niedziela, 17 października 2021

[122] Świętokrzyskie czaruje (cz. I)

 
Dość długo zastanawiałam się, gdzie pojechać w tegoroczne wakacje. Po zeszłorocznym kryzysie i niełatwej wiośnie nie czułam się na tyle pewnie, żeby udać się w zupełnie nowe miejsce, ale nie chciałam też przez całe lato ograniczać się do jednodniowych wypadów. Rozważałam kilka miejsc, aż w końcu postawiłam na Góry Świętokrzyskie. Minęły cztery lata od poprzedniego wyjazdu ze Szczurem w te okolice, a ponieważ okolice Kielc mnie wtedy urzekły, uznałam, że to dobry pomysł. 
 
W spotach reklamowych promuje się województwo świętokrzyskie hasłem "Świętokrzyskie czaruje" - i to prawda. Nie do końca uświadamiam sobie, co składa się na atmosferę, która mnie tam przyciąga i działa tak kojąco, ale moim zdaniem trudno o lepsze hasło.

 
23.07
Od wczorajszego wieczoru jesteśmy w Kielcach i bardzo mnie to cieszy. Co prawda, wczoraj mimo starań nie obeszło się bez stresu przed podróżą i buntu brzucha, ale już na spacerze przed snem poczułam odprężenie.
W nowym miejscu, zaraz na parkingu, powitał nas sympatyczny zwierz - jeż. Na zdjęciu zrobionym mu po ciemku niewiele widać (tylko jeśli maksymalnie rozjaśnię ekran), ale musiałam je pstryknąć, bo się ucieszyłam. Już od paru lat nie spotkałam jeża, więc uważam to nieoczekiwane spotkanie za dobrą wróżbę. Jako drugi wyszedł nam na powitanie przemiły gospodarz, mimo późnej pory zagadując nas na amen.
Pomieszkujemy w miejscu, które już znam, a w którym moim zdaniem w powietrzu unosi się magia. I nie mam tu na myśli świętokrzyskich podań o czarownicach i o diabłach, tylko kojącą atmosferę. Jesteśmy w jednym z największych polskich miast, tymczasem w bliskim sąsiedztwie jest park krajobrazowy, trochę dalej rezerwat. Przed snem za oknem mojego pokoju zbiera się orkiestra koników polnych, a rano budzą mnie głośne okrzyki kur.
Po wczorajszym dniu byliśmy bardzo zmęczeni, więc rano wygrzebaliśmy się późno, na totalnym luzie. W hotelu już nikogo z gości nie było, kiedy udawaliśmy się zwiedzać, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Cudownie jest nie czuć presji. Wyjątkowo odpuściłam sobie nawet zajmowanie się gąsienicami, nakarmionymi obficie przed wyjazdem.
Pojechaliśmy na Kadzielnię - wzgórze zbudowane z wapieni, na którym znajduje się rezerwat przyrody. Mimo bliskości tego miejsca ostatnim razem nie zwiedziliśmy go, chyba po prostu zabrakło nam czasu na wszystkie tutejsze atrakcje. Jak rzecze Wikipedia, Kadzielnia mogła być pogańskim miejscem kultu, ale nie ma na to przekonujących dowodów. Pewne jest to, że przez lata eksploatowano tu skały wapienne, a obok Jeziora Szmaragdowego, które powstało w dawnym kamieniołomie, trudno przejść obojętnie. Niestety, nie udało nam się zwiedzić jaskiń, bo obowiązuje tam rejestracja. Poszliśmy na górę najwyżej jak się dało bez wspinaczki, a w drodze powrotnej popatrzyliśmy na okolicę z miejsca widokowego u stóp pomnika. Trochę brakuje tam tabliczki informacyjnej - dopiero Wikipedia powiedziała mi, że jest to pomnik Bojowników o Wyzwolenie Narodowe i Społeczne.
 
 


 
 
 
 
Na terenie rezerwatu widziałam mnóstwo motyli: pawiki (ich było najwięcej, szczególnie w jednym miejscu, gdzie okupowały nieznaną mi kwitnącą roślinę), admirały, bielinki, jednego modraszka.
Wieczorem Szczur zabrał mnie na spacer po okolicy, czyli do lasu wchodzącego w skład parku krajobrazowego. Po drodze zobaczyliśmy klasztor na Karczówce i kilka kapliczek, zahaczyliśmy też o punkt widokowy z panoramą Kielc. Oj, niełatwo mi było iść kamienistą ścieżką po zmroku, zwłaszcza że odzwyczaiłam się zupełnie od chodzenia po jakimkolwiek trudniejszym terenie. Trzy razy miałam skurcze mięśni pośladków. Ale z pomocą Szczura dałam radę i to jest najważniejsze.

25.07
Wczoraj zdobyliśmy Łysicę. Mam sentyment do tej góry, bo był to bodajże drugi z kolei szczyt, na który o własnych siłach weszłam. W przeciwieństwie do poprzedniego razu, miałam na sobie porządne górskie buty, więc wchodziło i schodziło mi się lepiej. Owszem, niektóre odcinki przysparzały mi trudności, szczególnie ostatni, gdzie idzie się między największymi kamieniami. Każde wyjście w góry traktuję jako okazję do kontaktu z przyrodą, ale też jako wyzwanie dla mojego układu przedsionkowego i koncentracji uwagi. Kiedy udaje mi się zrobić coś, co wymaga pokonania własnych słabości, na przykład przełamania obaw przed utratą równowagi, jestem z siebie dumna. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież chodzę po prostych trasach. Cóż... obiektywnie znaczy obiektywnie, a mój układ przedsionkowy ma swoją skalę i to w niej zdobywam punkty. 

 






Niestety, reszta dnia nie pozwoliła mi wypocząć po wycieczce w góry. W hotelu, gdzie wynajmujemy pokoje, odbywało się wesele. Przez cały dzień zza mojego okna dobiegało irytujące buczenie wentylatora, a wieczór był mocno dyskomfortowy sensorycznie. Nie wiem, co bardziej mnie denerwowało - głośne basy, których nie cierpię, krzyki bawiących się ludzi czy hołubce o drugiej w nocy. Miałam nadzieję, że godzinę po oczepinach towarzystwo zacznie się rozchodzić, jak to zwykle bywało na weselach w mojej rodzinie. Gdzie tam! - wyszło na jaw, że górale potrafią się bawić do bladego świtu. Im bardziej goście byli pijani, tym donośniej krzyczeli i śpiewali (między innymi "Aaaalee za to nieedziela, nieeedziela będzie dla nas"). Nie zrobiłam wieczorem nic dla siebie poza nakarmieniem gąsienic, nawet na czytaniu nie umiałam się skupić. W końcu o drugiej wzięłam lek nasenny i padłam na łóżko. Nie wiem, o której impreza się skończyła, ale na szczęście lek zrobił swoje - szybko zasnęłam. Cztery godziny później obudziła mnie błoga cisza. Otworzyłam na chwilę oczy, sprawdziłam godzinę na ekranie telefonu i ponownie zasnęłam.
W związku z nocnymi hałasami dzisiaj zorganizowaliśmy sobie dzień bardziej luzacko. Na obiad umówiliśmy się wcześniej, po obiedzie poodpoczywaliśmy osobno, wieczorem połaziliśmy po okolicy... Najważniejszym punktem dnia było zwiedzanie zamku w Chęcinach. Jeżeli znacie historię o tym, jak królowa Bona w pośpiechu wyjechała z Polski, zabierając ze sobą drogocenny skarb, to może Was zaciekawi, że właśnie w Chęcinach przechowywała swoje kosztowności.
Obecnie próżno szukać na zamku skarbów z lat jego świetności, ale z wież roztacza się piękna panorama okolicy. W sezonie letnim po dziedzińcu przechadzają się pracownicy zamku w średniowiecznych strojach, między innymi zaskakująco sympatyczny kat. Można też przymierzyć elementy rycerskiej zbroi, zakuć się w dyby, sfotografować się z koniem lub Kostkiem, zobaczyć krzyżackiego jeńca czy popodziwiać herby szlacheckie. Część atrakcji może się wydawać dziecinna, ale czemu by się trochę nie powygłupiać?
Miałam dzisiaj wymarzoną pogodę do fotografowania zamku. Początkowo nic nie zapowiadało takiego obrotu spraw - od rana prażyło słońce, na niebie nie wisiała ani jedna większa chmura. Spodziewałam się, że podczas naszej wycieczki w samo południe zdjęcia wyjdą beznadziejnie. Jakże się zdziwiłam, gdy po naszym wejściu na teren zamku nagle zerwał się silny wiatr! Z minuty na minutę zrobiło się pochmurno. Dzięki temu zamek zapozował dokładnie tak, jak lubię najbardziej.




 

środa, 6 października 2021

[121] Pamiętniki lipcowe

 
[TRIGGER WARNING: W poście znajdują się wzmianki o pajęczakach wraz z ich zdjęciami.]

