poniedziałek, 12 października 2020
[106] Pamiętniki sierpniowe
sobota, 3 października 2020
[105] Pamiętniki lipcowe
poniedziałek, 20 lipca 2020
[104] Lockdown oswojony
Dawno, dawno temu przeczytałam gdzieś cytat: "W życiu mogą cię spotkać dwa rodzaje nieszczęścia: kiedy twoje największe marzenie się nie spełni albo kiedy się spełni". (Jeśli Ciocia Wyszukiwarka ma rację, autorem tych słów jest George Bernard Shaw.) Zapamiętałam go mimowolnie, ale nie zawracałam sobie nim zanadto głowy, bo wydał mi się gigantycznym uproszczeniem. W końcu nieszczęśliwych zdarzeń, które mogą spotkać człowieka, jest całe spektrum, a bywają one tak nieprzewidywalne, że większość nie sposób uznać po prostu za przeciwieństwo spełnionego marzenia. Nadal tak uważam, ale tej wiosny chyba zrozumiałam, co autor miał na myśli.
Nie wiem, czy istnieje osoba, która częściej ode mnie fantazjowałaby o niespodziewanej, ale nie związanej ze złym stanem zdrowia ani z bezrobociem, przerwie od pracy. Przypuszczam, że odkąd skończyłam studia, miewam takie myśli co najmniej raz czy dwa razy w tygodniu - i nie ma znaczenia, że swoją obecną pracę naprawdę lubię. Ot, gdyby tak pewnego pięknego dnia obudzić się o piątej trzydzieści i zastać obok łóżka jakiegoś krasnalka, który mi oznajmi, że przez najbliższe dwa tygodnie mogę nie chodzić do pracy... bez najmniejszych dolegliwości zdrowotnych i bez żadnych konsekwencji. Wyłączyć budzik, przewrócić się na drugi bok i ponownie zasnąć z błogą świadomością, że nikogo nie muszę oglądać, a żadne zobowiązanie nie dynda mi nad głową.
Kiedy w połowie marca gruchnęły pierwsze decyzje rządu związane z
pandemią, przez pewien czas czułam się, jakbym śniła na jawie. Moje
najskrytsze fantazje urzeczywistniły się, tyle że w sposób, który jeszcze niedawno nie przyszedłby mi do głowy. I wtedy okazało się,
że... lepiej, by pewne rzeczy jednak pozostawały w sferze marzeń. Miał być sympatyczny krasnalek, a nie umierający ludzie, maseczki i lockdown!
Pod względem psychicznym miewałam wzloty i upadki. Przez pierwszych kilkanaście dni upadków było więcej. Żeby pognębić taką osobę jak ja, wystarczy już, aby z dnia na dzień zachwiała się rutyna, a wszystkie plany na kolejne tygodnie zostały odwołane. Najgorsze było jednak to, że w pierwszych dniach nikt nie potrafił odpowiedzieć mi na najważniejsze pytania: co będzie dalej, na jakich obostrzeniach się zatrzymamy, ile to wszystko potrwa, jak będzie w moim przypadku wyglądać praca zdalna. Nikt nic nie wiedział, a już najmniej mój szef, sam co chwilę zaskakiwany czymś nowym. Im więcej niewiadomych, tym gorzej czuje się osoba ze spektrum. Zamiast robić to, co zwykle chcę robić w wolne dni, początkowo co rano budziłam się z lękiem przed kolejnymi komunikatami, czego jeszcze robić nie mogę. Najbardziej dobiły mnie zakaz wstępu do lasów i niemożność widywania Szczura. Bałam się nie tylko o zdrowie swoje i swoich bliskich, ale też o to, żeby wszechobecne zakazy nie uderzyły w moje pasje. Niektórych może to dziwić, ale dla autysty możliwość realizowania pasji jest podstawą sensu życia. Przez nieustanny napływ informacji o wirusie z tablic znajomych i telewizorów rodziców miałam stany lękowe. Gdy tylko ojciec wchodził rano na piętro i od progu wołał, ile osób poprzedniego dnia zmarło albo co powiedział premier, waliło mi serce, a brzuch bolał.
