Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 marca 2026

[182] Pamiętniki jesienne i zimowe

 
3.09
Słucham powieści Ewy Nowak, a tam dziewczyna zrywa znajomość z chłopakiem, bo dowiaduje się, że on hoduje modliszki. Kompletnie nie mogę tego pojąć! Ja pewnie byłabym w siódmym niebie. Gdyby to jeszcze były karaczany, ale modliszki?  
Biednej Edycie robi się niedobrze i wymiotuje, kiedy Czarek karmi modliszkę świerszczem. Owszem, zjadanie wciąż ruszających się ofiar przez modliszkę wygląda dość obrzydliwie. Perspektywa jednak trochę się człowiekowi zmienia, gdy widzi, jak te same świerszcze równie chętnie zjadają swoje rodzeństwo.

11.09
Zeszłej nocy obudziłam się o drugiej z dziwnym odczuciem, że coś po mnie łazi. W pierwszej chwili pomyślałam, że jakiś uciążliwy komar, gdyż w tym tygodniu dużo się ich kręci po domu i zawsze mam przynajmniej jeden bąbel. Spróbowałam odpędzić intruza, ale on przeniósł się na moje ramię. Półprzytomna sięgnęłam po telefon i włączyłam latarkę. W jej świetle zobaczyłam... pasikonika. Wyskoczyłam z łóżka, by przełożyć go do pojemnika, a potem wróciłam spać.
Rano nie byłam pewna, czy to mi się nie przyśniło. Bardzo często mam sny o różnych owadach, szczególnie o hodowaniu dużych motyli i ciem (istniejących naprawdę albo wyimaginowanych). Zerknęłam do pojemnika. Pasikonik nadal tam był.
Od czasu do czasu widuję pasikoniki w różnych miejscach. Tego lata jeden siedział na drzewie w ogrodzie społecznościowym, a inny na karoserii samochodu, kiedy Szczur próbował po ciemku wymienić żarówkę na parkingu pod Kampinosem. Pasikoniki, również te największe, wchodzą czasem do domu, a nawet do Nory, na czwarte piętro. Żeby jednak pasikonik chodził po mnie w nocy... Tego to jeszcze nie grali.




27.09
Zebrałam dziś czterysta sześć orzechów. Ufff.
Drzewa odżyły po zeszłorocznym przemarznięciu. Na zdjęciu dotychczasowe zbiory.




28.09
Orzech gigant 😆




16.11
Przedwczoraj miałam ciekawy sen. Śniło mi się, że razem ze Szczurem i z mamą wybierałam się w podróż do Chin. Mieliśmy lecieć z Katowic do Finlandii (a może Danii?) i dopiero tam wsiąść do samolotu do Chin. Z kolei w drodze powrotnej mieliśmy zaplanowaną przesiadkę w... Paryżu. Nie trzyma się to kupy (koleżanka z liceum latała do Chin z przesiadką w Stambule), ale tak właśnie było we śnie. Psami i kotem miała zająć się koleżanka z pracy, która ma salę obok mojej.
Rano w dniu wylotu mama i Szczur byli już spakowani, a ja nawet nie zaczęłam się jeszcze pakować. Zamiast posiłkować się listą rzeczy do zabrania, jak to zawsze robię, zachowywałam się chaotycznie. Chodziłam po domu, szukając różnych swoich rzeczy i wpadając w coraz większą panikę, gdyż niektórych nie potrafiłam znaleźć. Długo szukałam polaru. Potem szukałam informacji, jakie w Chinach są gniazdka elektryczne, zupełnie jakbym nie mogła się tego dowiedzieć odpowiednio wcześniej. Mama zapytała mnie, czy mam wymienione pieniądze, a ja oczywiście nie miałam. Powiedziałam, że po przylocie pójdziemy do kantoru. Co chwilę patrzyłam na zegarek, czas uciekał błyskawicznie jak w escape roomie, a ja wcale nie robiłam postępów. Wręcz przeciwnie, przypominało mi się coraz więcej spraw do załatwienia. Przez to swoje nieprzygotowanie i odkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę byłam roztrzęsiona. Czułam, że pot ze mnie spływa, a brzuch staje się coraz bardziej nerwowy.
Nagle obudziłam się - cała spocona i pobudzona, z walącym sercem. Chwilę zajęło mi uświadomienie sobie, że to był tylko sen i że nie muszę się spieszyć do Chin 🫣

