Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzea. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzea. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 września 2024

[167] Pamiętniki sierpniowe


4.08
W piątek poznałam kolejne ciekawe miejsce na mapie Warszawy - Fabrykę Norblina. To duży kompleks pełen lokali gastronomicznych, sklepów i punktów usługowych, który powstał w odnowionych budynkach dawnej fabryki wyrobów metalowych. Na trzecim piętrze znajdują się eleganckie kino i galeria Art Box Experience. Przechadzając się, można też przy okazji zwiedzić Muzeum Fabryki Norblina. Eksponaty rozproszone są po całym obiekcie i już na pierwszy rzut oka zachęcają, żeby do nich podejść. Nie miałam pojęcia, że w Warszawie istnieje takie muzeum, a Szczura na pewno zainteresowałby spacer tropem maszyn. Tym razem jednak umówiłam się w Fabryce Norblina z Olą, by pójść razem na wystawę o Fridzie Kahlo.
"Frida Kahlo. Życie ikony" nie jest typową wystawą, jakiej wyobrażenie przychodzi nam do głowy, gdy myślimy o konkretnym artyście. Przede wszystkim próżno szukać tam obrazów wiszących na ścianach. Wystawa koncentruje się na życiu Fridy i jej osobowości, a obrazy pojawiają się raczej jako elementy kolaży, animacji i innych form wyrazu. Myślę, że w ostatnich latach zdążyliśmy się już przyzwyczaić do wystaw angażujących wszystkie zmysły. Tutaj jednak twórcy poszli o kilka kroków dalej, jeśli chodzi o wykorzystanie nowoczesnych technologii. Nic nie jest statyczne, wszędzie coś się porusza, obrazy zmieniają się, gra nastrojowa meksykańska muzyka. Cała przestrzeń tętni życiem. Samemu też można stać się częścią tego życia - włożyć trójwymiarowe okulary, stworzyć swoje zdjęcie w stylu autoportretów Fridy czy pokolorować jej portret i wyświetlić go na ścianie w formie animacji.
Na osobną wzmiankę zasługuje seans w sali VR, gdzie po założeniu specjalnych okularów przeniosłyśmy się na dziesięć minut do innej rzeczywistości, oglądanej z perspektywy Fridy. Znalazłyśmy się w samym środku pokoju malarki, w łóżku, które po strasznym wypadku na długie miesiące stało się centrum jej świata. Następnie razem z tym łóżkiem odbyłyśmy podróż do świata wyobraźni, pełnego symboli i motywów charakterystycznych dla twórczości Fridy. Seans trwał zaledwie dziesięć minut, ale po odłożeniu sprzętu wydawało mi się, że byłam "tam" kilka godzin. Było to moje pierwsze doświadczenie z wirtualną rzeczywistością, bardzo pozytywne. Na stronie galerii widziałam ostrzeżenie dla osób z lękiem wysokości, ale ja go nie doświadczyłam - przeciwnie, podobało mi się wrażenie bycia wysoko nad ziemią. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to zbyt głośna muzyka w sali, która nakładała się na muzykę z seansu, zakłócając mi odbiór dźwiękowej części tego przeżycia. Raczej nie wynikało to z neuroatypowego postrzegania świata, bo po seansie Ola skarżyła się na to samo.








