sobota, 15 grudnia 2018

[66] Najprzyjemniejsze Bodźce Świata


Pomimo swojego postanowienia, by jak najprzyjemniej przeżyć tę jesień, tegorocznego listopada nie będę wspominać z uśmiechem. Większość miesiąca zabrały mi potyczki z chorobami, zarówno z tą przewlekłą, jak i z uciążliwą infekcją, która powaliła mnie na dwa tygodnie. Większość planów musiałam odłożyć na później, a większość zarobków zostawić w aptece i u lekarzy. W takich okolicznościach przyrody również moje samopoczucie psychiczne zanotowało gwałtowny regres.

Kiedy leżałam całymi dniami w łóżku, nie będąc w stanie robić nic, nawet czytać ani oglądać anime, przyszedł mi do głowy jeden jedyny pomysł, który dał mi frajdę. Postanowiłam zrobić subiektywną listę najprzyjemniejszych dla mnie bodźców, żeby mieć co sobie wyobrażać, gdy w teraźniejszości trudno mi się doszukać jakichkolwiek pozytywów. Zadałam sobie pytania o ulubione zapachy, smaki, dźwięki, bodźce wzrokowe i dotykowe. Stworzenie takiej listy zajęło mi kilka dni, bo podczas stanów podgorączkowych nie jestem mistrzem intelektu. Niektóre rzeczy i zjawiska przyszły mi do głowy błyskawicznie, zaraz na początku, inne dopiero po paru dniach.

Może moja lista zainspiruje kogoś do stworzenia własnej? :-)


Najprzyjemniejsze Bodźce Świata - lista subiektywna
  • Bańki mydlane
  • Barszcz
Ale tylko i wyłącznie w wykonaniu mojej mamy, która wszystko gotuje delikatniejsze w smaku.
  • Bose stopy pod kołdrą 
Nie ma jak po męczącym dniu wpakować pod kołdrę bose stopy i czuć, jak ciepło rozchodzi się stopniowo po całym ciele.
  • Burza
Uwielbiam słuchać burzy, a już najbardziej wieczorem lub w nocy, przed zaśnięciem.
  • Cappuccino
Czekoladowe jest naj naj!
  • Choinka
Nie jestem wierząca, ale świąteczne tradycje takie jak ubieranie choinki sprawiają mi dużą frajdę - pod tym względem jestem dużym dzieckiem. Patrzenie na gotowe, rozświetlone lampkami drzewko uspokaja mnie jak niewiele innych rzeczy na świecie. Dotyczy to też ogólnie łańcuchów świetlnych, o ile odpowiada mi rodzaj światła.
  • Cienie
Jako dziecko uwielbiałam wieczory, gdy z powodu awarii energii elektrycznej spędzaliśmy z rodzicami i babcią czas przy świecach. Któregoś razu rodzice, żeby mnie zająć, urządzili na ścianie nad moim łóżkiem teatrzyk cieni, odgrywając przy pomocy rąk różne zwierzęta. Od tamtego czasu cienie nie przestały mi się jeszcze podobać.
  • Cynamon
  • Dmuchawce
Widząc dmuchawce, nie mogę się powstrzymać przed dmuchaniem - to silniejsze ode mnie.
  • Dzwonki wietrzne
Mogłabym godzinami słuchać odgłosów wydawanych przez dzwonki wietrzne. Zaczęło się to, gdy miałam około dwunastu, trzynastu lat i podczas jednego ze spacerów po okolicy natknęłam się na dom, którego właściciel wywiesił przed drzwiami takie dzwonki. Za pierwszym razem nie umiałam się połapać, co to za odgłos. Później regularnie spacerowałam obok tego domu, aby go posłuchać.
  • Gorzka czekolada
Mam nawet swoją ulubioną - Schogetten, aczkolwiek wedlowska też jest pyszna.
  • Górskie strumienie
Pisałam już o nich przy okazji wspomnień z wakacji.
  • Huśtawki
Perfekcyjnie zaspokajają moje potrzeby sensoryczne.
  • Kijanki
Mam swoje ulubione miejsce do przypatrywania się kijankom. Dawniej było o to jeszcze łatwiej, bo żaby upodobały sobie oczko wodne rodziców i pewnego dnia zastaliśmy w nim mnóstwo skrzeku. Moim zdaniem kijanki są najbardziej urocze w momencie Między-Pomiędzy, to znaczy mają już łapki, ale mają też nadal ogony.
  • Koc z polaru
Dostałam taki od rodziców na poprzednie Boże Narodzenie. Pomijając wakacje w Norze, nie było chyba dnia, żebym nie przytuliła się do tego koca.
  • Kontakt z kotem
Kot jest dla mnie jednym wielkim przyjemnym doznaniem - lubię go dotykać, patrzeć na niego, słuchać jego mruczenia, a już najbardziej lubię te nieczęste momenty, gdy Bestia kładzie na mnie głowę lub opiera łapę.
  • Korona cesarska babci
Moja babcia zasadziła tę roślinę przed domem, zanim się urodziłam. Od tego czasu kwitnie rok w rok, zawsze w kwietniu i zawsze tylko przez kilka dni. Gdy zaczyna kwitnąć, dla mnie jest to równoznaczne z początkiem mojego ulubionego okresu w roku.
  • Krzyki bażantów
Słychać je prawie każdego wieczoru, gdy wiosną i latem chodzę na spacery pomiędzy łąkami. Dawniej po prostu je lubiłam, obecnie dodatkowo kojarzą mi się z bliską osobą.
  • Księżyc w pełni
  • Lampiony z dyń
Kojarzą mi się nie tylko z Halloween. W domu mojej mamy lampiony z dyń robiło się jesienią, odkąd pamięta. Pierwszy raz widziałam taki lampion, gdy byłam mała, a o Halloween jeszcze nikt z naszej rodziny nie słyszał - mama zrobiła go, żeby nastraszyć tatę wracającego po ciemku z delegacji.
  • Lanie wosku
Kolejny zwyczaj, który lubię od dziecka, choć nie przywiązuję wagi do tego, co sobie z wosku wywróżę (zazwyczaj już po paru dniach nie pamiętam, co to było). Lubię patrzeć, jak roztopiony wosk pada na powierzchnię wody i zastyga, bo to ślicznie wygląda. 
  • Łapacze snów
  • Mangi
Są takie kadry z mang, na które mogłabym patrzeć i patrzeć, zwłaszcza gdy próbuję opanować stres. Ostatnio bzikuję na punkcie "Opowieści panny młodej".
  • Mgły nad łąkami
Aby dojechać do pracy, muszę minąć łąki, więc oglądam je o każdej porze roku i wiem, że najładniej wyglądają jesienią, z powodu mgieł.
  • Miód
Zwłaszcza gryczany.
  • Muszle
Są bardzo przyjemne w dotyku, choć nie wiem, z czego to wynika.
  • Odloty ptaków
Mam tu na myśli gigantyczne ptasie zgromadzenia, gdy przez kilka dni w pierwszej połowie września setki ptaków zbierają się na okolicznych polach, obsiadają słupy i wyczyniają niesamowite rzeczy w powietrzu. W książce "Rzecz o ptakach" przeczytałam, że to charakterystyczne dla szpaków i że to zjawisko nazywa się murmuration. Nie dałabym głowy, że to faktycznie szpaki, ale wierzę tej książce. W każdym razie siedzenie na kocu wśród pól i patrzenie na te zgromadzenia jest jedną z najcudowniejszych rzeczy, jakich w życiu doświadczyłam. Całe szczęście, że za każdym razem byłam sama, bo nie musiałam się nikomu tłumaczyć, czemu płaczę. 




