piątek, 16 sierpnia 2024

[166] Pamiętniki lipcowe

 
27.06
Pierwszy tydzień urlopu (i lata) zleciał jak z bicza strzelił. 
Jestem z siebie dumna, bo w ciągu tego jednego tygodnia załatwiłam więcej spraw niż w roku szkolnym załatwiam w miesiąc. Odbębniłam wizyty u aż trzech specjalistów. Nareszcie kupiłam laptop. Skończyłam generalne porządki w szafie z pomocami do pracy (Bór jeden wie, jak strasznie nie chciało mi się tego robić). Odwiedziłam krewną ze strony taty, żeby wypożyczyć stare zdjęcia rodzinne do zeskanowania. I najważniejsze: pojechałam z tatą załatwić bardzo istotną sprawę, która znacząco wpłynie na jego codzienne funkcjonowanie.
W weekend przyjechał Szczur. Zjedliśmy nasze ulubione pizze i zabraliśmy Piesę na dwa długie spacery - w sobotę do Najbliższego Lasu, a w niedzielę do parku. Liczyłam, że uda mi się znaleźć jakieś gąsienice, bo aktualnie żadnych nie mam. Niestety, nie spotkałam ani jednej. Na pokrzywach wisiało dużo oprzędów pełnych małych kupek, jakby rusałki niedawno tam żerowały, ale zdążyły się już przepoczwarczyć. I rzeczywiście, w lesie roiło się od pawików. Były też admirały i inne motyle, głównie modraszki. Większość latała, ciesząc się pełnią życia, znalazłam jednak też dwa czy trzy martwe pawiki leżące na drodze. Po upewnieniu się, że nie żyją, zabrałam kilka skrzydełek. Może znajdę sposób, żeby je wykorzystać, na przykład w biżuterii. 
Wczoraj późno zasnęłam, ponieważ około drugiej w nocy zza okna zaczął dobiegać dziwny dźwięk. Był to rodzaj pisku, wysoki i przenikliwy, ale odzywający się w równych odstępach czasu. Mama, która się wtedy obudziła, najpierw stwierdziła, że to na pewno jakiś gryzoń, a później zmieniła zdanie i obstawiała, że raczej u kogoś włączył się nietypowy alarm. 
Dzisiejszej nocy ów dźwięk pojawił się znowu, ale o wiele wcześniej, około dwudziestej drugiej. Byłam już pewna, że to ptak, a właściwie dwa, bo taki sam pisk dobiegał na przemian z dwóch stron domu. Jeden z ptaków musiał znajdować się dalej, a drugi całkiem blisko. Poszukałam na YT odgłosów wydawanych przez sowy, których słuchałam w Czechach, aby ustalić gatunek wrzeszczącego tam po nocach ptaka. Okazało się, że tak nawołują młode sowy uszate. Czyli od wczoraj najprawdopodobniej mamy w okolicy co najmniej dwie uszatki!

5.07
Gdy tydzień temu Marcin napisał mi, że wkrótce wyjeżdża do Włoch, wiedziałam, że musimy się spotkać przed naszymi wyjazdami. Dawno się nie widzieliśmy i nie wiadomo, kiedy znów nadarzy się okazja. Szczur miał w poniedziałek wizytę u lekarza, więc siłą rzeczy został nam wtorek. Dzień urodzin mojej mamy. Ponieważ jednak mama dostała już ode mnie prezent, a z rodziny zapowiedziała się tylko ciocia z wujkiem, wtorek był najzupełniej odpowiedni. I tak umówiłam nas we troje do escape roomu w Chorzowie.
Zanim poniedziałek dobiegł końca, wydarzyły się dwa zwroty akcji. Najpierw dostałam wiadomość od Asi z Somos Dos, że w środę w Warszawie, w tym samym miejscu co zawsze, odbędą się urodziny Gai. I że będziemy na nich ze Szczurem bardzo mile widziani. Rzadko mamy możliwość spotkać się z Asią i Gają, dlatego postanowiliśmy zrobić, co się da, żeby pojawić się na tych urodzinach. Nawet gdyby oznaczało to wcześniejszy wyjazd ze Śląska. Nie zdążyłam jeszcze poukładać sobie wszystkiego w głowie, a dostałam kolejną wiadomość. Tym razem od mojej najlepszej koleżanki z pracy, M., która po roku nieskutecznego umawiania się na herbatę postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. I zaproponowała spotkanie... we wtorek. 
We wtorek drzwi do domu się nie zamykały. W południe przyjechała M. i spędziłyśmy miło czas, rozmawiając o różnych życiowych sprawach. Akurat rozmawiałyśmy o antyklerykalizmie męża M. i mojego Szczura, gdy przybył Szczur we własnej osobie. Zainstalowałam go na piętrze, a niedługo później zjawili się goście mamy i przejęli pokój na parterze. Wczesnym wieczorem wyruszyliśmy ze Szczurem do Chorzowa, gdzie mieliśmy z Marcinem zarezerwowany pokój "Ale Sztuka!". Tym razem wcieliliśmy się w złodziei mających wykraść prestiżową statuetkę z konkurencyjnego teatru. Nie obyło się bez odegrania spektaklu (i nawet dostaliśmy brawa). Był to nasz drugi pokój o tematyce teatralnej po świetnym "Teatrzyku upiornych lalek". "Ale Sztuka!" dorównuje tamtemu pokojowi pod względem wyposażenia i atmosfery - choć to zupełnie inne klimaty, również tu można się poczuć jak w prawdziwym teatrze. Garderoba całkowicie podbiła moje serce, bo przypominała mi "Upiora Opery". Zagadki były logiczne i na odpowiednim dla nas poziomie - ani zbyt łatwe, ani zbyt trudne. Pokój ukończyliśmy przed czasem.
Po takim emocjonującym dniu czułam się zmęczona, ale i szczęśliwa. Byłam zadowolona, że wszystko poszło zgodnie z (trochę zwariowanym) planem. Byłam też zdeterminowana, by kolejnego dnia zrealizować resztę tego planu. Niestety... stało się inaczej.
W środę zrobiłam wszystko, co mogłam, żebyśmy jak najszybciej wyjechali. Udało się - ruszyliśmy w drogę około południa. Nie dojechaliśmy jednak daleko. Przed wjazdem na autostradę napotkaliśmy ogromny korek spowodowany robotami drogowymi. Spędziliśmy w nim blisko pół godziny, nieznacznie się przemieszczając. W pewnym momencie poczuliśmy niepokojący swąd, a chwilę później uświadomiliśmy sobie, że spod maski wydobywa się para. Oboje bardzo się zestresowaliśmy. Szczur zjechał na bok i zabezpieczył samochód. Okazało się, że zagotował się płyn chłodniczy. Otworzywszy maskę, Szczur zadzwonił po radę do znajomego mechanika. Musieliśmy zostać na poboczu, dopóki temperatura płynu nie obniżyła się, co zabrało nam kolejnych kilkadziesiąt minut. Mechanik powiedział, iż prawdopodobnie zepsuł się wentylator. Krótki eksperyment na parkingu potwierdził tę hipotezę. 
Dalsza podróż do Warszawy upłynęła bez przeszkód, na autostradzie samochód sprawował się dobrze. Straciliśmy jednak dużo czasu. Kiedy wjechaliśmy do stolicy, trafiliśmy na porę szczytu i historia zatoczyła koło - w korku temperatura płynu szybko zaczęła rosnąć. Do Nory dotarliśmy około siedemnastej. Nie było już szans, żeby pojechać na urodziny Gai. Byliśmy wymęczeni, a Naleśnik nie radził sobie w warszawskich warunkach drogowych. Zamiast na imprezę, Szczur pojechał do mechanika. Było mi bardzo smutno.
W ciągu jednej doby mój nastrój przeszedł z jednej skrajności w drugą. Istny emocjonalny rollercoaster.

