niedziela, 20 czerwca 2021

[118] (Przebrzydle opóźnione) pamiętniki zimowe

 
01.12
Opera Śląska pierwszy raz organizuje spektakl dostępny online w czasie rzeczywistym! W sobotę o osiemnastej można obejrzeć na żywo premierę "Łucji z Lammermoor". Bilety są póki co dostępne za złotówkę na stronie opery.
Bardzo chciałabym, żeby Opera Śląska poszła po rozum do głowy i zaczęła transmitować online także inne spektakle, jak robią to już inne teatry. Jeśli o mnie chodzi, bilety mogłyby równie dobrze być sprzedawane w normalnych cenach - jak ktoś w obecnej sytuacji tęskni za operą, to i tak się skusi.

02.12
Zaczynamy kolejny etap leczenia Bestii. Dziś pierwszy raz dostał mokrą karmę weterynaryjną, którą ma jeść przez pewien czas, żeby pozbyć się piasku w moczu. Oczywiście na razie nie ma mowy o jedzeniu wyłącznie tej karmy i nie wiem, czy będzie to w ogóle możliwe, bo Bestia nienawidzi zmian. Samej mokrej karmy nie tknął, poniuchał podejrzliwie i odszedł. Udało mi się jednak podejść go, mieszając nową karmę z gotowanym mięskiem z indyka i dodając parę kropli tranu. (Tran działa na niego jak kocimiętka.) Na razie to mała porcja, ale może po trochu da się go przekonać. Cieszę się, że w ogóle cokolwiek zjadł. Obawiałam się strajku głodowego.
Poza tym dzisiaj sprzątałam szafkę z filmami i muzyką, ogarniałam żarówki i... "naprawiałam notebooka", w sensie starałam się zwiększyć ilość wolnego miejsca na dysku. (W języku mamy i cioci każde rozwiązywanie problemu z komputerem czy tabletem to "naprawianie"). Winda domyślnie ma zainstalowaną masę badziewia, na przykład jakieś dziwne gierki niczym z Androida. Wystarczyło to usunąć, by zwolnił się cały gigabajt. Zainstalowałam też program do odtwarzania płyt DVD. W końcu będę znowu mogła oglądać Davida Attenborough i inne filmy dokumentalne, a w tym roku dostałam ich mnóstwo od Pytajnika.
Tymczasem moja rodzina gnomów poszerza się, mam ich już sześć. Niedługo trzeba będzie im nadać skandynawskie imiona.

04.12
Dziś konferencyjnie, a ponadto mam jeszcze trochę pracy przed weekendem, ale udało mi się zauważyć, że znowu przyleciał dzięciołek. Widziałam go z okna, jak opukiwał pień świerku. Później chodził nad oczkiem wodnym.

05.12

Z cyklu "Dialogi domowe":
Mama: Przyniesiesz z lodówki na dole mleko w puszce?
Idę na parter, zaglądam do lodówki... a tam najróżniejsze produkty, w tym kilka kartonów mleka. Chwilę się zastanawiam i zabieram jeden karton, żeby w razie czego nie chodzić drugi raz.
Ja: Przyniosłam mleko, ale w kartonie. W puszce nie było.
Mama: O to chodziło.
To w końcu w kartonie czy w puszce?

06.12
Teraz coś zabawnego: z konferencji o seksualności oprócz wiedzy i zaciekawienia paroma tematami wyniosłam również miły sen. Przyśniło mi się dziś rano, że przyjechał do mnie były chłopak w celach... dość jednoznacznych. Byliśmy jeszcze piękni i młodzi, jak dziesięć lat temu. Do tego eks wykazał się empatią. Wiedząc, że w domu jest mi zimno, przywiózł dla mnie polarowy kocyk.

07.12
Takie pocztówki dostałam w tym roku w ramach wymiany halloweenowej. Pokazuję dopiero teraz, bo przychodziły jeszcze w listopadzie. Służyły mi jako ozdoby od Halloween do andrzejek. Teraz czas je schować w albumie - nadchodzi wymiana bożonarodzeniowa.
 
 

 
W zeszłym tygodniu do mamy zadzwoniła ciocia, która od niedawna jest na emeryturze i nie czuje się z tym dobrze. Życie przyzwyczaiło ją do ciągłej aktywności poza domem, a teraz bardzo jej tego brakuje. Postanowiła więc zaangażować się w lokalne działania na rzecz seniorów. Przed świętami seniorzy z naszej gminy, którzy mieszkają samotnie, mają dostać prezenty. A my zostaliśmy poproszeni o upieczenie pierników (piecze je zresztą więcej osób).
I tak sobotni wieczór upłynął pod znakiem malowania całej góry upieczonych wcześniej pierników. Przy malowaniu słuchałam opery transmitowanej na żywo z Opery Śląskiej. Idąc za ciosem, wczoraj upiekłyśmy pierwszą turę pulchnych miodowych pierników dla nas. Te nie są jeszcze pomalowane.
Dzisiaj chce mi się spać. Od nadmiaru emocji po konferencji i operze włączyły mi się problemy ze spaniem. Dwa razy zasnęłam dopiero po czwartej. Nic nowego, szczególnie opera zawsze bardzo mnie pobudza. Rodzice powiedzieli, że przez cały wieczór obficie stimowałam.
Paczki z prezentami zaczęły przychodzić, a wśród nich znalazły się wisiorki z motylimi skrzydełkami. Rzecz jasna, artystka, u której je kupiłam, nie zabija motyli na biżuterię, tylko wykorzystuje znalezione skrzydła. Jeden wisiorek kupiłam sobie sama na mikołajki, a drugi dostanę dopiero na urodziny. W mniejszym jest skrzydełko mojej ulubionej niedźwiedziówki kai.
 


 
08.12
Minęło osiem lat, odkąd jest ze mną Bestia. Niewiarygodne, jak szybko to zleciało! Ciągle pamiętam pierwszy wieczór Bestii u nas, spędzony w dużej mierze pod fotelem i pod łóżkiem. Ten mały kłębuszek strachu szybko się zadomowił i w kolejnych dniach zaczęło być go wszędzie pełno. Do dziś sobie nie wyobrażam, że miał trafić do schroniska - taki wrażliwy zwierzak, a do tego alergik.

09.12
Jutro w Moonlight Lovers wychodzi ścieżka z ostatnim wampirem z rezydencji: Ethanem. To lekarz wojenny, szachista, najlepszy przyjaciel mojego ulubieńca Beliatha i zarazem chłopak z PTSD. Wszystko wskazuje na to, że to będzie najtrudniejsza ścieżka, także zostawienie jej na sam koniec.
Beemoov, proszę, nie schrzańcie tej historii, bo przegracie w swoją własną grę.

10.12
Świąteczna poczta już prawie gotowa. Również misję "Gnomy" uznaję za oficjalnie zakończoną. Niektóre zostaną u mnie na święta, inne znajdą nowe domy.
Zachęcam do zgłaszania propozycji skandynawskich imion dla gnomów! W tym celu należy wybrać gnoma i podać w komentarzu propozycję imienia dla niego. Można skorzystać np. z tej strony.
PS Dementuję pogłoskę, jakoby gnomy nosiły ubrania z używanych skarpet. Wszystkie ubrania są świeżutkie. Radzę nie obrażać tych złośliwych istot!
 
 



16.12
W tym tygodniu znowu dostałam zastępstwa, dlatego mniej mnie tutaj. W poniedziałkowy wieczór zabrałam się za pierniczenie, żeby w kolejnych dniach mieć więcej czasu na sprawy wpracowe. Powstało kilka blach - dużo kruchych pierniczków i trochę "pulchnych" miodowych, jak co roku. Na razie schowałam je do pudełek, bo aż kusi, żeby podjadać!

20.12
Co za paskudna, paskudna doba. Cały dzień miałam migrenę, a teraz w nocy rwie mnie ręka i nie mogę spać. Myślę o cytacie z "Królewskiego skrytobójcy":
"(...) gdy myślę o ciele, więżącym mego ducha, chętnie wspominam wilcze dni. Jest w tych obrazach ukojenie i pokusa.
»Chodź, poluj ze mną - szepcze mi głos w sercu. - Zostaw ból i bądź znowu wolny. Tu każdy czas jest teraźniejszością i wybór należy do ciebie«."