  • Piasek
Piasek musi być stosunkowo czysty, żeby był naprawdę przyjemny w dotyku, jak na Pustyni Błędowskiej.



  • Pieczarki
Zapach pieczarek jest jednym z moich ulubionych. Smak również - czy to zupa, mięso czy zapiekanka, każde danie zjem chętniej, jeżeli znajdą się w nim pieczarki.
  • Pieczenie ciast
Nie jestem jeszcze dobra w pieczeniu. Póki co asystuję mamie i mam kłopoty ze wszystkim, co wymaga działania "na wyczucie", na przykład z rozpoznawaniem, jak szybko dodawać składniki podczas miksowania lub czy ciasto ma właściwą konsystencję. Wierzę jednak, że kiedyś będę w tym dobra, bo to lubię. Pieczenie jako takie zaspokaja kilka moich potrzeb sensorycznych jednocześnie.
  • Pierniki korzenne
Gdy ja i moi kuzyni byliśmy jeszcze mali, w Polsce nie było jeszcze tylu słodyczy co obecnie, nawet na święta. Ciocia z Niemiec miała w zwyczaju przysyłać naszym rodzicom na Boże Narodzenie ogromną paczkę, pełną używanych ubrań, świątecznych słodyczy i innych produktów spożywczych. Do moich ulubionych słodyczy należały takie oto pierniki korzenne. Ich zapach i smak są bardzo intensywne, mam je w pamięci przez cały czas. Obecnie zdarza mi się upolować je, gdy pojawiają się przed świętami w niemieckich supermarketach (np. Aldi). W ogóle się nie zmieniły.
  • Pierwsze wiosenne kwiaty
Na widok pierwszych wiosennych kwiatów chce mi się płakać, bo uświadamiam sobie, że znowu przetrwałam jesień i zimę.
  • Pola rzepaku w maju
Przeżyłam spore zaskoczenie, gdy odkryłam, że wielu ludzi mieszkających w miastach nie wie, jak wyglądają pola rzepaku.



  • Rooibos
Pierwszy raz skosztowałam rooibos w moim ulubionym miejscu w Katowicach, Kluboczajowni Teoria, i już zawsze będzie mi się ten smak kojarzył z czasami studiów. Tak, wiem, że innym ludziom studia kojarzą się raczej z alkoholem, ale ja jestem wyjątkiem. Alkohol pijam rzadko, a jeszcze rzadziej mi on smakuje.
  • Różowe chmury
  • Stare książki
W drodze od dentysty mam w zwyczaju zachodzić do pobliskiego antykwariatu. Chyba tylko moja mama wie, jak trudno mnie stamtąd wyciągnąć, oczywiście wyciągnięcie mnie bez choć jednej zdobyczy jest niemożliwe. Stare książki mnie hipnotyzują, zwłaszcza jeśli ładnie pachną. W podstawówce biblioteka była jedynym miejscem, gdzie czułam się bezpiecznie na przerwach. Szkolni prześladowcy po prostu tam nie zaglądali, zupełnie jakby bibliotekę chroniło jakieś zaklęcie zmieniające idiotów w żaby.   
  • Szpat islandzki
Mój ulubiony minerał, którym można by godzinami stymulować się wzrokowo.
  • Szpinak
Wiem, że wiele osób nie znosi szpinaku do tego stopnia, że pojawia się on w książkach dla dzieci jako znienawidzony przez bohaterów element obiadu. Osobiście nie umiem tego zrozumieć, bo smak szpinaku należy do bodźców smakowych, które odpowiadają mi najbardziej. Było mi przykro, gdy w pobliskiej restauracji wycofano z menu moje ulubione danie ze szpinakiem, i ostatecznie przestałam tam bywać.
  • Szron na szybach
Pewnego zimowego poranka dwa lata temu okropnie żałowałam, że muszę jechać do pracy zamiast wrócić do domu po aparat, bo na szybach wiaty zastałam niezwykłe wzory namalowane przez szron.
  • Szyszki
  • Śpiew kosa
Kos jest moim ulubionym ptakiem. W ostatnich latach kosy upodobały sobie ogród moich rodziców jako miejsce gniazdowania, a ich śpiew (przepiękny!) słychać od trzeciej lub czwartej nad ranem.
  • Światełka pełzające po ścianach, gdy w wietrzne dni promienie słońca padają przez gałęzie
 Bogowie, czy nie da się tego jakoś sensowniej (i krócej) nazwać?
  • Świece
Wspominałam już przy okazji cieni, że okazjonalne siedzenie przy świecach sprawia mi przyjemność. Lubię też niektóre świece zapachowe, szczególnie te o zapachu cappuccino i wanilii.
  • Świerszcze
W letnie wieczory hałasują tutaj na potęgę.
  • Tęcza
  • Wanilia
  • Zapach deszczu wiosną i latem
Kiedy deszcz zaczyna pachnieć tak, jak jesienią ani zimą nie pachnie, to dla mnie znak, że zaczyna się wiosna. Chciałabym ten zapach złapać do buteleczki i przechowywać przez cały rok.
  • Zapach drewnianych domów
Kojarzy mi się z jedynymi dwoma wakacyjnymi wyjazdami nad morze, na jakie zabrali mnie rodzice. Miałam wtedy siedem lat i zachwycało mnie wszystko, po prostu wszystko, na czele z drewnianymi domkami kempingowymi, typowymi dla zakładowych ośrodków wczasowych z lat 90-tych. Pachniały starym drewnem, a ponieważ dużo padało, po werandzie pełzały ślimaki.
  • Zbieranie kasztanów
Jedna z nielicznych rzeczy, które lubię w jesieni, to zbieranie kasztanów. Obowiązkowo muszę co roku zaliczyć spacer z kieszeniami pełnymi kłujących kulek.
  • Ziemniaki z ogniska
Zauważyłam, że teraz modnie jest na pytania o ulubione danie rzucić jakąś nazwą z kuchni azjatyckiej. A mnie rzadko cokolwiek tak bardzo smakuje, jak smakowały mi zwyczajne ziemniaki z ogniska na wyjeździe z moim byłym chłopakiem i jego znajomymi.
  • Żywica
Zapach żywicy działa na mnie przeciwlękowo. Po zmianie pracy często woziłam ze sobą pojemniczek z kawałkiem waty nasączonym olejkiem pichtowym i niuchałam go w autobusie, ilekroć czułam, że nadchodzi stan lękowy. Poza tym żywica jest po prostu śliczna. Pamiętam, jak Szczur się poirytował, gdy pewnego razu na którymś górskim szlaku spodobała mi się żywica spływająca po jednym z drzew i biedak nie umiał mnie stamtąd odciągnąć.




Celowo pominęłam wszystkie przyjemne bodźce związane z motylami, żeby nie zanudzać, zwłaszcza że szykuje się kilka postów o tegorocznym sezonie na motyle. Nie uwzględniłam też bodźców związanych z kontaktem fizycznym z innymi ludźmi, co niekoniecznie nadaje się na bloga.

To kto pierwszy się odważy zrobić własną listę? :-)


niedziela, 2 grudnia 2018

[65] Pocztówka do Fukushimy



12 marca 2011 roku, w samo południe, siedziałam na łóżku mojego ówczesnego chłopaka i patrzyłam, jak ludziom we wschodniej Japonii zawala się świat.

