żałobie po celebrytach, bo niezbyt się interesuję ich życiem prywatnym. Ale Pawła Królikowskiego bardzo lubiłam. Do tego miał przefajny głos, a Kusy z "Rancza" w pewnym momencie serialu zaczął być wręcz w moim typie.

28.02
Piątek, godzina szesnasta. Mój ulubiony moment tygodnia. Za oknem znowu śnieg. Pyszny obiad, kot wczepiający się pazurkami w nogę, a przede wszystkim... CISZA. Rodzice na imprezie urodzinowej cioci, żadnego telewizora. Żyć nie umierać.
Ten tydzień bardzo mnie zmęczył. Nie dość, że musiałam pójść do dentysty, czego nienawidzę, to jeszcze mam istny nawał pracy. Nawet jeśli koronawirus jeszcze tu nie dotarł, wirusy grypy i przeziębienia mają się dobrze. Dużo osób  było w tym tygodniu na zwolnieniu. Co za tym idzie, pozostałym jest ciężko.
Zamierzam się teraz cieszyć ciszą i samotnością. Cudowna perspektywa.



 

3.03
W weekend pojechaliśmy ze Szczurem zobaczyć Zamek Sielecki w Sosnowcu. To jeden z nielicznych zamków w okolicy, w których żadne z nas jeszcze nie było. Zwiedzania nie ma tam dużo, większość zamku nie jest na co dzień udostępniona turystom. W udostępnionej części odbywają się wystawy, wykłady o sztuce współczesnej i spotkania z ciekawymi osobami. Aktualnie można zobaczyć jedną wystawę, poświęconą kobietom ważnym dla sztuki współczesnej - "Kreatorki". Na sobotę planowano też spotkanie z psychologiem na temat kryzysu męskości, ale psycholog się rozchorował i spotkanie zostało odwołane.
Jeśli chodzi o wystawę, trochę mnie rozczarowała. Pomysł uważam za świetny, ale forma niezbyt do mnie trafiła. Na wystawie przedstawiono biogramy artystek z różnych dziedzin sztuki: malarek, rzeźbiarek, tancerek, reżyserek, fotografek itd., w niektórych przypadkach też cytaty z ich wypowiedzi albo wypowiedzi innych na ich temat. Niestety nie pokazano nic, co mogłoby pomóc człowiekowi, który zapamiętuje obrazami, przyswoić te informacje - żadnych zdjęć dzieł ani samych artystek, tylko teksty. One z kolei były zbyt krótkie, żeby każda osoba utrwaliła się w mojej głowie jako charakterystyczna, odrębna jednostka. Po przeczytaniu kilkunastu takich tekstów bez grafik poczułam, że wiadomości zlewają się w mojej głowie i po powrocie nie będę prawie nic pamiętać. Nie było też żadnego albumiku czy ulotki z listą przedstawionych artystek, którą można by zabrać ze sobą do domu. Wyjęłam telefon i spisałam ich nazwiska, pomijając tylko te znane mi wcześniej (jak Boznańska czy Leibovitz), żeby móc w domu pooglądać ich twórczość w Internecie. 






Na wystawie bardzo spodobała mi się myśl Susan Sontag: "Nasza kultura opiera się na nadmiarze, nadprodukcji, w rezultacie czego nasze doświadczenie zmysłowe stopniowo coraz bardziej traci na wyrazistości. Warunki współczesnego życia - materialnej obfitości, namnożenia rzeczy - osłabiają naszą zdolność odczuwania. (...) Dziś ważne jest uleczenie naszych zmysłów. Musimy się nauczyć więcej widzieć, słyszeć i odczuwać". Spodobała mi się chyba dlatego, że ja mam dokładnie na odwrót - ciągle widzę, słyszę i czuję za dużo - i wiem, że inni w większości tego nie rozumieją.
Później pojechaliśmy do mojej cioci, gdzie spotkaliśmy zupełnie przypadkiem kuzyna z synkiem. Młody nadal ma totalnego bzika na punkcie zwierząt. Obecnie najbardziej pasjonuje go to, że zwierzęta polują, walczą i pożerają inne zwierzęta. Opowiadał o tym, jak kobra odstrasza mangustę jadem, jak poluje krokodyl i że w książce o gadach widział węża boa połykającego w całości krowę z kopytami. Ciocia chyba była już tym tematem nieco zmęczona, ale ja mogłabym wypożyczyć chłopaka na cały weekend i się nie znudzić.
Poza tym w niedzielę uczyłam się robić kluski na parze. Jak na pierwszy raz, wyszły bardzo dobre, choć może nie najpiękniejsze wizualnie. Ciągle jeszcze je jemy. Większość jest z czekoladą, a kilka z suszoną śliwką.





7.03
Znowu dopadła mnie jakaś infekcja. A dopiero niedawno byłam chora. Zaczęło się tym razem nietypowo, bo od problemów żołądkowych, potem doszło skrobanie w gardle, a od wczoraj mam męczący, silny katar. Dołuje mnie, że mimo dbania o siebie i bardzo zdrowej jesieni jestem trzeci raz chora od Bożego Narodzenia oraz że znowu nie mogę wziąć leku na stawy (a dopiero niedawno zaczęło się im poprawiać po poprzedniej chorobie). Staram się więcej czasu spędzać na siedząco przykryta kocem niż leżąc, bo od leżenia bolą mnie stawy. Chciałabym, żeby katar się zmniejszył i żebym mogła poćwiczyć, bo trochę się do tego przyzwyczaiłam. Perspektywa pójścia w poniedziałek do lekarza też mnie nie cieszy.
Infekcje zawsze bardzo źle mi robią psychicznie, jestem przygnębiona i marudna niczym faceci cierpiący na męską grypę. Staram się jak najmniej myśleć, bo gdy myślę, dopadają mnie negatywne myśli. Słucham audiobooka, a kiedy katar jest mniej uporczywy, trochę czytam lub oglądam. Zaczęłam oglądać film "Only Yesterday" ze Studia Ghibli, ale muszę rozbić go na części. Niestety Szczur też się rozchorował i nie przyjechał na weekend.
Zanim mnie rozłożyło, w tym tygodniu znowu upiekłam z mamą przekąski z ciasta francuskiego, tym razem z mozzarellą i z konfiturą śliwkową. Wcześniej szukałam pomysłów w necie, ale i tak najbardziej mi się podobają kształty, które sama wymyśliłam: "wiatraczek" i "świński ryjek". 