10.07
Po przyjeździe do Nory mieliśmy szczęście trafić na przerwę w morderczych upałach. Przez pierwszych kilka dni temperatura nie przekraczała 23 stopni, więc wykorzystałam je na generalne porządki w Norze. Dzięki łaskawej pogodzie udało się doprowadzić ją do stanu używalności rekordowo szybko. W tym czasie Szczur, który dopiero zaczął urlop, miał do załatwienia kilka spraw urzędowych. Zarezerwowaliśmy również nasz pierwszy wyjazd. W weekend do domu wrócił Naleśnik, wyposażony w nowy wentylator, więc niedługo będzie można ruszyć na wakacje. 
Zanim jednak gdziekolwiek wyruszymy, trzeba jakoś przetrwać kolejną falę upałów. Wczoraj było jeszcze znośnie, wiał wiatr, ale dzisiaj zrobiło się nieznośnie parno. Ratujemy się zasłanianiem okien, klimą i przesunięciem trybu życia o kilka godzin do przodu. U rodziców Szczura zjedliśmy pierwsze w te wakacje lody. Zaproponowałam też Szczurowi, żebyśmy zgodnie z naszym zwyczajem wybrali się do jakiegoś muzeum. W poprzednich latach też wykorzystywaliśmy najgorętsze dni na zwiedzanie muzeów. Pozwala to połączyć przyjemne z pożytecznym - poszerzyć swoją wiedzę i na kilka godzin ukryć się przed upałem.
Tym razem pojechaliśmy do centrum Warszawy, do Muzeum Etnograficznego. Aż dziw, że jeszcze tam nie byłam, choć obrzędowość ludowa interesuje mnie od dziecka. Chyba trochę się obawiałam, by to miejsce nie okazało się nudne i nie zniechęciło Szczura do jednego z moich ulubionych tematów. Zupełnie niesłusznie! Muzeum jest nowoczesne, bardzo inkluzywne i otwarte na wielozmysłowe poznawanie świata. A do zwiedzania jest tyle, że chcąc wszystko dokładnie obejrzeć i przeczytać, będziemy musieli rozłożyć to na dwa razy.
Na razie zobaczyliśmy trzy wystawy:
🌻 "Kwiaty polskie" - to wystawa o roślinach kwitnących i ich miejscu w obrzędach ludowych. Pełna barw, aromatów suszonych roślin i eksponatów, z którymi można wejść w interakcję: dotykać, słuchać, tworzyć... Złożyć model budowy kwiatu, sprawdzić wytrzymałość liny z lnu, wypleść wianek, przymierzyć ślubne nakrycia głowy, zobaczyć przebiśnieg oczami owadów. Można nawet odpocząć wśród miękkich poduszek. 
Na stronie muzeum przeczytałam, że podczas tworzenia tej ekspozycji brano pod uwagę potrzeby osób w spektrum autyzmu. Myślę, że to się twórcom udało - jest bardzo, bardzo polisensorycznie, ale zarazem spokojnie i relaksująco. 




🐭 "Świat nierealny, lecz poznawalny. Malarstwo Magdaleny Shummer". Pani Magdalena jest artystką nieprofesjonalną, która po latach życia na emigracji wróciła do Polski. Jest samoukiem, malować zaczęła po trzydziestce. W jej twórczości szczególne miejsce zajmują zwierzęta - zarówno dzikie, jak i domowe. Gdy na nie patrzę, nie potrafię się nie uśmiechnąć. Myślę, że gdyby istniała seria pocztówek z obrazami pani Magdaleny, zrobiłaby furorę wśród kolekcjonerów.
Szczur także wyczuł w artystce bratnią duszę - musi ona bardzo lubić gryzonie, ponieważ na wystawie widzieliśmy ich sporo. 








🌍 "Afrykańskie wyprawy, azjatyckie drogi" - ta wystawa mieści się na dwóch piętrach, ale my na razie zwiedziliśmy tylko jedno z nich (trzecie). Obejrzeliśmy tam między innymi koreański strój ślubny i instalację pełną masek afrykańskich z kolekcji podróżnika Sebastiana Kałamańskiego. Na tej wystawie było dość ciemno, ale sfotografowałam kilka masek o najbardziej niepokojącym wyglądzie. Wykorzystuje się je oczywiście do różnych obrzędów, na przykład inicjacyjnych. Gdybym jednak w środku nocy obudziła się i zobaczyła nad sobą taką twarz, zerwałabym się na równe nogi.
Następnym razem musimy koniecznie zobaczyć "Czas świętowania" i dalszą część wystawy afrykańsko-azjatyckiej.

11.07
Pamiętam, jak w dzieciństwie rodzice robili generalny remont domu. Trwało to kilka lat i w tym czasie wielokrotnie towarzyszyłam im do sklepów z meblami. Z mojej perspektywy były to najbardziej nudne miejsca na świecie, a w dodatku rodzice jak na złość dosłownie tam wsiąkali. Chodzili jak zahipnotyzowani i dopiero po dłuższym czasie wychodzili z jakimś nowym zakupem (lub bez). 
Wiem, że jestem stara, kiedy... cieszę się jak dziecko z nowej, solidnej suszarki balkonowej. 

24.07
Przyjechaliśmy ze Szczurem i z Piesą na parę dni na wieś, ponieważ zapisałam się do dentystki i fryzjerki. 
Wieczorem poszliśmy we trójkę na spacer między polami, daleko od zabudowań. Sama obawiam się tam zapuszczać, zwłaszcza gdy kukurydza staje się wysoka i znacznie ogranicza pole widzenia. Lubię otwartą przestrzeń, gdzie z daleka widać zbliżających się ludzi czy zwierzęta. Wyciągnęłam więc z domu Szczura, korzystając z okazji, że jesteśmy tu w komplecie. Piękna na spacer we troje zareagowała entuzjastycznie, a wręcz euforycznie. Uwielbia chodzić w stadzie.
W tym roku kukurydza rośnie po jednej stronie, a po drugiej zasadzono buraki. Ja jednak najbardziej skoncentrowałam się na rosnących przy drodze pokrzywach - jak się okazało, bardzo słusznie. Wypatrzyłam kilka dużych już gąsienic rusałki pawika oraz oprzęd pełen maleńkich larw, które musiały wylęgnąć się niedawno. Jak na złość, akurat nie miałam przy sobie żadnego pojemnika. Szczur wykazał się sporym poświęceniem dla sprawy, zrywając pokrzywy do reklamówki. Swoją drogą, typowe żyćko - przez całe lato nie ruszam się z domu bez plastikowego pojemniczka, a kiedy jeden jedyny raz go nie zabrałam, spotkaliśmy mnóstwo gąsienic...
Tymczasem Piękną najbardziej interesowały bliżej niezidentyfikowane stworzonka mieszkające wśród roślin. Strzygła uszami, węszyła i zasadzała się jak lis w trakcie polowania na gryzonie. Na szczęście te polne zwierzątka są szybsze i nie dają się tak łatwo schwytać.