Na ekranie rzadko włączanego telewizorka gigantyczne, niszczycielskie fale wywołane silnym trzęsieniem ziemi zagarniały wszystko, co zastały na swojej drodze. Domy unosiły się na wodzie, niektóre konstrukcje rozpadały się jak domki z kart. Relację z obszarów objętych tsunami przeplatały spekulacje na temat dalszych wypadków w elektrowni w Fukushimie.

- Dlaczego płaczesz? - spytał Świetlik, stając w drzwiach. Miał na sobie szary, puszysty szlafrok, pachniał moją ulubioną wodą toaletową i sprawiał wrażenie niezadowolonego, że obiektem mojego zainteresowania jest nie on, lecz mały telewizorek.

- Ludzie tracą życie, swoich bliskich albo wszystko, co mieli. Ciebie to nie smuci?

- Nie, przecież nikogo tam nie znam - w głosie Świetlika pobrzmiewało zdziwienie, jakby sam pomysł wydał mu się abstrakcyjny. - Poza tym codziennie na świecie umiera w różnych okolicznościach tylu ludzi, że gdybym miał się przez nich wszystkich smucić, musiałbym nigdy się nie śmiać.

Traf chciał, że dwa dni wcześniej wysłałam pocztówkę do postcrosserki z Fukushimy. Niewiele o niej wiedziałam - w zasadzie tylko tyle, że jest ode mnie o cztery lata starsza, zajmuje się ziołolecznictwem, lubi koty i książki. Miała na imię Misaki. Wybrałam dla niej kartkę ze śpiącym kotem. W jakiś niewytłumaczalny sposób ta wylosowana Japonka, choć nigdy z nią nie rozmawiałam ani nawet nie widziałam jej twarzy, sprawiła, że nie potrafiłam odzyskać spokoju ducha. Tragedia na wschodzie Japonii nie wydawała mi się tak odległa i nierzeczywista, jak Świetlikowi. Miała przynajmniej jedno imię.

Świetlik wysłuchał mnie i pospiesznie wyłączył telewizor, najwyraźniej w nadziei, że ten krok coś zmieni, ale rozmowa nadal się nie kleiła. Żadne z nas nie wiedziało, co zrobić z tą przytłaczającą atmosferą, jaka powstaje, gdy dwoje ludzi tylko pozornie mówi w tym samym języku. Ostatecznie wróciłam do domu szybciej, niż planowałam, i z ulgą powitałam ciszę. Wiedziałam, że przez Świetlika przemawiała logika, a inni ludzie zapewne zgodziliby się z nim, nawet jeśli nie powiedzieliby tego głośno. Był to jednak jeden z momentów, gdy fakt, że zazwyczaj moje uczucia różnią się od uczuć innych ludzi, bolał wyjątkowo mocno. 

A zarazem jeden z tych, które mam na myśli, kiedy przy okazji rozmów o relacjach mówię, że można przebywać wśród ludzi, a nawet leżeć obok własnego partnera, i czuć się cholernie samotnym.



12 kwietnia 2011 roku odebrałam typowego dla Postcrossingu maila z informacją o zarejestrowaniu kartki pocztowej. Ku mojemu zdziwieniu, chodziło o tę wysłaną miesiąc wcześniej do Japonii.

W miejscu, w którym chętni użytkownicy mogą dodać coś od siebie, Misaki oprócz zwyczajowych podziękowań pisała, że przeżyła tamte dni. Pocztówka odnalazła ją w jednym z tymczasowych miejsc pobytu dla ewakuowanych.

Płakałam znowu. Tym razem sam na sam.





sobota, 24 listopada 2018

[64] Motyle 2018: Gość nie z tego świata


To było jak sen.

Obudziłam się i nagle uświadomiłam sobie, leżąc z zamkniętymi oczami, że jest pierwszy dzień wakacji. Jeszcze nie czułam autentycznej radości, bardziej zdumienie. Wciąż nie do końca do mnie docierało wszystko, co się z tym wiąże: że na dwa miesiące koniec ze znienawidzonym wczesnym wstawaniem, że mogę na razie zapomnieć o planowaniu pracy, że czekają na mnie podróże, przygody... Trochę się bałam, że gdy otworzę oczy, wszystko zniknie. Otworzyłam i wtedy zobaczyłam JĄ.

Przez dłuższą chwilę nie byłam pewna, na co patrzę. Bez okularów widzę tylko mgliste zarysy przedmiotów znajdujących się dookoła. Kiedy mój mózg nareszcie połączył w całość te niewyraźne plamy barw, nie potrafiłam  uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, bo rzeczywistość wydała mi się jeszcze bardziej nierealna niż przed otworzeniem oczu. Kilka razy pytałam Szczura, czy na pewno już nie śnię.

A jednak ONA istniała naprawdę. Gigantyczna, kolorowa ćma na białej poduszce trzymanej przez Szczura, który rozsiadł się w fotelu obok mojego łóżka...

Gość nie z tego świata.


Zanim kupiłam gąsienice Atków, sporo czytałam o ich hodowli, podziwiałam zdjęcia, oglądałam filmy na YouTube. Nic jednak nie było w stanie przygotować mnie na emocje, jakich doświadczyłam na widok mojej pierwszej pawicy atlas - to było jedno z silniejszych pozytywnych doznań w moim życiu, jakby mój mózg zalał ocean hormonów szczęścia. Mogę policzyć na palcach obu rąk wszystkie dotychczasowe sytuacje, w których poczułam coś podobnego. Myślę, że był to również najpiękniejszy, najszczęśliwszy mój dzień w tym roku.

Od dawna wiedziałam, że pawice atlas w swojej dorosłej postaci żyją kilka dni, nic nie jedząc i nie pijąc, ponieważ mają zredukowany aparat gębowy. Zaskoczyło mnie jednak, że ćma przeżyła niemal pełne dwa tygodnie. W tym czasie dała się poznać jako spokojne, majestatyczne stworzenie - dni spędzała prawie całkowicie nieruchomo, siedząc w jednym miejscu, pozwalała się brać na ręce, przenosić i fotografować do woli. Skrzydła otwierała tylko wtedy, gdy poczuła podmuch powietrza, nigdy jednak nie próbowała latać w dzień. Dopiero nocami ożywała, krążyła po przeznaczonym dla niej pokoju i codziennie składała po kilka niezaplemnionych, mocno przytwierdzonych do powierzchni jaj: a to na szybie, a to na ścianie, innym znowu razem na firance. Rano znajdowałam ją w różnych dziwnych, niekoniecznie bezpiecznych miejscach (na przykład tuż obok drzwi), więc zazwyczaj sadzałam ją na liściach roślin doniczkowych, żeby odpoczywała bezpiecznie. Po tygodniu straciła kawałeczek skrzydła, ale nie przeszkadzało jej to w dalszym lataniu. Słabła bardzo powoli, a zmarła dopiero po zniesieniu kilkudziesięciu jaj, ze znacznie "odchudzonym" odwłokiem.

Codziennie zaglądałam do pawicy, czasami również w nocy. Gdy w ciemności latała mi nad głową, szybko biło mi serce, jakby pod moją nieobecność do pokoju wpadł nietoperz albo ptak. Nie da się tego porównać do lotu polskich ciem. Jej oczy świeciły w ciemności, co potęgowało wrażenie niezwykłości tej sytuacji.

