piątek, 4 października 2019

[86] Pamiętniki czerwcowo-lipcowe


5.06
Na profilu Lisich Spraw przeczytałam dzisiaj bardzo adekwatny cytat: "Czasem jest taki dzień, że to nie jest mój dzień". Tak właśnie mam, tylko że od tygodnia.
Najpierw wszyscy w domu pochorowali się na gardło. Potem dowiedziałam się, że przez prawie trzy tygodnie nie zobaczę Szczura, a ponieważ już raz trzeba było zmieniać plany, bo się okazało, że musi jechać na konferencję akurat w weekend Industriady, druga zmiana bardzo mnie dobiła. Takie sytuacje, choć nieuniknione w życiu, zawsze są dla mnie trudne. Na zewnątrz się maskowałam, ale psychicznie czułam się bardzo źle, po powrocie z pracy do domu codziennie chciało mi się płakać.
W międzyczasie musiałam pojechać do dentysty na zakończenie leczenia kanałowego i po tej wizycie dopiero się zaczęło. Dostałam strasznej inwazji aft na wargach i wokół ust, a że trzy z nich są tuż obok siebie i w bezpośrednim sąsiedztwie zębów (po wewnętrznej stronie wargi), nie umiem normalnie mówić ani jeść. Leki pomagają tylko na chwilę. Potwornie mnie to boli (serio, ten ból bywa gorszy od bólu stawów) i potwornie mnie dobija, więc od paru dni prawie nic nie piszę, bo nie umiem z siebie wykrzesać nic pozytywnego. Zawsze miałam skłonności do aft w sytuacjach osłabienia organizmu i stresu, ale aż tylu naraz jeszcze nigdy nie miałam. Nie wiem, jak kolejny raz mam przełamać lęk przed dentystą, gdy będzie trzeba znowu iść, bo właśnie z powodu dużej nadwrażliwości jamy ustnej i aft tak panicznie boję się dentysty, a to jest najgorsza sytuacja po dentyście jak dotąd. Na razie odłożę ten problem do jesieni.
W weekend, zanim aftom po wewnętrznej stronie warg się pogorszyło, wydarłam jeszcze dla siebie dwa piękne spacery, pomimo że już wtedy czułam się źle. W sobotę przeszłam się pomiędzy łąkami i ścięłam trochę kwiatów do wazonika. W niedzielę przebyłam cztery i pół kilometra, najpierw idąc na skraj lasu, a później uciekając przed burzą, która deptała mi po piętach. Na skraju lasu spotkałam dużą gąsienicę brudnicy, taką jak moje, a na wierzbie wypuszczone Safo. Nie zabrałam ich do domu, bo mam dużo gąsienic tych gatunków.
Teraz siedzę uziemiona w domu do piątku, jem po kawałeczku, nie umiem na niczym się skupić poza odmóżdżającym oglądaniem "Big Brothera", a wieczorami biorę lek nasenny, bo to rwanie w ustach mnie wykańcza psychicznie. Dodatkowo dusi mnie w gardle.
Jedyną pociechą są mi wieczorne rozmowy ze Szczurem i owady. Pazie, które są już poczwarkami, rozmnożone narożnice, piękna niedźwiedziówka... Jak dobrze, że istnieją owady.
Marzę, żeby to wszystko minęło i żeby znowu znaleźć się tam, między polami a lasem, ale już bez bólu.





Emmeline wczoraj podzieliła się linkiem do takiego artykułu. Myślę sobie, że to może być bardzo ważne i wiele rzeczy tłumaczyć.

7.06
Dom odwiedziła taka oto ładna ćma, krokiewka lękwica. Bestia próbował ją upolować, ale tata mnie zawołał i udało się ją odratować. Wyglądała jak postrzępiony listek z oczami.




13.06
Nigdy nie lubiłam twórczości Doroty Terakowskiej, zupełnie mi nie podchodzi. Spodobał mi się za to wiersz Adama Zagajewskiego, który znalazłam w jej książce "W Krainie Kota", na pierwszej stronie.




(wieczorem)
Spadł deszczyk i mamy dwadzieścia dwa stopnie.
Niestety w domu nadal dwadzieścia siedem i temperatura nie chce się obniżyć, choć wszędzie okna pootwierane na maksa. Od dwóch dni nie umiem w nocy przespać więcej niż cztery godziny, bo jest mi duszno. Wietrzenie niewiele daje. Nawet dla mnie, osoby, która kocha temperatury powyżej dwudziestu stopni, dwadzieścia siedem stopni w domu to za dużo o jakieś pięć stopni.

15.06
Dzisiaj w nocy grasowała kuna.
Około dwudziestej trzeciej, a może północy, słyszałam dziwny dźwięk. Nie wiedziałam, jak go zaklasyfikować. Rano okazało się, że sąsiadom z końca ulicy zginęły dwie kury. 

16.06
Po bardzo trudnym pierwszym tygodniu czerwca, gdy paskudny wysyp aft nie pozwalał mi normalnie żyć, jeść, mówić ani skupić się na czymkolwiek, przyszedł czas powolnego wracania do normalnego życia. Afty, które przez kilka dni nie reagowały na nic, zniknęły błyskawicznie na początku tygodnia. Dawno tak się nie cieszyłam, że mogę po prostu gryźć, śmiać się, uśmiechać się, rozmawiać. Robić oczywiste rzeczy, których na co dzień nie jestem świadoma, bez bólu.
W ten weekend pierwszy raz od trzech tygodni mogłam spotkać się ze Szczurem i to było fantastyczne: zjeść razem pizzę, pomiziać się, pojechać razem do lasu. W lesie urządziliśmy prawdziwe polowanie na gąsienice, zakończone wielkim sukcesem. Było super, choć duża w tym zasługa środka odstraszającego komary, które atakowały niemiłosiernie. Spotkaliśmy też pięknego, dużego pająka, kilka ładnych owadów, a ja wypatrzyłam wiewiórkę wspinającą się po pniu.
Dzisiaj oglądałam finał "Big Brothera". Sama się sobie dziwię, że tak się zżyłam z tym programem, mam po nim sporo wniosków i obserwacji. Program wygrała Magda i choć nie ona była moją ulubioną uczestniczką, cieszę się, bo wraz z nią wygrały tolerancja, otwartość, dobre serce, odwaga do podejmowania wyzwań, umiejętność cieszenia się z rzeczy drobnych, a nie buractwo, homofobia czy szowinizm. Wielu internautów zarzuca Magdzie, że za dużo się maluje, a moim zdaniem tak to po prostu jest, gdy człowiek ma prawdziwą pasję - ja nad motylami też spędzam kilka godzin dziennie, choć z perspektywy niejednej osoby nie jest to sensowne, bo nie daje żadnych korzyści materialnych. Chce się malować - niech się maluje. Najważniejsze, żeby wygrana pomogła jej się usamodzielnić i nabrać wiary w siebie.