23.12
Ekipa gnomów już gotowa do świętowania, ja potrzebuję jeszcze trochę czasu. W Wigilię sprzątać już nie zamierzam, ale będę gotować z mamą, przygotowywać stół do kolacji, no i wypadałoby umyć łeb.
Choinkę mamy ubraną od kilku dni, inne dekoracje też zrobione. Dzisiaj pakowałam prezenty, przygotowywałam pieczarki i malowałam pierniki. Tego malowania trochę było, bo upiekłam dwa rodzaje pierniczków (pulchniutkie z miodem i kruche z przepisu na herbatniczki) a mama kolejne dwa (okrągłe i z makiem).
W poniedziałek i wtorek piekłam piernik z powidłami, który udał się niestety dopiero za drugim podejściem. Za pierwszym razem zrobił się paskudny zakalec, nie tylko tuż nad spodem ciasta, ale wręcz w całym cieście. Nie wiadomo, jaka była przyczyna. Na wszelki wypadek robienie drugiego piernika nadzorowała mama. Otworzyłyśmy nowe opakowania proszku do pieczenia i sody, mieszałyśmy składniki szybciej, a ciasto posiedziało w piecu ponad godzinę.
 
 

 
24.12
Migrena w Wigilię. Seriously? Trza się jakoś pozbierać.

29.12
"Idealna kryjówka! Nikt się nie zorientuje, że tu jestem."
 
 
 
 
01.01
Szczęśliwego Nowego Roku wszystkim!
My w tym roku spędzamy tę noc niby to inaczej, ale nie aż tak bardzo, bo nie jesteśmy sami. Od paru godzin (z przerwami) gadamy na kamerkach z Alex, Jakubem, Markiem i Piotrem. We dwoje, a jednak w sześcioro. I tylko przygotowań było dużo mniej.

02.01
Wczoraj przez cały dzień dochodziłam do siebie po Sylwestrze, mimo że sama niewiele wypiłam, jak zwykle zresztą.
Cybernerdiada się nam udała - połączyli się z nami wszyscy zaproszeni, którzy dają radę rozmawiać głosowo i mogli być tego wieczora obecni. Piotr i Marek siedzieli z nami prawie do drugiej!
Niestety, dopiero po pożegnaniu się ze wszystkimi okazało się, że Szczur za dużo wypił. Pierwszy raz, odkąd jesteśmy razem, widziałam go w takim stanie. Wygadywał farmazony bez ładu i składu, rzucał żenującymi tekstami, a co najgorsze, dobrał się do mojego komputera. Przeżyłam chwile grozy, gdyż komputer nie chciał się włączyć, a nietrzeźwy Szczur majstrował przy nim i nie chciał mi go oddać. Dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, że komputer nie jest podłączony do prądu (bateria w tym laptopie bez prądu już nie daje rady). Gdy zabrałam mój laptop, Szczur przeniósł się na swój, skąd próbował dzwonić do znajomych po trzeciej w nocy i zmieniać hasło do Facebooka. Przez wyrzut adrenaliny błyskawicznie rozbolały mnie brzuch i głowa. Do czwartej nie umiałam skłonić gryzonia do położenia się, a zostawić go samego też nie chciałam w obawie, że coś popsuje.
Rano Szczur obudził się potężnie skacowany, a ja stwierdziłam, że karma jednak czasem wraca - miał problemy dokładnie z tymi częściami ciała, które mnie przez niego bolały w nocy. Mam nadzieję, że to się już więcej nie zdarzy, bo średnia to przyjemność zmarnować cały dzień. Nigdy więcej picia tyle pod tym dachem.

05.01
Tegoroczne ferie są wyjątkowe - ma to swoje złe, ale i dobre strony. Szczur pracuje w większości zdalnie, więc nie spędzam czasu sama od rana do siedemnastej czy osiemnastej. Najprzyjemniejsze, że przez to nie traci czasu na dojazdy i nie jest nawet w połowie tak zmęczony jak normalnie, kiedy to po powrocie odsypia dwie godziny i w efekcie widzę go dużo krócej niż bym chciała. Częściej wstajemy, jemy i chodzimy spać o podobnej porze. Po zmroku zazwyczaj wychodzimy na spacer, a wieczorami oglądamy filmy albo czytamy książki, które dostaliśmy na święta. Dzięki temu, że zabrałam z domu tonę produktów spożywczych, przez pierwszych pięć dni gotowanie zajmowało mi mało czasu. Udaje mi się nawet codziennie powtarzać nieco hiszpańskiego.
Bestia chyba za mną tęskni, bo dostałam zdjęcie, jak leży na moim łóżku.

09.01
Z serii "Dialogi rodzinne":
Kuzyn zwany przeze mnie Włóczykijem, ze względu na wykonywany zawód, jako pierwsza osoba z rodziny został zaszczepiony przeciw koronie.
Ja: No i jak było? Jak się czujesz?
W.: Wiesz, na razie nic mnie nie boli. Ani ta ręka, w którą dostałem zastrzyk, ani druga ręka, ani trzecia. Obie pary oczu też mnie nie bolą. Tylko trochę niewygodnie się wkłada czapkę przez ten róg jednorożca na czole.

11.01
Dzisiaj dzień na wariackich papierach. Zaczęło się od rana - po oglądaniu filmu do późna obudziły mnie przedwcześnie odgłosy wiercenia u sąsiada z góry. Wiercenie trwało tylko pół godziny, ale już nie zasnęłam. Mocno boli mnie dziś łapsko, jednak dopiero teraz zjadłam obiad i będę mogła wziąć lek przeciwbólowy, bo przez dwie godziny prawie non stop musiałam wisieć na telefonie w pewnej stresującej sprawie. Jestem tym wykończona.
Plusem jest to, że pierwszy raz od kilkunastu dni widziałam dzisiaj słońce i bezchmurne niebo. I udało mi się wyjść na długi spacer, żeby się nimi nacieszyć.
 
 
 
 
16.01
Wczoraj i dziś obudziłam się w innym świecie niż przez ostatnie dwa tygodnie. Jak przez całą przerwę świąteczną i ferie zimowe nie było śniegu, tak teraz pada go tyle, jakby chciał nadrobić stracony czas. W Warszawie pojawił się dopiero na dzień przed moim wyjazdem i w niewielkiej ilości, natomiast tutaj podobno już od paru dni jest go dużo. Wczoraj wybrałam się ze Szczurem do parku, gdzie brodziliśmy w śniegu, fotografowaliśmy i wypatrywaliśmy bałwanów. Uwielbiam focić bałwany, chyba dlatego, że przypomina to łapanie Pokemonów - każdy jest inny. Na trasie, którą szliśmy, namierzyliśmy dwa.
Nie czuję się dobrze na myśl o powrocie do pracy i to od razu w formie stacjonarnej. Za każdym razem zmiany codziennej rutyny bardzo mnie stresują, więc nawet się szczególnie nie zdziwiłam, gdy dostałam dzisiaj rewolucji żołądkowej. Staram się powtarzać sobie, że inni to chcieliby mieć pracę, a ferie nie mogą trwać wiecznie, ale niewiele to pomaga. I tak jest mi ciężko. Wolałabym najpierw wrócić na pewien czas do pracy zdalnej, która przynajmniej pozwalała mi się jako tako wyspać. Na myśl o tym, jak dobrze mi było w Norce bez niezapowiedzianych zastępstw, zbyt chłodnej wody w kranach, głośnych kaloryferów i grających całymi popołudniami telewizorów, łapie mnie chandra. Pewnie za kilka dni się ogarnę.
Wyjeżdżając, miałam spore obawy, ponieważ ostatni pobyt w Norce zbiegł się w czasie z moim kryzysem psychicznym. Pierwszy raz nie czułam się tam bezpieczna. To uczucie było przerażające i irracjonalnie bałam się, czy nie wróci, choć logika wskazywała, że nie powinno, bo poza tym jednym jedynym latem Norka zawsze była moją ostoją. Na szczęście potwierdziło się, że nadal nią jest - czuję się tam tak samo jak dawniej.
Podczas ferii starałam się zadbać o swoje ciało i ducha. Brałam długie, relaksujące kąpiele, ćwiczyłam (aczkolwiek nieregularnie), codziennie wychodziłam na spacer. Nareszcie zaczęłam powtarzać hiszpańskie słówka z zeszytu. Nie tylko czytałam swoje książkowe prezenty, lecz także obejrzałam rekordowo dużo filmów. Ostatecznie nie oglądałam samych komedii świątecznych, bo czułam się na tyle dobrze, że miewałam chęć na poważniejsze tematy. Szczególnie gorąco polecam "Sokoła z masłem orzechowym". Mimo że tego nie planowałam, aż w kilku filmach pojawił się motyw nielegalnych imigrantów (Meksykanów do Stanów Zjednoczonych, Afrykanów do Francji). Zupełnie przy okazji dowiedziałam się na ten temat rzeczy, o których nie miałam pojęcia. Poza tym coś mnie ostatnio wzięło na francuskie komedie i ogólnie francuskie filmy.
Szczur zaczął uczyć mnie gry w karty, choć do opanowania tej sztuki jeszcze długa droga. Na razie gramy w tysiąca w otwarte karty. Chciałabym poznać też inne gry, po kolei, żeby mi się wszystko nie pomyliło.
Po powrocie do domu czekał na mnie zaległy tort urodzinowy, który odrobinę osładza powrót do domowej rzeczywistości. W ramach trzydziestych urodzin poprosiłam rodziców o nietypowy prezent - wypełnienie "Książek pełnych miłości". No i oczywiście jest też Bestia. Łobuz upatrzył sobie pod moją nieobecność stary, potargany wyjazdowy ręcznik, a teraz nie chce leżeć na niczym innym. Zgłosiłam się na szczepienie. Spakowałam się na poniedziałek. A jutro zamierzam zafundować sobie różne drobne przyjemności i poudawać, że pojutrza nie ma w kalendarzu.
 
