Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaburzenia integracji sensorycznej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaburzenia integracji sensorycznej. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 lipca 2017

[40] Pomiędzy płciami


Mam kilka większych problemów w życiu. Jednym z nich jest moja tożsamość płciowa.

Nie czuję się kobietą. Brzmi to dość zabawnie, zwłaszcza że właśnie teraz, gdy to piszę, dręczy mnie PMS i wszystkie części ciała, z którymi mam problemy, bolą mnie trzy razy bardziej. A jednak.

Nie do końca wiem, jak o tych sprawach pisać. Ujmowanie w słowa moich odczuć i myśli na temat płci to dla mnie totalny kosmos. Także dlatego, że w głowach ludzi mieszka szereg stereotypów, które rządzą ich myśleniem o różnych kwestiach. Płeć prawie wszyscy ludzie postrzegają binarnie - albo ktoś czuje się kobietą, albo mężczyzną. Wielu ludzi myśli też, że jeśli ktoś nie utożsamia się ze swoją płcią biologiczną, to automatycznie musi oznaczać, że chciałby, całkowicie lub częściowo, przejść proces korekcji płci. Ze mną natomiast jest zupełnie inaczej.

To nie tak, że chciałabym mieć męskie cechy płciowe, nosić męskie imię i figurować w dokumentach jako mężczyzna. Nie. W ogóle nie o to chodzi. Owszem, gdybym miała się jeszcze raz urodzić, tym razem jako facet, pewnie nie obraziłabym się (ach, brak utrapionej miesiączki!), ale nic ponad to. Po prostu czuję się źle ze stereotypami i normami społecznymi dotyczącymi płci, a zwłaszcza z oczekiwaniami innych ludzi na temat tego, jak powinnam wyglądać i jakie role w życiu podjąć.

Odkąd sięgam pamięcią, nigdy nie chciałam ubierać się dziewczęco. Jako kilkuletnie dziecko nosiłam krótkie włosy i już wtedy nie czułam się dobrze w dziewczęcych ubraniach, choć nie umiałam tego wyrazić. Gdy ubierano mnie w sukienkę na jakąś uroczystość, a następnie fotografowano, krzywiłam się i stroiłam głupie miny, ewentualnie za nic w świecie nie chciałam się uśmiechnąć i w efekcie uwieczniano mnie z miną, jakby właśnie umarł mi chomik. Takich zdjęć mam całkiem sporo w albumie z dzieciństwa, gdzie stanowią ciekawy kontrast dla radosnych, roześmianych zdjęć tego samego dzieciaka w szortach lub gatkach zapinanych na szeleczki. Pamiętam też, że zawsze śmieszyły mnie i irytowały w przedszkolu dziewczynki wystrojone od stóp do głów jak laleczki, czułam chęć dokuczenia im i ogólnie pod wpływem eleganckiego ubioru stawałam się diablicą, jeśli chodzi o zachowanie. Zapewne duży wpływ na to miały silne zaburzenia integracji sensorycznej. Jedną z najbardziej przykrych rzeczy w moim kilkuletnim życiu było wkładanie rajtuz przed wyjściem z domu. Gdy miałam je na sobie, natychmiast zaczynałam czuć się źle - obecnie użyłabym na określenie tego stanu słowa "obleśnie". Wszystko zaczynało mnie swędzieć i czułam gulę w gardle; to uczucie utrzymuje się przez całe moje życie i powoduje, że do dzisiaj nie potrafię chodzić w żadnych rajstopach ani rajtuzach ściśle opinających ciało, bo czuję wtedy fizyczne obrzydzenie.

Wkrótce po tym, jak rozdzielono mnie z najlepszym przyjacielem, zaczęłam mieć pewnego rodzaju fazę na głupawe czasopisma i książki dla nastolatek. Czytałam je z charakterystyczną dla siebie dociekliwością poznawczą, z jaką wcześniej pochłaniałam książki o owadach, psach i dinozaurach - jakbym pragnęła wejść od środka w obcy sposób myślenia. Szczególnie lubiłam czytać rubryki z listami do psychologa, które pomagały mi zrozumieć najwięcej. Pisałam pamiętnik, a później swój pierwszy blog, stylizowane na typową trzynastolatkę, z obowiązkowym PiSmEm i narzekaniem na szkołę, choć w głębi ducha miałam z tego ubaw. Śmieszyło mnie, gdy autorki podobnych blogów ciągnęły do mojego jak muchy na lep. Bawiły mnie ich problemy, czułam się dużo poważniejsza niż one, choć w oczach innych byłam bardziej dziecinna. Nie miałam bowiem zamiaru malować się ani ubierać jak inne dziewczyny, nie lubiłam dyskotek (do dzisiaj nie lubię) i nudziły mnie rozmowy dziewcząt. Przyjaźniłam się głównie z chłopcami.

W szkole bardzo szybko dokonałam odkrycia, które pomogło mi przetrwać latami we względnym spokoju: odkryłam mianowicie, że spokój gwarantuje mi status kujona. Od osoby uchodzącej w szkole za kujonkę nikt nie oczekuje, że będzie podkreślała swoją kobiecość, a wręcz przeciwnie - pewien stopień niedbalstwa i olewanie trendów doskonale wpisują się w ten stereotyp. Jeżeli dziewczyna, która ma same piątki i wygrywa konkursy, chodzi w niemodnych, zbyt szerokich ubraniach, nie maluje się i prawie nie nosi biżuterii, nikt nie wnika, co za tym stoi - pewnie po prostu jest nudna i całymi dniami się uczy. W rzeczywistości byłam zdolna i nauka zajmowała mi niewiele czasu, a przez większość dnia zajmowałam się swoimi zainteresowaniami (m.in. pisaniem opowiadań fantasy), spotkaniami z dwójką kolegów lub rozmowami przez Internet. Ze swoim wizerunkiem kujonki czułam się jednak bardzo, bardzo dobrze. W gimnazjum i liceum nikt mi już nie dokuczał, bo ileż można dokuczać osobie reagującej na docinki kamienną twarzą i w ogóle nie starającej się upodobnić do innych, po której wyraźnie spływa jak po kaczce, co inni o niej myślą.

Tak dotrwałam do studiów. Na studiach ścięłam włosy na krótko i nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego nie zrobiłam tego nigdy wcześniej, ponieważ mój komfort życia wzrósł po tym kroku czterokrotnie. Nigdy nie lubiłam nosić rozpuszczonych włosów, zwykle już w godzinę po rozpuszczeniu ich zaczynała mnie boleć głowa. Musiałam się też ciągle powstrzymywać, by nie pchać ich do gęby, gdy się na czymś koncentrowałam. Teraz czuję się o niebo lepiej i niezbyt mnie zmartwiła dezaprobata kolegów płci męskiej, którym podobały się moje włosy. Chcą włosy - niech zapuszczą własne.

Gdyby ktoś mnie dzisiaj spytał, czy czuję się kobietą, czy mężczyzną, nie umiałabym odpowiedzieć. We wszelkich ankietach zaznaczam opcję "kobieta", ale tak naprawdę nigdy nie czuję się zdecydowanie kobietą czy mężczyzną. Czuję, że jestem w jakimś punkcie spektrum pomiędzy jednym a drugim, ale zawsze bliżej środka niż jednego z krańców. Ponieważ jestem do bólu wzrokowcem, widzę to tak, jak na rysunkach poniżej (przepraszam za jakość). Nie odczuwam też wewnętrznej potrzeby, by na jednym z tych krańców się znaleźć.




Czuję się najlepiej, gdy jestem ubrana w sposób jak najbardziej aseksualny i nie wskazujący na płeć. Lubię luźne T-shirty, bluzy, adidasy, czapki z daszkiem, spodnie z szerokimi nogawkami. Gdyby można było tak się ubierać przez cały czas, byłabym przeszczęśliwa. Dodatkowo w domu nie noszę stanika, jeżeli nie ma gości, i wtedy czuję się już w pełni komfortowo.