Zawsze rozczulały mnie odnóża tej wielkiej ćmy - jedyna jej część ciała, która przypominała mi, że to stworzenie było kiedyś dobrze mi znaną smoczą gąsienicą. Kiedy usiadła na jakiejś powierzchni, odczepienie jej stanowiło nie lada wyzwanie, podobnie jak parę miesięcy wcześniej odczepienie larwy. I tak samo silny pozostał chwyt jej odnóży na mojej ręce.

Równie mocno trzymała się życia.




 


sobota, 3 listopada 2018

[63] Jesień, która przyszła w sandałkach


Spośród czterech pór roku jesień jest tą, którą lubię najmniej, i to się raczej nigdy nie zmieni. Każdy, kto ze mną sporo rozmawia, doskonale o tym wie, bo narzekam na nią nieraz. Powodów jest wiele: coraz krótsze dni, ciemność przed wyjściem i po powrocie z pracy, nieustanna senność, ból oczu od dużej ilości sztucznego światła, przeziębienia, koniec sezonu na motyle, a przede wszystkim trudności z przyzwyczajeniem się do nowej rutyny i nasilone bóle stawów. Tegoroczna jesień rozpoczęła się jednak wyjątkowo łagodnie. Zamiast w kaloszach - przyszła w sandałkach.

Zanim wszystko, co wymieniłam, zaczęło mi się dawać we znaki, minął cały wrzesień (który zaliczam do jesieni, bo zwykle już na początku września się to wszystko zaczyna) i połowa października, podczas gdy rok temu czułam się źle od pierwszych dni września. Wiele było tak ciepłych i słonecznych dni, że tylko zmiany w wyglądzie roślin i stopniowe ubywanie owadów przypominało mi, jaka to pora roku. Łatwiej niż zwykle było mi cieszyć się drobnostkami: zbieraniem kasztanów, pieczeniem pierwszego tej jesieni ciasta, coraz częstszym przychodzeniem Bestii do mojego łóżka, widokiem stad odlatujących ptaków.

Pewnego szczególnie pięknego, ciepłego wrześniowego dnia przyjechali moi ulubieni goście: ciocia, wujek, kuzynka, kuzyn ze swoją rodzinką oraz Szczur. Siedzieliśmy na leżakach jak, nie przymierzając, w środku lipca, jedliśmy pyszne gorące dania (w tym nowość autorstwa mojej mamy: pieczone kulki z piersi kurczaka wypełnione farszem z kaszy i pieczarek), gadaliśmy, śmialiśmy się, a najmłodszy członek rodziny budował wieże ze zwierząt i zachwycał się świerkowymi szyszkami. Później ja i Szczur pojechaliśmy do lasu, gdzie zastaliśmy różne dziwy, w tym ogromne muchomory.

Łatwiej niż w poprzednich latach było mi też używać aparatu. Dzięki temu, choć ostatnie dwa tygodnie października okazały się już mniej łaskawe dla mojego zdrowia, wrzesień i październik zapamiętam tak:

















niedziela, 7 października 2018

[62] Podsumowanie lata


1. Jak co roku, spędziłam większość wakacji w Szczurzej Norce - pomieszkiwałam tam przez około pięć tygodni. Przez dwa tygodnie byłam w domu, a kolejne dwa przeznaczyliśmy ze Szczurem na dłuższe wyjazdy.

2. Nie chorowałam. W odróżnieniu od poprzedniego lata, gdy dwa tygodnie z życia zabrały mi grypa żołądkowa i dochodzenie do siebie po grypie, nie miałam żadnych problemów zdrowotnych poza sporadycznymi rewolucjami żołądkowymi na tle nerwowym. Nawet stawy mało mi dokuczały. Pod względem zdrowotnym to było cudowne lato.

3. Tradycyjnie przygotowywałam sobie wszystkie posiłki podczas wakacjowania się w Norze. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że gotowanie obiadów, choć raczej nigdy nie stanie się moją pasją, nie zżera już aż tylu zasobów mojego mózgu co kiedyś. Trochę tak, jakby procedury przygotowywania najprostszych posiłków przestały zajmować cały RAM i zostały zapisane na jakimś nośniku, skąd można je odczytywać do woli. Po dłuższej przerwie od gotowania muszę jednak wspomagać się zeszytem.

4. Pierwszy raz byłam na Słowacji. No dobra, jeżeli ktoś chciałby być bardzo dokładny, to podobno kiedyś już znalazłam się po drugiej stronie granicy polsko-słowackiej - podczas spływu Dunajcem. Trudno jednak traktować to jako prawdziwą wizytę w innym państwie, skoro nawet nie zeszłam na ląd.




5. Przy okazji wyjazdu na Słowację nauczyliśmy się - niestety, na błędach - jak nie należy wyruszać w podróż za granicę, jeżeli jest się osobą źle znoszącą nagłe sytuacje. A mianowicie, że lepiej nie odkładać niczego na ostatnią chwilę, szczególnie zakupu potrzebnych leków i wizyty w kantorze, ani nie wsiadać do samochodu bez sprawnej nawigacji. Przydaje się też zapas wszelkiej maści żarówek do samochodu, bo te lubią odmawiać współpracy w najgorszym możliwym momencie.

6. Przez ponad tydzień gościliśmy w Norze Powszelatka. Początkowo miałam pewne obawy, czy się nie pozabijamy, bo z dziewczynami zawsze trudniej mi było się dogadać niż z facetami, nie mówiąc już o dzieleniu wspólnej przestrzeni dłużej niż przez jeden dzień. Martwiłam się jednak niepotrzebnie, jako że nie pokłóciliśmy się ani razu. Przeciwnie, wspieraliśmy się, pomagaliśmy sobie nawzajem i szanowaliśmy potrzeby pozostałych, także potrzebę spędzania pewnej ilości czasu w samotności. Pomieszkując z dwiema bliskimi osobami, czułam się bardzo szczęśliwa. Do tego stopnia, że chciało mi się płakać, gdy Powszelatek musiał wracać do domu.

7. Szczur odczarował dla mnie Tatry. Nie tylko wyciągnął mnie do Zakopanego, do którego po szkolnej wycieczce miałam uraz przez połowę życia, ale jeszcze sprawił, że nie miałam najmniejszej ochoty wracać i gdybym mogła, jeździłabym tam przynajmniej na jeden weekend w miesiącu. Jak tego dokonał? O tym trzeba będzie napisać osobny post.

8. Przeszłam swoje pierwsze szlaki w Tatrach, póki co takie uważane przez większość ludzi za bardzo łatwe. Wlazłam na Halę Kondratową i na Myślenickie Turnie, poznałam doliny Olczyską, Strążyską i Ku Dziurze. Zgodnie z obietnicą, Szczur dostosowywał wycieczki do moich możliwości, a więc chodziliśmy zupełnie na luzie. Jednego dnia, gdy źle się czułam, zrobiłam sobie wolne, a Szczur wybrał się sam na bardziej hardkorową wycieczkę. Wiem, że brakuje mu takiego prawdziwego łażenia po górach, wysiłku fizycznego na trudnych szlakach. Stopniowo robię postępy w chodzeniu po górach, więc za kilka lat mogę radzić sobie lepiej, ale póki co chciałabym, aby następny wyjazd w Tatry był dłuższy i oprócz wspólnych wycieczek było więcej czasu na indywidualne potrzeby. Gryzoń powinien w niektóre dni się w tych górach swobodnie wyhasać, a ja w tym czasie mogę robić cokolwiek, choćby szukać gąsienic albo robić zdjęcia na łące.