Po wystawie Ola przyjechała ze mną do Nory, również pierwszy raz. Po kilku latach namawiania w końcu się udało. Mogłam więc zapoznać ją z Piękną, a Piesa dość szybko przezwyciężyła nieśmiałość i pozwoliła na delikatne głaski. Oczywiście nie oparła się "kosteczce" z ręki nowej znajomej. Wyjęłyśmy z zamrażarki lody, poszłyśmy razem na spacer po osiedlu i po parku na zewnątrz, a później zjadłyśmy pizzę w towarzystwie Szczura. Zdążyłyśmy nawet zagrać w kilka wariantów potterowych Dobbli. Kiedy Ola opuszczała Norę, było wpół do pierwszej w nocy. Padłam jak kłoda na łóżko i zasnęłam natychmiast. Dopiero o piątej uświadomiłam sobie, że leżę nie przykryta i zrobiło mi się zimno. 
Choć cały plan spotkania się powiódł, nie obyło się bez zaskakującej przygody. Gdy Ola, Piękna i ja wracałyśmy z długiego spaceru, usłyszałyśmy wyraźny, dość głośny szelest dochodzący z krzaków. Zarówno Ola, jak i Piesa przestraszyły się. Na mnie ten dźwięk nie zrobił to wrażenia, ponieważ sporo mieszkańców osiedla puszcza luzem swoje psy i spodziewałam się, że jednego z nich za chwilę zobaczymy. Powiedziałam: "Nie ma się co przejmować, to na pewno większy pies. Tutaj nie ma dzików ani innych dużych zwierząt". Chwilę później z krzaków wystrzelił dzik - co prawda nie tak duży jak ten spotkany przeze mnie w czerwcu, ale jednak dzik, dorosły dzik - przeciął ścieżkę i zniknął w krzakach. Byłam w szoku. Odkąd pamiętam, w okolicy nigdy nie było dzików! 
Wczoraj wieczorem, kiedy siedzieliśmy sobie ze Szczurem na dworze i oglądaliśmy "Mroczne Materie", usłyszałam fragment rozmowy dwojga ludzi. Padło w niej słowo "dzik". Podeszłam więc i zapytałam, czy oni też spotkali tego nieproszonego gościa. Okazało się, że nie, ale słyszeli od innych, iż parę razy już się pojawił. Wczoraj był widziany w okolicy ogrodu społecznościowego. Podobno Straż Miejska nie chce na razie odławiać tego dzika. Mieszkańcy nadali mu imię Andrzejek. Niektórzy naiwnie twierdzą, że go spotkali i nie jest agresywny. Ja tam nie robiłabym sobie podobnych złudzeń względem dzikiego zwierzęcia. W parku bawią się dzieci, biegają luzem psy. Stanowczo wolałabym, żeby Andrzejek wrócił, gdzie jego miejsce... do lasu.

5.08
Polubiłam wieczorny relaks z Piękną w osiedlowym parku. Jeszcze w poprzednie wakacje bałam się spuścić ją z oka, ale teraz trzyma się mnie tak ładnie, że mogę siedzieć sobie na ławce i czytać. Czasami odchodzi kawałek dalej, żeby zbadać coś nosem lub przywitać się z innym pieskiem, ale zawsze mam ją w zasięgu wzroku. Kiedy się znudzi, siada albo kładzie się obok mnie i tak sobie razem odpoczywamy. 
W zeszłym tygodniu wpadłam na pomysł, abyśmy dokończyli ze Szczurem "Mroczne Materie", siedząc w parku. Szczur nie znosi bezczynnego siedzenia w jednym miejscu, jednak chętnie towarzyszy mi na dworze, jeśli może coś czytać lub oglądać. Warto więc korzystać, dopóki się da. Nowiutki laptop na razie potrafi długo funkcjonować bez kabla, aczkolwiek nie łudzę się, że w przyszłości to się nie zmieni. 
Jednego razu wypróbowaliśmy w parku grę "Escape Room: Misja w Tokio" którą Szczur dostał w prezencie od Marcina. Gra okazała się zaskakująco trudna. Mimo że dawaliśmy z siebie wszystko, popełnialiśmy błąd za błędem. Wykładaliśmy się przede wszystkim na zagadkach wymagających zauważenia jakiegoś drobnego szczegółu na kartach. Ciekawe, bo percepcja wzrokowa należy do moich najmocniejszych stron, a tutaj miałam problem z selekcją informacji. Zwracałam uwagę nie na to, co trzeba. Ostatecznie znacznie przekroczyliśmy czas, ale i tak przegraliśmy. Szczerze mówiąc, rozwiązywanie zagadek w escape roomach idzie nam obojgu o niebo lepiej. Za jakiś czas pewnie wrócimy do tej gry, żeby spróbować jeszcze raz. 