30.12
Wszystko wskazuje na to, że Warszawa obudzi się przysypana kilkudziesięcioma centymetrami śniegu. Na spacerze o czternastej jeszcze nie padało, o dwudziestej sypało już dość konkretnie, a teraz, po północy, szczurze osiedle wygląda bajkowo. Noc stała się jaśniejsza, kontury mniej ostre. Widok miły dla oka, przynajmniej jeśli się ma to szczęście, że jeszcze przez kilka dni nie musi się iść do pracy. No i że nie trzeba odśnieżać samochodu, bo te zaparkowane na zewnątrz już teraz wyglądają jak ośnieżone pagórki, a do rana daleko. Złapałam się na tym, że jak w dzieciństwie czuję radość, stawiając kroki w świeżym śniegu, na którym moje ślady są pierwsze. A jednocześnie jakiś rodzaj wzruszenia, ponieważ minęły całe wieki, odkąd ostatni raz oglądałam okolice Nory w takim wydaniu. 
Nie mogę się doczekać jutra. Nie tylko sylwestrowej domówki w gronie ulubionych osób (oby tylko pogoda nie uniemożliwiła im dotarcia do Nory!) i tego, że ten rok, jeden z trudniejszych w moim życiu, nareszcie się skończy, ale także... polowania z aparatem na bałwany, które zapewne pojawią się rano na osiedlu. 
Od niedzielnego wieczoru ładuję w Norze swoje wewnętrzne baterie, rozładowane niemal całkowicie. Święta spędziłam zupełnie inaczej niż dotychczas - pojechałam z mamą i psami do mojej ulubionej cioci i kuzynki. Odkąd nie ma z nami taty, byłam przekonana, że nie chcę być w domu w Wigilię. Czułam, że jeśli zasiądziemy tylko we dwie do tego stołu, przy którym zawsze siadaliśmy w komplecie, przypomnę sobie coroczne żarty taty i rozkleję się na amen. Najbardziej chciałam, byśmy pojechały do rodziców Szczura, ale mama nie czuła się na to gotowa, więc wspólnie z ciocią obmyśliłyśmy plan B.
Na przestrzeni ponad trzydziestu lat życia nigdy nie spędzałam Wigilii gdzie indziej niż w domu rodzinnym. Miałam sporo obaw, jak to będzie, w związku z czym parę dni wcześniej brzuch zaczął dawać mi się we znaki. Kiedy jednak znalazłyśmy się w mieszkaniu cioci, momentalnie poczułam się tak, jak zawsze się tam czuję - jak otulona ciepłym, puszystym kocem. Spokojna, bezpieczna. Nawet Łobuz uległ atmosferze tego miejsca i zachowywał się bez zarzutu. Po kolacji Włóczykij sprawił nam niespodziankę, zjawiając się u cioci z dziećmi i przepysznymi ciastami. Z kolei w pierwsze święto, zamiast według pierwotnego planu wracać do domu w południe, zostałyśmy u cioci do wieczora, kiedy to wpadł z wizytą młodszy kuzyn z rodziną.
Myślę, że byłam w te święta dużo szczęśliwsza niż się spodziewałam. Zawsze chciałam spędzić Wigilię z kuzynami, lecz nasze rodziny nie miały takiego zwyczaju, gdy byliśmy dziećmi. Widywaliśmy się przeważnie w drugie święto, jeśli tylko wszyscy byliśmy zdrowi. Podczas pobytu u cioci czułam się jak mały leśny zwierzaczek zimujący w ciepłej norce, odgrodzony od wszelkich trosk i niebezpieczeństw zewnętrznego świata. 
Dopiero następnego dnia, w domu, uświadomiłam sobie, jak bardzo zmęczyła mnie wizyta kuzyna z Młodym i Młodszym w pierwsze święto. Chłopcy, pochłonięci górą otrzymanych prezentów, zachowywali się trochę jak w amoku, mocno hałasowali i urządzili sobie "bazę" w najmniejszym pokoju, gdzie wcześniej chodziłam się wyciszać. W drugie święto obudziłam się cała obolała, z ponadprzeciętnie silną migreną. Walka z tą migreną trwała dwa dni, gdyż początkowo nic na nią nie działało, nawet sumatryptan. Na szczęście w końcu ustąpiła.