9. Tego lata Bóg Motyli był dla mnie łaskawy. Wyhodowałam dwadzieścia pięć kratkowców, dziewięć pawików, cztery admirały, pięć niedźwiedziówek nożówek, brudnicę nieparkę i całe stado Safonidów. Znalazłam też, pierwszy raz od lat, wieczernicę szczawiówkę oraz narożnice zbrojówki - czy będzie im dane przeżyć zimę, zobaczymy za parę miesięcy. Nie udało się, niestety, z widłogonką ani z namiotnikami, które spasożytowały muszki.

10. Rozmnożyłam drugi po znamionówce starce gatunek ćmy: brudnicę nieparkę. W dodatku rozmnożyłam ją pomimo zdeformowanych skrzydeł.

11. Pierwszy raz w życiu hodowałam modliszkę. Co za tym idzie, hodowałam także świerszcze. To jednak długa historia, zdecydowanie za długa, żeby poświęcić jej jeden akapit.

12. Przez niemal dwa tygodnie mieszkała u mnie egzotyczna ćma. I choć ostatecznie tylko jednemu z atlasów udało się dożyć dorosłości, obcowanie z tym ogromnym stworzeniem i tak było niezwykłym przeżyciem.

13. Zwiedziłam kolejne cztery zamki: na Słowacji Budatin, Lietavę i Strecno, a w Polsce - Chudów.

14. Odwiedziłam znowu, po dwuletniej przerwie, zamek w Czersku. W Czersku na szczęście nic się nie zmieniło, poza tym, że członkowie bractwa rycerskiego bywają tam jeszcze częściej. Podobnie jak ostatnio, kupiłam od nich śliczny wypalany w kamieniu wisiorek, tym razem z tropem pumy.

15. W ramach powrotów w ulubione miejsca pojechałam też zobaczyć, jak się mają ukryte wśród łąk bunkry. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, czy bunkry mogą być romantyczne: tak, mogą. Przynajmniej dla Rosomaka.

16. Aż trzy razy pojechałam do Puszczy Kampinoskiej, tym razem na szczęście bez gorączki, za to w doborowym towarzystwie. Nie obyło się bez przygód: za pierwszym razem natknęliśmy się na burzę, a za drugim pogubiliśmy się w drodze do mogiły powstańczej i nadłożyliśmy drogi.

17. Widziałam więcej dzikich zwierząt niż w poprzednie wakacje: sarnę, lisy, jeża, padalca.

18. W przeddzień powrotu ze Słowacji do Polski Szczur zabrał mnie po zmroku na klimatyczny spacer po okolicy. Od dawna marzę o nocnym spacerze po lesie z kimś bliskim. Ten spacer może i nie spełniał wszystkich kryteriów spaceru po lesie, bo droga była asfaltowa, ale i tak czułam się wyjątkowo. Drzewa wyglądały groźnie, nad nimi krążyły nietoperze, a worek na śmieci udawał ducha. Mijaliśmy też cmentarz (specjalne pozdrowienia dla Katji!).

19. Inną przefajną inicjatywą Szczura był pomysł, aby o zmierzchu wjechać kolejką na Gubałówkę i zobaczyć Tatry nocą. Okoliczności nie do końca dopisały, ponieważ na górze odbywał się akurat hałaśliwy koncert - kolejny raz przekonaliśmy się, że nigdy nie wiadomo, co wymyślą neurotypowi. Nie żałowałam jednak, że przystałam na ten pomysł. Pierwszy raz patrzyłam na Księżyc z tak wysoka.

20. Zaliczyłam swoją drugą jaskinię, choć ze względu na niezbyt odpowiedni strój nie weszłam tak głęboko jak inni. Było to w Tatrach, a jaskinia nazywała się tym razem bardzo prozaicznie: Dziura.

21. Byłam w warszawskim ogrodzie zoologicznym.

22. Zaprosiłam Szczura na koncert japońskiego zespołu Amaterasu z okazji święta Tanabaty, o którym już pisałam w pamiętnikach lipcowych. Wspomniałam wtedy, że muzycy pochwalili się swoim udziałem w najnowszej polskiej edycji "Mam Talent". Jeżeli ktoś z Was chciałby ich zobaczyć i posłuchać, odsyłam na Youtube, ale uprzedzam, że to nie to samo. Tę muzykę się przede wszystkim czuje, całym ciałem - w maleńkiej salce w Centrum Popkultury Yatta wibrowało wszystko.

23. Zobaczyłam dwie wystawy w Pałacu Kultury i Nauki: "Perły motoryzacji w Polsce" i "Fascynujący świat pająków i skorpionów", gdzie pierwszy raz w życiu wzięłam na rękę ogromnego pająka. Jak już pisałam w wakacyjnych pamiętnikach, okazało się to całkiem przyjemne sensorycznie, ale nie zamierzam hodować pająków. Moje serce należy do owadów.

24. Zwiedziłam trzy warszawskie muzea: Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie i Muzeum Farmacji.

25. Byłam też w Muzeum Janosika w Terchovej. Szczerze mówiąc, znałam legendę o Janosiku, ale o życiu tego prawdziwego nic konkretnego nie wiedziałam i zmieniło się to dopiero na Słowacji, gdzie jest on bohaterem narodowym. W muzeum można między innymi obejrzeć film, który - ku mojemu zdumieniu! - został przetłumaczony na kilka języków, w tym polski. Wystarczy powiedzieć pani z personelu muzeum, że przyjechało się z Polski. Po zwiedzeniu wystawy o Janosiku poszliśmy jeszcze zobaczyć jego pomnik, znajdujący się na wzgórzu za Terchovą.




26. Dzięki wyjazdom udało mi się uniknąć dwóch imprez rodzinnych z dużą liczbą gości.  

27. Poznałam trochę lepiej synka mojego kuzyna. Nigdy wcześniej nie miałam bliższego kontaktu z tak małym dzieckiem, to znaczy poniżej trzeciego roku życia. Choć generalnie uwielbiam dzieci, od maluchów wolę się trzymać z daleka, bo sensorycznie trudno mi wytrzymać wydawane przez nie dźwięki. Teraz jest jeden wyjątek - synek kuzyna właśnie. To bardzo pogodny chłopiec, który od wiosny regularnie przyjeżdża do nas wraz ze swoimi rodzicami, żeby pobawić się na świeżym powietrzu, i od wiosny tylko raz się podczas tych wizyt rozpłakał.

28. Spotkałam się z przyjaciółką w kociej kawiarni (patrz: pamiętniki sierpniowe).

29. W nietypowych dla stolicy, plażowych okolicznościach przenieśliśmy ze Szczurem do "reala" znajomość z Asią, autorką bloga Wywody Pokątne (patrz: pamiętniki sierpniowe).

30. Obiecałam sobie, że przeczytam w wakacje sagę wiedźmińską, ale postanowienia nie dotrzymałam. "Wieżę Jaskółki" i "Panią Jeziora" przeczytałam dopiero we wrześniu. Mimo to jestem bardzo zadowolona, że zdecydowałam się na drugie podejście do Sapkowskiego. Podczas pierwszego podejścia, gdy miałam kilkanaście lat, bardzo spodobały mi się opowiadania, ale przygodę z pięcioksięgiem zakończyłam na "Czasie pogardy", z dość mieszanymi uczuciami. Nie umiałam wtedy utożsamiać się z bohaterami, na przykład nie mieściło mi się w głowie, że można kogoś kochać, a jednocześnie z własnej woli uprawiać seks z innymi. Obecnie lubię sagę wiedźmińską o wiele bardziej niż byłam w stanie polubić ją kiedyś, prawdopodobnie właśnie dlatego, że znacznie lepiej rozumiem bohaterów. Po raz kolejny potwierdziło się, że do niektórych książek muszę dojrzeć i że zajmuje mi to więcej czasu niż innym ludziom. Cóż, rozwój intelektualny nie idzie u mnie w parze z emocjonalnym.