8.08
Niebawem Szczur, Piesa i ja wyruszamy na spotkanie nowych przygód... gdzieś, gdzie nas jeszcze nie było. Zanim jednak zaczęliśmy się pakować, pojechaliśmy na Wolę spotkać się z Marcinem i Anią, jego dziewczyną. Okazało się, że mają nocleg bardzo blisko Cosmos Muzeum. Wobec tego umówiliśmy się właśnie tam. Nie mieliśmy zbyt dużo czasu razem, bo Ania i Marcin musieli zdążyć na pociąg czy autobus (nie zapamiętałam), ale na zwiedzenie tego miejsca półtorej godziny wystarczyło.
Cosmos Muzeum jest bardzo, bardzo podobne do Muzeum Świat Iluzji na Starówce, w którym byliśmy ze Szczurem kilka lat temu. Każdy element wystawy albo bazuje na doświadczaniu iluzji, albo w atrakcyjny sposób, poprzez zabawę, przybliża jakieś zjawisko fizyczne. Niektóre eksponaty i instalacje znaliśmy już ze Świata Iluzji, a Marcin i Ania z Centrum Nauki Kopernik, ale nie przeszkadzało nam to. Dobrze się bawiliśmy i mieliśmy wiele okazji do śmiechu.
Mój prywatny ranking najfajniejszych atrakcji:
1. Tunel vortex - za drugim razem uwielbiam tak samo.
2. Pokój nieskończoności.
3. Zagadka z figurami, które ułożone na dwa różne sposoby dają za każdym razem inne pole powierzchni - to naprawdę zabiło nam klina! Bez dwóch zdań muszę pokazać Tacie.
4. Pokój dający efekt lustrzanego tunelu.
5. Urządzenie z kulkami unoszącymi się pod wpływem wydmuchiwanego powietrza.
6. Labirynt luster.
Swoją drogą, mam wątpliwości, czy słowo "muzeum" jest adekwatnym określeniem dla takich miejsc. Może zbyt wąsko postrzegam znaczenie tego słowa, ale wydaje mi się, że określenie "dom iluzji" czy "gabinet iluzji" pasowałoby o wiele bardziej. Zresztą, "Cosmos Muzeum" w ogóle brzmi niesłychanie  myląco - słysząc taką nazwę, spodziewałabym się raczej tematyki związanej z astronomią lub astronautyką. A tu... lustra i wielki suchy basen z kulkami.







18.08
Wyszłam dzisiaj na dwór dosłownie na pół godziny, bo było nieziemsko parno, a ja od rana walczę z migreną. Wyszłam tylko dlatego, że trzeba wyprowadzać psa. Szybko jednak skierowałam się w stronę ławki, żeby odpocząć. Usiadłam na ławce. Rozejrzałam się, a tam... na lewo ode mnie, na tejże ławce, siedziała szczotecznica szarawka!




24.08
W piątek odwiedziła nas Paulina z planszówką "Na skrzydłach smoków", którą chcieliśmy przetestować. Mechanika tej gry jest niemal identyczna co w "Na skrzydłach" - jednej z moich ulubionych gier - ale zamiast ptaków wabimy smoki. Wprowadzono też kilka zmian względem pierwowzoru, przez co rozgrywka stała się dłuższa. 
Początkowo nie umiałam połapać się w nowych zasadach, które jakby nakładały się w mojej głowie na te wyuczone. Zanim ogarnęłam wszystkie zmiany, dosłownie dymiła mi czacha. Mniej więcej w połowie gry poczułam jednak, że coś "kliknęło", jakby brakujące puzzle trafiły na swoje miejsca, i od tego momentu zaczęło mi się grać naprawdę przyjemnie. Dużo radości sprawiało mi poznawanie gatunków smoków. Cudowne ilustracje i urocze nazwy gatunków są niewątpliwymi atutami tej gry. 
Po podliczeniu punktacji okazało się, że wygrałam, co najbardziej zdziwiło mnie samą. Owszem, ogrywam Szczura w "Na skrzydłach", ale potrzebowałam czasu na ogarnięcie wszystkich nowości. Poza tym Szczur jest świetnym strategiem i ogrywa mnie w wiele innych planszówek, a Paulina to prawdziwy wyjadacz wszelkiego rodzaju gier. Może to znak, że powinnam założyć hotel dla smoków.
Grę gorąco polecam!




poniedziałek, 25 grudnia 2017

[47] Podsumowanie lata


Minęła jesień, a mnie przez cztery miesiące nie udało się znaleźć wystarczająco dużo wolnego czasu, żeby na spokojnie spisać wspomnienia z wakacji. Zajmowałam się głównie pracą, planowaniem pracy i odsypianiem po pracy. Dlatego dziś będzie tutaj trochę przekornie - mimo początku kalendarzowej zimy, calutki post o lecie. W punktach, żeby tradycji stało się zadość.