 
04.07
Już od tygodnia mam wakacje, ale chyba dopiero dzisiaj zaczęłam to odczuwać w pełni. Po trybie życia z ostatnich dwóch, trzech miesięcy mojemu organizmowi trudno było załapać, że oto już nie trzeba nigdzie się spieszyć i wywierać na siebie żadnej presji. Przez kilka dni wciąż czułam tę presję, żeby wszystko robić jak najszybciej i jak najefektywniej, w postaci nerwowych sygnałów płynących z mojego brzucha. Dopiero gdy wczoraj brzuch całkowicie się zbuntował, zauważyłam wyraźną poprawę.
Tegoroczne lato zaczęło się nietypowo, jako że pierwsze dwa tygodnie wakacji spędzam na Śląsku. Miałam możliwość przenieść się do Nory, ale Szczur trochę później zaczyna urlop, bo czeka go jeszcze kilka dni służbowego wyjazdu. Wolałam zostać w domu na wsi niż spać sama w pustym mieszkaniu, do czego nie jestem w ogóle przyzwyczajona. Tak więc moje dni są na razie na tyle podobne do siebie, że czasem nie jestem świadoma, jaki mamy dzień tygodnia. Staram się codziennie posprzątać kawałek pokoju i wyjść na spacer po okolicy. Przychodzi mi to trudniej niż zazwyczaj, zwłaszcza że wciąż mam zwiększone zapotrzebowanie na sen w ciągu dnia, ale daję radę. Bywa, że wynagradzają mi to ciekawe obserwacje przyrodnicze. Zaczynam też powoli nadrabiać zaległości w czytaniu, słuchaniu muzyki i oglądaniu anime.
W poprzedni weekend, właściwie od razu po zakończeniu roku szkolnego, pojechaliśmy ze Szczurem do Bielska-Białej. Była to moja inicjatywa. Zależało mi, żeby spędzić razem trochę czasu poza domem przed wyjazdem gryzonia za granicę. Chciałam też zwiedzić kolejny fragment tego miasta, które bardzo polubiłam w czasach studenckich, i zapoznać z nim Szczura. W ciągu dwóch dni zdążyliśmy przespacerować się po centrum, zwiedzić dwie filie muzeum: Zamek Sułkowskich i Starą Fabrykę, odkryć stary cmentarz ewangelicki i znaleźć zaskakującą restaurację. Zdjęć jednak jeszcze nie będzie. Postanowiłam, że poświęcę temu wypadowi post albo dwa na blogu.
A na zdjęciu dzisiaj jest mały gostek, którego przyniosłam ze spaceru w swojej czapce z daszkiem. Zauważyłam go dopiero wtedy, gdy zaczął spacerować po daszku od spodu. Łobuz bardzo nie chciał opuścić upatrzonego lokum. Chował się jak tylko mógł. Poprosiłam Aleksandra o identyfikację, a on napisał, że to ślizgun z rodzaju Philodromus.
 
 
 
 
08.07
Prawdopodobnie nie uda mi się przejrzeć i uporządkować wszystkiego, co sobie zaplanowałam na czas przed wyjazdem. Nadal mam kompletnie rozwałkowany rytm dobowy, do czego jeszcze dokłada swoje trzy grosze upał. Przez większość dnia nie czuję na nic siły, a zasypiać chce mi się dopiero około czwartej nad ranem. Muszę wrócić do leku nasennego, a tak dokładne sprzątanie jak rok temu sobie odpuścić.
Wczoraj udostępniłam grafikę o odpuszczaniu, chyba od Anity. Kto zna mnie w realu, wie jednak, że z odpuszczaniem mam spore problemy. Nawet gdy nikt nie nakłada na mnie presji, jeżeli sama coś sobie umyślę i przyzwyczaję się do swojego planu, jest mi bardzo trudno pogodzić się z jego niewykonaniem. Tak już mam. Planowanie jest mi niezbędne do tego, żeby jako tako funkcjonować na co dzień, ale z drugiej strony może powodować, że funkcjonowanie się sypie, gdy plan nie wypala. Tym bardziej teraz, kiedy na większość planów zależnych od czynników zewnętrznych trzeba z góry brać poprawkę, przywiązuję się jeszcze mocniej do tych zależnych tylko ode mnie. Dlatego wrzucanie na luz i mówienie sobie: "nie musisz robić tego teraz", "możesz wrócić do tego za pewien czas" nie jest dla mnie wcale prostą sprawą. Już samo zrozumienie przyczyn swojego dyskomfortu wymaga ciągłej pracy nad samoświadomością, a co dopiero mówić o całej reszcie.
Co w związku z tym? Próbuję w głowie dzielić plany na mniejsze etapy i doceniać, że niektóre z nich ukończyłam. Przykładowo, udało mi się powołać do życia regały na materiały do rękodzieła i prac plastycznych. Zamówiłam, pomogłam tacie w składaniu, poprzenosiłam trochę pudeł - i jest. Jeden. Drugi też złożony, ale czeka, aż zrobimy więcej miejsca w pokoju, który ma się stać kuchnią. Tak czy siak, gratów pod nogami zauważalnie ubyło. Już nie ma ryzyka, że po wejściu do "upychalni" ktoś się potknie i zaryje nosem w pudła pełne szyszek albo plastikowych kwiatów. Krok do przodu.

12.07
Szczur wrócił z wyjazdu służbowego i zdążył już przywieźć mnie do Nory. Nieźle się zdziwiłam, gdy go zobaczyłam! Kilka dni temu stracił ząb, przez cały tydzień dużo pracował fizycznie, w ciągu dwóch dób prowadził samochód przez kilkanaście godzin... a tymczasem robi wrażenie znacznie bardziej wypoczętego i wesołego niż po każdym innym tygodniu pracy! Wniosek jest jeden: zamiast na uciążliwe konferencje przełożeni powinni go oddelegowywać do dźwigania ciężkiego sprzętu.
Mnie tymczasem udało się trochę odpuścić, jeśli chodzi o sprzątanie. Wysprzątałam kilka swoich szaf, ale sporo zakamarków zostawiłam. Zrezygnowałam też z trenowania jazdy na rowerze, bo wciąż nie mam wystarczająco dużo energii. Rower nie zając, będzie na mnie czekał.
W zamian zrobiłam kilka innych rzeczy dla siebie: ostrzygłam się na krótko, poszukałam nowych e-booków do nauki hiszpańskiego, odwiedziłam bibliotekę. Kiedy czułam się na siłach, chodziłam na spacery. Do tego pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna spędziłam kilka wieczorów na muzycznych poszukiwaniach.
Ogólnie prawie codziennie w jakichś momentach dnia towarzyszy mi muzyka, ale nie umiem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio szukałam jej sama i przesłuchiwałam całe albumy. Od dawna słuchałam tego samego, dodając tylko pojedyncze utwory zasłyszane na fejsie czy YT. Po zeszłorocznym kryzysie poczułam jednak potrzebę zmian - jakoś nieprzyjemnie mi się słucha kawałków, które  towarzyszyły mi zeszłego lata. I tak odkryłam, że wiele moich ulubionych zespołów z czasów nastoletnich nadal tworzy muzykę, a niektórzy artyści wydali po parę albumów, odkąd zaczęłam pracować. Przesłuchałam te albumy i stworzyłam sobie nową podróżniczą playlistę.
A w Warszawie przywitała mnie burza. W zasadzie oglądaliśmy błyskawice rozświetlające niebo już na kilkadziesiąt minut przed stolicą, z autostrady. Powiedziałam Szczurowi, że czuję się przez to trochę jak w Sylwestra.
- Tylko że tym razem szczur jest trzeźwy - zauważył Szczur.

16.07
Pogoda jaka jest, każdy widzi, słyszy i czuje. Zwłaszcza czuje, bo od kilku dni chyba cała Polska zmaga się z wysokimi temperaturami i gwałtownymi burzami.
Moim zdaniem, na miano najmniej komfortowego dnia zasłużyła środa, gdy z okien buchał żar na miarę państw arabskich. Powietrze na dworze zdawało się tak gęste, jakby można je było kroić. Jeśli nawet taki antyfan klimatyzacji jak ja włącza ją na pewien czas co kilka godzin, to znaczy, że sytuacja jest niecodzienna. W tym dniu klima okazała się niezbędna, żeby funkcjonować, a co dopiero mówić o jako takim stanie psychicznym. Na szczęście wieczorem miło spędziliśmy czas z Asią, Tomaszem i Mistrzem Zen, którzy mimo nieprzyjaznego klimatu przyjęli nasze zaproszenie. Bardzo, bardzo mi już brakowało spotkań w realu z ulubionymi ludziami!
Mniej duszny, ale równie gorący poniedziałek wykorzystałam, żeby połazić po galerii handlowej. Kupiłam sobie dwie pary adidasów i kilka książek, w tym prezent urodzinowy dla Szczura.
Wczoraj wieczorem pojechaliśmy ze Szczurem do lasu, żeby wypuścić kilkadziesiąt małych gąsieniczek i co najmniej tyle samo jaj. Na spacerze znalazłam gąsienicę przepięknej ćmy, pyszałka oriona, która siedziała sobie w niecodziennym miejscu - na drewnianej barierce. Liczyłam na długi spacer z powrotem po zmroku, jednak po godzinie usłyszeliśmy nieśmiałe grzmoty. Dla bezpieczeństwa szybko wycofaliśmy się z lasu. Burza tymczasem znowu postraszyła i nie przyszła przez całą noc. W międzyczasie my urządziliśmy sobie queerowy wieczór.
Po dziewiątej rano obudziła nas burza. Zazwyczaj budzę się tu niedługo później, ale dzisiaj żadne z nas nie było na taką pobudkę przygotowane, bo wczoraj queerowaliśmy do trzeciej w nocy. Obudziłam się z bólem łapek. Zrobiłam wszystko, co konieczne (zakupy w piekarni, obiad, mini sprzątanko w kuchni), a przez resztę dnia pokładam się na wszelkich możliwych meblach. Czekamy na kuriera. Zastanawiam się, czy szczęście się do nas uśmiechnie i przyjedzie on na tyle wcześnie, żeby udało się spędzić czas na dworze. Temperatura około dwudziestu trzech stopni jest zbyt przyjemna, żeby cały dzień przesiedzieć w bloku. Accio odkurzacz!
PS Kaczki krzyżówki z parku znowu mają młode. Cuteness overflowing ❤
 
 
 

17.07
Leżę w łóżku przykryta prześcieradłem. Chwilę wcześniej zadzwonił budzik, ale daję sobie jeszcze kilka minut na rozbudzenie się, w końcu mam urlop. Nie muszę zrywać się na równe nogi po pierwszych dźwiękach alarmu.
Do pokoju wchodzi Szczur.
- W kuchni, w tym kubku przykrytym talerzykiem jest Safonid.
- Co? - zastanawiam się półprzytomnie.
- Gdy się obudziłem, coś chodziło mi po włosach. Strzepnąłem to lekko i wtedy Safonid prawie wpadł mi do oka. Nie chciałem cię budzić, dlatego włożyłem go do kubka.
Dobrze, że nie hoduję jadowitych pająków.

