niedziela, 17 lipca 2022

[135] Pamiętniki majowo-czerwcowe

9.05
Kuzyn przywiózł nam Młodego na większość dnia. Strasznie żałuję, że muszę iść do pracy. Takie pocieszne rozmowy lecą od samego rana!
"Tata oglądał za dużo filmów o Godzilli."
"Ostatnio oglądałem film o naturze. Skorpion miał taki kolec jadowy i pararyżował swoje ofiary."
"Wczoraj widzieliśmy prawdziwą kawkę i nawet martwego żuka."
"Ja już tak dużo wiem o tej naturze. Ale jeszcze tak mało wiem."

Młody: Znam już sporo gatunków zwierząt, ale niestety wszystkich nie znam.
Ja: O, jest ich tyle, że nawet naukowcy ciągle nie znają wszystkich.
Młody: Ja znam więcej niż naukowcy.

(po południu)
Po powrocie udało mi się spędzić z Młodym więcej czasu. Opowiedziałam mu między innymi o ludziach z ośrodka rehabilitacji dzikich ptaków, którzy odwiedzają szkoły wraz z podopiecznymi.
Mama: Może do waszego przedszkola też kiedyś przyjadą.
Młody: Nie, na pewno nie.
Ja: A może jednak?
Młody: Nie, nigdy. Do nas do przedszkola przychodzą sami górnicy.

15.05
"Przez całe życie mówiono mi "idź" i "chodź". Dyktują mi, jak mam żyć i jak umrzeć. Mam usługiwać mężczyźnie i być dla niego jak klacz, dawać mu przyjemność, albo muszę się ukryć za grubymi murami i oddać moje ciało zimnemu milczącemu Bogu. Poszłabym nawet w otchłań piekielną, gdybym sama mogła wybrać tę drogę. Wolałabym umrzeć jutro w lesie niż żyć przez sto lat życiem, jakie wybiorą dla mnie inni."
- Katherine Arden, "Słowik i niedźwiedź"
Ubóstwiam tę książkę. ♥️

16.05
Przypadki z życia bibliofila: grafik płakał, jak projektował.
 
 


18.05

W drodze z pracy usłyszałam w radiu, że podobno dzisiaj jest Światowy Dzień Pieczenia. Zabawny zbieg okoliczności, bo akurat wczoraj pierwszy raz od dawna coś upiekłam, a konkretnie babeczki. Część już zniknęła w brzuchach, ale kilka załapało się na fotkę. 
 
 

 
24.05
Za sprawą egzaminu klas ósmych wróciłam dziś wcześniej z pracy i... znowu nabrałam ochoty na ciasto. Chyba po upieczeniu babeczek włączyła mi się nieaktywna od dłuższego czasu zajawka na pieczenie.
 
 


31.05
Dzięki Pięknej dzisiaj bardzo szybko zorientowałam się, że Bestia prysnął na dwór.
Wracałyśmy z krótkiej nocnej przechadzki, gdy Piesa zaczęła mnie ciągnąć w stronę podwórka. Trochę się zdziwiłam, bo nie spodziewałabym się po niej, że tak szybko zechce wracać. Zwykle ma ochotę dojść przynajmniej do końca ulicy. Wchodząc na podwórko, zdziwiłam się jeszcze bardziej, bo ciągnęła w stronę krzaków, jakby zobaczyła ptaka czy inne zwierzę, ale jednocześnie machała ogonem. Poza kilkoma psami z okolicy jedynym zwierzęciem, które wita merdaniem, jest Bestia. Przeszło mi nawet przez myśl, że może jakiś obcy pies wszedł nam do ogrodu, ale wtedy musiałabym go zobaczyć w naszej krótkiej uliczce.
Chwilę później zorientowałam się, że drzwi wejściowe są uchylone. Natychmiast mnie oświeciło, kogo musiała zauważyć (lub wyczuć) Piesa. Sprawdziłam na parterze, później na piętrze - kota faktycznie nigdzie nie było. Ubrałam się drugi raz i poszłam na poszukiwania z latarką, a za mną mama.
Siedział za domem, wyraźnie zdezorientowany. Chyba nie zachwyciła go ta wielka ucieczka aż tak, jak się tego spodziewał. A już na pewno nie oczekiwał temperatury około trzynastu stopni, bo im chłodniej, tym rzadziej chce wychodzić na balkon. Bez większych problemów dał się zagonić do domu.
Czujna ta moja kudłatka!
PS W nagrodę były dodatkowe smaczki. Smaczki z kaczki.

6.06
Dzisiaj coś z kategorii "bogactwo stimów": znajomy nastolatek wyczarował sobie przy ostrzeniu kredek takie sprężynki do zabawy. Wyszło ciekawie, oczywiście miałam zaraz skojarzenia z gąsienicami.




7.06
Od kilku dni jest bardzo duszno, przez co nawał pracy staje się jeszcze bardziej upierdliwy. Dzisiaj nareszcie przyszła ta zapowiadana burza. Siedzę z psem na kolanach, bo Piękna się boi. Trzęsie się (czego ostatnio już nawet w samochodzie nie robiła), oblizuje i ciężko oddycha. Bestia z kolei schował się w szafie i od godziny nie wychodzi.

14.06
Trafił mi się dzisiaj wyjątkowo szczęśliwy dzień. Aż się zastanawiam, jakim bogom dziękować, bo tyle farta naraz rzadko się zdarza.
Do pracy szłam jak na ścięcie, ponieważ dostałam na dziś zastępstwo w klasie, w której najbardziej nie lubię mieć zajęć. W zasadzie to jedyna klasa, gdzie aż tak nie lubię ich mieć, mimo że na co dzień tam nie uczę. Na podstawie rozmów z koleżankami podejrzewam, że każdy nauczyciel choć jedną taką klasę ma. W każdym razie, gdy byłam już na miejscu i zbierałam pomoce na tę nieszczęsną lekcję... zostałam na cito wezwana w ważnej sprawie do dyrekcji, a do owej klasy wysłano kogoś innego. Akurat w takim momencie. Myślałam, że śnię.
W południe miałam już zajęcia, które z kolei bardzo lubię. Wracając z pracy, pomyślałam sobie, że ogródki w okolicy są bardzo ładne, i porobiłam trochę zdjęć telefonem. Zauważyłam też piękne pokrzywy i postanowiłam ściąć je dla rusałek, bo w mojej okolicy trudno o nie poobgryzane liście. Kiedy ścinałam pokrzywy, znalazłam na jednej z nich gąsienicę sadzanki rumienicy.
Ale to nie koniec... Wieczorem na spacerze z Piękną - a było to około dwudziestej pierwszej, bo wcześniej strasznie nie chciało mi się wyjść - napotkałam na samym środku ruchliwej drogi między łąkami barczatkę napójkę! Dokładnie taką jak ostatnim razem! Błyskawicznie się rozejrzałam i zabrałam ją do domu.
Powiem szczerze, że takiego dnia nie miałam bardzo, bardzo dawno... A może, skoro głupi ma szczęście, głupieję na starość?
 
 



18.06
Po dwumiesięcznej przerwie wracamy ze Szczurem do zabawy w escape roomach. Korzystając z długiego weekendu, zebraliśmy większą drużynę i wyruszyliśmy w podróż do starożytnego Egiptu. Musieliśmy tam nieźle kombinować z hieroglifami, papirusami, malowidłami ściennymi i posążkami bogów, ale koniec końców wróciliśmy do współczesnej Polski. A przy okazji spaceru po mieście natknęłam się na podwójną tęczę.


sobota, 9 lipca 2022

[134] Przyjaciółka

Siedzę sobie w Norze na ulubionej sofie, pod ulubioną stojącą lampą, gdzie zawsze zaczynam i kończę dzień z książką, audiobookiem lub podcastem. Szczur od dwóch godzin śpi, ale niedaleko jest ktoś, kto co jakiś czas szuka mnie wzrokiem, a kiedy mnie nie widzi, wstaje i sprawdza, gdzie jestem. Przyjaciółka, która mieszka ze mną już od ponad trzech miesięcy. 
 
Jest bystra, łagodna i wrażliwa. Ma doskonały węch, niezłą pamięć i zdecydowanie lepszą orientację w terenie niż ja. Często myślę sobie, że jest też nad wyraz do mnie podobna, bo wydaje się mieć dwa oblicza. Z jednej strony, potrafi tryskać radością i cieszyć się z małych codziennych przyjemności. Kocha przebywać na dworze i eksplorować nowe miejsca, nawet te na pierwszy rzut oka odrażające, jak tunel pod wiaduktem. Uwielbia jeść. Zatrzymuje się nad każdą drobnostką, która zwróci jej uwagę - zgubionym ptasim piórem, ślimakiem czy intrygującym zapachem. Z drugiej strony, ma swój wewnętrzny świat, w którym jest wiele mroku i lęku. Czasami lęk urasta do takich rozmiarów, że przysłania jej wszystko inne, a jej ciało zamiera w bezruchu. Dopiero uczy się ufać innym. 
 