W pewnym momencie sygnały z ciała uświadomiły mi, że niebezpiecznie zbliżam się do stanu kryzysu psychicznego, w jakim byłam w okresie studiów. Powiedziałam sobie: stop. Choćby dookoła się waliło i paliło, zdrowie psychiczne musi być priorytetem, w przeciwnym razie fizyczne też lada chwila się posypie. Zaczęłam od odcięcia się od mediów w największym możliwym stopniu. Choć początkowo było mi trudno powstrzymać się od ciągłego zaglądania do netu, postanowiłam czytać wiadomości o wirusie tylko dwa razy dziennie i ze sprawdzonych źródeł. Na parę tygodni przestałam obserwować profile znajomych, którzy udostępniali najbardziej katastroficzne posty. Telewizji w ogóle nie oglądałam, a gdy rodzice oglądali wiadomości, wychodziłam do innego pokoju i starałam się czymś zająć.
Stopniowo wypracowałam
sobie nową rutynę dnia. Wstawałam i chodziłam spać późno, zgodnie ze
swoimi potrzebami. Do obiadu zajmowałam się pracą, po południu
starałam się wyjść na dwór, wieczorami ćwiczyłam i spędzałam czas ze
Szczurem na Skype, a przed snem czytałam w samotności. Początkowo
trzymanie się nowych rytuałów służyło głównie temu, żeby zaakceptować
nową rzeczywistość i nie zwariować. Z dnia na dzień zaczęłam jednak
czerpać coraz większą przyjemność z nowego trybu życia. Przyjemność wzrosła
jeszcze, gdy sprawy wpracowe poukładały się. Czułam, że coraz
bardziej rozluźniam się i zaczynam odpoczywać sensorycznie od ciągłego
nadmiaru bodźców, z jakim wiąże się "normalna" codzienność. Zazwyczaj
ledwo zdążam naładować swoje społeczne i sensoryczne baterie, a już
muszę na nowo robić rzeczy, które całkowicie je rozładowują - i tak w
kółko. Nie tracąc kilku godzin dziennie na ładowanie baterii, zyskałam
czas na robienie wielu rzeczy, na które po zwykłym dniu pracy nie mam
energii. Owszem, ukłucia lęku i dołki wciąż się zdarzały, ale
sporadycznie, głównie wtedy, gdy czekałam na kolejne decyzje związane z
pracą. To nie znaczy, że pandemia sama w sobie przestała mnie przerażać, po prostu nauczyłam się maksymalnie wykorzystywać ten czas.
Po lockdownie zrobiłam listę pozytywnych rzeczy, które udało mi się zrobić w tym okresie. Doliczyłam się ich kilkunastu:
Możliwe, że kogoś spośród neurotypowych czytelników będzie interesowało, jak radzę sobie z sensorycznymi minusami pandemii (maski, rękawiczki itp.). Na początku pandemii miałam spore obawy przed noszeniem środków ochrony osobistej, zwłaszcza masek. Mam skłonności do migren i nie toleruję jakiegokolwiek ucisku na skroniach. Nigdy nie byłam w stanie wytrzymać w ciasnej czapce ani w masce karnawałowej na gumce, po kilku minutach pojawiał się ból. Dlatego przerażała mnie myśl, że mogę być zmuszona wszędzie chodzić w masce czy nawet pracować w niej przez kilka godzin. Faktycznie większości maseczek, tych z gumkami zakładanymi na uszy, nie potrafię nosić dłużej niż parę minut. Okazało się jednak, że wystarczy zmienić krój maseczek na zawiązywane z tyłu głowy i nie taki diabeł straszny. Mama uszyła mi takie maseczki wielorazowe. Do samego noszenia maski na twarzy i oddychania w niej przyzwyczajałam się stopniowo, zmuszając się codziennie do krótkiego spaceru z zakrytymi ustami i nosem. Obecnie jestem na tyle przyzwyczajona, że gdy mam na sobie maskę zawiązywaną z tyłu głowy, nie myślę o tym, że ją mam. Jeszcze lepszym wynalazkiem jest przyłbica i jeśli wychodzę na krótko do sklepu, wybieram właśnie ją, ponieważ łatwiej ją później przygotować do kolejnego użycia. Kiedy nie da się uniknąć zasłonięcia twarzy na kilka godzin, będę używać przyłbicy. Jeśli chodzi o rękawiczki, najbardziej odpowiadają mi nitrylowe, a pożądany rozmiar ustaliłam metodą prób i błędów.