9.03
To uczucie, kiedy z dystansem i nieco ironiczną miną oglądasz na YT filmik z jasnowidzem komunikującym się z duchem, gdy nagle słyszysz kilkukrotne głośne stukanie, jakby ktoś pukał do drzwi wejściowych, po czym wyglądasz przez okno i tam nikogo nie ma...
PS Duch został jednak szybko zidentyfikowany - z drugiej strony domu sąsiadka dłubała coś przy aucie.

10.03
U mnie w domu zasmarkaństwo.
Po trzech dniach chorowania czuję się już trochę lepiej, ale łeb mam zainfekowany, dużo kaszlę i jutro pójdę po kolejne zwolnienie, żeby nie szerzyć zarazy. Wystarczy, że mamę zaraziłam. Gorączki nie mam, moja temperatura tylko dwa czy trzy razy nieznacznie przekroczyła trzydzieści siedem stopni, więc głównie siedzę przykryta kocem i czytam lub oglądam anime. Marzę o kieliszku rumu, ale przy takiej ilości leków to chyba nie jest dobry pomysł.
Zdrówka wszystkim!

11.03
(po północy)
Za pięć godzin wstaję do lekarza, ale z kaszlem i głową nabitą wszechobecną paniką o wirusa zasypia mi się jeszcze gorzej niż zwykle.
Opera będzie zwracać pieniądze za bilety - przynajmniej oni zawsze mają klasę.
W uniknięcie kolejnych zachorowań nie bardzo wierzę, dopóki ludzie pracują i jeżdżą autobusami. Teraz też w pracy, w domu, u cioci wszyscy byli zdrowi, a jednak ktoś gdzieś mnie zaraził.

(w dzień)
W obawie przed tym, że nawet wiejska biblioteka może zostać jutro zamknięta i że mogę zostać uziemiona bez ciekawych książek, wysłałam dziś tatę do biblioteki. Dałam tacie książki do oddania i listę, z której pani bibliotekarka miała wybrać trzy książki. Nie wiem, jak to zrobił, ale wrócił z siedmioma, mimo że w tej bibliotece zwykle wypożycza się do czterech! Powiedział mi tylko tyle, że "ta pani mu tyle dała". Cóż, albo bibliotekarka założyła ojcu kartę i na nią wypożyczyła cztery książki, albo w obliczu zarazy nagięła zasady. Narzekać nie będę, zwłaszcza że niektóre są szczuplutkie i przeczytam je w mig!
U lekarza byłam, przedłużył mi zwolnienie do piątku i pozmieniał leki na kaszel. Infekcja wyraźnie ustępuje, codziennie mam mniej kataru i czuję się mniej osłabiona. Zostałam osłuchana, płuca podobno czyste. Męczy mnie tylko nieustanna flegma w krtani i kaszel. Inna sprawa, że ciągle z kimś gadam.
Jutro dowiem się od koleżanki, co dalej z pracą.
Przez cały czas zastanawiam się, co zrobić z czasem izolacji społecznej, żeby to nie był czas bezproduktywnego siedzenia i ciągłej ekspozycji na budzące lęk newsy w mediach. Póki co mam kilka pomysłów:
- Odłączanie się od sieci na część dnia, odobserwowanie części osób, czytanie wiadomości tylko o wybranej porze i z sensownych źródeł.
- Czytanie i oglądanie anime.
- Powtórka hiszpańskiego lub niemieckiego - w ferie i wakacje, gdy jest tyle do zwiedzania, jakoś nie udało mi się zmobilizować.
- Jakieś szkolenie online związane z moja pracą i zrobienie w końcu kursu online z mindfulness, który mam wykupiony.
- Codzienna aktywność fizyczna, gdy już wyzdrowieję.
- Przygotowanie zdjęć z zeszłego roku do wywołania.
- Wypróbowanie nowych przepisów.
- Post na bloga.
- Planszówki lub RPG ze Szczurem, a w wersji optymistycznej (przestanę tak charlać) las zamiast opery. 

- Chciałabym zobaczyć kumpla z żoną, których już od prawie roku nie widziałam. Na razie fizycznie się nie da spotkać, ale można zrobić piżama party online.
Może choć część wypali.


wtorek, 24 marca 2020

[97] Wiosna w czasach zarazy


Przyszła jak zawsze na palcach, małymi kroczkami, zaskakując pochłoniętych swoimi zmartwieniami ludzi.

Kilkanaście dni temu zauważyłam przez okno, że u sąsiada zakwitła leszczyna. A później poszło już z górki: cała łączka przebiśniegów u sąsiadki, kilka domów dalej białe i fioletowe krokusy, a u nas pierwiosnek, stokrotki, narcyzy... W kolejce czekają hiacynty. Na wielu drzewach pojawiły się pąki, trawa stała się bardziej zielona. Przerzuciwszy się na pracę zdalną, zauważyłam, jak głośno zrobiło się w ogrodzie w porównaniu do poprzednich miesięcy - rano i w południe ptaki właściwie nie milkną. 

W obecnej sytuacji dziękuję Nornom, Mojrom i innym prządkom ludzkich losów, że urodziłam się i nadal mieszkam na wsi, gdzie mogę tego wszystkiego doświadczać na co dzień. Zarówno własny ogród, jak i krótki spacer po okolicy pozwalają mi zapomnieć na chwilę o wszystkim, co dzieje teraz się na świecie, o walce ludzi z wirusem, o zdjęciach z nagłówków artykułów, o odwołanych i przełożonych planach. Czasem wystarczy podejść po cichu do okna z wytężonym wzrokiem i słuchem. 

I czekam. Na lepsze dni. Na pomyślne wieści z tego przedziwnego frontu - jak nie jutro czy pojutrze, to za kilkanaście dni. Na kolejne spotkanie ze Szczurem (oby jak najszybciej!). Na powrót do normalności. Na brak lęku w głowie i spokój w serduchu. Na motyle... co prawda pierwszego już widziałam, 15 marca.