1. Podobnie jak rok wcześniej, spędziłam prawie całe wakacje ze Szczurem. Przez większość czasu pomieszkiwałam w jego Szczurzej Norce, ale spędziliśmy też po kilka dni u mnie, w Górach Świętokrzyskich i w Beskidzie Żywieckim. Także i tym razem nie pozabijaliśmy się, choć z kilku powodów (między innymi źle dobranych pigułek antykoncepcyjnych, które uczyniły ze mnie istotę bardziej zmierzłą i czepialską niż zwykle) było trudniej niż poprzednio. Zdarzały się kłótnie, meltdowny, a nawet całkowicie nieudane, kryzysowe dni. Na szczęście dobrych chwil było więcej. I na szczęście nadal jesteśmy razem.

2. Także i w te wakacje gotowałam sobie prawie wszystkie obiady podczas pobytu u Szczura. Przygotowywanie posiłków czasem daje mi satysfakcję, ale ponieważ nadal jest dla mnie bardzo męczące (zwłaszcza umysłowo), nie mogłam się nacieszyć obiadami mamy i tymi w hotelowych restauracjach.

3. Kupiłam kilka rzeczy do szczurzej kuchni, których mi w niej brakowało podczas gotowania. Po tych zakupach poczułam się bardzo zadomowiona, jakbym jedną nogą mieszkała w Norze.

4. Jeśli chodzi o motyle, tegoroczne lato było wyjątkowe. Z zimujących jaj Safony wylazło mnóstwo larw, większość musiałam wypuścić już na tym etapie życia, ale i tak wyhodowałam tyle Safonidów, że w końcu straciłam do nich rachubę. Udało mi się też je rozmnożyć i uzyskać kolejne pokolenie. Wyhodowałam i wypuściłak też trzy niedźwiedziówki nożówki, pięć rusałek pawików, jedną błyszczkę jarzynówkę. Przez mój dom przewinęło się też kilka larw, których tożsamości nie poznałam, bo były spasożytowane lub z nieznanych przyczyn nigdy nie opuściły kokonów. Największą klapą okazała się próba hodowli larwy widłogonki, która nagle rozchorowała się i zmarła. Uważam jednak ten rok za bardzo udany.

5. W ostatnim tygodniu wakacji zebrałam się na odwagę i kupiłam larwy pierwszego w moim życiu egzotycznego motyla - pawicy atlas. Gąsienice te sprawiały mi później radość aż przez dwa miesiące.

6. Wyciągnęłam kumpla na spotkanie w mieście, w którym oboje studiowaliśmy i poznaliśmy się. Pogadaliśmy, zjedliśmy na mieście i powłóczyliśmy się jak za dawnych czasów. Za każdym razem, gdy wracam do tego miasta, towarzyszą mi ambiwalentne uczucia - zarówno ulga, że już nie studiuję, jak i tęsknota za czasem, który nie wróci, za naszym ówczesnym idealizmem, ulubionymi miejscami i dobrymi dniami. Od czasu do czasu lubię wracać na stare śmieci.

7. Kupiliśmy ze Szczurem nową, rewelacyjną grę planszową ("Wsiąść do pociągu") i... nie zagraliśmy w nią w wakacje ani razu, dopiero jesienią. Prawdziwy game fail!

8. Pojechałam do domu urodzenia Fryderyka Chopina w Żelazowej Woli. Chciałam zwiedzić to miejsce od dziecka, od momentu, gdy przeczytałam czytankę o nim i wydało mi się ono bardzo romantyczne. A wycieczka moje przypuszczenia potwierdziła. Park botaniczny otaczający dom, w którym Chopin przyszedł na świat, jest naprawdę klimatyczny. I mówię to ja, miłośniczka lasów, często całkowicie obojętna na uroki parków i ogrodów zaprojektowanych w najmniejszych szczegółach przez ludzi. Ten park ma w sobie "to coś".