Z najbardziej nieprzyjemną konsekwencją pandemii natomiast mam do czynienia dopiero w wakacje, po zniesieniu większości obostrzeń. Lockdown udało mi się oswoić, ale na początku urlopu znowu zbliżyłam się do kryzysu psychicznego, tak jak na początku pandemii. Przywykłam do swojej nowej, domowej rutyny i teraz z kolei trudno mi wejść w tryb życia bardziej zbliżony do normalności. Stresuje mnie robienie różnych rzeczy pierwszy raz od kilku miesięcy, bywanie wśród ludzi, a także większa liczba obowiązków domowych w Norze. Pierwszy raz źle się czułam po przyjeździe do Nory: byłam drażliwa, płaczliwa, kłóciłam się ze Szczurem, znowu pojawiły się stany lękowe i psychosomy. Idzie ku dobremu, ale dziękuję wszystkim bogom, że nie muszę od razu po lockdownie wracać do stacjonarnej pracy.
Ostatnio Szczur kupił sobie koszulkę z napisem "COVID-19 veteran". Podoba mi się ta metafora. Oswojenie lockdownu przypomina wygraną bitwę, jesteśmy teraz lepiej uzbrojeni i bogatsi o doświadczenie, ale końca wojny na razie nie widać.
Właśnie w takich sytuacjach najmocniej odczuwam, jak bezsensowne jest dzielenie autystów na nisko- i wysokofunkcjonujących. Dobrze sobie radzę, dopóki funkcjonuję w dobrze sobie znanym otoczeniu, mam dostęp do swoich pasji i stałe obowiązki w obrębie struktur organizacyjnych, które znam. W sytuacjach nagłych zmian całe to wysokie funkcjonowanie jest o kant tyłka potłuc. Porządek w głowie trzeba robić od nowa.
wtorek, 30 czerwca 2020
[103] Pamiętniki wiosenne (cz. II)
Oprócz gąsienic, które zabrałam do domu, zaobserwowałam też kilka innych ciekawych owadów. Ćmę muszę zidentyfikować. W ogrodzie botanicznym zauważyłam "namiot" pełen maleńkich larw namiotników, ale nie zabrałam ich, bo było ich bardzo dużo, a ćmy bukszpanowe są równie absorbujące pod względem ilości sprzątania.
Ze względu na dużą liczbę zakażonych w okolicy tym razem zrezygnowaliśmy z zamawiania naszej ulubionej pizzy. Zamiast pizzy zrobiłam racuchy, bo jeśli w sobotę wieczorem nie zorganizuję sobie czegoś innego do jedzenia niż w dzień powszedni, specjalnego, to czuję się niezadowolona (i głodna, ponieważ sobotnie obiady mojej mamy są zawsze najmniej sycące...). Na weekend upiekłam też babki "zebry" i (z mamą) wspomniany już chlebek.
A dziś... mam lenia. Po popracowaniu, wypraniu zimowych swetrów i nakarmieniu gąsienic ległam jak długa na łożu. I leżę jak zwierzę.
Jednym z mniej przyjemnych skutków izolacji społecznej jest to, że teraz jeszcze trudniej niż zwykle przychodzi mi telefonowanie, bo odzwyczaiłam się od używania telefonu do rozmów głosowych (rozmawiam tak tylko ze Szczurem i z kumplem). Wczoraj musiałam zadzwonić do koleżanki z pracy, gdyż kilka razy nie odpowiedziała na wiadomości wysłane przez komunikator i potrzebowałam upewnić się, czy je odczytuje. Zanim zadzwoniłam, przez pół godziny chodziłam po domu, zastanawiając się, jak się wysłowić. Zupełnie jakby chodziło o egzamin ustny, a nie o kilka zdań na znany z góry temat.