20.06
Z cyklu "Dialogi domowe": Szczerość aspich
Mama: Czas pojechać do fryzjera. Przez tę chorobę wszystko zaniedbałam.
Tata: To prawda, bo już bardzo źle wyglądasz. Masz fryzurę jak Szopen.

21.06
Dzisiaj Noc Kupały (a myślałam, że świętojańska - Uriel mnie poprawił)... a trzeba będzie wcześnie wstać, bo jutro wybieramy się ze Szczurem, moim kumplem i jego żoną do zoo.
Gdy to piszę, jest już częściowo ciemno i ptaki niesamowicie śpiewają.
Szczur jest u mnie od wczoraj, a dziś pojechaliśmy do lasu. Przed wyjściem z domu miałam okazję oglądać z okna tęczę. Później, na polnej drodze, kolejny raz spotkaliśmy bażanta, który przez dłuższą chwilę zabawnie biegł przed samochodem zamiast zwiewać w lewo lub w prawo - biedak zapewne się zestresował. W lesie znowu dopadło nas zatrzęsienie komarów i wpleszczy, na szczęście przynajmniej przed tymi pierwszymi chronił nas repelent. Niestety nie chronił twarzy, więc trudno mi było pstryknąć Szczurowi zdjęcie, na którym nie macałby się po twarzy. 
Znaleźliśmy kilka larw rusałek, które zabraliśmy do domu, choć wielkim szczęściem będzie, jeśli wśród tak dużych już larw nie będzie żadnych pasożytów. To pawiki, jedne z najbardziej kolorowych motyli w Polsce. A na wierzbie na skraju lasu wypatrzyliśmy ogromnego Safonida, co oznacza, że przynajmniej niektóre z wypuszczonych larw przeżyły. Bardzo mnie to cieszy.

22.06
Dawno nie byłam w chorzowskim ogrodzie zoologicznym (bodajże od dziesięciu lat, może trochę mniej) i muszę przyznać, że pozmieniało się tam na korzyść zwierząt. Wybiegi są bardziej zadbane, pojawiły się liczne tabliczki z zakazami karmienia i niepokojenia zwierząt. Przybyło też kolorowych tablic informacyjnych i interaktywnych elementów, takich jak zagadki w formie klapek, pod którymi znajdują się odpowiedzi. Być może właśnie dlatego ludzie zachowywali się znacznie lepiej niż ostatnim razem, gdy byłam w tym zoo. Nie widziałam, aby ktoś bębnił w szyby, wrzeszczał do zwierząt itp. Tylko jeden pan karmił pawia chlebem, w dodatku pomimo wyraźnych zakazów karmienia zwierząt, ale to karmienie ptaków pieczywem to jest nasz problem narodowy.
Naszym zwierzęciem dnia został pancernik, oglądaliśmy go dwa razy.
W zoo nie ma już dorosłych słoni. Wyczytałam, że obecnie mogą tu przebywać tylko młode, dorastające samce do momentu osiągnięcia dojrzałości. I faktycznie, są takie dwa młode samce: siedmioletni Scott i dziewięcioletni Ned. Mieszkają w zoo od 2016 roku. Polubiłam je, zwłaszcza że ostatnio akurat czytałam o słoniach.
Widziałam tylko jedno zwierzę, które mnie zasmuciło, był to stworek podobny do kuny (nie pamiętam gatunku) chodzący nerwowo tam i z powrotem wzdłuż siatki.
Bardzo mnie zdziwiło, że w chorzowskim zoo pojawiły się pandy czerwone. Uwielbiam je! Udało się nawet pstryknąć jedno zdjęcie, co nie jest łatwe, bo one zazwyczaj są w ruchu. Szkoda trochę, że mają dużo mniejszy wybieg niż w Ostrawie czy Frydlancie.
Od września mają pojawić się pingwiny. Wybieg dla nich na razie jest na etapie prac budowlanych, a dookoła niego rozlegają się dźwięki rosyjskiego czy też ukraińskiego disco polo, co zasugerowało Szczurowi narodowość pracowników.
Tradycyjnie wpadłam też odwiedzić kamienne dinozaury, z którymi mam zdjęcia z dzieciństwa. W Kotlinie Dinozaurów niewiele się zmieniło. Warto wiedzieć, że ekspozycja ta ma już ponad czterdzieści lat i była pierwszą tego typu w Polsce. Do dziś wszyscy się tam fotografują z dinusiami. 






26.06
Spanie w upały to makabra. Po tygodniu wolnego przestawiłam się samoistnie na zasypianie po trzeciej w nocy i wstawanie o dziesiątej przed południem. Zaczyna mi się chcieć spać, gdy śpiewają kosy. Wcześniej ani-ani. A melatonina mi się skończyła.

Z serii "Dialogi domowe":
Tata: Ja już też niedługo będę trochę wiedział o tych ćmach. Tamtą trzeba posadzić na wysokości dwóch metrów, ta wabi feromonami samca z kilku kilometrów...
Kuzyn: To nic takiego, ja też tak czułem swoją przyszłą żonę, bo mnie przyciągała z odległości osiemnastu kilometrów.

30.06
Sobota była bardzo pozytywnym dniem. Wprawdzie Szczur zaspał i przyjechał ze sporym opóźnieniem, ale wykorzystałam ten czas, robiąc placki z borówkami według nowego przepisu. Przepis banalnie prosty, a efekt satysfakcjonujący.
Wieczorem tradycyjnie pojechaliśmy do lasu, tym razem później, bo na dwie godziny przed zachodem słońca. Żadne nowe gąsienice nie wpadły mi w oko, być może dlatego, że trudno mi się skupić na poszukiwaniach, kiedy trzeba się opędzać od komarów i wydłubywać z włosów wpleszcze. Szczur podobno widział padalca i sarnę, za to mnie się nie poszczęściło - zawsze patrzyłam nie w tę stronę co on. Wprawdzie gryzoń nie jest pewien na sto procent co do sarny, ale ja w to wierzę, bo słyszałam odgłos stąpania po gałęziach przez zdecydowanie duże zwierzę.
Dzisiaj przenoszę się na dłuższy czas do Nory. Jak zwykle bardzo się cieszę i zarazem stresuję się trochę podróżą. Nie mogę się doczekać, aż zobaczę swoje ulubione miejsca, zwłaszcza Kampinos. A może dopisze mi szczęście i spotkam się w Warszawie z kilkoma fajnymi ludźmi? 

(nocą)
U Szczura da się zauważyć postępy w samokontroli, których skutkiem ubocznym jest zubożenie słownictwa. Dwa lata temu podczas kilkugodzinnej podróży samochodem używał średnio kilkunastu różnych wulgaryzmów. Dzisiaj padły tylko dwa brzydkie słowa.