Żeby łatwiej było czekać, wysiałam dzisiaj w doniczce owies wielkanocny - będzie odliczał dni bardziej namacalnie niż kalendarz.











sobota, 29 lutego 2020

[96] Pamiętniki jesienne


1.10
Dziś w drodze z pracy prawie zgubiłam telefon.
Codziennie w drodze powrotnej zaglądam na któreś z osiedli, żeby zerwać trochę listków wierzby. Dzisiaj było jak co dzień, z tą różnicą, że kilka minut później na dworcu uświadomiłam sobie, że nie mam telefonu. Domyśliłam się, co się stało, bo już nieraz to przerabiałam: musiał mi wypaść z tylnej kieszeni spodni, gdy schylałam się pod wierzbą albo skracałam sobie drogę przez trawnik. Pobiegłam w okolice wierzby, ile sił w nogach. Udało się. Nikt mnie nie ubiegł, telefon leżał sobie beztrosko w trawie. Nawet zdążyłam na autobus.
Ponieważ to już drugi raz, gdy prawie zgubiłam smartfon, zastanawiam się nad jakimś rozwiązaniem, które pozwoliłoby mi mieć go jak najbliżej ciała bez używania tylnych kieszeni spodni. Starałam się najdłużej, jak mogłam, mieć możliwie jak najmniejszy smartfon, ale w tym roku najmniejszy z tych, które mi odpowiadały, i tak okazał się dla mnie za duży. Nie mieści się w kieszeniach spodni.
Telefon jest dla mnie bardzo ważny, bo pomaga mi ogarniać rzeczywistość. Służy mi jako zegarek, budzik, przypominacz, notatnik, podręczny aparat, główne źródło Internetu. Muszę go mieć blisko siebie, także dlatego, że często mam wyłączony dźwięk i odbieram wibracje. Nie noszę torebek, a nie chcę za każdym razem zdejmować ciężkiego plecaka, żeby wyjąć telefon. Niestety wiele ubrań nie ma kieszeni albo są one za małe. 

5.10
Ostatnio mało pisałam, bo miałam trudny i niezbyt wesoły tydzień, a w zasadzie nawet dwa.
Zaczęło się od śmierci wujka. Wiedziałam, że wujek niedługo umrze, bo był już w takim stadium choroby, że wszyscy zaczęli mentalnie się na to przygotowywać. Samą mnie zaskoczyło, jak bardzo przeżyłam jego śmierć. Przez trzy dni było mi trudno się uspokoić, ciągle chciało mi się płakać, choć powtarzałam sobie, że wujek już nie cierpi i to jest najważniejsze. Wujek był jedną z moich ulubionych osób w rodzinie, ponieważ jako jeden z nielicznych zawsze rozmawiał ze mną z autentycznym zaciekawieniem o moich zainteresowaniach, a nie tylko o tym, co jest ważne dla innych osób. Z takim zaciekawieniem podchodził zresztą do wszystkiego. Był szczerym, oczytanym człowiekiem o światopoglądzie zbliżonym do taty i mojego. Interesowało go mnóstwo spraw. Należał też do tych ojców, którzy nie zostawiają wszystkiego na głowie żony. A już najbardziej będzie mi brakowało jego kąśliwego poczucia humoru, którym na imprezach uderzał tu i ówdzie (najczęściej w dewotki i hipokrytów). Czasem wciąż mi się wydaje, że wujek stanie w drzwiach i powie: "Daliście się nabrać, z tą śmiercią to ja tylko żartowałem".
Pochowaliśmy wujka w sobotę, więc można powiedzieć, że w weekend nie odpoczęłam, a wręcz przeciwnie. Po pogrzebie rozkleiłam się jeszcze bardziej, bo tak na mnie działa pieśń, którą grano także na pogrzebie mojej babci, gdy miałam czternaście lat. Wujek został pochowany w ładnym miejscu, na cmentarzu pełnym traw i drzew. Rosną tam między innymi stare kasztanowce, a naprzeciw grobu wujka kołyszą się dwie brzozy. Chociaż dzień był pochmurny, gdy trumnę wkładano do grobu, na chwilę wyszło słońce i wszystkie trawy dookoła błyszczały.
Powrót do pracy pomógł mi odzyskać równowagę, ale ten tydzień był kiepski. Codziennie działo się coś nieprzyjemnego. Jednego dnia uderzyłam się mocno w duży palec u nogi o kant łóżka. Innego źle się poczułam. Dwa razy miałam problemy żołądkowe, choć we wrześniu prawie mi się to nie zdarzało. Ogólnie marzę, żeby o tym tygodniu zapomnieć.
Na szczęście zaczyna się weekend. W ten weekend nie dość, że przyjeżdża Szczur, to jeszcze jadę z mamą i ciocią do opery. I mam nadzieję, że limit niefortunnych zdarzeń na ten tydzień został już wykorzystany, a my będziemy się dobrze bawić.

6.10
Udało się: odpoczęłam. Nie tylko w operze, ale także w lesie, bo dzisiaj razem ze Szczurem wybraliśmy się do jednego z naszych ulubionych lasów. A tam już mnóstwo jesiennych barw i grzybów. Ponieważ zaś żadne z nas na grzybach się nie zna (kojarzymy tylko te najbardziej oczywiste), polowałam na nie z aparatem.





8.10
Wczoraj miałam całkiem fajny dzień, pomimo niewielkiej utarczki w pracy (nic poważnego). Dotarły moje ciuchy z azjatyckiego sklepu internetowego i okazało się, że wszystkie mi pasują, a sensorycznie są po prostu perfekcyjne. Wreszcie mam jakieś sensowne wyjściowe bluzki - czerwoną i biało-czarną. Mam też ładną bluzkę w jesiennych barwach. I wszystkie one są wykonane z bardzo komfortowych materiałów. Nie uciskają mnie, nie uwierają, nie powodują swędzenia i nie mają wielkich dekoltów. Nawet koronka w czerwonej bluzce mnie nie uwiera, bo pod nią jest inny, mięciutki materiał. Jestem w szoku. Mnóstwo ubrań z tego sklepu mi się podoba, a w polskich sklepach rzadko potrafię znaleźć dla siebie coś innego niż T-shirt, co bym naprawdę lubiła.
Wieczorem upiekłam ciasto piernikowe z Delecty. Jeszcze go nie próbowałam, ale wygląda dobrze.