20.07
Z serii "Normalny związek, normalna rozmowa": Relatywizm
Przechodzę obok Szczura i o mały włos nie potykam się o jego nogę, która znienacka pojawiła się na mojej drodze.
Ja: Eeej!
Szczur: No co? Ja tu tylko stałem, a ty nadepnęłaś mi na nogę.
Ja: Nie, to ty mi podstawiłeś nogę.

Dzisiaj zatęskniłam za swoją skromną kolekcją minerałów i kamieni szlachetnych.
Pojechaliśmy do Muzeum Ziemi PAN. Będąc w stolicy w wakacje czy ferie zimowe, zawsze staram się odwiedzić jakieś muzeum, w którym jak dotąd nie byłam. A jest w czym wybierać, bo chociaż zwiedziłam ich już sporo, lista jakimś tajemniczym sposobem wydaje się ciągle wydłużać zamiast skracać. Muzeum Ziemi musiało na nas poczekać dość długo ze względu na godziny otwarcia (pora przed obiadem to dla nas najmniej komfortowy czas na wyjścia). Udało nam się jednak jakoś pozbierać.
Zarówno pod względem tematyki, jak i sposobu jej przedstawienia Muzeum Ziemi bardzo przypomina Muzeum Geologiczne. Na wystawach dominują gabloty z minerałami i długie opisy, które moim zdaniem nie sposób przeczytać w czasie krótkiej wizyty. Czytałam więc to, co uznałam za najważniejsze, a przez resztę czasu podziwiałam eksponaty. Zrobiłam zdjęcia tym, które najbardziej mi się podobały. Wtedy właśnie zatęskniłam za swoją kolekcją, bo nagle poczułam potrzebę, żeby rozłożyć na stole swoje minerały, swobodnie poczuć je dotykiem i popatrzeć na nie pod różnymi kątami.
 
 



 
Spośród wystaw stałych najbardziej wciągnęła mnie najdłuższa, "Procesy kształtujące oblicze Ziemi". Mogłabym tam chodzić i chodzić. Szkoda, że gdy uczyłam się o tych procesach na geografii w gimnazjum czy liceum, podawano nam tylko suche fakty z podręcznika. Nie mieliśmy okazji zobaczyć na żywo różnych rodzajów skał, mimo że musieliśmy zapamiętać tabelkę o nich. Bardzo charakterystyczna jest wystawa meteorytów, prezentowanych w ciemności. Odpowiednio rozmieszczone lampy wydobywają z kawałków meteorytów niesamowite refleksy.
Obok głównego budynku muzeum znajduje się drugi, przeznaczony głównie na wystawy czasowe. Obecnie można tam zobaczyć trzy: "Barwny świat minerałów", "Wielkie ssaki epoki lodowcowej", "Chmury i nocne niebo". O nocnym niebie co prawda nie znalazło się zbyt wiele informacji, ekspozycja przede wszystkim zaznajamia z wyglądem i cechami najczęściej występujących chmur. Jeżeli ktoś byłby zainteresowany, autorem większości zdjęć z wystawy jest Marek Wierzbicki - być może da się podejrzeć jego twórczość w sieci. Na końcu porównałam swój wzrost do nogi słonia leśnego i poczułam się malutka jak mrówka. 
Dookoła rozciąga się park Marszałka Rydza-Śmigłego, miejsce ciche, kojące i najwyraźniej atrakcyjne dla zwierząt. Spotkaliśmy goniące się dookoła drzewa wiewiórki i parę rusałek.
 
 
 

22.07
Trochę po dwudziestej drugiej staliśmy ze Szczurem na balkonie, gdy na patio pojawił się mężczyzna. Usiadł na ławce i zaczął głośno mówić do telefonu:
- Nie, nie będę chodził do psychologa. Nie przeszkadza mi, że już byłem, ale nie chcę. Nie będę chodził do psychologa!
Jako mimowolny świadek rozmowy poczułam się nieco skrępowana, więc zaproponowałam Szczurowi szeptem:
- Chodźmy do środka, głupio tak słuchać czyjejś intymnej rozmowy.
Później zaczęłam się jednak zastanawiać, czy temu człowiekowi faktycznie by to przeszkadzało. Z jednej strony, z psychologiem rozmawiać nie chce, ale potencjalnie podzielił się tą informacją z mieszkańcami paru bloków. Z drugiej strony, pamiętam, jak czując się bardzo źle, kilka razy w ciągu jednej nocy dzwoniłam do domu z pokoju hotelowego i opowiadałam ze szczegółami o swoich lękach i objawach psychosomatycznych, kompletnie się nie przejmując, czy ktoś słyszy. Było mi już wszystko jedno. Czasem człowiek może czuć się tak źle, że nie myśli o swojej prywatności, bo to ponad jego siły. Dlatego jednak nie chciałam tego słuchać.

27.07
Zainspirowana dzisiejszym spacerem oraz dyskusją u Uriela, zainteresowałam się, co mówią badania naukowe na temat tego, dlaczego komary gryzą niektórych częściej niż innych. I okazało się, że niektóre powody są ciekawe.

31.07
Z cyklu "Normalny związek, normalna rozmowa":
Szczur: Zobacz, jaki pająk!
Nad łóżkiem Szczura siedzi stworzonko o odnóżach długich na kilka centymetrów.
Ja: I co z nim? Chcesz go zabić?
Sz.: Nie.
Ja: Może wynieś go na balkon.
Sz.: Nie, on mi nie przeszkadza.
Ja: A jeśli zaczniesz chrapać, będziesz otwierał usta i on wejdzie do środka?
Sz.: To będzie wkładka mięsna.
 
Wieczorem Aleksander uświadomił nas na fejsie, że zaobserwowany pajęczak to nie pająk, tylko kosarz.  Zainteresowanych odsyłam do Wikipedii.
 
 


sobota, 17 lipca 2021

[120] Gradobicie

 
W całym swoim trzydziestoletnim życiu nie widziałam takiego gradu, jaki 24 czerwca spadł na miejscowość, gdzie mieszkam. Ponad dwa razy starsi rodzice twierdzą, że też nigdy takiego nie widzieli. W mediach - owszem, ale nie na własne oczy.

Burza nadeszła około osiemnastej. Odpoczywałam wtedy po przedostatnim dniu pracy przed wakacjami, ale nagle poczułam, że muszę wstać. Coś było nie tak. Po chwili zdałam sobie sprawę, że odgłosy, jakie wydaje zbliżająca się burza, nie są normalne. Zazwyczaj między grzmotami występują przerwy, dłuższe lub krótsze, natomiast to był huczący pomruk. Jeden nieprzerwany pomruk, który chwilami cichł lub narastał, ale nie ustawał przez wiele minut. W moim odczuciu to wrażenie było nie lada dziwne i podświadomie wzbudzało jakiś pierwotny niepokój. Chmury miejscami przybrały żółty kolor, a babcia zawsze mówiła, że najniebezpieczniejsze burze są z żółtych chmur.

Po kilku minutach grzmoty w końcu się rozdzieliły i rozpętało się gradobicie. Byliśmy wszyscy w domu, więc szybko pozamykaliśmy okna, spuściliśmy żaluzje i wyłączyliśmy urządzenia elektryczne. Bębnienie gradu o dach brzmiało tak, jakby ktoś rzucał w dom kamieniami. W międzyczasie zgasł prąd.

Intensywne gradobicie ustąpiło równie nagle jak się pojawiło. Zapadła cisza, rozchmurzyło się. Wyszłam na dwór, gdzie zastałam trawnik usiany kawałkami lodu. Niektóre były ogromne, przypominały mi kule wystrzeliwane przez Arktosa w "Tabaludze". Ich zimno aż parzyło w dłoń. Zrobiłam zdjęcia tym leżącym najbliżej; pewnie dałoby się znaleźć jeszcze bardziej okazałe, ale nie chciałam się wykopyrtnąć na oblodzonej trawie. 
 
 




 
 
Po dwóch czy trzech godzinach burza wróciła, tym razem na szczęście już bez gradu, ale też złowieszcza. Nawałnica trwała nieprzerwanie mniej więcej od dwudziestej do pierwszej w nocy. Przez cały ten czas nie mogłam zasnąć, ponieważ grzmoty były zbyt głośne, a w tle odzywały się na przemian sygnały alarmowe okolicznych straży pożarnych. Prądu przez całą noc nie mieliśmy. Włożyłam baterie do świeczek LED-owych i siedziałam przy nich po ciemku, bo niespecjalnie dało się robić cokolwiek konkretnego. Bestia ukrył się w szafie i nie wyściubiał stamtąd nosa. Momentami czułam niepokój, zwłaszcza gdy wiał bardzo silny wiatr - niemal bałam się, że zostanę porwana do Oz jak Dorota. 

Nasza awaria prądu została usunięta nad ranem, ale pracownicy pogotowia energetycznego zapewne długo jeszcze mieli pełne ręce roboty. Na szczęście obeszliśmy się bez większych strat, poza uszkodzoną rynną. Musimy jednak wezwać fachowca, aby dokładnie obejrzał dach. U jednej z sąsiadek nawałnica wywołała znacznie gorsze skutki, ponieważ wszyscy domownicy akurat przebywali poza domem: grad uszkodził samochody, a w domu padły podłączone do prądu kuchenka i zmywarka.