5.07
Kto lubi iluzje optyczne lub potrzebuje dostymulować się wzrokowo, powinien koniecznie odwiedzić Muzeum Świat Iluzji na Rynku Starego Miasta. I zabrać ze sobą aparat, bo w tym muzeum nie tylko można fotografować do woli, ale wręcz trzeba, żeby się jeszcze lepiej bawić.
Największe wrażenie zrobił na nas tunel Vortex. Na jego widok w pierwszej chwili poczułam przerażenie, jednak zgodziłam się tam władować, pod warunkiem, że pójdę w kuckach (kucki to moja "pozycja bezpieczna"). Później weszłam drugi raz, próbując oszukać swój mózg mruganiem, i udało mi się. Okazało się, że szybkie mruganie wystarczy, żeby efekt nie pojawił się. Szczur natomiast nie kombinował i po kilkukrotnym przejściu tunelem jeszcze przez dwie godziny donosił mi, że jego błędnik szaleje. Na szczęście wróciliśmy taksówką, bo nie pozwoliłabym mu w takim stanie prowadzić.

6.07
"Tu się będzie jadło Naleśniczadło!", tak to chyba było u Pippi.
Pierwsze udane naleśniki w Norze. W czasach Świetlika robiłam naleśniki dziesiątki razy, ale w Norze nigdy nie chciały wyjść. Różne cuda się działy, jakby mój eks rzucił na mnie klątwę antynaleśniczą. W tym roku się wkurzyłam, przywiozłam sobie stary mikserek, kupiłam wielką patelnię do naleśników - i są. Będą z warzywami. Jak zwykle u mnie, kształty jedzenia może nie powalają, ale kto by się tym przejmował.




Z cyklu "Rozmowy po północy":
- Ruscy to się tam w ogóle bili o tron i szlachtowali braci, ile wlezie.
- No i potem wyewoluował taki Rasputin, którego się nie dało normalnie zabić!
Szczur pokrzyczał o Rasputinie i poszedł spać, a ja przykładam lód do stopy, bo znowu się uderzyłam w mebel (i znowu w inny).
Muszę nazwać jakieś zwierzątko Rasputin.

7.07
Dziś mija pierwszy tydzień wakacjowania się w Norze. Tydzień udany, bo każdy dzień przyniósł coś dobrego.
Poniedziałek przeznaczyłam na aklimatyzację w Norze po paru miesiącach nieobecności. Sprawdzałam szafy, przeglądałam swoje zapasy spożywcze, wyrzucałam, co trzeba. Pojechaliśmy do galerii handlowej na wielkie zakupy. Szczur był mocno lękowy, więc nie oczekiwałam zbyt wiele od tego dnia. A jednak wieczorem zrobiliśmy wypad do domu rodziców Szczura na wsi, gdzie również pooglądałam wszystkie nowości. Zaskoczyły mnie ozdoby z piór i szyszek wykonane przez szczurzego wuja. W ogrodzie odkryłam ślady obecności namiotników, które już opuściły swój namiot.
We wtorek towarzyszyłam Szczurowi, jego koledze i dziewczynie tegoż kolegi do parku linowego. Trochę żałuję, że wkrótce biorą ślub, bo po ślubie większość moich rówieśników błyskawicznie ma małe dzieci i kontakt z nimi na jakiś czas przestaje być przyjemny. Oczywiście większość ludzi postrzega to w inny sposób niż ja, taka jest kolej rzeczy i już.
Środa była leniwym dniem, jak zwykle po zażyciu leku czułam się tak sobie i potrzebowałam dostępu do toalety. Szczur kontynuował pracę nad artykułem naukowym. Wieczorem poszliśmy do ogrodu społecznościowego wypuścić ćmy i posiedzieć z brudnicą, którą bezskutecznie próbowałam rozmnożyć. Po fali upałów rośliny w ogrodzie były w opłakanym stanie, a trawniki zupełnie wysuszone. Przypomniało mi się, że opiekunowie ogrodu zwracali się do wszystkich chętnych na fanpejdżu z prośbą o pomoc. Szczur poszedł nabrać wody z fosy i zainicjował podlewanie. Byłam w szoku - gryzoń generalnie nie przepada za pracami domowymi i ogrodowymi, a tu nagle taki zapał go ogarnął, że przyniósł kilka wiader. Podlewał i podlewał! Musiałam to uwiecznić.
W czwartek miałam już trochę dość tego leniuchowania, ale ponieważ nie czułam się stabilnie, nie chciałam nigdzie wyjeżdżać. Przyszło mi do głowy, że może by tak w końcu przepłynąć się rowerem wodnym po fosie, bo ciągle widuję te rowery wodne, ale jeszcze nie próbowałam. Kiedyś owszem, będąc w innym miejscu i w innym związku, tutaj - nie.
Udaliśmy się więc ze Szczurem do wypożyczalni rowerów wodnych i kajaków. Na miejscu okazało się, że jest ona bezpłatna. Niestety, okazało się też, że ze względu na niski poziom wody w fosie wstrzymano wypożyczanie rowerów wodnych, można skorzystać tylko z kajaka. Zastanawiałam się przez chwilę, co robić. Nigdy nie płynęłam kajakiem, więc miałam cykora. Pomyślałam jednak, że jak zrezygnuję, będę to z pewnością rozpamiętywać i żałować. Klamka zapadła: płyniemy!





Choć Szczur wziął na siebie wiosłowanie, przez pierwszych kilkanaście minut bałam się poruszyć. W kajaku jest się znacznie bliżej wody niż w rowerze wodnym, a ja nie mam doświadczeń z łódkami, ponadto nie umiem pływać. Trzeba było zaufać Szczurowi, że nie wypierniczy nas do świata wodorostów, nawet gdy robił zdjęcia. Zaciskałam ręce na burcie, gdy kajak kołysał się. Stopniowo się wyciszyłam i zrelaksowałam, przyjemnie było oglądać fosę z zupełnie innej perspektywy, znaleźć się blisko wody i kaczek. Jakieś dzieci na brzegu wołały: "Kajak! Kajak!".
Myślę, że na ten kajak jeszcze wrócimy, zwłaszcza że jestem ostatnio w nastroju do robienia nowych rzeczy.
W piątek zwiedziliśmy Muzeum Świat Iluzji. Kupiłam też dwie świetne gry planszowe o tematyce strachowo-dusznej: "Koszmarium" i "Potwory do szafy". Lubię takie klimaty.