Od czasu do czasu czuję się nieco bardziej kobieco lub męsko (częściej to drugie), jednak nadal bardzo blisko centrum. Wtedy lubię wplatać do swojego wyglądu delikatne akcenty zależne od samopoczucia, na przykład wisiorki czy ciuchy w odcieniach ostrej czerwieni, jeśli jest to bardziej kobiecy dzień. Jeśli czuję się bardziej męsko, lubię koszule, skóry i czerń (nie wiem, dlaczego - tak po prostu jest). W gruncie rzeczy zawsze jednak wyglądam mniej lub bardziej aseksualnie. Nie lubię odkrywać ciała w większym stopniu, niż czyni to przeciętny T-shirt, i nie maluję się.

Problemy pojawiają się wtedy, gdy sytuacja wymaga, abym ubrała się bardziej jak kobieta, czyli w większym stopniu niż zwykle w "nieco bardziej kobiece dni".

Czuję się bardzo, bardzo źle, gdy powinnam być od stóp do głów ubrana jak kobieta. Jest to mniej więcej takie uczucie, jakbym była zmuszona przebrać się za kogoś, kim nie jestem, i było to dla mnie upokarzające - pomimo że fizycznie jestem kobietą. Nie znoszę sukni, rajstop (patrz: wyżej), butów na obcasach, makijażu, ziębiącej ciało biżuterii. W takich sytuacjach wszystko mnie uciska i swędzi, jestem bardzo zestresowana, tracę swoje poczucie humoru i nie umiem znaleźć języka w gębie. Czasem już na kilka godzin przed "przebraniem się za kobietę", gdy wiem, że mnie to spotka, męczę się z fizjologicznymi objawami stresu, takimi jak problemy żołądkowe, ból brzucha czy bezsenność. Miewam je też później. Pół biedy, jeśli w danej sytuacji mogę włożyć spodnie do żakietu, ale dni, gdy wypada być ubranym wieczorowo, są już w moim odczuciu nie do wytrzymania. Najbardziej nie cierpię ślubów i wesel, gdy do tego wszystkiego dochodzą jeszcze duża liczba ludzi dookoła, głośna muzyka i zlewające się ze sobą ludzkie głosy. Robię wszystko, by się od tego typu sytuacji jakoś wymigać, a w obrębie własnej rodziny zdarza mi się łamać kanony i iść na wesele w spodniach, ale, rzecz jasna, nie zawsze i nie wszędzie się da. Zdarzają się też imprezy wpracowe - tych nie mogę opuścić. Wtedy nastawiam się na tortury psychiczne i odpuszczam przynajmniej makijaż, żeby choć trochę sobie ulżyć. Oczywiście, jeśli wypiję na imprezie, moje rzeczywiste samopoczucie zostaje przytłumione, ale nie lubię smaku ani zapachu większości alkoholi, więc umiem wypić tylko odrobinę.

W klasie maturalnej z własnej woli nie poszłam na studniówkę. Wszyscy mi współczuli, myśląc, że to z powodu braku forsy, a ja spędziłam błogi wieczór, siedząc w domu w dresie. Tamtego wieczoru byłam najszczęśliwszym stworzeniem na całej kuli ziemskiej.

Innymi sytuacjami, których nie znoszę, są te, gdy ktoś pyta mnie o zakładanie rodziny lub wszyscy wokół o tym rozmawiają i wprawdzie nie zadają mi pytań, ale i tak czuję się z tym niekomfortowo. Niestety, z wiekiem jest takich sytuacji coraz więcej, zwłaszcza odkąd wszystkim dookoła zaczęło spieszyć się do zawierania małżeństw i rozmnażania się. Wszyscy przyjmują jako pewnik, że skoro oni sami o tym marzą, ja też marzę o byciu panną młodą w białej sukni z welonem, a potem obowiązkowo matką... Tymczasem są w błędzie.

Osobiście nie mam nic przeciwko ślubowi jako takiemu, a przynajmniej cywilnemu - sama chyba bym tego chciała, kiedyś. Ale na samą myśl o tym, jak bardzo musiałabym przebrać się za kogoś innego, by mój ślub w oczach innych ludzi wyglądał "normalnie", odechciewa mi się. Nie znam osobiście żadnej kobiety, która wzięłaby ślub w spodniach, a już na pewno nie jest to dobry pomysł w otoczeniu, w którym żyję. Tymczasem całe to strojenie się, wszystkie te zwyczaje i przygotowania... w moim przypadku to byłoby tak, jakbym nie ja miała brać ślub, tylko jakaś odgrywana przeze mnie postać. Jeżeli kiedyś wezmę ślub, chcę to zrobić w spodniach, bez makijażu, bez ceremonii w kościele i bez tradycyjnego wesela z głośną muzyką. Bo i po co miałabym wydawać fortunę na dzień, który mnie głęboko unieszczęśliwi? Dlatego postanowiłam, że najpierw muszę stać się osobą na tyle niezależną i samodzielną, żeby potrafić dać sobie radę, jeśli moja rodzina nie zaakceptuje mojej wizji. Muszę w tym celu rozwiązać kilka innych problemów. A do tego jeszcze daleka droga.

Dzieci wcale nie chcę mieć. Większości ludzi nie mieści się to w głowie, zwłaszcza że już kilka lat temu pracowałam z dziećmi jako wolontariuszka i opiekowałam się córką znajomych. Lubię kontakt z dziećmi, a przynajmniej z takimi powyżej czwartego roku życia - czasem w najbardziej ponury dzień przypominam sobie dzięki nim, jak się śmiać i za co kocham życie. Uważam, że praca z dziećmi i ogólnie pomaganie im w przezwyciężaniu ich trudności to jedna z najbardziej satysfakcjonujących, radosnych spraw, jakich doświadczyłam w życiu. Nie zmienia to jednak faktu, że sama nie chcę być w ciąży, rodzić ani pełnić roli matki. Powodów takiej decyzji jest wiele i nie będę o nich dzisiaj pisać, bo to raczej temat na osobną wypowiedź. Tak czy siak, boli mnie, kiedy wszyscy dookoła przyjmują w rozmowach ze mną (bądź w rozmowach o mnie) założenie, że na pewno ja też pragnę mieć własne dzieci, bo przecież "każda kobieta o tym marzy" i "każda kobieta choć raz w życiu powinna urodzić".

Próbowałam rozmawiać o tym wszystkim z kilkoma bliskimi osobami, jednak na ogół czułam (czuję), że nie rozumieją. Nawet te najbliższe. Przykładowo, jedna z nich powiedziała mi, że przecież ja nie mam w ogóle męskiej osobowości ani zainteresowań. Nie wiem, czym jest "męska osobowość", bo mężczyźni, których znam, pod względem osobowości diametralnie się różnią i żadnych schematów tu nie widzę, zaś zainteresowania we współczesnym świecie są od schematów coraz bardziej wolne. Nie każdy facet jest stereotypowym "samcem alfa" i nie każdy, kogo kręci na przykład motoryzacja, jest facetem. Przede wszystkim jednak, ja przecież nie powiedziałam, że czuję się mężczyzną. Ja tylko nie czuję się kobietą. Nie powiedziałam też, że chcę być mężczyzną. Chcę być po prostu sobą.

Muszę przyznać, że w ostatnich latach jest u mnie lepiej niż wcześniej, jeśli chodzi o samoakceptację. Jeszcze dwa lata temu było z nią naprawdę licho. Później dowiedziałam się, że nie jestem sama. Badania wskazują, że wśród osób ze spektrum autyzmu problemy z tożsamością płciową występują częściej niż u pozostałych (polecam PubMed). Coraz częściej spotykam się z artykułami na ten temat w Internecie, także z historiami konkretnych ludzi. Zarówno osób transseksualnych, jak i osób takich jak ja, postrzegających siebie jako kogoś "pomiędzy" kobietą a mężczyzną (ostatnio chociażby tutaj).

