środa, 7 sierpnia 2024

[165] Motyle 2023/24: Najciekawsze gąsienice Polski


Wśród występujących w Polsce gąsienic są i takie, które regularnie pojawiają się we wszelkiego rodzaju internetowych zestawieniach typu "Najdziwniejsze gąsienice świata". Kiedy pokazuję ich zdjęcia znajomym, niektórzy bardzo się dziwią, że tak niesamowicie wyglądające larwy motyli żyją w Polsce i że można spotkać je na zwyczajnym spacerze. Dwie z nich - widłogonkę siwicę i zmrocznika gładysza - znalazłam zupełnie przypadkowo w zeszłym roku i przezimowałam jako poczwarki. Czy udało im się przeobrazić w dorosłe ćmy?


Widłogonka siwica

2023/06/25
To, co się działo w tym tygodniu, jeśli chodzi o motyle, przechodzi ludzkie pojęcie... Głowa mała!
Dzisiaj na spacerze znalazłam widłogonkę! Wielgachną, tłustą widłogonkę z całkowicie już wykształconym wzorem "twarzy"! Siedziała na niewysokiej wierzbie naprzeciw tunelu pod wiaduktem. To był szok! Niosłam ją do domu bardzo ostrożnie, razem z kawałkiem gałązki, by jej nie zestresować. To niezwykle wrażliwa gąsienica, z byle powodu wymachuje swoimi "widełkami". 
W domu okazało się, że nie bez powodu widłogonka jest tak opasła. Je w zastraszającym tempie. Ciekawe, czy do jutra wystarczy jej listków.
Cudo. Prawdziwe cudo!






06/28
Najwięcej radości w ostatnich dniach sprawiła mi widłogonka. Kiedy tylko miałam wolną chwilę, obserwowałam, co robi. Wydawało mi się, że najlepiej się czuje, mogąc chodzić po ustawionych pionowo gałązkach. Wtedy bardzo rzadko przyjmowała postawę obronną. Drugiego dnia przełożyłam ją do małego terrarium. Robiła w nim prawdziwe akrobacje - najczęściej jadła do góry nogami. Bawiła się też ze mną w chowanego, ponieważ wśród liści mistrzowsko się kamuflowała. Szybko okazało się, że je w nieprawdopodobnym tempie. Ledwie nadążałam z przynoszeniem jej gałązek wierzby!
Na szczęście zdążyłam zrobić widłogonce trochę zdjęć, bo już dzisiaj zaczęła przygotowywać się do przepoczwarczenia. Najpierw zmieniła swoje ubarwienie, tak jakby lekko posiwiała. Nie znam jeszcze zwyczajów tego gatunku, ale gdy zauważyłam, że przestała jeść i wspina się po szkle, z powrotem przeniosłam ją do mniejszego pojemnika. Obawiałam się, żeby nie spadła i nie pokiereszowała się, bo (w przeciwieństwie do innych gąsienic) z trudem utrzymywała się na ściankach terrarium. Do pojemnika włożyłam kawałki kory. Gąsienica zaczęła biegać po korze, intensywnie szurając. Zostawiłam ją w spokoju, a gdy wieczorem znowu do niej zajrzałam, była już w kokonie.





Kokon jest przytwierdzony do kory i słusznych rozmiarów, choć nie aż tak długi jak gąsienica. W dotyku jest wyjątkowo twardy. Sądząc po tym, jak wygląda z bliska, larwa musiała przeżuć trochę kory i użyć jej do budowy. Coś niesamowitego!

06/30
Oto kokon widłogonki. W dotyku sam przypomina korę, jest twardy. Miałam rację, że gąsienica zbudowała go, żując korę i łącząc ją z oprzędem - w Internecie właśnie tak jest to opisane. Pracowała pod kawałkiem kory, który jej dałam. Cieniutka, biała warstwa na kokonie to po prostu kawałek papierowego ręcznika, do którego kokon przykleił się od spodu.




2024/05/23
Dzisiaj w pojemniku z siatki zastałam dorosłą samicę widłogonki. Była duża i wyglądała przepięknie ze swoimi biało-czarnymi skrzydłami i włochatymi odnóżami. Niczym dama w futrze z gronostajów, z eleganckimi białymi rękawiczkami na dłoniach. Ponieważ znalazłam ją w "złotej godzinie", od razu wyszłam z nią na balkon i zrobiłam sporo zdjęć. Bez protestów pozwoliła wziąć się na rękę i spacerowała mi po przedramieniu. Cudowności!
Ale to jeszcze nie był koniec niespodzianek tego dnia! Kiedy wieczorem poszłam z Piękną na spacer obok fermy, by przy okazji zebrać liście dla moich gąsienic, na młodej topoli siedziała... gąsienica widłogonki! 😮 Dobrze, że miałam przy sobie pojemnik, bo od razu ją złapałam i bezpiecznie przyniosłam do domu.




05/24
Dorosła widłogonka została jeszcze dzisiaj u mnie w domu, ponieważ późno wróciłam z pracy. Z kolei gąsienica widłogonki była w trakcie wylinki.

05/25
Wieczorem zabrałam panią widłogonkę na łąki, żeby ją wypuścić. Ćma usiadła spokojnie na gałązce i pozwoliła się jeszcze obfotografować. Zostawiłam ją w okolicy, gdzie rok temu znalazłam gąsienicę. Mam nadzieję, że będzie miała szczęście i uda jej się rozmnożyć. Na pożegnanie zostawiła mi dwa okrągłe, niezapłodnione jajeczka.
W międzyczasie nowa gąsienica widłogonki zrzuciła "głowę". Gdy otworzyłam pojemnik, zaczęła groźnie potrząsać swoimi widełkami. Prysnęła też kwasem mrówkowym. Będę ją wyjmować tylko przy sprzątaniu, by niepotrzebnie jej nie drażnić. Rok temu postępowałam podobnie i udało mi się wyhodować ćmę.





06/01
Niestety, po przyjeździe do Czech czekała mnie nieprzyjemna niespodzianka. Gąsienica widłogonki została spasożytowana. Wylazło z niej mnóstwo jasnych larw. Tym samym nie wyhoduję na razie kolejnej widłogonki. Bardzo się cieszę, że udało mi się to choć raz, bo nawet jeśli już znajduję gąsienicę, zazwyczaj nie dożywa dorosłości z powodu pasożytów.