Wczoraj przez większość dnia padało. Zrobiłam pierwsze w Norze udane naleśniki. Wieczorem znowu wybraliśmy się na wieś, gdzie pochodziliśmy po płaczącym kroplami deszczu lesie, podczas gdy samiczki Safonidów zapraszały zalotników do ogrodu. Żaden chłopak niestety nie pojawił się. Może to wina deszczu.
Dzisiaj... Jeszcze nie wiem, co dzisiaj się wydarzy. Planowaliśmy Kampinos, wieczorem odwołaliśmy plany z powodu deszczu, a tymczasem pogoda zrobiła sobie z nas jaja - jest dwadzieścia stopni. Dopiero skończyłam jeść obiad, bo nastawiłam się na deszczowy dzień.

9.07
Z cyklu "Rozmowy po północy":
- O Churchillu ktoś powiedział, że jest podobny do morświna.
- Kto?
- Chyba ktoś ze służby, bo tak chlapał w łazience jak ja, aż zalewało gościom ubrania zostawione w szatni.
- No popatrz, nazywali go morświnem, a kobiety pisały, że ma w sobie magnetyczny urok.

W wakacje trudno mi się zmusić do wstawania przed dziesiątą, zwłaszcza że i Szczur lubi dłużej pospać, a nocami najlepiej mi się czyta. Dzisiaj jednak poświęciliśmy późną pobudkę i lenistwo do południa, żeby pojechać do Muzeum Geologicznego.
Szczur już kiedyś zwiedził to muzeum i do dziś pamiętał kilka eksponatów, ja byłam po raz pierwszy.
Muzeum Geologiczne jest pięknym miejscem, nawet jeśli chodzi o sam budynek. Jeszcze trudniej oderwać wzrok od eksponatów. Patrząc na te wszystkie minerały i skamieniałości, łatwo się zatracić i zapomnieć o wszystkim, co na zewnątrz. Na tyle, na ile się dało, sfotografowałam swoich ulubieńców wśród eksponatów. Niechętnie odrywałam się od usytuowanego w ciemnym korytarzu modelu jaskini, z klimatycznie kapiącą przez cały czas wodą. 
Nieco mniej podobały mi się tabliczki z opisami, które były bardzo treściwe, ale szybko zaczęły mnie nużyć. Jestem wzrokowcem i ze "ścian tekstu" wypełnionych szczegółowymi informacjami mało zapamiętuję, jeśli nie jestem znawcą tematu. Powiedziałabym, że to muzeum w starym stylu, bez mnóstwa interaktywnych eksponatów i bez nowoczesnych form przekazu informacji. Jednym przypadnie do gustu, innym nie. Mnie trudno jest przyswajać "suche" informacje z poważnych tabliczek, szczególnie w takich ilościach, więc szybko porzuciłam próby czytania i raczej nie wyszłam z muzeum bogatsza o nową wiedzę. Skoncentrowałam się na oglądaniu. Pomyślałam sobie, że dla niewidomych to miejsce jest chyba zupełnie białą plamą - nic do dotykania, słuchania. Na pewno można by też więcej zrobić, żeby zaktywizować dzieci. Nie uszło jednak mojej uwadze, że kilka interaktywnych eksponatów jest (dymiący naprawdę wulkan, modele jaskini i pustyni, ogromne ilustrowane książki na piętrze), więc może coś się w tym kierunku nieśmiało zaczyna dziać.
Wyjątkiem, jeśli chodzi o czytanie opisów, były meteoryty - ich historie zainteresowały mnie na maksa. Od razu zaczęłam sobie wyobrażać sytuacje, w których zwykli ludzie natknęli się na te fragmenty ciał niebieskich.
W centrum przestrzeni wystawowej znajdują się rekonstrukcje dinozaura, mamuta i niedźwiedzia jaskiniowego, i to właśnie one wzbudzają największy zachwyt u dzieci. Zaskoczyło mnie, że szkielety znaleziono w Pyskowicach koło Gliwic. Wszędzie ten Górny Śląsk za mną chodzi.




















.

1
W poniedziałek na jakiś czas wracamy na południe, więc ucieszyłam się, że udało nam się jeszcze raz popływać kajakiem. Tym razem wypożyczyliśmy żółty. Za drugim razem byłam o wiele bardziej rozluźniona, wsiadanie i wysiadanie też szło mi nieco lepiej. To doskonała okazja do ćwiczenia uważności. Poza tym można opowiadać drugiej osobie wszelkie możliwe pierdoły, włącznie z bajkami z dzieciństwa i brzydkimi dowcipami, ponieważ z kajaka nie sposób uciec.
Przez pewien czas padał deszcz, ale nie przeszkadzało nam to. Ubrałam się ciepło, a zapach deszczu w połączeniu z zapachem fosy sprawiał mi przyjemność.



 
17.07
Rosomakowi nie chciało się jechać na zakupy, ale w końcu pojechał i teraz ma wielki bąbel.
Rosomak: Co za świnia mnie ugryzła!
Szczur: Nie świnia, tylko komar.

19.07
Taki news na dzień dobry, że brak mi słów. Ze wszystkich miejsc, które stają się miejscami ataków terrorystycznych, jest dla mnie chyba najbardziej niepojęte, dlaczego studio animacji i dlaczego akurat to? Znam KyoAni od piętnastu lat, zero wątków politycznych czy innych takich w ich produkcjach, zero nawoływania do nienawiści wobec jakiejkolwiek grupy. Przeciwnie - podejmują wątki bullyingu, niepełnosprawności, wyobcowania, problemów młodych ludzi. To zazwyczaj piękne pod względem grafiki i muzyki, spokojne serie obyczajowe, szkolne komedie czy dramaty z wątkami fantasy. Jedne z tych, na których się wychowałam.
Tylu niewinnych, utalentowanych ludzi. Artystów, którzy nikogo swoją działalnością nie krzywdzili, a jeszcze dawali ludziom uśmiech, nadzieję...
Kto mnie zna, ten wie, jak bardzo pacyfistyczna jestem i że zawsze się staram zastanawiać nad perspektywą drugiego człowieka. A mimo to w takich momentach niestety coraz bardziej tracę wątpliwości co do kary śmierci.

Udało mi się zdobyć pieniek na drapak dla kota. Duży, brzozowy pieniek. O takim pieńku za radą Marka myślałam już od dawna. Szczur dzielnie się spisał, jak przystało na silnego faceta, ale musiał trochę ponarzekać, jak to on.
Szczur: Następny pieniek ci Marek nosi, jak to on ma takie pomysły. Ja nawet nie lubię tego kota. 