Ważne dla mnie jest też to, że udało mi się poznać kilkoro dorosłych ze spektrum, którzy łamią stereotypy dotyczące płci i czują się z tym dobrze. Między innymi parę kobiet, które ze swoją płcią się utożsamiają, ale nie lubią ubierać się kobieco i mają inną wizję życia niż większość ich rówieśnic. Świadomość, że takich osób jest więcej, pomaga mi. Nie oznacza to, że jest mi łatwiej, kiedy mam się elegancko ubrać na wpracową imprezę albo kiedy wuj z okazji urodzin mojej mamy życzy jej wnuka. Ale na co dzień jednak jest inaczej. Pogodniej.

niedziela, 1 stycznia 2017

[22] Rozstimowana komunia


Sprzątając w grudniu szafkę w dużym pokoju, znalazłam kilka skarbów: kasety VHS, kasety magnetofonowe, przedpotopowy telefon komórkowy... Przede wszystkim jednak znalazłam zapomniany film z mojej pierwszej komunii, który kiedyś mnie śmiertelnie nudził, a teraz, jak się okazało, ma dla mnie wartość diagnostyczną (LOL).

Podczas oglądania filmu po latach uderzyło mnie to, jak bardzo moje zachowanie w kościele różni się od zachowania innych dzieci. Pamiętam, że ten dzień był dla mnie bardzo stresujący, że pomimo licznych prób poprzedzających uroczystość byłam przerażona jej perspektywą i rano miałam rewolucję żołądkową z nerwów. Z pewnością inne dzieci też się przejmowały, w mniejszym lub większym stopniu, bo na nagraniu wyraźnie widoczne są u nich zewnętrzne oznaki stresu, jak nerwowe oblizywanie warg czy wyraz napięcia na twarzy. Nikt jednak - słowo honoru, nikt! - nie zachowuje się tak, jak ja. Podczas gdy inne dzieci siedzą przez większość czasu spokojnie i prawie nieruchomo, ja nie potrafię usiedzieć bez ruchu dłużej niż kilkadziesiąt sekund, pomijając moment tuż po przyjęciu komunii, gdy czytam po cichu litanię z modlitewnika.

Co robię w czasie mszy? Różne rzeczy, między innymi:
- wiercę się, spoglądając do tyłu i na boki;
- kiwam się w przód i w tył, dokładnie tak, jak według stereotypów kiwają się wszyscy ludzie z ASD - to mnie zaskoczyło, bo choć często kiwam się świadomie podczas słuchania muzyki, nigdy w życiu nie podejrzewałabym, że kiedykolwiek w dzieciństwie to robiłam; po prostu w ogóle tego nie pamiętam;
- regularnie chrząkam - jak zawsze, gdy pod wpływem zapachów i/lub dotyku świeżo wypranych ubrań jest mi niedobrze w gardle;
- bawię się sznurkiem, którym przewiązana była w pasie sukienka, a który mi przeszkadzał;
- poprawiam wianek na głowie, który również mnie denerwował;
- drapię się - to akurat u mnie norma;
- wykonuję rękami na wysokości głowy stereotypowe ruchy, których obecnie nie umiem ani nazwać, ani celowo powtórzyć;
- robię dziwne miny, a mianowicie fiksuję wzrok przez dłuższy czas na jakimś punkcie w przestrzeni, otwierając usta lub krzywiąc się - i to mnie przeraziło. Jestem prawie pewna, co wtedy robiłam: obserwowałam światło padające przez witraże w oknach na ścianę naprzeciw. Pamiętam, że często robiłam to w kościele. Zastanawiam się jednak, czy moja twarz za każdym razem wyglądała przy tym tak bardzo creepy i ilu obcych uznało mnie z tego powodu za upośledzoną umysłowo.

Po obejrzeniu tego wszystkiego trudno mi uwierzyć, że naprawdę nikt spośród dorosłych, z którymi miałam styczność w dzieciństwie, nie skojarzył mojego zachowania z ASD. O ile rozumiem, że nauczyciele pracujący w małej wiejskiej szkole prawie dwadzieścia lat temu mogli o autyzmie nigdy nie słyszeć, o tyle psychologom i lekarzom w większych miastach do 2000 roku powinno już co nieco obić się o uszy, a ja odwiedzałam jako dziecko trzech psychologów i całe tabuny lekarzy. Także w placówkach i gabinetach prowadzonych prywatnie. Nikt jednak nawet nie zasugerował tego moim rodzicom.

Żałuję, że przez cały film tylko raz, w dodatku zaledwie na kilkadziesiąt sekund, pojawia się mój ojciec. On również zachowuje się inaczej niż pozostali ojcowie, stojący nieruchomo ze splecionymi dłońmi. Rytmicznie porusza nogą, bawi się palcami i robi dziwne miny. Niedaleko pada jabłko od jabłoni...