Parę godzin później zadzwoniła ciocia z prośbą o złożenie dla niej zamówienia przez Internet, a tuż po niej pan z firmy sprzedającej kamizelki dla kotów. Rozmawiając z ciocią, nie czuję stresu, ale przy tej drugiej rozmowie znowu trudniej mi było zebrać myśli, bo się jej nie spodziewałam. Okazało się, że wybrany przeze mnie kolor kamizelki jest obecnie niedostępny. Musiałam zdecydować, który wzór kamizelki wybrać, i kilka razy powiedziałam to samo. Mówiłam też jakieś głupoty o mierzeniu kota, na co pan się roześmiał.
Po tych trzech rozmowach czułam się tak, jakbym aktywnie przepracowała sześć godzin.
Efekt? Idealnie nie jest, gdzieniegdzie trzeba poprawić, ale mama czuje się lepiej, a tata wreszcie poznaje swoją żonę.
1. Ćma z poczwarki znalezionej przez mamę to prawie na pewno rolnica tasiemka.
2. Ćma ze zdjęcia, spotkana ostatnio w lesie, nazywa się skalniak orliczak. Żywi się paprocią.
Skutki tego bólu i lęku odczuwam do teraz, jakoś nie umie moje ciało dojść do siebie. Wczoraj byłam tak wykończona, że czułam się, jakbym przerzucała worki z kamieniami. Nic konstruktywnego nie zrobiłam, bo przez cały dzień miałam migrenę, bolały mnie też ręka i brzuch. Dzisiaj obudziłam się nadal z migreną, tyle że po drugiej stronie. Mimo wszystko trzeba by jakoś zacząć funkcjonować...
Trochę to trwało, zanim doszłam do siebie po wizycie u dentysty i bólu zęba. W piątek czułam jeszcze, że zmuszam się do każdej aktywności, ale udało mi się upiec miodownik i pójść na spacer po okolicy. Na spacerze przygarnęłam namiotniki, a także zaobserwowałam nietypową scenę z życia biedronek: międzygatunkową randkę. Ciekawe, czy będzie z tego potomstwo?
Sobota była najbardziej udanym dniem minionego tygodnia. Już w południe padało, ale wykorzystaliśmy ze Szczurem przerwę w deszczu i wybraliśmy się do lasu na kolejne poszukiwania gąsienic. Na skraju lasu spotkaliśmy malutką jaszczurkę. Później snuliśmy się ścieżkami i przeczesywaliśmy pokrzywy, jednocześnie starając się nie rozdeptać żadnego ślimaka. Niedźwiedziówek nie było nigdzie widać, ale znaleźliśmy ogromną barczatkę dębówkę (niestety, okazała się mieć pasożyty). Ptaki śpiewały jak nakręcone, jakby ktoś na okrągło kręcił korbką pozytywki.
Nadal mam obawy przed zamawianiem pizzy, więc wieczorem znowu pichciłam. Tym razem robiłam domową minipizzę, a Szczur włączył się do pomocy, co bardzo mnie ucieszyło. Wyraźnie odczułam, że przygotowanie pizzy trwa krócej, gdy jest nas dwoje. Najlepsze, że Szczurowi chyba się to podobało. Zrobiłam też pierwszy raz grysikowy krem do miodownika.
Od wczoraj pogoda jest niezbyt przyjemna: ciemno, wilgotno, momentami leje jak z cebra, stawy bolą i chce mi się spać. Ogarnęłam gąsienice i sprawy wpracowe. Więcej dziś od siebie wymagać nie będę.