21.07
Już niedługo jadę w góry ze Szczurem. Zanim jednak wyjedziemy, spędziliśmy tydzień u mnie w domu rodzinnym. Mało w tym czasie pisałam, bo był to tydzień bardzo lajtowy - musiałam odbębnić Złe Dni. Przez dwa dni męczyła mnie migrena, na którą nic nie działało, ale najważniejsze, że obyło się bez rewolucji żołądkowej.
W międzyczasie spałam do późna, wieczorami do późna czytałam, wypisywałam pocztówki z Postcrossingu i Postcardunited, grywaliśmy w planszówki (zaczęliśmy grać w "Descent", najnowszy zakup Szczura). Spotkaliśmy się z kuzynem i jego rodzinką. Załatwiłam kilka spraw w mieście, a Szczur pomógł mojemu tacie w walce z wszędobylskim bluszczem atakującym dom sąsiada. Pomijając poniedziałek, który był "dniem przejazdu", oraz środę, prawie codziennie wieczorem jeździliśmy pospacerować. Dwa razy byliśmy w ogrodzie botanicznym (absolutnie cudowne, kojące miejsce), raz w lesie i raz w parku. Co tam widzieliśmy, utrwaliłam na zdjęciach - głównie ciekawe rośliny, zachody słońca, czasem jakiegoś fajnego owada. Dużo fotografowałam. W lesie znalazłam gąsienicę garbatki zygzakówki, krewnej widłogonki.






Dniem zupełnie nietypowym, jeśli o nas chodzi, była sobota, gdy wybraliśmy się do śląskiego parku rozrywki Legendia. Oboje nie mieliśmy dotąd żadnych doświadczeń z parkami rozrywki, ale umówiliśmy się tam z Alex. Pomimo że ona w ostatniej chwili odwołała spotkanie, my i tak pojechaliśmy, bo byliśmy zwyczajnie ciekawi, jak tam jest. 
Cóż... To raczej nie jest ten rodzaj miejsca, w którym czuję się najlepiej i najbardziej wypoczywam. W parku rozrywki było bardzo głośno, większości atrakcji się bałam. Niektórych miałam ochotę spróbować, ale głośna muzyka i jeszcze głośniejsze piski użytkowników były dla mnie nie do przejścia. Szkoda, że w parkach rozrywki nie ma "cichych godzin". Poprzestałam na atrakcjach bardzo, bardzo łagodnych. Szczur natomiast władował się na dwie ekstremalne, w tym największy w parku rollercoaster "Lech", i... też poczuł się przebodźcowany i stwierdził, że nie powtórzyłby tego. 
Mimo wszystko cieszę się, że pojechaliśmy, bo teraz już wiem, jakie dokładnie atrakcje są w tym parku, czego w przyszłości mogę spróbować, a na co na pewno nie wejdę. Poszliśmy na lody (drogie jak cholibka). Poza tym pierwszy raz w życiu przejechałam się na diabelskim młynie i to akurat było bardzo, bardzo przyjemne - prawie w ogóle nie czułam wznoszenia się, widoki były ładne, a sensoryczne dozmania (leciutkie kołysanie) relaksujące.
Nie zabrakło też w tym tygodniu obowiązkowej pizzy z mojej ulubionej pizzerii.
A teraz wzywają nas góry!

24.07
Szczur: Raz, kiedy byłem na imprezie z J. i A. w klubie LGBT, podszedł do nas jakiś facet i zaczął nam narzekać, że on to czuje się jak taki gad, taka ropucha jakaś. Na co my, że przecież ropucha to nie gad, tylko płaz. Wtedy on uznał, że jesteśmy zbyt pozytywnym towarzystwem, i sobie poszedł.

31.07
Taka ogromna piękność wpadła dzisiaj z wizytą - wstęgówka pasówka. Siedziała za żaluzją, po zewnętrznej stronie okna.
Już wypuszczona. 




wtorek, 10 września 2019

[85] Znowu w Tatrach (cz. II)


[Jeśli chcesz przeczytać poprzednią część posta, kliknij tutaj.]


Rozdział IV: Hala Kondratowa

Po "dniu przerwy", który spędziliśmy osobno - ja na wyciszaniu się i spacerowaniu po najbliższej okolicy, Szczur na zdobywaniu Kopy Kondrackiej - wróciliśmy do wspólnego chodzenia po szlakach. Naszym dzisiejszym celem była Hala Kondratowa. Pogodę mieliśmy idealną - pochmurno, około dwudziestu stopni, ale bez deszczu.

Hala Kondratowa to jedno z pierwszych miejsc, które poznałam w Tatrach (rok temu). Uwielbiam ją za widoki i za tamtejsze przytulne schronisko z charakterystycznymi czerwonymi firankami w oknach, które jest jak dotąd moim ulubionym schroniskiem. Aby tam dotrzeć, jedziemy busem z Zakopanego do Kuźnic, a później idziemy szlakiem obliczonym na nieco ponad godzinę. Nam droga zabiera oczywiście więcej czasu, bo robię dużo postojów i bardzo ostrożnie idę po kamieniach. Jest jednak bardzo przyjemna, w większości wiedzie przez las. Jedynie na początku trzeba się przez piętnaście minut pomęczyć na paskudnym bruku (nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby kłaść tam taki bruk, ale pomysł ten uważam za całkowicie poroniony). Potem jest już tylko to, co lubię najbardziej: drzewa, mchy, porosty, owady... i oczywiście kamienie.

 





Ten szlak uświadomił mi jeszcze raz, jak duży postęp psychiczny zrobiłam od zeszłego roku, jeśli chodzi o góry. Rok temu szłam nim z duszą na ramieniu, przerażały mnie gładkie kamienie i nieustannie waliło mi serce. Dzisiaj tę samą drogę pokonałam całkowicie na luzie, na niektórych odcinkach biorąc Szczura za rękę, ale już bez obaw.

Na hali czekało nas miłe zaskoczenie: znane nam już z Doliny Olczyskiej piękne kwiaty. Cała łąka różowych kwiatów! Nie mogłam się powstrzymać przed zrobieniem im małej sesji zdjęciowej.






Rozdział V: Dolina Strążyska

Dzisiaj rano czułam się trochę kiepsko, poszliśmy więc łatwiejszym szlakiem niż planowaliśmy: Doliną Strążyską do wodospadu Siklawica. Podobnie jak wczoraj na Halę Kondratową, dotarliśmy tam o wiele szybciej niż rok temu, chociaż nieco niedomagałam. Z Zakopanego do Kuźnic jechaliśmy busikiem, a z powrotem szliśmy pieszo pod skocznię, bo nie chciało nam się czekać ponad dwadzieścia minut na bus. W ten sposób poznałam miłą drogę wiodącą wśród pokrzyw i owiec, z widokiem na Gubałówkę.