Zmrocznik gładysz

2023/08/18
Wczoraj około dwudziestej w Lesie Bemowskim znalazłam larwę zmrocznika gładysza. Biegła sobie po prostu ścieżką, narażając się na zdeptanie. Co za fart, że akurat tamtędy przechodziłam! Nigdy wcześniej nie miałam okazji zobaczyć na własne oczy tej gąsienicy. Pojawia się ona regularnie w zestawieniach najdziwniejszych gąsienic w Polsce, a nawet na świecie. 
Podobnie jak widłogonka, zmrocznik jest mistrzem odstraszania drapieżników. Spójrzcie tylko na jego kostium węża! 
Jeszcze tej samej nocy gąsienica zabrała się do robienia kokonu. Jak tylko ją zobaczyłam, wiedziałam, że niedługo będzie się przepoczwarczać. Była bardzo duża (około siedmiu centymetrów długości) i biegała jak najęta. Włożyłam jej do pojemnika suchy liść, ale wybrała sobie miejsce pod papierem. Rano tkała oprzęd dookoła siebie. Teraz jest już zamknięta w środku. 
Będzie jeszcze jeden powód, by czekać wytrwale na wiosnę! 






Niestety, gąsienicy zmrocznika gładysza nie udało się przeobrazić w przepięknego, zielono-różowego nocnego motyla. Poczwarka spędziła całą zimę w tej samej szopie, gdzie zimują wszystkie moje owady w różnych stadiach rozwojowych. Stała się dziwnie lekka, ale nie wyszedł z niej żaden pasożyt. Nie wyszła również dorosła ćma, co powinno wydarzyć się pomiędzy majem a lipcem. Dlaczego? Nie wiem i raczej już się tego nie dowiem. 


środa, 3 lipca 2024

[164] Pamiętniki wiosenne

 
2.04
W sobotę zorganizowałam dzieciom kuzyna zabawę w poszukiwanie "zajączka" w ogrodzie. Udało się nam to pierwszy raz od kilku lat - poprzednim razem, gdy się tak bawiliśmy, Młody miał nie więcej niż trzy lata. W międzyczasie na świecie pojawił się Młodszy, ale także koronawirus. A jeśli akurat nie było lockdownu na święta, to zawsze ktoś z rodziny musiał wtedy zachorować. Dopiero w tym roku los puścił do nas oko.
Ukryłam w ogrodzie ozdoby, słodycze i inne drobne upominki, przy czym starałam się zróżnicować poziom trudności kryjówek. Ze względu na różnicę wieku Młodszemu trudno jest dorównać bratu w takiej zabawie, dlatego w pobliżu niektórych kryjówek rozmieściłam żółte trójkąty. Pewne ułatwienie stanowiły też długie zajęcze uszy, którymi ozdobiłam część smakołyków. 
Sama nie wiem, kto miał więcej frajdy - czy chłopcy z szukania, czy ja z patrzenia, jak szukają 😅







17.04
W niedzielę przyszła pierwsza w tym roku burza, po której temperatura obniżyła się aż o dwadzieścia stopni (!). Zanim jednak trzeba było ponownie wyjąć z szafy zimowe ubrania, spędziłam bardzo przyjemnie dwa weekendy z rzędu, korzystając z pięknej pogody. W miniony weekend przyjechał Szczur, więc wybraliśmy się samochodem do lasu i do ogrodu botanicznego. Oczywiście towarzyszyła nam Piękna. Z kolei tydzień wcześniej zapakowałam Piękną do autobusu i zabrałam ją na długi spacer po sąsiedniej miejscowości.
Obserwacji przyrodniczych coraz więcej: w drodze do lasu widzieliśmy wiewiórkę, a w ogrodzie zauważyłam małe kuprówki rudnice tłoczące się w oprzędzie.






27.04
Pierwszy raz po przyjeździe do Nory zastałam w niej nowe życie, którego nie mam zamiaru się pozbywać. Tym razem Szczur nie wyhodował pleśni, tylko... cebulę. 
Bardzo podoba mi się ta cebula, która wykiełkowała w tak niesprzyjających warunkach. Jest urocza! ❤️ Innym roślinom trudno się tu żyje, a ona ma takie grube, mocne pędy. Skoro ma taką wolę życia, to zabiorę ją do domu, żeby ją zasadzić.




2.05
Majówkę czas zacząć.
Ostatni tydzień miałam dość intensywny. W sobotę pojechałam pociągiem do Warszawy na szkolenie, które trwało przez większość niedzieli, po czym musiałam wrócić do domu i pójść przez dwa dni do pracy. Na szczęście przynajmniej tam było dość luzacko, za to walczyłam z paskudną migreną po szkoleniu (standard). Jestem bardzo wdzięczna Szczurowi, który przywiózł mnie ze stolicy i woził przez te dwa dni na trasie dom-praca-dom. Zwłaszcza że nagle zrobiło się gorąco i światłowstręt dokuczał mi niemiłosiernie.
Wczoraj ponownie zakotwiczyliśmy w Norze. Jest z nami Piesa. W tym roku postanowiliśmy spędzić majówkę u Szczura i robić sobie niezbyt dalekie wypady na łono natury. Jak dotąd byliśmy tylko na krótkich spacerkach z Piękną, bo po podróży oboje padliśmy jak muchy. Zdążyłam jednak zaobserwować w parku namiotniki, posiedzieć nad genealogią i zasadzić wyhodowane przez Szczura cebule. Na spacer z prawdziwego zdarzenia, po lesie, mamy zamiar wybrać się po południu. 

5.05
Z cyklu "Normalny związek, normalna rozmowa": 
Ja: No nie wiem, czy nie powinnam zdjąć kołdry z łóżka... Wczoraj Piękna tu leżała. Mogła przenieść jakiegoś kleszcza.
Szczur: I co, myślisz, że on tam do dzisiaj siedzi, pije piwo i czeka, aż się rozbierzesz? 


Grafika wygenerowana przez Bing AI według moich wskazówek


17.05
Tegoroczna jesień prawdopodobnie będzie pierwszą, gdy nie będę narzekać na zbieranie setek orzechów. Całkiem możliwe, że jeszcze za tym zatęsknię i szybko zacznę narzekać na... brak orzechów.
Orzechy włoskie w naszym ogrodzie zakwitły wyjątkowo wcześnie. Kilka dni później wróciły przymrozki i biedne drzewa całkowicie przemarzły. Przez miesiąc stały pozbawione liści, podczas gdy dookoła wszystkie rośliny pyszniły się zielenią. Martwiłam się o te drzewa. Nie chciałabym, żeby doznały jakiegoś trwałego urazu. Odkąd sięgam pamięcią, nigdy nie zdarzyło się im coś podobnego, więc nie wiem, czego się spodziewać w takiej sytuacji. Na szczęście w tym tygodniu orzechy zaczęły nieśmiało wypuszczać liście.