 


 
23.01
Dzisiaj wieczór operowy - oglądam "Rzekomą ogrodniczkę". Co prawda w domowych pieleszach, ale kupiłam sobie nawet program.

25.01
Still I fly...
Tak sobie myślę, że dekada się skończyła, a anime dekady dalej jest dla mnie Sangatsu no Lion. Może to i opowieść dekady. Najbardziej prawdziwa, gdzie nic się nie dzieje szybko ani samo.
O tym, jak pasja staje się jedynym, co trzyma człowieka przy życiu przez lata samotności i depresji. O stopniowym otwieraniu się na innych, gdy tych innych nigdy wcześniej przy nim nie było. O nauce zaufania. O nadziei. O tym, jak z przekleństwa życia rodzi się siła, żeby być dla innych i pomagać im przejść to, co się przechodziło całkiem samemu.
Nie wiem, czy ktoś to kiedyś lepiej rozumiał niż Chica Umino.

26.01
Powrót do pracy stacjonarnej przyszedł mi łatwiej niż ostatnim razem. Może pomógł w tym śnieg, który utrzymywał się przez kilka pierwszych dni. Na początku tygodnia było bardzo mroźno (temperatura dochodziła do około -15 stopni), ale nie wilgotno, więc wstawało mi się dobrze. Krajobraz wreszcie przypominał zimę, a nie nieustanną jesień bez odrobiny słońca.
W weekend z samopoczuciem było słabiej, zwłaszcza że Szczur nie mógł przyjechać. Doładowałam baterie, powtarzając hiszpański i oglądając transmisję na żywo "Rzekomej ogrodniczki" z Opery Śląskiej.
Bestia dalej je saszetki z mokrą karmą dla kotów z problemami urologicznymi. Suchą karmę tej samej marki trzeba było odstawić ze względu na alergię na kurczaka, tak jak przewidywałam, mimo że łobuz lubił ją bardziej. Dostaliśmy od wetki zielone światło, żeby znowu pobrać mu mocz do badania kontrolnego. Nie jestem wcale bardziej pewna, że się uda, niż ostatnim razem. Mamy wprawdzie więcej doświadczenia, ale Bestia załatwia się najczęściej nocą, a mocz trzeba szybko dostarczyć do gabinetu. Proszę o trzymanie kciuków za tę akcję i za jak najlepsze wyniki.

27.01
Kiedy masz do pracy na ósmą, ale Twojej głowie chce się spać tylko po południu, a w nocy woli czytanie do późna o Edku VII... czyli w sumie typowo.
Jutro ciężki dzień. Mam zastępstwo, a potem radę zebranie. Nie wiem, jak to przetrwam, bo każda z tych dwóch rzeczy powoduje silne przebodźcowanie i najczęściej migrenę. Nienawidzę zebrań. W dodatku muszę pokombinować i gdzieś wcisnąć ciepły posiłek, bez którego nie mam szans kontaktować do wieczora. Przydałoby się dziś przygotować maksymalnie jak się da, wysypiając się, ale głowa w takich sytuacjach reaguje na zasadzie "mów mi jeszcze". Im bardziej trzeba spać, tym bardziej stawia opór.

28.01
Fachowa opieka po ciężkim dniu.
 
 

 
31.01
W ten weekend można liczyć ptaki w ramach Zimowego Ptakoliczenia. Szczur i ja widzieliśmy w ogrodzie dwie bogatki, modraszkę, dwa kosy, dwie sierpówki, sójkę i srokę. Tata widział rano cztery kosy i dwie sójki. Gdyby był z nami ktoś bardziej obeznany w ptakach, naliczyłby ich pewnie więcej, bo w ogrodzie panuje nie lada hałas.
Tutejsze ptaki nie są zainteresowane jedzeniem z supermarketu. Zdecydowanie wolą orzechy i ziarno.

06.02
Zdarzyła mi się dzisiaj rzecz niezwykła: niewiele brakowało, a spóźniłabym się do pracy. Nie, nie dlatego, że za późno wstałam, guzdrałam się albo budzik nie zadzwonił. Zasnęłam w fotelu przy jedzeniu śniadania. Co jak co, ale to mi się jeszcze nie zdarzyło! Nikt nie zauważył, że śpię, bo tata urzęduje na parterze, a mama o tej porze jest w łóżku. Obudziłam się po półgodzinie. Na szczęście tata podwiózł mnie pod samą bramę - gdyby nie on, byłoby kiepsko.
Po południu udało nam się pobrać mocz Bestii do badania kontrolnego. Tym razem większych problemów nie było. Kot miał spokój i poszedł do kuwety zaraz po swoim obiedzie, nie spodziewając się żadnych ceregieli. Tata jednak drugi raz tego dnia musiał stoczyć wyścig z czasem, bo nie czuje się jeszcze na tyle pewnie w nowym samochodzie, żeby chcieć jeździć po ciemku, a Bestia załatwił się tuż przed zmrokiem.
Wiwat tata - dowiózł mnie, dowiózł siuśki i nawet dopuszczalnej prędkości nie przekroczył.

11.02
Znowu mało piszę. Czasami dokucza mi ręka, a zazwyczaj brakuje energii. W pracy bardzo dużo osób z różnych powodów wylądowało na chorobowym, dlatego codziennie mam po kilka zastępstw. Czuję się tam nieźle, ale męczą mnie obawy, czy dotrwam w zdrowiu do szczepienia. Po powrocie starcza mi zasobów tylko na najprostsze czynności. Popołudniami sporo śpię, żeby nie mieć czasu na myślenie. Co ciekawe, koszmary przychodzą nocami, natomiast w dzień śpi mi się lepiej. Jeśli nie śpię, to przeważnie uczę się hiszpańskiego, bo wtedy odpływam, ja ze środka przenosi się do innej rzeczywistości, gdzie nie ma pandemii i nie boję się niczego. Albo coś oglądam - anime lub niezbyt u nas znane filmy latynoamerykańskie.
Przed świętami miałam fazę na świąteczne komedie, a w ostatnich tygodniach dopadła mnie inna faza: postanowiłam obejrzeć wszystkie filmy z Natalią Oreiro, które znajdę w sieci. Dlaczego? A dlatego, że w dzieciństwie miałam bzika na punkcie Natalii, ale oglądałam ją tylko w telenowelach. Ona tymczasem na przestrzeni dwudziestu lat zagrała w kilkunastu filmach, z czego w naszych kinach wyświetlano tylko jeden: "Anioła Śmierci". Pomyślałam więc, że poszukam pozostałych. Okazało się to nietrudne, bo wiele można znaleźć na YouTube - ich brak popularności w Europie zadziałał na moją korzyść. Zaczęłam od filmów z napisami, ale te bez napisów też chcę obejrzeć. Ile zrozumiem, to zrozumiem.
Jak dotąd obejrzałam cztery filmy z Oreiro, pomijając znanego mi już z kina "Anioła Śmierci", i jestem dość mile zaskoczona. Kariera Natalii poszła zdecydowanie w dobrą stronę - udowodniła, że potrafi zagrać różne role i to całkiem nieźle. Nie dała się zaszufladkować w telenowelach. Najbardziej polubiłam "Cleopatrę", gdzie dwie zupełnie różne kobiety, które mają dość swojego dotychczasowego życia, postanawiają rzucić wszystko i wyjechać razem na weekend. "Music on hold" chyba stanie się jednym z moich filmów na poprawę nastroju, bo dawno się tak nie uśmiałam. Te dwa mogę polecić. Przede mną jeszcze trzy znalezione na YouTube, jeśli dobrze pamiętam.