Ta niedługa wycieczka upłynęła pod znakiem spotkań ze zwierzętami. Najpierw, jeszcze przed podróżą busikiem, napatoczyliśmy się na wiewiórkę. Stworzonko skakało po chodniku i nic sobie nie robiło z bliskości ludzi, wyraźnie przyzwyczajone do turystów. Na początku szlaku znalazłam na pniu małe żyjątko, które wzięłam za poczwarkę, a które okazało się być maleńkim wodnym ślimakiem. Widzieliśmy też kąpiącego się w strumieniu ptaka podobnego do rudzika (a może to był rudzik?), mnóstwo motyli (głównie rusałkowatych i cytrynków), ważki i kijanki. No i oczywiście owce. Dziesiątki owiec.









Rozdział VI: Niebieski szlak przez Boczań

Szczur od dawna mi powtarzał, że skoro lubię gąsienice, musimy wybrać się na Halę Gąsienicową. Taką próbę podjęliśmy dzisiaj. Jak wyjaśnił mi Szczur, z Kuźnic można dojść tam na dwa sposoby: przez Dolinę Jaworzynki albo przez Boczań, przy czym ten drugi szlak jest łatwiejszy. Cóż, kiedy dla mnie okazał się jeszcze trochę za trudny.

W moim odczuciu to była jak dotąd najtrudniejsza wycieczka: prawie non stop pod górę, mało miejsc do odpoczynku po drodze (czytaj: pni i głazów, na których można wygodnie usiąść), mało przyrodniczych bodźców odwracających uwagę od trudów podejścia. Co jakiś czas w oddali grzmiało. Przez las szłam jeszcze dość uparcie. Prawdziwe kłopoty pojawiły się na otwartej przestrzeni, gdzie nie było skrawka cienia, ciągle trzeba było się z kimś mijać, a po obu stronach drogi straszyła otwarta przestrzeń. W Internecie można przeczytać, że nie ma tam większych ekspozycji terenu, ja jednak odbierałam to inaczej. Niedaleko przełęczy usiadłam i nie chciałam już dalej iść, musiałam zostać na chwilę sama i powstrzymać meltdown. Do meltdownu ostatecznie nie doszło, ale było blisko. Na jakiś czas przestałam czuć swoje ciało, miałam ochotę się położyć i przycisnąć mocno całym ciałem do twardego podłoża. Dopiero po dłuższej chwili siedzenia uświadomiłam sobie, że ta otwarta przestrzeń - widoki na strome zbocza gór po lewej i prawej - uaktywniła lęk wysokości. Zwłaszcza patrząc w lewo, czułam się trochę jak w tunelu vortex, jakby góra miała położyć się na boku. Niewątpliwie jest tam pięknie, ale widocznie nie byłam jeszcze gotowa na takie doznania.










Jeżeli z jakiejś wycieczki na tym wyjeździe nie jestem zbyt zadowolona, to właśnie z dzisiejszej. Zrobiłam mało zdjęć. Samokontrola wisiała na włosku. Dumna jestem tylko ze Szczura, że ze mną wytrzymał. Chciałabym zobaczyć Halę Gąsienicową, którą znam z pocztówek, jednak na razie muszę się zadowolić innymi gąsienicami.

Kiedy byliśmy na otwartej przestrzeni, nad głowami latały nam dwa duże ptaki drapieżne. Do teraz zastanawiam się, jakie to były ptaki; wydawały charakterystyczne dźwięki (nie wiem, jak je opisać - "ra"? "kha"?). W drodze powrotnej spotkaliśmy rudzika, był bardzo blisko, ale nie udało mi się złapać ostrości jak trzeba.

Ledwie wróciliśmy, przeszła gwałtowna burza, podobnie jak wczoraj wieczorem. Deszcz lał się strumieniami. Burza skończyła się równie szybko, jak się zaczęła.

PS Wieczorem przesłuchałam nagrania odgłosów ptaków drapieżnych na YT i doszłam do wniosku, że ptakiem, którego widzieliśmy w górach, mógł być myszołów. 


Rozdział VII: Dolina Białego

Przez kilka dni nabijałam się z esemesowych ostrzeżeń RCB przed burzami, gdyż ani jednej zapowiadanej burzy nie było, za to jak już się zaczęły, to na całego i bez alertów. W ciągu ostatniej doby przeszły tutaj cztery burze, a pomiędzy nimi też co jakiś czas grzmi. O siódmej rano ze snu wyrwał mnie grzmot tak potężny, że w pierwszej chwili nie wiedziałam, co się wyprawia.

Do tej pory udawało nam się wracać z wyjść w góry w suchych ubraniach, większe deszcze jakoś się z nami mijały. Dopiero dzisiaj, na naszym ostatnim spacerze podczas tego wyjazdu, zmokliśmy na całego. Burza zaskoczyła nas w Dolinie Białego. Zanim wróciliśmy do samochodu, zdążyliśmy zmoknąć, wyschnąć i jeszcze raz zmoknąć. W ruch poszły kurtki i moja niebieska peleryna, a górskie buty przeszły prawdziwy chrzest bojowy. Choć lało jak z cebra, ani trochę wody nie dostało się do moich stóp! W zamian wracałam z mokrym tyłkiem - myślałam, że oszukam system, siadając na kurtce, a woda i tak jakimś sposobem przedostała się przez moje spodnie i majtki.

Zanim zaczęło się rendez-vous z burzą, zdążyłam zrobić kilka zdjęć w Dolinie Białego. Tamtejszy szlak jest bardzo prosty i malowniczy, w sam raz na krótkie pożegnanie z górami. Szum potoku towarzyszył nam przez całą drogę. Pomijając strugi deszczu, zapamiętam stamtąd nieduży wodospad, grzyby rosnące na pniach i białego motyla z uszkodzonym skrzydłem, który pozwolił mi wziąć się na rękę. Myślę, że motylkowi nie zostało wiele godzin życia, zwłaszcza w takim deszczu, bo nie potrafił latać. Zrobiłam mu zdjęcia na pamiątkę... no i mam nadzieję, że jego życie w parku narodowym było tak piękne, jak to tylko możliwe.









A teraz... nadszedł czas się pakować. Jak zwykle nie chce mi się wracać, a od Tatr jestem już na amen uzależniona. Wyjazd był cudowny, zwłaszcza jeśli chodzi o bliskie spotkania z naturą. W górach jak zwykle miałam sporo okazji do pokonywania swoich słabości, zdobywania nowych doświadczeń. Był ze mną Szczur. Miałam też szczęście spotkać na swojej drodze kilkoro przemiłych ludzi, w tym panią od zgubionego telefonu i pracowników hotelu, którzy dostosowali niektóre posiłki do naszych diet. Jestem za to wszystko bardzo, bardzo wdzięczna. 
 

poniedziałek, 2 września 2019

[84] Znowu w Tatrach (cz. I)


Rozdział I: Niedzica

Jesteśmy już w górach.