26.07
Jutro tradycyjna letnia domówka w Norze. 
Przygotowując babeczki na domówkę, korzystałam z nowego przepisu i nieco się zdziwiłam, bo otrzymałam ciasto o nietypowej konsystencji. Szczur stwierdził, że wygląda jak guma do żucia. Mnie przypominało kisiel truskawkowy, który mama robiła mi w dzieciństwie. Zastanawiałam się, czy na pewno wyjdą z tego babeczki, a nie jakiś dziwny pudding. A jednak wyszły, wyglądają zupełnie babeczkowato i zachęcająco pachną truskawkami.





29.07
- Zestarzałem się - wzdychał wczoraj Szczur z żalem w głosie. - Kiedyś umiałem imprezować przez cztery noce z rzędu, a teraz jedna zarwana noc i czuję się jak na kacu, mimo że nie piłem...
Piękna też nie piła, ale po wyjściu nocujących gości wyglądała na najbardziej zmęczoną z naszej trójki. Spała jak suseł.
Jeśli chodzi o mnie, czułam się jak zwykle po naszych domówkach - zmęczona, ale szczęśliwa. Emocje we mnie buzowały, więc po południu już nie zdołałam zasnąć. Gdy Szczur zjadł pizzę i poszedł dalej spać, ugotowałam obiad dla siebie i Piesy, a później głównie wyciszałam się nad księgami parafialnymi z lat 1892-1915, jak ostatnio mam w zwyczaju.
Wieczorem udało mi się namówić Szczura na wspólny spacer po parku. Wracając, spotkaliśmy dwa jeże. Na widok kolczastego zwierza Piesa za każdym razem była bardzo podniecona, ciągnęła na smyczy jak najęta. Możliwe, że w krzakach ukrywał się jeszcze jeden, bo coś tam szeleściło, lecz nie sprawdzałam. Może Jerzy też zabalował i potrzebował odpoczynku...




31.07
Poniedziałek był wyjątkowo dziwnym dniem. Ja zaczęłam dzień kiepsko, a skończyłam bardzo szczęśliwa, z kolei Szczur - całkowicie odwrotnie.
Szczur wstał w niezłym humorze, w przeciwieństwie do mnie. Moje jelito drażliwe najwyraźniej pozazdrościło nam udanej imprezy i postanowiło urządzić sobie własną. Akurat w poniedziałek, gdy zbiegło się to z przerwą w dostawie wody. Wśród moich utyskiwań i obelg  pod adresem brzucha, Szczur spokojnie przygotowywał się do wizyty u swoich rodziców. Wizyty, z której wrócił dość szybko, za to w fatalnym stanie psychicznym. Opowiedział mi, że wyjeżdżając z garażu, gdzie od kilku tygodni trwa remont, uderzył bokiem samochodu w bramę do ewakuacji. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale auto ma na drzwiach nieduże wgniecenie i porysowany lakier. Szczura już od dłuższego czasu stresowało wjeżdżanie do garażu i wyjeżdżanie z niego, ponieważ niemal połowa rampy jest teraz wyłączona z użytku, jest tam wąsko, a widoczność kiepska. Po powrocie był cały roztrzęsiony i położył się na kilka godzin, by się uspokoić. Miałam pewne plany na wieczór, ale w tej sytuacji poszłam z Piękną posiedzieć w osiedlowym parku. Postanowiłam przy okazji sprawdzić, co słychać w necie.
Bodajże na początku roku w grupie loteryjkowej pojawił się uczestnik z Kuby. Z tego państwa jak dotąd nie mam żadnych pocztówek, nie licząc paru wiekowych, nie wypisanych kartek z dawnej kolekcji kuzyna. Czaiłam się więc na loterie z Kuby, sprawdzając czasem nawet codziennie, czy jakaś się nie pojawiła. Od niedawna czaiła się też Dagmara, która zgodziła się mi pomóc. Niestety, loterii z Kuby nie było dużo. Czasem pojawiały się akurat wtedy, gdy zapomniałam sprawdzić. W końcu... udało się! I właśnie w poniedziałek odczytałam wiadomość o wygranej. Ale się ucieszyłam! Oby tylko pocztówka dotarła bez przeszkód i ze znaczkiem.
Nagła zmiana nastroju spowodowała, że zebrałam się w końcu na odwagę, żeby wykonać parę zaległych telefonów. Do jednego z nich nie umiałam zmusić się od kilkunastu dni. Bałam się, że usłyszę niekorzystną dla siebie wiadomość. W podobnych sytuacjach często nie potrafię zdobyć się na to, by do kogoś zadzwonić, bo mózg podsuwa mi najgorsze możliwe scenariusze, co mogę usłyszeć. Udaje mi się przemóc dopiero pod wpływem jakiegoś nagłego impulsu. Taki właśnie impuls poczułam, siedząc na ławce w parku. Szybko wybrałam połączenie, po którym moja radość wzbiła się o poziom wyżej. Dowiedziałam się, że kłopotliwa sytuacja została rozwiązana i będę mogła wrócić do realizacji ważnego dla mnie planu.
Ostatnią dobrą wiadomość dostałam od przyjaciółki. Niedługo jej ojciec wybiera się do Warszawy w sprawach zawodowych, więc będzie okazja, żeby się zobaczyć.
Po długiej rozmowie wróciłam do Nory na kolację. Na tym jednak niespodzianki się nie skończyły. Kiedy przyszedł czas na karmienie pawików, zerknęłam do pojemnika, w którym przywiozłam znad morza kilkanaście jaj barczatki. Ależ się zdziwiłam, zobaczywszy tam dziesięć gąsieniczek! Szczęka mi opadła. Barczatki gotowe do przepoczwarczenia spotykałam do tej pory tylko wiosną, założyłam więc, że jeśli coś wyjdzie z jaj, to najprędzej na wiosnę.
Jeżeli zastanawiacie się teraz, jak się czuje Szczur, wszystko u niego w porządku. Sen pomógł mu na tyle, że wieczorem razem ze mną karmił gąsienice i oglądał "Mroczne Materie".