9. Odwiedziłam swoją ulubioną warszawską pizzerio-restaurację. Pizza była jak zwykle przepyszna, ale bardzo przygnębił mnie fakt, że z powodu zmiany menadżera z menu zniknęły wszystkie inne lubiane przeze mnie dania, które byłam w stanie zjeść.

10. Byłam (już drugi raz) w Centrum Nauki Kopernik.





11. W pierwszym tygodniu pobytu w Norce przespacerowałam się po Cytadeli Warszawskiej. Dzień był wtedy pochmurny, deszczowy i w pewien sposób odpowiedni, by poznać to miejsce. Oprócz cmentarza, Bramy Straceń i drogi, którą prowadzono skazańców na śmierć, zapamiętałam... żaby. Idąc fosą, mijałam dziesiątki małych żabek, takich naprawdę tycich, jakby dopiero wyszły na ląd.

12. Poszłam ze Szczurem do kina na "Czerwonego żółwia".

13. Spędziłam popołudnie ze Szczurem u jego rodziców. W gruncie rzeczy z rodzicami Szczura widziałam się w te wakacje kilka razy, ale najbardziej zapamiętam tamto popołudnie, kiedy to podglądaliśmy na werandzie kopulujące Safonidy.

14. Przetrwałam grypę żołądkową. To była zdecydowanie jedna z najgorszych rzeczy, jakie kiedykolwiek przydarzyły mi się w wakacje. W dodatku dopadła mnie daleko od domu, w drugim tygodniu pobytu u Szczura. Byłam tak osłabiona gorączką i silną biegunką, że nie miałam siły robić sobie jedzenia. Picie sprawiało mi bardzo duże problemy, po każdym łyku miałam silne skurcze żołądka, przez co bałam się pić, a jednocześnie wiedziałam, że muszę. Psychika posypała mi się momentalnie. Nie wiem, co by ze mną było, gdyby nie Szczur, który wzywał do mnie lekarzy, szedł nocą do apteki czy gotował mi ryż. Po chorobie zdecydowałam się na powrót na kilka dni do domu, żeby wyciszyć lęki i nie musieć martwić się o jedzenie. Lekkostrawne posiłki mamy dość szybko postawiły mnie na nogi. To, że mogłam znowu jeść i pić bez skurczów żołądka, jeszcze długo wydawało mi się tak cudowne, że parę razy o mało się nie rozpłakałam.

15. Niestety, tylko raz pojechałam do Kampinosu, wbrew temu, co sobie obiecywałam przed wakacjami. Tak jakoś wyszło. W dodatku z jedynego spaceru po Puszczy nie pamiętam żadnych szczegółów, bo to właśnie tamtego dnia dopadła mnie grypa żołądkowa. Chodziłam wtedy dziwnie otępiała i bolała mnie skóra. Dopiero kilka godzin później, gdy zaczęła się ostra biegunka, zdałam sobie sprawę, że tam, w lesie, miałam już gorączkę.

16. Brak szczęścia do Kampinosu na szczęście nie oznaczał braku kontaktu z lasami. Chodziłam po lasach zarówno w górach, w okolicy mojego rodzinnego domu, jak i w pobliżu Szczurzej Norki. W lesie położonym blisko Nory odkryłam bardzo fajną ścieżkę zdrowia, pełną urządzeń dobrych do ćwiczenia równowagi i propriocepcji.

17. Pierwszy raz od czasów dzieciństwa huśtałam się na prawdziwej huśtawce! I nawet nie miałam problemów ze zmieszczeniem się!

18. Zwiedziłam kolejne zamki: zamek w Liwie, Krzyżtopór w miejscowości Ujazd oraz zespół pałacowo-zamkowy w Żywcu, który składa się ze Starego i Nowego Zamku. Spośród nich największe wrażenie zrobił na mnie Krzyżtopór. Są to naprawdę ogromne ruiny, o wiele większe niż się spodziewałam. Tras dla zwiedzających wyznaczono tam kilka, a najlepsze jest to, że nawet podziemia można zwiedzić samemu, bez żadnych dodatkowych opłat, obowiązku chodzenia z grupą obcych ludzi i innych neurotypowych "atrakcji".

