sobota, 3 października 2020

[105] Pamiętniki lipcowe


05.07
Przyjechałam do Nory prawie tydzień temu, ale ten pierwszy tydzień był średnio udany. Nie było mnie tu wyjątkowo długo, bo aż pół roku. Zazwyczaj błyskawicznie zaczynam czuć się jak w domu. Tym razem przez parę dni nie potrafiłam się wyluzować. Okazało się, że po remoncie wielu potrzebnych rzeczy nie umiem znaleźć, a w mieszkaniu jest niezbyt czysto (w końcu przez trzy miesiące nikt tu nie mieszkał...). Musiałam też kupić większość rzeczy potrzebnych mi do przygotowywania posiłków i znaleźć parę roślin żywicielskich dla podopiecznych. Przez lockdown dość długo żyłam "pod kloszem" - rzadko wychodziłam z domu, u rodziców nie musiałam myśleć sama o wszystkim - i teraz trudno mi się wdrożyć do normalnego dorosłego życia, brzuch ciągle mam niespokojny. Z kolei Szczur w pierwszych dniach lipca miał na głowie jeszcze sporo obowiązków wpracowych i przytłaczało go to wszystko. Czasem nie umieliśmy się dogadać, bo mieliśmy sprzeczne potrzeby albo coś zaszwankowało w komunikacji.
Z pozytywnych rzeczy... Obejrzeliśmy dwa udane filmy: "Bakemono no Ko" i "Księgę Henry'ego". Prawie codziennie spacerowałam, przywiozłam też swój materac do ćwiczeń. Stawy znowu poczuły się lepiej. Kilka gąsienic się przepoczwarczyło, a wieczorami zaczęłam czytać "Przeminęło z wiatrem". Ze Szczurem odbyliśmy długą rozmowę na nocnym spacerze, wyjaśniając sobie różne rzeczy, więc między nami znowu powinno być lepiej.
Na sobotę zaplanowaliśmy wycieczkę do Kampinosu, jednak zamiast tego pojechaliśmy na spontanie do rodziców Szczura, bo pojawił się nagły problem z samochodem. Szczur był bardzo zestresowany, a mnie nagła zmiana planów mocno wytrąciła z kruchej równowagi psychicznej. Zrezygnowaliśmy z zaplanowanego na niedzielę spotkania. Na szczęście z samochodem jest wszystko w porządku, a dzięki temu, że u rodziców już byliśmy, nie muszę o tym teraz myśleć.
Dzisiaj w końcu udało się nam spędzić więcej czasu razem na świeżym powietrzu i bardziej się rozluźnić. Połaziliśmy po Kampinosie od strony, do której mamy najbliżej, ale wybraliśmy nowy szlak. Zobaczyliśmy tam miejsce egzekucji więźniów w 1942 roku. Atomową kwaterę dowodzenia przekształcono w noclegownię dla nietoperzy, ozdobioną pięknym muralem. Gdy zbliżaliśmy się do niej, znienacka spod moich nóg wyprysnął duży wąż i ruszył w kierunku Szczura, aż poczuliśmy przypływ adrenaliny! Był to zaskroniec. Widzieliśmy też motyle i dużego owada podobnego do szerszenia, choć spośród owadów najwięcej było oczywiście komarów. Biedny Szczur znowu jest cały pogryziony. Ja minimalnie, ale i tak zaraz po powrocie władowałam się pod prysznic.
 
 



08.07 
Łączenie się z wi-fi poza domem często dostarcza mi tak zwanego lolkontentu. Szukając właściwej sieci do połączenia się (własnej, szczurzej czy hotelowej), widzę na liście komiczne nazwy, jakie ludzie nadają swoim prywatnym sieciom. Czasem są banalne, jak "jadzia" albo "PiotrekWiFi", ale bywają też bardziej kreatywne. Omal nie spadłam z krzesła, gdy zobaczyłam na szczurzym osiedlu sieć... "MartinRouterKing".

9.07 
W czwartek pierwszy raz od wielu miesięcy byłam w najprawdziwszym muzeum. Brakowało mi już solidnie takich wyjść!
Całe szczęście, że w Warszawie muzeów jest tyle, że nawet gdy niektóre nadal pozostają zamknięte, a inne już dobrze znamy, wciąż da się znaleźć coś dla siebie. Nasz wybór padł na otwarte w atrakcyjnych dla nas godzinach (aż do dwudziestej!) Centrum Pieniądza NBP - muzeum w całości poświęcone pieniądzom i ich historii. Gdyby nie pandemia, możliwe, że nadal nie wiedziałabym o istnieniu takiego miejsca.
Nie wszystkie zakątki udało nam się, niestety, dokładnie zwiedzić - przez ostatnie sale już tylko przebiegliśmy, ponieważ czas nas gonił. Ewidentnie za dużo czasu zajęło nam dokładne czytanie ekspozycji o środkach płatniczych w starożytności i w średniowieczu. Pominęliśmy sporo interaktywnych eksponatów, żeby wszystkiego nie dotykać. To, co zobaczyłam, wystarczyło mi jednak, żeby polubić Centrum Pieniądza.
Najbardziej podobały mi się:
- starożytne środki płatnicze,
- monety, które pamiętam z Biblii,
- największa moneta świata, pochodząca ze Szwecji,
- milion złotych w postaci dziesięciozłotowych banknotów (podobno waży mniej więcej siedemdziesiąt kilogramów),
- sala, w której można nauczyć się rozpoznawać autentyczne banknoty, pobawić się w typowanie banknotów prawdziwych i fałszywych, a nawet zbadać własny banknot,
- gablotka ze zniszczonymi na różne sposoby banknotami,
- możliwość podejrzenia, jak wygląda bankomat w środku,
- ekspozycja o tym, jak powstają pieniądze.
Jeśli chodzi o środki bezpieczeństwa, jest dobrze: dezynfekcja rąk przy wejściu, możliwość pobrania jednorazowych rękawiczek, obowiązek zakrycia ust i nosa. A przede wszystkim mało zwiedzających - to ucieszyło mnie najbardziej.
 
 

 
11.07 
Dzisiaj wybraliśmy się ze Szczurem na nietypową wycieczkę. Odwiedziliśmy Piotrka, a potem we trójkę pojechaliśmy do pobliskiego Żyrardowa, żeby obejrzeć dawne fabryki lniarskie i zakłady pończoszarskie "Stella". Co prawda do środka zajrzeć się nie da (wszystko pozamykane na cztery spusty), ale i z zewnątrz są to bardzo ładne budynki. A drzewka wyrastające z opuszczonych budynków zawsze mnie wzruszają.
Następnie pojechaliśmy do Teresina, gdzie znajduje się opuszczona jednostka obrony przeciwlotniczej. (Z pewnością domyślacie się, które z nas to zaproponowało). Tam już bez problemu można wejść, ale po całym obiekcie uganiali się akurat panowie grający w paintball, generując mnóstwo hałasu. Zdążyliśmy zobaczyć jeden budynek, a potem... z zimna zachciało mi się do toalety (czternaście stopni latem to nie jest temperatura dla Ostatniego Rosomaka).
Po powrocie zawarłam bliższą znajomość z jednym z kotów Piotra. To przekochana szylkretowa koteczka. Po tym, jak zaczęłam ją głaskać, nie chciała się ode mnie odsunąć, żebym mogła zrobić jej zdjęcie. Przez to spotkanie zatęskniłam za Bestią, mimo że charakter Bestii jest zupełnie inny. Na moje kolana wskakuje na własnych warunkach, zazwyczaj po kolacji, a obcy w ogóle nie mają co liczyć na przytulasy.
 
 

 
12.07 
Jedziemy na wybory. W samochodzie jem, pierwszy raz od wielu miesięcy, jedzonko z Maka. Przede mną ponad dwieście pięćdziesiąt kilometrów drogi, jedziemy na styk, ale mam nadzieję, że zdążę. A przy okazji słucham bardzo adekwatnej piosenki: "Human" The Killers.
Tutaj trochę o tym, dlaczego ten utwór jest tak piękny:
 
(wieczorem)
Głos oddany. Była 20:40! Ostatni raz chodnik wokół podstawówki wydawał mi się tak długi, gdy uciekałam przed dokuczającymi.
 
15.07 
Mama wysłała mnie na cmentarz po stary stroik, żeby zrobić nowy.
Ja: Na cmentarzu dzisiaj nikogo nie było.
Szczur: Przynajmniej nikogo żywego.
 
16.07 
Przez ostatnie dwa dni polowaliśmy ze Szczurem na kometę Neowise. Trochę mnie to ożywiło, bo w poniedziałek czułam się, jakbym miała powyborczego kaca, mimo że nic nie piłam - nie chciało mi się wstać z łóżka. Bardzo chciałabym zobaczyć kometę, dopóki jestem na Śląsku. W dzieciństwie uwielbiałam "Kometę nad Doliną Muminków". Niestety, nadal się nie udało. Pierwszej nocy szukaliśmy na niewłaściwym skrawku nieba, a drugiej chmury zasnuły cały wschód.
Zawsze gdy wychodzę nocą na dwór, uderza mnie, jak bardzo letnie noce poza miastem są piękne. Słychać świerszcze albo żaby, widać gwiazdy, a w powietrzu unoszą się zapachy łąkowych roślin. Gdy drugi raz nie udało się zaobserwować komety, poszliśmy rzucić okiem na widok z wiaduktu, a później na cmentarz. Bardzo się zdziwiłam, że brama cmentarna jest o tej porze otwarta. Nigdy jeszcze nie byłam w nocy na cmentarzu, bo ten najbliższy jest położony w znacznym oddaleniu od zabudowań, tak daleko pod lasem, że nikt tam nocami nie chodzi ani nie jeżdżą żadne autobusy. Oczywiście czasem odwiedzam groby w jesienne wieczory, gdy wcześnie robi się ciemno, ale to nie to samo, co druga czy trzecia w nocy, kiedy nie ma nikogo. Okazało się, że na cmentarzu o tej porze czuję się jeszcze bardziej spokojnie niż w dzień, żadne duchy ani upiory nie kojarzą mi się z tą sytuacją. Przeciwnie: bardziej chce mi się teraz spać. Pod lasem świeci kilkadziesiąt zniczy. Miło widzieć, że na takim odludziu aż tyle osób pamięta o grobach swoich bliskich.