4.01
Tak jak się spodziewałam, na osiedlu i w parku zaroiło się od bałwanów. Najwięcej ich spotkałam pierwszego i drugiego stycznia. Mam już tyle zdjęć, że będę mogła nie tylko od ręki dodać post na bloga, ale wręcz przebierać w tych portretach! Większość robiłam aparatem, więc zgram je dopiero w domu.
Dzisiaj ulepiliśmy ze Szczurem własnego bałwana - szczura. Większa w tym zasługa Szczura, który jest o wiele mniej wrażliwy na zimno. Mnie dłonie szybko przemarzły, mimo że zabrałam dwie pary rękawiczek, bo śnieg był bardziej sypki niż się spodziewałam i formowanie go trwało kilkadziesiąt minut. Udało mi się za to znaleźć czapeczki z żołędzi, liście i gałązki do przyozdobienia szczura. Kilka osób przechodzących obok zareagowało bardzo pozytywnie na widok naszego dzieła, niektórzy nawet się z nim fotografowali. Wspólnie z pewnym panem Szczur nadał śnieżnemu krewniakowi imię Dezyderiusz.




2.02
Rano termometr pokazał dziesięć stopni poniżej zera. Przed wyjściem włożyłam na siebie kilka warstw: grubą kurtkę, najcieplejszy sweter, drugi sweterek z golfem, a pod spodem jeszcze podkoszulek. Mimo to skłamałabym, gdybym napisała, że było mi ciepło. Było na tyle znośnie, żebym dała radę pojechać do pracy i odebrać pieczywo, ale starałam się być na dworze jak najkrócej. Momentalnie zaczęło mi spływać w gardle, chociaż nie mam kataru. 
I pomyśleć, że w innych częściach Polski było dzisiaj nawet poniżej -20 stopni! 😱 
Szczur od kilku dni walczy z upierdliwym bakteryjnym zapaleniem płuc. Nocami wciąż męczą go wysokie gorączki, bardzo trudne do zbicia. Dzisiaj dostał drugi antybiotyk. Czuje się kiepsko, czego najlepszym dowodem jest to, że nie ma siły rozmawiać głosowo. Kto zna Szczura, ten wie, jaki jest gadatliwy - i chociaż zdecydowanie woli rozmawiać twarzą w twarz niż przez telefon, w normalnych okolicznościach dzwoni do mnie codziennie. Martwi mnie to wszystko, zwłaszcza że za niecałe dwa tygodnie zaczynam ferie i chcę pojechać do Nory. Trzymajcie kciuki, wysyłajcie mu pozytywne myśli i/lub módlcie się do swoich ulubionych bogów, żeby wyzdrowiał jak najszybciej.
W sobotę zamierzaliśmy jeszcze raz zobaczyć się z Marcinem przed jego wyjazdem, ale niestety nie udało się. W związku z chorobą Szczura musiałam oczywiście odwołać naszą rezerwację w escape roomie. Zamiast rozwiązywać zagadki, rozbierałam choinkę, malowałam farbą akrylową stare puzzle i częściej niż zwykle wpełzałam pod kołdrę.
Dzisiaj mi się śniło, że długo chorowałam i nie chodziłam przez to do szkoły. Kolega z pracy przyszedł do mojego domu i domagał się wyjaśnień, dlaczego nie pracuję. Później poprosiłam mamę, żeby zadzwoniła mnie usprawiedliwić do... wychowawczyni z gimnazjum. 
Pomieszanie z poplątaniem - to w końcu byłam jeszcze uczennicą czy pracowałam?