18.02
Pogoda w tym tygodniu nie dopisuje, ale jeszcze w weekend było słonecznie i mroźno. Chciałam wybrać się do Muzeum Górnośląskiego pierwszy raz od wielu miesięcy, ale z powodu awarii elektrociepłowni w Bytomiu pocałowaliśmy klamkę. Zamiast tego pojechaliśmy do parku. Zafiksowałam się na tych śladach małych łapek na śniegu.
 
 

 
21.02
Z filmu "Mi primera boda":
"Małżeństwo jest jak oblegana twierdza. Ci z zewnątrz chcą wejść, ci ze środka chcą wyjść" (tłumaczenie moje).

23.02
Po pierwszej dawce szczypania.
Jakby kogoś to interesowało, igła jest cieniutka, zastrzyk nie boli i ani się człowiek nie obejrzy, a jest po. Warto wypełnić sobie już w domu kwestionariusz wywiadu przed szczepieniem ze strony ministerstwa - lekarze też je mają na miejscu, ale wizyta będzie krótsza. A teraz pakuję się do łócha, żeby organizm odpoczął, bo stresowałam się bardzo.
Trzymajcie kciuki, żebym czuła się jak najlepiej.

27.02
Powoli wracam do świata żywych.
Dwa dni po szczepieniu miałam całkowicie wyjęte z życia. W środę zdychałam. Mimo że zjadłam więcej paracetamolu niż kiedykolwiek przy infekcji, przez cały dzień rosła mi temperatura, aż w nocy osiągnęła 39 stopni. Ręka bardzo mocno mnie bolała, jak nigdy po żadnej szczepionce, ten ból był rwący i promieniował od miejsca zastrzyku na całą kończynę. Spodziewałam się bólu ręki, ale normalnego, a nie takiego. Nie umiałam nic robić, nawet umyć się czy przebrać, bo każdy ruch wyciskał łzy z oczu. Zalecany paracetamol pomagał w nikłym stopniu. Na szczęście kolejnego dnia gorączka znikła i ręka też zaczęła się stopniowo poprawiać. Jestem ciągle osłabiona (fizycznie i psychicznie), łamie mnie w nadgarstku i obok pachy, ale chyba przeżyłam.
Bardzo cieszę się, że to już za mną. Najchętniej powiesiłabym sobie nad łóżkiem ten świstek informujący o byciu zaszczepionym. Do drugiej dawki na szczęście mam trochę czasu, mam też nadzieję, że za drugim razem aż tak koszmarnie nie będzie. Następny w kolejce jest ojciec. Oby dostał Pfizera, bo szczepieni nim członkowie rodziny czuli się zupełnie dobrze. Kuzyni i ciocia w ogóle nie mieli gorączki.

poniedziałek, 3 maja 2021

[117] Motyle 2020: Pechowcy

 
Historie motyli, które przedstawiam na blogu, w większości przypadków kończą się happy endem. Czasem jednak owadowi nie udaje się przejść przez któryś etap rozwojowy. Najczęściej dzieje się tak, gdy w momencie znalezienia gąsienica jest już spasożytowana i nosi w sobie intruzów, powoli zjadających ją od środka. Brzmi ponuro? Owszem, ale w naturze to norma - dorosłość osiąga niewielki procent motylego potomstwa, a pasożyty to tylko jedno z zagrożeń.
 
W ciągu kilku lat obserwacji przekonałam się, że gąsienice spasożytowane często same wpadają człowiekowi w oko, bo przesiadują lub wędrują na widoku, w odsłoniętych miejscach. Po młodych larwach nie widać, że coś im dolega. Im bliżej wydostania się pasożytów z ciała ich ofiary, tym bardziej nietypowe staje się zachowanie gąsienicy. Coraz mniej się porusza, robi wrażenie apatycznej. Kiedy zbliża się czas przepoczwarczenia, a larwa ćmy ani nie zaczyna się uwijać przy robieniu oprzędu, ani nie zakopuje się, podejrzewam, że coś jest nie tak.
 
Zazwyczaj nie mam chęci pisać o takich przypadkach. Przyznam się bez bicia: wolę szczęśliwe zakończenia. Dla zeszłorocznych "pechowców" postanowiłam jednak zrobić wyjątek, ponieważ znalazły się wśród nich gąsienice z gatunków, które spotkałam pierwszy raz w życiu. Żeby nie było całkowicie ponuro, dołączę jedną pozytywną historię - o spotkaniu z larwą owada innego niż motyle.

[UWAGA: w poście znajdują się zdjęcia pasożytów i opisy spasożytowanych owadów. Jeśli boisz się pasożytów albo masz trypofobię, najlepiej omiń ten post.]
 
 
Oblaczek granatek
  
05/09 
W Najbliższym Lesie znaleźliśmy trzy gąsienice. (...)
Druga gąsienica, którą zauważyłam ja, po prostu szła sobie szybko środkiem ścieżki. Niewiele brakowało, a rozjechałby ją jakiś rowerzysta.
Nigdy wcześniej nie miałam takiej gąsienicy - jest mała, ale tęga i puchata, ma brązowy łebek. Ma kępki włosów, które z bliska są raczej siwe niż czarne, mimo to z daleka wydaje się czarna. Po przejrzeniu gąsienic na lepidoptera.eu myślę, że to oblaczek granatek. Jeśli tak, powinien jeść między innymi mniszek, babkę, sałatę. Byłoby ekstra, nigdy takiej ćmy na żywo nie spotkałam.
Larwa na razie nie je, w nocy zrobiła trochę oprzędu na liściu mlecza i tam siedzi. Nie chce mi się wierzyć, żeby to już było przepoczwarczenie, bo jest maleńka, ale może wylinka?
 
 



 

05/12
Oblaczek (jeśli to on) rzeczywiście zamknął się wczoraj w kokonie, więc większy już nie będzie. Miałam niemałe szczęście, spotykając na środku ścieżki gąsienicę, która zeszła na ziemię, żeby znaleźć odpowiednie miejsce do przepoczwarczenia!
 
Niestety, gąsienica ostatecznie nie przepoczwarczyła się. Umarła w kokonie. 
 
  
Amphipyra ?
 
05/20
Gdy wyszłam do ogrodu wypuścić rolnicę, zauważyłam na jabłoni kilka liści z dużymi dziurami. Podeszłam bliżej, żeby zobaczyć, kto tam ucztuje, i znalazłam... tłustą i dużą, zieloną gąsienicę, wiszącą w zabawnej pozycji.
Jak dotąd nie udało mi się ustalić, co to za gatunek. Zielony ma kilka jasnych, cienkich prążkow, a na prążkach po bokach maleńkie plamki (po jednej na każdy segment ciała). Pozycja, którą najbardziej lubi przyjmować, kojarzy się z zawisakami, ale larwa nie ma charakterystycznego dla nich "kolca" z tyłu. Sporo je i robi kupy adekwatne do swoich rozmiarów. 
 
 


05/24 
Zielony nieco zmienił wygląd w ostatnich dniach. Na pierwszy rzut oka jest taki sam, ale jakby bardziej soczyście zielony. Dzisiaj chowa się pod liśćmi.



05/26 
Gąsienica od wczoraj nie je. Nie oglądam jej, ponieważ ma bardzo mocną reakcję obronną (wywijanie się). Trzymam kciuki, żeby to była tylko wylinka.
 



Zielona gąsienica nie przeżyła. Nie mam pewności, dlaczego, ale podejrzewam, że z jakiegoś powodu nie potrafiła zrzucić skóry, ponieważ tak to wyglądało.