środa, 7 sierpnia 2024

[165] Motyle 2023/24: Najciekawsze gąsienice Polski


Wśród występujących w Polsce gąsienic są i takie, które regularnie pojawiają się we wszelkiego rodzaju internetowych zestawieniach typu "Najdziwniejsze gąsienice świata". Kiedy pokazuję ich zdjęcia znajomym, niektórzy bardzo się dziwią, że tak niesamowicie wyglądające larwy motyli żyją w Polsce i że można spotkać je na zwyczajnym spacerze. Dwie z nich - widłogonkę siwicę i zmrocznika gładysza - znalazłam zupełnie przypadkowo w zeszłym roku i przezimowałam jako poczwarki. Czy udało im się przeobrazić w dorosłe ćmy?


Widłogonka siwica

2023/06/25
To, co się działo w tym tygodniu, jeśli chodzi o motyle, przechodzi ludzkie pojęcie... Głowa mała!
Dzisiaj na spacerze znalazłam widłogonkę! Wielgachną, tłustą widłogonkę z całkowicie już wykształconym wzorem "twarzy"! Siedziała na niewysokiej wierzbie naprzeciw tunelu pod wiaduktem. To był szok! Niosłam ją do domu bardzo ostrożnie, razem z kawałkiem gałązki, by jej nie zestresować. To niezwykle wrażliwa gąsienica, z byle powodu wymachuje swoimi "widełkami". 
W domu okazało się, że nie bez powodu widłogonka jest tak opasła. Je w zastraszającym tempie. Ciekawe, czy do jutra wystarczy jej listków.
Cudo. Prawdziwe cudo!






06/28
Najwięcej radości w ostatnich dniach sprawiła mi widłogonka. Kiedy tylko miałam wolną chwilę, obserwowałam, co robi. Wydawało mi się, że najlepiej się czuje, mogąc chodzić po ustawionych pionowo gałązkach. Wtedy bardzo rzadko przyjmowała postawę obronną. Drugiego dnia przełożyłam ją do małego terrarium. Robiła w nim prawdziwe akrobacje - najczęściej jadła do góry nogami. Bawiła się też ze mną w chowanego, ponieważ wśród liści mistrzowsko się kamuflowała. Szybko okazało się, że je w nieprawdopodobnym tempie. Ledwie nadążałam z przynoszeniem jej gałązek wierzby!
Na szczęście zdążyłam zrobić widłogonce trochę zdjęć, bo już dzisiaj zaczęła przygotowywać się do przepoczwarczenia. Najpierw zmieniła swoje ubarwienie, tak jakby lekko posiwiała. Nie znam jeszcze zwyczajów tego gatunku, ale gdy zauważyłam, że przestała jeść i wspina się po szkle, z powrotem przeniosłam ją do mniejszego pojemnika. Obawiałam się, żeby nie spadła i nie pokiereszowała się, bo (w przeciwieństwie do innych gąsienic) z trudem utrzymywała się na ściankach terrarium. Do pojemnika włożyłam kawałki kory. Gąsienica zaczęła biegać po korze, intensywnie szurając. Zostawiłam ją w spokoju, a gdy wieczorem znowu do niej zajrzałam, była już w kokonie.





Kokon jest przytwierdzony do kory i słusznych rozmiarów, choć nie aż tak długi jak gąsienica. W dotyku jest wyjątkowo twardy. Sądząc po tym, jak wygląda z bliska, larwa musiała przeżuć trochę kory i użyć jej do budowy. Coś niesamowitego!

06/30
Oto kokon widłogonki. W dotyku sam przypomina korę, jest twardy. Miałam rację, że gąsienica zbudowała go, żując korę i łącząc ją z oprzędem - w Internecie właśnie tak jest to opisane. Pracowała pod kawałkiem kory, który jej dałam. Cieniutka, biała warstwa na kokonie to po prostu kawałek papierowego ręcznika, do którego kokon przykleił się od spodu.




2024/05/23
Dzisiaj w pojemniku z siatki zastałam dorosłą samicę widłogonki. Była duża i wyglądała przepięknie ze swoimi biało-czarnymi skrzydłami i włochatymi odnóżami. Niczym dama w futrze z gronostajów, z eleganckimi białymi rękawiczkami na dłoniach. Ponieważ znalazłam ją w "złotej godzinie", od razu wyszłam z nią na balkon i zrobiłam sporo zdjęć. Bez protestów pozwoliła wziąć się na rękę i spacerowała mi po przedramieniu. Cudowności!
Ale to jeszcze nie był koniec niespodzianek tego dnia! Kiedy wieczorem poszłam z Piękną na spacer obok fermy, by przy okazji zebrać liście dla moich gąsienic, na młodej topoli siedziała... gąsienica widłogonki! 😮 Dobrze, że miałam przy sobie pojemnik, bo od razu ją złapałam i bezpiecznie przyniosłam do domu.




05/24
Dorosła widłogonka została jeszcze dzisiaj u mnie w domu, ponieważ późno wróciłam z pracy. Z kolei gąsienica widłogonki była w trakcie wylinki.

05/25
Wieczorem zabrałam panią widłogonkę na łąki, żeby ją wypuścić. Ćma usiadła spokojnie na gałązce i pozwoliła się jeszcze obfotografować. Zostawiłam ją w okolicy, gdzie rok temu znalazłam gąsienicę. Mam nadzieję, że będzie miała szczęście i uda jej się rozmnożyć. Na pożegnanie zostawiła mi dwa okrągłe, niezapłodnione jajeczka.
W międzyczasie nowa gąsienica widłogonki zrzuciła "głowę". Gdy otworzyłam pojemnik, zaczęła groźnie potrząsać swoimi widełkami. Prysnęła też kwasem mrówkowym. Będę ją wyjmować tylko przy sprzątaniu, by niepotrzebnie jej nie drażnić. Rok temu postępowałam podobnie i udało mi się wyhodować ćmę.





06/01
Niestety, po przyjeździe do Czech czekała mnie nieprzyjemna niespodzianka. Gąsienica widłogonki została spasożytowana. Wylazło z niej mnóstwo jasnych larw. Tym samym nie wyhoduję na razie kolejnej widłogonki. Bardzo się cieszę, że udało mi się to choć raz, bo nawet jeśli już znajduję gąsienicę, zazwyczaj nie dożywa dorosłości z powodu pasożytów.




Zmrocznik gładysz

2023/08/18
Wczoraj około dwudziestej w Lesie Bemowskim znalazłam larwę zmrocznika gładysza. Biegła sobie po prostu ścieżką, narażając się na zdeptanie. Co za fart, że akurat tamtędy przechodziłam! Nigdy wcześniej nie miałam okazji zobaczyć na własne oczy tej gąsienicy. Pojawia się ona regularnie w zestawieniach najdziwniejszych gąsienic w Polsce, a nawet na świecie. 
Podobnie jak widłogonka, zmrocznik jest mistrzem odstraszania drapieżników. Spójrzcie tylko na jego kostium węża! 
Jeszcze tej samej nocy gąsienica zabrała się do robienia kokonu. Jak tylko ją zobaczyłam, wiedziałam, że niedługo będzie się przepoczwarczać. Była bardzo duża (około siedmiu centymetrów długości) i biegała jak najęta. Włożyłam jej do pojemnika suchy liść, ale wybrała sobie miejsce pod papierem. Rano tkała oprzęd dookoła siebie. Teraz jest już zamknięta w środku. 
Będzie jeszcze jeden powód, by czekać wytrwale na wiosnę! 