31. Pod wpływem "Opowieści panny młodej" wróciłam do czytania mang, aczkolwiek kupowanie kolejnych tomów idzie mi bardzo powoli.

32. Tego lata, w przeciwieństwie do poprzedniego, rzadko oglądałam filmy i seriale. Prawdopodobnie dlatego, że przez większość czasu dobrze się czułam, a przede wszystkim nie chorowałam, więc zawsze miałam coś ciekawszego do roboty. Obejrzałam ze Szczurem kolejne trzy filmy Hayao Miyazakiego, "Kimi no Na wa" Makoto Shinkaia i "Strażników Galaktyki", a sama dwa seriale anime: "Yuru Camp" i "Sora Yori mo Tooi Basho"... i tylko tyle. Czasami sprawdzałam w sieci, co nowego w najbliższym kinie, ale nic mnie nie zainteresowało.

33. Sprawdziłam, jak to jest znaleźć się wewnątrz drzewa. Serio. W okolicy zamku w Chudowie rośnie najgrubsza w Polsce topola kanadyjska o imieniu Tekla, z ogromną dziuplą. Do dziupli prowadzą drzwi, a w środku znajdują się krzesła, stoliczek i... światło elektryczne. Chyba nikogo nie zdziwi, że chętnie zostałabym tam na dłużej, zwłaszcza że odkryłam Teklę w ostatnich dniach urlopu. Nie pogniewałabym się też, gdyby takie niezwykłe drzewo nagle wyrosło w ogrodzie.




33. Zakochałam się w górskich strumieniach. Nieważne, z jak silnym lękiem się obudziłam, spacer z szumem strumienia w tle zawsze mi pomagał, dosłownie zawsze. Tego dźwięku i jego działania na mnie nie umiem porównać do żadnego innego doświadczenia. Gdybym mogła, zabrałabym taki strumień do domu.




34. Miałam szczęście zobaczyć najdłuższe w tym stuleciu całkowite zaćmienie Księżyca i opozycję Marsa. Wielu moim znajomym nie udało się go zaobserwować z powodu zachmurzonego nieba.

35. Nareszcie zobaczyłam na żywo radiostację w Gliwicach, a przy okazji pobawiłam się w tamtejszym parku doświadczeń.




36. Na początku wakacji wylogowałam się ze wszystkich fejsbukowych grup dla dorosłych ze spektrum. Ta decyzja dobrze mi zrobiła psychicznie - przestałam się emocjonować internetowymi dramami, porównywać siebie do innych i mieć poczucie winy w sytuacjach, gdy zdanie większości różni się od mojego. Początkowo planowałam wrócić do grup po kilku tygodniach, ale póki co nie wróciłam. Nie wiem, czy i kiedy to zrobię. Przekonałam się kolejny raz, że zdecydowanie wolę utrzymywać z ludźmi kontakty jeden na jednego.

37. Doświadczyłam paru rzeczy, które są zbyt intymne, by pisać o nich na blogu, a które od dawna chciałam przeżyć. I nie żałowałam ani przez chwilę.

38. Zapisałam się na studia podyplomowe.

39. Odbębniłam jedno ważne badanie i wizytę u jednego lekarza specjalisty.

40. Nie wiem, jak to zrobiłam, ale podpadłam rodzicom Szczura. Jeszcze rok temu czułam, że mnie lubią, a w tegoroczne wakacje odniosłam wrażenie, że nie bardzo, i to zaraz na wstępie. To jedyny punkt tegorocznego zestawienia, z którego nie jestem zadowolona. Niestety, zazwyczaj nie wiem, dlaczego ktoś zaczyna czuć do mnie niechęć, bo w moim odczuciu zachowuję się zawsze tak samo, jeśli chodzi o życie codzienne. Z kolei w nietypowych, nowych dla mnie sytuacjach zdarza mi się popełniać w kontaktach z ludźmi gafy, które z pewnością działają na moją niekorzyść, ale są niemożliwe do przewidzenia. Bo skąd mogę wiedzieć, że dana sytuacja wystąpi, jeśli nie wydarzyła się nigdy wcześniej?

41. Dostałam jeden z najpiękniejszych własnoręcznie wykonanych prezentów, jakimi kiedykolwiek mnie obdarowano: ogromne origami 3D.

42. Poznałam osobę, która podróżuje po Afryce, odwiedzając wszystkie państwa wzdłuż zachodniego wybrzeża, od RPA po Maroko. Dzięki jej pomocy udało mi się zdobyć pocztówki z kilku afrykańskich państw, takich jak Kamerun czy Gabon. Niektóre z nich dotarły do mnie jeszcze w wakacje, niektóre są w drodze, a jeszcze inne dopiero zostaną wysłane, bo ta niezwykła podróż ma trwać... cały rok.

43. Zamiast lustrzanki zabrałam na wakacje najnowszy aparat, mały i leciutki. Koniec upierania się przy używaniu lustrzanki wpłynął dobrze zarówno na moje stawy, jak i na zdjęcia. W międzyczasie mój były chłopak, Świetlik, wypożyczył Nikony i dobrze się z nimi bawił. Rozregulował wszystkie moje domyślne ustawienia, a ponieważ zupełnie nie pamiętam, jakie były, to teraz prędzej wyrośnie mi na głowie paproć niż zrobię udane zdjęcie Nikonem. (Pozdrawiam wszystkich, którzy mają nadmierną słabość do fotografujących facetów i wpadają przez to w tarapaty).

44. Przetrwałam meltdown roku (na Krupówkach).

45. Zrobiłam wielkie porządki w newralgicznych częściach mojego pokoju, a mianowicie w biblioteczce, szafie z pomocami do pracy i szafie z ubraniami. Najbardziej jestem dumna z tego, że nareszcie przestałam chomikować w szafie swoje ulubione bluzki z czasów gimnazjum i liceum, których nie potrafiłam się pozbyć, mimo że od dawna mi nie pasowały. Kupiłam też szafkę na buty i obmyśliłam przejrzysty system przechowywania obuwia. Może w końcu uda mi się zapanować nad tą częścią garderoby.

46. Odkryłam wyjątkowe skarpety, idealne dla mnie na lato, gdy dużo chodzę - bezuciskowe, przyjemne w dotyku i krótkie, a jednocześnie wydłużone nad piętą, dzięki czemu adidasy nie obcierają stopy w tym wrażliwym miejscu. Nazywają się Xintao. Oswoiłam też nowe adidasy (tylko bogowie wiedzą, jakie to dla mnie trudne).

47. Uporządkowałam biblioteczkę Szczura i wystawiłam na aukcje charytatywne siedemdziesiąt książek, których zdecydował się pozbyć. Przy okazji nauczyłam się wysyłać przesyłki paczkomatem z wykorzystaniem naklejek. Wcześniej ta procedura jakoś mnie przerażała, choć nie potrafię wyjaśnić, dlaczego.