Nadwrażliwość słuchowa aspich czasem się przydaje. Ostatnio przydała się, gdy w nocy usłyszałam tatę, który źle się czuł. Dzisiaj w nocy, siedząc z laptopem na kolanach, usłyszałam dźwięk przypominający syczenie termosu. Termosu nie było jednak nigdzie widać. Obeszłam dom i okazało się, że mama zapomniała wyłączyć żelazko.
I tak bym je znalazła, bo przed snem obchodzę pokoje i między innymi wyłączam przedłużacz podpięty do tego samego gniazdka, gdzie się prasuje. Ale to kolejny dowód, że jak mówię, że coś dziwnego słyszę, to słyszę i trzeba się tym zainteresować.
Pierwszy raz od tygodnia obudziłam się bez złego samopoczucia. Niestety, w zamian w ciągu dnia pogorszył mi się mocno nastrój, bo znowu miałam nieprzyjemną sytuację z tatą. O szczegółach nie będę jednak pisać, porozmawiałam z kim trzeba i poczułam się troszkę lepiej. Poszłam na spacer, nakarmiłam larwy, poćwiczyłam. Na spacerze zauważyłam kwiaty dzikiej róży, śliczną ćmę na jabłoni i specyficzne mrowisko.
Poza tym wczoraj i dziś robiłam biszkopt z kremem budyniowym i galaretką z owocami. Sam biszkopt jak biszkopt - parę razy używałam już tego przepisu, żeby zrobić ciasto do torcików mamy lub (niezbyt udane) małe biszkopciki. Ale tym razem przygotowywałam także krem według domowej receptury i dekorowałam to ciasto.
Dziś znowu nie znaleźliśmy na pokrzywach ani jednej gąsienicy. W zamian znalazłam kłąb pajączków. Na skraju lasu spotkaliśmy dwie gąsienice: kolejnego miernikowca-gałązkę i kolejną kuprówkę złotnicę. Tymczasem na wierzbach można zobaczyć naraz wszystkie stadia rozwojowe biedronek (na zdjęciach jaja i larwy).
Pandemia dała trochę w kość moim oczom. Praca zdalna, edukacja własna zdalnie, związek przez miesiąc też zdalnie, przyjaciele i znajomi tylko na ekranach... Używanie po kilka godzin dziennie komputerów i telefonu jest męczące, gdy się ma sporą wadę wzroku. Dlatego dzisiejsza wizyta u okulistki bardzo mnie ucieszyła.
Jeszcze bardziej ucieszył mnie werdykt, że mój wzrok nie zmienił się. W dzieciństwie wzrok pogarszał mi się co rok lub co dwa, a teraz to pierwszy raz, gdy nie pogorszył się aż przez trzy lata! Będę jednak mieć drugie okulary z dodatkowymi filtrami, lepiej dostosowane do korzystania z ekranów, do używania zamiennie z obecnymi. Dostałam też jakieś nowe krople i suple.
Przez kilka dni - do niedzieli - miałam niezły nastrój. Zrobiło się cieplej i ręce lepiej się czuły. Wieczorami chodziłam na spacery po liście albo czytałam na leżaku w ogrodzie. W piątek upiekłam babki. W weekend przyjechał Szczur i kolejny raz wybraliśmy się do lasu, gdzie znaleźliśmy siedem niedźwiedziówek (!!!) i dwie kuprówki. Zaobserwowałam też kilka innych owadów. Chodziliśmy po lesie przez trzy godziny, a po powrocie zrobiliśmy domową pizzę. W niedzielę przez moje okolice przetoczyła się pierwsza prawdziwa burza w tym roku. Byłam bardzo szczęśliwa, patrząc w niebo zasnute granatowymi chmurami, słuchając grzmotów i deszczu.
Po burzy znowu zrobiło się wilgotno i od nocy z poniedziałku na niedzielę stawy mają się gorzej. Prawa ręka znów boli mnie tak mocno, że nic nie pomaga. Boli też lewa dłoń, bo używam jej za dwie, no i nastrój siłą rzeczy się pogorszył.