21.02
Tak nieudanych zimowych ferii nie miałam chyba od czasów gimnazjum, kiedy to mój najlepszy kumpel tuż przed feriami złapał różyczkę. 🙁
Jeszcze w zeszły piątek nic nie zapowiadało katastrofy. W domu byłam dużo wcześniej niż zwykle i miałam czas odpocząć przed wieczornym wyjściem. A wieczorem pojechałam z mamą do opery na "Juvenalia" - gościnny występ Polskiego Baletu Narodowego Junior. Pierwszy raz od wieków udało mi się mamę wyciągnąć z domu i byłam z tego bardzo zadowolona. Program składał się z trzech choreografii. Byłam pod wrażeniem umiejętności młodych artystów (wszyscy mają około dwudziestki!), a dwa utwory podobały mi się tak, że chłonęłam muzykę całą sobą.
Minęła zaledwie doba od wyjścia do opery, gdy nagle w mojej krtani pojawiła się jakby gula z flegmy, której nie potrafiłam odkrztusić. W nocy z soboty na niedzielę męczył mnie kaszel, jednak nic więcej jeszcze się nie działo. W niedzielę obudziłam się chora - oprócz uporczywej guli w krtani czułam, że coraz bardziej rośnie mi temperatura. Po obiedzie miałam już gorączkę. A później poszło lawinowo: ból głowy, drapanie w krtani, katar, a przede wszystkim nienaturalne, silne osłabienie. Apogeum nastąpiło we wtorek, gdy czułam się jak wrak człowieka. Mimo łykania na przemian paracetamolu i ibupromu gorączka za każdym razem uparcie wracała po około czterech godzinach. Na zmianę to miałam dreszcze na całym ciele, to znów oblewałam się potem. Głowa nie przestawała boleć nawet na chwilę. 
W tenże feralny wtorek wydobyłam z pudła test na wirusy: Covid, grypę i RSV. Test wykazał grypę.




wtorek, 24 lutego 2026

[180] O cztery zęby mniej


W tym poście postanowiłam zebrać wszystkie swoje zapiski związane z zabiegami ekstrakcji zębów mądrości. 

Usłyszawszy od dentystki, że będę musiała poddać się ekstrakcji wszystkich czterech zatrzymanych ósemek, byłam załamana. Nigdy wcześniej nie miałam usuwanego zęba, za to mam dużą nadwrażliwość na bodźce z jamy ustnej, panicznie boję się bólu zębów i powikłań po zabiegach lekarskich. Przez parę lat miałam nadzieję, iż te głupie zęby mądrości w końcu wyjdą jak należy i problem rozwiąże się sam. Niestety. Nie tylko wyrżnęły się częściowo, ale na domiar złego zaczęły się psuć, przez co dentystka postawiła sprawę jasno: lepiej z tym dłużej nie czekać. Poszłam na konsultację do pani chirurg, zaopatrzona w kartkę z listą pytań, by stres nie pozbawił mnie języka w gębie. Wspólnie ustaliłyśmy, że zabiegi będą dwa - najpierw ekstrakcja prawych, później lewych ósemek. Zależało mi na pozbyciu się zębów zimą, co ponoć wpływa pozytywnie na gojenie się ran i opuchlizny.

Przed pierwszą ekstrakcją stresowałam się kilka tygodni, a organizm sygnalizował to licznymi objawami psychosomatycznymi. Długo przygotowywałam się mentalnie do zabiegu, między innymi planowałam, co będę jeść przez kilka następnych dni, uwzględniając moje preferencje sensoryczne (jedzenie o konsystencji zawiesiny generalnie mnie odstręcza i wywołuje odruchy wymiotne, z kilkoma wyjątkami) i zespół jelita drażliwego (gdy jestem w stresie, mój brzuch źle reaguje na większość nabiału). Zaopatrzyłam się w zimne okłady i przepisane leki przeciwbólowe. Po całym tym stresie byłam wręcz zaskoczona spokojnym przebiegiem zabiegu i rekonwalescencji. Wiedząc, co i jak, na drugi zabieg jechałam już z zupełnie innym nastawieniem. Właśnie dlatego postanowiłam zebrać swoje notatki na ten temat w jednym poście - jeżeli kiedyś będzie to czytał ktoś (w spektrum autyzmu lub nie), kto ma przed sobą usunięcie zębów mądrości i zmaga się z silnym lękiem, chciałabym go wesprzeć. Chcę podzielić się swoimi doświadczeniami i tym samym dołożyć małą cegiełkę przeciwwagi do licznych wypowiedzi w Internecie, które zamiast pomóc przerażonej osobie tylko potęgują jej lęk.