Moja przyjaciółka ma cztery łapy i jest adoptowana. 
 
W ostatnich latach życia naszej poprzedniej Piesy parę razy zastanawiałam się, czy kiedyś, gdy jej zabraknie, mogłabym adoptować psa ze schroniska. Marzyło mi się, żeby stworzyć prawdziwy, kochający dom psu, którego inni z jakiegoś powodu skreślili, podobnie jak to zrobiłam z kotem Bestią. Po co powoływać do życia kolejną istotę, skoro można dać nowe życie komuś, kto już jest? A jednak po śmierci Piesy długo się wahałam, czy nie kupić rasowego szczenięcia z hodowli. Martwiłam się głównie tym, że mogę nie poradzić sobie ze zwierzęciem po przejściach, zwłaszcza jeśli okaże się agresywne, bo nie mam wystarczającego doświadczenia. Z perspektywy czasu myślę, że to była jedna z najlepszych moich decyzji. 
 
Piękna nie wyglądała na zwierzaka po przejściach, a jednak szybko stało się jasne, że nim jest. Panie z organizacji, z której ją adoptowałam, niewiele wiedziały o jej przeszłości. Właściwie tylko tyle, że przed śmiercią właścicielki żyła na podwórku razem z kilkoma innymi zaniedbanymi psami, a spała w brudnej szopie. Powiedziano mi, że nie miała możliwości przejścia w prawidłowy sposób okresu socjalizacji, więc jest lękliwa i zdystansowana. Jak dokładnie wyglądało jej psie dzieciństwo - nie wiadomo. Myślę, że nie miała wstępu do domu, bo w pełni swobodnie czuje się tylko na dworze. Jestem też zdania, że ktoś Piesę bił lub przynajmniej straszył, ponieważ jej lęki i zachowania są bardzo konkretne i nietrudno sobie je racjonalnie wytłumaczyć. 
 
Piesa ogólnie jest nieufna wobec ludzi, ale znacznie chętniej podchodzi do kobiet i szybciej skraca dystans, kiedy przebywa w ich towarzystwie. Mężczyzn w większości się boi - zachowuje większy dystans, spogląda z przestrachem, a jeśli się zbliżają, wycofuje się z podkulonym ogonem. Zrobiła postępy w kontaktach z tatą i ze Szczurem, lecz jej mowa ciała i zachowanie pokazują, że nie czuje się przy nich bezpiecznie. Boi się długich i cienkich przedmiotów, takich jak laska, packa na muchy czy kij od mopa, oraz niespodziewanych dźwięków (szczególnie odgłosu otwierania i zamykania segregatora). Staje się niespokojna, jeżeli człowiek zaczyna coś robić (np. przekładać przedmioty na stole, otwierać szuflady, szeleścić kartkami) blisko niej, ale poza zasięgiem jej wzroku - za nią lub nad nią. 
 
Kiedy zastanawiam się, co było dla mnie najtrudniejsze w pierwszych tygodniach życia z Piesą, przychodzi mi do głowy odpowiedź raczej nietypowa. Mianowicie... przechodzenie przez drzwi. Piękna bała się, gdy szłam za nią, i nie chciała jako pierwsza wychodzić na dwór ani przechodzić do innego pomieszczenia. Jeżeli z kolei ja przeszłam przez drzwi przed nią, często wycofywała się albo zastygała w miejscu. Możliwe, że ta sytuacja kojarzyła jej się z byciem zamykaną w szopie lub w kojcu. Za każdym razem musiałam otwierać drzwi na oścież, stawać obok nich i czekać cierpliwie, aż wyjdzie pierwsza. Czasami wydawało mi się, że stoję tak przez całe wieki. Stopniowo zaczęła jednak wychodzić także za mną, a ostatnio coraz częściej idzie przede mną. Ciągle trzeba uważać, żeby nie zamykać za Piękną drzwi zbyt szybko lub nie trzasnąć nimi, bo wtedy uruchamia jej się odruch ucieczki, może błyskawicznie zawrócić i wpaść na nie. 
 
Owszem, pracy z Piękną wciąż jest mnóstwo, mimo że przez trzy miesiące odsuwałam różne inne sprawy na drugi plan, żeby skoncentrować się na niej. Tak naprawdę nie wiadomo, czy ta praca kiedyś się skończy - może suczka nigdy nie przestanie być lękliwa i niepewna siebie. I wiecie co? Stwierdziłam, że nie przeszkadza mi to. Już teraz między nami jest naprawdę fajna więź, a przecież dopiero zaczynamy życie razem. Poza tym Piesa zrobiła w ciągu tych trzech miesięcy niesamowite postępy. Kilka szczególnie ważnych spisałam, żeby ten okres podsumować. 
 
- Piesa początkowo lubiła tylko mizianie w okolicach głowy, bała się dotykania tułowia, łap. Pod wpływem dotyku wzdrygała się. Teraz pozwala mi się głaskać wszędzie, a jeśli ma ochotę na dużo pieszczot, kładzie się na plecach lub na boku z zadowoloną miną. Pozwala mi na wszystkie czynności pielęgnacyjne (czesanie, wycieranie łap, wyjmowanie kleszcza itp.). 
- Obie bardzo dużo nauczyłyśmy się, jeśli chodzi o wzajemną komunikację. Mowa ciała Pięknej jest dla mnie drogowskazem i myślę, że to dzięki uważności na nią zdobyłam zaufanie suni. Piękna reaguje na sporo słów, m.in. "chodź", "hop", "smaczek", "fuj", "siad", "czekaj", "mięsko", "spacerek", "na dwór", "do domu", "łapka", "omiń". Niektóre z tych słów łączę z gestem, bo chcę, żeby zawczasu znała też gesty na wypadek utraty słuchu w starszym wieku (spotkało to naszą poprzednią Piesę i przysporzyło nam wiele trudności). 
- Traktuje dom z ogrodem jako swój teren. Szczeka, gdy przychodzą goście lub za ogrodzeniem pojawia się obcy pies. Przed adopcją podobno wcale nie szczekała. 
- Przyjaźnie wita niektóre osoby z mojej rodziny i z najbliższego otoczenia: ciocię, Szczura, sąsiadki, starszego pana z sąsiedniej ulicy, zaprzyjaźnioną rodzinę uchodźców z Ukrainy. Przywykła do obecności małych dzieci. Czasem, zwabiona głosem gościa, wychodzi na balkon i już tam merda ogonem. Są jednak tacy bywalcy naszego domu, których wita warczeniem (stryjenka, młodszy kuzyn). Trudno powiedzieć, od czego to zależy. 
- Akceptuje kota, a nawet zaryzykowałabym stwierdzenie, że go lubi. Rano merda ogonem na jego widok i podchodzi, żeby się wzajemnie obwąchać. W pierwszych tygodniach niepokoiła się, gdy Bestia skakał po meblach i parapetach, ale teraz wydaje się tego nie zauważać. Zdecydowanie traktuje go inaczej niż pozostałe koty. 
- Wobec nowo poznanych psów w większości jest lękliwa, ale po paru miesiącach ma kilkoro kolegów i koleżanek w okolicy. Ma nawet sympatię - kundelka podobnych rozmiarów, którego wyjątkowo sobie upodobała. Zresztą z wzajemnością. 
- Piękna na razie niezbyt rozumie, do czego służą typowe psie zabawki. Jej ulubioną zabawką jest natomiast mata węchowa. Potrafi odnaleźć nawet najgłębiej schowane smaczki. Zamierzam więc próbować z nią innych zabaw rozwijających węch. 
- Nauczyła się załatwiać w ogrodzie, chociaż woli to robić na spacerze, jeśli ma taką możliwość. (Wydaje się przy tym bardzo zadowolona, że ludzie zbierają jej kupy niczym cenne trofea...). 
- Spacery z Piesą są bardzo przyjemne. Przez większość czasu chodzi na luźnej smyczy, nie ciągnie, chyba że coś ją szczególnie zaciekawi albo chce wracać do domu. Na wsi oswoiła się z różnymi pojazdami i już nie kuli się na widok ciężarówki czy autobusu.
- Jeździ z nami samochodem i sama z niego wysiada. Wiem, że nie lubi samochodu, i nie dziwię się jej, bo ma chorobę lokomocyjną i zdarza jej się zwymiotować. Mimo to jest spokojna, a podczas jazdy zachowuje się wzorowo. Nauczyła się też podróżować sama na tylnych siedzeniach (oczywiście przypięta pasem bezpieczeństwa dla psów). 
- Chętnie leży ze mną na kanapie. Trzeba ją tylko tam posadzić, bo nigdy nie skacze, pomijając przeskakiwanie naturalnych przeszkód na spacerach.
 