Drzewo ze zdjęcia było w moim życiu od zawsze - zawsze tak samo wysokie i szczodre. W gorące letnie dni babcia od strony taty lubiła przesiadywać w cieniu jego gałęzi i zagadywać każdego, kto przechodził naszą uliczką. Ja wtedy często bawiłam się obok albo wynosiłam na dwór żółwicę Teklę, żeby pospacerowała na świeżym powietrzu. Pod koniec lata razem z kolegami z sąsiedztwa urządzaliśmy wielkie orzechowe zbiory. Kilka lat później, grając z kolegą w badmintona, notorycznie wrzucaliśmy na drzewo lotkę. Pewnego razu na gałęziach zawisły również paletki, którymi próbowaliśmy ją strząsnąć. Interweniował tata przy pomocy miotły.
Łatwo zapomnieć o wdzięczności, gdy coś jest w naszym życiu tak powtarzalne, że wydaje się niezmienne. Może drzewa w tym roku zamiast orzechów postanowiły dać mi coś równie ważnego?

24.05
Ponieważ planujemy wycieczkę za granicę, w tym tygodniu stanęłam przed zadaniem załatwienia dla Piesy paszportu. Przedziwna to procedura, wyrobienie owego paszportu. Otóż pies musi zostać zaszczepiony przeciw wściekliźnie, nawet jeżeli ma aktualne szczepienie. Ba - nawet gdyby został zaszczepiony tydzień wcześniej, nadal musi ponownie dostać szczepionkę. Dawno nie spotkałam się z równie bezsensownym przepisem. Weterynarz zresztą uważa jak ja, że to kompletnie nielogiczne, ale tak właśnie jest i nie da się tego obejść. Piękna pojechała więc na szczepienie, choć już raz w ciągu ostatniego roku je dostała - i to niedawno, w lutym. 
Gdyby kogoś to interesowało, pies musi też mieć wszczepiony czip. Ten wymóg Piękna spełnia jednak od dawna, gdyż założenie psu chipa było jednym z warunków umowy adopcyjnej. Całe szczęście, że chipa nie trzeba wyjmować i wszczepiać ponownie!
Tym sposobem mam teraz w domu czworonożną obywatelkę Europy. Co więcej, moja Piesa ma paszport, mimo że ja go nie mam, bo nigdy nie wyjeżdżałam poza granice Unii 😆
Jak można się domyślać, Piękna nie była zachwycona z wyjazdu do weterynarza, zwłaszcza że zaledwie tydzień wcześniej odwiedziła gabinet z innego powodu. Najbardziej stresowała ją podróż autobusem do sąsiedniej miejscowości. Biedaczka ma lęki związane z drzwiami, więc za każdym razem, gdy ogromne drzwi autobusu otwierają się i zamykają, kuli się i drży. Niestety, nie chciała pójść w miejsce, z którego nie byłoby ich widać. Usiadła naprzeciwko, żeby być jak najbliżej wyjścia, i nie dała się stamtąd ruszyć.
Żeby zrekompensować małej nieprzyjemną podróż, zabrałam ją na krótki spacer po sąsiedniej miejscowości. Gdy tylko znalazła się blisko pól, rozluźniła się i zaczęła węszyć w powietrzu. Po drodze minęłyśmy kilka starych domów, które wyglądały, jakby czas zatrzymał się w latach dziewięćdziesiątych. Na jednej posesji stał drewniany wychodek, podobny do tych, jakich na mojej ulicy było jeszcze kilka, gdy chodziłam do przedszkola. Zauważyłam też okna z podwójnymi szybami, niczym w domu mojej babci. Na pierwszy rzut oka przynajmniej dwa z tych domów wyglądały na opuszczone. Jeden, z kilkoma dużymi oknami i pnącym się między nimi bluszczem, bardzo mi się podobał. Aż żal, że nie mogę się dowiedzieć, jakie wspomnienia skrywa w swoim wnętrzu.





31.05
Zawsze chciałam sprawdzić, jak to jest leżeć w piętrowym łóżku. Jakoś nie miałam okazji - nie jeździłam na kolonie, rodzeństwa nie mam, a u kuzynostwa czy przyjaciół takich łóżek nie było. Nigdy nie przypuszczałabym, że uda mi się to po trzydziestu latach życia i w dodatku za granicą.
Niestety, spać będę raczej na dole, bo mój tyłek ledwie daje się przepchnąć przez maleńkie schodki, najwyraźniej zaprojektowane z myślą o dzieciach.

18.06
Ostatni tydzień roku szkolnego to bez wątpienia jeden z moich ulubionych momentów w roku. Bardzo przyjemnie jest robić różne rzeczy ze świadomością, że robi się je po raz ostatni, ale nie tak całkowicie, ostatecznie, tylko na pewien czas. Ostatni raz podpisuję się w takim czy innym dzienniku. Ostatni raz wchodzę do klasy, która była dla mnie w tym roku największym wyzwaniem. Ostatni raz wstaję o wpół do szóstej. Ostatni raz podlewam rośliny w mojej sali.
Czekam na urlop jak na wybawienie między innymi dlatego, że od kilku lat upały bardzo mnie męczą. Mam wtedy najwięcej stanów lękowych i momentów "niemocy wykonawczej". Lubię słońce i ciepło, ale temperatury powyżej dwudziestu pięciu stopni to ciężki orzech do zgryzienia. W upalne dni trudno mi się zmusić do aktywności, za to nocami doświadczam przypływu energii i mam ochotę sprzątać szafy, piec, robić mydła, stimować przy muzyce (tańcem trudno to nazwać). Dlatego z ulgą witam końcówkę czerwca, gdy mogę przestawić swój rytm dobowy na bardziej intuicyjny. W sobotę już sobie na to pozwoliłam, robiąc mydła i galaretki do trzeciej.





Mimo skwaru staram się codziennie wyjść z Piękną na spacer - wieczorny, a przez to nie zawsze długi, ale mała cieszy się z każdego. Gdy temperatura spada do miłych dwudziestu stopni, ćwiczymy w ogrodzie ulubione sztuczki. Ostatnio Piesa nauczyła się kręcić dookoła swojej osi: na hasło "kółeczko" wsparte gestem robi obroty. Wygląda to cudnie. Pani z fundacji, z której adoptowałam Piękną, napisała, że nie może się napatrzeć, jak ona się zmieniła.
W zeszłym tygodniu miałyśmy z Piękną dwa spotkania z dzikimi zwierzętami, które warto odnotować. W środę poszłyśmy na spacer trochę zbyt późno i na sąsiedniej ulicy przebiegł nam drogę dzik. Zanim wybiegł z zarośli, usłyszałam głośny szelest, ale pomyślałam, że to pewnie lis (parę razy spotkałam je w tym miejscu). Po spotkaniu z dzikiem słyszałam go nadal, więc po cichu wycofałam się. Zapewne w krzakach siedziało więcej dzików. Na szczęście Piesa zachowała spokój - wyraźnie się bała, ale nie zaczęła szczekać ani warczeć. Na widok dzika stanęła jak wryta i czekała na moje instrukcje. 
Z kolei w nocy z soboty na niedzielę odwiedził nas jeż. O wpół do drugiej Piękna wstała i zaczęła domagać się wyjścia na dwór. Wyszłam z nią na chwilę i zobaczyłam tuż przed schodami do domu kolczastego gościa. Trochę się zdziwiłam, bo choć moja łobuziara każdego lata znajduje jeże, ten był wyjątkowo duży. W dodatku usłyszała lub wyczuła go z pierwszego piętra. Ciekawe, swoją drogą, który zmysł najbardziej jej w tym pomógł. I węch, i słuch ma doskonały.