Lista moich zachowań o charakterze autostymulacji, których jestem świadoma, zawiera następujące pozycje:
- Bawienie się wargami. 
Pamiętam, że już jako kilkuletnie dziecko miałam w zwyczaju bawić się wargami, pocierając jedną o drugą w taki sposób i tak długo, że czułam, jak wierzchnia warstwa naskórka oddziela się. Choć opis brzmi dziwnie, to nie bolało i zawsze pomagało mi się skoncentrować. Robiłam to często, a jeśli dobrze pamiętam, w sytuacjach stresowych nawet częściej niż często. Rodzice upominali mnie, bym nie gryzła warg, ale ja robiłam swoje, zresztą nie miało to nic wspólnego z prawdziwym gryzieniem. 
- Wąchanie i dotykanie przedmiotów znajdujących się w otoczeniu.
W dzieciństwie moja mama denerwowała się, wychodząc ze mną gdziekolwiek, bo zawsze musiałam wszystkiego w nowym miejscu dotknąć, a niekiedy też powąchać. Częściowo miało to związek z wadą wzroku, ale tylko częściowo. Wiele przedmiotów budzi we mnie silną potrzebę dotknięcia ich faktury, czasami opuszkami palców, a czasami paznokciami, tak jakbym delikatnie je drapała. Jedzenie zawsze mnie kusi, by najpierw zbliżyć do niego nos i powąchać. Jako dorosła już potrafię powstrzymywać się od tego wszystkiego w obecności innych. Pozwalam sobie dotykać i wąchać, gdy jestem sama lub z bliskimi, przy których się nie krępuję. W dzieciństwie jednak mama ciągle mnie opieprzała, że nie umiem się zachować i - cytuję - "nic do mnie nie dociera". O zakazie dotykania przedmiotów w nowym miejscu zapominałam zaraz, gdy je zobaczyłam.
Największą słabość mam do książek. Muszę, po prostu MUSZĘ książki wąchać i dotykać ich kartek, to jest jak odruch bezwarunkowy.
- Drapanie się.
Odkąd pamiętam, bardzo często zaczynam nagle czuć, że jakieś miejsce na powierzchni ciała mnie swędzi, zupełnie bez powodu. Kiedy tak jest, muszę się tam podrapać, bo jeśli tego nie zrobię, swędzenie przybiera na sile i wkrótce staje się tak dyskomfortowe, że nie potrafię skoncentrować uwagi. Nie mam żadnej choroby skórnej, tak po prostu jest. Im bardziej jestem zestresowana, tym częściej ciało w różnych miejscach zaczyna mnie swędzieć. Kiedy oglądam w spokoju telewizję lub czytam, zdarza się to sporadycznie, ale w sytuacjach społecznych bywa, że nieustannie coś mnie swędzi - przykładowo, najpierw łokieć, po podrapaniu się w łokieć zaczyna głowa, potem łydka... Nie bez znaczenia jest też faktura ubrań. W dzieciństwie największym horrorem były dla mnie wyjścia do kościoła: w kościele swędziało mnie niemal wszystko, więc nie nadążałam z drapaniem się, a po wyjściu zbierałam opieprz, że znowu nie umiałam się zachować, że tylko małpy się ciągle drapią itd. Jako 8-latka liczyłam, zerkając na zegarek, jak długo uda mi się nie podrapać. Sześć solidnych podrapań w czasie godzinnej mszy - maksymalnie na tyle było mnie stać, po takim wyniku wychodziłam dumna z siebie.
Nigdy nie drapałam się do krwi. Po podrapaniu się w jednym miejscu mam już z tym miejscem na długo spokój, nie muszę znowu się tam drapać.
Ostatnio zastanawiam się, czy te dzieci z autyzmem, o których mówi się "niskofunkcjonujące", a które drapią się i/lub gryzą do krwi, czują coś podobnego, tylko silniejszego lub bardziej rozległego. Jeżeli tak właśnie jest, to ja Wam mówię: to nie ich wina. IT SUCKS. Wiele razy, gdy jestem zestresowana przed snem, nie potrafię zasnąć do późna przez przymus drapania się w coraz to innych miejscach.
I jeszcze jedno: podobne odczucia, jeśli chodzi o drapanie się, musi mieć mój ojciec. On też dużo się drapie.
- Żucie / gryzienie włosów.
Gdy miałam długie włosy, było mi bardzo trudno nie brać ich do ust w sytuacjach wymagających maksymalnej koncentracji uwagi. Stało się to uciążliwe w liceum, bo wtedy zdałam sobie sprawę, że matematyka stresuje mnie i zarazem wymaga skupienia tak silnego, iż mimowolnie zagryzam zęby na swoich włosach. Na sprawdzianach czułam wręcz fizyczny przymus gryzienia. Nieraz dopiero po dłuższej chwili przyłapywałam się na rozwiązywaniu zadań z warkoczem w ustach. Problem skończył się, gdy włosy ścięłam na krótko.
- Żucie / gryzienie koszulek tuż przy szyi, długopisów, nakrętek od długopisów, ołowków.
Generalnie spełniało podobną rolę, co w przypadku włosów, i również najbardziej nęciło mnie w wieku licealnym. Przestałam jednak brać do ust randomowe przedmioty, gdy zaczęłam mieć afty. Czasem, gdy siedzę przed komputerem, potwornie chce mi się zagryźć zęby na krawędzi bluzki, jednak za bardzo zależy mi teraz na higienie jamy ustnej. 
- Pocieranie palcami jednej ręki o grzbiet drugiej.
Jest to obecnie chyba mój najbardziej charakterystyczny stim, a jednocześnie najbardziej uciążliwy (no, może zaraz po drapaniu się). W większości sytuacji społecznych nie umiem go powstrzymać. To również wskaźnik poziomu stresu. W zeszłym roku, gdy źle się czułam w ówczesnej pracy, miałam z powodu ciągłego pocierania skórę na grzbiecie ręki twardszą niż w innych miejscach. Nie była wprawdzie uszkodzona, ale twardsza i nieco ciemniejsza.
- Kręcenie rękami w nadgarstkach.
Drugi z moich najbardziej charakterystycznych obecnie stimów. Dla odmiany ten rzadziej pojawia się, gdy przeżywam negatywne emocje.
- Fiksowanie wzroku na grzywce ponad okularami.
A z tym stimem najbardziej walczę, ponieważ wszyscy mi mówią, że wyglądam wtedy nie lada dziwnie. Staram się też przycinać regularnie grzywkę. Ale zawsze, gdy jest już nieco dłuższa, moje oczy idą z nią na randkę.
- Stawanie na palcach u nóg.
Zdarza mi się często podczas rozmów prowadzonych w pozycji stojącej, zwłaszcza stresujących (rozmowy z obcymi, załatwianie spraw urzędowych itp.). Jest mimowolne i zazwyczaj nie zdaję sobie z niego sprawy.
- "Doładowywanie się" muzyką.
Regularnie po przyjściu z pracy włączam muzykę, która działa na mnie pobudzająco, i wyczyniam przy niej, co dusza zapragnie. Kiwam się mocno i długo na krześle, kręcę się dookoła, skaczę po pokoju, przewracam się po łóżku, a nawet obijam się o materac. Gdy pod wpływem muzyki zaczyna mi szybko bić serce, czuję potrzebę dostarczenia sobie silnych bodźców, mniej więcej takich, jakie człowiek odczuwa podczas spadania z wysokości na coś miękkiego (np. na trampolinie - swoją drogą, chciałabym mieć trampolinę). To takie uczucie, jakby mój tułów stawał się zbyt lekki, a pod wpływem zderzenia z czymś miękkim odzyskiwał ciężar.
Choć raczej nie można nazwać mojego zachowania tańcem, potrzebuję do tego wszystkiego określonych rodzajów muzyki - do tego wątku jeszcze kiedyś wrócę.

Taką listę chciałam stworzyć już jakiś czas temu. Po obejrzeniu filmu z pierwszej komunii muszę jednak założyć, że powyższa lista tematu nie wyczerpuje. Mimo że pamiętam wiele szczegółów z dzieciństwa i jestem świadoma samego faktu stimowania, nie sądziłam, że było go aż tyle.

niedziela, 23 października 2016

[18] Mam tę moc... Strategii Obronnych. Czyli o zaburzeniach SI


Pamiętam, że napotkałam kiedyś w Internecie pewien cytat, z którym bardzo się utożsamiam. Niestety, nie pamiętam go dokładnie, nie znam autora ani nie zdołałam znaleźć go drugi raz, ale brzmiał on mniej więcej tak: x years ago I was born to this world. Then everything started bothering me. And it brings up to date.

W dzieciństwie nie wiedziałam, że pewne rzeczy odczuwam inaczej niż inni ludzie, a kiedy wreszcie zaczęłam to zauważać, nie zastanawiałam się nad tym zbyt wiele. Jako nastolatka przyjmowałam po prostu, że jestem dziwna i tyle. Nie przyszło mi nawet do głowy, by szukać dla tych problemów nazwy czy rozmyślać nad ich przyczynami. Przetrwanie, a z czasem (gdy przyszła świadomość, że z wieloma rzeczami lepiej się przed ludźmi nie ujawniać) także udawanie poza domem w miarę normalnej osoby, było wystarczająco trudne.

Dopiero jako dorosła osoba dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak zaburzenia integracji sensorycznej, że nie jestem w tym osamotniona i że już dziesięć minut drogi ode mnie mieszka osoba, która ma problemy należące do tej samej kategorii. Gdy pierwszy raz czytałam artykuł Hansa Aspergera i natknęłam się na wzmiankę o chłopcu, który podobnie jak ja odmawiał jedzenia, jeśli poszczególne składniki stykały się na talerzu, rozpłakałam się. Zaczęłam też sobie uświadamiać, że na przestrzeni ponad dwudziestu lat życia wypracowałam sobie szereg Strategii Obronnych - mniej lub bardziej skutecznych sposobów radzenia sobie z bodźcami utrudniającymi mi funkcjonowanie. Przynajmniej w tych przypadkach, gdy to możliwe, i o tyle, o ile to możliwe.