Niestety, gąsienicy zmrocznika gładysza nie udało się przeobrazić w przepięknego, zielono-różowego nocnego motyla. Poczwarka spędziła całą zimę w tej samej szopie, gdzie zimują wszystkie moje owady w różnych stadiach rozwojowych. Stała się dziwnie lekka, ale nie wyszedł z niej żaden pasożyt. Nie wyszła również dorosła ćma, co powinno wydarzyć się pomiędzy majem a lipcem. Dlaczego? Nie wiem i raczej już się tego nie dowiem. 


środa, 3 lipca 2024

[164] Pamiętniki wiosenne

 
2.04
W sobotę zorganizowałam dzieciom kuzyna zabawę w poszukiwanie "zajączka" w ogrodzie. Udało się nam to pierwszy raz od kilku lat - poprzednim razem, gdy się tak bawiliśmy, Młody miał nie więcej niż trzy lata. W międzyczasie na świecie pojawił się Młodszy, ale także koronawirus. A jeśli akurat nie było lockdownu na święta, to zawsze ktoś z rodziny musiał wtedy zachorować. Dopiero w tym roku los puścił do nas oko.
Ukryłam w ogrodzie ozdoby, słodycze i inne drobne upominki, przy czym starałam się zróżnicować poziom trudności kryjówek. Ze względu na różnicę wieku Młodszemu trudno jest dorównać bratu w takiej zabawie, dlatego w pobliżu niektórych kryjówek rozmieściłam żółte trójkąty. Pewne ułatwienie stanowiły też długie zajęcze uszy, którymi ozdobiłam część smakołyków. 
Sama nie wiem, kto miał więcej frajdy - czy chłopcy z szukania, czy ja z patrzenia, jak szukają 😅







17.04
W niedzielę przyszła pierwsza w tym roku burza, po której temperatura obniżyła się aż o dwadzieścia stopni (!). Zanim jednak trzeba było ponownie wyjąć z szafy zimowe ubrania, spędziłam bardzo przyjemnie dwa weekendy z rzędu, korzystając z pięknej pogody. W miniony weekend przyjechał Szczur, więc wybraliśmy się samochodem do lasu i do ogrodu botanicznego. Oczywiście towarzyszyła nam Piękna. Z kolei tydzień wcześniej zapakowałam Piękną do autobusu i zabrałam ją na długi spacer po sąsiedniej miejscowości.
Obserwacji przyrodniczych coraz więcej: w drodze do lasu widzieliśmy wiewiórkę, a w ogrodzie zauważyłam małe kuprówki rudnice tłoczące się w oprzędzie.






27.04
Pierwszy raz po przyjeździe do Nory zastałam w niej nowe życie, którego nie mam zamiaru się pozbywać. Tym razem Szczur nie wyhodował pleśni, tylko... cebulę. 
Bardzo podoba mi się ta cebula, która wykiełkowała w tak niesprzyjających warunkach. Jest urocza! ❤️ Innym roślinom trudno się tu żyje, a ona ma takie grube, mocne pędy. Skoro ma taką wolę życia, to zabiorę ją do domu, żeby ją zasadzić.




2.05
Majówkę czas zacząć.
Ostatni tydzień miałam dość intensywny. W sobotę pojechałam pociągiem do Warszawy na szkolenie, które trwało przez większość niedzieli, po czym musiałam wrócić do domu i pójść przez dwa dni do pracy. Na szczęście przynajmniej tam było dość luzacko, za to walczyłam z paskudną migreną po szkoleniu (standard). Jestem bardzo wdzięczna Szczurowi, który przywiózł mnie ze stolicy i woził przez te dwa dni na trasie dom-praca-dom. Zwłaszcza że nagle zrobiło się gorąco i światłowstręt dokuczał mi niemiłosiernie.
Wczoraj ponownie zakotwiczyliśmy w Norze. Jest z nami Piesa. W tym roku postanowiliśmy spędzić majówkę u Szczura i robić sobie niezbyt dalekie wypady na łono natury. Jak dotąd byliśmy tylko na krótkich spacerkach z Piękną, bo po podróży oboje padliśmy jak muchy. Zdążyłam jednak zaobserwować w parku namiotniki, posiedzieć nad genealogią i zasadzić wyhodowane przez Szczura cebule. Na spacer z prawdziwego zdarzenia, po lesie, mamy zamiar wybrać się po południu. 

5.05
Z cyklu "Normalny związek, normalna rozmowa": 
Ja: No nie wiem, czy nie powinnam zdjąć kołdry z łóżka... Wczoraj Piękna tu leżała. Mogła przenieść jakiegoś kleszcza.
Szczur: I co, myślisz, że on tam do dzisiaj siedzi, pije piwo i czeka, aż się rozbierzesz? 


Grafika wygenerowana przez Bing AI według moich wskazówek


17.05
Tegoroczna jesień prawdopodobnie będzie pierwszą, gdy nie będę narzekać na zbieranie setek orzechów. Całkiem możliwe, że jeszcze za tym zatęsknię i szybko zacznę narzekać na... brak orzechów.
Orzechy włoskie w naszym ogrodzie zakwitły wyjątkowo wcześnie. Kilka dni później wróciły przymrozki i biedne drzewa całkowicie przemarzły. Przez miesiąc stały pozbawione liści, podczas gdy dookoła wszystkie rośliny pyszniły się zielenią. Martwiłam się o te drzewa. Nie chciałabym, żeby doznały jakiegoś trwałego urazu. Odkąd sięgam pamięcią, nigdy nie zdarzyło się im coś podobnego, więc nie wiem, czego się spodziewać w takiej sytuacji. Na szczęście w tym tygodniu orzechy zaczęły nieśmiało wypuszczać liście.




Drzewo ze zdjęcia było w moim życiu od zawsze - zawsze tak samo wysokie i szczodre. W gorące letnie dni babcia od strony taty lubiła przesiadywać w cieniu jego gałęzi i zagadywać każdego, kto przechodził naszą uliczką. Ja wtedy często bawiłam się obok albo wynosiłam na dwór żółwicę Teklę, żeby pospacerowała na świeżym powietrzu. Pod koniec lata razem z kolegami z sąsiedztwa urządzaliśmy wielkie orzechowe zbiory. Kilka lat później, grając z kolegą w badmintona, notorycznie wrzucaliśmy na drzewo lotkę. Pewnego razu na gałęziach zawisły również paletki, którymi próbowaliśmy ją strząsnąć. Interweniował tata przy pomocy miotły.
Łatwo zapomnieć o wdzięczności, gdy coś jest w naszym życiu tak powtarzalne, że wydaje się niezmienne. Może drzewa w tym roku zamiast orzechów postanowiły dać mi coś równie ważnego?