piątek, 19 kwietnia 2024

[163] Pamiętniki lutowo-marcowe

 
2.02
Wyciągnęłam Szczura na prelekcję "Smok w mitach i wierzeniach świata" w Muzeum Azji i Pacyfiku. Pan Jan Gliński z Fundacji Dantian sypał jak z rękawa ciekawostkami o smokach.  Dowiedzieliśmy się, że azjatyckie smoki można rozpoznawać po liczbie pazurów: chińskie na każdej łapie mają ich po pięć, koreańskie - po cztery, a japońskie - po trzy. Jakoś nigdy nie zwróciłam na to uwagi. Co ciekawe, smoki mogą być jednocześnie obu płci, choć zdarzają się też takie tylko i wyłącznie męskie. Według niektórych wywodzą się od tęczy, inni zaś twierdzą, że od ryb. Jedno jest pewne: do najbardziej przyzwoitych sworzeń to one nie należą.
Nigdy bym się nie spodziewała, ilu ludzi przyjdzie na tę prelekcję. Życie przyzwyczaiło mnie, że dookoła prawie nikt nie interesuje się tym samym, co ja. Tymczasem muzeum dosłownie pękało w szwach. Organizatorzy chyba też się tego nie spodziewali. Krzeseł nie wystarczyło dla wszystkich, więc niektórzy stali lub siedzieli na podłodze!
Szczura ucieszyło, że nie tylko dla niego jest ważne, by nie mylić smoka z wiwerną.





4.02
(po drugiej w nocy)
Ależ wieje tej nocy... 
Silny wiatr tutaj słychać inaczej niż w moim rodzinnym domu. Tam, na wsi, dużo świszcze i gwiżdże. Tutaj trzepocze jakąś plandeką, pobrzękuje dzwonkami na czyimś balkonie, stuka bramami.

5.02
Na spokojnym zazwyczaj osiedlu niespodziewanie rozegrały się sceny jak z filmu.
Około czternastej siedziałam sobie w fotelu i czytałam, gdy dobiegły mnie głośne okrzyki od strony patio: "Otwórz drzwi wejściowe! Otwórz drzwi!". Wołanie powtórzyło się kilka razy, więc wyszłam na balkon zobaczyć, co się dzieje. Na patio stali policjanci, strażacy i ratownicy medyczni. Wszyscy zadzierali głowy do góry. 😱
W pierwszej chwili pomyślałam, że może ktoś ukrywa się przed policją albo gdzieś wybuchł pożar. Poczułam niepokój, zwłaszcza na myśl o tej drugiej ewentualności. Gdyby jednak w którymś mieszkaniu się paliło - zastanowiłam się - strażacy staraliby się jak najszybciej tam dostać, wchodząc przez balkon lub wyważając drzwi z drugiej strony. Tymczasem pod balkonami zaczęto szybko rozstawiać sprzęt ratowniczy, który widywałam w różnych filmach, gdy ratowano kogoś skaczącego z okna. Wyglądało to jak trampolina. Teraz już wiem, bo sprawdziłam, iż nazywa się to skokochron - rano jeszcze nie wiedziałam. Na widok tego sprzętu zrozumiałam, że ktoś najprawdopodobniej zamierza targnąć się na swoje życie.
Szczur, który wrócił ze spaceru z Piękną, powiedział mi, że na ulicy po przeciwnej stronie bloku też roi się od służb. Stały tam trzy wozy strażackie, ambulans i trzy samochody policyjne. Nigdy wcześniej nie widziałam akcji ratunkowej z udziałem tylu ludzi i pojazdów - i to akurat dobrze. Nikomu nie życzę, by on albo ktoś z jego bliskich znalazł się w podobnej sytuacji. 
Cała akcja trwała może godzinę. W końcu za którymś razem, gdy wyjrzałam przez okno, zobaczyłam strażaków składających sprzęt. Wozy strażackie po kolei odjechały, po nich dwa policyjne. Najwyraźniej udało się przekonać osobę, której życie było zagrożone, żeby wsiadła do ambulansu. Karetka została pod blokiem najdłużej, w końcu jednak i ona odjechała na sygnale. W międzyczasie zajęłam się swoimi domowymi obowiązkami, ale moje myśli jeszcze długo wracały do tego, co widziałam.


Grafika wygenerowana przez Bing AI według moich wskazówek


7.02
Przedwczoraj uświadomiłam sobie, że ferie upływają w mgnieniu oka, a ja nie zrobiłam większości rzeczy, które sobie zaplanowałam. Nawet - wstyd się przyznać - nie skończyłam żadnej książki, choć przywiozłam ich kilka! Wszystko przez drzewo genealogiczne. Stwierdziłam, że trzeba to zmienić, i zabrałam się do roboty.
Dzisiaj jestem już znacznie bardziej zadowolona: przeczytałam dwie książki, powtórzyłam większość materiału do egzaminu, pozbyłam się przeterminowanych kosmetyków i produktów spożywczych, zaczęłam układać 1000-elementowe puzzle Anne Stokes z dziewczyną i smokiem, a przede wszystkim umyłam lodówkę. Tego ostatniego strasznie nie chciało mi się robić, ale wiedziałam, że muszę się za lodówkę zabrać teraz, bo latem męczą mnie upały i ostatecznie zawsze odkładam to "na świętego Dygdy, co go nie ma nigdy".
Tłusty Czwartek to nie całkiem moja bajka, gdyż od tłustego jedzenia zdecydowanie wolę słodkie. Pączki smakują mi najbardziej, gdy upiecze je moja mama. Uwielbiam za to faworki - kojarzą mi się z wizytami u babci, gdzie w pobliskiej cukierni rodzice kupowali faworki - ale jeszcze nie potrafię ich piec. Zrobiłam więc czekoladowe babeczki ze skórką pomarańczową. Nie wiem, czy Szczur pomoże mi je zjeść, czy też będę musiała zrobić to sama, bo na gości póki co się nie zanosi (chyba że zdjęcia babeczek zachęcą kogoś do odwiedzin w Norze - w takim przypadku zapraszam!). Tak czy siak, wyszły smakowicie.