A zatem po kolei:

Mam bardzo dużą wybiórczość pokarmową. Jem sporo produktów, ale sposób, w jaki jedzenie musi być przygotowane, żebym zjadła ze smakiem, jest dla większości osób nie do zaakceptowania.
Przede wszystkim większość dań, które jedzą inni, ma dla mnie zbyt silny smak. Lubię, gdy dany produkt smakuje sobą, a nie czymś innym, dlatego jem wszystko o wiele mniej i łagodniej przyprawione niż inni ludzie. Nie znoszę cebuli, papryki, pieprzu oraz większości zmieniających całkowicie smak, kwaśnych i ostrych przypraw, bez których inni nie wyobrażają sobie obiadu. Przyprawy lubię nieliczne i w małych ilościach: bazylię, rukolę, majeranek, liście laurowe, ziele angielskie, zioła prowansalskie. 
Nie toleruję sosów ani żadnych innych zawiesin dodawanych do jedzenia, nawet jeżeli lubię ich smak. Konstystencja zawiesiny powoduje, że mam odruch wymiotny i nie potrafię jeść. Jest tak od dzieciństwa i nie jestem w stanie tego zmienić. Jest mi niedobrze, gdy widzę np. ziemniaki, mięso, makaron polane sosem, a także trudno mi znieść widok i dźwięk, gdy inni jedzą obiad. W restauracji proszę o dania podane bez sosu. W domu jem bez sosów, np. makaron, kluski z odrobiną masła, skwarek. Wywołuje to konsternację u ludzi, dlatego staram się, by ludzie spotykający mnie na co dzień nie widzieli, jak jem. Staram się myśleć o czymś innym, gdy inni jedzą.
Pomimo ww. trudności lubię sporo: wiele zup (najbardziej barszcz, pieczarkową), ziemniaki w różnych postaciach, ryże, makarony, kasze, różne rodzaje klusek, naleśniki na słodko, pierogi z bardzo delikatnym mięsnym farszem, racuchy, różne mięsa (najbardziej prosty filet z kurczaka), klopsiki z soczewicy. Ubóstwiam ryby i pieczarki. Jem większość warzyw i owoców. Po prostu wszystko to jem w ekscentryczny sposób.
Mam bardzo ograniczony repertuar, jeśli chodzi o nabiał. Przez większość życia dorośli wmuszali mi nabiał, a mnie chciało się wymiotować w trakcie jedzenia lub źle się czułam po nim. Najbardziej nie znoszę żółtego sera, momentnie chce mi się wymiotować od jego konsystencji. Kilka lat temu większość nabiału odstawiłam i teraz jest mi lepiej. Lubię tylko owsiankę, jeden rodzaj białego serka, niektóre serki z owocami i ser jako dodatek w postaci pieczonej (rolady, pizzy, tostów itp.).
Nigdy nie jem kanapek. Jest mi niedobrze, gdy pieczywo smakuje czymś innym niż pieczywem i masłem. Jem do pieczywa produkty, których inni używają do robienia kanapkach: pomidor, ogórek, jajko, szynkę, ale osobno.
Z sałatkami, surówkami mam podobny problem. Majonezy, dipy i tym podobne są nie do przejścia. Wolę zjeść to samo, ale osobno. 
Przez większość życia nie byłam w stanie zjeść pizzy. Teraz uwielbiam ją, ale na swoich zasadach: sos jedynie pomidorowy i nigdy na wierzchu, brak papryki i cebuli, wybrane składniki (np. szynka, oliwki, ukochane pieczarki, bazylia i dużo sera).
Kocham słodycze, ciasta i desery, nie obżeram się nimi, ale z tej kategorii zjem prawie wszystko. 
Piję głównie słabą herbatę i wodę, lubię niektóre soki i cappuccino. Nie toleruję napojów gazowanych, a konkretnie ich szczypania w ustach.
Z powodu powyższych upodobań nie jestem w stanie nauczyć się gotować. Mogę się nauczyć przygotowywać posiłek dla siebie, ale nie gotować według przepisów, dla innych - bo jak sprawdzić, czy coś smakuje właściwie, jeśli dla mnie jest niesmaczne? 

Jestem skrajnie ciepłolubna. Prawie zawsze jest mi za zimno i nie toleruję, gdy wieje mi na głowę. Nienawidzę sztucznej wentylacji.
Pod względem wrażeń termicznych jest mi komfortowo mniej więcej od maja do sierpnia. Poza tym zimno, zimno i jeszcze raz zimno. Odczuwana przeze mnie temperatura różni się od tej odczuwanej przez większość, przez co zawsze jestem ubrana cieplej niż oni. Wkładam więcej warstw ubrań, przynajmniej o jedną, wcześniej niż inni zaczynam i o wiele dłużej noszę czapki, szaliki i kurtki. Był to jeden z głównych powodów wyśmiewania mnie przez innych, gdy chodziłam do szkoły. Teraz nikt nie śmieje się wprost, ale jestem pewna, że w myślach się śmieją lub robią to, gdy mnie nie ma.
Zima jest dla mnie najtrudniejszą do zniesienia porą roku. Po piętnastu minutach w ujemnej temperaturze na dworze czuję tak duży dyskomfort, że przestaję myśleć, niezależnie od ciepłych ciuchów. Boli mnie twarz, dosłownie boli. 
Więcej na temat swojego odczuwania temperatury pisałam tu.

Mam bardzo niski próg bólu.
Zdarzało mi się mdleć podczas badania krwi, a jako nastolatka raz straciłam przytomność i uderzyłam głową o szafę, bo do palca wlazła mi drzazga. Teraz usilnie pracuję nad kontrolą swojego zachowania w sytuacjach bólu, ale nadal obiektywnie niewielki ból potrafi sprawić, że nie jestem w stanie się skoncentrować, czuję silny lęk i panikuję. Sytuacje związane z chorobami, zranieniami i zabiegami medycznymi są dla mnie najtrudniejsze w życiu.

Generalnie jestem nadwrażliwa na dotyk.
Nie sprawia mi większego problemu, gdy ktoś mnie muśnie na korytarzu czy otrze się o mnie w autobusie, ale nie lubię być ściskana, całowana i tulona przez większość ludzi. Toleruję kontakt fizyczny z rodzicami, ciocią, kuzynką i kilkorgiem przyjaciół, ale w niewielkiej ilości. Mam natomiast duże potrzeby w zakresie kontaktu fizycznego z partnerem. Lubię też sama dostarczać sobie bodźców dotykowych.

Nie cierpię mieć niedawno obciętych paznokci.
Przez około dwa dni po obcięciu i piłowaniu paznokci czuję, jak mnie one dotkliwie swędzą. Dotykanie jakichkolwiek ubrań (np. podczas ubieraniu się) czy szmat powoduje, że mam odczucie "zahaczania się" paznokci o materiał i przechodzą mnie nieprzyjemne dreszcze. Zresztą, takie same dreszcze mam w czasie piłowania. Jest mi za to bardzo trudno powstrzymać się od celowego "drapania" niektórych przedmiotów, których dotykam (np. książek, mebli), ponieważ to przynosi na chwilę ulgę.
Jest lepiej, od kiedy w tegoroczne wakacje kupiłam nowe, inaczej wyprofilowane nożyczki do paznokci (a właściwie przypadkowo kupił mi je Szczur) i przestałam używać pilnika. Staram się teraz obcinać tak, żeby były jak najbardziej równe, i dzięki nowym nożyczkom jest to możliwe. Moje paznokcie raczej nie wyglądają jak u modelki, ale olałam to. Dwa dni ciągłych dreszczy i swędzenia nie są tego warte.

Nie potrafię mieć głowy zanurzonej w wodzie ani znieść strumienia wody skierowanego na twarz.
Nie jestem w stanie myśleć o niczym innym, gdy woda dostaje mi się jednocześnie do uszu, nosa i oczu. A już na pewno nie umiem wykonywać wtedy sensownych, celowych ruchów. Nawet gdy kupiłam sobie szczelne okulary na basen, nie było o wiele lepiej. Dlatego po długiej (ponad dwa lata) walce ze sobą z basenu zrezygnowałam i pływać się nie nauczyłam.
Myję twarz wyłącznie jak kot, łapkami. Nie kąpię się, stojąc cała pod prysznicem, tylko zdejmuję go i polewam całe ciało z wyjątkiem głowy. Włosy myję osobno, stojąc obok wanny i pochylając się tak, że woda nie zalewa mi twarzy, nie dostaje mi się do oczu ani do nosa. Jeżeli jednak trochę się jej dostanie, to krzywię się i natychmiast się wycieram.


Nie potrafię znieść kosmetyków nakładanych na twarz.
Jedynymi kosmetykami do makijażu, jakie toleruję, są niektóre pomadki (bez brokatu i innych świństw, przez które usta się kleją) i bezbarwna emalia do paznokci. Nawet po użyciu toniku mam uczucie silnego dyskomfortu. Kiedyś się tym przejmowałam. Próbowałam. Później postawiłam sobie cel: przejdę przez życie bez makijażu i będzie to szczęśliwe życie. Póki co jest dobrze: nie maluję się i mam partnera, przyjaciół i pracę. Na szczęście moja praca nie jest pracą w korporacji ani nie wymaga obsługiwania klientów, nie jestem też stewardessą. Mam gdzieś, co myślą o mojej twarzy randomowi ludzie. Jeśli ktoś w jakiejś sferze nie zdoła docenić mnie, gdy daję z siebie wszystko, z powodu braku makijażu, to moim zdaniem nie warto się przejmować jego opinią, gdyż ma porąbane kryteria.