 

 
Jeśli chodzi o ważne wydarzenia w życiu Piesy, w maju rzadko zapuszczałyśmy się poza najbliższą okolicę, bo Piękna przez większość miesiąca miała cieczkę. Pani wetka powiedziała, że mogła to być jej pierwsza ruja w ogóle i że z kastracją trzeba jeszcze trochę poczekać. Podczas cieczki hormony mocno dawały się suni we znaki. Musiałam skrócić wspólne spacery do niezbędnego minimum, bo trudno mi było panować nad jej zachowaniem. Bardzo ciągnęła na smyczy i narzucała się prawie każdemu psu, którego zobaczyła przez ogrodzenie. Wiek, rozmiary, wygląd, a nawet płeć zupełnie nie grały roli. Umizgiwała się nawet do suczki rasy chihuahua, z którą normalnie jest w niezbyt przyjaznych stosunkach. Na łąki prawie w ogóle nie chodziłyśmy, żeby nie spotkać żadnego włóczącego się samopas samca. 
 
Dopiero po trzech miesiącach od adopcji, a dokładnie pierwszego dnia urlopu, odważyłam się wykąpać Piękną. Wcześniej nie chciałam dokładać jej stresu, zwłaszcza że zdążyłam zauważyć, iż nie przepada za wodą - niechętnie wychodzi na deszcz, a kałuże zawsze omija lub przeskakuje. Myślę, że dobrze zrobiłam, bo i tak nie było łatwo. Piesa broniła się, jak tylko mogła, przed włożeniem jej do kabiny prysznicowej. Raz prawie mnie przewróciła, wyskakując z impetem. W końcu zrobiłam coś, czego zupełnie nie planowałam: weszłam do kabiny razem z psem i wykąpałam go, będąc w środku. Starałam się być jak najbardziej delikatna, ale Piękna mimo wszystko przyciskała się z całych sił do moich nóg i drżała. Na szczęście po kąpieli szybko doszła do siebie. Ledwie znalazła się na dworze, zaczęła merdać ogonem i tarzać się w trawie. W tym czasie ja padłam wykończona na leżak, żeby słońce osuszyło choć trochę moje przemoczone ubrania. 
 
W poniedziałek wieczorem przyjechaliśmy we trójkę do Nory: Szczur, Piękna i ja. Można powiedzieć, że dla Piesy zaczyna się kolejny etap poznawania świata: nauka funkcjonowania w mieście. My tymczasem musimy jej to w największym możliwym stopniu ułatwić i nauczyć się żyć we troje pod jednym dachem. Śmieszna sprawa, że we trójkę jeszcze nigdy w Norze nie mieszkaliśmy, choć w kilkadziesiąt czy kilkaset - nieraz... 
 

niedziela, 12 czerwca 2022

[133] Pamiętniki marcowo-kwietniowe

 
1.03
Zawieźliśmy z rodzicami do siedziby OSP artykuły na zbiórkę dla Ukraińców. Na razie kupiliśmy głównie środki higieniczne, konserwy, gerberki. Nie piszę o tym, żeby się bezsensownie chwalić czy coś, tylko żeby zachęcić Was do pomocy. Jeśli macie możliwość dołączenia do jakiejś akcji pomocowej, warto z niej skorzystać. Każda pomoc się liczy. W OSP widziałam torby małe i duże, produkty dla ludzi i dla zwierząt.
Syn sołtysa i jego przyjaciele ze straży pożarnej wszystko sortują, pakując do pudeł. W samej tylko naszej gminie powstało dziesięć punktów, gdzie można przynosić rzeczy. Gmina przygotowuje się też na przyjęcie kilkunastu uchodźców.




9.03
Tak jak się spodziewałam, powrót do pracy pomógł mi się odnaleźć. Prawie wszyscy wrócili z urlopu zdrowi, więc mogę bez przeszkód zajmować się swoimi obowiązkami, a wśród nich nie brakuje wyciszających czynności. 
Poprzedni weekend spędziłam po domowemu i byłam z tego zadowolona. Zajęłam się różnymi przyziemnymi sprawami: płaceniem rachunków, robieniem zakupów dla cioci, kompletowaniem prania... Spałam do oporu i obejrzałam dwa filmy - jeden poważny, a drugi romantyczny i niezbyt sensowny. W tym czasie Szczur pojechał do swoich rodziców, którzy przygotowywali się do przyjęcia uchodźców.
W niedzielę odwiedziłam z rodzicami ciocię i kuzynkę. Miałam pewne wątpliwości, czy powinnam pojechać, bo ciocia należy do osób o bardziej katastroficznym podejściu do życia, a w obecnej sytuacji rozmowy w takim tonie niekorzystnie działają na moją psychikę. Chęć zobaczenia rodziny jednak wzięła górę. I cieszę się, że pojechałam - razem było nam wszystkim raźniej. Zjedliśmy minipizze, które przygotowałam z mamą dzień wcześniej, kluski cioci i przekąski z ciasta francuskiego z jabłkiem. Bardzo lubię takie spotkania w gronie rodziny lub przyjaciół, gdzie każdy przynosi coś innego do jedzenia. 😊 Siłą rzeczy nie umiałam jednak nie myśleć o ludziach, którzy są teraz głodni, spragnieni, zmarznięci i pozbawieni swoich bliskich.
W związku z tym, że u rodziny Szczura zamieszkali uchodźcy, postanowiłam zrezygnować na pewien czas z bardziej ogólnych działań charytatywnych i skoncentrować się na tej konkretnej rodzinie. Potrzeb na pewno będzie sporo, jako że rodzina jest liczna, a dzieci w różnym wieku. Na razie nie zobaczę ich osobiście, ale spróbuję skoordynować pomoc w swoim otoczeniu. Kilka koleżanek z pracy zadeklarowało, że chcą podarować dzieciom zabawki, wyprawkę szkolną, a nawet wózek. Rodzice zastanawiają się, kogo jeszcze spośród krewnych i znajomych można by zaangażować.
Choć Dzień Kobiet jest mi raczej obojętny, w tym roku całkiem niechcący zafundowałam sobie specyficzny prezent: wizytę u dentystki. Długo nie umiałam tam dotrzeć, bo po przejściu 👑 przez dwa miesiące non stop borykałam się z uciążliwymi aftami. W międzyczasie nadkruszony kieł zaczął pobolewać mnie w różnych sytuacjach. Miałam świadomość, że czeka mnie leczenie kanałowe, a czas ucieka. Gdy tylko afty nie pojawiły się przez tydzień, skorzystałam z wizyty umówionej przez mamę. Padło na ósmego marca. Całe szczęście, że odważyłam się pójść jak najszybciej, ponieważ ząb był już w nieciekawym stanie i za miesiąc mogłoby być tylko gorzej. 
Ułożyłam drugie walentynkowe puzzle od Szczura, z rusałką. Ten zestaw był znacznie łatwiejszy: o połowę mniej elementów, bardziej zróżnicowane kolory. Bestia podwędził mi jeden element, ale znalazłam go pod szafą.


 
 