9.10
Im bliżej wyborów, tym więcej znajomych moich rodziców próbuje w rozmowach z nimi agitować. Tata mi dziś powiedział, że przeraża go, że wykształceni ludzie w jego wieku nie myślą, tylko powtarzają, co słyszą w telewizji.
Jedno mnie cieszy: oboje rodzice przeciwstawili się w rozmowach ze swoimi znajomymi stwierdzeniom, jakoby osoby LGBT były największym zagrożeniem dla państwa. Mama próbowała dotrzeć do swojej koleżanki, bazując na emocjach. Mówiła, że lesbijki i geje chodzili do szkoły ze mną i synem koleżanki. Pytała, czy koleżanka zna osobiście jakiegoś geja lub lesbijkę. Pytała, czy odrzuciłaby swoje dziecko, gdyby się jej przyznało do orientacji innej niż heteroseksualna. A tata... Tata trafił na trudniejszego rozmówcę, który, jak stwierdziliśmy, gadał od rzeczy. I powiedział tacie, że obawia się, że geje dojdą do władzy i będą "biegać ulicami z jajami na wierzchu". Tata nie wytrzymał.
- A to byłoby ciekawe, jakby ludzie tak biegali ze wszystkim na wierzchu - powiedział tata. - Czemu nie? Ja bym chętnie sobie z innymi porównał.
Myślę, że wujek w zaświatach się cieszy
...

11.10
Dzisiaj jeden z autobusów podczas postoju na dworcu wyświetlał napis: "Dyliżans do Texasu".

12.10
Ten weekend spędzam bez Szczura, więc trochę mi smutno, że nie mogę z nim pojechać do lasu w taką piękną pogodę, ale za to nadrabiam różne zaległości. W czytaniu, porządkowaniu, oglądaniu...
Jestem z siebie dumna, bo udało mi się wyciągnąć mamę na jesienny spacer po parku. Taty nie udało mi się wyciągnąć, ale dobre i to. Jesienne barwy w połączeniu ze słońcem wprawiły mnie w dobry nastrój. W parku jest już niewiele kasztanów, za to można dosłownie kąpać się w czerwonych liściach klonu. 





13.10
Zagłosowane. Nastrój raczej średni, bo nie mam wielkich nadziei na satysfakcjonujący mnie wynik wyborów, ale byłam, a teraz pora na relaks. 

14.10
Jak to jest z neurotypowymi, że:
- od połowy zeszłego tygodnia próbowałam skontaktować się mailowo ze sklepem, w którym kupiłam materiały papiernicze (m.in. papier origami), żeby zrezygnować z jednego niedostępnego obecnie produktu i poprosić o wysyłkę tego, co jest - nikt mi nie odpowiedział,
- dzisiaj zadzwoniłam do Biura Obsługi Klienta i po króciutkiej rozmowie sprawa jest natychmiast załatwiona na moją korzyść?
Zamówienie zostanie wysłane jeszcze dzisiaj.
Boją się tych maili czy co?

15.10
Dzisiaj miałam dość silny stan lękowy, przez trzy godziny nie umiałam się uspokoić. Robiłam, co mogłam, ale organizm nadal swoje, przede wszystkim bardzo waliło mi serce. Byłam zdziwiona, bo generalnie od początku lata dobrze się czuję psychicznie, pomijając pojedyncze epizody (raczej uzasadnione, jak śmierć wujka).
Po powrocie zaczęłam się zastanawiać nad przyczynami, bo dzień jak co dzień, w pracy wszystko OK i tak dalej. Nic mi jednak nie przychodziło do głowy. Dopiero mama mi uświadomiła, że wczoraj byłam nabuzowana w związku z wynikami wyborów i licznymi dramatycznymi postami w mediach społecznościowych, dużo o tym mówiłam i trudno było mnie przekierować na inny temat. Ponieważ nie znalazłam innego powodu, ten wydaje się najbardziej prawdopodobny. Nie jest to żadna nowość. Kiedy sama odczuwam negatywne emocje w związku z jakimś tematem, emocje innych tylko je podkręcają, zwłaszcza gdy mam styczność nie z jedną czy dwoma osobami, tylko z całym zalewem emocjonalnych treści. A nakręcanie się do granic możliwości rzeczami, na które nie mam wpływu lub mam bardzo ograniczony, nie przynosi nic dobrego.
Postanowiłam przez kilka/kilkanaście dni bywać w Internecie rzadziej i czytać mniej cudzych postów. Dlatego dzisiaj na jakiś czas przestaję obserwować wszystkich, którzy wrzucają dużo emocjonalnych postów o polityce.

(później)
Jednym z moich ulubionych sposobów na poprawę samopoczucia są... biblioteki.
Zajrzałam dzisiaj po dłuższej przerwie do najbliższej biblioteki. Na miejscu okazało się, że nowa bibliotekarka zamówiła chyba ze dwadzieścia książek z mojej listy poszukiwanych! Jest wśród nich kilka powieści, ale przede wszystkim dużo książek niebeletrystycznych - reportaże, "Wszechświat w twojej dłoni", książka Jane Goodall i tak dalej. Dosłownie nie wiedziałam, co dziś wybrać!
W dodatku inni podobno też już te książki z mojej wishlisty wypożyczają - ale czad!

17.10
Obserwacji autobusowych ciąg dalszy. Dziś w drodze do pracy moją uwagę zwróciła osoba wychodząca z banku, którą zobaczyłam przez okno. Była to kobieta z krótko ostrzyżonymi włosami (trochę jak moje, tylko bardziej), w okularach, niskorosła (sięgałaby mi może do pasa). Szła bardzo energicznym krokiem. Miała na sobie czarną kurtkę, chyba skórzaną, i robiła wrażenie osoby pełnej energii, z tak zwanym pazurem. Takiej, która słucha ostrej muzyki i nie da sobie w kaszę dmuchać.
Tak się zastanawiam, że pewnie nie jest łatwo dorosłej osobie o tak niestandardowych wymiarach kupić fajne ciuchy, które jej się podobają, jak skórzane kurtki czy seksowne kiecki. Byłoby super, gdyby każdy ciuch dało się kupić w mniejszych i większych rozmiarach, a realia są kiepskie. Najłatwiej się kupuje ubrania ludziom o przeciętnych rozmiarach. Sama nieraz widziałam coś fajnego, ale ta rzecz była dostępna tylko w rozmiarach za dużych na mnie. Znajomi o większych rozmiarach narzekają na to samo, tyle że na odwrót. A na Szczura prawie wszystkie spodnie mają za długie nogawki.

(w nocy)
Trzeba spać, a Atki tak głośno skubią, jakby tam jakiś chomik siedział.