17.07 
Byłam dzisiaj pierwszy raz w życiu na strzelnicy i strzelałam z karabinka sportowego z podparciem. Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że może mi tak dobrze pójść. Za pierwszym razem trafiłam dziesiątkę! Byłam w szoku! Raczej nie był to przypadek, bo później strzeliłam sobie jeszcze chyba kilkanaście razy i ogólnie nieźle mi szło. Nic mnie nie bolało podczas strzelania - okazuje się, że nawet da się strzelać z moją chorobą, przynajmniej jeśli się odpowiednio dobierze broń. Instruktor był sympatyczny i wszystko mi wytłumaczył.
Cieszę się, że pojechaliśmy na strzelnicę, bo wreszcie udało nam się trochę oderwać myśli od szczurzego zęba z zapaleniem miazgi (ten bardzo nieprzyjemny temat zdominował ostatnie dni). Do tego w końcu spotkaliśmy się w realu z Magdą.
Samo strzelanie jest przyjemniejsze niż myślałam, bardzo odprężające. Błyskawicznie ustawia w głowie tryb "uważność", co w wielu innych sytuacjach jest przecież nieziemsko trudne.
 
 

 
19.07
(nad ranem)
Po paru dniach przejmowania się zębem Szczura mam ciężką pierwszą noc w Norze. Nie umiem spać, boli mnie brzuch i atakują dziwne psychosomy. W dzień czułam się dobrze, a tymczasem w nocy wylazł ze mnie stres. Byle do rana i do przodu.
 
23.07
Szczur na podwieczorek u rodziców dostał między innymi jeża. Na szczęście nie mięsnego, bo jest wege.
Jeż mnie zainspirował i wczoraj oglądałam filmiki o jeżach pigmejskich.
 
Odwiedziliśmy dzisiaj kolejne mniej znane warszawskie muzeum: Muzeum Sportu i Turystyki. Mamy do niego bliżej niż sądziłam. Jechaliśmy może dwadzieścia minut w jedną stronę, tylko na miejscu trochę nam zajęło znalezienie budynku.
Wystawa stała nie jest duża - powiedziałabym, że w sam raz do zwiedzenia, gdy macie w Warszawie godzinę czy dwie i nie wiecie, czym się zająć. (Może to też być plus dla osób, które szybko się przebodźcowują albo zwiedzają z dziećmi.) Przedstawiono na niej w wielkim skrócie historię sportu olimpijskiego na świecie i w Polsce. Poszczególne sporty mają swoje "kąciki", gdzie można pooglądać sprzęt, trofea, a gdzieniegdzie też elementy stroju znanych zawodników, jak Jerzy Dudek, Sylwia Gruchała czy Adam Małysz. My najwięcej czasu spędziliśmy przed gablotą o wspinaczce górskiej, gdyż Szczur o tym sporcie może gadać godzinami. Poza tym mieliśmy okazję podpatrzeć, jak Anita Włodarczyk udziela wywiadu.
W lipcu i w sierpniu w muzeum prezentowana jest też wystawa czasowa "Piąta strona Mazowsza". Obeszłam ją szybciutko, bo przedstawia warte odwiedzenia miejsca wokół Warszawy, które już znam (m.in. zamek w Liwie, zamek w Ciechanowie, Kampinos).
 
 

 
24.07
Szczur zabrał mnie po dwudziestej pierwszej do lasu w pobliżu terenów wojskowych. Plan był taki, żeby spróbować zaobserwować kometę z opuszczonych bunkrów. Na miejscu okazało się, że nic z tego, bo teren ktoś kupił i ogrodził. W zamian zdarzyło się coś nieoczekiwanego: wracając do samochodu, zauważyliśmy w trawie zielone światełko podobne do lasera. Początkowo myślałam, że ktoś zgubił jakiś fluorescencyjny przedmiot, na przykład breloczek. Podeszliśmy bliżej i... naszym oczom ukazał się niewielki owad, podobny do larwy. To był świetlik!
Później spotkaliśmy jeszcze dwa świetliki. Nie potrafię fotografować nocą, ale mimo to zrobiłam jednemu fotki smartfonem na pamiątkę. Łapanie świetlika nie miałoby sensu, zwłaszcza że w okolicy szczurzego osiedla ich nie ma. Musiałam jednak pooglądać go w świetle latarki. Wyglądał tak, jak na zdjęciach w Internecie.
Zawsze chciałam zobaczyć świetliki, których w mojej okolicy nie ma, i proszę bardzo - w najbardziej niespodziewanym momencie udało się. Jestem szczęśliwa! 
 
 
 

28.07
Wczorajsze słoneczne, gorące i pełne komarów Kampinosy. Chyba pierwszy raz nie spotkaliśmy żadnego ciekawego zwierzaka. Myślę, że im też jest gorąco.
 
 

 
29.07
Testowałam dzisiaj ze Szczurem "Na skrzydłach" - jedną z naszych nowych planszówek.
O tej grze zdecydowanie nie da się powiedzieć, że jest wtórna. Fabuła kręci się wokół budowy rezerwatu, który musimy zasiedlić różnymi gatunkami ptaków. Aby ptaki zamieszkały w rezerwacie, potrzeba odpowiedniego pożywienia i siedliska. W dalszej kolejności mogą zacząć składać jaja. Wygrywa oczywiście ten, kto uzbiera najwięcej punktów. Okazji do ich zdobycia dostarczają między innymi składanie jaj i realizowanie celów dodatkowych. Grać można też w pojedynkę - jeszcze nie próbowałam, ale zauważyłam, że do tego wariantu przeznaczona jest osobna instrukcja.
Największym plusem gry jest moim zdaniem to, że na kartach ptaków spotykamy nie fikcyjne stworzenia, ale prawdziwe gatunki, realistycznie narysowane. Przy okazji możemy się o każdym z nich odrobinę dowiedzieć: gdzie występuje, co je, jakie gniazda buduje, ile składa jaj i tak dalej. Wiadomości same wypływają w toku gry. Punktacja zależy nie tylko od liczby uzbieranych ptaków i jaj, ale także od realizacji dodatkowych celów, związanych z cechami ptaków (niektórzy podopieczni polują, inni tworzą stada). Pomimo dość konkretnej dawki wiedzy gra nie stała się niegrywalna, jak to czasem bywa z grami edukacyjnymi. Przeciwnie, szybko wciąga!
Za największą wadę gry uważam to, że tylko osiemnaście ze stu siedemdziesięciu prezentowanych ptaków występuje w Europie (liczyłam!). Widać, że została stworzona  z myślą o rynku amerykańskim, bo większość ptaków to tamtejsze gatunki.
PS Zamarzyła mi się podobna planszówka o motylach...
 
Dzisiaj wieczorem widziałam nad fosą nietoperze. Latały nisko i bardzo szybko. W pierwszej chwili pomyślałam, że to jaskółki, które widzieliśmy tam innym razem. Ale nie - to najprawdziwsze nietopyrze.

31.07
Kampinosu nigdy za wiele... dlatego, mimo że dopiero kilka dni temu byłam tam ze Szczurem, wybraliśmy się znowu. Tym razem umówiliśmy się z Asią, Tomaszem i Mistrzem Zen.
Dzięki krótkiej wycieczce udało mi się trochę odprężyć przed podróżą. Szliśmy powoli, spokojnym tempem i dużo rozmawialiśmy, więc w sumie nic dziwnego, że nie spotkaliśmy żadnego zwierzaka. Po stanie lękowym, który miałam w południe, las był jak miód na moją duszę. Najbardziej podobała mi się okolica pełna poduszeczek z mchu.
Komary w Kampinosie dalej mają się świetnie. Gryzą wszystko, co się nie rusza, a czasami także to, co się rusza. Na szczęście repelenty chroniły nas w znacznym stopniu, bo wróciłam tylko z trzema czy czterema nowymi bąblami.




poniedziałek, 20 lipca 2020

[104] Lockdown oswojony


Dawno, dawno temu przeczytałam gdzieś cytat: "W życiu mogą cię spotkać dwa rodzaje nieszczęścia: kiedy twoje największe marzenie się nie spełni albo kiedy się spełni". (Jeśli Ciocia Wyszukiwarka ma rację, autorem tych słów jest George Bernard Shaw.) Zapamiętałam go mimowolnie, ale nie zawracałam sobie nim zanadto głowy, bo wydał mi się gigantycznym uproszczeniem. W końcu nieszczęśliwych zdarzeń, które mogą spotkać człowieka, jest całe spektrum, a bywają one tak nieprzewidywalne, że większość nie sposób uznać po prostu za przeciwieństwo spełnionego marzenia. Nadal tak uważam, ale tej wiosny chyba zrozumiałam, co autor miał na myśli.

Nie wiem, czy istnieje osoba, która częściej ode mnie fantazjowałaby o niespodziewanej, ale nie związanej ze złym stanem zdrowia ani z bezrobociem, przerwie od pracy. Przypuszczam, że odkąd skończyłam studia, miewam takie myśli co najmniej raz czy dwa razy w tygodniu - i nie ma znaczenia, że swoją obecną pracę naprawdę lubię. Ot, gdyby tak pewnego pięknego dnia obudzić się o piątej trzydzieści i zastać obok łóżka jakiegoś krasnalka, który mi oznajmi, że przez najbliższe dwa tygodnie mogę nie chodzić do pracy... bez najmniejszych dolegliwości zdrowotnych i bez żadnych konsekwencji. Wyłączyć budzik, przewrócić się na drugi bok i ponownie zasnąć z błogą świadomością, że nikogo nie muszę oglądać, a żadne zobowiązanie nie dynda mi nad głową.