Myślałam, że wakacje nie mogą się zacząć bardziej oryginalnie niż wyjściem attacusa z kokonu, ale anomalie pogodowe to mocna konkurencja w tej dziedzinie.

PS Zdjęcia z moją dłonią przedstawiają kilka różnych kul gradowych, żeby nikt nie miał wątpliwości, że takie rozmiary to nie był żaden wyjątek.

wtorek, 13 lipca 2021

[119] Pamiętniki wiosenne

 
07.03
Chyba odkryłam swoją ulubioną czekoladę: gorzka kokosowa od Wedla.
Nigdy przedtem nie zjadłam prawie całej czekolady w 2 dni, zwykle jem kosteczkę lub dwie dziennie.

08.03
Nie mogę. No, po prostu nie mogę. Od kilku miesięcy desperacko próbuję ogarniać życie i mam wrażenie, że wszechświat się zaprzysiągł, żeby każda możliwa pierdoła rzucała mi kłody pod nogi. Wszystkiego pilnuję, zapisuję, a mimo to od powrotu do stacjonarnej pracy ciągle o czymś zapominam, coś gubię albo z czymś nie wyrabiam. Każda "oficjalna" sprawa zajmuje dwa razy więcej czasu niż powinna, bo jak coś może nie zadziałać (Internet, urządzenie, aplikacja), to akurat przy "oficjalnej" sprawie nie zadziała.
Muszę zbierać zaświadczenia z różnych szkoleń do awansu zawodowego. Chyba z miesiąc pisałam, gdzie się dało, żeby dostać certyfikat o udziale w ostatniej konferencji online. Każda osoba odsyłała mnie do innej. Po tym, jak wreszcie je dostałam, zostawiłam je w skrzynce mailowej. Wiem, że dostałam, bo z radości pisałam o tym do dwóch osób 13 stycznia. Dzisiaj chciałam je wydrukować - nie ma! Nigdzie! Po prostu sobie zniknęło! W ogóle nie ma rozmowy z osobą, która mi je wysłała, nawet w koszu. Ważnych maili nigdy nie wyrzucam, mimo to ani w skrzynce, ani na kompie, ani na telefonie, nie ma tego certyfikatu nigdzie. Tyle maili na nic, a zebranie się do każdego oficjalnego kontaktu zajmuje mi wieki!
Nie mam już sił do tego wszystkiego, najbardziej w takich momentach. Nie mam sił na dodatkowe kontakty społeczne po pracy (te z nieznajomymi). Im więcej ich jest, tym więcej zawalam. NIE - MAM - SIŁ.
Wybaczcie, coś musiałam zrobić z tymi emocjami, bo od duszenia w sobie jest tylko gorzej.

09.03
Z serii "rosomacze starocie":
Tę piosenkę usłyszałam, gdy miałam może osiem czy dziesięć lat, na TV4. Otwierała telenowelę "Alvaro" i polubiłam ją, mimo że nie oglądałam serialu. Czułam się jakoś błogo, słuchając portugalskiego, choć hiszpański zawsze podobał mi się bardziej.

13.03
Borze liściasty, jakie tegoroczne piosenki na Eurowizję są okropne... Cudów nigdy się tam nie spodziewam, ale przeważnie jest przynajmniej paru uczestników pozytywnie wyróżniających się. Tym razem niespecjalnie.
Z czwartku na piątek pogoda zaprezentowała wszystko: śnieg (w czwartek), deszcz (nocą i w piątek rano), słońce (w piątek). W końcu w piątek po południu nad sąsiednią miejscowością ukazała się tęcza, pierwsza w tym roku.
Dzisiaj na żaluzji widziałam pierwszą w tym roku biedronkę.

15.03
W niedzielę ja i Szczur pierwszy raz od miesięcy pojechaliśmy do Muzeum Górnośląskiego, na wystawę "Pomiędzy magią a religią". Ludzi na szczęście jak zwykle było jak na lekarstwo. Wystawa kończy się za dwa tygodnie, dlatego od dłuższego czasu czaiłam się, żeby ją zobaczyć. Mnie wierzenia i tradycje ludowe interesują od dziecka, czytałam o nich różne książki, ale Szczura zapewne więcej informacji zaskoczyło. Na przykład to, że zimą kruki zastępowały bociany w przynoszeniu dzieci - czyli ja według tradycji ludowej zostałam przyniesiona przez kruka. 
 
 


 

30.03
W ogrodzie wychodzą pierwsze kwiaty, a jeszcze kilka dni temu ich nie było. 
 
 

 

05.04
Lany Poniedziałek...
W dzieciństwie była to moja ulubiona część Wielkanocy. Wstawałam wcześnie rano i czekałam na gości, zaopatrzona w sikawkę w kształcie różowej świnki. Przyjeżdżali kuzyni od strony taty i od strony mamy, a także synowie chrzestnej - każdy chciał dostać słodycze i dodatkowe kieszonkowe. Oczywiście przyjeżdżali z rodzicami, którzy zawsze mieli ze sobą jakąś paczuszkę słodyczy dla mnie. Gdy byłam starsza, zaczęli przychodzić też koledzy z mojej i sąsiedniej ulicy. Oblewaliśmy się całkiem sprawiedliwie, a płeć nie miała znaczenia. Szczególnie pamiętam jedną Wielkanoc, gdy było bardzo, bardzo ciepło i wszyscy biegaliśmy z konewkami w samych koszulkach i szortach.
Po ukończeniu osiemnastki przestałam lubić ten dzień, a właściwie to zaczęłam go nie znosić, pomimo że mój chłopak miał dzięki niemu pretekst do przyjeżdżania w święto. Wszystko dlatego, że po bierzmowaniu rodzice nakłonili mnie do bycia chrzestną, czego już parę lat później żałowałam. Rodzice chrześniaczki, dalsi krewni od strony taty, zaczęli bowiem rytualnie przyjeżdżać "na dyngusa" i okazali się przy bliższym poznaniu niezbyt sympatyczni. Nie miałam (i nadal nie mam) z nimi o czym rozmawiać, a do tego irytowało mnie ich zachowanie: wpadanie bez zapowiedzi o losowej porze dnia, często w porze naszego obiadu, otwieranie przez dzieci kilku czekoladek naraz i zostawianie ich napoczętych, wypytywanie o sprawy osobiste. Po dwóch latach zaczęłam robić się nerwowa już w noc poprzedzającą poniedziałek.
Za jeden z nielicznych plusów izolacji społecznej uważam nadal fakt, że ta część rodziny nie przyjeżdża "defaultowo" i że nie muszę kłócić się z rodzicami o utrzymywanie kontaktu z nimi. (Parę lat temu oznajmiłam, że nie zamierzam tego robić, co wywołało parę kłótni). Wiem, jak to niemiło brzmi, ale naprawdę niektórych nie da się polubić. Teraz atmosfera w domu jest lepsza.
Świętujmy, jeśli chcemy i jak lubimy, ale szanujmy granice innych ludzi.

07.04
Od kilku dni wiosny za bardzo nie czuć, jest zimno jak w ferie zimowe i średnio co dwa dni pada śnieg. Tradycyjnie już wysiałam owies wielkanocny, żeby przywołać do domu wiosnę. Na zdjęciach owies dzień po dniu, fotografowany codziennie w południe.
 
 


 

08.04
Z serii "Dialogi domowe": Kiedy zainteresowania wejdą za mocno
O wpół do drugiej w nocy idę przypomnieć tacie, że ma zmierzyć poziom glukozy.
Tata: Ale miałem sen. Śniło mi się, że doradzałem prezydentowi Stanów Zjednoczonych.
Ja: A któremu?
T.: Żadnemu z dotychczasowych. Akurat były wybory i wybrano nowego.

11.04
W sobotę byłam na pierwszym tej wiosny prawdziwym spacerze po Najbliższym Lesie. Pojechaliśmy do lasu od strony sąsiedniej miejscowości, żeby uniknąć nieprzejezdnych po ostatnich opadach dróg. I chodziliśmy tak sobie o zmroku, aż zrobiło się ciemno. Podejrzewałam, że wrócimy po półgodzinie, ale pierwszy raz od kilkunastu dni było mi naprawdę ciepło i łaziliśmy trzy razy dłużej. Dotarliśmy aż do zalewu, ale podmokły teren uniemożliwił nam podejście bliżej.
W drodze powrotnej przez las znaleźliśmy bunkier, którego wcześniej nie widziałam. Dopóki nie poznałam Szczura, bunkry nigdy jakoś szczególnie mnie nie interesowały, w przeciwieństwie do opuszczonych domów i zamków. Moi byli ani przyjaciele też nie pasjonowali się historią II wojny światowej. Dlatego mam zaległości, jeśli chodzi o zwiedzanie takich obiektów w okolicy.
Pod lasem znalazłam też tropy, a w drodze powrotnej samotny żółty kwiatek ukryty wśród traw.
 