Nie lubię się czesać i myć włosów.
Sama tego nie rozumiem, ale od rozczesywania kołtunów bolą mnie nie tylko skóra głowy, ale i oczy (!). Akurat czesanie i mycie włosów są nieuniknione, ale o wiele mniej dyskomfortowe dla mnie, odkąd kilka lat temu ścięłam włosy na krótko.
Pomimo niemiłych doznań lubię wizyty u fryzjera. Zawsze się cieszę na obcinanie włosów.

Mam ekstremalnie wrażliwe nogi, a stopy to już biją wszelkie rekordy.
Pamiętam, że gdy w dzieciństwie mama zakładała mi sandały lub półbuty do kościoła, co chwilę przystawałam, bo czułam ogromny kamień w bucie za każdym razem, gdy wpadł mi tam mały kamyczek. Obecnie chodzę głównie w adisasach, trampkach i innych pełnych butach, także latem. Sandałów na nieosłonięte ciało nie potrafię znieść, więc po prostu ich nie noszę, żeby ludzie się mnie nie czepiali. Jeszcze parę lat temu nie umiałam nawet spać bez skarpet. Obecnie w domu najchętniej chodziłabym bez skarpet, przez większość lata chodzę po domu bez skarpet. Kiedy wychodzę, mimo wysokich temperatur włażę w skarpety i zabudowane buty.
Kupowanie butów dla mnie to rosomacza masakra piłą mechaniczną. Wszystko mnie gniecie, uwiera, a jeśli już nie jest mi w bucie nieprzyjemnie, to na ogół jest zbyt luźny, by w nim chodzić. Zwykle szukam takich butów, by nie rzucało się bardzo w oczy, że są za duże, lub butów ortopedycznych, ale te z kolei trudno znaleźć na mój rozmiar. Po zakupach w sklepie obuwniczym zawsze, zawsze boli mnie głowa od dyskomfortu i smrodu.
Ze skarpetami jest niewiele lepiej, niemal wszystkie są za ciasne. Kupuję na ogół męskie lub bezuciskowe w sklepach dla diabetyków.
Nie lubię, gdy inni dotykają moich nóg, jest to dla mnie uczucie bardzo intymne, ale raczej niezbyt przyjemne. A już najbardziej potrafię znieść dotyku innych ludzi na moich stopach. To potwornie łaskocząco-swędzące uczucie, które sprawia, że mam ochotę dać komuś w nos. Gdy w dzieciństwie mama obcinała mi paznokcie u nóg, było to traumatyczne przeżycie. Myślałam, że umrę. Na szczęście tak łatwo się nie umiera. Później przez dłuższy czas miałam spokój, aż do czasu związków z facetami. Faceci nie potrafią zrozumieć, że partnerka może nie lubić ich dotyku na swoich nogach, bo to nie jest dla niej przyjemne, a nagie kobiece nogi wywołują w nich niezrozumiały impuls macania. Co gorsza, większość uważa rechotanie, wicie się i protestowanie za oznaki, że się podoba i należy kontynuować (WTF?). Na szczęście przynajmniej Szczur ma olej w głowie.

Obok nóg i twarzy, największe problemy sprawia mi jama ustna.
Brzmi to śmiesznie, ale śmieszne w praktyce nie jest. Mam od dziecka trudności z myciem zębów - moja jama ustna nie toleruje zadrapań, a smak większości past do zębów jest dla mnie nie do zaakceptowania. Najgorsze są jednak odruchy wymiotne, które utrudniają mi mycie ostatnich zębów. Oczywiście robię to ciągle i nie zrażam się, ale pomimo mycia dwa do trzech razy dziennie nadwrażliwość jamy ustnej nie zmniejszyła się wraz z wiekiem. Wizyty u dentysty są horrorem, największym jest usuwanie kamienia nazębnego i piaskowanie. Każda zmiana w obrębie jamy ustnej (afta, zadrapanie) jest przeze mnie odczuwana, jakby to było nie wiadomo co, i znacznie utrudnia mi funkcjonowanie, a konkretnie skupienie uwagi na wykonywanych czynnościach. Po wizytach u dentysty przez kilka dni jestem rozdrażniona, bo mnie boli cała jama ustna w środku.
Żeby określić skalę problemu, zacytuję coś, co napisałam po ostatnim usuwaniu kamienia i piaskowaniu:
Kiedy tam leżałam i cierpiałam, pomyślałam, że piaskowanie jest jak Senbonzakura Kageyoshi. Niestety, nie ma chyba nikogo, kto pośmiałby się z tego skojarzenia bez wyjaśnienia... Senbonzakura to taki atak w "Bleachu" - z ziemi wyrastają miecze, które rozpadają się na tysiąc drobnych "różanych płatków", atakujących wroga zewsząd w tym samym momencie. Miałam i mam identyczne odczucia, tyle że ograniczone do jamy ustnej. 
Koszmar. 
Oczywiście Renji to przeżył, bo pozytywni bohaterowie shounen nie umierają tak łatwo. I ja przeżyję. Obawiam się jednak, że moja regeneracja potrwa dłużej niż dwa czy trzy odcinki. I nie pomoże mi rozmawianie z mieczem.
Co robię? To, co mogę... Używam sprawdzonej pasty i szczoteczki elektrycznej. Odkładam kasę na dentystę i chodzę do bardzo wyrozumiałego, spokojnego dentysty po doktoracie. U stomatologa siedzę w słuchawkach z moją muzyką i ściskam coś w dłoniach (paczkę chusteczek lub piłeczkę), żeby maksymalnie odwrócić swoją uwagę od tego, co czuję. Ponieważ płacę, nikt się ze mnie nie śmieje. A po dentyście dobra do płukania ust jest szałwia.

Ubrania nie mogą mieć elementów, które mnie drażnią i dekoncentrują, np. golfów. Generalnie lubię albo ubrania luźne, albo obcisłe, ale zarazem miękkie i przyjemne w dotyku.
W zasadzie nie trzeba tego rozwijać.

Nie toleruję rajstop.
Kiedy mam na sobie rajstopy, czuję się obleśnie, po prostu ob-leś-nie. Swędzi mnie cała powierzchnia nóg i jest mi niedobrze w ustach: czuję nieprzyjemny posmak i nadprodukcję śliny. To jedno z najgorszych wrażeń zmysłowych, jakie znam.
Mam tak od wczesnego dzieciństwa. Pamiętam doskonale, jak do przedszkola ubierano mnie w okropne, grube rajtuzy, w dodatku z naszywkami. Gdy czułam na sobie takie rajtuzy, automatycznie zaczynałam się czuć tak, jak opisałam to wyżej. Nienawidziłam tego. Później zaczęłam czuć to samo w rajstopach.
Obecnie robię wszystko, by rajstop nie nosić. Chodzę niemal wyłącznie w spodniach, pod które nie zakładam nic lub zakładam miękkie, przyjemne w dotyku legginsy. Jeśli sytuacja wymaga bardziej eleganckiego ubioru (bleh) i włożenia butów, do których kobiety noszą rajstopy, zakładam pończochy sięgające poniżej kolan, wyglądające identycznie, ale o ponad połowę krótsze.

Staniki też są okropne.
Dlatego w domu ich nie noszę. Chyba że przychodzą goście.