18.10
Dzisiaj pierwszy raz gotowałam krewetki. Smak mi odpowiadał, ale wyszły za twarde, prawdopodobnie dlatego, że nie posłuchałam Marka i za długo je gotowałam. Następnym razem spróbuję może usmażyć.
Zapiszę tu artykuł o krewetkach, żeby móc do niego wrócić.

20.10
Szczur przyjechał na weekend po dwutygodniowej przerwie i to był fajny weekend.
Wczoraj wieczorem pojechaliśmy pospacerować po parku, w którym Szczur jeszcze nie był. Obok bramy wisiała tabliczka z informacją, że o siedemnastej brama jest zamykana, ale ponieważ była już osiemnasta, nie przejęliśmy się. Pół godziny później, gdy wróciliśmy w to samo miejsce, zastaliśmy bramę zamkniętą. Nie bałam się, bo już kiedyś mi się to przytrafiło - wtedy zostałam uwięziona razem z przyjaciółką z liceum i przecisnęłam się pod bramą. Zastanawialiśmy się, którędy wyjść, obchodząc teren i oglądając mury. Spotkaliśmy też chłopaka przeskakującego przez ogrodzenie, który jak widać znalazł się w tej samej sytuacji. Ostatecznie znaleźliśmy jedną z bocznych bram wciąż otwartą i wyszliśmy nią na cmentarz, a stamtąd już bez problemu na ulicę. Można więc powiedzieć, że zaliczyliśmy wieczorny spacer po cmentarzu.
Dzisiaj pojechaliśmy do pewnego pobliskiego lasu, gdzie jeszcze nigdy nie byliśmy o tej porze roku. Jest on prawdopodobnie starszy i mniej eksploatowany niż las, do którego mam najbliżej. Niewiele też w nim śmieci. Tradycyjnie obfotografowaliśmy grzyby i pozachwycaliśmy się liśćmi szurającymi pod nogami. Poza tym ja zaliczyłam spotkanie z pokrzywą, Szczur wdepnął w coś śmierdzącego, a w drodze powrotnej spotkaliśmy grzyb imitujący pośladki.






21.10
Dzisiaj do pokoju wleciała mi... sikorka. Biedny ptaszek latał przez chwilę dookoła, obijając się. Ja też się przestraszyłam, okno było tylko uchylone. Otworzyłam je na oścież i zastanawiałam się, jak nakierować tam ptaka lub go złapać. Nie mam doświadczenia w łapaniu ptaków, trochę się tego boję. Kiedy sikorka poleciała w stronę okna i usiadła na parapecie, podeszłam tam. Bardzo szybko biło jej serce, aż było to widać, ale nie miała żadnych widocznych ran i normalnie się poruszała. Była śliczna, tylko zdezorientowana. Udało mi się ją nakierować do okna. Teraz siedzi naprzeciwko na sośnie i hałasuje.

24.10
Aż jedna czwarta uczestników tegorocznej Eurowizji Junior, czyli dzieciaków w wieku 9-14 lat, śpiewa o ochronie środowiska. Niektórzy ogólnikowo, inni konkretnie - o zanieczyszczeniu wód albo globalnym ociepleniu.
Mnie się najbardziej z "ekologicznych" podoba piosenka hiszpańska.
Najbardziej jednak polubiłam irlandzką. Nie jest "ekologiczna", jest o banshee.
Myślę, że jestem bardzo nieobiektywna, bo najbardziej fascynujące mnie kraje to od zawsze Japonia, Irlandia i niektóre hiszpańskojęzyczne - i to się jakoś tam odbija we wszystkim, co lubię.

27.10
Myślałam, że o bożonarodzeniowych tradycjach na świecie wiem już całkiem sporo. Czytałam przecież sporo artykułów na ten temat. A jednak Caga Tío sprawił, że dzisiaj zbieram szczękę z podłogi.

30.10
Dzisiaj muszę choć trochę się wyspać, a tu komedia, bo śpię w pokoju z osiemnastoma wielkimi larwami. Jedne chrupią, inne się ruszają robiąc kokon... A najbardziej słychać, jak trzy gotowe kokony trzeszczą... larwy dalej w nich szurają.

31.10
Jadę do Nory na weekend. Chyba pierwszy raz jadę pociągiem 31 października, więc nie zdziwiło mnie, że ludzi na dworcu jest jeszcze więcej niż zazwyczaj. Większość zapewne jedzie odwiedzać groby, a przy okazji być może rodzinę. Ja do Święta Zmarłych mam stosunek raczej nietypowy. Groby dziadków odwiedziłam tydzień temu, gdy na cmentarzach było spokojniej, a to, że uniknę smalltalku z dalszymi krewnymi, raczej mnie cieszy. Nie lubię, kiedy ludzie zmuszają mnie do witania się i odpowiadania na niemądre pytania, podczas gdy ja mam ochotę pobyć w ciszy nad grobem babci i pogadać z nią w myślach.
Jeśli chodzi o Halloween, widziałam w drodze na pociąg dwoje przebierańców. Ciekawa jestem, czy po dwudziestej dzieci w strrrasznych kostiumach będą jeszcze chodziły po szczurzym osiedlu. Przebierańców jest tam sporo i osobiście lubię, gdy przychodzą. Dla mnie Halloween nie jest jednak bardzo istotne, bo prawie cała jesień, przynajmniej do andrzejek, ma smak strrrasznych historii. Wtedy po prostu najprzyjemniej mi się czyta mity, podania i opowieści o duchach i potworach, ogląda anime o yokai, wysyła pocztówki z czarnymi kotami, ubiera czarodziejskie kostiumy i tak dalej.

(później)
Już po rozdawaniu cukierków. Halloweenowych gości zapukało do nas, jeśli dobrze policzyłam, dwadzieścioro dwoje (choć mogę się mylić o jedną, dwie osoby). Przyszli w sześciu grupach, pomiędzy 20 a 22. Większość stanowiły dziewczęta już nastoletnie, ale pojawili się też dwaj mali chłopcy, których wpuściłam do bloku ja, wracając z osiedlowego sklepiku. Najzabawniej było, gdy po 21 Szczur otworzył drzwi, spodziewając się dostawcy pizzy, a tam stały kolejne wiedźmy. Młodzież kulturalnie się zachowywała, na całym osiedlu słychać było śmichy-chichy i wesołe okrzyki, ale po 22 osiedle umilkło.
Przebierańcy byli fantazyjnie umalowani. Najbardziej podobał mi się gość w przebraniu ducha, który miał na sobie czarne prześcieradło i maskę podobną do twarzy postaci z "Krzyku" Muncha. Nie chciałabym tego upiora zobaczyć w nocy nad swoim łóżkiem!
A teraz myć się i do łóżeczka, bo jestem wykończona podróżą po pracy. Podróż jak podróż, ale dzisiaj wszędzie dzikie tłumy i w zasadzie od 8 rano do 22 miałam wokół siebie ludzi non stop. Pora na spanko.