24.05
Ponieważ planujemy wycieczkę za granicę, w tym tygodniu stanęłam przed zadaniem załatwienia dla Piesy paszportu. Przedziwna to procedura, wyrobienie owego paszportu. Otóż pies musi zostać zaszczepiony przeciw wściekliźnie, nawet jeżeli ma aktualne szczepienie. Ba - nawet gdyby został zaszczepiony tydzień wcześniej, nadal musi ponownie dostać szczepionkę. Dawno nie spotkałam się z równie bezsensownym przepisem. Weterynarz zresztą uważa jak ja, że to kompletnie nielogiczne, ale tak właśnie jest i nie da się tego obejść. Piękna pojechała więc na szczepienie, choć już raz w ciągu ostatniego roku je dostała - i to niedawno, w lutym. 
Gdyby kogoś to interesowało, pies musi też mieć wszczepiony czip. Ten wymóg Piękna spełnia jednak od dawna, gdyż założenie psu chipa było jednym z warunków umowy adopcyjnej. Całe szczęście, że chipa nie trzeba wyjmować i wszczepiać ponownie!
Tym sposobem mam teraz w domu czworonożną obywatelkę Europy. Co więcej, moja Piesa ma paszport, mimo że ja go nie mam, bo nigdy nie wyjeżdżałam poza granice Unii 😆
Jak można się domyślać, Piękna nie była zachwycona z wyjazdu do weterynarza, zwłaszcza że zaledwie tydzień wcześniej odwiedziła gabinet z innego powodu. Najbardziej stresowała ją podróż autobusem do sąsiedniej miejscowości. Biedaczka ma lęki związane z drzwiami, więc za każdym razem, gdy ogromne drzwi autobusu otwierają się i zamykają, kuli się i drży. Niestety, nie chciała pójść w miejsce, z którego nie byłoby ich widać. Usiadła naprzeciwko, żeby być jak najbliżej wyjścia, i nie dała się stamtąd ruszyć.
Żeby zrekompensować małej nieprzyjemną podróż, zabrałam ją na krótki spacer po sąsiedniej miejscowości. Gdy tylko znalazła się blisko pól, rozluźniła się i zaczęła węszyć w powietrzu. Po drodze minęłyśmy kilka starych domów, które wyglądały, jakby czas zatrzymał się w latach dziewięćdziesiątych. Na jednej posesji stał drewniany wychodek, podobny do tych, jakich na mojej ulicy było jeszcze kilka, gdy chodziłam do przedszkola. Zauważyłam też okna z podwójnymi szybami, niczym w domu mojej babci. Na pierwszy rzut oka przynajmniej dwa z tych domów wyglądały na opuszczone. Jeden, z kilkoma dużymi oknami i pnącym się między nimi bluszczem, bardzo mi się podobał. Aż żal, że nie mogę się dowiedzieć, jakie wspomnienia skrywa w swoim wnętrzu.





31.05
Zawsze chciałam sprawdzić, jak to jest leżeć w piętrowym łóżku. Jakoś nie miałam okazji - nie jeździłam na kolonie, rodzeństwa nie mam, a u kuzynostwa czy przyjaciół takich łóżek nie było. Nigdy nie przypuszczałabym, że uda mi się to po trzydziestu latach życia i w dodatku za granicą.
Niestety, spać będę raczej na dole, bo mój tyłek ledwie daje się przepchnąć przez maleńkie schodki, najwyraźniej zaprojektowane z myślą o dzieciach.

18.06
Ostatni tydzień roku szkolnego to bez wątpienia jeden z moich ulubionych momentów w roku. Bardzo przyjemnie jest robić różne rzeczy ze świadomością, że robi się je po raz ostatni, ale nie tak całkowicie, ostatecznie, tylko na pewien czas. Ostatni raz podpisuję się w takim czy innym dzienniku. Ostatni raz wchodzę do klasy, która była dla mnie w tym roku największym wyzwaniem. Ostatni raz wstaję o wpół do szóstej. Ostatni raz podlewam rośliny w mojej sali.
Czekam na urlop jak na wybawienie między innymi dlatego, że od kilku lat upały bardzo mnie męczą. Mam wtedy najwięcej stanów lękowych i momentów "niemocy wykonawczej". Lubię słońce i ciepło, ale temperatury powyżej dwudziestu pięciu stopni to ciężki orzech do zgryzienia. W upalne dni trudno mi się zmusić do aktywności, za to nocami doświadczam przypływu energii i mam ochotę sprzątać szafy, piec, robić mydła, stimować przy muzyce (tańcem trudno to nazwać). Dlatego z ulgą witam końcówkę czerwca, gdy mogę przestawić swój rytm dobowy na bardziej intuicyjny. W sobotę już sobie na to pozwoliłam, robiąc mydła i galaretki do trzeciej.





Mimo skwaru staram się codziennie wyjść z Piękną na spacer - wieczorny, a przez to nie zawsze długi, ale mała cieszy się z każdego. Gdy temperatura spada do miłych dwudziestu stopni, ćwiczymy w ogrodzie ulubione sztuczki. Ostatnio Piesa nauczyła się kręcić dookoła swojej osi: na hasło "kółeczko" wsparte gestem robi obroty. Wygląda to cudnie. Pani z fundacji, z której adoptowałam Piękną, napisała, że nie może się napatrzeć, jak ona się zmieniła.
W zeszłym tygodniu miałyśmy z Piękną dwa spotkania z dzikimi zwierzętami, które warto odnotować. W środę poszłyśmy na spacer trochę zbyt późno i na sąsiedniej ulicy przebiegł nam drogę dzik. Zanim wybiegł z zarośli, usłyszałam głośny szelest, ale pomyślałam, że to pewnie lis (parę razy spotkałam je w tym miejscu). Po spotkaniu z dzikiem słyszałam go nadal, więc po cichu wycofałam się. Zapewne w krzakach siedziało więcej dzików. Na szczęście Piesa zachowała spokój - wyraźnie się bała, ale nie zaczęła szczekać ani warczeć. Na widok dzika stanęła jak wryta i czekała na moje instrukcje. 
Z kolei w nocy z soboty na niedzielę odwiedził nas jeż. O wpół do drugiej Piękna wstała i zaczęła domagać się wyjścia na dwór. Wyszłam z nią na chwilę i zobaczyłam tuż przed schodami do domu kolczastego gościa. Trochę się zdziwiłam, bo choć moja łobuziara każdego lata znajduje jeże, ten był wyjątkowo duży. W dodatku usłyszała lub wyczuła go z pierwszego piętra. Ciekawe, swoją drogą, który zmysł najbardziej jej w tym pomógł. I węch, i słuch ma doskonały.