Kiedy w połowie marca gruchnęły pierwsze decyzje rządu związane z pandemią, przez pewien czas czułam się, jakbym śniła na jawie. Moje najskrytsze fantazje urzeczywistniły się, tyle że w sposób, który jeszcze niedawno nie przyszedłby mi do głowy. I wtedy okazało się, że... lepiej, by pewne rzeczy jednak pozostawały w sferze marzeń. Miał być sympatyczny krasnalek, a nie umierający ludzie, maseczki i lockdown!

Pod względem psychicznym miewałam wzloty i upadki. Przez pierwszych kilkanaście dni upadków było więcej. Żeby pognębić taką osobę jak ja, wystarczy już, aby z dnia na dzień zachwiała się rutyna, a wszystkie plany na kolejne tygodnie zostały odwołane. Najgorsze było jednak to, że w pierwszych dniach nikt nie potrafił odpowiedzieć mi na najważniejsze pytania: co będzie dalej, na jakich obostrzeniach się zatrzymamy, ile to wszystko potrwa, jak będzie w moim przypadku wyglądać praca zdalna. Nikt nic nie wiedział, a już najmniej mój szef, sam co chwilę zaskakiwany czymś nowym. Im więcej niewiadomych, tym gorzej czuje się osoba ze spektrum. Zamiast robić to, co zwykle chcę robić w wolne dni, początkowo co rano budziłam się z lękiem przed kolejnymi komunikatami, czego jeszcze robić nie mogę. Najbardziej dobiły mnie zakaz wstępu do lasów i niemożność widywania Szczura. Bałam się nie tylko o zdrowie swoje i swoich bliskich, ale też o to, żeby wszechobecne zakazy nie uderzyły w moje pasje. Niektórych może to dziwić, ale dla autysty możliwość realizowania pasji jest podstawą sensu życia. Przez nieustanny napływ informacji o wirusie z tablic znajomych i telewizorów rodziców miałam stany lękowe. Gdy tylko ojciec wchodził rano na piętro i od progu wołał, ile osób poprzedniego dnia zmarło albo co powiedział premier, waliło mi serce, a brzuch bolał.

W pewnym momencie sygnały z ciała uświadomiły mi, że niebezpiecznie zbliżam się do stanu kryzysu psychicznego, w jakim byłam w okresie studiów. Powiedziałam sobie: stop. Choćby dookoła się waliło i paliło, zdrowie psychiczne musi być priorytetem, w przeciwnym razie fizyczne też lada chwila się posypie. Zaczęłam od odcięcia się od mediów w największym możliwym stopniu. Choć początkowo było mi trudno powstrzymać się od ciągłego zaglądania do netu, postanowiłam czytać wiadomości o wirusie tylko dwa razy dziennie i ze sprawdzonych źródeł. Na parę tygodni przestałam obserwować profile znajomych, którzy udostępniali najbardziej katastroficzne posty. Telewizji w ogóle nie oglądałam, a gdy rodzice oglądali wiadomości, wychodziłam do innego pokoju i starałam się czymś zająć.

Stopniowo wypracowałam sobie nową rutynę dnia. Wstawałam i chodziłam spać późno, zgodnie ze swoimi potrzebami. Do obiadu zajmowałam się pracą, po południu starałam się wyjść na dwór, wieczorami ćwiczyłam i spędzałam czas ze Szczurem na Skype, a przed snem czytałam w samotności. Początkowo trzymanie się nowych rytuałów służyło głównie temu, żeby zaakceptować nową rzeczywistość i nie zwariować. Z dnia na dzień zaczęłam jednak czerpać coraz większą przyjemność z nowego trybu życia. Przyjemność wzrosła jeszcze, gdy sprawy wpracowe poukładały się. Czułam, że coraz bardziej rozluźniam się i zaczynam odpoczywać sensorycznie od ciągłego nadmiaru bodźców, z jakim wiąże się "normalna" codzienność. Zazwyczaj ledwo zdążam naładować swoje społeczne i sensoryczne baterie, a już muszę na nowo robić rzeczy, które całkowicie je rozładowują - i tak w kółko. Nie tracąc kilku godzin dziennie na ładowanie baterii, zyskałam czas na robienie wielu rzeczy, na które po zwykłym dniu pracy nie mam energii. Owszem, ukłucia lęku i dołki wciąż się zdarzały, ale sporadycznie, głównie wtedy, gdy czekałam na kolejne decyzje związane z pracą. To nie znaczy, że pandemia sama w sobie przestała mnie przerażać, po prostu nauczyłam się maksymalnie wykorzystywać ten czas.

Po lockdownie zrobiłam listę pozytywnych rzeczy, które udało mi się zrobić w tym okresie. Doliczyłam się ich kilkunastu:

1. Wysprzątałam swój pokój. Zwykle robię to pod koniec czerwca, ale tym razem zabrałam się za porządki w pierwszych tygodniach pandemii, gdy bardzo pilnie potrzebowałam zająć myśli.
2. Uporządkowałam zawartość dysku twardego, smartfona, pendrive'a i kart pamięci. Możecie wierzyć lub nie, ale w czeluściach tych nośników panował taki bajzel jak w stajni Augiasza.
3. Obserwowałam przyrodę, gdy tylko mogłam. Początkowo w ogrodzie, później na krótkich spacerach po okolicy, a po zniesieniu zakazu wstępu do lasów - we wszystkich ulubionych lasach.
4. Regularnie gadałam z przyjaciółmi i znajomymi przez komunikatory.
5. Pierwszy raz w życiu ufarbowałam komuś włosy.
6. Również pierwszy raz upiekłam chleb. A właściwie trzy chleby.
7. Co tydzień piekłam jakieś ciasto. Odświeżyłam sobie większość moich ulubionych domowych przepisów, a biszkopt z galaretką i chałkę zrobiłam pierwszy raz.
8. Obiecałam sobie, że powtórzę hiszpański... i oczywiście jak zwykle tego nie zrobiłam. A co! Idealnie być nie może. Sporo się leniłam i wysypiałam się za wszystkie czasy.
9. Wzięłam udział w kilku internetowych warsztatach i webinarach związanych z moją pracą, a nawet w jednym dłuższym kursie. Chyba pierwszy raz nie musiałam odchorowywać przebodźcowania po takich formach doskonalenia zawodowego - i to było cudowne. Jeśli o mnie chodzi, większość szkoleń mogłaby się odbywać w ten sposób. Siedząc przed ekranem we własnym wygodnym fotelu, z kubkiem ulubionego napoju, w odpowiadającej mi temperaturze, przyswajam więcej niż w dostosowanych do potrzeb osób neurotypowych "salach konferencyjnych".
10. Zapisałam się też na internetowy kurs mindfulness, ale jeszcze za wcześnie, żeby ocenić jego efekty.
11. Randkowałam ze Szczurem w Athkatli. I chociaż miesiąc bez spotykania się i tak był dla mnie trudny, wspólne przygody w świecie wirtualnym uczyniły go bardziej znośnym.
12. Przeczytałam sporo relaksujących czytadeł i kilka dobrych książek popularnonaukowych.
13. Obejrzałam wszystkie dostępne anime o Violet Evergarden i parę zaległych anime pełnometrażowych.
14. Uporządkowałam zdjęcia rodzinne, którymi się opiekuję. Dodałam też podpisy do zdjęć.
15. Odsłuchałam bardzo dużo podcastów.
Najważniejsze jest jednak nie to wszystko, co wymieniłam powyżej, ale ostatni punkt.
16! Doceniłam kilka rzeczy, które wcześniej postrzegałam jako coś oczywistego: że mieszkam na wsi, że mam kilka bliskich osób i zwierzaki, że nie mieszkam sama, że mam taką, a nie inną pracę. Doceniłam bardzo mocno.

Możliwe, że kogoś spośród neurotypowych czytelników będzie interesowało, jak radzę sobie z sensorycznymi minusami pandemii (maski, rękawiczki itp.). Na początku pandemii miałam spore obawy przed noszeniem środków ochrony osobistej, zwłaszcza masek. Mam skłonności do migren i nie toleruję jakiegokolwiek ucisku na skroniach. Nigdy nie byłam w stanie wytrzymać w ciasnej czapce ani w masce karnawałowej na gumce, po kilku minutach pojawiał się ból. Dlatego przerażała mnie myśl, że mogę być zmuszona wszędzie chodzić w masce czy nawet pracować w niej przez kilka godzin. Faktycznie większości maseczek, tych z gumkami zakładanymi na uszy, nie potrafię nosić dłużej niż parę minut. Okazało się jednak, że wystarczy zmienić krój maseczek na zawiązywane z tyłu głowy i nie taki diabeł straszny. Mama uszyła mi takie maseczki wielorazowe. Do samego noszenia maski na twarzy i oddychania w niej przyzwyczajałam się stopniowo, zmuszając się codziennie do krótkiego spaceru z zakrytymi ustami i nosem. Obecnie jestem na tyle przyzwyczajona, że gdy mam na sobie maskę zawiązywaną z tyłu głowy, nie myślę o tym, że ją mam. Jeszcze lepszym wynalazkiem jest przyłbica i jeśli wychodzę na krótko do sklepu, wybieram właśnie ją, ponieważ łatwiej ją później przygotować do kolejnego użycia. Kiedy nie da się uniknąć zasłonięcia twarzy na kilka godzin, będę używać przyłbicy. Jeśli chodzi o rękawiczki, najbardziej odpowiadają mi nitrylowe, a pożądany rozmiar ustaliłam metodą prób i błędów.

Z najbardziej nieprzyjemną konsekwencją pandemii natomiast mam do czynienia dopiero w wakacje, po zniesieniu większości obostrzeń. Lockdown udało mi się oswoić, ale na początku urlopu znowu zbliżyłam się do kryzysu psychicznego, tak jak na początku pandemii. Przywykłam do swojej nowej, domowej rutyny i teraz z kolei trudno mi wejść w tryb życia bardziej zbliżony do normalności. Stresuje mnie robienie różnych rzeczy pierwszy raz od kilku miesięcy, bywanie wśród ludzi, a także większa liczba obowiązków domowych w Norze.  Pierwszy raz źle się czułam po przyjeździe do Nory: byłam drażliwa, płaczliwa, kłóciłam się ze Szczurem, znowu pojawiły się stany lękowe i psychosomy. Idzie ku dobremu, ale dziękuję wszystkim bogom, że nie muszę od razu po lockdownie wracać do stacjonarnej pracy.