Barczatka dębówka
  
05/24
Wczoraj wybraliśmy się ze Szczurem do lasu na poszukiwanie niedźwiedziówek. Niestety żadnej tym razem nie znaleźliśmy, pewnie dlatego, że było mokro. W zamian znalazłam niesamowitą gąsienicę, gdy zeszłam ze ścieżki, żeby zerwać kilka liści brzozy dla brudnic. Siedziała na gałązce rośliny tak objedzonej, że nie dało się jej rozpoznać, i była ogromna! W pierwszej chwili nie umiałam uwierzyć, że jest prawdziwa.
Ostrożnie zabraliśmy larwę - takie stworzenie samym wyglądem budzi respekt! Okazało się, że ten wielkolud to barczatka dębówka.
W Internecie są sprzeczne informacje na temat tego, czy barczatka dębówka żeruje na dębach: polskojęzyczne źródła twierdzą, że tak, a anglojęzyczne, że nie. Dostała więc na początek i trochę dębu, i maliny.
Na razie nie je, mało chodzi i tylko siedzi na wieczku, co mnie trochę martwi. Takie zachowanie jest typowe dla wylinki, ale tak duża larwa w moim odczuciu powinna niedługo się przepoczwarczać, a nie zrzucać jeszcze raz skórę. Obawiam się, żeby gąsienica była zdrowa, bo byłaby straszna szkoda pierwszy raz znaleźć ten gatunek i nie móc zobaczyć motyla, jak ostatnio z oblaczkiem.
 
 

 
05/26 
Zachowanie barczatki od początku mnie niepokoiło i szybko okazało się, że miałam rację. Gąsienica była niemrawa, głównie siedziała. Zrobiła kilka kupek, ale nie ruszyła roślin żywicielskich. Nie zabierała się do robienia kokonu.
W niedzielę napisałam do admina bloga Upper Thames Moths, bo był to jedyny znaleziony przeze mnie blog, gdzie ktoś pisał o udanej hodowli barczatki dębówki od gąsienicy do motyla. Zapytałam tego pana, czy tak duża larwa może jeszcze przechodzić wylinkę. Pan szybko odpisał, że to faktycznie dziwne zachowanie, bo powinna tkać gruby kokon.
Tej samej nocy stało się... Rano zastałam już gąsienicę z połową ciała zwisającą bezwładnie. Od razu wiedziałam, że to pasożyty. I faktycznie, z ciała gąsienicy wyszło pięć dość obleśnych, małych larw, które wkrótce same się przepoczwarczyły. Sądząc po wyglądzie poczwarek, to znowu jakieś nieduże muchy.
Żal mi gąsienicy. To była chyba największa gąsienica, jaką w życiu znalazłam. Jest mi smutno, bo nigdy wcześniej takiej nie widziałam i nie wiem, czy jeszcze kiedyś znajdę taką samą. Mimo wszystko wiem, że nawet jej nie poznałam - nie zobaczyłam jej prawdziwego zachowania, gdyż w sobotę była już tak naprawdę żywym truchłem. I nawet to, że w deszczową pogodę siedziała na czubku rośliny, nie próbując się chować, nie było normalne. To pasożyty sterowały jej ciałem.
 
 

05/27
Z ciała barczatki wypadło łącznie aż czternaście larw muchy, które następnie przepoczwarczyły się. Pozbyłam się tego towarzystwa, bo już nie mogłam na nie patrzeć.
 
 
Barczatka koniczynówka
 
06/27
Przedstawiam Wam Rasputina.
Rasputin jest barczatką, ale inną niż ta spasożytowana, znaleziona w lesie - koniczynówką. Koniczynę zjada w całości, razem z łodyżkami. Lubi też dziką różę. Jest ogromny, ale często zwija się w kłębek.
Rasputin przeżył wbrew zasadom logiki. Leżał na asfaltowej drodze. Udało mu się, bo go znalazłam.

 



06/30 
Rasputin od wczoraj zachowuje się, jakby przygotowywał się do przepoczwarczenia. Wczoraj biegał po pojemniku jak szalony, a dziś siedzi w kąciku i robi oprzęd.  
 
07/04 
Niestety wszystko wskazuje na to, że Rasputinowi też się nie udało. Tuż po przyjeździe do Nory zaczął biegać po pojemniku i robić oprzęd, ale w trakcie znieruchomiał i już się nie poruszył. 
 
 
Wieczernica szczawiówka  
 
08/23 
W drodze ze spaceru za autostradę znalazłam na jakiejś roślince obok przystanku gąsienicę wieczernicy szczawiówki z charakterystycznie pochyloną głową. Złapałam ją i dałam jej liście głogu, bo tamtej roślinki za bardzo nie jadła.
 
 
    
 
08/25 
Gąsienica wieczernicy szczawiówki okazała się spasożytowana. Rano zastałam ją martwą, a wokół kłębiące się, obleśne larwy, podobne do innych larw much. Było ich bardzo dużo, ale nie miałam czasu fotografować.
Po powrocie z pracy zobaczyłam, że larwy pasożyta zrobiły dziwny, wspólny kokon. Kusi mnie, żeby zobaczyć, co z niego wyjdzie, bo jeszcze takiego nie widziałam! 
 
09/09 
9 września zboczyłam z mojej codziennej trasy spacerowej, by rzucić okiem na niektóre rośliny. Znalazłam na niedużej roślinie gąsienicę wieczernicy szczawiówki (znowu!). Zabrałam ją i zaczęłam karmić liśćmi głogu.
Na drugi dzień gąsienica nic nie jadła, siedziała tylko nieruchomo. Podejrzewałam, że to znowu pasożyty, ale wieczorem zastałam ją obok starej skóry. Gdy wymieniłam liście, natychmiast zaczęła pałaszować głóg.
Zobaczymy, jak z nią będzie - na razie więcej je i się porusza niż ta poprzednia, spasożytowana.
Właśnie... Pamięta ktoś poprzednią spasożytowaną szczawiówkę? Tę, z której wyszły dość obleśne larwy i zrobiły dziwny, wspólny, puchaty kokon? Z ciekawości zachowałam go. 1 września wyszły z niego małe owadziki z pokaźnymi czułkami.
 
Druga larwa wieczernicy także była spasożytowana.
 
 


Pilarz
20 września znalazłam w lesie ładną, czarną gąsienicę z jasnym "brzuszkiem" i żółtymi kropkami na "grzbiecie". Siedziała na łopianie. Przez kilka dni żyła sobie, jedząc łopian. W połowie tygodnia przeszła wylinkę, zmieniając wygląd - jej ciało zwężyło się ku dołowi i stała się mniej podobna do larwy motyla.
Długo nie umiałam zidentyfikować tej larwy, razem ze mną męczyli się też Marek i Ola. Ostatecznie na jakiejś niemieckiej stronie o uprawie roślin znalazłam zdjęcie takiej larwy z informacją, że to nie motyl, tylko pilarz. Wypuszczę go wcześniej.

 



sobota, 3 kwietnia 2021

[116] Jedno słowo

 

Chorzy na autyzm,   

nie da się wyleczyć, 

bardzo trudne dziecko, 

eliminować objawy, 

specjaliści, 

najpoważniejsze zaburzenie rozwojowe, 

trzeba być tolerancyjnym,  

problemy, 

zbyt wrażliwi,

symptomy zaburzeń, 

osoby cierpiące na autyzm, 

skuteczna terapia,  

upośledzone funkcje,

zniwelować działanie, 

każdy z nas ma autyzm od czasu do czasu...

 
 
To tylko niektóre ze słów i wyrażeń, które wczoraj rano zalały mnie po uszy, ledwie zerknęłam w media społecznościowe. Szybko odcięłam się od sieci i zaszyłam się w swoim pokoju (żeby było zabawnie, niebieskim, bo to mój ulubiony kolor) z "Czarnoksiężnikiem z Archipelagu", mimo że planowałam napisać posta o poczuciu humoru. Trudno jednak pisać o poczuciu humoru, będąc nie w humorze.