 
 

16.04
Mało mnie tu ostatnio, bo mam trudny okres. W skrócie: nie mam stałej rutyny dnia i tygodnia, bo w pracy co tydzień lub dwa coś się zmienia i to zazwyczaj tuż przed weekendem, przy każdej zmianie mam rozstrój brzucha, przy każdym rozstroju brzucha nie umiem brać leku na stawy (który mogę brać tylko przed weekendem), więc bolą mnie stawy, a gdy stawy bolą, to niewiele umiem robić, nie mam na nic siły i dużo śpię. Nie mam chęci się uskarżać, bo przy każdej zmianie musiałabym pisać to samo, a inni mają swoje problemy, nierzadko poważniejsze ode mnie. Tak sobie zatem jakoś egzystuję, biorąc leki (na łepetynę, brzuch i ból) oraz modląc się o jak najszybszą zmianę nieustannie paskudnej pogody (zwłaszcza wilgotności powietrza), żeby dało się bardziej żyć niż egzystować.
W kwietniu stała się jeszcze jedna przykra dla mnie rzecz: w serwerowni, gdzie przechowywano dane z mojej ulubionej gry przeglądarkowej, wybuchł pożar i wszyscy gracze z europejskich serwerów stracili swoje konta. Konta, a na nich dane i kolekcje z kilku lat gry (w moim przypadku pięciu). Na szczęście w pożarze nie było ofiar. Przez pierwszych kilka dni odczuwałam smutek, brakowało mi też gry, która często podnosiła mnie na duchu w kryzysach. Na szczęście zdążyłam przejść cały pierwszy sezon, a ilustracje z gry mam zapisane, więc nie straciłam aż tyle co niektórzy. Gra została przywrócona do życia, a gracze dostali możliwość darmowego przywrócenia swoich kont do stanu sprzed pożaru. Samo skompletowanie przedmiotów i ubrań dla postaci jest strasznie czasochłonne, ponieważ w ciągu pięciu lat uzbierały się ich setki. Dlatego od paru dni po pracy głównie tym się zajmuję, żeby naprawić jak najwięcej przed powrotem do pracy stacjonarnej.
Zanim natomiast usiądę do gry, uczę się, bo muszę zacząć się przygotowywać do egzaminu. Inni zwykle robią to na ostatni moment, ale ja tak nie potrafię.
A niedługo, mam nadzieję, dojdą jeszcze gąsienice, więc blog i fejs będą pewnie zaniedbywane do lipca. Z góry przepraszam za wszystkie zapomniane urodziny i inne ważne rzeczy. I za to, że rzadko się odzywam, a jak odpisuję, to z opóźnieniem.
Najlepsze zostawiłam na koniec. Jeśli chodzi o całkowicie pozytywne pozytywy, to są takie dwa.
Po pierwsze, moi rodzice są już oboje zaszczepieni. Mama zniosła szczepionkę dużo lepiej ode mnie, co wywołało u wszystkich wielką ulgę. Weszliśmy też w fazę masowego szczepienia ciotek i wujków.
Po drugie, udało mi się znaleźć jedyną dostępną na polskim rynku suchą karmę dla kotów z problemami z układem moczowymi i jednocześnie nietolerancją lub alergią na kurczaka! Karma nazywa się Forza10 Urinary Active. Zdecydowałam się spróbować, bo sprzedawca, zamiast kręcić na temat kurczaka jak inni, odpisał mi w bardzo miły i merytoryczny sposób. A kot karmę niesamowicie polubił, mimo że nie cierpi lekarstw! Sam ustawia się przy opakowaniu i patrzy tęsknym wzrokiem! 
 
25.04
Dzisiaj odkryłam muzykę Luny. Piękne! I pomyśleć, że bardzo długo we współczesnej polskiej muzyce nie umiałam znaleźć prawie nic dla siebie.

11.05
Jestem już po drugiej dawce szczepionki. Cieszę się. Teraz tylko trzymajcie kciuki, żebym nie czuła się tak makabrycznie jak po poprzedniej i nie była przez tydzień wyłączona z życia. Boję się jutra. Zwłaszcza tego uczucia rozrywającego i pulsującego bólu w sprawniejszej ręce, przez który nic nie umiałam robić.

12.05
Potwierdzam, że po drugiej dawce jest znacznie lepiej niż po pierwszej.
Najważniejsze, że nie mam dziś gorączki. W nocy mnie trochę na nią zbierało, ale tym razem paracetamol zatrzymał temperaturę na trzydziestu siedmiu stopniach. Nie jestem tak strasznie osłabiona i nie czuję się jak wrak człowieka. Rano miałam problemy żołądkowe, ale u mnie to raczej z nerwów. Najsłabsze ogniwo to ręka, która w moim odczuciu dość mocno boli - najbardziej znowu przy próbach schylania się i podnoszenia ręki. Nie ma jednak porównania do pierwszego dnia po pierwszej dawce, gdy ból był nieziemski, jest bardziej jak drugiego czy trzeciego.
Jak brzuch się poprawi, to będę świętować. Koniecznie zjem pizzę. A może nawet kieliszek wypiję, choć robię to średnio raz w roku.
(dopisane parę dni później)
Ból ręki całkowicie minął po dwóch dniach, więc lęk tym razem okazał się niepotrzebny.

23.05
W tym roku Eurowizję wygrał rock.
I pomyśleć, że Polacy nie chcą wysłać Clödie na Eurowizję...
Mało kto umie takie klasyki jak "Sweet Child O' Mine" wykonać tak, że fani pierwowzoru z całego świata chwalą zamiast oskarżać o świętokradztwo. Gdyby ktoś jej napisał dobrą piosenkę dopasowaną do jej głosu, wymiotłaby tam.

04.06
Nareszcie złożyłam do dyrekcji sprawozdanie, nad którym ostatnio pracowałam, i... poczułam wielką ulgę. Cały maj, w sensie wszystkie wieczory (a jest to pora dnia, gdy najlepiej funkcjonuję), poświęciłam na opracowywanie tego dokumentu. Cały kwiecień minął mi na czytaniu aktów prawnych i robieniu notatek, a cały marzec na powtarzaniu hiszpańskiego (to już robiłam czysto dla siebie). Owszem, latem będzie jeszcze egzamin, ale od teraz zamierzam znowu zacząć żyć, a nie tylko istnieć, i wziąć się za siebie. A jest za co się brać.
Od dwóch miesięcy jestem permanentnie zmęczona i senna. Mogłabym spędzać całe dnie w łóżku, bo po każdej czynności czuję silną potrzebę odpoczynku. Z funkcjami wykonawczymi, które ogólnie nie są moją mocną stroną, jest słabiej niż zwykle. To raczej nie kwestia psychiki, bo wiosną zwykle najlepiej się czuję psychicznie, ostatnio też nic konkretnego mnie nie dręczy i czuję ochotę, żeby robić różne rzeczy. Kłopot w tym, że mój organizm za tą ochotą nie nadąża, bo cały czas nie ma sił. W moim życiu nic się nie zmieniło: jem to samo, leki działają dobrze, przewlekła choroba jest stabilna. Mierzę ciśnienie, do swoich lekarzy po kolei zaglądam. Myślę, że umiem umiejscowić w czasie początek tego permanentnego zmęczenia, a mianowicie odczuwam je konkretnie od pierwszej dawki szczepionki. Wtedy się zaczęło i choć inne skutki uboczne po paru dniach minęły, a po drugiej dawce nie miałam żadnych cięższych objawów, to zmęczenie i zwiększone zapotrzebowanie na sen nie przeszły.
Nie za bardzo mam ochotę rozmawiać o tym z innymi ludźmi, bo nie chcę wychodzić na jakiegoś antyszczepa. Nigdy nim nie byłam i nadal nie jestem. Cieszę się, że dzięki szczepionkom jesteśmy bezpieczniejsi, że będę mogła latem spotkać przyjaciół i członków rodziny. W życiu byłam szczepiona wiele razy. Poza tym wszyscy moi krewni i znajomi nie odczuwają tego, co opisuję. Nie chcę nikogo do szczepień zniechęcać, broń borze liściasty, wręcz przeciwnie, zawsze argumentuję "za". Ale to moje samopoczucie jest faktem, nawet jeżeli nie umiem go obiektywnie wykazać - bo jak udowodnić zmęczenie?
Postanowiłam od czerwca robić, co mogę, żeby spróbować dodać sobie energii. Przed zakończeniem roku szkolnego czeka mnie jeszcze sporo pracy, zwłaszcza papierologii, ale najbardziej żmudne dla mnie zadania wykonałam. Chcę jak najwięcej przebywać na powietrzu, ruszać się, więcej pić, lepiej jeść i dostarczać sobie jak najwięcej endorfin. Dużo gąsienic, książek, lasu, muzyki, rozsądnych wycieczek... Chcę też zadbać o relacje oraz od czasu do czasu próbować w wolnym czasie nowych rzeczy. Mam nadzieję, że ciało podąży za głową i też mu się zachce.

07.06
Długi weekend był dla mnie prawdziwym wybawieniem. Co prawda, zdążyłam poczuć się bardzo wakacyjnie, a od jutra znowu trzeba zaiwaniać do pracy - ale prawdziwe wakacje już niedługo. A tymczasem dzięki krótkim wycieczkom nareszcie zyskałam trochę punktów do motywacji.
W piątek pojechaliśmy ze Szczurem do Pszczyny. Tym razem odpuściliśmy sobie zamek, gdzie w długi weekend udało się najwięcej ludzi, i tylko przespacerowaliśmy się obok niego. Celem naszej wyprawy był natomiast skansen. Szczur nie zawitał tam jeszcze nigdy, a ja tylko raz z byłym chłopakiem, więc chętnie zaktualizowałam wspomnienia.
Zwiedzając, każde z nas skoncentrowało się na tym, czym najbardziej się interesuje. Szczur szczegółowo przyglądał się maszynom, a ja starałam się dowiedzieć czegoś o życiu ludzi w okolicach Pszczyny. Zapamiętałam między innymi, że cechami charakterystycznymi domów były bielone "ramy" dookoła okien i wnęki przy drzwiach służące do siedzenia przed domem. U szczytu domów umieszczano świętą figurkę lub obraz, albo półksiężyc, słońce i oko.
W skansenie mieszkają sympatyczne zwierzęta: owce, czarny baran i kozy, ale... nie tylko one. W jednym z budynków odkryliśmy śmiesznego stwora przypominającego mi Queeraty z Shinsekai Yori. Broni on zwiedzającym dostępu do strychu, gdzie znajduje się składzik. Obok stawu można zawrzeć bliższą znajomość z powabną istotą. Warto też zwrócić uwagę na międzykulturowe towarzystwo muzykantów.
 