Ostatnio Szczur kupił sobie koszulkę z napisem "COVID-19 veteran". Podoba mi się ta metafora. Oswojenie lockdownu przypomina wygraną bitwę, jesteśmy teraz lepiej uzbrojeni i bogatsi o doświadczenie, ale końca wojny na razie nie widać.

Właśnie w takich sytuacjach najmocniej odczuwam, jak bezsensowne jest dzielenie autystów na nisko- i wysokofunkcjonujących. Dobrze sobie radzę, dopóki funkcjonuję w dobrze sobie znanym otoczeniu, mam dostęp do swoich pasji i stałe obowiązki w obrębie struktur organizacyjnych, które znam. W sytuacjach nagłych zmian całe to wysokie funkcjonowanie jest o kant tyłka potłuc. Porządek w głowie trzeba robić od nowa.



wtorek, 30 czerwca 2020

[103] Pamiętniki wiosenne (cz. II)

29.04
Uśmiałam się, bo Twarzoksiążka reklamuje mi coś nowego: kurs małżeński.
Cóż... Ja i Szczur ostatnio też umacnialiśmy naszą relację online przez siedem tygodni, niemal codziennie walcząc z biesami, hobgoblinami, wąpierzami i innymi stworami we "Wrotach Baldura". Chyba żadna inna sytuacja online tak nie wystawia związku na próbę jak ta, gdy chłop nie potrafi się oderwać od przymierzania asortymentu w sklepie z bronią.

8.05
Po dwóch "sądnych dniach" nastroje w domu się poprawiły, a co za tym idzie, atmosfera też. Próbujemy robić pierwszy chleb na zakwasie pszennym. Aktualnie ciasto jest przykryte i ma tak stać do wyrośnięcia. Ciekawe, co z tego wyjdzie. Może być różnie, bo przepis jest zupełnie nowy, mama dawno chleba nie robiła, a ja nigdy. Proszę o trzymanie kciuków!

10.05
Chleb, który upiekłam z mamą na zakwasie, wygląda tak. Mimo że osobiście nie przepadam za smakiem większości ciemnego pieczywa, ten chlebek uważam za niezły. Niedługo pierwsza próba upieczenia jasnego chleba.




11.05
W weekend ja i Szczur kontynuowaliśmy odwiedzanie miejsc, w których dawno nie byliśmy z powodu lockdownu. Tym razem wybraliśmy się do lasu, gdzie szukaliśmy gąsienic, oraz do otwartego dopiero od kilku dni ogrodu botanicznego. W lesie jak zwykle było spokojnie i prawie bezludnie, natomiast w ogrodzie wielu ludzi chodziło bez maseczek lub nosiło je "na nosacza", co nas poirytowało.
Oprócz gąsienic, które zabrałam do domu, zaobserwowałam też kilka innych ciekawych owadów. Ćmę muszę zidentyfikować. W ogrodzie botanicznym zauważyłam "namiot" pełen maleńkich larw namiotników, ale nie zabrałam ich, bo było ich bardzo dużo, a ćmy bukszpanowe są równie absorbujące pod względem ilości sprzątania.
Ze względu na dużą liczbę zakażonych w okolicy tym razem zrezygnowaliśmy z zamawiania naszej ulubionej pizzy. Zamiast pizzy zrobiłam racuchy, bo jeśli w sobotę wieczorem nie zorganizuję sobie czegoś innego do jedzenia niż w dzień powszedni, specjalnego, to czuję się niezadowolona (i głodna, ponieważ sobotnie obiady mojej mamy są zawsze najmniej sycące...). Na weekend upiekłam też babki "zebry" i (z mamą) wspomniany już chlebek.
A dziś... mam lenia. Po popracowaniu, wypraniu zimowych swetrów i nakarmieniu gąsienic ległam jak długa na łożu. I leżę jak zwierzę.




13.05
Jednym z mniej przyjemnych skutków izolacji społecznej jest to, że teraz jeszcze trudniej niż zwykle przychodzi mi telefonowanie, bo odzwyczaiłam się od używania telefonu do rozmów głosowych (rozmawiam tak tylko ze Szczurem i z kumplem). Wczoraj musiałam zadzwonić do koleżanki z pracy, gdyż kilka razy nie odpowiedziała na wiadomości wysłane przez komunikator i potrzebowałam upewnić się, czy je odczytuje. Zanim zadzwoniłam, przez pół godziny chodziłam po domu, zastanawiając się, jak się wysłowić. Zupełnie jakby chodziło o egzamin ustny, a nie o kilka zdań na znany z góry temat.
Parę godzin później zadzwoniła ciocia z prośbą o złożenie dla niej zamówienia przez Internet, a tuż po niej pan z firmy sprzedającej kamizelki dla kotów. Rozmawiając z ciocią, nie czuję stresu, ale przy tej drugiej rozmowie znowu trudniej mi było zebrać myśli, bo się jej nie spodziewałam. Okazało się, że wybrany przeze mnie kolor kamizelki jest obecnie niedostępny. Musiałam zdecydować, który wzór kamizelki wybrać, i kilka razy powiedziałam to samo. Mówiłam też jakieś głupoty o mierzeniu kota, na co pan się roześmiał.
Po tych trzech rozmowach czułam się tak, jakbym aktywnie przepracowała sześć godzin.

16.05
Dzisiaj pierwszy raz w życiu farbowałam drugiej osobie włosy. Mama stwierdziła, że ma już dość patrzenia na swoją szkaradną fryzurę bez trwałej i z odrostami, ale do fryzjera jeszcze nie pójdzie. Kupiła farbę-szampon i poprosiła mnie o współpracę.
Efekt? Idealnie nie jest, gdzieniegdzie trzeba poprawić, ale mama czuje się lepiej, a tata wreszcie poznaje swoją żonę.

17.05
Przysiadłam trochę nad identyfikacją motyli i ustaliłam, że:
1. Ćma z poczwarki znalezionej przez mamę to prawie na pewno rolnica tasiemka.
2. Ćma ze zdjęcia, spotkana ostatnio w lesie, nazywa się skalniak orliczak. Żywi się paprocią.

19.05
Kolejna próba upieczenia chleba - z trzeciego przepisu, w którym łączy się mąkę pszenną i żytnią - przyniosła niespodziewany efekt. Tym razem wyszedł nam pyszny, biały chleb, odpowiednio puchaty i miękki. Najlepszą miarą sukcesu jest to, że choć ludzi nie przybyło, większość chleba zniknęła w jeden dzień!




22.05
Byłam u dentystki, do której już dość pilnie potrzebowałam pójść. Sama wizyta przebiegła spokojnie. Po powrocie jednak zaplombowany ząb bolał mnie przez dziesięć godzin, do pierwszej w nocy. Przeciwbólowe słabo pomagały. Bardzo się bałam.
Skutki tego bólu i lęku odczuwam do teraz, jakoś nie umie moje ciało dojść do siebie. Wczoraj byłam tak wykończona, że czułam się, jakbym przerzucała worki z kamieniami. Nic konstruktywnego nie zrobiłam, bo przez cały dzień miałam migrenę, bolały mnie też ręka i brzuch. Dzisiaj obudziłam się nadal z migreną, tyle że po drugiej stronie. Mimo wszystko trzeba by jakoś zacząć funkcjonować...

25.05
Trochę to trwało, zanim doszłam do siebie po wizycie u dentysty i bólu zęba. W piątek czułam jeszcze, że zmuszam się do każdej aktywności, ale udało mi się upiec miodownik i pójść na spacer po okolicy. Na spacerze przygarnęłam namiotniki, a także zaobserwowałam nietypową scenę z życia biedronek: międzygatunkową randkę. Ciekawe, czy będzie z tego potomstwo?
Sobota była najbardziej udanym dniem minionego tygodnia. Już w południe padało, ale wykorzystaliśmy ze Szczurem przerwę w deszczu i wybraliśmy się do lasu na kolejne poszukiwania gąsienic. Na skraju lasu spotkaliśmy malutką jaszczurkę. Później snuliśmy się ścieżkami i przeczesywaliśmy pokrzywy, jednocześnie starając się nie rozdeptać żadnego ślimaka. Niedźwiedziówek nie było nigdzie widać, ale znaleźliśmy ogromną barczatkę dębówkę (niestety, okazała się mieć pasożyty). Ptaki śpiewały jak nakręcone, jakby ktoś na okrągło kręcił korbką pozytywki.
Nadal mam obawy przed zamawianiem pizzy, więc wieczorem znowu pichciłam. Tym razem robiłam domową minipizzę, a Szczur włączył się do pomocy, co bardzo mnie ucieszyło. Wyraźnie odczułam, że przygotowanie pizzy trwa krócej, gdy jest nas dwoje. Najlepsze, że Szczurowi chyba się to podobało. Zrobiłam też pierwszy raz grysikowy krem do miodownika.
Od wczoraj pogoda jest niezbyt przyjemna: ciemno, wilgotno, momentami leje jak z cebra, stawy bolą i chce mi się spać. Ogarnęłam gąsienice i sprawy wpracowe. Więcej dziś od siebie wymagać nie będę.




26.05
Nadwrażliwość słuchowa aspich czasem się przydaje. Ostatnio przydała się, gdy w nocy usłyszałam tatę, który źle się czuł. Dzisiaj w nocy, siedząc z laptopem na kolanach, usłyszałam dźwięk przypominający syczenie termosu. Termosu nie było jednak nigdzie widać. Obeszłam dom i okazało się, że mama zapomniała wyłączyć żelazko.
I tak bym je znalazła, bo przed snem obchodzę pokoje i między innymi wyłączam przedłużacz podpięty do tego samego gniazdka, gdzie się prasuje. Ale to kolejny dowód, że jak mówię, że coś dziwnego słyszę, to słyszę i trzeba się tym zainteresować.