piątek, 19 kwietnia 2024

[163] Pamiętniki lutowo-marcowe

 
2.02
Wyciągnęłam Szczura na prelekcję "Smok w mitach i wierzeniach świata" w Muzeum Azji i Pacyfiku. Pan Jan Gliński z Fundacji Dantian sypał jak z rękawa ciekawostkami o smokach.  Dowiedzieliśmy się, że azjatyckie smoki można rozpoznawać po liczbie pazurów: chińskie na każdej łapie mają ich po pięć, koreańskie - po cztery, a japońskie - po trzy. Jakoś nigdy nie zwróciłam na to uwagi. Co ciekawe, smoki mogą być jednocześnie obu płci, choć zdarzają się też takie tylko i wyłącznie męskie. Według niektórych wywodzą się od tęczy, inni zaś twierdzą, że od ryb. Jedno jest pewne: do najbardziej przyzwoitych sworzeń to one nie należą.
Nigdy bym się nie spodziewała, ilu ludzi przyjdzie na tę prelekcję. Życie przyzwyczaiło mnie, że dookoła prawie nikt nie interesuje się tym samym, co ja. Tymczasem muzeum dosłownie pękało w szwach. Organizatorzy chyba też się tego nie spodziewali. Krzeseł nie wystarczyło dla wszystkich, więc niektórzy stali lub siedzieli na podłodze!
Szczura ucieszyło, że nie tylko dla niego jest ważne, by nie mylić smoka z wiwerną.





4.02
(po drugiej w nocy)
Ależ wieje tej nocy... 
Silny wiatr tutaj słychać inaczej niż w moim rodzinnym domu. Tam, na wsi, dużo świszcze i gwiżdże. Tutaj trzepocze jakąś plandeką, pobrzękuje dzwonkami na czyimś balkonie, stuka bramami.

5.02
Na spokojnym zazwyczaj osiedlu niespodziewanie rozegrały się sceny jak z filmu.
Około czternastej siedziałam sobie w fotelu i czytałam, gdy dobiegły mnie głośne okrzyki od strony patio: "Otwórz drzwi wejściowe! Otwórz drzwi!". Wołanie powtórzyło się kilka razy, więc wyszłam na balkon zobaczyć, co się dzieje. Na patio stali policjanci, strażacy i ratownicy medyczni. Wszyscy zadzierali głowy do góry. 😱
W pierwszej chwili pomyślałam, że może ktoś ukrywa się przed policją albo gdzieś wybuchł pożar. Poczułam niepokój, zwłaszcza na myśl o tej drugiej ewentualności. Gdyby jednak w którymś mieszkaniu się paliło - zastanowiłam się - strażacy staraliby się jak najszybciej tam dostać, wchodząc przez balkon lub wyważając drzwi z drugiej strony. Tymczasem pod balkonami zaczęto szybko rozstawiać sprzęt ratowniczy, który widywałam w różnych filmach, gdy ratowano kogoś skaczącego z okna. Wyglądało to jak trampolina. Teraz już wiem, bo sprawdziłam, iż nazywa się to skokochron - rano jeszcze nie wiedziałam. Na widok tego sprzętu zrozumiałam, że ktoś najprawdopodobniej zamierza targnąć się na swoje życie.
Szczur, który wrócił ze spaceru z Piękną, powiedział mi, że na ulicy po przeciwnej stronie bloku też roi się od służb. Stały tam trzy wozy strażackie, ambulans i trzy samochody policyjne. Nigdy wcześniej nie widziałam akcji ratunkowej z udziałem tylu ludzi i pojazdów - i to akurat dobrze. Nikomu nie życzę, by on albo ktoś z jego bliskich znalazł się w podobnej sytuacji. 
Cała akcja trwała może godzinę. W końcu za którymś razem, gdy wyjrzałam przez okno, zobaczyłam strażaków składających sprzęt. Wozy strażackie po kolei odjechały, po nich dwa policyjne. Najwyraźniej udało się przekonać osobę, której życie było zagrożone, żeby wsiadła do ambulansu. Karetka została pod blokiem najdłużej, w końcu jednak i ona odjechała na sygnale. W międzyczasie zajęłam się swoimi domowymi obowiązkami, ale moje myśli jeszcze długo wracały do tego, co widziałam.


Grafika wygenerowana przez Bing AI według moich wskazówek


7.02
Przedwczoraj uświadomiłam sobie, że ferie upływają w mgnieniu oka, a ja nie zrobiłam większości rzeczy, które sobie zaplanowałam. Nawet - wstyd się przyznać - nie skończyłam żadnej książki, choć przywiozłam ich kilka! Wszystko przez drzewo genealogiczne. Stwierdziłam, że trzeba to zmienić, i zabrałam się do roboty.
Dzisiaj jestem już znacznie bardziej zadowolona: przeczytałam dwie książki, powtórzyłam większość materiału do egzaminu, pozbyłam się przeterminowanych kosmetyków i produktów spożywczych, zaczęłam układać 1000-elementowe puzzle Anne Stokes z dziewczyną i smokiem, a przede wszystkim umyłam lodówkę. Tego ostatniego strasznie nie chciało mi się robić, ale wiedziałam, że muszę się za lodówkę zabrać teraz, bo latem męczą mnie upały i ostatecznie zawsze odkładam to "na świętego Dygdy, co go nie ma nigdy".
Tłusty Czwartek to nie całkiem moja bajka, gdyż od tłustego jedzenia zdecydowanie wolę słodkie. Pączki smakują mi najbardziej, gdy upiecze je moja mama. Uwielbiam za to faworki - kojarzą mi się z wizytami u babci, gdzie w pobliskiej cukierni rodzice kupowali faworki - ale jeszcze nie potrafię ich piec. Zrobiłam więc czekoladowe babeczki ze skórką pomarańczową. Nie wiem, czy Szczur pomoże mi je zjeść, czy też będę musiała zrobić to sama, bo na gości póki co się nie zanosi (chyba że zdjęcia babeczek zachęcą kogoś do odwiedzin w Norze - w takim przypadku zapraszam!). Tak czy siak, wyszły smakowicie.


Puzzle po ułożeniu



9.02
Tłusty Czwartek w tym roku jakoś przyćmił w mediach społecznościowych dzisiejsze święto - Dzień Pizzy. U nas jednak była, i to już wczoraj. Zrobiliśmy sami. Znając życie, dzisiaj pewnie były różne promocje, więc na pizzę czekałoby się bardzo długo 🍕

15.02
Pierwsza zapowiedź przedwiośnia.




18.02
Na ten weekend nie miałam sprecyzowanych planów, ale nigdy bym nie przypuszczała, że będę tak źle się czuć. Przywlekłam jelitówkę, zapewne z pracy. Choroba zaatakowała mnie w sobotę po obiedzie. Szczegółów opisywać nie będę, bo każdy wie, jak to paskudztwo wygląda. Jestem tak przeczołgana, że nie umiem ustać na nogach.
Ogólnie nie przepadam za piciem wody, na co dzień piję głównie bardzo słabą herbatę. Teraz jednak każdy łyk wody smakuje jak ambrozja.