20.03
Od niedawna mieszka ze mną prześliczna Piesa.
Jeszcze dwa tygodnie temu całkiem poważnie myślałam o rasowym psie z pobliskiej hodowli, ale jednocześnie przez cały czas śledziłam strony o kundelkach do adopcji. We wtorek odwiedziłam fanpage pewnej organizacji i... wsiąkłam. Moje serce podbiła nieduża, podpalana suczka. Choć długo nie umiałam zebrać się do telefonowania do hodowli, do opiekunów Piesy zadzwoniłam zaraz następnego dnia. Była dostępna do adopcji. Zapytałam Szczura, co o tym myśli. Szczur powiedział: "To co, w sobotę jedziemy?".
Podróż w obie strony zajęła nam większość dnia. Na miejscu poszliśmy na zapoznawczy spacer z opiekunkami psów, Piesą i innymi podopiecznymi do adopcji. Popytałam o różne sprawy, opowiedzieliśmy paniom o naszych dotychczasowych zwierzakach, podpisałam umowę adopcyjną. Później nadszedł czas zapakować się do auta. Obawiałam się, jak będzie się jechało samochodem z obcym nam jeszcze psem, ale sunia zachowywała się bardzo spokojnie. Nawet się nie zsiusiała i tylko raz, niedługo po wjeździe na autostradę, puściła ogromnego pawia. Szczur nie posiadał się ze zdziwienia, jak zmieściło się w niej tyle jedzenia. Myślę, że za dużo zjadła przed podróżą - kto wie, czy nie podjadała swojej mamie.
Sunia ma około roku i większość swojego życia spędziła jako pies podwórkowy, razem z czterema innymi psami. Mieszkała w brudnej szopie. Pod opiekę stowarzyszenia trafiła po śmierci właścicielki. Została zaszczepiona i odrobaczona, dostała książeczkę zdrowia. Od lutego mieszkała w czystym, przestronnym kojcu razem ze swoją mamą, wychodziły na wspólne spacery na długich smyczach.
Po przyjeździe na Śląsk Piesa była przerażona. Głównie leżała na podłodze pod stołem, bo nie chciała nawet wejść na kocyk. Wodziła za nami wzrokiem z przestrachem i zastygała w bezruchu, gdy ktoś do niej podchodził. Daliśmy jej jeść, pić, delikatnie nawiązywaliśmy kontakt. Rozłożyłam kocyk, który sunia dostała od opiekunek, pod stołem. Przed snem dwa razy wyprowadziłam ją na smyczy do ogrodu, żeby się załatwiła. Ewidentnie była wyczerpana dniem pełnym emocji. Całą noc spokojnie przespała i dopiero o dziewiątej rano ponownie wyszła na dwór.
Dzisiejszy dzień upłynął mi w większości na zapoznawaniu Piesy z najbliższym otoczeniem. Zwiedzała pokoje na piętrze, zaczęła na nasz widok merdać ogonem i nieśmiało podchodzić. Wychodziliśmy do ogrodu na przedłużonej smyczy, a w południe pozwoliliśmy jej pobiegać bez smyczy, oczywiście pod stałą kontrolą. Suczka najlepiej czuje się na dworze - zaczyna tam tryskać energią, obwąchuje wszystkie kąty, znaczy teren. Odważnie startuje do ptaków, które pod nieobecność psa rozzuchwaliły się. Nawet zaczęła szczekać i obszczekała psią sąsiadkę zza płotu Sabę.
Prawdopodobnie zmienimy suni imię, ponieważ jest średnio komfortowe do wołania, a ona i tak nie reaguje na nie. Myślałam nad imieniem Tehru, po bohaterce "Tehanu", ale suczka najlepiej zareagowała na prostsze imię zakończone na "a" i może tak już zostanie. Wpadłam na pomysł, że na blogu dla zachowania prywatności będę ją nazywać Piękna, ponieważ to świetnie pasuje do Bestii.
Bestię i Piękną zapoznaję na zasadach socjalizacji z izolacją. Wczoraj zaniosłam kotu kocyk do powąchania, dzisiaj pozwalam im obu chodzić po domu i mieszać swoje zapachy, ale bez otwartej konfrontacji. Bestia widział suczkę z szafy, ona jego nie. On również się boi, kilka godzin spędził na szafie jak w każdej nowej sytuacji, jednak nie jest źle. Je, pije, załatwia się, pozwala się dotykać bez agresji. Kładzie się w ulubionych miejscach i tam odpręża się.
W najbliższym czasie czeka mnie sporo pracy ze zwierzakami. Piękną trzeba oswoić z wieloma rzeczami związanymi z mieszkaniem w domu, nauczyć ją zasad życia razem i podstawowych komend. Pięknie utrzymuje czystość i za jakiś czas na pewno będzie wychodziła na dwór sama, ale póki co trzeba ją kilka razy wyprowadzać na smyczy, bo spuszczona nie chce wracać do domu i bawi się w berka. Na razie bardzo boi się schodów na piętro. Przez to, że żyła w stadzie, ma dużo lepszy kontakt z innymi psami niż nasza poprzednia Piesa i widać, że tego potrzebuje. Czeka nas kąpiel i wizyta u weterynarza, a za pewien czas także sterylizacja. Trzeba też spędzać dużo czasu z Bestią, żeby nie czuł się odstawiony na drugi tor.
Wiosna zapowiada się bardzo obfita w pierwsze razy i nowe doświadczenia.

22.03
Piękna coraz odważniej eksploruje ogród. Zajrzała nawet do szopy, gdy weszłam tam skontrolować owady. Dzisiaj nie musiałam już wynosić jej na dwór ani wnosić do domu na rękach, bo wychodziła i wchodziła z własnej woli. Chyba zrozumiała, że nie musi unikać powrotu do domu, skoro za parę godzin znowu znajdzie się na dworze.
Oboje z Bestią są na tyle spokojni, że dzisiaj otworzyłam już drzwi do mojego pokoju, tak że mogli się widzieć. Piesa przyszła do dużego pokoju, gdzie kot leżał na kanapie, i przez chwilę patrzyli na siebie. Piękna cicho zawarczała, ale po delikatnym upomnieniu wycofała się na swój kocyk. Felek na chwilę wstał, jednak nie wskoczył na szafę. Po wyjściu psa ponownie się położył w ulubionym miejscu. Dostał solidną porcję pieszczot. Drzwi pozostały już otwarte, każde odpoczywało w innym pokoju.
Zaczynamy uczyć się imienia, przychodzenia na zawołanie, zakładania obroży i smyczy bez lęku, znaczenia słów "spacerek" i "do domu".
Piękna rozluźniła się na tyle, że zaczyna się bawić. Znalazła w ogrodzie orzech, a w domu jakiś zakurzony kasztan. Pod moją nieobecność wygrzebała też skądś kocie piłeczki. Zauważyłam, że bardzo lubi, gdy jej rzucać różne przedmioty - czasem je przynosi, a czasem podchodzi mi pokazać, ale nie ma ochoty oddać. 😜 Jej mina mówi "Zobacz, co tu mam! Nie dam!" Musimy koniecznie kupić zabawki.

25.03
Piesa nieźle zaadaptowała się do warunków panujących w domu i naszego rytmu dnia. Rano, gdy tylko wstanę do pracy, słyszę za sobą dreptanie łapek. W ciągu dnia chodzi za mną z pokoju do pokoju, a kiedy znikam na dłużej, przechadza się po pomieszczeniach i szuka mnie. Pod moją nieobecność psoci: szuka skarbów, zanosi na swoje legowisko ścierki lub poduszkę, wyrwała oczy misiowi. Entuzjastycznie reaguje na mój powrót z pracy i na każde wyjście na dwór. Nie pozwoliła mi jeszcze wziąć się na kolana, ale jest w stosunku do mnie coraz śmielsza. Trąca mnie nosem albo łapką, gdy chce zwrócić na siebie uwagę. Dopomina się o pieszczoty. Otwiera się też na moją mamę, z kolei do taty zachowuje największy dystans.
W tym tygodniu tylko raz kończyłam pracę w południe, więc ten dzień przeznaczyłam głównie na zajmowanie się zwierzakami. Pilnowałam Pięknej i Bestii, którzy obserwowali siebie nawzajem, nagradzając ich pieszczotami za zachowanie spokoju. Na spacerze zahaczyłam o podwórko sąsiadki, żeby Piesa poznała nową osobę. Zamiast noszenia zachęcałam ją do używania schodów. Sporo czasu spędziłam, czekając na górze i na dole, ale było warto. Po południu Piesa pierwszy raz zeszła sama z podestu na parter. Gdy tylko się przełamała, dalej poszło z górki. Wieczorem próbowała już sama wchodzić na piętro, a następnego dnia lęk przed schodami jakby zniknął. Tym samym skończyło się ciągłe dźwiganie psa.
Wczoraj byłyśmy u pani weterynarz. Stresowałam się tą wizytą, a konkretnie tym, jak zachowa się Piękna, ale było dużo spokojniej niż się spodziewałam. Oczywiście bała się - drżała w samochodzie, zastygała w bezruchu w gabinecie. Zachowywała się jednak bez zarzutu. Z zaciekawieniem obwąchiwała trawniki i chodniki dookoła gabinetu, a doberman stojący w kolejce nie zrobił na niej wielkiego wrażenia. Wetka obejrzała Piękną i potwierdziła, że jest ona młodym psiakiem. Ma aktualne szczepienia, więc może śmiało chodzić na prawdziwe spacery. Ustaliliśmy grafik odrobaczania psa i kota, poradziłam się we wszystkich nurtujących mnie sprawach: żywienia, dbania o zęby, kastracji. Wetka założyła czip i obcięła Pięknej pazury. Wiedziałam, że sunia ma wilczy pazur, ale okazało się, że na jej tylnych łapach są aż trzy dodatkowe pazury. To dopiero kobieta z pazurem!
Dzisiaj najbardziej ucieszyło mnie, że Piesa zaczyna sygnalizować, co chce robić. Przez pierwszych parę dni chowała się pod stołem na posłaniu. Przed każdym wyjściem na dwór musiałam wyciągać ją stamtąd, znosić na parter i stawiać na nogi, żeby założyć jej szelki, bo momentalnie kładła się i okazywała lęk. Teraz to już inny psiak. Trąca mnie nosem, łapką, żeby ją pomiziać. Gdy ma ochotę na spacer, staje się pobudzona i próbuje zwrócić na siebie uwagę domowników. Merda ogonem na widok szelek i smyczy w mojej ręce. A na dworze... na dworze ustawia się pod bramą, kiedy chce iść "na dwójkę" na pole sąsiadów (jakoś wybitnie sobie upodobała to miejsce), a pod drzwiami, gdy chce wracać do domu. Nie żałuję, że ją adoptowałam, o nie! Czasami mam wrażenie, że z dnia na dzień kocham ją coraz bardziej.

26.03
Przyjechał Szczur i razem zabraliśmy Piesę na pierwszy prawdziwy spacer po parku. Wszystko ją tam ciekawiło. Niuchała, obserwowała i wyrywała przed siebie, aż trudno jej było zrobić ostre zdjęcie.