 




 
09.06
Szukając brzozy dla brudnic, natknęliśmy się z tatą na bocianie gniazdo. Pierwszy raz od lat widziałam bocianie gniazdo w naszej okolicy, i to od razu z jego panem (lub panią) na włościach.
 
 

 

niedziela, 20 czerwca 2021

[118] (Przebrzydle opóźnione) pamiętniki zimowe

 
01.12
Opera Śląska pierwszy raz organizuje spektakl dostępny online w czasie rzeczywistym! W sobotę o osiemnastej można obejrzeć na żywo premierę "Łucji z Lammermoor". Bilety są póki co dostępne za złotówkę na stronie opery.
Bardzo chciałabym, żeby Opera Śląska poszła po rozum do głowy i zaczęła transmitować online także inne spektakle, jak robią to już inne teatry. Jeśli o mnie chodzi, bilety mogłyby równie dobrze być sprzedawane w normalnych cenach - jak ktoś w obecnej sytuacji tęskni za operą, to i tak się skusi.

02.12
Zaczynamy kolejny etap leczenia Bestii. Dziś pierwszy raz dostał mokrą karmę weterynaryjną, którą ma jeść przez pewien czas, żeby pozbyć się piasku w moczu. Oczywiście na razie nie ma mowy o jedzeniu wyłącznie tej karmy i nie wiem, czy będzie to w ogóle możliwe, bo Bestia nienawidzi zmian. Samej mokrej karmy nie tknął, poniuchał podejrzliwie i odszedł. Udało mi się jednak podejść go, mieszając nową karmę z gotowanym mięskiem z indyka i dodając parę kropli tranu. (Tran działa na niego jak kocimiętka.) Na razie to mała porcja, ale może po trochu da się go przekonać. Cieszę się, że w ogóle cokolwiek zjadł. Obawiałam się strajku głodowego.
Poza tym dzisiaj sprzątałam szafkę z filmami i muzyką, ogarniałam żarówki i... "naprawiałam notebooka", w sensie starałam się zwiększyć ilość wolnego miejsca na dysku. (W języku mamy i cioci każde rozwiązywanie problemu z komputerem czy tabletem to "naprawianie"). Winda domyślnie ma zainstalowaną masę badziewia, na przykład jakieś dziwne gierki niczym z Androida. Wystarczyło to usunąć, by zwolnił się cały gigabajt. Zainstalowałam też program do odtwarzania płyt DVD. W końcu będę znowu mogła oglądać Davida Attenborough i inne filmy dokumentalne, a w tym roku dostałam ich mnóstwo od Pytajnika.
Tymczasem moja rodzina gnomów poszerza się, mam ich już sześć. Niedługo trzeba będzie im nadać skandynawskie imiona.

04.12
Dziś konferencyjnie, a ponadto mam jeszcze trochę pracy przed weekendem, ale udało mi się zauważyć, że znowu przyleciał dzięciołek. Widziałam go z okna, jak opukiwał pień świerku. Później chodził nad oczkiem wodnym.

05.12

Z cyklu "Dialogi domowe":
Mama: Przyniesiesz z lodówki na dole mleko w puszce?
Idę na parter, zaglądam do lodówki... a tam najróżniejsze produkty, w tym kilka kartonów mleka. Chwilę się zastanawiam i zabieram jeden karton, żeby w razie czego nie chodzić drugi raz.
Ja: Przyniosłam mleko, ale w kartonie. W puszce nie było.
Mama: O to chodziło.
To w końcu w kartonie czy w puszce?

06.12
Teraz coś zabawnego: z konferencji o seksualności oprócz wiedzy i zaciekawienia paroma tematami wyniosłam również miły sen. Przyśniło mi się dziś rano, że przyjechał do mnie były chłopak w celach... dość jednoznacznych. Byliśmy jeszcze piękni i młodzi, jak dziesięć lat temu. Do tego eks wykazał się empatią. Wiedząc, że w domu jest mi zimno, przywiózł dla mnie polarowy kocyk.

07.12
Takie pocztówki dostałam w tym roku w ramach wymiany halloweenowej. Pokazuję dopiero teraz, bo przychodziły jeszcze w listopadzie. Służyły mi jako ozdoby od Halloween do andrzejek. Teraz czas je schować w albumie - nadchodzi wymiana bożonarodzeniowa.
 
 

 
W zeszłym tygodniu do mamy zadzwoniła ciocia, która od niedawna jest na emeryturze i nie czuje się z tym dobrze. Życie przyzwyczaiło ją do ciągłej aktywności poza domem, a teraz bardzo jej tego brakuje. Postanowiła więc zaangażować się w lokalne działania na rzecz seniorów. Przed świętami seniorzy z naszej gminy, którzy mieszkają samotnie, mają dostać prezenty. A my zostaliśmy poproszeni o upieczenie pierników (piecze je zresztą więcej osób).
I tak sobotni wieczór upłynął pod znakiem malowania całej góry upieczonych wcześniej pierników. Przy malowaniu słuchałam opery transmitowanej na żywo z Opery Śląskiej. Idąc za ciosem, wczoraj upiekłyśmy pierwszą turę pulchnych miodowych pierników dla nas. Te nie są jeszcze pomalowane.
Dzisiaj chce mi się spać. Od nadmiaru emocji po konferencji i operze włączyły mi się problemy ze spaniem. Dwa razy zasnęłam dopiero po czwartej. Nic nowego, szczególnie opera zawsze bardzo mnie pobudza. Rodzice powiedzieli, że przez cały wieczór obficie stimowałam.
Paczki z prezentami zaczęły przychodzić, a wśród nich znalazły się wisiorki z motylimi skrzydełkami. Rzecz jasna, artystka, u której je kupiłam, nie zabija motyli na biżuterię, tylko wykorzystuje znalezione skrzydła. Jeden wisiorek kupiłam sobie sama na mikołajki, a drugi dostanę dopiero na urodziny. W mniejszym jest skrzydełko mojej ulubionej niedźwiedziówki kai.
 


 
08.12
Minęło osiem lat, odkąd jest ze mną Bestia. Niewiarygodne, jak szybko to zleciało! Ciągle pamiętam pierwszy wieczór Bestii u nas, spędzony w dużej mierze pod fotelem i pod łóżkiem. Ten mały kłębuszek strachu szybko się zadomowił i w kolejnych dniach zaczęło być go wszędzie pełno. Do dziś sobie nie wyobrażam, że miał trafić do schroniska - taki wrażliwy zwierzak, a do tego alergik.

09.12
Jutro w Moonlight Lovers wychodzi ścieżka z ostatnim wampirem z rezydencji: Ethanem. To lekarz wojenny, szachista, najlepszy przyjaciel mojego ulubieńca Beliatha i zarazem chłopak z PTSD. Wszystko wskazuje na to, że to będzie najtrudniejsza ścieżka, także zostawienie jej na sam koniec.
Beemoov, proszę, nie schrzańcie tej historii, bo przegracie w swoją własną grę.

10.12
Świąteczna poczta już prawie gotowa. Również misję "Gnomy" uznaję za oficjalnie zakończoną. Niektóre zostaną u mnie na święta, inne znajdą nowe domy.
Zachęcam do zgłaszania propozycji skandynawskich imion dla gnomów! W tym celu należy wybrać gnoma i podać w komentarzu propozycję imienia dla niego. Można skorzystać np. z tej strony.
PS Dementuję pogłoskę, jakoby gnomy nosiły ubrania z używanych skarpet. Wszystkie ubrania są świeżutkie. Radzę nie obrażać tych złośliwych istot!
 
 



16.12
W tym tygodniu znowu dostałam zastępstwa, dlatego mniej mnie tutaj. W poniedziałkowy wieczór zabrałam się za pierniczenie, żeby w kolejnych dniach mieć więcej czasu na sprawy wpracowe. Powstało kilka blach - dużo kruchych pierniczków i trochę "pulchnych" miodowych, jak co roku. Na razie schowałam je do pudełek, bo aż kusi, żeby podjadać!

20.12
Co za paskudna, paskudna doba. Cały dzień miałam migrenę, a teraz w nocy rwie mnie ręka i nie mogę spać. Myślę o cytacie z "Królewskiego skrytobójcy":
"(...) gdy myślę o ciele, więżącym mego ducha, chętnie wspominam wilcze dni. Jest w tych obrazach ukojenie i pokusa.
»Chodź, poluj ze mną - szepcze mi głos w sercu. - Zostaw ból i bądź znowu wolny. Tu każdy czas jest teraźniejszością i wybór należy do ciebie«."


23.12
Ekipa gnomów już gotowa do świętowania, ja potrzebuję jeszcze trochę czasu. W Wigilię sprzątać już nie zamierzam, ale będę gotować z mamą, przygotowywać stół do kolacji, no i wypadałoby umyć łeb.
Choinkę mamy ubraną od kilku dni, inne dekoracje też zrobione. Dzisiaj pakowałam prezenty, przygotowywałam pieczarki i malowałam pierniki. Tego malowania trochę było, bo upiekłam dwa rodzaje pierniczków (pulchniutkie z miodem i kruche z przepisu na herbatniczki) a mama kolejne dwa (okrągłe i z makiem).
W poniedziałek i wtorek piekłam piernik z powidłami, który udał się niestety dopiero za drugim podejściem. Za pierwszym razem zrobił się paskudny zakalec, nie tylko tuż nad spodem ciasta, ale wręcz w całym cieście. Nie wiadomo, jaka była przyczyna. Na wszelki wypadek robienie drugiego piernika nadzorowała mama. Otworzyłyśmy nowe opakowania proszku do pieczenia i sody, mieszałyśmy składniki szybciej, a ciasto posiedziało w piecu ponad godzinę.
 