23.02
Internet poinformował mnie, że piątek był Światowym Dniem Walki z Depresją. 
W stories na profilu @wyjatkowa.hania na Instagramie przeczytałam takie zdanie napisane przez @agaszuscik: "Diagnoza onkologiczna równa się ogromny kryzys. To za dużo dla jednego człowieka czy jednej rodziny". A co można dodać, kiedy ta diagnoza nie pozostawia żadnego okienka na nadzieję?
W mojej rodzinie obecnie wszyscy są w kiepskim stanie psychicznym, mimo że zaopiekowani medycznie. Po tacie widać najmniej, gdyż on ma skłonności do przykrywania negatywnych emocji żartami i podśpiewywaniem. Udało mi się sprawić, że mama powiedziała lekarzom o swoim samopoczuciu, więc teraz ona też bierze leki. Ja dzięki swoim na zewnątrz nieźle funkcjonuję, ale gdy nie mam zajęcia (staram się je mieć jak najczęściej), ciągle dopadają mnie ponure myśli. Nie potrafię planować dalej niż kilka dni do przodu, bo nie umiem wyobrazić sobie, co będzie z tatą za trzy czy sześć miesięcy. Może i powinnam myśleć o swojej przyszłości, ale jak, kiedy tata jest leczony paliatywnie? Nie mam serca do tego. Nawet nie wiem, ile czasu nam zostało we troje. A kiedy już śpię, śnią mi się paskudne rzeczy: szpitale, choroby, ludzie z jakimiś ranami...
Boję się kolejnych pór roku. Zimą jakoś łatwiej mi żyć z tym wszystkim, jakbym była kompatybilna ze światem dookoła, ale na myśl o trzydziestostopniowym upale i letnich ubraniach czuję ucisk w gardle. 


Grafika wygenerowana przez Bing AI według moich wskazówek


24.02
W poprzedni weekend Piękna wiernie towarzyszyła mi w czasie choroby. Teraz przyszedł czas, żeby odwdzięczyć jej się tym, co lubi najbardziej, czyli długim spacerem wzdłuż łąk, gdzie można w nieskończoność wąchać i sznupać. 
Wracając do domu, Piesa pierwszy raz od jesieni spotkała swojego kawalera. 

12.03
Niedawno zostało otwarte egzotarium w Sosnowcu, które w ciągu ostatnich paru lat przeszło gruntowną przebudowę. W niedzielę mnie i Szczurowi nareszcie udało się tam dotrzeć. Zabraliśmy też moją kuzynkę. Dobrze mi zrobił ten wyjazd, bo ostatnie dwa tygodnie miałam bardzo męczące - zastępstwo za zastępstwem i tak każdego dnia, a tata znowu był w szpitalu. W egzotarium w końcu poczułam się naprawdę zrelaksowana.
Podobnie jak w przypadku planetarium, na pewno będę trochę tęsknić za starym budynkiem, ale nie da się ukryć, że to miejsce od dawna zasługiwało na porządne dofinansowanie. W nowym wydaniu wygląda pięknie - przypomina palmiarnię w Gliwicach, tyle że zwierząt oczywiście jest więcej. Terraria są olbrzymie, dużo większych rozmiarów niż dawniej. Pojawiły się nowe gatunki zwierząt, a przede wszystkim całe mnóstwo roślin. Ekspozycję podzielono na strefy klimatyczne, co da się odczuć na własnej skórze, zwłaszcza w części tropikalnej. Pufy i ławki dają możliwość zatrzymania się na dłuższą chwilę, żeby poobserwować zwierzęta w trybie pełnego relaksu.
Tuż przed zamknięciem egzotarium załapaliśmy się na karmienie ptaków. Na widok opiekunki niosącej miski z jedzeniem ptaki narobiły takiego hałasu, że trudno było usłyszeć, co mówi osoba obok. Tukan chętnie jadł z miski trzymanej w ręce, a papugi bezpośrednio z ręki.








24.03
W piątek znalazłam w skrzynce pocztowej kolejną wyczekiwaną pocztówkę z Afryki. Botswana jest czterdziestym pierwszym afrykańskim państwem w mojej kolekcji. Do zdobycia zostało jeszcze dziesięć państw, nie licząc Somalii, gdzie nie ma poczty, oraz Sudanu Południowego, gdzie sytuacja jest bardzo trudna.




30.03
W czwartek pojechałam do Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego, by podejść do egzaminu teoretycznego. Powtarzałam samej sobie, że nic się nie stanie, jeśli nie zdam i będę musiała spróbować kolejny raz, a mimo to lekki stresik był. Zwłaszcza w drodze do ośrodka, gdy zaczęłam się bać, że... zgubię się w okolicy i nie zdążę na egzamin. Maltretowałam w kółko piosenkę Luny "The Tower", która nastraja mnie bojowo.
Przed egzaminem wszyscy zdający mieli chwilę na zapoznanie się z instrukcją obsługi programu i rozwiązanie pięciu pytań próbnych (nie mają one wpływu na wynik). Już po przeczytaniu tych kilku pytań poczułam, że się rozluźniam, bo żadne mnie nie zaskoczyło. Z pozostałymi było podobnie - moja pamięć wzrokowa od razu rozpoznała niektóre zdjęcia i filmy, co podziałało uspokajająco. Trafiło się kilka podchwytliwych pytań, ale większość znałam z aplikacji, z którą się uczyłam. Musiałam być dobrze przygotowana, ponieważ zdałam bez problemu.
Fajnie mieć już z głowy tę część egzaminu. Z częścią praktyczną nie pójdzie tak łatwo, ponieważ stres o wiele bardziej wpływa na moją uwagę i koordynację niż na pamięć długotrwałą. Poza tym nadal jestem nogą, jeśli chodzi o parkowanie tyłem (i pomyśleć, że to Szczura ulubiony sposób parkowania!) - muszę nad tym popracować. Nastawiam się mentalnie, że mogę potrzebować wielu podejść do egzaminu, podobnie jak swego czasu Włóczykij. Zamierzam jednak się nie poddawać i próbować, dopóki nie zdam. Bardzo, ale to bardzo zależy mi na prawie jazdy. 
A tu i teraz... cieszę się, że wykorzystałam na egzamin dzień wolny od pracy i że pozbyłam się jednego obowiązku: regularnego zajmowania się aplikacją z testami. Nareszcie mogę wyrzucić ze swojej łepetyny szereg niepraktycznych informacji. Oczywiście część przyswojonej wiedzy musi ze mną pozostać na całe życie, ale takie dane jak dopuszczalna długość wystającego ładunku czy prędkość ciągnika rolniczego - niekoniecznie. W razie potrzeby zawsze mogę zapytać wyszukiwarkę. A już maksymalna prędkość, z jaką wolno przewozić dziecko do lat siedmiu na motocyklu, to dla mnie totalna abstrakcja, gdyż nie planuję ani dziecka, ani motocykla.

Cytat dnia:
Młody (syn kuzyna): Wiecie, jaki jest mój ulubiony owad? Wielbłądka pospolita, bo ugryzła tatę.