2.04
To już dwa tygodnie, odkąd mieszka ze mną Piękna Piesa. Jak to zleciało! W domu najchętniej spędza czas na swoim kocyku pod stołem, a na zewnątrz dostaje powera i widuję ją głównie od strony ogona. Odkąd spadł śnieg, wychodzi na dwór jeszcze bardziej rozochocona - na spacerach podskakuje niczym źrebak. Dziś po obiedzie dodatkowo wytarzała się w śniegu.
Piękna dała się poznać jako radosny, towarzyski psiak, pełny "ukrytej" energii, choć lękliwy i zdystansowany wobec ludzi. Mnie ufa najbardziej, coraz częściej trąca mnie nosem i pozwala mi na pieszczoty na leżąco, ale do taty i Szczura jeszcze się nie przekonała. Nie boi się nagłych odgłosów, za to gwałtowne ruchy ludzi sprawiają, że nie czuje się bezpiecznie. Nadal pozostaje też zwierzakiem podłogowym, nawet nie próbuje wskakiwać na fotele czy kanapę. Niektórzy oduczają psy wchodzenia na łóżko, a ja się śmieję, że będę musiała ją tego nauczyć. Tak czy siak, robi postępy. Oswoiła się już z kocim współlokatorem, schodami i odkurzaczem, poznała najbliższe ulice, dwa razy pojechała samochodem Szczura na krótkie wycieczki. Od zabawek dedykowanych psom woli ścierki oraz skarby znajdowane samodzielnie na spacerach. W poniedziałek wygrzebała skądś czaszkę, chyba ptasią, i oddała mi ją bardzo niechętnie. Wieczorem, być może w akcie zemsty, ukradła mi z talerza kromkę chleba.
Fizycznie i psychicznie czuję się nieźle, w pracy mam drobną niekorzystną zmianę w planie, ale - odpukać! - jest stabilnie. Kiedy mam czas wolny i nie zajmuję się Piękną ani nie odsypiam po pracy, najczęściej czytam sagę "Uśmiech losu" albo oglądam filmy na platformach streamingowych. (No i czasem odkurzam, bo Piesa bardzo linieje). Chcę jeszcze kilka filmów obejrzeć, nim zrobi się cieplej, ponieważ już czuję, że zimowa zajawka na filmy powoli dobiega końca. W poniedziałek na spacerze zobaczyłam pierwszego w tym roku bażanta. W ogrodzie zakwitły szafirki, które dostałam kiedyś od babci Świetlika, obecnie jednak śnieg wszystko przykrył. Od dwóch dni pada prawie bez przerwy. Tak jak przewidywałam w święta Bożego Narodzenia i w ferie, zimie znowu się coś pomerdało w okolicach Wielkanocy.
W czwartek wybrałam się do okulistki, bo ostatnio nagminnie szczypią mnie oczy, zwłaszcza po przebudzeniu. Dostałam krople i maść, a przy okazji okulistka zbadała mi wzrok. Bardzo mnie ucieszyło, że moja wada nadal się nie powiększyła. Ponieważ jest duża, okulary dla mnie kosztują około tysiąca złotych i trudno mi dobrać wygodne, a jednocześnie nie szpecące oprawki. Gdy byłam dzieckiem, wada z roku na rok leciała na łeb, na szyję. Od pięciu lat jest stabilna i oby tak zostało jak najdłużej. 
Weekend spędzam po domowemu, śpiąc do późna, robiąc drobne porządki i zajmując się zainteresowaniami. W taką pogodę niechętnie wyściubiam nos na zewnątrz. Całe szczęście do poniedziałku nie muszę wybierać się do pracy.

6.04
Jestem bardzo dumna z moich zwierzaków.
Wczoraj po powrocie z pracy zapakowałam się do wyra, bo po weekendzie czuję się trochę przeziębiona. Widząc to, Bestia pierwszy raz, odkąd mieszka z nami Piękna, przyszedł do mnie do łóżka, przytulił się i ogrzewał mnie przez dłuższy czas. Nie przeszkadzało mu, że Piesa odpoczywała na swoim legowisku w tym samym pokoju. Ona bacznie obserwowała Bestię, ale nawet nie zawarczała. Po pewnym czasie rozluźniła się i oboje odpoczywali w moim pokoju aż do obiadu.

10.04
Jak myślicie, kto w moim domu najbardziej lubi zmienianie zasłon i firanek?



 
13.04
Kilkanaście dni temu przestałam brać zolpidem i wróciłam do melatoniny. Samo odstawienie leku nie sprawiło mi problemu, ale długo się tym sukcesem nie nacieszyłam. Teraz z kolei biorę za dużo przeciwbólowych, bo nie umiem spać i mam przez to migreny. "Tyle wygrać"... 🤦

15.04
Przez ponad tydzień niewiele pisałam, ponieważ byłam trochę przeziębiona i nic ciekawego się u mnie nie działo. Wiedziałam dokładnie, kiedy się przeziębiłam - w niedzielę bardzo zmarzłam na polu, spacerując z Piękną, która długo nie chciała się załatwić. Nic konkretnego mi nie dolegało poza uczuciem zimna i uciążliwą wydzieliną w gardle, ale czułam się rozbita i popołudniami głównie leżałam. Mama i tata na parę dni przejęli wyprowadzanie psa.
Wczoraj nareszcie wyszłam z Piesą na długi spacer, korzystając z pięknej pogody. Postanowiłam, że w końcu pokażę jej całą trasę, którą nazywam "drogą niedźwiedziówek", mimo że niedźwiedziowki spotykałam tam wiele lat temu, zanim w pobliżu wybudowano autostradę. Piesa tak się cieszyła, że wyrywała do przodu jak szalona. Ja też poczułam się szczęśliwa. Było prawie dwadzieścia stopni, nie potrzebowałam kurtki ani czapki. Pierwszy raz w tym roku zaobserwowałam rusałkę i usłyszałam bażanta. Niestety, zobaczyłam też mnóstwo śmieci, które po stopnieniu śniegu ukazały się w całej swojej wątpliwej krasie na łąkach. Miejscami na poboczu leży tyle potłuczonego szkła, że strach przechodzić tamtędy z psem. Nie zabrakło nawet testu ciążowego...
Ponieważ poczułam się lepiej i stawy póki co mi nie dokuczają, w tym tygodniu zabrałam się ostro za wiosenne porządki. Nie, nie "myję okien dla Jezusa". Okna mamy umyte tylko od wewnątrz i nie przejmuję się tym, a sprzątam dla siebie, żeby nie czuć się depresyjnie, gdy promienie słońca wpadają do domu. Wysprzątałam solidnie korytarz, przedpokój i łazienkę, włącznie z zakamarkami takimi jak tragicznie usyfiony kąt za pralką, gdzie na co dzień się nie zagląda. Na dzisiaj zostały mi duży pokój i globalne odkurzanie, bo Piękna mocno linieje. A później zamierzam po swojemu, spokojnie spędzać święta - w dużej mierze z książkami, ale liczę też na przyjemne wiosenne spacery z podglądaniem, co w przyrodzie piszczy.





18.04
Zgadnijcie, co dzisiaj widziałam?
Sarny. Cztery naraz!
Zabrałam Piękną na spacer w nowe miejsce - na drogę między polami, gdzie jest cicho i tylko sporadycznie można spotkać człowieka. Kilka lat temu po prawej rozciągało się pole rzepaku, ale teraz ktoś coś tam buduje, co od razu obudziło we mnie smutek. Już, już chciałam zawrócić, jednak zmieniłam zdanie i postanowiłam pójść jeszcze trochę dalej. Piesa niuchała jak szalona. Wtem ścieżkę przed nami przecięła sarna, a za nią kolejna... i kolejna... Wytężyłam wzrok na maksa i ostatecznie naliczyłam cztery. Biegły razem, aż zniknęły mi z oczu.

22.04
Tata znalazł w szopie motyla. Pawik prawdopodobnie spędził tam zimę, a teraz się obudził. Tata schwytał go do worka, żeby mi pokazać, a ja przeniosłam go na kwiatek. Był jeszcze słaby, ale pewnie szybko dojdzie do formy.
Kto wie, czy to nie jeden z moich zeszłorocznych pawików, które jesienią wypuszczaliśmy z kuzyńcami w ogrodzie!



 
 
24.04
Nad moją okolicą właśnie przetoczyła się pierwsza burza w tym roku.
A wczoraj... wczoraj wieczorem było pięknie. Podjechaliśmy pod las i poszliśmy na długi spacer we trójkę: Szczur, Piękna i ja. Piesa znowu wyrywała przed siebie jak szalona, trzymając nos przy ziemi. Dotarliśmy do zalewu, gdzie - ku mojemu zdziwieniu - tym razem nie zastaliśmy żadnego wędkarza. Panowała więc cudowna cisza, nie zakłócana muzyką z radia ani rechotem podchmielonych mężczyzn. Akurat zachodziło słońce. Po brzegu spacerowała kaczka, udało nam się też zobaczyć lecącą czaplę, a w drodze powrotnej - nietoperze.





26.04
Brzozy wypuszczają pierwsze liście. Niektóre szybciej, inne opieszale (jak ta ze zdjęcia), ale tak czy siak... pobudka narożnic i brudnic już niedługo.
 