19. Na samym początku wakacji wybraliśmy się też ze Szczurem do zamku w Chudowie, ale tego zamku nie udało się nam zwiedzić. Pocałowaliśmy klamkę, a właściwie kołatkę, z powodu zwolnienia lekarskiego osoby odpowiedzialnej za zamek. Mimo to nie uważam wycieczki za nieudaną, bo odbyliśmy przyjemny spacer po okolicy. Szczególnie spodobały mi się rozmieszczone dookoła zamku rzeźby przedstawiające niektóre istoty nadprzyrodzone z polskich legend. Ciekawie było też zobaczyć głaz narzutowy "przyniesiony" przez lądolód plejstoceński z terenów dzisiejszej Szwecji.

20. Wracając do Nory po odżywieniu mnie przez mamę, zahaczyłam o znany nam już zamek w Olsztynie. Trafiliśmy tam ze Szczurem na jakąś imprezę masową, były tłumy, stragany i hałas, ale i tak poszliśmy przywitać się z ruinami. Stwierdziłam, że temu akurat zamkowi najbardziej służy ponury klimat bezśnieżnej zimy, a latem to nie to samo.

21. Odwiedziłam moją wieloletnią kumpelę w jej nowym warszawskim mieszkanku. Spędziłyśmy razem większość dnia, zajadając pyszne ciastka, pokazując sobie nawzajem zdjęcia z wyjazdów i oglądając komedię romantyczną ("Zanim się pojawiłeś").

22. Byłam w Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego w Pruszkowie. To było muzealne odkrycie lata! Spodziewałam się raczej wynudzenia się, a tymczasem wyszłam stamtąd po dwóch godzinach naładowana ilością nowych informacji i pozytywnie zaskoczona - umiejętnością zainteresowania gościa zupełnie nie znającego się na rzeczy, miłym kontaktem z pracownikami muzeum, ich szeroką wiedzą, możliwością wzięcia do ręki replik eksponatów... W dodatku muzeum jest moim zdaniem stworzone dla osób z ASD, jeśli chodzi o warunki sensoryczne. A wiedzieliście, że w starożytności faceci z mazowieckiego nosili koki?

23. Przekonałam się, że w mazowieckim każda wieś ma swój słup z bocianim gniazdem. Może to zabawne, ale byłam zaskoczona, licząc te gniazda z okien samochodu. W mojej okolicy bociany widuję tylko na mokradłach, ale żeby tak sobie założyły gniazdo w środku wsi - nie, nigdy.

24. Zdobyłam trzy góry: Łysicę, Łysą Górę vel Święty Krzyż oraz Magurkę. O pierwszych dwóch już pisałam tutaj. Wlazłam też na dwa wierzchołki wzgórza Grojec, zwane Małym i Średnim Grojcem.

25. Wracając z Grojca, przeżyłam bardzo ekscytujący wieczór. Rozpoczęcie wycieczki późnym popołudniem w połączeniu z moją niezbyt mądrą decyzją, aby nie kończyć chodzenia na Średnim Grojcu i próbować dotrzeć jeszcze do Dużego, doprowadziło do tego, że ja i Szczur zgubiliśmy się. Szlak nie był dobrze oznaczony i w pewnym momencie urwał się w lesie. Jakiś czas później zdaliśmy sobie sprawę, że się ściemnia, do wierzchołka nadal daleko, a my od dłuższego czasu idziemy lasem i nie przybliżamy się do celu. Nastąpił odwrót. Szliśmy szybciej niż zwykle, mimo to wkrótce otoczyła nas ciemność. Przekonałam się, że w górach naprawdę szybko zapada noc, a jest to noc inna niż w mojej okolicy - ciemniejsza, pełna odgłosów mniej przyjaznych niż "w domu" i generalnie full of zasadzkas. Najtrudniejszy był pewien odcinek usiany błotnistymi wyrwami w ziemi. Później, ponieważ nie było szans na odnalezienie "naszego" szlaku, schodziliśmy drogą, wzdłuż której ustawiono stacje drogi krzyżowej. Światełka tych stacji wskazywały drogę. Przydały się też zapasowe baterie do latarki. Po zejściu ze wzgórza po zupełnie innej stronie niż ta, z której przyszliśmy, trzeba było jeszcze znaleźć drogę do domu przez kawał miasta - tu za przewodnika mieliśmy koniec języka i... rzekę. Może to niezbyt mądre, co napiszę, ale droga powrotna z Grojca była tak ekscytującą przygodą, że już w drodze poziom hormonów dawał mi się mocno we znaki, a po powrocie mimo zmęczenia nadal byłam zbyt podniecona, żeby ot tak zasnąć. Chyba po prostu jestem zwariowańcem.