Nienawidzę dotyku i zapachu świeżo wypranych ubrań. Czuję się w nich nieco lepiej niż w rajstopach, ale jakościowo podobnie. Pierwszy dzień, dwa dni po wypraniu bluzki czy spodni są koszmarne.
Dbam o higienę ciała, często się myję i używam dezodorantu. Dbam też o wygląd ubrań, bo jest mi trudno znaleźć wygodne ubrania i nie chcę wkrótce po zakupie wyrzucić ich do kosza. Mam to do siebie, że pocę się bardzo niewiele, jeżeli nie ruszam się bardzo intensywnie i nie jest mi gorąco.
Był jednak taki okres w moim życiu, gdy za wszelką cenę próbowałam nosić codziennie te same bluzki, co poprzedniego dnia, żeby uniknąć dyskomfortu. Jak można się domyślać, spotkało się to z niechęcią otoczenia, mimo że sprawa dotyczyła bluzek, a nie bielizny czy skarpet; noszenie codziennie tych samych rzeczy nie jest mile widziane. Wobec tego na przestrzeni lat stworzyłam własny system, żeby pogodzić swoje potrzeby z oczekiwaniami innych:
1. Najważniejsze: bielizna i skarpety mogą być noszone raz. Podkreślam to celowo, by każdy zrozumiał, że nie o nie chodzi.
2. Każdą bluzkę po wypraniu noszę przez parę dni. Sęk w tym, by nie były to dni następujące po sobie. Jeżeli mało się pocę i dbam o higienę ciała, a w domu danej bluzki nie eksploatuję, nikt nie zauważy, że ona już była noszona. Wystarczy mieć zawsze wyjętych kilka bluzek i nosić je na przemian: pierwsza, druga, trzecia, czwarta, pierwsza, piąta, trzecia, druga... itp.
3. W dni, gdy muszę założyć świeżo wypraną bluzkę, pod nią i na nią zakładam coś, co już przynajmniej raz po wypraniu włożyłam. To zmniejsza dyskomfort.
4. Swetry, spodnie, bluzy wystarczy prać raz na jakiś czas. Kiedy są świeżo wyprane, zakładam pod nie bluzkę już noszoną.
Wilk syty i owca cała. A opisałam to tak szczegółowo, bo choć dziś wydaje mi się oczywiste, w wieku trzynastu, czternastu lat nikt mi o tym nie powiedział - może kiedyś przyda się komuś z podobnym problemem, choć trzeba mieć na uwadze, że większość ludzi poci się więcej niż ja, a nie chodzi o upodabnianie się do skunksa. Nawet jeśli to ładne zwierzątko.
Odkryłam też, że proszki do prania drażnią mnie o wiele bardziej niż płyny, mam przez nie katar i bardziej swędzi mnie skóra. Dlatego zamieniłam je na płyn do prania - jest po nim dużo lepiej, choć nie jest przyjemnie.

Przeszkadzają mi tykające zegary i włączone telewizory w tle.
Jeśli mam się na dłużej skoncentrować, w tle musi być cicho. Nie musi być absolutnie cicho, ale raczej zamykam się w pokoju i izoluję od pewnych dźwięków. Najbardziej drażnią mnie zegary i telewizory.
Ze swojego pokoju i przyległych pokojów usunęłam wszystkie zegary, bo mi przeszkadzały czytać, spać, uczyć się. Telewizor rodziców jest moją bolączką.

Męczy mnie sztuczne światło. 
Sprawia, że przez całą jesień i zimę chce mi się spać i szybko męczą mi się oczy. A cztery miesiące, ktore następują po zmianie czasu na zimowy, są dla mnie najgorsze w roku. Czasem przez cały dzień chce mi się spać, a po zgaszeniu światła walczę z bezsennością.
Trochę pomaga mi cappuccino, trochę zalecone przez okulistkę krople Bepanten Eye. Ale tylko na tyle, żeby przeżyć.
Nie potrafię też znieść świateł samochodów, gdy podróżuję nocą. Zwykle zamykam oczy albo nawet siedzę w okularach przeciwsłonecznych. (Na szczęście nie prowadzę).

W samochodzie bardzo szybko robi mi się niedobrze. 
Tak też mam od dziecka.
I od dziecka mam tę samą Strategię: słuchanie muzyki z odtwarzacza przez całą drogę. Bez tego po prostu nie daję rady. Poza tym muszę być zawsze najedzona, ale nie przejedzona. Czasem pomaga żucie cukierka (np. Kopiko). I odkąd mogę, siadam na przednim siedzeniu.

Nie umiem zbyt długo przebywać w galerii handlowej.
Natężenie świateł, hałasu oraz napisów i szczegółów, na których fiksuje się mój wzrok, jest zbyt duże. Stopniowo tracę koncentrację. Po wizycie w galerii (małe supermarkety się nie liczą) boli mnie łeb. Dlatego wszystko, co się da, kupuję w mniejszych sklepach lub przez Internet, a dla rozrywki do galerii nie chodzę.

Nie cierpię imprez z głośną muzyką i dużą ilością ludzi. Zwłaszcza w restauracjach, gdy dodatkowo stresuję się, czy dam radę zjeść, i zwłaszcza wtedy, gdy obowiązuje strój galowy. I gdy trzeba rozmawiać, choć w ogólnym szumie trudno rozróżnić słowa kierowane do mnie.
Na takich imprezach jest mi bardzo, bardzo trudno udawać normalną. Jakoś daję radę, ale co pewien czas muszę wychodzić się przewietrzyć. Z czasem od wytężania uwagi zaczyna boleć mnie głowa. Po około trzech, czterech godzinach zmywam się, w przeciwnym razie tracę koncentrację.
Nie mam problemów z chodzeniem we dwoje czy troje do restauracji, kawiarni, kina, opery, teatru. Nie mam - tak długo, jak długo ludzie dookoła są względnie cicho lub szumu jest na tyle mało, że potrafię wyizolować słowa rozmówcy. Wtedy jest fajnie, mogę czerpać radość z kontaktu z ludźmi lub ze sztuką. To zupełnie inna para kaloszy.


Prawie żadna z ww. rzeczy sama w sobie nie jest w stanie sprawić, że mam dość życia, nie przy takiej liczbie Strategii Obronnych. Wystarczy jednak, że wydarza się kilka uciążliwych rzeczy naraz, a ja jakiejś ważnej Strategii nie mogę zastosować - przykładowo, zepsuje mi się odtwarzacz muzyki, a tu trzeba jechać samochodem na imprezę w restauracji - i zaczyna się Równia Pochyła. Diabeł tkwi w szczegółach.





Tak czy siak, napisałam to wszystko po to, by zachęcić Was do poszukiwania swoich własnych Strategii Obronnych, jeżeli jeszcze takowych nie macie. Bo warto. 

sobota, 9 lipca 2016

[ 7 ] Uwaga, parzy


Kiedy miałam osiem lat, napisali, że pod względem emocjonalnym jestem pięciolatkiem.
Niewiele pamiętam z tamtych czasów.
Pamiętam bardzo dokładnie czasy przed pójściem do szkoły: swoje zabawy, wyobrażenia, szczegółowy wygląd pomieszczeń w domu i domach członków rodziny, umeblowanie gabinetów lekarskich, rozkład tekstu i rysunków w wielu dawno nie widzianych książkach, dziesiątki swoich zeszytów, faktury takie jak szorstkie obicie foteli u babci. Pamiętam, jak wyrywałam niteczki i puch z koców i zwijałam je w malutkie, kolorowe kuleczki. A później nie pamiętam już prawie nic. Tylko mgłę i strach.
Moje uczucia zawsze były złe. Nieodpowiednie. Nie takie, jak być powinny. Zawsze większe, silniejsze niż ja. Zawsze niemożliwe do opanowania, przysłaniały cały świat.

Nie wiem, ile lat mam teraz.
Teraz, kiedy czuję, że moje uczucia rosną i stają się złe, wchodzę do wanny i biorę gorącą kąpiel, najbardziej gorącą, jaką tylko umiem. Siedzę, polewam się wodą, obserwuję parę unoszącą się dookoła i na ten krótki odcinek czasu zapominam o wszystkim. Nie czuję nic poza wodą, jakby nadmiar moich uczuć parował razem z nią. Gdy wychodzę, lustro, szyba i wszystkie kafelki są mokre od skroplonej pary, a ja – wolna.