29.05
Pierwszy raz od tygodnia obudziłam się bez złego samopoczucia. Niestety, w zamian w ciągu dnia pogorszył mi się mocno nastrój, bo znowu miałam nieprzyjemną sytuację z tatą. O szczegółach nie będę jednak pisać, porozmawiałam z kim trzeba i poczułam się troszkę lepiej. Poszłam na spacer, nakarmiłam larwy, poćwiczyłam. Na spacerze zauważyłam kwiaty dzikiej róży, śliczną ćmę na jabłoni i specyficzne mrowisko.
Poza tym wczoraj i dziś robiłam biszkopt z kremem budyniowym i galaretką z owocami. Sam biszkopt jak biszkopt - parę razy używałam już tego przepisu, żeby zrobić ciasto do torcików mamy lub (niezbyt udane) małe biszkopciki. Ale tym razem przygotowywałam także krem według domowej receptury i dekorowałam to ciasto.






30.05
Od miesiąca nie było ani jednego weekendu, żeby Szczur do mnie przyjechał i nie padał deszcz. Zaczynam już żałować, że zaklinałam Peruna o trochę deszczu. Taka pogoda bardzo utrudnia poszukiwanie gąsienic w lesie.
Dziś znowu nie znaleźliśmy na pokrzywach ani jednej gąsienicy. W zamian znalazłam kłąb pajączków. Na skraju lasu spotkaliśmy dwie gąsienice: kolejnego miernikowca-gałązkę i kolejną kuprówkę złotnicę. Tymczasem na wierzbach można zobaczyć naraz wszystkie stadia rozwojowe biedronek (na zdjęciach jaja i larwy).
A tak wyszedł biszkopt.




6.06
Gdy większość ludzi narzekała, że nie może pójść do fryzjera, mnie najbardziej brakowało... okulisty. W ostatnich miesiącach częściej niż zwykle miewałam migreny, więc podejrzewałam, że mogę potrzebować nowych szkieł. Przeczuwając, co się święci, tuż przed pandemią wybrałam się do fryzjerki i do biblioteki. Niestety właśnie wtedy, gdy zamierzałam zapisać się do okulistki, ogłoszono obostrzenia.
Pandemia dała trochę w kość moim oczom. Praca zdalna, edukacja własna zdalnie, związek przez miesiąc też zdalnie, przyjaciele i znajomi tylko na ekranach... Używanie po kilka godzin dziennie komputerów i telefonu jest męczące, gdy się ma sporą wadę wzroku. Dlatego dzisiejsza wizyta u okulistki bardzo mnie ucieszyła.
Jeszcze bardziej ucieszył mnie werdykt, że mój wzrok nie zmienił się. W dzieciństwie wzrok pogarszał mi się co rok lub co dwa, a teraz to pierwszy raz, gdy nie pogorszył się aż przez trzy lata! Będę jednak mieć drugie okulary z dodatkowymi filtrami, lepiej dostosowane do korzystania z ekranów, do używania zamiennie z obecnymi. Dostałam też jakieś nowe krople i suple.

9.06
Przez kilka dni - do niedzieli - miałam niezły nastrój. Zrobiło się cieplej i ręce lepiej się czuły. Wieczorami chodziłam na spacery po liście albo czytałam na leżaku w ogrodzie. W piątek upiekłam babki. W weekend przyjechał Szczur i kolejny raz wybraliśmy się do lasu, gdzie znaleźliśmy siedem niedźwiedziówek (!!!) i dwie kuprówki. Zaobserwowałam też kilka innych owadów. Chodziliśmy po lesie przez trzy godziny, a po powrocie zrobiliśmy domową pizzę. W niedzielę przez moje okolice przetoczyła się pierwsza prawdziwa burza w tym roku. Byłam bardzo szczęśliwa, patrząc w niebo zasnute granatowymi chmurami, słuchając grzmotów i deszczu.
Po burzy znowu zrobiło się wilgotno i od nocy z poniedziałku na niedzielę stawy mają się gorzej. Prawa ręka znów boli mnie tak mocno, że nic nie pomaga. Boli też lewa dłoń, bo używam jej za dwie, no i nastrój siłą rzeczy się pogorszył.
Wczoraj dotarła paczka z kamizelką dla kota. Kamizelka w rozmiarze M Bestii pasuje. Zakładam mu ją codziennie na trochę, żeby się oswoił. Zrobiliśmy też próbę na dworze. Bestia nie najgorzej chodził w ubranku, ale ma na mnie focha, bo chciałby rzucić się w pogoń za ptakiem, a tu nie da się.

15.06
Dotarł dzisiaj list z Anglii z jajeczkami cecropii, które zamawiałam jeszcze w grudniu, na długo przed pandemicznym zamieszaniem. Są bardzo podobne do jajeczek attacusa, niemal identyczne, tylko mniejsze.
Na razie nie potrafię się cieszyć tymi jajeczkami, bo jadę do dentystki. Przed ostatnią wizytą byłam nieco spokojniejsza, ale po niej ząb nie chciał przestać boleć do pierwszej w nocy, więc teraz lęk znowu jest silniejszy. Boli mnie brzuch i mam migrenę.

16.06
Dzisiaj kot pokazał mi ciemkę. Leżała na podłodze i była ledwo żywa, mimo braku widocznych fizycznych uszkodzeń. Próbowałam ją wypuścić, ale nie chciała odlecieć, a z roślin spadała. Gdy wzięłam ją na palec, zauważyłam, że ma trąbkę i maca nią dookoła. Dałam jej więc kawałek brzoskwini - nawet jeśli to nie jest jej normalne jedzenie, może się wzmocni i da radę polecieć. A ona je!
Rzadko takie ćmy widuję, bo większość tych, które hoduję, żyje tylko kilka dni i nie potrafi jeść.

18.06
Mało ostatnio piszę, pomijając raporty o gąsienicach, bo od tygodnia moje łapki nieźle się mają i nadrabiają różne zaległości. Chcę jak najwięcej swoich spraw uporządkować, zanim pojadę do Nory.
Zasadziłam w doniczkach zioła, które chcemy ze Szczurem hodować w Norze: oregano, bazylię, pietruszkę i szczypiorek. Byłam u fryzjera i u dentysty, odebrałam okulary, kupiłam kilka rzeczy, miałam pierwsze zebranie online (jaka szkoda, że te "w realu" nie są tak spokojne!). Muszę jeszcze domknąć sprawy w pracy, a w przyszłym tygodniu zajrzeć do biblioteki, odfajkować weterynarza i spakować się tak, żeby niczego ważnego nie zapomnieć. No i pójść na wybory.
W weekend pierwszy raz od wielu miesięcy zwiedziłam zamek, i to zupełnie nowy - zamek Pilcza w Smoleniu. Była to prawdziwa podróż z przygodami, mimo że w samochodzie spędziliśmy więcej czasu niż na zamku. Najpierw szukaliśmy bankomatu, ponieważ okazało się, że żadne z nas nie zabrało drobnych (pandemia zupełnie mnie od tego odzwyczaiła, teraz zwykle nie mam przy sobie drobnych). Kiedy byliśmy na zamku, zaczęło grzmieć. Burza przeszła bokiem, ale w drodze powrotnej, dwie miejscowości dalej, napatoczyliśmy się na drzewo powalone w poprzek drogi. Szukanie objazdu po wsiach zajęło trochę czasu. Wróciłam taka zmęczona, że nie miałam nawet ochoty na pizzę!
Reszta długiego weekendu też była dość intensywna. Pojechaliśmy jeszcze do Najbliższego Lasu i w okolice rezerwatu. W piątek odkryliśmy też ogromną łąkę pełną maków i innych kwiatów - przepiękne miejsce w mojej okolicy, pomiędzy moją miejscowością a sąsiednią. Łąka to mało powiedziane. Rośnie tam prawdziwe morze maków! 
Wieczorami porządkuję zdjęcia rodzinne. W mojej najbliższej rodzinie to ja najbardziej się interesuję losami przodków. Kiedy byłam w gimnazjum, zrobiłam drzewo genealogiczne, które sięga prapradziadków. Większość informacji zdobyłam, rozmawiając z przedstawicielami najstarszego pokolenia - babciami, siostrami babć i dalszymi krewnymi. I bardzo dobrze, że to zrobiłam, bo w ciągu ostatnich piętnastu lat wszyscy z pokolenia moich babć odeszli. Po śmierci babci, która bardzo mocno na mnie wpłynęła, przez dłuższy czas nie miałam chęci zajmować się drzewem, a od początku liceum zawsze było coś ważniejszego na głowie. Teraz muszę je uzupełnić o wszystkie narodziny, śluby i zgony, jakie miały miejsce w tym czasie. Zastanawiam się też nad poszerzeniem informacji o te, które da się zdobyć w Urzędach Stanu Cywilnego i w archiwach (kolega mi dokładnie opisał, jak sam z nich korzystał), bo jako dorosła mogę to zrobić sama. W pierwszej kolejności postanowiłam jednak opisać i uporządkować stare zdjęcia.
Od wczoraj mieliśmy trzy burze. Ostatnia zaczęła się około szesnastej. Teraz, dwie godziny później, nadal pada i grzmi.






czwartek, 25 czerwca 2020

[102] Pamiętniki wiosenne (cz. I)