Od kilku lat nie przepadam za Dniem Świadomości Autyzmu. W czasach studiów sama "świeciłam na niebiesko" i wstawiałam tematyczne grafiki, ale później dowiedziałam się o genezie tego "świecenia" i o niechęci znajomych w spektrum do niego. Może faktycznie 2 kwietnia powinnam świętować, zwłaszcza że sama ciągle poszerzam swoją wiedzę. Tego dnia nie czuję się jednak jak w święto, a raczej tak, jak w następujący po święcie poranek czują się osoby, które za dużo wypiły. Mam niebieskiego kaca. Narracja, której przykłady przytoczyłam, działa na mnie przygnębiająco. Jeśli chodzi o świadomość, to uświadamiam sobie tylko, jak powszechne nadal są stereotypy, jak wiele jeszcze ludzie NIE wiedzą i NIE rozumieją.

Jakiś czas temu miałam okazję zastanowić się, jaka byłaby moja odpowiedź, gdybym miała wybrać tylko jedno jedyne słowo do opisania siebie. Po odrzuceniu tych najbardziej ogólnikowych, jak "osoba" czy "człowiek", żadne nie wydawało mi się właściwe. Żadne nie miało "tego czegoś", dopóki nie pomyślałam o słowie "survivor", które moim zdaniem nie ma w języku polskim w pełni satysfakcjonującego odpowiednika. Najlepiej brzmi chyba "ten, który przeżył", choć to kalka z "Harry'ego Pottera". Ponieważ akurat uczyłam się obsługiwać program Word Cloud Art Creator, przedstawiłam to w postaci grafiki. 
 
 



Sześć, siedem lat temu miałam silne skłonności autodestrukcyjne. Osoba z zewnątrz nic by nie zauważyła, bo nie wyrażały się one poprzez aktywne działania na swoją szkodę, a poprzez brak działań. Nie chodziłam do lekarzy, nie leczyłam postępującej choroby autoimmunologicznej. Do tej pory ponoszę konsekwencje tamtych zaniedbań, ale wtedy nie miałam motywacji, żeby walczyć z lękami. Nie czułam ani odrobiny chęci do życia. Ludzie, których długo miałam za swoich przyjaciół, odeszli lub wydawali się obcy, mój kilkuletni związek sypał się, ból odebrał mi najważniejsze pasje, a w pierwszej pracy na etat spotkał mnie mobbing. Dopiero Szczur pomógł mi zrobić pierwszy krok do wyjścia z tego labiryntu. Wszedł do środka z kłębkiem nici.

Dzień 1 kwietnia jest dla mnie jak święto. Pamiętam, że kiedyś obiecałam napisać o tym coś więcej. Tego dnia przełamałam swój najsilniejszy lęk i pojechałam na badanie, od którego zależała diagnoza mojej choroby. Można powiedzieć, że urodziłam się jeszcze raz.

Oprócz wspomnianego paskudnego okresu przeżyłam też inne bardzo trudne dla mnie okresy i sytuacje. Niektóre z nich - jak śmierć bliskiej osoby - są wpisane w życie każdego człowieka, inne stają się udziałem tylko niektórych, bardziej lub mniej licznych. Na grafice przedstawiłam, co mogłam. Pewnych doświadczeń nie  da się zamknąć w kilku słowach, więc zamiast nich uwzględniłam moich stałych towarzyszy, na przykład dysforię płciową.

Zwróćcie uwagę, że na mojej grafice nie ma autyzmu. Autyzm jest odmiennym sposobem funkcjonowania układu nerwowego, który wpływa na wszystkie sfery rozwoju i zwiększa prawdopodobieństwo wystąpienia pewnych chorób (np. depresji). Nie mogę jednak powiedzieć, żebym cierpiała z powodu samego bycia w spektrum. Gdyby mój układ nerwowy funkcjonował inaczej, byłabym zupełnie inną osobą, a ja lubię w sobie sporo rzeczy i nie chciałabym być kimś innym. Nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić. Jeżeli cierpię, to najczęściej z powodu chorób lub złych doświadczeń z innymi ludźmi.

A teraz najlepsze: nie wiem, czy przetrwałabym to wszystko, gdyby nie autyzm. Po pierwsze, przez całe życie największą motywacją były dla mnie moje "szczególne zainteresowania". To one utrzymywały mnie na powierzchni, gdy traciłam ważne osoby, chorowałam albo na co dzień zmagałam się z nieprzyjaznymi ludźmi. Po drugie, kiedy tej siły na dłuższy czas zabrakło, pomógł mi Szczur, który sam ma ZA i bez niego byłby inną osobą. Gdyby nie autyzm, nie poznałabym ani jego, ani kilkorga przyjaciół i znajomych. Wszędzie ten autyzm...
 
Przepraszam, że ja tym razem tak bardzo poważnie i to akurat w przeddzień Świąt Wielkanocnych, ale... czy przypadkiem nie o budzeniu się do nowego życia są te wiosenne święta?
 

sobota, 20 marca 2021

[115] Motyle 2020: Ćmy (cz. II)

 
Acrobasis advenella

05/08
Zaobserwowałam, że na jarzębach w tym roku pojawiło się jakieś stworzonko, które zwija liście po kilka naraz w nietypową harmonijkę. Zabrałam dwie takie harmonijki do domu, żeby przyjrzeć im się z bliska. Są dokładnie sklejone białymi niteczkami. W środku mieszka nieduża zielona larwa z czarnym prążkiem pośrodku. Na razie nie wiem, czy to larwa motyla.





 
05/14
Nieznana mi z gatunku larwa z jarzębu mieszka z miernikowcem i dobrze się jej powodzi. Za każdym razem, gdy dostaje jedzenie, zwija w harmonijkę fragment nowego liścia i tam przesiaduje, otoczona oprzędem i kupkami.
 
05/24
U miernikowca i jego maleńkiego, sklejającego liście towarzysza dzieje się niewiele. Mały troszkę urósł, ale nieznacznie. Obydwa jedzą i załatwiają się.
 
05/26
Maleńka larwa, która zwija liście jarzębu w śmieszne "tutki", schowała się wczoraj pod papierem i zrobiła sobie oprzęd. Później znowu wyszła, ale dzisiaj robi kolejny. Może to coś znaczy?
 
05/27
Larwa już drugi dzień jest zamknięta w oprzędzie.
 
05/31
Mała larwa z jarzębu przepoczwarczyła się w oprzędzie na spodzie pojemnika. Mam wielką nadzieję, że uda się wyhodować motyla. Bardzo jestem ciekawa, co to za stworek!
Poczwarka jest tak maleńka, że nie umiem jej zrobić wyraźnego zdjęcia. 
 
06/20
Wieczorem zauważyłam, że w pojemniku z kokonem małego stworzonka pojawiła się brązowa plamka. Otworzyłam go. Kokon był pusty. Rozchyliłam papier i w tej samej chwili wyleciała z niego ciemka, pędząc do żyrandola.
Chyba tylko dzięki dobremu wzrokowi Szczura udało mi się ją złapać - usiadła na kloszu i ja jej nie widziałam.
Nie wiem jeszcze, jaki to gatunek, ale tak wygląda dorosła forma tego zwijającego liście stworzonka. 
 
 

 
Ćmę zidentyfikowałam ostatecznie tutaj jako Acrobasis advenella.

 
Ćma bukszpanowa
 
05/09
Szczur przywiózł mi w prezencie czternaście gąsienic z ogrodu rodziców. Okazało się, że to ćma bukszpanowa - ten słynny gość z Azji, tak niemile widziany przez ogrodników. Podobno ma nawet do czterech pokoleń rocznie i wyczynia niemałe spustoszenia w bukszpanie. Nie planowałam hodować tej ćmy, ale skoro już jest, to ją poobserwuję z ciekawości, a potem wypuszczę gdzieś daleko od sąsiadów. Bukszpan też nie jest rodzimym gatunkiem, więc niespecjalnie mi go żal. O wiele bardziej żałuję młodych wierzb i brzózek między polami, które jacyś osobnicy powycinali w tym i w zeszłym roku.
Larwy ćmy bukszpanowej są specyficzne, oślizgłe w dotyku i rozciągliwe. Kleją się od oprzędu, w którym siedzą i w którym niestety również robią kupy, przez co trudno się po nich sprząta. Poruszają się bardzo szybko, po otworzeniu pojemnika błyskawicznie znajdują się na samej górze. Większość jest duża, więc może szybko się przepoczwarczą. Wśród liści znalazłam też jedną poczwarkę.