11.11
Tegoroczna jesień, oprócz subiektywnie ciepłego września i października oraz wszystkich rzeczy, które wymieniłam w poprzednim poście, ma jeszcze jeden plus. Dwa długie weekendy z rzędu.
Weekend w Norze jak zwykle dodał mi energii. Nie wiem, jak to się dzieje, ale w Norze czas płynie kilka razy wolniej - w ciągu jednego dnia udaje mi się zrobić dużo więcej fajnych rzeczy niż w domu. Dużo rozmawialiśmy, czytałam, gotowałam, ukończyłam eventy halloweenowe w grach przeglądarkowych. W piątek poszliśmy na czterdziestominutowy spacer, a w sobotę po zmroku Szczur zabrał mnie na Powązki.
Na Powązkach byłam pierwszy raz i na pewno nie ostatni, bo atmosfera tam jest jedyna w swoim rodzaju. Tyle przepięknych, starych pomników i nagrobków, grobowce rodzinne, katakumby, groby zasłużonych ludzi... Wrócić trzeba też po to, żeby poczytać napisy na nagrobkach, bo nie chcieliśmy używać latarki. Wiem tyle, że widziałam groby Zbigniewa Herberta, Gustawa Holoubka i Ireny Jarockiej. Szczur zrobił kilka zdjęć - może nie są one najlepszej jakości, ale dobre i to, a kiedyś za dnia zrobię własne.




Poza tym tydzień temu zaczęłam grać ze Szczurem w opowiadane RPG. Namawiał mnie do tego od bardzo, bardzo dawna, ale ponieważ mam niezbyt przyjemne wspomnienia z grania w RPG z inną osobą w czasach szkolnych, trudno mi było ponownie zacząć. Nadal czuję się nieco skrępowana i niepewna siebie. Mam nadzieję, że to minie, bo Szczur jako Mistrz Gry zachowuje się zupełnie inaczej niż tamta osoba, daje dużo wsparcia. Moją postacią jest młoda magiczka Mavrika, której towarzyszy wilk Rolf. Tym wilkiem zwierz kupił mnie całkowicie, bo od zawsze mam słabość do opowieści fantasy, gdzie bohaterowi towarzyszy zwierzę.
W domu czekał na mnie Bestia, spragniony kontaktu fizycznego. Zawsze jestem w szoku, gdy ze stworzenia, które latem nie daje się dotknąć, mój kot jesienią nagle zmienia się w takie całkiem przytulaśne. Najbardziej lubi leżeć na podnóżku między moimi stopami, trzymając łapkę na jednej z nich.
Obecny weekend spędzam znacznie bardziej domowo i leniwie. Pogoda jest paskudna, słońce nie pojawiło się nawet na moment, z powodu sztucznego światła bolą mnie oczy i chce mi się spać. Jest ze mną jednak Szczur i to się liczy. Znowu trochę pograliśmy, a wczoraj w ramach opóźnionego świętowania imienin zaprosiłam zwierza do escape roomu. Pokój uważam za pomysłowy, klimatyczny. Wyszliśmy nieco po czasie - może byłoby szybciej, gdybym ja nie gramoliła się tak długo po drabinie, a rycerz Szczur nie zapomniał odłożyć miecza na miejsce. Na szczęście Mistrz Gry pozwolił nam dokończyć grę.

15.11
Śniło mi się dziś, że bardzo się gdzieś spieszyłam, ale nie umiałam wyjść z pracy, bo szef zamknął drzwi i zabrał klucz. Biegałam dookoła, szukając klucza.
Wczoraj z kolei śniło mi się, że zostawiłam zapaloną świeczkę w jakimś naczyniu i naczynie zaczęło się przypalać, bo świeczka wypaliła się. Po przebudzeniu okazało się, że mama zostawiła kompot na palniku, garnek mocno się przypalił i w całym domu paskudnie śmierdzi.

(później)
Czary-mary w piątkowy wieczór... Kto zgadnie, co to będzie?




17.11
Po ponad dwóch miesiącach czytania skończyłam dzisiaj biografię Jennie Churchill "Jennie Churchill: Winston's American Mother". Trochę wstyd, że czytanie książek po angielsku zajmuje mi aż tyle czasu, ale po pracy nie potrafię się wystarczająco skupić, więc czytałam tylko w weekendy (i to nie wszystkie). Ostatecznie jestem z siebie zadowolona, bo była to książka trudniejsza pod względem słownictwa niż biografia Sisi. Musiałam często sprawdzać znaczenia słów, zwłaszcza tych związanych z polityką, wojskowością i modą.
Możliwe, że następną biografią, po którą sięgnę, będzie autobiografia Churchilla, ale na razie muszę odpocząć od tej rodzinki. Ciekawią mnie też osoby Shane'a Leslie, depresyjnego kuzyna Winstona, jego ojczyma George'a Cornwallis-West, teściowej Blanche Hozier i inne.
Moje ulubione cytaty z tej książki pochodzą z listów Jennie do siostry i do byłego męża:
We pander to the world which is callous and it only wants you if you can smile and be hypocritical. One is forever throwing any substance for shadows. To live for others sounds alright - you do, darling! But what is the result? You are a very unhappy woman all round! As for me, every effort I make to get out of my natural selfishness meets with a rebuff.
Peace is an essential to life and if you have that you are on a fair way to happiness. Life is frighfully hard. One's only chance is within oneself.


23.11
Co się dzieje, gdy mole książkowe wyruszają w sobotę do miasta?
Przywożą prawie dziesięć książek.
Nie bójcie się o mnie, większość tych książek to prezenty urodzinowe i świąteczne. I tylko jedna jest dla mnie.