 

 

niedziela, 22 maja 2022

[132] Motyle 2021: Od jajeczka do... jajeczka

 
Niedźwiedziówka nożówka
 
04/20
Niedźwiedziówka wczoraj zakończyła kolejną wylinkę. Jest teraz duża i jeszcze bardziej włochata. Długo jej to zajęło, aż trzy dni.
Ośmielona doświadczeniami z tą gąsienicą, wyjęłam z zimującego w szopie pojemnika dwadzieścia kolejnych. Niektóre reagowały na dotyk zwijaniem się, inne nie. Zobaczymy, ile z tej grupy przeżyło. Na spodzie pojemnika jest bardzo dużo gąsienic w postaci "kłębuszków".  

05/16
Ponad tydzień temu zabrałam z szopy duże pudełko z niedźwiedziówkami, które najwyraźniej wyczuły zmiany w pogodzie, bo zaczęły się budzić.
Obecnie większość moich gąsienic jest takich rozmiarów jak larwy niedźwiedziówek spotykane o tej porze roku w naturze. Rosną szybko, dużo szybciej niż od sierpnia do czasu hibernacji. Niektóre oczywiście są większe niż reszta i te muszę przenieść do terrarium. Wczoraj wypuściliśmy w lesie czterdzieści larw, dzięki czemu troszkę się u mnie przerzedziło.
Gąsienica, która obudziła się w tym roku jako pierwsza, na początku tygodnia przepoczwarczyła się. 🙂
Podliczyłam, że zimę przeżyło dziewięćdziesiąt siedem niedźwiedziówek, a nie przeżyło czterdzieści sześć.
 
 

 
05/23
Obecnie niedźwiedziówki są rozdzielone do dwóch pojemników: terrarium dla największych i plastikowego pudełka dla znacznie mniejszej reszty.
Gąsienice z terrarium powoli wczoraj jadły, bo większość zrzucała skóry. Kilka z nich przyłapałam tuż po wylince, gdy były jeszcze mocno rozczochrane. Dzisiaj już biegają. Dwie, które nie są wcale największe, zrobiły trochę oprzędu na szklanej ściance i siedzą na nim.
O mniejszych niedźwiedziówkach na razie trudno pisać, bo są na różnych etapach rozwoju.
 
 

 
05/30
W ciągu ostatniego tygodnia cztery gąsienice nagle zmarły. Ponieważ nic się nie zmieniło poza tym, że jedna z nich brzydko się załatwiła, doszłam do wniosku, iż to wina sałaty z supermarketu. Choć sałatę jadły przez całą zimę, ostatnia (ze sklepu na S.) musiała im nie podpasować. Odstawiłam sałatę i zaczęłam przynosić mlecze z ogródka, gdzie mam ich całą łączkę.
Większość gąsienic z terrarium (czyli tych wcześniej zabranych z szopy) weszła w ostatni instar. Są bardzo duże, bardzo żarłoczne i oczywiście bardzo kochane. Dzisiaj pierwsza z nich zaczęła robić kokon.
Również dzisiaj wyczyściłam większe terrarium i przyniosłam do niego grupę z plastikowego pojemnika. Są tam niedźwiedziówki zabrane z szopy później, ale i one w tym tygodniu znacznie urosły.
Najwcześniej obudzona niedźwiedziówka nadal jest poczwarką.
 
06/06
W nocy z wczoraj na dzisiaj wyszła z kokonu niedźwiedziówka, która jako pierwsza przebudziła się tej wiosny. Jednocześnie jest to pierwsza w moim życiu ćma tego gatunku wyhodowana od jajeczka. Okazało się, że to chłopak - nieduży, ale bardzo ruchliwy. Wypuściłam go wieczorem w ogrodzie.
W długi weekend dużo i smakowicie karmiłam larwy, żeby jak najbardziej urosły. Dawałam im nie tylko mlecze, ale też pokrzywę, dąb i losowe liście z ogródka.
Dzisiaj dwie gąsienice zrobiły kokony. Niestety musiałam je naruszyć, żeby odciąć je od papierowego ręcznika pełnego odchodów. Jedna z gąsienic, wyraźnie niezadowolona, z powrotem wyszła z kokonu. Mam jednak nadzieję, że przepoczwarczy się bez problemów.  
 
 


06/07
Kolejne dwie gąsienice przygotowują się do przepoczwarczenia, ale w trochę nietypowy sposób. Zamknęły się obydwie w jednym kokonie, tuż obok siebie! Kokon nie wygląda na razie estetycznie, bo gąsienice jeszcze się załatwiają, ale po przepoczwarczeniu otworzę go i przeniosę poczwarki w czyste miejsce.
 
06/08
Kolejna niedźwiedziówka już siedzi w kokonie i szykuje się do przepoczwarczenia. Zostały jeszcze... czterdzieści trzy. Teraz codziennie przynoszę im cały pęk mleczy, tak że po wieczornych porządkach siedzą w małym zielonym gąszczu. Rano zazwyczaj wszystko jest zjedzone.
 
 

 
06/13
Od kilku dni w mniejszym terrarium widać poruszenie - największe gąsienice przygotowują się do przepoczwarczenia. Poczwarek mam już sześć, a pięć kolejnych gąsienic robi kokony.
Chcecie wiedzieć, jak wygląda szczyt lenistwa w wykonaniu niedźwiedziówek? Odpuścić sobie robienie kokonu i zamiast tego zaanektować kokon należący do brata lub siostry. Poczwarkę rodzeństwa wypchnąć prawie na brzeg kokonu. I koniecznie zrobić tam parę kup, bo przecież był zanadto czysty.
Wczoraj miałam śmieszną przygodę z niedźwiedziówką. Po nakarmieniu towarzystwa i posprzątaniu terrariów usłyszałam dziwne, głośne szuranie dobiegające z lewej strony stołu. Dobrą chwilę zajęło mi ustalenie źródła dźwięku: było to opakowanie po pastylkach do ssania. Zajrzałam do środka i zastałam tam radośnie buszującą niedźwiedziówkę. 😃
11 czerwca poszłam na spacer swoją tradycyjną trasą, korzystając z przyjemnej pogody. Na skraju łąki znalazłam gąsienicę niedźwiedziówki, siedzącą na widoku. Zabrałam ją i umieściłam wraz z jedzeniem w osobnym pojemniku. Ta larwa jest średniej wielkości.
 
 


 
06/19
Od kilku dni niedźwiedziówki intensywnie budują kokony. Co ciekawe, również u później wybudzonych i mniejszych gąsienic z większego pojemnika zaczęło się przepoczwarczanie. Zaczęłam więc bardziej intensywnie je karmić, żeby urosły jeszcze na tyle, na ile jest to możliwe.
W mniejszym terrarium zostały tylko trzy naprawdę bycze gąsienice, które dzisiaj już biegają nerwowo dookoła. Przeniosłam je do osobnego pojemnika, ale nie do większego terrarium, żeby w tym szale ciał nie podeptały mniejszych sióstr i braci oraz żeby nie groził im upadek z wysokości.
16 czerwca wyszła z kokonu druga wyhodowana ćma, tym razem samica. Przytrzymałam ją przez dwie doby na wypadek gdyby jakiś samiec poszedł w jej ślady, po czym wypuściłam w ogrodzie.
Wczoraj dotarły siatkowane pojemniki do rozmnażania motyli. Wyglądają czadowo - na funkcjonalne, a do tego łatwe w transportowaniu. W jednym z tych pojemników rozłożyłam na dnie papierowe ręczniki i umieściłam tam wszystkie gotowe na ten moment poczwarki niedźwiedziówek. Wychodzące ćmy będą miały więcej przestrzeni, a jeśli wyjdą naraz samiec i samica, wystawienie pojemnika z siatką na dwór może je skłonić do poznania się bliżej.
Zastanawiałam się nad wysłaniem kilku larw do Tomasza, ale przez cały tydzień było gorąco i nie miałam serca zamykać ich w paczce, a następnie w rozgrzanym paczkomacie.
Gąsienica znaleziona na skraju łąki póki co ma się dobrze. 17 czerwca przyłapałam ją na zrzucaniu skóry. Gdy wydostała się ze starej skóry, usłyszałam głośne "PAC!". Zajrzałam sprawdzić, co się dzieje, i zastałam ją całą nastroszoną.
 
 


 
06/22
U niedźwiedziówek zostało już tylko siedem jedzących gąsienic, w tym jedna znaleziona, którą trzymam osobno. Tylko dzisiaj larwy zrobiły pięć kokonów.
 
 


 
07/02
Tego dnia wyszło z kokonów pięć niedźwiedziówek. Nie pamiętam już dokładnie płci, ale chyba były to trzy samice i dwa samce. Na noc wyniosłam pojemniki do rozmnażania na dwór. 