Puzzle po ułożeniu



9.02
Tłusty Czwartek w tym roku jakoś przyćmił w mediach społecznościowych dzisiejsze święto - Dzień Pizzy. U nas jednak była, i to już wczoraj. Zrobiliśmy sami. Znając życie, dzisiaj pewnie były różne promocje, więc na pizzę czekałoby się bardzo długo 🍕

15.02
Pierwsza zapowiedź przedwiośnia.




18.02
Na ten weekend nie miałam sprecyzowanych planów, ale nigdy bym nie przypuszczała, że będę tak źle się czuć. Przywlekłam jelitówkę, zapewne z pracy. Choroba zaatakowała mnie w sobotę po obiedzie. Szczegółów opisywać nie będę, bo każdy wie, jak to paskudztwo wygląda. Jestem tak przeczołgana, że nie umiem ustać na nogach.
Ogólnie nie przepadam za piciem wody, na co dzień piję głównie bardzo słabą herbatę. Teraz jednak każdy łyk wody smakuje jak ambrozja.

23.02
Internet poinformował mnie, że piątek był Światowym Dniem Walki z Depresją. 
W stories na profilu @wyjatkowa.hania na Instagramie przeczytałam takie zdanie napisane przez @agaszuscik: "Diagnoza onkologiczna równa się ogromny kryzys. To za dużo dla jednego człowieka czy jednej rodziny". A co można dodać, kiedy ta diagnoza nie pozostawia żadnego okienka na nadzieję?
W mojej rodzinie obecnie wszyscy są w kiepskim stanie psychicznym, mimo że zaopiekowani medycznie. Po tacie widać najmniej, gdyż on ma skłonności do przykrywania negatywnych emocji żartami i podśpiewywaniem. Udało mi się sprawić, że mama powiedziała lekarzom o swoim samopoczuciu, więc teraz ona też bierze leki. Ja dzięki swoim na zewnątrz nieźle funkcjonuję, ale gdy nie mam zajęcia (staram się je mieć jak najczęściej), ciągle dopadają mnie ponure myśli. Nie potrafię planować dalej niż kilka dni do przodu, bo nie umiem wyobrazić sobie, co będzie z tatą za trzy czy sześć miesięcy. Może i powinnam myśleć o swojej przyszłości, ale jak, kiedy tata jest leczony paliatywnie? Nie mam serca do tego. Nawet nie wiem, ile czasu nam zostało we troje. A kiedy już śpię, śnią mi się paskudne rzeczy: szpitale, choroby, ludzie z jakimiś ranami...
Boję się kolejnych pór roku. Zimą jakoś łatwiej mi żyć z tym wszystkim, jakbym była kompatybilna ze światem dookoła, ale na myśl o trzydziestostopniowym upale i letnich ubraniach czuję ucisk w gardle. 


Grafika wygenerowana przez Bing AI według moich wskazówek


24.02
W poprzedni weekend Piękna wiernie towarzyszyła mi w czasie choroby. Teraz przyszedł czas, żeby odwdzięczyć jej się tym, co lubi najbardziej, czyli długim spacerem wzdłuż łąk, gdzie można w nieskończoność wąchać i sznupać. 
Wracając do domu, Piesa pierwszy raz od jesieni spotkała swojego kawalera. 

12.03
Niedawno zostało otwarte egzotarium w Sosnowcu, które w ciągu ostatnich paru lat przeszło gruntowną przebudowę. W niedzielę mnie i Szczurowi nareszcie udało się tam dotrzeć. Zabraliśmy też moją kuzynkę. Dobrze mi zrobił ten wyjazd, bo ostatnie dwa tygodnie miałam bardzo męczące - zastępstwo za zastępstwem i tak każdego dnia, a tata znowu był w szpitalu. W egzotarium w końcu poczułam się naprawdę zrelaksowana.
Podobnie jak w przypadku planetarium, na pewno będę trochę tęsknić za starym budynkiem, ale nie da się ukryć, że to miejsce od dawna zasługiwało na porządne dofinansowanie. W nowym wydaniu wygląda pięknie - przypomina palmiarnię w Gliwicach, tyle że zwierząt oczywiście jest więcej. Terraria są olbrzymie, dużo większych rozmiarów niż dawniej. Pojawiły się nowe gatunki zwierząt, a przede wszystkim całe mnóstwo roślin. Ekspozycję podzielono na strefy klimatyczne, co da się odczuć na własnej skórze, zwłaszcza w części tropikalnej. Pufy i ławki dają możliwość zatrzymania się na dłuższą chwilę, żeby poobserwować zwierzęta w trybie pełnego relaksu.
Tuż przed zamknięciem egzotarium załapaliśmy się na karmienie ptaków. Na widok opiekunki niosącej miski z jedzeniem ptaki narobiły takiego hałasu, że trudno było usłyszeć, co mówi osoba obok. Tukan chętnie jadł z miski trzymanej w ręce, a papugi bezpośrednio z ręki.








24.03
W piątek znalazłam w skrzynce pocztowej kolejną wyczekiwaną pocztówkę z Afryki. Botswana jest czterdziestym pierwszym afrykańskim państwem w mojej kolekcji. Do zdobycia zostało jeszcze dziesięć państw, nie licząc Somalii, gdzie nie ma poczty, oraz Sudanu Południowego, gdzie sytuacja jest bardzo trudna.




30.03
W czwartek pojechałam do Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego, by podejść do egzaminu teoretycznego. Powtarzałam samej sobie, że nic się nie stanie, jeśli nie zdam i będę musiała spróbować kolejny raz, a mimo to lekki stresik był. Zwłaszcza w drodze do ośrodka, gdy zaczęłam się bać, że... zgubię się w okolicy i nie zdążę na egzamin. Maltretowałam w kółko piosenkę Luny "The Tower", która nastraja mnie bojowo.
Przed egzaminem wszyscy zdający mieli chwilę na zapoznanie się z instrukcją obsługi programu i rozwiązanie pięciu pytań próbnych (nie mają one wpływu na wynik). Już po przeczytaniu tych kilku pytań poczułam, że się rozluźniam, bo żadne mnie nie zaskoczyło. Z pozostałymi było podobnie - moja pamięć wzrokowa od razu rozpoznała niektóre zdjęcia i filmy, co podziałało uspokajająco. Trafiło się kilka podchwytliwych pytań, ale większość znałam z aplikacji, z którą się uczyłam. Musiałam być dobrze przygotowana, ponieważ zdałam bez problemu.
Fajnie mieć już z głowy tę część egzaminu. Z częścią praktyczną nie pójdzie tak łatwo, ponieważ stres o wiele bardziej wpływa na moją uwagę i koordynację niż na pamięć długotrwałą. Poza tym nadal jestem nogą, jeśli chodzi o parkowanie tyłem (i pomyśleć, że to Szczura ulubiony sposób parkowania!) - muszę nad tym popracować. Nastawiam się mentalnie, że mogę potrzebować wielu podejść do egzaminu, podobnie jak swego czasu Włóczykij. Zamierzam jednak się nie poddawać i próbować, dopóki nie zdam. Bardzo, ale to bardzo zależy mi na prawie jazdy. 
A tu i teraz... cieszę się, że wykorzystałam na egzamin dzień wolny od pracy i że pozbyłam się jednego obowiązku: regularnego zajmowania się aplikacją z testami. Nareszcie mogę wyrzucić ze swojej łepetyny szereg niepraktycznych informacji. Oczywiście część przyswojonej wiedzy musi ze mną pozostać na całe życie, ale takie dane jak dopuszczalna długość wystającego ładunku czy prędkość ciągnika rolniczego - niekoniecznie. W razie potrzeby zawsze mogę zapytać wyszukiwarkę. A już maksymalna prędkość, z jaką wolno przewozić dziecko do lat siedmiu na motocyklu, to dla mnie totalna abstrakcja, gdyż nie planuję ani dziecka, ani motocykla.