***


Dwa dni po zabiegu
Od środy jestem "uboższa" o dwie z czterech zatrzymanych ósemek. ULGA. Ogromna ulga, że to już. I że na pewno nie odrosną. 
Widmo tego zabiegu od dłuższego czasu spędzało mi sen z powiek. Najprawdopodobniej właśnie przez to miałam przewlekłe kłopoty z brzuchem. Bałam się i niewiele mogłam na to poradzić. Czułam przymus czytania o ekstrakcji ósemek w Internecie, a im więcej czytałam, tym bardziej się bałam. Niestety, zanim zdałam sobie sprawę, że mogłam aż tyle nie czytać, było za późno. Chciałam jak najlepiej się przygotować, po prostu.
Miałam szczęście trafić na wspaniałą panią chirurg, konkretną, spokojną i empatyczną. Przed każdym etapem zabiegu uprzedzała mnie, czego mogę się spodziewać. Znieczulenie było tak silne, że usuwanie zębów ani trochę mnie nie bolało, mimo że czułam ich podważanie i słyszałam dziwne dźwięki. Po wszystkim chirurżka pochwaliła mnie, że jestem bardzo dobrym pacjentem, bo mimo lęku jestem nastawiona zadaniowo i współpracuję z lekarzem. Cóż... tak właśnie działa mój mózg, że na długi czas przed trudnym dla mnie wydarzeniem jestem chora ze stresu, ale kiedy już jest w trakcie, spinam zadek i koncentruję się na działaniu. Poza tym miałam ze sobą gniotek i odtwarzacz MP3, które u dentystów są mi wielką pomocą. Mogłam też po zabiegu posiedzieć w fotelu przez dłuższą chwilę, dopóki kręciło mi się w głowie. Nikt mnie nie poganiał i nie kazał natychmiast wstawać.
Lekarka pochwaliła też... ósemki. Podobno należały do tych zatrzymanych lżejszego kalibru. Nie mam pojęcia, czy to kwestia położenia (były odrobinę wyrżnięte, widoczne w jamie ustnej), genów czy przypadku. W każdym razie usłyszałam żartobliwe: "Musi pani być dobrym człowiekiem, bo nie została pani obdarzona uciążliwymi ósemkami" 😆
Najbardziej bałam się, co będzie się działo, gdy znieczulenie zacznie schodzić. A konkretnie tego, że ból będzie tak silny, iż przebije się przez lek przeciwbólowy, albo lek przestanie działać dużo wcześniej niż będę mogła wziąć bezpiecznie kolejną dawkę. Tak było i przy zainfekowanym zębie, i przy ropniu - nie umiałam poradzić sobie z bólem. Tym razem jednak dostałam receptę na Nimesil. Ku mojemu zaskoczeniu, Nimesil niemal całkowicie blokuje ból i działa na mnie dłużej niż przewidziane w ulotce dwanaście godzin. To ewenement! 
Teraz przyszedł czas na rekonwalescencję. Oprócz Nimesilu dostałam antybiotyk, Encorton i naprawdę długie zwolnienie lekarskie. Dostałam też kartkę z zaleceniami na najbliższe dni - co robić i czego nie robić, żeby nie zaszkodzić gojącym się ranom. Przez pierwsze dwa dni głównie leżałam z uniesioną głową lub siedziałam na kanapie, regularnie przykładając zimne okłady. W środę byłam bardzo śnięta po znieczuleniu i podwójnej dawce leku przeciwlękowego. Mama zrobiła mi zupę z grysikiem, wypiłam też elektrolity i zjadłam odrobinę rozgotowanego ryżu. W nocy bez problemu przespałam siedem godzin. Następnego dnia czułam się nie najlepiej - byłam słaba, miałam podrażnione gardło i często robiło mi się zimno. Wyglądałam jak chomik i ta opuchlizna sprawiała mi pewien dyskomfort. Sporo spałam albo leżałam przykryta puchatym kocem. Udało mi się jednak zadbać o higienę jamy ustnej zgodnie z zaleceniami lekarki. Dałam radę zjeść kilka niedużych posiłków: miękki ryż z pogniecionym bananem, utarte jabłko i marchew, zmiksowaną zupę jarzynową z mięsem. Poczułam się też na siłach, by zrobić sobie jajecznicę z mozzarellą. 
Dzisiaj obudziłam się już w lepszej formie, mimo że w nocy miałam istny festiwal nieprzyjemnych snów. Po tym, jak poziom stresu drastycznie spadł, mózg najwyraźniej postanowił urządzić sobie imprezę. Opuchlizna wydaje mi się nieco mniejsza i nie tak uciążliwa, nie boli przy lekkim dotyku ani nie powoduje wrażenia rozpychania skóry. Inne nieprzyjemne odczucia (zimno, osłabienie, suchość w gardle) w zasadzie zniknęły. Odważyłam się dokładniej pooglądać ranę, myjąc zęby z czołówką komicznie założoną na głowę. Dalej biorę leki i staram się przestrzegać zaleceń. Dzięki wsparciu mamy repertuar żywieniowy stopniowo się poszerza. Najwięcej przyjemności sprawiły mi dzisiaj lody i ugniecione ziemniaki. Najbardziej tęsknię za słodyczami z czekoladą oraz za pizzą, ale na smakołyki trzeba jeszcze poczekać. 
Przyjemnym skutkiem ubocznym zabiegu jest to, że chwilowo prawie nic nie muszę, jedynie dbać o siebie. Nie trzeba nigdzie się spieszyć, nic robić pod presją czasu. Dziwne to uczucie, na co dzień niespotykane. Nawet wakacje nie oznaczają przerwy od obowiązków. Nagle mam bardzo dużo wolnego czasu i chociaż możliwości fizyczne są w tej sytuacji ograniczone, umysł może z niego korzystać. Cieszy mnie czytanie, częste mizianie zwierzaków, słuchanie audiobooków i wywiadów, oglądanie ciekawych rzeczy w sieci. Kończę post na bloga. Może w weekend zacznę układać urodzinowe puzzle? Grunt to nie forsować organizmu i dać mu czas na powrót do pełnej aktywności. 
Po tygodniu powinnam się zgłosić na zdjęcie szwów. Mam nadzieję, że do tego czasu nic złego się nie wydarzy i z każdym dniem będę czuć się coraz lepiej (i więcej jeść). Trzymajcie kciuki! 