14.03
Podczas gdy ludzie przeżywają trudny czas, małymi kroczkami idzie do nas wiosna. Podjechaliśmy ze Szczurem na skraj lasu, gdzie człowieków ani śladu, a trawa jeszcze bardziej płowa niż zielona, ale można się już bawić w wypatrywanie pączków. W ogrodzie wychodzą pierwiosnki i krokusy. Prawie codziennie widuję przez okno sójki. Hiacynty wyciągają długie liście. Przebiśniegi sąsiadki wyglądają na coraz bardziej zmęczone życiem.
Przeziębienie minęło, mamie też (szybciej niż mnie). Stawy mają się kiepsko. Psychicznie czuję się lepiej niż kilka dni temu, ale zasypiam bardzo późno, a w dzień muszę narzucać sobie srogi rygor - gdy dużo słucham i oglądam na temat wirusa, staję się lękowa i mam kłopoty jelitowe. Najlepiej czułabym się, gdyby domownicy nie oglądali ciągle telewizji, a jedynie raz dziennie czytali wiadomości. Kiedy minimalizuję ekspozycję na wiadomości, a głowę zajmuję jakimiś zaległymi czynnościami czy po prostu domowymi obowiązkami, czuję się już bardziej oswojona z sytuacją, jakbym zaczynała się trochę adaptować do nowej struktury dnia. Cały czas muszę jednak pamiętać o tym racjonalnym dawkowaniu sobie informacji.
Pracy brakuje mi chyba najmniej - w gruncie rzeczy tęsknię za samą pracą, ale za zebraniami, wczesnym wstawaniem i autobusami nie tęsknię nigdy (co bynajmniej nie oznacza, że obecna sytuacja mnie cieszy). Najbardziej brakuje mi nie kina czy galerii handlowej, tylko możliwości wystawienia telewizorów za okno.
Czytam książki, oglądam anime (na razie głównie te spokojne i pozytywne), staram się zidentyfikować swoje kupione ostatnio za taniochę minerały i kamienie szlachetne, po trochu wracam do wieczornej gimnastyki. No i sprzątam chętniej niż zwykle.
Dziękuję wszystkim bogom tego świata za trzy rzeczy: 1) że mieszkam na wsi, 2) że mam możliwość pracy zdalnej oraz 3) że mam nieograniczony dostęp do Internetu, dzięki czemu mogę na przykład przez dwie godziny rozmawiać z kumplem bez spotykania się w realu. Niech jeszcze któryś z tych bogów zabierze się za wirusa, bardzo proszę.

17.03
Gdybyście kiedyś potrzebowali czegoś skutecznego na zajady, polecam miód i tran.
Po infekcji miałam bardzo suche wargi i zajady - nic dziwnego, bo i osłabienie, i stres. Nie chciałam jednak chodzić teraz do apteki i stać tam w kolejce przez drobną dolegliwość. Przeczytałam w necie, że wystarczy do odrobiny miodu dodać parę kropel tranu i posmarować kąciki ust na noc. Zadziałało zaskakująco szybko, podczas gdy specyfikom z apteki zajmowało to zwykle prawie tydzień. Po dwóch dniach prawie nie ma śladu
po zajadach.
Zawsze mnie zaskakuje, jak dobrze mi robią zioła i inne naturalne produkty.

Jednym z moich ulubionych sposobów na poczucie braku kontroli nad rzeczywistością są porządki. Zabrałam się więc za sprzątanie - najpierw zawartości foldera "Pobrane" na swoim laptopie, potem starego plecaka. Oba miejsca to takie jakby Trójkąty Bermudzkie, gdzie znika wszystko i więcej niż wszystko. A podczas sprzątania plecaka Bestia znalazł skarb nad skarby, najcudowniejszą zabawkę, wynalazek wszechczasów, miód na duszę kota... czysty patyczek kosmetyczny. Jak mógł wcześniej żyć bez niego?

21.03
Za mną masakryczny wieczór. Przez jakieś sześć czy siedem godzin męczyliśmy się z komputerem. Próba instalacji Skype'a doprowadziła do tego, że dźwięk przestał działać. Dalsze działania Szczura poskutkowały usunięciem wszystkiego z kompa (na szczęście mam backup chyba wszystkiego, co było ważne). Później mimo wielu prób nie udawało się zainstalować nowszej wersji Ubuntu, a na starej nic nie chciało się instalować, nawet Mozilla. Na końcu jakimś cudem przywróciliśmy system do pierwotnej wersji, przynajmniej prowizorycznie.
Były krzyki, przekleństwa, powstrzymywane łzy, ale wraz z opanowaniem sytuacji stopniowo przyszło wyciszenie.
Mój partner jest kochany, bo eksowie zapewne poddaliby się po godzinie, a on jeszcze przez cały ten czas był głodny.
Zanim położyliśmy się spać, zdałam sobie sprawę z nieoczekiwanego faktu: chyba pierwszy raz od dwóch tygodni przez cały wieczór nie pomyślałam o wirusie.

23.03
Z dzisiejszego dnia jestem zadowolona, chociaż nie poćwiczyłam. A to dlatego, że wzięłam udział w całkiem fajnym webinarze, który może przydać mi się w pracy. I że webinar w ogóle się odbył, bo przez godzinę organizatorzy mieli bardzo duże problemy techniczne i nie dało się zalogować do platformy szkoleniowej. O wpół do siódmej zaczynałam już wątpić w sukces tego przedsięwzięcia, więc zabrałam się za porządkowanie biurka, ale godzinę później przyszedł mail od organizatorów i później już wszystko było w porządku. No i znowu udało mi się na kilka godzin zapomnieć o wirusie.
Jest jeszcze jeden powód mojego zadowolenia: z powodu pandemii twórcy moich ulubionych gier przeglądarkowych zaproponowali graczom kilka przecen i gratisów. Z niektórych nie omieszkam skorzystać.

24.03
Dzisiaj dzwoniła do mnie pani z gabinetu stomatologicznego, żeby przełożyć wizytę na maj. Przynajmniej jedna (no dobra, w moim przypadku trzecia - pierwsza to odwołana konferencja Szczura, po której zawsze miał kryzys psychiczny, a druga to brak wielkanocnego spotkania z nielubianą częścią rodziny) konsekwencja wirusa, z której nie potrafię być szczerze niezadowolona. No, nie potrafię i nic na to nie poradzę. Niezadowolone mogą być tylko zęby...

26.03
Przez kilka ostatnich dni pogoda nie zachęcała do wychodzenia, więc rzadko wyściubiałam nos z domu, pomimo że na wsi da się przespacerować, nie spotykając żywej duszy. Od wczoraj ręka znowu dość mocno mi dokucza, być może na skutek edytowania zdjęć lub grania w otome. Wczoraj tylko upiekłam babkę i ogarnęłam pracę. Dziś porządkuję szafę z materiałami do pracy, w której są niemal wyłącznie lekkie rzeczy, oglądam zaległe filmy anime i czytam "Mitologię nordycką". Gdy nie mam kontaktu z ludźmi mówiącymi pesymistyczne rzeczy, czuję się lepiej niż tydzień czy dwa tygodnie temu.
Byłabym zapomniała: gram ze Szczurem we "Wrota Baldura 2". Gramy po naszemu, to znaczy Szczur klika, a ja mu podpowiadam, tylko że z udostępnianiem ekranu. Nasza postać ma teraz tylko dwie towarzyszki, bo towarzysze z pierwszej części odeszli albo zginęli. Prawdziwe girl power.
Obiecałam sobie odezwać się do wszystkich bliższych znajomych z dawnych czasów, których naprawdę lubię, i dowiedzieć się, jak się mają. Nawet jeśli z niektórymi nie mam już stałego kontaktu, bo nasze drogi rozeszły się w dorosłym życiu, to miło jest czasem tak po prostu porozmawiać z kimś, kogo się zawsze lubiło, a nie tylko było się zmuszonym do przebywania z nim w szkole.
Mama zaczyna szyć maseczki domowej roboty dla rodziny, takie z wymiennym wkładem. A przynajmniej przymierza się - obejrzała kilkanaście nagrań na YouTube, ściągnęła wykroje, zamówiła materiały. Plusem jest i to, że kiedy mama zajmuje się czymś twórczym, rzadziej ogląda telewizję i snuje katastroficzne wizje, więc atmosfera w domu staje się bardziej pozytywna. To już coś. Szkoda, że tatę jest dużo trudniej zająć czymś innym niż telewizja.

28.03
Dzisiaj odświeżyłam sobie przepis na domową pizzę.

1.04
Z cyklu "Kot - kto go zrozumie?":
Północ. Siadam w fotelu i próbuję pogłaskać kota leżącego w sąsiednim fotelu. Bestia mnie gryzie.
Dwadzieścia minut po północy. Próbuję drugi raz. Bestia mnie gryzie.
Trzydzieści minut po północy. Zganiam Bestię ze stołu, bo chce łazić po materiale na maseczki.
Czterdzieści minut po północy. Siadam w fotelu z komórką. Bestia wystawia szyję nad oparciem fotela. Nie reaguję. Bestia wskakuje mi na kolana, mości się i podtyka mi swoją głowę pod samą szyję. Odsuwa komórkę swoją głową i kładzie łapę na mojej ręce. Mruczy.

4.04
Tak sobie w nocy pomyślałam... jak pięknie teraz musi być w Tatrach, gdy tysiące Januszów i Grażyn nie przewalają się codziennie przez park, kładąc się na krokusach, zajeżdżając konie, domagając się od ratowników transportu znad Morskiego Oka, wrzeszcząc na swoje dzieci i rzucając śmieci pod ławki. Szkoda, że akurat tacy turyści są niepoprawni i niezdolni do refleksji, czy przyroda też za nimi tęskni.

Szpaki wróciły. Od paru dni się tu kręcą. A nie było ich w ogrodzie, odkąd Bestia zabiła jednego ptaka z "naszej" pary mającej tu gniazdo.
Trochę się ociepliło, więc pierwszy raz od paru dni nabrałam ochoty, żeby wyjść na dwór. Tym razem poszłam na bardzo pokątny, że użyję nazewnictwa Asi, spacer po ogrodzie. Postanowiłam poszukać żyjątek i innych ciekawych rzeczy. I wyobraźcie sobie, że było ich całkiem dużo!
W ciągu ostatnich paru dni rozwinęły się kolejne kwiaty, ale to nie wszystko. Namierzyłam trochę żyjątek, piórek, dwa bratki rosnące "na dziko", mnóstwo porozbijanych orzechów (to chyba dzieło jakiegoś ptaka, bo jesienią wszystkie wyzbieraliśmy), a nawet trzy norki (lub norkę z trzema wejściami - nie wiem, bo nie wchodziłam). Ktoś zamieszkał pod murem sąsiada - może nornik?