Cytat dnia:
Młody (syn kuzyna): Wiecie, jaki jest mój ulubiony owad? Wielbłądka pospolita, bo ugryzła tatę. 

sobota, 6 kwietnia 2024

[162] Pamiętniki zimowe

 
3.12
To już tydzień, odkąd mamy w okolicy prawdziwą zimę jak w czasach, kiedy byłam dzieckiem. Śnieg nie stopniał, choć w środę i czwartek się na to zanosiło. Wręcz przeciwnie - dzisiaj sypało przez cały dzień, momentami naprawdę intensywnie. Wychodząc z Piękną na spacer, cieszyłam się zimową aurą, ale nie spodziewałam się, że w ciągu najbliższej godziny aż tak się rozpada. Byłyśmy akurat dość daleko od domu, gdy opady stały się bardziej intensywne. W niektórych miejscach śnieg sięgał mi do kolan. Po powrocie przypominałyśmy dwa bałwany. 
Najpiękniejszy, a zarazem mniej uciążliwy spacer, miałyśmy w środę. Wróciłam wtedy z pracy wcześniej niż zazwyczaj. Myślałam, że pójdziemy tylko na sąsiednią ulicę, ale było tak ślicznie - mroźno i słonecznie - iż nogi same niosły mnie przed siebie. Poszłyśmy na drogę równoległą do wiaduktu, a później okrążyłyśmy wzgórze. 
Piękna niezmiennie kocha zimowe spacery i wygłupy na śniegu. Szaleje z radości, gdy widzi, że ktoś z domowników wkłada kurtkę i przymierza się do wyjścia na dwór. Jeśli wywęszy jakiś ciekawy zapach, bez zastanowienia daje nura w zaspy. Do domu wraca cała mokra, co nie przeszkadza jej kombinować na wszelkie sposoby, jak by tu ukradkiem wskoczyć na łóżko.



 
(wieczorem)
Trudno w to uwierzyć, ale śniegu spadło jeszcze więcej. Na poręczy balkonu przybyło ładnych kilkanaście centymetrów!
 
4.12
Drugi raz w ciągu tygodnia wylądowałam u dentystki z powodu nagłego, silnego bólu zęba (za każdym razem innego). Zaczęło się w sobotę, gdy wróciłam zgrzana po godzinie spaceru w śniegu. Dziś w nocy tak mnie bolało, że prawie chodziłam po ścianach. Nie pomógł ani ibuprom, ani ketonal.
Od strony stomatologicznej sytuacja została wstępnie opanowana. Udało mi się dostać na cito do dentystki. Ząb może jeszcze boleć, ale dostałam silniejszy środek przeciwbólowy. Psychicznie czuję się jak wrak. 
Chyba nic mnie tak nie rozsypuje na kawałki, jak silny ból zęba, na który nic nie pomaga. Budzą się wtedy we mnie najgorsze myśli i lęki. Wszystkie zasoby, jakie mam, wkładam w to, żeby zapanować nad sobą. Zresztą właśnie od bólu zębów zaczął się w 2020 roku jeden z największych moich kryzysów psychicznych. Przeraża mnie myśl, że gdyby to miało trwać dłużej, byłabym chyba w stanie zrobić wszystko, żeby przestało boleć. Boję się, że kiedyś pomoc nie przyjdzie wystarczająco szybko.
 
6.12
Nie umiem wyjść z tego koszmaru dentystycznego. Dzisiaj (dwa dni po kanałowym) leczony ząb uspokoił się. Przestał boleć sam z siebie i reagować bólem na dotyk (ale nagryzać jeszcze go nie będę). W zamian boli mnie policzek i dzisiaj w ciągu dnia spuchnął mi w okolicy, gdzie miałam robione znieczulenie. Ten ból jest na tyle mocny i upierdliwy, że nie umiem się na niczym skupić. Przypomina mi trochę promieniujący ból ręki po szczepieniu na Covid. Robię sobie zimne okłady, biorę dalej NLPZ i płuczę paszczę szałwią, ale na razie nie mija. 
Znowu zaczynam być niespokojna i lękowa. Martwię się, jak przetrwam noc i co będzie jutro, czy ta opuchlizna może sama zejść. Rzecz jasna, jutro mogę skontaktować się z dentystką, ale to dopiero za całych dwanaście godzin... Najbardziej boję się, żeby nie trzeba było znowu otwierać tego zęba, bo dopiero co przestał boleć, a przy takim bólu policzka nie da się zrobić znieczulenia. Poza tym jakoś muszę iść do pracy.
 