Cztery dni po zabiegu
Minęły kolejne dwa dni od zabiegu. W moim odczuciu miejsce po ekstrakcji wygląda całkiem znośnie. Opuchlizny na zewnątrz zostało tylko trochę.  
W sobotę zrobiłam eksperyment: wzięłam Nimesil o pierwszej w nocy, a przez resztę dnia nie. Chciałam zobaczyć, co się stanie, gdy przestanie działać. Przestał dopiero po dwudziestej pierwszej! Zaczęłam wtedy odczuwać pewien dyskomfort i ucisk przy niektórych ruchach żuchwą. Nie pojawiły się jednak żadne silne dolegliwości bólowe. Uznałam, że mogę odstawić lek, ewentualnie przejść na słabszy. Niestety, dzisiaj wróciłam do Nimesilu ze względu na migrenę, która od wczoraj daje mi się we znaki. Przez głowę źle mi się spało, kilka razy się budziłam. No, ale nie to ma być tematem tego posta.
Cały czas staram się jeść bardzo ostrożnie, więc zajmuje mi to sporo czasu. Jem codziennie kilka miękkich posiłków o delikatnej konsystencji, ale do wody dodaję już trochę esencji z herbaty. Studzę wszystko, żeby nie było gorące. Wczoraj zjadłam pokrojoną bułkę mleczną i dwa placki ziemniaczane, które sprawiły mi taką frajdę, jakbym dostała wymarzony prezent. Nabrałam też ochoty na nabiał, ponieważ jelita nareszcie się uspokoiły. Z braku czekoladowych słodyczy pałaszuję lody, a rodzice korzystają na mojej diecie i pałaszują też (chyba nigdy przedtem nie jedliśmy lodów w środku zimy!). 
Jutro ostatni dzień antybiotyku. Nareszcie koniec z ohydnym posmakiem w ustach!
W międzyczasie rodzice odebrali moją paczkę z Temu, pełną przydatnych drobiazgów. Piękna dostała ode mnie okrągłą zabawkę intelektualną. Aby dostać się do smaczków, pies musi pokombinować - poprzesuwać zakrywające je "klapki". Piękna błyskawicznie załapała, o co w tym chodzi. Zabawa wyraźnie sprawia jej przyjemność, jak wszystkie z wykorzystaniem węchu. Radzi sobie wspaniale. Najbardziej bawi mnie jej upewnianie się, czy aby na pewno niczego nie pominęła.