 

 
05/12
Ćmy bukszpanowe pozostają bardzo ruchliwe i bardzo głośne. Wczoraj wymieniłam im gałązki, a one natychmiast zabrały się do pałaszowania i tkania nowych nitek. Rzeczywiście zjadają nawet korę, bo na wyjętych gałązkach znalazłam ślady żerowania.
 
05/14
Jedna z gąsienic zabarykadowała się wczoraj w kokonie na spodzie pojemnika i zabrała się do przepoczwarczania. Dzisiaj kolejna zaczęła coś majstrować pod papierem na spodzie pojemnika. Większość pozostałych chrupie aż miło. 
 
 


 
05/16
Druga larwa ćmy bukszpanowej przepoczwarczyła się. Świeża poczwarka tego gatunku jest przepiękna, zielona we wzorek... Wygląda jak kokon smoka! :-)
Dzisiaj larwy są mało aktywne. Niewiele jedzą i chodzą, kilka wpycha się pod papier na dnie pojemnika. Chyba aż kilka przygotowuje się do robienia kokonu.

 

 
05/17
Kokonią! Znaczna większość gąsienic nic już nie je, weszła pod papier na dnie pojemnika i przygotowuje się do przepoczwarczenia. Larwy zostawiły przy tym spory bałagan w postaci kupek, których na razie nie mam jak sprzątnąć, żeby im nie przeszkodzić, rozrywając oprzędy.
Dwie najmniejsze gąsienice siedzą dziś na spodzie materiałowego wieczka. Jedna jest już po wylince, druga być może w trakcie.
Najstarsza poczwarka, którą przywiózł jeszcze Szczur, ma ponad tydzień i jest bardzo brązowa. Zastanawiam się, kiedy wyjdzie z niej pierwsza dorosła ćma.  
 
05/24
Wczoraj nieco się zdenerwowałam na Szczura, bo prosiłam go, żeby przywiózł małą dziesięciocentymetrową gałązkę dla ciem bukszpanowych, a on przywiózł mi aż kilka gałęzi od sąsiadki, na których siedziało kolejnych kilkanaście larw. Nie był to najlepszy pomysł. Szukanie jedzenia dla nich staje się coraz trudniejsze, bo bukszpan rzadko rośnie w miejscach publicznych, więc mam wielką nadzieję, że całe to towarzystwo niedługo "zakokoni".
Na razie z żadnej z poczwarek nie wyszła jeszcze ćma, nawet z tej dwutygodniowej.
 
 
Malutka larwa tuż po wylince.


 

06/01
Na Dzień Dziecka dostałam w prezencie pierwszą ćmę bukszpanową. Jest całkiem spora, mniejsza od niedźwiedziówki nożówki, ale większa od znamionówki. Myślę, że jej uroda wynagradza niedogodności związane z gąsienicami.
Aż trudno uwierzyć, że ta delikatna ćma robi takie spustoszenie na działkach...
 
06/03
Dzisiaj wyszła z poczwarki kolejna ćma bukszpanowa, równie energiczna co poprzednia. Zauważyłam, że tuż przed wyjściem imago poczwarka staje się czarno-biała niczym Oreo, a sama ćma sporo rusza swoimi cieniutkimi czułkami.
Dzisiaj przeniosłam kolejną poczwarkę do osobnego pojemnika, w którym je trzymam. Gąsienic zostało dziewiętnaście. Dwie czy trzy są w trakcie przepoczwarczenia. Wybierają do tego różne miejsca: gałązki, wieczko i spodnią stronę papieru na dnie pojemnika.
Dzisiaj znalazłam na dnie pojemnika coś, co wyglądało jak strzępki zjedzonej larwy. Liczba larw jednak zgadzała się. I nagle zastanowiło mnie, że jeszcze nigdy nie widziałam skóry zrzuconej przez te gąsienice. Widuję tylko stare głowy, a przecież wylinkę muszą przechodzić. A więc chyba zjadają stare skóry... i robią to bardzo chętnie i szybko, skoro nigdy ich nie widuję!  
 
 

 
 
06/07
W piątek wyszły z poczwarek dwie ćmy bukszpanowe, a wczoraj i dziś po jednej. Gąsienic zostało osiemnaście, ale są na różnych etapach rozwoju. Kilka przymierza się do przepoczwarczenia - te osobniki siedzą nieruchomo pod papierem lub w cieniutkich oprzędach, które zrobiły pod wieczkiem.
Dziś pierwszy raz zobaczyłam u nich zrzuconą skórę jeszcze w całości. 
 
06/09
U Bukszpanek przepoczwarczyły się trzy kolejne gąsienice, kilka jest w trakcie. Jednej coś nie wyszło i umarła podczas przepoczwarczenia. Zostało dziewięć jedzących gąsienic. 
 
06/13
U ciem bukszpanowych pojawiły się trzy nowe poczwarki, a ostatnie dwie gąsienice zamknęły się w oprzędach. Trzem gąsienicom nie powiodło się, znalazłam je wiszące w dziwnych pozycjach i sztywne. Ogólnie rzecz biorąc, można jednak uznać hodowanie ich za sukces.
Wczoraj wyszła kolejna ćma.
 
06/17
Wczoraj wyszła następna ćma bukszpanowa. Dzisiaj odleciała.
Tymczasem ja oddzieliłam od liści ostatnie dwie poczwarki i uprzątnęłam pojemnik. Przygoda z gąsienicami tego gatunku dobiegła końca.
 
06/19
Wypuściłam kolejną ćmę bukszpanową.
 
06/22
Wyszły dwie kolejne ćmy bukszpanowe.
 
06/24
Dziś rano bardzo się zdziwiłam, bo w pojemniku z poczwarkami Bukszpanek siedziała ćma zupełnie inna niż reszta: z całkiem ciemnymi skrzydłami! Przez chwilę stałam i myślałam, że śnię, po czym ruszyłam do kompa szukać informacji na ten temat. Okazuje się, że to forma melanistyczna. Nie wiem jeszcze, jak często występuje, ale chyba całkiem często.
Wieczorem wypuściłam cztery ćmy bukszpanowe, w tym "odmieńca". Odleciał jako ostatni, jakby w ogóle mu się nie spieszyło.
 
 



06/30
W ostatnich dniach wypuściłam kolejne "bukszpanki": w sobotę trzy, w niedzielę dwie. Została jeszcze jedna poczwarka, ale generalnie z wszystkich poczwarek ciem bukszpanowych wyszły dorosłe owady.

 
Namiotnik
 
05/22

Od kilku dni rozglądałam się na spacerach za namiotnikami. Choć nie zachwyca mnie fakt, że te gąsienice przesiadują w namiotach pełnych kup, można powiedzieć, że wjechały mi na ambicję, bo do tej pory nie udało mi się wyhodować motyli. Ostatnim razem miałam wszystkie larwy spasożytowane przez owocówki.
W końcu dziś natknęłam się na biedne drzewo obsypane namiotami pełnymi nieproszonych gości. Jest ich tam tyle, że z powodzeniem można by nimi obdzielić kilkanaście osób chętnych obserwować rozwój larw. Wybrałam najmniejszy namiot i zabrałam go razem z całą gałązką. Ciekawe, czy tym razem mi się poszczęści i uda się wyhodować ciemki. 

 


05/27
Dzisiaj częściowo zniszczyłam namiot namiotnikom, żeby wymienić liście na nowe i trochę ogarnąć kupki. Gąsienicom wyraźnie się to nie podobało, zapierały się w oprzędzie, ale suchymi liśćmi się nie najedzą, a namiot zrobią od nowa.
 
05/31
Poddałam się, jeśli chodzi o utrzymywanie jako takiej higieny u namiotników, bo one w zastraszającym tempie tkają nowy namiot i go brudzą. Teraz już nie niszczę namiotu, tylko przekładam go na nowe gałązki. Larwy i tak doskonale wiedzą, że mają co jeść, bo na gałązkach prawie nic nie zostaje. Rzadko udaje mi się je przyłapać na zewnątrz. Możliwe, że jedzą w nocy. 
 
 
 

06/03

Bez zmian.
 
06/07
Mało w weekend zjadły. Może przechodzą wylinkę.
 
06/08
Dzisiaj nie przyniosłam już jedzonka dla namiotników, bo po południu zorientowałam się, że kokonią. Wiją sobie grubsze niż zazwyczaj, białe jak śnieg oprzędy. Niektóre larwy już są w środku, inne wytrwale pracują. 
 