12.12
W grudniu zrobiłam coś, o czym myślałam od dawna: kupiłam rodzicom testy DNA na pochodzenie etniczne. 🙂 Myślę, że to najlepszy moment, aby je zrobić, zwłaszcza że rodzice są coraz starsi, a tata poważnie chory, i nikt nie zagwarantuje nam, ile razy będziemy jeszcze spędzać święta w komplecie. 
Tata zawsze interesował się historią, w tym historią okolicy i swojej rodziny. Dzięki niemu w gimnazjum połknęłam bakcyla i zrobiłam proste drzewo genealogiczne (przez proste mam na myśli to, że nie korzystałam z archiwów, tylko rozmawiałam z dalszymi krewnymi). Zaczęłam też opiekować się zdjęciami rodzinnymi, uporządkowałam i opisałam je. Innym razem tata napisał do PAN, żeby dowiedzieć się, skąd się wzięło nasze nazwisko. Czasem zastanawialiśmy się, skąd pochodzili przodkowie mamy i taty, ale nie mieliśmy żadnych konkretnych wskazówek.
Gdy tylko doszłam do siebie po makabrycznym tygodniu, zagoniłam rodziców do testów. Gdyby kogoś to interesowało, przypominają one trochę testy na koronawirusa: trzeba zrobić sobie wymaz ze śluzówki obu policzków, włożyć próbki do probówek, zapakować według instrukcji i wysłać do Niemiec. Na rynku są dostępne różne rodzaje testów z różnych firm. Ja zdecydowałam się na usługi MyHeritage, które działa już od lat i budzi we mnie największe zaufanie. Ten konkretny test wskaże nam, ile procent genów mamy i taty wywodzi się z poszczególnych grup etnicznych. Niektóre firmy, o których nigdy wcześniej nie słyszałam, oferują dokładniejsze badania, ale mniej im ufam, a kwestia kosztów też jest ważna.
Wyniki powinniśmy dostać drogą elektroniczną w ciągu kilku tygodni. Jestem ich bardzo, bardzo ciekawa. Mam nadzieję, że próbki nie zaginą wśród świątecznej poczty i dotrą do celu jak najszybciej. 


 

15.12
Z serii "Co cieszy Rosomaka?": ostatnia dawka antybiotyku.
Nie cierpię antybiotyków, ponieważ w dzieciństwie dostawałam ich bardzo dużo i do dzisiaj pamiętam związane z nimi "atrakcje" (problemy z przełykaniem tabletek, odruchy wymiotne itp.). Nie mówiąc już o tym, że na część z nich mam nietolerancję. Kiedy przestałam chodzić do pediatrów, przekonałam się, że większość moich infekcji jest wirusowa i antybiotyków nie wymaga. Od czasu studiów unikam antybiotyków i dużo rzadziej łapię infekcje. Niestety, zdarzają się (na szczęście rzadko) i takie sytuacje, gdy trzeba jakiś wziąć, na przykład ostre zapalenie zatok. Albo ropne zapalenie dziąseł. 

 
 
 
W czwartek byłam u dentystki jeszcze raz (czwarty raz w ciągu trzech tygodni...). Ponieważ dwa zęby rozbolały mnie w odstępie kilku dni, mam teraz dwa zęby w leczeniu kanałowym. Finansowo to jest makabra. 
Ostatecznie nie wiadomo, dlaczego dwa dni po wizycie dostałam zapalenia dziąseł i to takiego mocnego. Miałam RTG zarówno tych leczonych teraz zębów, jak i zdrowego zęba, przy którym zrobił się ropień, ale wyszły dobrze. Nic niepokojącego się tam nie dzieje. Chodzę do tej samej dentystki od ponad dziesięciu lat, ogólnie jestem z jej usług zadowolona. Dentystka twierdzi, że mogło się to stać dlatego, że przez parę dni nie dbałam właściwie o higienę po tej stronie - a jak miałam myć zęby, jeśli nawet najlżejszy dotyk językiem mnie tak bardzo bolał, że prawie wyłam? Zresztą, nigdy nie myłam na siłę, gdy mnie coś bolało, i nigdy nie miałam podobnych komplikacji po wizycie. Może ten jeden raz po prostu miałam pecha. 
W każdym razie dziąsła nareszcie prawie całkiem wyzdrowiały, a zęby siedzą cicho. Tamte dwa tygodnie bólu niemożliwie mnie przeorały. Każda godzina wlekła się jak strzępy kurzu za miotłą. Oddycham z ulgą każdego dnia, gdy nie muszę już egzystować w trybie "byle dotrwać do następnej dawki przeciwbólowego...". I mam nadzieję, że dentystkę zobaczę dopiero w Nowym Roku.
 
20.12
Wooow! Dopiero dzisiaj dowiedziałam się, że Dali namalował TAKĄ kartkę świąteczną!
 
21.12
Stało się: doturlałam się do świąt. Przede mną jeszcze tylko wpracowa wigilijka i będę mogła odetchnąć z ulgą. Nareszcie...
Nigdy nie byłam fanką wielkich porządków przedświątecznych, ogólnie mam do tego podejście dość luzackie, ale w tym roku wyjątkowo dużo zrobiłam w domu. Na szczęście zabrałam się do tego na przełomie listopada i grudnia, zanim zaczęły się akcje z uzębieniem. Święta świętami, to tylko parę dni, jednak wiele miejsc w domu naprawdę już wymagało generalnych porządków. Tata nie ma tyle sił co kiedyś, mama jest zmęczona i przygnębiona chorobą taty, a chcę, żeby byli jak najszczęśliwsi w te święta. O chorobie i tak nie zapomną, ale przynajmniej nie będą się czuć niekomfortowo.
Dla mnie ważniejszy od porządków jest klimat i oczywiście już tydzień temu wyjęłam z pudeł swoje ulubione dekoracje. Ubrałam choinkę, powiesiłam w oknach ulubione lampki. Gdy uspokoiła się sytuacja z zębami, zrobiłam całe pudło mydeł, którymi zamierzam obdarowywać fajnych ludzi. Zrobiłam też dwie świeczki. Poza tym "wkładem własnym" prezenty jak zwykle zamówiłam przez Internet, żeby oszczędzić sobie męczenia się w supermarketach. 
W tym roku wysłałam wyjątkowo obfitą świąteczną pocztę. Jeśli dobrze policzyłam, zużyłam ponad dwadzieścia pocztówek i kilka karnetów z Amunu. Oprócz rodziny, przyjaciół i znajomych świąteczne kartki ode mnie dostało (lub dostanie) osiem osób z grupy loteryjkowej. Loteryjki pocztówkowe to jedna z nielicznych aktywności, w której zęby nie przeszkadzały, bo wystarczy dodać post i dalej już dzieje się bez mojego udziału. Niestety, w tym roku nie pomyślałam o tym, żeby sfotografować wszystkie wysyłane pocztówki. Zrobiłam tylko zdjęcie ostatniej tury.  
 
 
 

W międzyczasie ja też dostałam świąteczne niespodzianki: paczkę od Oli, piękne własnoręcznie wykonane kartki od Alex i Dagi, książkę od cioci. Na pocztówki z loterii trzeba będzie dłużej poczekać, ale dwie zdążyły dotrzeć przed świętami. Jedna przedstawia Helsinki zimą, a druga to moja pierwsza pocztówka z serii "Aunties" Inge Löök, znanej też jako "Old Ladies". Chciałabym zbierać tę serię, bo na sam widok tych roześmianych staruszek robi mi się ciepło na sercu. 



 
23.12
Rano, korzystając z pustej jeszcze kuchni, zrobiłam zawieszki zapachowe z wosku sojowego. Pachną piernikiem i przyprawami kojarzącymi się z zimą. 