5.04
Przeczytałam "Mitologię nordycką" Gaimana. Mogłaby być świetną lekturą dla nastolatków do konfrontowania z mitologią Greków i Rzymian, a czyta się lekko. Gaiman tym razem w formie, nie to, co czasami w opowiadaniach.
Gdybym czytała to w wieku trzynastu lat, może potrafiłabym uwierzyć w Odyna i Thora.
Udało mi się też na odległość pomóc cioci w zainstalowaniu od zera Skype'a na tablecie. Trwało to dość długo, ale... Jestem z siebie dumna.

6.04
Dzisiaj po ogarnięciu spraw wpracowych wyznaczyłam sobie zadanie: pozbierać łupiny orzechów w ogrodzie. Myślałam, że jedno wyjście wystarczy. Uzbierałam około dwustu pięćdziesięciu łupin, czyli dwie doniczki, a to bynajmniej nie koniec. Reszta zostanie na inny raz. Ktokolwiek wyjadał ich zawartość, na pewno nie głodował.
Przy okazji znalazłam dużo biedronek.




7.04
Dzisiaj śniło mi się, że:
- Szczur wyznał mi, że dołączył do jakiejś sekty, której zadaniem jest zabijanie osób łamiących zakaz wychodzenia z domu podczas epidemii.
- Chciałam porozmawiać z Markiem i wysłać mu jakieś zdjęcie. Po pewnym czasie on mi odpisał, że zamierza ograniczyć kontakt z ludźmi i jeśli chcę się z nim skontaktować, muszę wysłać mu mailem formularz.
Mózgu, dokąd zmierzasz?

Poszłam dzisiaj dla odmiany na niedługi spacer wśród łączek (a właściwie to nieużytków). Nie spotkałam nikogo poza pawikiem, cytrynkiem i żabą, której zakłóciłam odpoczynek w trawie. Słońce grzeje bardzo mocno, po roślinach widać, że potrzebują deszczu.
Przede wszystkim chciałam sprawdzić, czy brzozy rosnące głębiej na łące mają gałęzie na tyle nisko, żeby móc z nich brać listki dla brudnic. (Zazwyczaj pomagały mi brzozy z osiedla, gdzie pracuję.) Mają. Trzeba tylko utorować sobie drogę przez gałązki i przejść kawałek, który po deszczu robi się podmokły. Swoją drogą, to ładne drzewa.
Wróciłam, mając gacie na tyłku całe w jakichś pyłkach, ale co poradzić?

10.04
U sąsiadki stało się coś niezwykłego - w jedną noc pojawiły się setki żółtych kwiatów! Gdy wyjrzałam nad murem, odkryłam, że całe jej niewielkie podwórko tak wygląda. Ustaliłam z Markiem, że to ziarnopłon wiosenny. Śliczny kwiatuszek!




12.04
Pomimo specyficznej sytuacji na świecie, święta wielkanocne u mnie w domu są tak samo kolorowe i smakowicie pachnące jak zawsze. Pierwsze święto od lat spędzam tylko z rodzicami i z naszymi zwierzakami, więc to dla mnie norma. Grunt, że jesteśmy w komplecie. Mamy kontakt online z fajnymi ciociami i kuzynostwem. Pierwszy raz jednak nie odwiedzą nas w lany poniedziałek krewni z pobliskiej miejscowości, których bardzo nie lubię. Z powodu tych krewnych od wielu lat stresuje mnie lany poniedziałek, zazwyczaj w tym dniu od rana byłam lękowa. Myśl, że oni nie przyjadą, jest póki co tak abstrakcyjna, że jeszcze nie potrafię się z tego cieszyć. Może jutro zacznę.
Z racji pracy zdalnej w tym roku posprzątałam przed świętami dużo więcej niż zwykle. Nie przeszkadzało mi to, sprzątałam dla siebie, żeby mieć zajęcie. Upiekłam dwie babki i rogaliki z serem, a mama ciasto miodowo-orzechowe (można powiedzieć, że to wariacja na temat mazurka). Udało się nawet upolować zawczasu sporo wielkanocnych słodyczy. Jajek malować mi się nie chciało, ale wyjęliśmy świąteczne dekoracje. Nie jestem osobą religijną, więc z domowych tradycji najbardziej brakuje mi pocztówek - i tych od rodziny i znajomych, i od osób z Postcrossingu. Komu się dało, wysłałam e-kartkę.
Przez dwa dni gorzej się czułam psychicznie, ale częste rozmowy ze Szczurem mi pomogły. Nie wiem, jak on to robi, że prawie zawsze potrafi mnie rozweselić.
Wczoraj umyłam ostatnią rzecz, jaka została mi do umycia w moim pokoju - terrarium. Przyniosłam z szopy poczwarki rusałek i przystosowałam terrarium dla nich. Z kolei dzisiaj, gdy już się najadłam i zaczęłam czuć, że w moim brzuchu jest zdecydowanie za dużo słodkości, umyłam leżak. Będzie mi służył do siedzenia pod drzewem, słuchania i obserwowania ptaków. Wczoraj widziałam ptaka z bardzo bliska, spacerował w bluszczu metr ode mnie, jednak nie rozpoznałam gatunku.
Z trzech kawałków marchewki, które położyłam obok znalezionych norek, dwa zniknęły. Nie wiadomo jednak, czy to mieszkaniec norki je zjadł, czy może jakiś ptak. Albo... słynny wielkanocny zajączek.





13.04
Pierwsza burza w tym roku.

18.04
W ostatnich dniach mam kłopoty ze snem, czasem do czwartej nie potrafię zasnąć. Zapewne dlatego, że nie umiem powstrzymać się od czytania o znanych przypadkach zaginięć, w niektóre dni robię to wręcz kompulsywnie, a potem myślę o tych zaginięciach. Nie boję się, ale jestem nadmiernie pobudzona intelektualnie, gdy trzeba spać. Trudno mi coś na to poradzić, bo zawsze mnie ciekawiły te sprawy, a w obecnej sytuacji mam nadmiar czasu, więc moja głowa fiksuje się na temacie, który pozwala nie myśleć ciągle o wirusie. Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że jestem później nadmiernie pobudzona.
Oczywiście czytam i oglądam też inne rzeczy, w ilości większej niż normalnie, ale inne na tak długo nie angażują mózgownicy.
Mój pokój jest już wysprzątany wzdłuż i wszerz, zawartość komputera podobnie, więc coraz trudniej o angażujące głowę zajęcia. Pracuję zdalnie, codziennie ćwiczę, regularnie odkurzam, ale nie męczy mnie to wszystko tak jak zwykły dzień pracy wśród ludzi i jazdy autobusami, po którym zamykam się w pokoju i padam jak mucha. Dostałam od mamy maseczkę, więc chyba czas wrócić do codziennych krótkich spacerów po wsi i szukania śladów wiosny. Muszę wykombinować sobie jeszcze coś do roboty.
Wczoraj pierwszy raz upiekłam chlebek, co prawda nie na zakwasie, tylko na sodzie. Według przepisu z YT. Tacie smakuje, mamie przeszkadza intensywny zapach sody - nie tylko autyści mają nadwrażliwość węchową. Teraz czas spróbować chlebka na suchych drożdżach lub na zakwasie.




19.04
Pierwszy raz od kilku dni poszłam na spacer i pierwszy raz w maseczce, którą uszyła mi mama. Ale to nie koniec pierwszych razów - pierwszy raz w tym roku przeszłam się swoją ulubioną trasą dookoła wzgórza. Zamierzam wrócić do regularnych spacerów tamtędy, żeby się stopniowo przyzwyczajać - zarówno do samych spacerów (niedługo sezon na gąsienice), jak i do maseczki. A po drodze, jak zwykle, zauważyłam kilka ładnych ładnotek.

20.04
Od kilku dni próbujemy ze Szczurem znaleźć we "Wrotach Baldura 2" niedźwiedzia, którego da się zaprosić do naszej drużyny. Na efekty nie trzeba było długo czekać.
Dzisiaj śniło mi się, że do mojego ogrodu wtargnął niedźwiedź i oboje ze Szczurem próbowaliśmy się go pozbyć. Miś zachowywał się nie jak prawdziwy niedźwiedź, ale jak upierdliwy, wyrośnięty szczeniak - węszył po ogrodzie, deptał rośliny, wtargnął do szopy. Bałam się, że w szopie, rozpychając się swoim wielkim cielskiem, zrobi krzywdę moim poczwarkom. Przez pewien czas ukrywaliśmy się w pomieszczeniu nad szopą, a gdy niedźwiedź wycofał się i poszedł za dom, zwialiśmy do domu. Nadal jednak niepokoiliśmy się, bo miś uderzał w drzwi wejściowe. Powiedziałam Szczurowi, że zaraz je wyważy.
Sytuacja zmieniła się w mgnieniu oka, gdy moja mama wróciła do domu. Mama powiedziała niedźwiedziowi, że ma dla niego miodek, a on podreptał za nią jak grzeczny piesek.
Nie... nic podejrzanego nie piłam!

Przygotowujemy z mamą zakwas do pieczenia chleba. Nigdy dotąd tego nie robiłam i jestem ciekawa, jak zakwas będzie się z dnia na dzień zmieniał.

22.04
Dzisiaj pierwszy raz od bodajże pięciu tygodni pojechałam w swoje miejsce pracy. Mimo że wychodzę czasem na spacery, a do ogrodu niemal codziennie, czułam się, jakbym wyruszała na wyprawę życia.
Kiedy zobaczyłam szefa, uderzyło mnie, że wygląda jakoś inaczej niż zwykle, choć pozornie tak samo. W pierwszej chwili nie wiedziałam, z czego to wynika. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że pierwszy raz widziałam szefa nieogolonego.
To mnie trochę uspokoiło. Nie tylko ja mam ostatnio pewne braki higieniczno-wyglądowe.