06/09
Namiotniki już w większości przepoczwarczone. Po pojemniku wałęsają się dwie ostatnie gąsienice.
 
06/13
Wszystkie namiotniki są już przepoczwarczone.
 
06/21
Dzisiaj (w niedzielę) wyszły z poczwarek cztery namiotniki. Moje pierwsze wyhodowane namiotniki! :-) Są białe w czarne kropeczki i maleńkie, niewiele większe od stworzonka z jarzębu (patrz: Acrobasis advenella). Niezbyt im się spieszyło odlatywać, ale jakoś udało mi się je wypuścić, choć początkowo lądowały na moim ubraniu.
 
 

 
06/24
Dwa dni temu wyszły z poczwarek kolejne namiotniki. Nie wiem, ile dokładnie ich było, bo ciągle się przemieszczały - prawdopodobnie od czternastu do szesnastu. Wypuściłam je, gdy zaczynało się robić ciemno, bo w dzień nie są zbyt chętne odlatywać.
Dzisiaj wypuściłam dwa namiotniki, prawdopodobnie ostatnie.



 
Kuprówka złotnica
 
05/27
Nie spodziewałabym się, że na rutynowym spacerze po liście spotkam ciekawą gąsienicę - a jednak! Kilka dziurawych liści na leszczynie naprowadziło mnie na trop łobuziaka, który na nich ucztował. Kolorowa, włochata gąsienica z pyszczkiem jak u brudnicy siedziała sobie beztrosko na widoku.
W domu ustaliłam, że to kuprówka złotnica. Wprawdzie to nie ta najdotkliwiej parząca kuprówka rudnica, owiana złą sławą, ale jej włoski zapewne też potrafią poparzyć, podobnie jak u wielu innych brudnicowatych. Będzie więc obsługiwana jak brudnice, bezdotykowo i ostrożnie.
Gąsienica sporo je, w kilka godzin zdążyła już wygryźć w liściach pokaźne dziurki. Co ciekawe, ma apetyt na leszczynę, której Internet nie wskazuje wśród jej ulubionych roślin żywicielskich. Jest bardzo ruchliwa - to miła odmiana po ostatnich spasożytowanych znaleziskach, które ledwie się ruszały. Oby nie miała żadnego pasożyta! 
 
 

 
 
05/31
Znalazłam wczoraj kolejną gąsienicę kuprówki złotnicy, tym razem na gałązce czeremchy. Dołączyłam ją do poprzedniej. Trochę mnie dziwi, że nigdy wcześniej nie znalazłam gąsienicy tego gatunku, a tu nagle dwie za jednym zamachem w znacznie oddalonych od siebie miejscach.
Jedna z gąsienic przeszła dziś wylinkę. Jest teraz większa i jeszcze bardziej włochata. Druga siedzi na wieczku.
 
06/03
Wczoraj kolejny raz znalazłam na spacerze gąsienicę kuprówki złotnicy! Siedziała na widoku na tej samej leszczynie, na której znalazłam pierwszą z nich, albo na sąsiednim drzewku. Oczywiście ją przygarnęłam. Ta gąsienica jest nieco większa i szybciej się porusza.
Wczoraj gąsienica numer dwa była już po wylince, a dzisiaj do nich nie zaglądałam. 
 
06/07
W czasie poszukiwań niedźwiedziówek znalazłam kolejne dwie kuprówki złotnice. Podobnie jak niedźwiedziówki, siedziały na pokrzywie. Dołączyłam je do pozostałych trzech i wyposażyłam towarzystwo w liście leszczyny. Jedna ze znalezionych gąsienic jest znacznie większa od reszty.

06/08
Jedna z kuprówek z leszczyny zrobiła sobie kokon i już w nim siedzi. Kokon powstał w suchym, nieco zwiniętym liściu.
Odkryłam też, że mniejsza z kuprówek znalezionych w lesie nie żyje. Już wczoraj zastanawiałam się, czemu jest taka mała i nie rusza się, ale zajmowałam się niedźwiedziówkami więcej niż kuprówkami. Dzisiaj przyjrzałam się jej dokładniej... Ta larwa wygląda jak pusta w środku skóra, jak ostatnio barczatka. Podejrzewam, że wkrótce wyjdą z niej pasożyty, o ile nie wyszły jeszcze w lesie. Włożyłam ją do osobnego pojemnika.

06/13
U kuprówek bez zmian. Jedzą trzy larwy, bo czwarta zrobiła kokon w suchym liściu leszczyny.
 
 
 
 
06/17
Kolejny raz zrzuciły skórę. Spodziewam się, że niedługo mogą robić kokony. 
 
06/24
Rano odkryłam, że w nocy wyszła moja pierwsza kuprówka. Dorosła ćma jest mniejsza niż podejrzewałam. Faktycznie końcówkę odwłoka ma złocistą, stąd pochodzi nazwa "kuprówka złotnica". Nie chce jednak swojego "kuperka" pokazywać do zdjęcia - siedzi tak, że go nie widać. Chętnie pokazuje za to swoje łapki z bujnym owłosieniem. Ćmę wypuściłam w pobliżu lasu. Jej towarzysze jeszcze są gąsienicami i jedzą liście.





 
06/30
Jedna z kuprówek zrobiła kokon w zwiniętym suchym liściu. Pozostałe dwie są już duże i mam nadzieję, że pójdą w jej ślady.
 
07/04 
Kilka dni temu przedostatnia larwa zamknęła się w kokonie w liściu, a wczoraj ostatnia. Ostatnia długo się zastanawiała, siedząc na ściance, przez co zaczynałam już mieć czarne myśli o pasożytach. W końcu jednak zrobiła kokon... w tym samym zwiniętym liściu, co siostra/brat. 
 
07/15
13 lipca wyszła z kokonu druga kuprówka, a dzisiaj trzecia. Obie wypuściłam. Czekam jeszcze na jedną.
 
07/20
Wyszła z kokonu moja ostatnia kuprówka.
 
07/21
Wypuściłam ostatnią kuprówkę, która wyszła wczoraj. Tym razem kuprówka odleciała błyskawicznie.
 

Kuprówka rudnica
 
06/06
Pierwszy raz w życiu spotkałam gąsienicę kuprówki rudnicy - tej bardzo jadowitej. Początkowo Szczur złapał ją do pojemnika, ale ostatecznie zdecydowałam, że ją wypuszczę. Chętnie bym ją poobserwowała w domu, z zachowaniem większych środków ostrożności, które już i tak na wszelki wypadek zachowuję przy złotnicach. W czasie pandemii wolę jednak nie ryzykować, że ktoś z domowników nadzieje się na włos gąsienicy i będzie trzeba z nim biegać po lekarzach. Myślę, że jeśli jeszcze trochę pożyję, to kiedyś spotkam ją znowu.
Zanim pożegnałam się z rudnicą, na pamiątkę zrobiłam kilka zdjęć i nagrałam filmik z nią. Na pierwszy rzut oka od złotnicy różni się tylko wzorkiem na grzbiecie.
 
 

 

Niezidentyfikowana gąsienica
 
09/26
Na początku tygodnia odkryłam, że w pojemniku z niedźwiedziówkami była inna gąsienica. Zapewne dostała się tam z mleczem. Dałam jej osobny pojemnik i własne mlecze. Przez kilka dni mieszkała sobie spokojnie, pochłaniając całkiem sporą porcję liści jak na tak małą istotę. Wczoraj zauważyłam, że nie je i wpycha się pod papier na dnie. Włożyłam ją do pojemnika z ziemią, a ona szybko zakopała się. Ciekawe, czy przeżyje zimę.
Niestety w tym tygodniu byłam tak zajęta, że nie tylko jeszcze nie zidentyfikowałam gąsienicy, ale też zrobiłam jej tylko jedno jako tako oświetlone zdjęcie... na którym robi kupę.  
 

 
 
Niezidentyfikowana gąsienica nr 2
 
10/11
Nie spodziewałam się, że znajdę jeszcze jakąś gąsienicę w tym roku, ale kilka dni temu znalazłam. Była zielona i siedziała na drzwiach wejściowych do domu. Nie potrzebowała jedzenia, szybko zakopała się w ziemi. Później jednak odkryłam jasną poczwarkę na ściance pojemnika. Zdziwiłam się, bo przez większość tygodnia gąsienica była zakopana, ale wyszła z ziemi, żeby się przepoczwarczyć.