 
 
 
Takie woskowe zawieszki nazywa się też tabliczkami florenckimi. Można w nich zatopić różne skarby, na przykład suszone płatki kwiatów, listki, ziarenka kawy czy właśnie przyprawy. Nadają się wszędzie tam, gdzie chcemy wprowadzić ulubiony zapach - do szafy, do pudła z pościelą, do samochodu... Myślę, że na choinkę też. Ja zamierzam wybrać jakieś zawieszki dla siebie, a pozostałe zabrać na Sylwestra w Norze. Może ktoś zechce wypróbować?
 
24.12
Pierwszy raz od lat zobaczyłam za oknem śnieg w wigilijny poranek. Napadało go wczoraj około dziesięciu centymetrów. Wiem, że wkrótce stopnieje, bo na święta zapowiadane są dodatnie temperatury i deszcze, ale i tak się ucieszyłam. Zdążyłam nawet pójść z Piesą na wieczorny spacer w śniegu. Chociaż tyle. 
 
 

 
29.12
Po przyjeździe do Warszawy zastałam w Norze spory bajzel (jak zwykle) i jeszcze większą choinkę (wyższą niż zwykle). Czekał na mnie też aksolotl w niebinarnych barwach, którego Szczur kupił na Targach Fantastyki od Tomasza (polecamy gorąco sklep Tomasza Smocze Łapy!). Aksolotl jest uroczy i potrafi poruszać segmentami swojego filamentowego ciała.
Dzisiaj niewiele się działo. Byliśmy trochę niewyspani, jako że Piękna przyzwyczaiła się do wstawania o siódmej. Głównie sprzątaliśmy Norę, bo jej stan początkowy niespecjalnie zachęcał do organizowania tu imprezy. Chyba że dla krasnoludów, którzy generują taki syf, że szczurzego nawet by nie zauważyli. Na jutro zostało już na szczęście tylko trochę czynności porządkowych. Jestem wdzięczna mamie za słoik pierogów, dzięki któremu przynajmniej nie muszę zajmować się gotowaniem.
Poza tym oczywiście były spacerki. Piesa szybko poczuła się jak u siebie - bez trudu przypomina sobie nawet po dłuższej przerwie, kto wychodzi z nią rano na pierwszy spacer czy jak działa winda. Liczne spotkania z innymi psiakami jednocześnie ekscytują ją i onieśmielają. A im bardziej któregoś się boi, tym głośniej musi na niego poszczekać i tym bardziej się napuszyć.



 
4.01

Dzięki książce "Tajemna strona świąt" nie tylko poszerzyłam swoją wiedzę o mrocznych istotach pojawiających się w różnych rejonach Europy pomiędzy listopadem a styczniem, ale też... dowiedziałam się, że wiktoriańskie pocztówki na Boże Narodzenie bywały nie mniej creepy niż te halloweenowe.
Nie, nie przedawkowaliście żadnych leków i z całą pewnością zdążyliście wytrzeźwieć po Sylwestrze. Boże Narodzenie naprawdę kojarzyło się komuś z żabami, martwym rudzikiem, burakiem o ludzkiej twarzy czy meduzą.
 
5.01
Wszystko wskazuje na to, że najbliższy weekend spędzę w tym roku z rodzicami w domu (nie licząc spacerów z Piesą) i że raczej nie odwiedzi mnie nikt oprócz bardzo prawdopodobnej migreny. Muszę coś zrobić, żeby odgonić negatywne myśli, które mnie w takie dni dopadają. Zabieram się więc do układania drewnianych puzzli o nietypowym kształcie, które dostałam w prezencie od Szczura. 
Na razie posegregowałam puzzle według podobieństwa i (z grubsza) według miejsca przeznaczenia. Zajęło mi to pół godziny. Przy okazji uporałam się z oczami i dziobem sowy. 



 
7.01
Sowa jest już gotowa. Nie takie trudne te puzzle, jak mi się początkowo wydawało. Ich niestandardowy kształt sprawia, że nie ma dwóch takich samych i łatwiej znaleźć brakujący element. Jedynym mankamentem jest kruchość obrazka, gdyż drewniane puzzle rozsuwają się pod wpływem każdego drobnego ruchu. 
Na ułożenie sowy potrzebowałam około dwóch i pół godziny. 
 
 

 
25.01
Poprzedniej nocy miałam wyjątkowo przyjemny sen. Śniło mi się, że potrafiłam latać, a przynajmniej uczyłam się tego. Żeby wzbić się w powietrze, musiałam oczyścić umysł i skupić się na swoim oddechu, a później odbić się od podłoża. Latałam tak po pokoju, odbijając się delikatnie od ścian. Uczucie odprężenia było tak realne, że pamiętam je do teraz.
Rzadko mam sny, które są tylko i wyłącznie pozytywne. Od pewnego czasu najczęściej śni mi się, iż zdradzam swojego byłego chłopaka ze Szczurem lub z jakimś kolegą. Sen tym bardziej absurdalny, że z byłym rozstałam się ponad osiem lat temu, a ze Szczurem jestem już dłużej niż byłam z eksem. Nie wiem, czemu mózg tak uporczywie wałkuje ten motyw.
 
30.01
Ferie, a tym samym mój urlop w Norze, zaczęły się bardzo piękną pogodą. Co prawda nic nie wskazuje na to, żeby miało się zrobić biało i mroźno, ale w zamian dziś i wczoraj dopisało nam słońce. Resztki śniegu są tu rzadkością. Fosa jest częściowo zamarznięta, więc można oglądać komiczne sceny z udziałem kaczek. Idzie sobie dumny, napuszony kaczor i kwacze złowrogo z zamiarem zaatakowania innego kaczora, przyspiesza... i nagle wpada w poślizg, po czym ląduje na kuprze. Słoneczna pogoda sprawia, że spacery to sama przyjemność. Piękna jest w swoim żywiole, zwłaszcza w południe, gdy spuszczam ją ze smyczy w osiedlowym parku. Od wczoraj zdążyła już spotkać dwa znajome pieski, które bardzo lubi: spaniela Toniego i yorka Stefana. Zdążyła też pogonić wrony, poobgryzać patyczki, wytarzać się w kaczych perfumach nad fosą i przestraszyć się kilku dużych psów. Dzisiaj Szczur nie musiał jechać na uczelnię, więc poszliśmy we troje na wyjątkowo długi spacer - przez osiedle nad fosę, a później na forty. Mimo że od rana dokucza mi migrena, wróciłam bardzo odprężona i szczęśliwa.
Do Nory jak zwykle przywiozłam mnóstwo rzeczy związanych z moimi zainteresowaniami, aby trochę nadrobić wszystko, na co nie mam tyle czasu na co dzień. Na razie wieczory spędzam nad drzewem genealogicznym na MyHeritage, ale to już temat na osobną opowieść.