26.11
Dzisiaj w ciągu 30 minut zdążyłam:
- wejść do salonu fryzjerskiego i umówić wizytę,
- ściąć potrzebną gałązkę,
- wejść na pocztę i wysłać pocztówki,
- wejść do apteki i kupić leki,
- złapać autobus do domu.
Chwała wszystkim bogom tego świata, że przynajmniej nogi mam dość szybkie.

1.12
Pierwszy raz od dawna spędziłam cały weekend w domu, nie spotkałam się ze Szczurem ani z nikim innym i nigdzie nie pojechałam. Początkowo się obawiałam, że w takich okolicznościach przyrody szybko dopadnie mnie melancholia, ale tak się nie stało. Miałam co robić.
Umyłam dwie szafki w kuchni, skończyłam czytać dwie książki, zeskanowałam nowe pocztówki, zredagowałam post na bloga, uporządkowałam zdjęcia z telefonu, przygotowałam co nieco do pracy... Nie zabrakło też leżenia z termoforkiem, który dostałam od Szczura, oraz siedzenia z kotem na kolanach. Bestia, jak zwykle jesienią, włączył tryb pieszczocha, ale to nie przeszkodziło mu ugryźć mnie znienacka w rękę.
Zostały trzy tygodnie do świąt i do dłuższego wolnego. Tegoroczna jesień była dla mnie najlepsza od wielu, wielu lat. Marzę, żeby to się utrzymało do świąt, szczególnie zdrowie.

2.12
Pada śnieg. To pierwszy śnieg w tym roku.
Zabawne jest to, że właśnie dziś wieczorem oglądałam na Instagramie story pewnej fotografki, która zapytała, czy u innych jest już śnieg, bo u niej w Warszawie nie. Chciałam jej odpisać, że na Śląsku jeszcze tej jesieni śniegu nie było, ale zapomniałam. Później wyjrzałam przez okno w łazience... a tam śnieg.

4.12
Cytat dnia:
Rozmawiamy ze Szczurem o horrorach. Szczura jednak nie opuszcza zniesmaczenie nowymi grupami studentów, którzy są ponoć wyjątkowo tępi.
Szczur: Swoją drogą, ludzie tak się boją zombie, a przecież połowa z nich nie ma mózgu.

8.12
Święty Mikołaj w tym roku przyniósł mi... kino.
Wczoraj, w ramach mikołajek, pojechałam ze Szczurem i moją kuzynką do Cinema City na drugą część "Krainy lodu". Emocji nie brakowało: piękne piosenki, rozśmieszające do łez refleksje Olafa na temat przemijania i nie tylko, rewelacyjna animacja i fabuła. Bardzo mi się podoba, że twórcy nie poszli na łatwiznę, wybierając jakieś możliwe do przewidzenia, banalne zawiązanie fabuły. Nie wciśnięto Elsie na siłę romansu ani Annie magicznych mocy, zamiast tego powstała zupełnie nowa historia, która uzupełnia część pierwszą.
Muszę jednak przyznać po raz kolejny, że nie przepadam za kinowymi "sieciówkami". Reklam było 20-30 minut, a ja, chodząc głównie do niezależnych kin, zdążyłam się już od takiej ich ilości odzwyczaić. Co gorsza, reklamy są głośniejsze od filmu i pełne oślepiającego migania. Zamykałam oczy, jednak dyskomfort słuchowy był momentami dość silny. Nieprzyjemna sprawa dla autystów, następnym razem wezmę zatyczki. Całkiem możliwe, że to z powodu tych reklam mam migrenę, co baaardzo rzadko się zdarza po seansie w kinie niezależnym.
Najbardziej się cieszę, że udało mi się wyciągnąć do kina kuzynkę, która od śmierci wujka niewiele miała radości w życiu. Na dobrą sprawę był to jednak prezent dla nas od Szczura, bo to on zapłacił i łobuz nie pozwolił sobie oddać forsy. Piszę o tym celowo na wypadek, gdyby niektórzy znali Szczura tylko od gorszej strony
.

9.12
Zeszłej nocy miałam koszmar, przez który obudziłam się w nocy. W efekcie byłam niewyspana i dalej miałam dziś migrenę.
Śniło mi się, że pewnej soboty, gdy przyjechał Szczur, zobaczyłam przez okno dziwnie wyglądającego mężczyznę w czerni. Przechodził obok mojego domu. Miał na sobie ciemne okulary, czarny kapelusz i płaszcz. Nigdy go tu nie widziałam, sprawiał wrażenie, jakby czegoś szukał.
Później, gdy wszyscy już spali, usłyszałam głośne stukanie do drzwi wejściowych. Było to dziwne, zwłaszcza że mamy dzwonek elektryczny. Zbudziłam ojca i Szczura, ale tata powiedział, aby nie otwierać. Po pewnym czasie stukanie ustało, jednak towarzyszył mi lęk. Nie wiem, dlaczego, ale byłam przekonana, że to mężczyzna w czerni.
Następnego dnia, kiedy Szczur już pojechał, ludzie w mundurach policjantów otoczyli nasz dom i zaczęli strzelać do okien. Udało mi się wyjrzeć przez balkon i zobaczyłam, że jest z nimi facet w czerni. Krzyczałam do rodziców, żeby położyli się na ziemi, któreś z nich weszło pod łóżko. Pomimo że mieszkamy na piętrze i raczej trudno byłoby kogoś z nas zastrzelić z poziomu parteru, we śnie panowała atmosfera grozy i paniki. Bałam się strasznie, bardziej chyba o rodziców.
Po pewnym czasie strzały ustały, jednak na zewnątrz została jedna osoba - dziewczyna ubrana w coś czerwonego i stojąca pod naszym oknem, która nie ruszała się z miejsca. Gdyby nie czerwień, wyglądałaby jak shinigami czekający na dusze. Nadal byłam przerażona. Rodzice poszli spać, a ja zastanawiałam się, co zrobić - czy i jak uciekać, czy pójść na policję. Tata nie chciał pójść na policję, być może bał się, że jest o coś niesłusznie podejrzewany. Ja nie byłam przekonana, że byli to prawdziwi policjanci. W końcu odeszli, nie wyważyli drzwi. Zastanawiałam, czego ci ludzie chcą, czy może mamy na swoim terenie coś, co oni chcą uzyskać. Pomyślałam o jakimś rzadkim gatunku zwierzęcia żyjącym w naszym oczku wodnym - miałam poczucie, że to stworzenie może być przyczyną obecnej sytuacji (WTF?). Zastanawiałam się, jak dać znać, że nie zjawię się rano w pracy, bo linie telefoniczne mogą być na podsłuchu. Rozważałam też ucieczkę. Gdy wyjrzałam w nocy przez okno, zobaczyłam, że dziewczyna w czerwieni nadal stoi tam bez ruchu. Miałam poczucie osaczenia i bezradności.
Obudziłam się spocona, cała drżałam. Szybko zaczęłam macać w poszukiwaniu latarki, ale dopiero po chwili ją namierzyłam, taka byłam przestraszona. A przecież nie było w tym śnie potworów, krwi ani operacji. Był tylko niesamowicie realny klimat grozy i osaczenia
.