48. Pozbyłam się ze swojego pokoju reliktu przeszłości - kolażu ze zdjęć, ulotek, rysunków i innych karteluszków, który wykonałam w latach studenckich w ramach pewnych warsztatów, aby przedstawić siebie. Dzieło to wisiało przez kilka lat nad moim łóżkiem, a ja nie potrafiłam się go pozbyć, choć czułam ból, patrząc na portret z moją eks-przyjaciółką Mewą czy pejzaż autorstwa byłego chłopaka. Pogodzenie się z utratą osób, które były mi najbliższe przez ponad sześć lat, zajęło mi bardzo dużo czasu. Kolażu nie wyrzuciłam, ale zdjęłam go i umieściłam w bezpiecznym miejscu, gdzie na co dzień nie zaglądam. A nad łóżkiem zamierzam powiesić zdjęcia motyli.

49. Choć staram się panować nad swoimi skłonnościami do chomikowania, przywiozłam z wakacji więcej pamiątek niż zwykle: piękne ptasie pióra, przypinkę z motylem, aż kilka magnesów na lodówkę (to jakiś nowy, niebezpieczny bzik), płyty z góralską muzyką, kubek z kotami, upominki od Lawendy i Powszelatka, gigantyczne szyszki, pyszne słowackie słodycze, kilka par wełnianych góralskich skarpet... Uff, to chyba wszystko. 




50. Na początku wakacji wpadłam na dziwny pomysł, że każdego dnia będę robić sobie selfie w momencie, gdy poczuję się szczęśliwa. Sama nie wiem, dlaczego taki pomysł zakiełkował w mojej głowie, bo na co dzień nie jestem fanką selfies, zwłaszcza pstrykanych telefonem. Nie chodziło mi o wrzucanie ich do sieci - tego nie robiłam. Po prostu w pewnym momencie spontanicznie wyjmowałam telefon i robiłam sobie fotkę, niezależnie od reakcji towarzyszących mi osób. Ot, takie nietypowe doświadczenie. Ostatecznie nie udało mi się sfotografować swojej gęby codziennie, bo w niektóre dni zwyczajnie zapomniałam. Mimo to czuję przypływ pozytywnych emocji, gdy patrzę na te zdjęcia i wspominam chwile, w których je zrobiłam. A jednocześnie ogromną tęsknotę za latem...

piątek, 21 września 2018

[61] Pamiętniki sierpniowe


1.08
Odhaczyłam kolejny punkt na mojej prywatnej liście muzeów do odwiedzenia, którą noszę w głowie: Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Zwiedzenie go kosztowało mnie i Szczura sporo mamony, a to dlatego, że zajęło nam aż dwa dni. Pierwszego dnia nie udało nam się dotrzeć nawet do II wojny światowej, dlatego wybraliśmy się jeszcze raz. I nie żałuję! 
Muzeum robi wrażenie. To ogromny, nowoczesny moloch, pełen informacji, z którymi nigdy wcześniej się nie zetknęłam. Jeżeli muzea wciąż jeszcze kojarzą się komuś z nudnymi statystykami, na pewno stamtąd podobnych wrażeń nie wyniesie - nie brakuje okazji do kontaktu z jednostkowymi historiami (osobiście do takich historii mam najlepszą pamięć), a interaktywnych eksponatów jest całe mnóstwo. W niektórych salach było wręcz tyle do oglądania, czytania i dotykania, że nie wiedziałam, w jakiej kolejności zwiedzać.
Nie wątpię, że większości neurotypowych wystarcza jeden dzień w Muzeum Historii Żydów Polskich, zwłaszcza jeśli korzystają z usług przewodnika. Dla mnie taka ilość bodźców wzrokowych nie jest łatwa do udźwignięcia, przez co zmuszanie się do zwiedzania szybciej mogłoby skończyć się meltdownem. Jeżeli ktoś woli chodzić po muzeum w niespiesznym tempie, nie pomijając prawie żadnych eksponatów, a do tego szybko przestymulowuje się wzrokowo, szczerze polecam przeznaczyć na tę wycieczkę dwa dni.




2.08
W nocy, niedługo przed położeniem się spać, wyrżnęłam małym palcem u lewej nogi o kant łóżka. Bolało paskudnie, jak zawsze w przypadku uderzenia w stopę, bo stopy są jakoś wyjątkowo wrażliwe na ból. Prawie do czwartej siedziałam na łóżku, przykładając lód do palca. Obudziłam się o ósmej, więc jestem naprawdę niewyspana.
Moja koordynacja wzrokowo-ruchowa pozostawia wiele do życzenia. Ciągle się o coś obijam, pomimo że wiem przecież, gdzie meble stoją. Zwłaszcza nogami. Nie poruszam się wcale szczególnie szybko czy impulsywnie. Mam problemy z oceną odległości w przestrzeni - zawsze wydaje mi się, że od mojej nogi do mebla jest dalej, niż w rzeczywistości jest.
Najgorsze jest to, że już raz zdarzyło mi się niemal identyczne zdarzenie w Norze, tylko przy innym łóżku - wtedy jednak poszłam spać bez okładów i potem bardzo długo miałam spuchnięty, okropnie posiniaczony palec. Od tego czasu staram się bardzo uważać, na przykład nie chodzić po Norze po ciemku. I znowu... Tym razem palec wygląda lepiej, ale boli podobnie i równie źle się chodzi. Nie wiem, co zrobić, żeby być w stanie chodzić na spacery z takim palcem, a nic mnie tak nie relaksuje jak spacery wieczorami.

(później)
Uff, jak gorąco... Puff, jak gorąco...
Siedzę sobie na osiedlowej ławeczce, wśród drzew, i czytam kolejny tom "Wiedźmina", bo na spacer pójść nie dam dziś rady. Nagle obok mnie przejeżdżają dwaj mali chłopcy na rowerach. Jeden wrzeszczy do drugiego, za którym nie może nadążyć, w charakterze wyzwiska: "Jesteś niewinnym wariatem!".
Tak sobie myślę... Ciekawe, co bardziej obelżywe: być uznanym za niewinnego czy za wariata?

4.08
Długo nie mogliśmy się ze Szczurem zdecydować, co ze sobą dzisiaj począć, aż w końcu pojechaliśmy na króciutką wieczorną wycieczkę do Czerska. Tamtejszy zamek należy do moich ulubionych - głównie ze względu na wspomnienia sprzed dwóch lat, kiedy wybraliśmy się tam razem po raz pierwszy - dlatego od dłuższego czasu wierciłam Szczurowi dziurę w brzuchu, żeby w któryś weekend odwiedzić Czersk ponownie. W sezonie letnim na zamku co weekend goszczą rekonstruktorzy, którzy organizują różnego rodzaju pokazy i warsztaty na temat życia w minionych epokach. Można między innymi przymierzyć elementy rycerskiej zbroi, postrzelać z łuku, kupić ręcznie robioną biżuterię czy wyroby pszczelarskie.
W Czersku kolejny raz przekonałam się, że dzięki leczeniu stawów jakość mojego życia zmieniła się diametralnie. Podczas gdy dwa lata temu wchodzenie na wieże po dziesiątkach wysokich schodów było dla mnie bolesne, bo łamało mnie w kolanach, tym razem dotarłam na górę błyskawicznie.