Wczoraj dotarła paczka z kamizelką dla kota. Kamizelka w rozmiarze M Bestii pasuje. Zakładam mu ją codziennie na trochę, żeby się oswoił. Zrobiliśmy też próbę na dworze. Bestia nie najgorzej chodził w ubranku, ale ma na mnie focha, bo chciałby rzucić się w pogoń za ptakiem, a tu nie da się.
Na razie nie potrafię się cieszyć tymi jajeczkami, bo jadę do dentystki. Przed ostatnią wizytą byłam nieco spokojniejsza, ale po niej ząb nie chciał przestać boleć do pierwszej w nocy, więc teraz lęk znowu jest silniejszy. Boli mnie brzuch i mam migrenę.
Rzadko takie ćmy widuję, bo większość tych, które hoduję, żyje tylko kilka dni i nie potrafi jeść.
Zasadziłam w doniczkach zioła, które chcemy ze Szczurem hodować w Norze: oregano, bazylię, pietruszkę i szczypiorek. Byłam u fryzjera i u dentysty, odebrałam okulary, kupiłam kilka rzeczy, miałam pierwsze zebranie online (jaka szkoda, że te "w realu" nie są tak spokojne!). Muszę jeszcze domknąć sprawy w pracy, a w przyszłym tygodniu zajrzeć do biblioteki, odfajkować weterynarza i spakować się tak, żeby niczego ważnego nie zapomnieć. No i pójść na wybory.
W weekend pierwszy raz od wielu miesięcy zwiedziłam zamek, i to zupełnie nowy - zamek Pilcza w Smoleniu. Była to prawdziwa podróż z przygodami, mimo że w samochodzie spędziliśmy więcej czasu niż na zamku. Najpierw szukaliśmy bankomatu, ponieważ okazało się, że żadne z nas nie zabrało drobnych (pandemia zupełnie mnie od tego odzwyczaiła, teraz zwykle nie mam przy sobie drobnych). Kiedy byliśmy na zamku, zaczęło grzmieć. Burza przeszła bokiem, ale w drodze powrotnej, dwie miejscowości dalej, napatoczyliśmy się na drzewo powalone w poprzek drogi. Szukanie objazdu po wsiach zajęło trochę czasu. Wróciłam taka zmęczona, że nie miałam nawet ochoty na pizzę!
Reszta długiego weekendu też była dość intensywna. Pojechaliśmy jeszcze do Najbliższego Lasu i w okolice rezerwatu. W piątek odkryliśmy też ogromną łąkę pełną maków i innych kwiatów - przepiękne miejsce w mojej okolicy, pomiędzy moją miejscowością a sąsiednią. Łąka to mało powiedziane. Rośnie tam prawdziwe morze maków!
Wieczorami porządkuję zdjęcia rodzinne. W mojej najbliższej rodzinie to ja najbardziej się interesuję losami przodków. Kiedy byłam w gimnazjum, zrobiłam drzewo genealogiczne, które sięga prapradziadków. Większość informacji zdobyłam, rozmawiając z przedstawicielami najstarszego pokolenia - babciami, siostrami babć i dalszymi krewnymi. I bardzo dobrze, że to zrobiłam, bo w ciągu ostatnich piętnastu lat wszyscy z pokolenia moich babć odeszli. Po śmierci babci, która bardzo mocno na mnie wpłynęła, przez dłuższy czas nie miałam chęci zajmować się drzewem, a od początku liceum zawsze było coś ważniejszego na głowie. Teraz muszę je uzupełnić o wszystkie narodziny, śluby i zgony, jakie miały miejsce w tym czasie. Zastanawiam się też nad poszerzeniem informacji o te, które da się zdobyć w Urzędach Stanu Cywilnego i w archiwach (kolega mi dokładnie opisał, jak sam z nich korzystał), bo jako dorosła mogę to zrobić sama. W pierwszej kolejności postanowiłam jednak opisać i uporządkować stare zdjęcia.
Od wczoraj mieliśmy trzy burze. Ostatnia zaczęła się około szesnastej. Teraz, dwie godziny później, nadal pada i grzmi.





