10.12
Dzisiejszy wieczór upłynął mi pod znakiem pieczenia. Na pierwszy ogień poszły kruche pierniczki według przepisu ze starej książki mojej mamy "Ciasta, ciastka i ciasteczka". Ten przepis jest bardzo wydajny, ciasta starcza na cztery blachy. Chcę jeszcze upiec pierniczki według innego przepisu, wytrzymalsze, żeby dały radę znieść podróż do moich przyjaciół.





15.12
Tydzień, który właśnie mija, był męczący. Możliwe, że to był najbardziej męczący tydzień w pracy od początku września, a jeśli nie, to na pewno jeden z najbardziej męczących. Byłam najszczęśliwsza na świecie, gdy w piątkowy wieczór władowałam się do wanny z gorącą wodą.
Przyjechał Szczur i spędzamy weekend bardzo spokojnie, głównie w domu. To nasze ostatnie spotkanie do "po świętach", więc miło się sobą nacieszyć. Wymieniliśmy się prezentami, poobserwowaliśmy Atka, zjedliśmy pizzę i słodkości, a dzisiaj może wyciągnę zwierza na spacer.
Równolegle do tej naszej spokojnej rzeczywistości rodzice pojechali wczoraj na spotkanie rodzinne w restauracji - urodziny wuja. My także byliśmy zaproszeni, ale uważam, że mądrze zrobiłam, odmawiając. Po takim tygodniu ostatnie, czego mi trzeba, to tłoczna impreza w restauracji z tą częścią rodziny, za którą (z wzajemnością) nie przepadam. Wbijanie się w eleganckie ciuchy tylko po to, żeby osoby, z którymi nie utrzymuję kontaktu na co dzień, mogły mnie obgadać, że jak zwykle miałam nie taki głos i nie taką minę jak trzeba... nie, dziękuję.
Dzisiaj w nocy wyszedł drugi attacus, również samiec.
Również dzisiaj zaczynam odliczanie: do przerwy świątecznej zostało pięć dni roboczych
.

19.12
Sezon na prezenty uważam za rozpoczęty!
Jutro zaczynam upragnioną przerwę świąteczną i mam nadzieję, że będzie ona dla mnie bardziej pomyślna niż rok temu. Zwłaszcza że w tym roku mam odpoczywać wyjątkowo długo. Oczywiście nie narzekam na to, bo jesień jest najmniej lubianą przeze mnie porą roku. I choć tegoroczna okazała się wyjątkowo łaskawa, pracy nie brakowało.
Grudzień był szczególnie pracowitym miesiącem, nie tylko w pracy, ale też w domu. Wysprzątałam kuchenne szafki i doprowadziłam do ładu swój pokój (generalne porządki robię w nim tradycyjnie w czerwcu). Upiekłam i pomalowałam pierniczki - może nie tak ładnie jak niektóre znajome (a już Aldona to mistrzyni!), ale i tak jestem zadowolona.
Nareszcie uporałam się z zaległościami pocztowymi. Oprócz kartek świątecznych, które wysłałam już na początku grudnia, przygotowałam też pocztówki i dwie paczki dla przyjaciół (pozostałych mam nadzieję niedługo spotkać). W paczkach znalazły się moje pierniczki, rękodzieło mamy, drobne kosmetyki, orzechy i piękne kartki wykonane przez Dagę.

Jutro wpracowe spotkanie opłatkowe, a po południu prawdopodobnie kierunek biblioteka. Nie czuję się komfortowo z myślą, że nie skończyłam jednej książki ("Błękit" Mai Lunde), ale ponieważ niezbyt mi się podoba, nie ma sensu z jej powodu zwlekać. Niestety jest to jeden z moich autystycznych schematów - kiedy nie mogę dokończyć zaplanowanej książki, czuję niepokój. I z tym schematem muszę czasem powalczyć. Lepiej będzie dla mnie i dla innych czytelników, jeśli oddam nietrafioną książkę i wypożyczę nowe.

20.12
Znowu to samo: pierwszy dzień przerwy od pracy, a mnie coś rozkłada. Obudziłam się z bólem gardła, teraz zaczyna dochodzić gorączka i lęki. Przy gorączce zawsze mam silne lęki i koszmary. No i plany, żeby pójść do biblioteki, poszły się kochać.
Nie wiem, czy kląć jak szewc, czy płakać. Płakać nie chcę, bo dostanę migreny. Kląć za bardzo nie umiem, gdy boli gardło.
Muszę się jak najszybciej postawić na nogi, bo chcę pojechać na Sylwestra do Nory. Chcę znowu pobyć sama ze zwierzem, a także spotkać paru znajomych. Czekam na to od września i to było moją główną motywacją przez całą jesień, obok attacusów. Zwłaszcza że moja przerwa świąteczna ma trwać ponad dwa tygodnie.
Jestem wściekła, bo przez całą jesień nie chorowałam, chyba pierwszy raz od czasów przed pójściem do szkoły. Robiłam wszystko, żeby być zdrowa. Dbałam o kondycję psychiczną, codziennie choć trochę spacerowałam, jadłam owoce i warzywa, wietrzyłam, brałam witaminę D i tak dalej.
Jeśli chodzi o psychikę, to była moja najlepsza jesień od wielu lat. Tylko dwa razy zaliczyłam zjazd, raz po śmierci wujka (co jest chyba normalne) i raz po wielogodzinnym zebraniu w pracy. Moim zdaniem trzeba być prawdziwym sadomasochistą, żeby robić
sobie i innym coś takiego jak kilkugodzinne zebrania - co najmniej tak bardzo, jak złodzieje z filmów o Kevinie.