07/03
Rano zastałam dwa złoża zielonych jajeczek, mniejsze niż zeszłoroczne, ale i tak duże.
Z rozmnażania jestem średnio zadowolona, bo chciałam uniknąć chowu wsobnego. Niestety, zawsze gdy miałam wiosną okazję wybrać się do lasu, padał deszcz, a jedyna znaleziona gąsienica nie przeżyła.
Wypuściłam jednego samca w ogrodzie (szybko wzbił się do góry i usiadł na czubku drzewa iglastego), a resztę towarzystwa na drodze wśród łąk. 
 
 
 

07/05
Dzisiaj wyszły kolejne cztery niedźwiedziówki. Nie wyjmowałam ich jeszcze, ale dwie to pokaźnej wielkości samice.
 
07/07
Wczoraj nie wypuszczałam ciem, więc dzisiaj ze zdziwieniem zastałam w pojemniku do rozmnażania... czternaście. Nie chcąc jeszcze dziś spacerować po efektach ubocznych mojego leku, wypuściłam połowę ciem wieczorem w ogrodzie. Wśród nich były dwie samice i pięć samców. Samce, mniejsze od samic, bywały też inaczej ubarwione - niektóre miały jaśniejsze odcienie brązowego i pomarańczowego na skrzydłach. Wszystkim bardzo się paliło do odlotu. Zauważyłam, że gdy niedźwiedziówki wychodzą z kokonów w towarzystwie mieszanym, nie są tak spokojne jak wtedy, kiedy wychodzą pojedynczo. Obecność płci przeciwnej pobudza je do latania.

07/08
Poszłam na łąki za wiaduktem, żeby wypuścić następnych siedem ciem. Mimo piekielnego upału zrobiłam to w środku dnia, bo dostałam alert RCB o możliwych burzach wieczorem. Na otwartej przestrzeni wiał wiatr, a ćmy były pobudzone towarzystwem płci przeciwnej, więc błyskawicznie odlatywały. Nie zrobiłam żadnego zdjęcia.

07/09
Wyszło kolejnych sześć niedźwiedziówek. Tym razem wypuściłam je na łąkach przed wiaduktem. Samic i samców było po równo. Jedna z samic szczególnie mi się podobała, bo miała więcej białego koloru między brązowymi plamami. Wyglądała jak dama w egzotycznym futrze. 🙂 Inna samica zdążyła zostawić mi na pożegnanie dywan jajeczek.
Zrobiłam porządek u poczwarek: przeliczyłam je i wyrzuciłam wszystkie, które były puste. Z moich obliczeń wynika, że wypuściłam już dwadzieścia pięć ciem, a zostało dwadzieścia poczwarek.
 
 

 
07/12
10 lipca zaczęły wychodzić z jaj małe niedźwiedziówki. Wieczorem na łąkach przed wiaduktem wypuściłam ostatnie ćmy przed generalnymi porządkami. Było ich pięć, w tym dwie duże samice, jeśli dobrze pamiętam. Później tego dnia jeszcze raz przejrzałam poczwarki, przełożyłam larwy i jaja do osobnych pojemników, a na końcu wytrzepałam pojemnik do rozmnażania na dworze, w razie gdyby coś tam zostało. Ku mojemu zdumieniu, pod ręcznikami na dnie pojemnika znalazłam jedną poczwarkę muchy! Nie mam pojęcia, jak musze udało się dostać do tak pieczołowicie pilnowanych gąsienic, ale to tylko pokazuje, jak łatwo o ich spasożytowanie.
11 lipca przed odjazdem wypuściłam jeszcze w ogrodzie jedną samicę. Po przyjeździe odkryłam, że jeden samczyk zdołał wyjść w czasie podróży samochodem. Na szczęście przeżył!
Dzisiaj gąsienice dostały mlecza, a my ze Szczurem wypuściliśmy w ogrodzie społecznościowym dwa samce i samicę. Wieczorem wyszedł jeszcze jeden samczyk.
Trzeba pilnie zostawić w jakimś lesie trochę jaj, których nadal jest dużo.

07/22
Parę dni temu wypuściliśmy w ogrodzie społecznościowym ostatnią jak na razie ćmę. Zostały tylko trzy poczwarki, z czego jedna, bardzo mała, wydaje się zniekształcona.
Gąsienice jedzą i wszędzie ich pełno. Przeszły już pierwszą wylinkę. Na szczęście pod wpływem dotyku zwijają się w kłębuszki.
 
07/25
Karmię je teraz co dwa dni, bo urosły trochę za bardzo, zważywszy czas pozostały do hibernacji.
 
 

 
07/31
U larw widoczne są znaczne różnice w tempie rozwoju. Niektóre nadal są małe, a inne zbliżają się do rozmiarów zimujących gąsienic z zeszłego roku. Podejrzewam, że rozwijają się za szybko i część niestety nie doczeka zimy jako larwy. Z drugiej strony, głodne też siedzieć nie mogą.
 
08/10
Niedźwiedziówki jedzą i rosną. 
 
08/22
U niedźwiedziówek jest stabilnie. Jak zwykle kilka osobników rozwija się dużo szybciej niż reszta. Pozostałe są znacznie mniejsze i zeszłoroczne doświadczenia wskazują, że to właśnie one mają największe szanse na hibernację.
 
08/30
U niedźwiedziówek i bez zmian poza tym, że rosną.
 
09/10
Niedźwiedziówki ciągle jedzą. Zmieniłam im pojemnik na większy. 

10/14
Dzisiaj wyniosłam do szopy niedźwiedziówki, na razie jeszcze razem z liśćmi. W tym roku mam małe nadzieje, że przezimują. Dużo tegorocznych niedźwiedziówek z nieznanej mi przyczyny umarło, zostało tylko kilkanaście.
Największą gąsienicę zostawiłam w domu, bo jest kilka dni od przepoczwarczenia. Chyba po prostu ją wyhoduję i zostawię w domu. Na zewnątrz już dla niej za zimno, a jako poczwarka nie przeżyje zimy (sprawdziłam w zeszłym roku).

 
Brudnica nieparka
 
05/16
Przedwczoraj obudziły się brudnice. To o trzy tygodnie później niż rok temu, ale myślę, że natura dobrze wie, co robi. Temperatury były niższe niż w zeszłym roku, a poza tym może dzięki temu samice będą miały szansę spotkać samce. Ja też nie narzekałam, bo mam ostatnio dużo na głowie.
Za to jak już zaczęły wychodzić, to do dzisiaj wyszło ich co najmniej sto. Dopóki są maleńkie jak główka od szpilki, nie muszę ich wypuszczać, mogą sobie spokojnie wcinać listki brzozy. Jedyny kłopot jest taki, że brudnice potrafią na tym etapie przechodzić przez dziurki w materiale, a innego materiału nie mam. I tym sposobem dzisiaj rano zastałam kilkanaście gąsienic chodzących po moim oknie, kredensie, książkach, a nawet zbindowanych dokumentach. 😃
Mam nadzieję, że dzięki regularnemu karmieniu za parę dni nie będą już umiały przechodzić przez materiał.
 
 

 
05/23
W ciągu tygodnia brudnice zdążyły urosnąć wystarczająco, by nie umieć już przecisnąć się przez dziurki w materiale. Karmię je na przemian brzozą, dziką różą i jabłonią.
Przedwczoraj wyjątkowo błogo się im sprzątało, bo wszystkie jak jeden mąż przechodziły wylinkę. Widok żywych stu czy dwustu maleńkich larw nie ruszających się z miejsca po otwarciu pojemnika - bezcenny. Uciekła mi tylko jedna, którą wieczorem znalazłam... na swoim ramieniu. 😃
Dzisiaj wypuściłam kolejnych czterdzieści gąsienic, tym razem na dzikiej jabłoni.
 
 

 
05/30
Wczoraj wypuściliśmy w lesie kolejnych dwadzieścia brudnic. Nadal mam ich co najmniej kilkadziesiąt. Obecnie większość zajmuje się swoją drugą wylinką albo jest tuż po niej.
Przedwczoraj dwie larwy uciekły z pojemnika, mimo że to nie powinno już być możliwe. Widziałam na własne oczy, jak przeciskały się przez ciasne otworki w materiale. Szczur bardzo się śmiał, gdy większość gąsienicy była już na zewnątrz pojemnika, a tyłeczek nadal po wewnętrznej stronie materiału! 

06/06
Rosną. Wydaje mi się, że zbliżają się do kolejnej wylinki.
 
06/08
Brudnice są w trakcie kolejnej wylinki, więc nie wszystko dzisiaj zjadły. Niektóre mają już "pyszczki".
 
06/13
Jak co weekend, brudnice przechodzą wylinkę. Od przedwczoraj wyjątkowo mało zjadły. Mam ich jeszcze około sześćdziesiąt i lada dzień przeniosę je do kolejnego większego pojemnika.
 
06/19
Dzisiaj umyłam terrarium po niedźwiedziówkach, żeby przenieść tam brudnice. Zauważyłam, że choć przechodzą kolejne wylinki o właściwym czasie, bardzo mało rosną. Zapewne dlatego, że jest ich za dużo w stosunku do ilości jedzenia i przestrzeni. Dlatego dziś wypuściliśmy w lesie koleinych kilkanaście, a resztę wpuściłam do nowego lokum. Teraz, gdy każdego dnia ubywa mi obowiązków w pracy, będę przynosić im więcej jedzenia, może nawet z różnych roślin.
 