Zakopane powitało nas wieczorem przyjemną, rześką temperaturą, ale w nocy zaczęło padać. Padało dość intensywnie przez większość dnia i chyba aż do teraz nic się nie zmieniło, jeśli dobrze słyszę. Rano było mi naprawdę zimno, w ten nieprzyjemny, przesycony wilgocią sposób, gdy ziąb przenika do kości. Zrezygnowaliśmy z wyjścia w góry i pojechaliśmy do Niedzicy z zamiarem odwiedzenia zamku.

Na miejscu okazało się, że miejsca na najbliższe godziny zostały wykupione, tylu ludzi uderzyło dzisiaj na zamek. Udało nam się jednak cudem załapać na zwiedzanie elektrowni wodnej - cudem, bo po rozmowie telefonicznej Szczura z przewodnikiem mieliśmy siedem minut na dotarcie w miejsce, gdzie czekała już grupa. Myślałam, że padnę od pospiesznego wchodzenia po kilkudziesięciu schodach! Na szczęście daliśmy radę i już chwilę później słuchaliśmy przewodnika, siedząc na generatorze. Ze wszystkich dziwnych miejsc, w których w życiu siedziałam, to było chyba najdziwniejsze.

W elektrowni nie można robić zdjęć, wszystko trzeba zostawić w szatni, włącznie z telefonem komórkowym. Wycieczka bardzo mi się podobała, a to za sprawą wspomnianego już pana przewodnika, który opowiadał z poczuciem humoru i w tak przystępny sposób, że nawet ja rozumiałam prawie wszystko, a w tematach technicznych jestem laikiem. Co nieco nawet zapamiętałam, na przykład, że zapora została zbudowana z ziemi i kamieni, a jej otwarcie miało miejsce podczas wielkiej powodzi w 1997 roku. Szczur oczywiście musiał się powymądrzać, odpowiadając na pytania, na które inni nie znali odpowiedzi. W elektrowni największe wrażenie zrobiła na mnie gigantyczna rura, pod którą przechodziliśmy, oraz mechanizm służący do obsługi tej rury. Właśnie nią przepływa woda. Nigdy przedtem nie widziałam czegoś podobnego.

Z anegdot pana przewodnika: jak myślicie, czym według dzieci jest żelbeton? To beton z żelkami.

Zamek sfotografowałam z daleka, choć to trochę jak lizanie lizaka przez papierek. Chciałabym tam jeszcze wrócić, bo nie jestem usatysfakcjonowana. Trzeba jednak przyznać, że pochmurna pogoda najbardziej służy zamkom. Wyglądają wtedy tak, jak powinny, czyli groźnie.

Mam nadzieję, że pogoda się poprawi i dużo pochodzimy, a wieczorami będę mogła czytać na dworze. Z okna pokoiku Szczura widać Giewont. Ja za oknem mam łąkę, na której całymi dniami pasą się kozy. Są słodkie. Słyszę ich meczenie, a wczoraj przyłapałam je na potyczce na rogi. 






Rozdział II: Dolina Olczyska

Mieliśmy dzisiaj idealne warunki do chodzenia - deszcz nie padał, a jednocześnie niebo było zachmurzone, przez co męczyłam się o połowę mniej.

Na pierwszą wędrówkę wybraliśmy Dolinę Olczyską, jak rok temu, ale dotarliśmy znacznie dalej. Rok temu byłam w stanie dojść tylko w okolice wywierzyska, a tym razem czułam się niezbyt zmęczona, gdy tam dotarliśmy. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie jestem w niezłej formie. Poszliśmy więc dwa razy dalej, do Polany Kopieniec, gdzie ja odpoczęłam sobie trochę dłużej, a Szczur zaliczył jeszcze szczyt Kopieniec.

Też chciałabym ten szczyt zaliczyć, ale wiem, że nie dałabym dzisiaj rady, bo byłam już bardzo zmęczona, a droga na szczyt wiodła po mokrych kamieniach, których się boję. W pierwszej chwili czułam się nie do końca usatysfakcjonowana i wywiązała się taka rozmowa:
- Irytuje mnie ta góra. Czuję się, jakby pokazywała mi brzydki gest.
- E tam. Góry nic brzydkiego nie pokazują, góry są kulturalne.
Gdy zostałam sama, przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że wszystko w swoim czasie. Nie ma co się zmuszać ani porównywać z innymi. Może za rok będę gotowa tam wejść. Tymczasem trzeba patrzeć na to od innej strony: w ciągu dwóch lat zrobiłam w chodzeniu po górach ogromny postęp, jak na osobę z tak dużą niepewnością grawitacyjną. Przez lata byłam przekonana, że to rozrywka nie dla mnie, a tu niespodzianka.

W tym roku Dolinę Olczyską zapamiętam inaczej niż w zeszłym, a to za sprawą pięknych kwiatów, które Szczur nazywa fioletowymi, a ja różowymi. Na podstawie informacji z Internetu wydaje mi się, że to wierzbówka kiprzyca (jeżeli ktoś wie lepiej, proszę mnie poprawić!). Poprzednio byliśmy tam o miesiąc później i kwiatów tych nie zobaczyliśmy. Oczywiście zachwycały mnie też inne szczegóły, a odkąd ćwiczę uważność, widzę ich jeszcze więcej niż przedtem. Ubóstwiam tę dolinę i czuję się tam bardzo szczęśliwa!

Nieustannie jestem też zachwycona i zdumiona tym, jak mili są ludzie spotykani na szlakach. To chyba nigdy nie przestanie mnie dziwić, jak inne są te przypadkowe kontakty od takich, jakie zdarzają się na co dzień. Częściej niż gdziekolwiek indziej nawiązuję rozmowę z obcymi ludźmi, żartujemy, wymieniamy uwagi na temat szlaku. Dostrzegam też wiele przykładów rewelacyjnego podejścia dorosłych do dzieci i ich emocji - nigdy jeszcze nie słyszałam, aby na szlaku ktoś krzyczał na swoje dziecko lub je obrażał.

Mało brakowało, a w Dolinie Olczyskiej zostałaby moja komórka. Po tym, jak Szczur zrobił mi zdjęcie pod drogowskazem, włożyłam telefon do tylnej kieszeni dżinsów. W pewnym momencie drogi po kamieniach uświadomiłam sobie, że telefonu nie ma. Musiał mi wypaść, gdy na jednym odcinku przykucnęłam, obawiając się schodzić po śliskich kamieniach. Na szczęście było to tylko kilkanaście metrów od miejsca, gdzie się wówczas znajdowaliśmy, ale kto wie, co by się z nim stało, gdyby pewna pani schodząca za nami nie znalazła go. Ta dobra Osoba oddała Szczurowi telefon, gdy po niego wrócił. Wolę sobie nie wyobrażać, jak nagłe zgubienie telefonu na samym początku wyjazdu podziałałoby na mnie. Jestem przeszczęśliwa, że akurat taka Osoba szła za nami.  