Ten fragment napisałam, będąc jeszcze w liceum, ładnych parę lat temu, jednak mogę podpisać się pod nim wszystkimi rękami i nogami także dzisiaj.

Kontrola emocji zawsze przysparzała mi wielu trudności. Gdy byłam dzieckiem, nie potrzeba było wiele, by wyprowadzić mnie z równowagi, a wtedy nie potrafiłam się powstrzymać przed natychmiastową reakcją. Czułam tylko, jak w mgnieniu oka wzrasta mi puls i zaczyna mi się robić gorąco, a każda minuta wydaje się trwać wieczność, i robiłam niewłaściwe rzeczy, takie jak rzucenie zeszytem, wyjście z klasy z trzaśnięciem drzwiami lub wepchnięcie do kałuży prześlicznego dziewczęcia w niedzielnej sukience z falbankami. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że dokuczano mi stosunkowo często, zresztą ponad połowa dzieciaków dookoła mnie dokuczała sobie nawzajem, trzeba więc było jakoś sobie radzić. Radzić sobie musieli się też nauczyć moi rodzice, którzy znienacka dowiadywali się na przykład, że ich drobne i chude dziecko rzuciło kamieniem w chłopca starszego o dwa lata, i nie byli tym faktem zachwyceni. W związku z moimi problemami z panowaniem nad sobą i jeszcze kilkoma kwestiami, w pierwszych latach podstawówki regularnie włóczono mnie po psychologach, o czym już pisałam. Niestety, psychologowie nauczyli mnie kilku ciekawych rzeczy, o których być może kiedyś napiszę, ale nie nauczyli mnie zbyt wiele, jeśli chodzi o kontrolę emocji. Sytuację komplikował fakt, że ze względów zdrowotnych intensywny wysiłek fizyczny był dla mnie niewskazany, a nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że angażujący sport byłby tu dobrym rozwiązaniem.

Dorastając i ucząc się na błędach, wypracowałam własne sposoby na panowanie nad sobą, dzięki którym w gimnazjum uchodziłam już za bezproblemowego ucznia. Obecnie ludzie odbierają mnie jako osobę opanowaną, o niewielkim temperamencie, gdyż większość moich emocji nie jest widoczna na zewnątrz. Jednym ze skutecznych w moim przypadku sposobów okazało się pisanie - początkowo pamiętników w zeszytach i plikach tekstowych, później bloga w formie pamiętnika, z czasem również opowiadań. Odkryłam, jakie czynności akceptowane społecznie i nie czyniące nikomu krzywdy pozwalają mi się uspokoić. W liceum zaczęłam też zauważać, że potrafię świadomie oddziaływać na swój nastrój poprzez temperaturę.

Jestem osobą skrajnie ciepłolubną, której przez większość czasu jest zimno, także wtedy, gdy ludziom dookoła mnie jest zbyt ciepło. Jako nastolatka byłam badana przez lekarzy z uwagi na moje poczucie zimna, jednak nie wykazano obiektywnej przyczyny tego stanu rzeczy, żadnych problemów z tarczycą i innych takich. Pomimo tego faktem jest, że moja skóra - i dotyczy to nie tylko rąk - jest zwykle chłodniejsza niż skóra innych, a na to, jak funkcjonuję fizycznie i psychicznie, temperatura otoczenia ma wpływ. Wiosną i latem czuję się o niebo lepiej niż zimą, ponadto jestem bardzo wrażliwa na przeciągi i sztuczną klimatyzację, które mi przeszkadzają (w sensie: niech sobie istnieją, ale nie powiewają na mnie, zwłaszcza na głowę). Moje samopoczucie jest najgorsze w okresie zmiany czasu na zimowy, kiedy to dosłownie odliczam dni do dnia zmiany czasu na letni.

Jako studentka, pod wpływem perypetii mojego chłopaka z dużą nadwrażliwością słuchową, zaczęłam interesować się integracją sensoryczną i stwierdziłam, że najwyraźniej wszystko, co związane ze zmysłem dotyku, jest u mnie kompletnie zrypane: dotyk, ból, a już najbardziej odczuwanie temperatury. Odkrycie to może nie poprawiło mojego bieżącego nastroju, ale na pewno na dłuższą metę wpłynęło na świadomość tego, co się ze mną dzieje.

I tak, jeśli czuję lęk (z jakiegokolwiek powodu), potrzebuję zmiany temperatury otoczenia na niższą, ale w taki sposób, by nie odczuć przeciągu, który stresuje mnie bardziej. Muszę więc wyjść na dwór lub przewietrzyć pomieszczenie. Po półgodzinie powinnam być już spokojniejsza i bardziej zdolna do racjonalnego myślenia. W gruncie rzeczy robiłam coś podobnego od zawsze, jeśli się porządnie zastanowić. Zawsze, gdy czułam silny lęk, w pierwszej kolejności siadałam na zimnej podłodze, było tak we wszystkich najgorszych momentach życia. Miałam wtedy wrażenie, że dzięki zimnu bardziej czuję, iż naprawdę istnieję.

Z kolei na wszystkie inne napięcia i negatywne emocje, na czele ze złością, pomaga mi woda o wysokiej temperaturze. Innymi słowy, jeśli jest to w danym momencie możliwe, włażę do wanny i aplikuję sobie sporą dawkę gorąca. Wszyscy, których znam, uważają, że woda, jakiej używam, jest za gorąca, a ponadto gorące kąpiele powszechnie uchodzą za niezdrowe, jednak dla mnie jest to najprostszy sposób na doraźne odzyskanie równowagi emocjonalnej. Początkowo nastawiam prysznic na temperaturę, która jest wysoka, ale jeszcze stosunkowo "lajtowa", polewam się taką wodą przez jakiś czas, a później stopniowo zwiększam temperaturę. Nie potrafię tego zbyt dobrze opisać, ale za każdym razem, gdy zwiększam temperaturę, początkowo jest to bardzo silne uczucie, a po pewnym czasie czuję coś jakby "znieczulenie", przyzwyczajenie do danej temperatury. Wtedy wiem, że mogę znowu trochę ją zwiększyć, i tak do momentu, gdy wiem, że zbliżyłam się do swojej granicy. Jest to temperatura, której inni raczej nie potrafią już zaakceptować (a przynajmniej nie te osoby, które pytałam). Później albo zostaję na tym poziomie przez jakiś czas, albo powoli obniżam temperaturę, wracając do punktu wyjścia. Kiedy po takim prysznicu wychodzę do swojego pokoju, ubrana w kilka warstw ubrań, by nie stracić szybko ciepła, czuję się bardzo komfortowo i wiem, że mogę zacząć myśleć o problemie, który wywołał moje negatywne emocje. Paradoksalnie, będąc rozgrzana, myślę o nim bardziej chłodno i logicznie.

Oczywiście, kiedy jestem poza domem, nie mam do dyspozycji wanny z prysznicem. W wielu przypadkach da się jednak pójść do toalety i ochlapać ręce w gorącej wodzie, a to już coś daje.

Niestety, moje szczególne upodobanie do ciepła potęguje inne problemy. Jak? Ano, zwykle jestem ubrana nieadekwatnie do temperatury odczuwanej przez innych ludzi, co w połączeniu z innymi moimi upodobaniami odnośnie stroju (najlepiej, gdy jest miękki, luźny i niezbyt kobiecy) sprawia, że wyglądam dziwnie. Zimą noszę zwykle od czterech do pięciu warstw ciuchów, a latem o wiele częściej niż inni mam na sobie cieplejsze lub dłuższe ubranie. 

Uprzedzając pytania: nie, nigdy się nie oparzyłam i nie trzeba się o mnie martwić, że jestem nieustannie spocona, gdy mam na sobie ciepłe ciuchy, bo to tak nie działa. Poza tym lubię się myć. Pod warunkiem, że w ciepłej wodzie.


Salamandra w ogniu