24.04
Złożyłam rozliczenie PIT-u. Zajęło mi to dużo mniej czasu niż rok temu, gdy przez kilka godzin wahałam się, czy na pewno jest dobrze i czy już mogę wysłać. Oczywiście wsparłam Dagmarę swoim 1% podatku.
W ogrodzie spotkałam takiego maleńkiego koleżkę. Jak widzicie, bycie w domu sprzykrzyło mu się już tak bardzo, że z niego wyszedł.




niedziela, 31 maja 2020

[101] Majówka inna niż wszystkie


Ostatnio z rozbawieniem przypomniałam sobie, jak dziwnie czułam się trzy lata temu, gdy pierwszy raz od początku studiów nigdzie nie wyjechałam na długi majowy weekend. Pomimo że zwiedziłam wtedy dwa zamki, czułam się aż tak niezwykle, że post o tamtym weekendzie zatytułowałam "Nietypowa majówka". Cóż... Tegoroczna majówka była jeszcze bardziej nietypowa, bo inna niż wszystkie. Między innymi dlatego, że nie zwiedziliśmy ani jednego zamku, nie przekroczyliśmy granicy ani nie jedliśmy (przepysznego) czeskiego smażonego sera. A ja i tak cieszyłam się z niej jak szalona, bo pierwszy raz od kilku tygodni zobaczyłam Szczura i mogliśmy odwiedzić razem nasze ulubione lasy. Najpierw wybraliśmy się do Starego Lasu, a później do Najbliższego Lasu.

Pod koniec kwietnia i na początku maja w mojej okolicy było tak sucho, że zaklinałam wszystkich bogów, jacy kiedykolwiek istnieli, o odrobinę deszczu dla umęczonych roślin. Drugiego maja nareszcie trochę popadało, więc zieleń stała się bardziej soczysta, a zapach nieziemski. Mimo to w Najbliższym Lesie susza nadal rzucała się w oczy. Po deszczu nie spotkaliśmy motyli, ale tradycyjnie zaroiło się od stworzonek kochających wilgoć, głównie od ślimaków. Przenieśliśmy niektóre na drugą stronę ścieżki. Na jednym z drzew siedziało kilkadziesiąt maleńkich ślimaczków, a na leżących pniach dużo prosionków. Zaobserwowałam też dwa maleńkie miernikowce.

Ludzi widziałam zdecydowanie mniej niż zazwyczaj w majówkę, gdy oblegają samochodami zamki i inne atrakcje turystyczne. Moją uwagę zwrócili jednak państwo wożeni po lesie przez zaprzęg czterech młodych malamutów. To dopiero musi być frajda!

Jeśli czegoś mi w ten majowy weekend bardzo brakowało, to chyba tylko tego, żeby spędzić czas ze Szczurem gdzieś daleko, daleko od rodziców. I nadal tęsknię za tym równie mocno. Po ponad dwóch miesiącach pracy zdalnej mama daje mi się już chwilami mocno we znaki, zdarzają nam się ostre kłótnie, a tata też miewa swoje odpały. Nie mogę się doczekać urlopu i z całych sił trzymam kciuki za to, żeby w końcu móc solidnie odpocząć we dwoje.
Przerwa od rodziców dobrze by mi zrobiła. Nie mam wątpliwości, że im przerwa ode mnie też... 













piątek, 15 maja 2020

[100] 100 faktów o mnie (cz. I)


Trudno mi w to uwierzyć, ale na moim blogu właśnie stuknęła setka postów, choć pamiętam jego początki tak, jakby to było wczoraj. Trochę głupio byłoby, gdyby jubileuszowy post niczym się nie wyróżniał. Dlatego pomyślałam sobie, że wezmę udział w zabawie, którą kilka razy widziałam u innych blogerów, i spróbuję wymyślić sto faktów o mnie. Dajcie znać, czy któryś z nich bardzo Was zaskoczył!


1. Mam dużą rodzinę, zwłaszcza ze strony mamy.

2. Zbliżam się do trzydziestki, ale wyglądam na znacznie młodszą, co powoduje różne zabawne sytuacje.

3. Jestem w związku ze Szczurem od czterech lat.

4. Odkąd pamiętam, podoba mi się liczba 8.

5. Przez całe życie mam problemy w nawiązywaniu kontaktów z rówieśnikami. Większość moich "pokrewnych dusz" jest ode mnie starsza. Jako dziecko lubiłam towarzystwo dorosłych, a obecnie łatwo nawiązuję kontakt z dziećmi.

6. Moją ulubioną baśnią z dzieciństwa jest "Śnieżnobiała i Różanolica" braci Grimm.

7. Najszybciej zasypiam na lewym boku.

8. Zdarza mi się mówić przez sen.

9. Od czternastego roku życia mam przyjaciółkę, którą poznałam przez Internet. Obie pisałyśmy fanfiki o Harrym Potterze.

10. Często podobają mi się filmy obyczajowe, które wielu ludzi nudzą, a te z wartką akcją mnie usypiają lub nie umiem się w nich połapać.

11. Choć to wydaje się absurdalne, zdarza mi się czytać streszczenie filmu przed obejrzeniem go.

12. Nie palę papierosów i nigdy nie paliłam, bo zapach mnie odrzuca.

13. Uwielbiam tradycyjną pocztę: listy, pocztówki, paczki.

14. W dzieciństwie śmiertelnie się przeraziłam, gdy mojej babci wypadła proteza zębowa. Zwiałam z pokoju babci i pobiegłam do mamy blada jak kreda.
 
15. Mogę godzinami grać w planszówki.

16. Moje ulubione czytadła na podróż to książki Lucy Maud Montgomery i Agathy Christie.

17. Jeżeli do siedemnastej nie zjem obiadu, bardzo niewiele brakuje mi do meltdownu i byle co może go wywołać.
 
18. Lubię robić bliskim prezenty i jestem dobra w wymyślaniu prezentów, które cieszą innych.

19. Niemiłosiernie kruszę przy jedzeniu, a kiedy jem coś, czym nakruszyć się nie da, to zwykle kawałek mi spada i brudzi świeżo wyprane ubranie.

20. Od kilku lat pracuję w tym samym miejscu i bardzo lubię swoją pracę.

21. Mam kiepską pamięć do liczb. Jeśli komputer mi nie przypomni, często zapominam o urodzinach i rocznicach. A już o imieninach zapominam prawie zawsze, bo sama ich nie obchodzę.

22. Chodzę na wybory.

23. Dziwnie się czuję, gdy ktoś zostawia otwarte szafki lub szuflady. Odkąd musiałam doprowadzić do ładu kredens, w którym zalęgły się mole spożywcze, wszystko rytualnie zamykam.

24. Jeśli tylko się da, unikam antybiotyków jak ognia, bo wielu z nich mój organizm nie toleruje.

25. Od dwóch miesięcy regularnie ćwiczę.

26. Moim pierwszym zwierzakiem - takim naprawdę moim, nie rodziców czy babci - był żółw stepowy. Mieszkał ze mną przez około dwadzieścia lat.
 
27. Nie zdążyłam poznać ani jednego z moich dziadków. Obaj zmarli na długo przed moimi narodzinami.

28. Pierwszą w życiu dwóję dostałam w V klasie za pracę domową z... informatyki.

29. W Hogwarcie zapewne trafiłabym do Krukonów.

30. Nie potrafię zbyt długo wytrzymać w żadnym sklepie, gdzie gra głośna muzyka.

31. Od czasu do czasu bardzo wciąga mnie jakaś historia true crime, pomimo że czytanie ich nie najlepiej na mnie wpływa. Najbardziej interesują mnie tajemnicze zaginięcia.

32. Moje wymarzone kierunki podróży to Japonia, Hiszpania, Skandynawia, Wielka Brytania i Australia.

33. Marzy mi się też odwiedzić ulubione miejsca Elżbiety Bawarskiej i domy kilkorga pisarzy.

34. Generalnie unikam horrorów, thrillerów itp., bo w ogóle mnie nie kręcą straszne filmy. Nie cierpię scen tortur, a pod wpływem ponurej muzyki czuję lęk. Jeśli już robię wyjątek, to raczej dla anime niż dla filmu.

35. W zamian uwielbiam czytać mity, podania, legendy oraz kaidan (japońskie opowieści o duchach i innych straszydłach).


36. Nie znoszę typowych wesel.

37. Zaczęłam przeklinać dopiero po studiach.

38. Tak bardzo lubię spotkania w małym gronie ze znajomymi i przyjaciółmi, że czasem dzień wcześniej nie potrafię zasnąć z wrażenia.

39. W wieku sześciu lat przez pewien czas bałam się piątków po tym, jak w pewien letni piątek rozbiłam sobie kolano i łokieć.
 
40. Nie potrzebuję do szczęścia telewizora. Wszystko oglądam przez Internet.

41. Słucham absurdalnie różnej muzyki, od Owl City po Guns N' Roses.

42. Ekstremalnie rzadko słucham płyt jako całości. Zwykle podobają mi się pojedyncze utwory, których mogę słuchać w kółko.

43. Wydłubuję rodzynki z ciast.

44. Najlepiej mi się czyta, gdy wszyscy w domu śpią, dlatego jestem notorycznie niewyspana.
 
45. Gdy inni ludzie na mnie narzekają, w 90% przypadków chodzi o to, że przerywam ich wypowiedzi. Im bardziej angażująca rozmowa, tym bardziej nie umiem wyczuć, kiedy się odzywać, żeby było dobrze.

46. W wieku ośmiu lat zaczęłam pisać pierwszy pamiętnik, a trzynastu - pierwszego bloga.

47. Ulubionych anime mam sporo, ale takimi najbliższymi mojemu sercu są Shinsekai Yori, Sangatsu no Lion, Haibane Renmei i Ergo Proxy.

48. Jestem sową. Czuję się najlepiej i jestem najbardziej produktywna wtedy, gdy mogę kłaść się o drugiej w nocy, a wstawać o dziewiątej.

49. Tylko dwa razy w życiu leciałam samolotem. Dobrze to wspominam, nie bałam się. Za to mojej cioci parę dni wcześniej przyśniło się, że ja i mama wychodzimy z wraku samolotu.

50. Ubóstwiam miód i syrop klonowy.