06/22
Brudnice jakoś opieszale jedzą, mimo że daję im dużo brzozy. Mam ich dwadzieścia siedem.
 
 

 
07/06
Brudnice przechodzą kolejną wylinkę. Są coraz większe. Dostają teraz bardzo zróżnicowane jedzenie, bo w mojej najbliższej okolicy nie ma brzozy. Przykładowo dzisiaj dałam im liście jarzębu, dzikiej róży i dębu szypułkowego. Pałaszują wszystko.
 
07/12
U brudnic jest już jedna poczwarka, dwie kolejne larwy przygotowują się do przepoczwarczenia w kokonach. Pozostałe dostały liście głogu i brzozy, aczkolwiek niestety niezbyt dobrej jakości. Jutro może uda mi się znaleźć dla nich coś lepszego. Kilka larw zrzuciło skórę w weekend. 
 
 

 
07/22
Zostało jeszcze siedem brudnic, które się nie przepoczwarczyły. Wytrwale daję im codziennie nowe liście, żeby to przyspieszyć.
Niektóre poczwarki są w tym roku bardzo małe. Prawdopodobnie to efekt hodowania większej grupy - było mniej jedzenia na osobnika.
20 lipca pojawił się pierwszy samczyk, niewielkich rozmiarów jak jego poczwarka, ale energiczny i żwawy. Kilka godzin później już latał po całym pojemniku z siatki. Akurat jestem w Warszawie, więc wypuściłam go 21 lipca w lesie, gdzie znalazłam jego mamę.
 
07/25
23 lipca, czyli dzień po naszym przyjeździe do Kielc, wyszedł drugi samczyk brudnicy. Wypuściłam go wieczorem z okna. Dookoła są same parki i lasy, więc chłopak sobie poradzi.
Zostało jeszcze kilka dużych, żerujących gąsienic.
 
07/26
Wyszedł trzeci samiec brudnicy. Też wypuściłam go za okno. Musiałam wypuszczać go na dwa razy, bo bardziej ciągnęło go do lampy w pokoju niż na wolność.
Już tylko trzy brudnice nie robią kokonu.
 
07/31
Wczoraj rano zastałam w pojemniku do rozmnażania dwie samice. Radość nie trwała jednak długo, bo wyszlo na jaw, że samce zdążyły je nocą zaplemnić. Obie złożyły wkrótce jaja. Wolałabym spróbować rozmnożyć te samiczki bez udziału braci... ale cóż zrobić, stało się.
W nocy wyszła kolejna, bardzo duża samica. Może z nią się uda.
(później)
Mamy to!
Zdjęcie trochę nieostre i w ogóle, ale najważniejsze, że przyleciał samiec spoza moich podopiecznych.
 
 


 
 
08/05
Mam następne jajeczka od wyhodowanej samicy i samca, który do niej przyleciał na dworze.





08/10
8 sierpnia wyszedł z kokonu samczyk brudnicy i zanim zdążyłam go wypuścić, zaplemnił samicę, która wyszła w nocy. Wypuściłam go w Warszawie.
Dzisiaj wyszła kolejna samica, wyjątkowo duża i piękna. Zawczasu przeniosłam ją do osobnego pojemnika. Po przyjeździe do domu zabezpieczyłam też jaja nie pochodzące z chowu wsobnego.
 
08/12
Żaden samiec na razie nie przyleciał do ostatniej samicy. Może po prostu ją wypuszczę.

sobota, 7 maja 2022

[131] Motyle 2021: Kraśniki - malutcy kanibale

 
07/03 i 04
Wczoraj na wieczornym spacerze zaobserwowałam dwa kraśniki, które kopulowały na skraju łąki. Owady były ze sobą złączone przez dłuższy czas. Postanowiłam je złapać i spróbować uzyskać jajeczka.
Trochę się przy tym nakombinowałam... Przede wszystkim na pierwszy rzut oka samiec i samica niczym się nie różnili, więc zabrałam do domu obie ciemki. Umieściłam je na noc w dużym pojemniku z siatką i włożyłam do środka gałązki. Motyle latały, spacerowały, mimo to samica nie złożyła jaj.
W międzyczasie przeczytałam, że kraśniki składają jaja na roślinach żywicielskich gąsienic. Nie wiem dokładnie, jaki znalazłam gatunek, ale generalnie kraśniki lubią koniczynę. Włożyłam więc motyle do mniejszego pojemnika pełnego liści i kwiatków koniczyny. Na tym etapie byłam już pogodzona z myślą, że się nie uda.
Ku mojemu zdumieniu, jeden z motyli zszedł na dno pojemnika i zaczął zabawnie ruszać czułkami. Godzinę po znalezieniu się wśród koniczyny samica złożyła na wieczku żółte jajeczka.
Dziś wieczorem poszłam na spacer w to samo miejsce, gdzie znalazłam kraśniki, żeby je wypuścić. Nie chciałam ich zbyt długo przetrzymywać, bo te ćmy jedzą również jako dorosłe owady, w przeciwieństwie do znamionówek czy brudnic.
Udało mi się jeszcze zrobić kraśnikom kilka zdjęć, choć nie jest ich dużo i nie są zbyt udane. Ciemki okazały się bardzo ruchliwe, czym różnią się od moich stałych podopiecznych.
 
 




 
07/12
Wczoraj z jaj zaczęły wychodzić maleńkie kraśniki. Spodziewałam się tego, bo dzień wcześniej jaja przestały być żółte i wyraźnie prześwitywały przez nie ciemne kropki. Po wyjściu maleństwa zaczęły spuszczać się po nitkach na dół pojemnika. Wydaje mi się, że kraśniki są jeszcze mniejsze niż inne moje gąsienice, ale może to tylko złudzenie, ponieważ nie są tak włochate. Na razie włożyłam im koniczynę. Z powodu ich rozmiarów nie jestem w stanie stwierdzić, czy jedzą. Bardzo chciałabym, żeby jadły i przeżyły. ❤
 
 
  

07/22
Szczur pomaga mi opiekować się kraśnikami. Wytrwale karmimy je koniczyną, bo jedzą ją najchętniej, wygryzając koronki w listkach. Teoretycznie powinny też wcinać babkę, ale jakoś mniej ją lubią. Szczur twierdzi, że trochę urosły. Raczej się z nim zgadzam, choć to wciąż maciupeńkie stworzenia.
 
 

 
07/25
Kraśniki przeszły wylinkę. Pewnie nawet bym tego nie zauważyła, ale znalazłam skórki. Na wyjeździe dałam im koniczyny - ze zdobyciem jej nie ma żadnego problemu.
 
07/31
Sprzątanie u kraśników nadal jest sporym wyzwaniem, chociaż odrobinę urosły. Od paru dni wydaje mi się, że gąsieniczek systematycznie ubywa. Zaskoczyło mnie, że w Kielcach doliczyłam się ich tylko dwudziestu jeden (przy czym nie dam głowy, że nie wzięłam jakiejś zrzuconej skóry za larwę).
 
08/10
U kraśników zostało sześć żywych gąsienic. Ja tymczasem doszukałam się w Internecie artykułu, z którego wynika, że larwy kraśników mogą zjadać się nawzajem. Postanowiłam wypuścić je na łące, gdzie znalazłam dorosłe owady. Hodowanie tego gatunku straciło dla mnie sens. Szukanie tak maleńkich larw wśród koniczyn jest czasochłonne, a gąsienice rozwijają się bardzo wolno i na domiar złego zjadają się nawzajem. Szanse na przezimowanie ich w takiej sytuacji byłyby nikłe, na pewno niewspółmierne do moich i Szczura wysiłków. Właśnie dlatego kraśniki, które przeżyły rywalizację ze swoim rodzeństwem, wrócą na łąkę już teraz.
 
08/12
Poszłam na skraj łąki, gdzie znalazłam dorosłe kraśniki, by wypuścić pozostałe przy życiu gąsienice. Chyba pierwszy raz żegnałam się z jakimś gatunkiem bez większego żalu.
Raczej nigdy nie wyhoduję kraśnika od jajeczka do imago, bo opieka nad tymi gąsienicami jest wyjątkowo żmudna i długa. Maleństwa wolno rosną, przez co trudno się im sprząta, a trzeba by to robić prawdopodobnie aż do października lub listopada. Szansa na przezimowanie jest niewielka, skoro larwy zjadają się nawzajem. Zimą nie sposób ciągle je kontrolować. Następnie - o ile w ogóle przezimowałyby - dalej  wymagałyby opieki, aż do przepoczwarczenia.
Kierowcy kilku samochodów mieli dziś okazję zobaczyć niecodzienny widok: kucając na skraju łąki, robiłam smartfonem ostatnie zdjęcia maleńkim owadom.
Mimo wszystko cieszę się, że mogłam poznać cykl życiowy kraśników. Zawsze to nowe doświadczenie.