 

 
24.12
Migrena w Wigilię. Seriously? Trza się jakoś pozbierać.

29.12
"Idealna kryjówka! Nikt się nie zorientuje, że tu jestem."
 
 
 
 
01.01
Szczęśliwego Nowego Roku wszystkim!
My w tym roku spędzamy tę noc niby to inaczej, ale nie aż tak bardzo, bo nie jesteśmy sami. Od paru godzin (z przerwami) gadamy na kamerkach z Alex, Jakubem, Markiem i Piotrem. We dwoje, a jednak w sześcioro. I tylko przygotowań było dużo mniej.

02.01
Wczoraj przez cały dzień dochodziłam do siebie po Sylwestrze, mimo że sama niewiele wypiłam, jak zwykle zresztą.
Cybernerdiada się nam udała - połączyli się z nami wszyscy zaproszeni, którzy dają radę rozmawiać głosowo i mogli być tego wieczora obecni. Piotr i Marek siedzieli z nami prawie do drugiej!
Niestety, dopiero po pożegnaniu się ze wszystkimi okazało się, że Szczur za dużo wypił. Pierwszy raz, odkąd jesteśmy razem, widziałam go w takim stanie. Wygadywał farmazony bez ładu i składu, rzucał żenującymi tekstami, a co najgorsze, dobrał się do mojego komputera. Przeżyłam chwile grozy, gdyż komputer nie chciał się włączyć, a nietrzeźwy Szczur majstrował przy nim i nie chciał mi go oddać. Dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, że komputer nie jest podłączony do prądu (bateria w tym laptopie bez prądu już nie daje rady). Gdy zabrałam mój laptop, Szczur przeniósł się na swój, skąd próbował dzwonić do znajomych po trzeciej w nocy i zmieniać hasło do Facebooka. Przez wyrzut adrenaliny błyskawicznie rozbolały mnie brzuch i głowa. Do czwartej nie umiałam skłonić gryzonia do położenia się, a zostawić go samego też nie chciałam w obawie, że coś popsuje.
Rano Szczur obudził się potężnie skacowany, a ja stwierdziłam, że karma jednak czasem wraca - miał problemy dokładnie z tymi częściami ciała, które mnie przez niego bolały w nocy. Mam nadzieję, że to się już więcej nie zdarzy, bo średnia to przyjemność zmarnować cały dzień. Nigdy więcej picia tyle pod tym dachem.

05.01
Tegoroczne ferie są wyjątkowe - ma to swoje złe, ale i dobre strony. Szczur pracuje w większości zdalnie, więc nie spędzam czasu sama od rana do siedemnastej czy osiemnastej. Najprzyjemniejsze, że przez to nie traci czasu na dojazdy i nie jest nawet w połowie tak zmęczony jak normalnie, kiedy to po powrocie odsypia dwie godziny i w efekcie widzę go dużo krócej niż bym chciała. Częściej wstajemy, jemy i chodzimy spać o podobnej porze. Po zmroku zazwyczaj wychodzimy na spacer, a wieczorami oglądamy filmy albo czytamy książki, które dostaliśmy na święta. Dzięki temu, że zabrałam z domu tonę produktów spożywczych, przez pierwszych pięć dni gotowanie zajmowało mi mało czasu. Udaje mi się nawet codziennie powtarzać nieco hiszpańskiego.
Bestia chyba za mną tęskni, bo dostałam zdjęcie, jak leży na moim łóżku.

09.01
Z serii "Dialogi rodzinne":
Kuzyn zwany przeze mnie Włóczykijem, ze względu na wykonywany zawód, jako pierwsza osoba z rodziny został zaszczepiony przeciw koronie.
Ja: No i jak było? Jak się czujesz?
W.: Wiesz, na razie nic mnie nie boli. Ani ta ręka, w którą dostałem zastrzyk, ani druga ręka, ani trzecia. Obie pary oczu też mnie nie bolą. Tylko trochę niewygodnie się wkłada czapkę przez ten róg jednorożca na czole.

11.01
Dzisiaj dzień na wariackich papierach. Zaczęło się od rana - po oglądaniu filmu do późna obudziły mnie przedwcześnie odgłosy wiercenia u sąsiada z góry. Wiercenie trwało tylko pół godziny, ale już nie zasnęłam. Mocno boli mnie dziś łapsko, jednak dopiero teraz zjadłam obiad i będę mogła wziąć lek przeciwbólowy, bo przez dwie godziny prawie non stop musiałam wisieć na telefonie w pewnej stresującej sprawie. Jestem tym wykończona.
Plusem jest to, że pierwszy raz od kilkunastu dni widziałam dzisiaj słońce i bezchmurne niebo. I udało mi się wyjść na długi spacer, żeby się nimi nacieszyć.
 
 
 
 
16.01
Wczoraj i dziś obudziłam się w innym świecie niż przez ostatnie dwa tygodnie. Jak przez całą przerwę świąteczną i ferie zimowe nie było śniegu, tak teraz pada go tyle, jakby chciał nadrobić stracony czas. W Warszawie pojawił się dopiero na dzień przed moim wyjazdem i w niewielkiej ilości, natomiast tutaj podobno już od paru dni jest go dużo. Wczoraj wybrałam się ze Szczurem do parku, gdzie brodziliśmy w śniegu, fotografowaliśmy i wypatrywaliśmy bałwanów. Uwielbiam focić bałwany, chyba dlatego, że przypomina to łapanie Pokemonów - każdy jest inny. Na trasie, którą szliśmy, namierzyliśmy dwa.
Nie czuję się dobrze na myśl o powrocie do pracy i to od razu w formie stacjonarnej. Za każdym razem zmiany codziennej rutyny bardzo mnie stresują, więc nawet się szczególnie nie zdziwiłam, gdy dostałam dzisiaj rewolucji żołądkowej. Staram się powtarzać sobie, że inni to chcieliby mieć pracę, a ferie nie mogą trwać wiecznie, ale niewiele to pomaga. I tak jest mi ciężko. Wolałabym najpierw wrócić na pewien czas do pracy zdalnej, która przynajmniej pozwalała mi się jako tako wyspać. Na myśl o tym, jak dobrze mi było w Norce bez niezapowiedzianych zastępstw, zbyt chłodnej wody w kranach, głośnych kaloryferów i grających całymi popołudniami telewizorów, łapie mnie chandra. Pewnie za kilka dni się ogarnę.
Wyjeżdżając, miałam spore obawy, ponieważ ostatni pobyt w Norce zbiegł się w czasie z moim kryzysem psychicznym. Pierwszy raz nie czułam się tam bezpieczna. To uczucie było przerażające i irracjonalnie bałam się, czy nie wróci, choć logika wskazywała, że nie powinno, bo poza tym jednym jedynym latem Norka zawsze była moją ostoją. Na szczęście potwierdziło się, że nadal nią jest - czuję się tam tak samo jak dawniej.
Podczas ferii starałam się zadbać o swoje ciało i ducha. Brałam długie, relaksujące kąpiele, ćwiczyłam (aczkolwiek nieregularnie), codziennie wychodziłam na spacer. Nareszcie zaczęłam powtarzać hiszpańskie słówka z zeszytu. Nie tylko czytałam swoje książkowe prezenty, lecz także obejrzałam rekordowo dużo filmów. Ostatecznie nie oglądałam samych komedii świątecznych, bo czułam się na tyle dobrze, że miewałam chęć na poważniejsze tematy. Szczególnie gorąco polecam "Sokoła z masłem orzechowym". Mimo że tego nie planowałam, aż w kilku filmach pojawił się motyw nielegalnych imigrantów (Meksykanów do Stanów Zjednoczonych, Afrykanów do Francji). Zupełnie przy okazji dowiedziałam się na ten temat rzeczy, o których nie miałam pojęcia. Poza tym coś mnie ostatnio wzięło na francuskie komedie i ogólnie francuskie filmy.
Szczur zaczął uczyć mnie gry w karty, choć do opanowania tej sztuki jeszcze długa droga. Na razie gramy w tysiąca w otwarte karty. Chciałabym poznać też inne gry, po kolei, żeby mi się wszystko nie pomyliło.
Po powrocie do domu czekał na mnie zaległy tort urodzinowy, który odrobinę osładza powrót do domowej rzeczywistości. W ramach trzydziestych urodzin poprosiłam rodziców o nietypowy prezent - wypełnienie "Książek pełnych miłości". No i oczywiście jest też Bestia. Łobuz upatrzył sobie pod moją nieobecność stary, potargany wyjazdowy ręcznik, a teraz nie chce leżeć na niczym innym. Zgłosiłam się na szczepienie. Spakowałam się na poniedziałek. A jutro zamierzam zafundować sobie różne drobne przyjemności i poudawać, że pojutrza nie ma w kalendarzu.
 
 


 
23.01
Dzisiaj wieczór operowy - oglądam "Rzekomą ogrodniczkę". Co prawda w domowych pieleszach, ale kupiłam sobie nawet program.