Pięć dni po zabiegu
Hurra! Ostatnia dawka antybiotyku połknięta!

Siedem dni po zabiegu
Szwy zdjęte. Poszło błyskawicznie, a lekarka nie miała żadnych zastrzeżeń do gojenia się rany. Od poniedziałku szczypie mnie od strony policzka dziąsło obok siódemki, jakbym miała tam aftę, więc przy okazji napomknęłam o tym. Lekarka powiedziała, że takie odczucia mogą być jeszcze przez jakiś czas, aż ta okolica całkiem się nie zagoi. Mam dalej dbać o higienę, odkażać i smarować Elugelem.
Dałam radę! 💪
Również od poniedziałku, co zaskakujące, czuję się przeziębiona i mam katar. Z nikim prócz rodziców nie widziałam się od zeszłej środy, siedziałam w domu, a oni też niewiele wychodzili i nie złapali żadnej infekcji. Ciekawe, jak złapałam ten katar. Może od częstego przykładania zimnych okładów na głowę? Na pewno spadła mi odporność przez stres przed zabiegiem i zażywanie antybiotyku. Cieszę się, że lekarka dała mi dłuższe zwolnienie, bo przynajmniej mogę teraz się jeszcze podleczyć.
Zaczęłam układać puzzle z ćmami, które dostałam od Szczura na urodziny. Najpierw, jak zwykle, podzieliłam je na grupy według kolorów i wzorów. Przypuszczam, że to mogą być najłatwiejsze puzzle w moim życiu, bo na widok wielu wzorów domyślam się od razu, do jakiej ćmy lub przynajmniej rodziny należą. Już sam podział puzzli był wyjątkowo przyjemny w porównaniu na przykład z obrazami Anne Stokes, które zwykle są utrzymane w mało zróżnicowanych barwach. Chyba będę układać bez obrazka, żeby podnieść sobie poziom trudności.

Przed drugim zabiegiem
(nocą)
Dziś znowu idę pod nóż, tym razem pozbyć się lewych ósemek. Jestem dużo spokojniejsza niż poprzednio, co najłatwiej poznać po tym, że brzuch dokuczał mi tylko przez ostatni tydzień, a nie przez ostatni miesiąc. Mam pietra, ale nie jestem przerażona. Boję się tylko tego, żeby nie było gorzej niż ostatnio i żeby paszcza zagoiła się bez żadnych komplikacji. O ból w czasie zabiegu, ból po zabiegu, zwolnienie lekarskie czy jedzenie już się nie martwię, bo idę do tej samej lekarki i wiem, jak sobie radziłam poprzednio. Grunt to stosować się do zaleceń i przetrwać trzy pierwsze dni. 
Jestem na maksa nastawiona zadaniowo. Przez kilka dni załatwiałam różne zaległe sprawy. W domu panuje względny porządek (aczkolwiek definicja porządku uległa znacznemu poszerzeniu, odkąd mieszka u nas ratlerek). W pracy uporządkowałam swoją salę, jakbym co najmniej spodziewała się wizyty profesor McGonagall. Nie wiem, czy ktoś z Was ma tak jak ja, że w podobnych sytuacjach namiętnie organizuje przestrzeń wokół siebie, żeby zwiększyć poczucie kontroli - ale mnie to pomaga, czuję się bezpieczniej. Zawsze gdy wyjeżdżam na dłużej, jestem spokojniejsza, zostawiając za sobą ład i domknięte sprawy. Każda podróż jest Wielkim Być Może. A zabieg chirurgiczny, nawet takiego kalibru, na skali niepewności plasuje się przecież wyżej niż podróż. Inni mogą odnieść wrażenie, że zachowuję się, jakbym miała już nie wrócić. Cóż... gdybym znała datę końca świata, prawdopodobnie miałabym właśnie tego dnia świeżo umyte włosy, na stole ulubione smakołyki, a serwetki i poduszki równiutko ułożone. Jak Migotka wyczesująca ogonek w obliczu zbliżającej się zagłady. 
Zabieg mam z samego rana, a nadal czuję się dość pobudzona, więc wyspana raczej nie będę. Po powrocie mogę jednak spać, ile dusza zapragnie (a raczej ile ciało pozwoli).