Był to chyba pierwszy raz w moim życiu, kiedy mogłam powiedzieć, że karma wraca - ja też kiedyś znalazłam telefon i go oddałam. Sytuacja była bardzo podobna, tyle że zdarzyła się na uczelni.

- Może i góry nie pokazują brzydkich rzeczy, ale ewidentnie nie lubią komórek - powiedziałam do Szczura. - Rok temu ty swoją utopiłeś, teraz ja prawie zgubiłam swoją. Myślę, że góry denerwuje, że ludzie używają komórek zamiast skupiać się na przyrodzie.
- A to na pewno - przyznał Szczur.
- Widzę to tak: jakaś driada czy inny chochlik czeka na dogodną okazję, a potem wkłada ukradkiem rękę do kieszeni turystów.

Miejsce, gdzie Szczur rok temu wpadł do strumienia i utopił telefon, też odwiedziliśmy. Kazałam mu tam zrobić głupią minę do zdjęcia.








Rozdział III - Dolina Kościeliska

Trzeciego dnia pobytu w Zakopanem, czyli wczoraj, obudziłam się z obolałymi nogami po wędrówce z dnia poprzedniego. Bolało całkiem całkiem, już nie wstawałam tak żwawo jak dzień wcześniej. 

Szczur proponował, żebyśmy wybrali się na Halę Kondratową, ale ja nie miałam ochoty dwa dni z rzędu iść znanym już szlakiem. Chciałam zobaczyć coś nowego. Udaliśmy się więc do Doliny Kościeliskiej, choć Szczur rozsądnie ostrzegał, że to dłuższy szlak.

Początki nie były łatwe, pomimo że Dolina Kościeliska jest bardzo płaska, nie ma gwałtownych spadków terenu ani nawet wielkich, śliskich kamieni. Jest za to bardzo lubiana przez turystów, zapewne właśnie dlatego, że nie wymaga dobrej kondycji - mnóstwo tam rodzin z małymi dziećmi, nie brakuje też osób niepełnosprawnych ruchowo. Radzą sobie nawet maluszki. Na początkowym odcinku było więc bardzo dużo ludzi, ciągle trzeba było schodzić z drogi przed hałaśliwymi bryczkami, panował spory szum (jak w niektórych restauracjach), dzieci krzyczały, dorośli chichotali. Jeden z fiakrów kłócił się z mężczyzną, który zaprotestował przeciwko biciu konia. Słońce też nieco dawało mi się we znaki. Regularnie się zatrzymywałam robić zdjęcia, żeby odcinać się od nadmiaru bodźców. Zwątpiłam, że dojdę do schroniska, gdy sobie uświadomiłam, że przez ciągłe postoje w ciągu godziny przeszliśmy tylko 1,3 kilometra, mimo tak płaskiego terenu. Tak właśnie działa na mnie nadmiar bodźców, zwłaszcza dźwiękowych.

Później było już tylko lepiej. Gdy minęliśmy postój dla bryczek, zrobiło się chłodniej, ciszej i bardzo, bardzo ładnie. Ze wszystkich stron otaczały nas góry. Skały o fantazyjnych kształtach zachęcały, żeby ich dotykać i siadać na nich. Co pewien czas pojawiał się potok, a z nim widoki i dźwięki, które uwielbiam. Zauważyłam, że Dolina Kościeliska jest bardzo lubiana przez owady, zwłaszcza przez motyle o ciemnych skrzydłach z pomarańczowymi plamkami. W jednym miejscu udało się poobserwować dwa z nich przez dłuższy czas - siedziały na pniu, dotykały go trąbkami i nic sobie nie robiły z wycelowanych w nie obiektywów. Wiem, że te motyle należą do rusałkowatych, ale podobnych gatunków jest kilka (wśród nich także chronione), dlatego zidentyfikuję je później. Innego owada, którego spotkałam, rozpoznał już Marek jako krasankę natrawkę - to ten czarny w czerwone plamy.










W schronisku na Hali Ornak odpoczęliśmy, kupiłam sobie magnesy z niedźwiedziem i pocztówki do wysłania. Niedźwiedź wydaje się być symbolem tego miejsca. Szczura zaatakowała tam alergia i w duchu chciało mi się śmiać, gdy pewna miła pani po dwóch pierwszych kichnięciach powiedziała mu "Na zdrowie", ale on kichnął jeszcze kilkanaście razy. Alergia to jednak nic przyjemnego.

Droga powrotna była już w zasadzie czystą przyjemnością. Nogi dawały się we znaki, ale po piętnastej turystów i bryczek było znacznie mniej. Wiał lekki wietrzyk, chłonęłam ciszę i spokój tego miejsca. Po drodze spotkaliśmy kreta, a właściwie wypatrzyły go dzieci, ja więcej słyszałam niż widziałam. Nie robiłam mu zdjęć, bo dzieciaki narobiły ambarasu i biedak schował się pod liśćmi, nie chciałam go dodatkowo stresować. Dzień wcześniej widziałam już na szlaku kreta, niestety martwego, więc cieszyłam się ze spotkania z żywym.

Wieczorem zjedliśmy pizzę z nocnej pizzerii. Szczur zgodził się zjeść ze mną na dworze i fajnie było tam siedzieć, podczas gdy powoli zaczynało się ściemniać.

Dzisiaj postanowiliśmy się rozdzielić, zgodnie z tym, co ustaliliśmy jeszcze przed wyjazdem. Szczur poszedł na bardziej wymagający kondycyjnie szlak - zdobywać Kopę Kondracką. Duże gryzonie potrzebują od czasu do czasu większego wysiłku fizycznego. Ja natomiast zostałam w hoteliku. O dziwo, mięśnie nóg mnie w ogóle nie bolą, choć Szczur twierdził, że dziś będzie najgorzej. Jestem jednak trochę niewyspana (obudził mnie po szóstej kolejny szczurzy napad kichania - coś go tu w górach uczula), a trochę zmęczona, również mój żołądek potrzebuje spokojniejszego dnia. Od czasu do czasu potrzebuję takiego luźniejszego dnia, bo każdy wyjazd to dla mnie silne emocje związane i z robieniem nowych rzeczy, i z dużą dawką stymulacji w postaci pięknych widoków, i ze zmianą codziennej rutyny. Rozważałam krótki wypad na Krupówki, ale czuję, że potrzebuję pełnego odsapu, a tam jest zwykle dużo ludzi, więc chyba po prostu powłóczę się na razie po najbliższej okolicy. Pooglądam architekturę i przyrodę, może zrobię parę zdjęć. Zjem sobie bez pośpiechu, powypisuję pocztówki, poczytam. Wyciszenie, chill czy jak kto lubi nazywać ten stan.