25.01
Still I fly...
Tak sobie myślę, że dekada się skończyła, a anime dekady dalej jest dla mnie Sangatsu no Lion. Może to i opowieść dekady. Najbardziej prawdziwa, gdzie nic się nie dzieje szybko ani samo.
O tym, jak pasja staje się jedynym, co trzyma człowieka przy życiu przez lata samotności i depresji. O stopniowym otwieraniu się na innych, gdy tych innych nigdy wcześniej przy nim nie było. O nauce zaufania. O nadziei. O tym, jak z przekleństwa życia rodzi się siła, żeby być dla innych i pomagać im przejść to, co się przechodziło całkiem samemu.
Nie wiem, czy ktoś to kiedyś lepiej rozumiał niż Chica Umino.

26.01
Powrót do pracy stacjonarnej przyszedł mi łatwiej niż ostatnim razem. Może pomógł w tym śnieg, który utrzymywał się przez kilka pierwszych dni. Na początku tygodnia było bardzo mroźno (temperatura dochodziła do około -15 stopni), ale nie wilgotno, więc wstawało mi się dobrze. Krajobraz wreszcie przypominał zimę, a nie nieustanną jesień bez odrobiny słońca.
W weekend z samopoczuciem było słabiej, zwłaszcza że Szczur nie mógł przyjechać. Doładowałam baterie, powtarzając hiszpański i oglądając transmisję na żywo "Rzekomej ogrodniczki" z Opery Śląskiej.
Bestia dalej je saszetki z mokrą karmą dla kotów z problemami urologicznymi. Suchą karmę tej samej marki trzeba było odstawić ze względu na alergię na kurczaka, tak jak przewidywałam, mimo że łobuz lubił ją bardziej. Dostaliśmy od wetki zielone światło, żeby znowu pobrać mu mocz do badania kontrolnego. Nie jestem wcale bardziej pewna, że się uda, niż ostatnim razem. Mamy wprawdzie więcej doświadczenia, ale Bestia załatwia się najczęściej nocą, a mocz trzeba szybko dostarczyć do gabinetu. Proszę o trzymanie kciuków za tę akcję i za jak najlepsze wyniki.

27.01
Kiedy masz do pracy na ósmą, ale Twojej głowie chce się spać tylko po południu, a w nocy woli czytanie do późna o Edku VII... czyli w sumie typowo.
Jutro ciężki dzień. Mam zastępstwo, a potem radę zebranie. Nie wiem, jak to przetrwam, bo każda z tych dwóch rzeczy powoduje silne przebodźcowanie i najczęściej migrenę. Nienawidzę zebrań. W dodatku muszę pokombinować i gdzieś wcisnąć ciepły posiłek, bez którego nie mam szans kontaktować do wieczora. Przydałoby się dziś przygotować maksymalnie jak się da, wysypiając się, ale głowa w takich sytuacjach reaguje na zasadzie "mów mi jeszcze". Im bardziej trzeba spać, tym bardziej stawia opór.

28.01
Fachowa opieka po ciężkim dniu.
 
 

 
31.01
W ten weekend można liczyć ptaki w ramach Zimowego Ptakoliczenia. Szczur i ja widzieliśmy w ogrodzie dwie bogatki, modraszkę, dwa kosy, dwie sierpówki, sójkę i srokę. Tata widział rano cztery kosy i dwie sójki. Gdyby był z nami ktoś bardziej obeznany w ptakach, naliczyłby ich pewnie więcej, bo w ogrodzie panuje nie lada hałas.
Tutejsze ptaki nie są zainteresowane jedzeniem z supermarketu. Zdecydowanie wolą orzechy i ziarno.

06.02
Zdarzyła mi się dzisiaj rzecz niezwykła: niewiele brakowało, a spóźniłabym się do pracy. Nie, nie dlatego, że za późno wstałam, guzdrałam się albo budzik nie zadzwonił. Zasnęłam w fotelu przy jedzeniu śniadania. Co jak co, ale to mi się jeszcze nie zdarzyło! Nikt nie zauważył, że śpię, bo tata urzęduje na parterze, a mama o tej porze jest w łóżku. Obudziłam się po półgodzinie. Na szczęście tata podwiózł mnie pod samą bramę - gdyby nie on, byłoby kiepsko.
Po południu udało nam się pobrać mocz Bestii do badania kontrolnego. Tym razem większych problemów nie było. Kot miał spokój i poszedł do kuwety zaraz po swoim obiedzie, nie spodziewając się żadnych ceregieli. Tata jednak drugi raz tego dnia musiał stoczyć wyścig z czasem, bo nie czuje się jeszcze na tyle pewnie w nowym samochodzie, żeby chcieć jeździć po ciemku, a Bestia załatwił się tuż przed zmrokiem.
Wiwat tata - dowiózł mnie, dowiózł siuśki i nawet dopuszczalnej prędkości nie przekroczył.

11.02
Znowu mało piszę. Czasami dokucza mi ręka, a zazwyczaj brakuje energii. W pracy bardzo dużo osób z różnych powodów wylądowało na chorobowym, dlatego codziennie mam po kilka zastępstw. Czuję się tam nieźle, ale męczą mnie obawy, czy dotrwam w zdrowiu do szczepienia. Po powrocie starcza mi zasobów tylko na najprostsze czynności. Popołudniami sporo śpię, żeby nie mieć czasu na myślenie. Co ciekawe, koszmary przychodzą nocami, natomiast w dzień śpi mi się lepiej. Jeśli nie śpię, to przeważnie uczę się hiszpańskiego, bo wtedy odpływam, ja ze środka przenosi się do innej rzeczywistości, gdzie nie ma pandemii i nie boję się niczego. Albo coś oglądam - anime lub niezbyt u nas znane filmy latynoamerykańskie.
Przed świętami miałam fazę na świąteczne komedie, a w ostatnich tygodniach dopadła mnie inna faza: postanowiłam obejrzeć wszystkie filmy z Natalią Oreiro, które znajdę w sieci. Dlaczego? A dlatego, że w dzieciństwie miałam bzika na punkcie Natalii, ale oglądałam ją tylko w telenowelach. Ona tymczasem na przestrzeni dwudziestu lat zagrała w kilkunastu filmach, z czego w naszych kinach wyświetlano tylko jeden: "Anioła Śmierci". Pomyślałam więc, że poszukam pozostałych. Okazało się to nietrudne, bo wiele można znaleźć na YouTube - ich brak popularności w Europie zadziałał na moją korzyść. Zaczęłam od filmów z napisami, ale te bez napisów też chcę obejrzeć. Ile zrozumiem, to zrozumiem.
Jak dotąd obejrzałam cztery filmy z Oreiro, pomijając znanego mi już z kina "Anioła Śmierci", i jestem dość mile zaskoczona. Kariera Natalii poszła zdecydowanie w dobrą stronę - udowodniła, że potrafi zagrać różne role i to całkiem nieźle. Nie dała się zaszufladkować w telenowelach. Najbardziej polubiłam "Cleopatrę", gdzie dwie zupełnie różne kobiety, które mają dość swojego dotychczasowego życia, postanawiają rzucić wszystko i wyjechać razem na weekend. "Music on hold" chyba stanie się jednym z moich filmów na poprawę nastroju, bo dawno się tak nie uśmiałam. Te dwa mogę polecić. Przede mną jeszcze trzy znalezione na YouTube, jeśli dobrze pamiętam.

18.02
Pogoda w tym tygodniu nie dopisuje, ale jeszcze w weekend było słonecznie i mroźno. Chciałam wybrać się do Muzeum Górnośląskiego pierwszy raz od wielu miesięcy, ale z powodu awarii elektrociepłowni w Bytomiu pocałowaliśmy klamkę. Zamiast tego pojechaliśmy do parku. Zafiksowałam się na tych śladach małych łapek na śniegu.
 
 

 
21.02
Z filmu "Mi primera boda":
"Małżeństwo jest jak oblegana twierdza. Ci z zewnątrz chcą wejść, ci ze środka chcą wyjść" (tłumaczenie moje).

23.02
Po pierwszej dawce szczypania.
Jakby kogoś to interesowało, igła jest cieniutka, zastrzyk nie boli i ani się człowiek nie obejrzy, a jest po. Warto wypełnić sobie już w domu kwestionariusz wywiadu przed szczepieniem ze strony ministerstwa - lekarze też je mają na miejscu, ale wizyta będzie krótsza. A teraz pakuję się do łócha, żeby organizm odpoczął, bo stresowałam się bardzo.
Trzymajcie kciuki, żebym czuła się jak najlepiej.

27.02
Powoli wracam do świata żywych.
Dwa dni po szczepieniu miałam całkowicie wyjęte z życia. W środę zdychałam. Mimo że zjadłam więcej paracetamolu niż kiedykolwiek przy infekcji, przez cały dzień rosła mi temperatura, aż w nocy osiągnęła 39 stopni. Ręka bardzo mocno mnie bolała, jak nigdy po żadnej szczepionce, ten ból był rwący i promieniował od miejsca zastrzyku na całą kończynę. Spodziewałam się bólu ręki, ale normalnego, a nie takiego. Nie umiałam nic robić, nawet umyć się czy przebrać, bo każdy ruch wyciskał łzy z oczu. Zalecany paracetamol pomagał w nikłym stopniu. Na szczęście kolejnego dnia gorączka znikła i ręka też zaczęła się stopniowo poprawiać. Jestem ciągle osłabiona (fizycznie i psychicznie), łamie mnie w nadgarstku i obok pachy, ale chyba przeżyłam.
Bardzo cieszę się, że to już za mną. Najchętniej powiesiłabym sobie nad łóżkiem ten świstek informujący o byciu zaszczepionym. Do drugiej dawki na szczęście mam trochę czasu, mam też nadzieję, że za drugim razem aż tak koszmarnie nie będzie. Następny w kolejce jest ojciec. Oby dostał Pfizera, bo szczepieni nim członkowie rodziny czuli się zupełnie dobrze. Kuzyni i ciocia w ogóle nie mieli gorączki.