5.08
Nasza najnowsza wyprawa do Kampinosu upłynęła pod znakiem poszukiwania mogiły powstańczej. Udało się, choć zielony szlak, który miał nas doprowadzić do celu, w kluczowym momencie okazał się źle oznaczony i nadłożyliśmy 0,8 kilometra, zanim zdaliśmy sobie sprawę, że cel został gdzieś w tyle. Dzięki pomyłce odkryliśmy za to nadrzewną kapliczkę i przepiękne bagno. Łącznie przeszliśmy ponad 9 kilometrów.
Tym razem nie zauważyłam żadnych ciekawych motyli ani gąsienic, ale wycieczka obfitowała w spotkania z dzikimi zwierzętami. Pierwsza była sarna na skraju lasu, biegnąca całkiem niedaleko od nas. Później natknęliśmy się na padalca pełznącego ścieżką. Na końcu, wyjeżdżając z Puszczy, zobaczyliśmy z samochodu liska. W Puszczy znalazłam też cudowne pióra - jak poinformował mnie niezawodny Powszelatek, należały wcześniej do puszczyka i grubodzioba.






7.08
Zaadoptowałam modliszkę Genowefę.

8.08
Nadszedł czas na urbeksy!
Po dwóch latach od naszej poprzedniej wizyty pojechaliśmy zobaczyć, jak się mają bunkry, które odwiedziliśmy podczas jednej z pierwszych wspólnych wycieczek. Wtedy zaskoczył nas ulewny deszcz i Szczur ogrzewał mnie przytulaniem w jednym z bunkrów, ponieważ mocno zmarzłam.
Szczur stwierdził, że trochę się pozmieniało - niektóre miejsca zarosły roślinnością, gdzieniegdzie przybyło śmieci i innych śladów bytności ludzi. Ja natomiast spojrzałam na te bunkry z zupełnie innej perspektywy niż wtedy, podczas ulewy. Mają klimat - choć sporadycznie mija się innych ludzi, generalnie panuje spokój, jest cicho. Latem rosną tam piękne rośliny, między innymi wierzby o wyjątkowo zadbanych liściach (te z osiedla są zazwyczaj mocno poobgryzane) i dzikie róże. Wydaje mi się też, że przybyło graffiti. Ucieszyłam się, widząc, że mój ulubiony buldożek francuski zdobi ścianę do dzisiaj, że nikt go nie zniszczył.
W jednym miejscu Szczur przeniósł mnie przez trawy i to też było bardzo przyjemne
.






9.08
Ogromne połacie piasku, w którym można utonąć, charakterystyczny zapach dzikiej wody, ryby wyskakujące z wody, konary leżące na brzegu, a gdzieniegdzie nawet muszelki... Wczoraj na spacerze z Joanną, jej synkiem Mistrzem Zen i Szczurem przekonałam się, że w stolicy są miejsca, gdzie można się poczuć prawie jak nad morzem. Prawie, bo bez rozwrzeszczanych tłumów zagarniających każdy skrawek przestrzeni.
Komarom też się podobało - gryzły jak wściekłe.
A w drodze powrotnej, już po ciemku, spotkaliśmy na ulicy... jeża. Akurat w rocznicę dnia, gdy Szczur śpiewał jak najęty piosenkę o jeżu, którego przelecieć się nie da. 




10.08
Już dwudziesta trzecia, a jacyś idioci w okolicy na cały głos puszczają muzykę i wrzeszczą: "Pokaż d...!", "Pokaż ch...!". Co jest z tymi ludźmi?  

11.08
Minęła kolejna rocznica mojej rejestracji na postcrossing.com. Nie chce się wierzyć, że to już dziewięć lat...

Ostatnio Szczur kupił książkę, do której dołączona była zakładka z napisem: "Prawdziwi mężczyźni czytają książki".
Ale prawdziwi mężczyźni nie tylko czytają książki. Potrafią też oddać je na aukcje charytatywne! Postanowiłam zająć się logistyczną stroną tego przedsięwzięcia: fotografowaniem książek i wystawianiem ich na aukcje na rzecz Dagi. Nie podejrzewałam jednak, że gryzoń będzie skłonny pozbyć się aż tylu książek.
I dlatego od paru dni siedzę z nosem w książkach, w dodatku takich, które niezbyt mnie interesują. Cóż, jak się powiedziało "a", to trzeba też powiedzieć "b"!

13.08
Po czterech dniach walki z aparatem, laptopem i kurzem udało mi się wystawić na Allegro wszystkie książki przeznaczone przez Szczura na aukcje. Czyli łącznie siedemdziesiąt.

Dzisiaj dzwonił do mnie neurotypowy kumpel, z którym nie miałam kontaktu przez dwa miesiące.
W ciągu dziesięciu minut rozmowy kumpel zdążył:
- wypytać mnie, którzy z ludzi wyskakujących w Googlach po wpisaniu mojego nazwiska są moimi krewnymi,
- zapytać, czy Szczur już mi się oświadczył,
- zapytać, czy mój były chłopak ma już dziewczynę, i wyrazić swoje zdanie na ten temat,
- obgadać ze mną znajomą parę naukowców stosujących wątpliwe etycznie metody.
O nic innego niż ludzie kumpel nie pytał i o niczym innym nie opowiadał. A podobno to aspi mają obsesyjne zainteresowania!

15.08
Moja przyjaciółka Lawenda zaprosiła mnie do kociej kawiarni. O wizycie w takiej kawiarni marzyłyśmy obie jeszcze w czasach, gdy w Polsce nie istniała ani jedna, a my przeczytałyśmy o nich w Internecie. 
Troszkę się obawiałam hałasu, wiedząc, że Miau Cafe czasem oblegają tłumy, tymczasem okazało się, że koty mają ciekawy wpływ na ludzi: nawet gdy wszystkie stoliki są zajęte, ludzie zachowują się znacznie ciszej niż w innych znanych mi kawiarniach. Sam lokal jest natomiast tak klimatycznie i przytulnie urządzony, że na ten moment nie potrafię wyobrazić sobie nic bardziej klimatycznego i przytulnego.
Większość kotów spała, gdy przyszłam, ale wszystkie jak jeden mąż wstały w porze swojego posiłku, na godzinę czy półtorej przed zamknięciem kawiarni. Niektóre chętnie nawiązywały kontakt, podchodząc, łasząc się, a nawet próbując podkraść gościom ciastka. Moją ulubienicą została ogromna, puszysta, szylkretowa kotka o wyjątkowo władczym - nawet jak na kota - sposobie bycia. 
Zanim jeszcze dorośli mieszkańcy kawiarni obudzili się, a moja kumpela dotarła na miejsce spotkania, panie z personelu na pewien czas wniosły na salę kocięta. Kiedy te dwie żywiołowe kuleczki zaczęły figlować pośród stolików, same i z gośćmi, poczułam, jak moje serce topnieje w ułamku sekundy, a wszystkie wcześniejsze obawy ulatują gdzieś bardzo, bardzo wysoko. Oczywiście, ja też się z kociętami wybawiłam za wszystkie czasy. To był prawdziwy deszcz endorfin! Od wieków nie miałam okazji do bezpośredniego kontaktu z tak maleńkimi kotkami, ostatni raz chyba w czasach podstawówki. (Bestię przygarnęłam, gdy miał już około dziewięciu miesięcy).
Z Miau Cafe wróciłam nie tylko z kojącymi wspomnieniami, ale też z torbą pełną upominków od przyjaciółki i kubkiem, który kupiłam sobie na pamiątkę. Będzie jak znalazł do pracy.





Od 17 do 24 sierpnia byłam ze Szczurem w Tatrach. Postanowiłam, że temu wyjazdowi poświęcę osobny post.

27.08
"Jaka wygodna kończyna dolna! Moja ci ona! Nie puszczę do następnych wakacji!"
O, chciałabym teraz burzę... Tylko jej mi brakuje do szczęścia.