26. Znalazłam się także na górze Żar, ale w tym przypadku wyjątkowo wjechałam na szczyt kolejką linowo-terenową. Góra Żar jako jedyna rozczarowała mnie. Podejście okazało się być z mojego punktu widzenia całkowicie nieatrakcyjne - prosta droga, dzikie tłumy i zero bliskiego kontaktu z przyrodą. A ponieważ ja chodzę po górach właśnie dla spokoju i kontaktu z przyrodą, a nie po to, aby zaliczać kolejne szlaki jak przedmioty w szkole, po prostu to podejście olałam i po krótkiej naradzie ze Szczurem zdecydowaliśmy się na kolejkę. Kolejką tego typu, naziemną, jechałam pierwszy raz. Schodzenie okrężną drogą było już dla mnie przyjemniejsze z racji samotności, ale nadal niezbyt atrakcyjne, jeśli chodzi o widoki i przyrodę. Tę górę uznałam za przereklamowaną.

27. Drugi raz w życiu byłam w schronisku górskim. Kupiłam sobie tam książeczkę do zbierania pieczątek ze schronisk - nie sądzę, żebym kiedyś zebrała je wszystkie, bo wiele szlaków jest zbyt trudnych jak na moje możliwości, ale nie mam takich ambicji. Książeczka po prostu mi się spodobała.

28. Pierwszy raz w życiu byłam w jaskini. Naprawdę! W mojej okolicy nie ma jaskiń, a dotychczasowe wyjazdy nie dały mi takiej okazji. Początkowo planowaliśmy ze Szczurem zwiedzić jaskinię Raj, ale ponieważ trudno się tam dostać (konieczność wcześniejszej rezerwacji), ostatecznie wybraliśmy mniejsze i mniej interesujące turystów Piekło. Bardzo mi się podobała ta wycieczka, zwłaszcza że wybraliśmy się na nią wieczorem, co dodatkowo podkręcało klimat. W drodze do jaskini widzieliśmy figurki diabłów, w środku - kilka różnych pająków, a w drodze powrotnej - ogromnego żuka. Żałowałam jedynie, że nie zastaliśmy żadnego nietoperza.




29. Zobaczyłam na własne oczy dąb Bartek.

30. Pierwszy raz od wieków odbyłam spontaniczną, ale przyjemną rozmowę z zupełnie obcą osobą, która do mnie zagadała. Zdarzyło się to w Kielcach.

31. W ramach rozwijania szczurzych zainteresowań połaziłam po ruinach huty "Józef" w Samsonowie.

32. Byłam w Muzeum Minerałów i Skamieniałości w Świętej Katarzynie. Kolejne ciekawe muzeum, po którym chodziłam jak zaczarowana. Dodatkową atrakcją jest pokaz szlifowania prowadzony przez fachowca. Żałuję, że ze względu na istniejące tam obwarowania dotyczące fotografowania nie mogę Wam pokazać, jak piękne eksponaty się tam znajdują. W zamian kupiłam dla siebie i mamy po wisiorku z krzemienia pasiastego.

33. Byłam w Muzeum Zabawek w Kielcach, gdzie wzruszałam się na widok zabawek sprzed lat. Zjadłam również pyszne lody w muzealnej kawiarni.

34. Bardzo polubiłam park zamkowy w Żywcu, który pomagał mi odzyskiwać dobry nastrój w kryzysowe dni. Jeszcze ostatniego dnia poszłam tam na samotny spacer. I nie żałuję ani jednej przechadzki, zwłaszcza odkąd się dowiedziałam, jak wiele tamtejszych drzew zostało zniszczonych jesienią przez orkan.

35. Odkryłam, że najlepsze lody w Żywcu sprzedają w zabytkowym Domku Chińskim. Zasmakowały mi do tego stopnia, że odważyłam się kupić gałkę o smaku bakaliowym, mimo że nie lubię bakalii. Była przepyszna!

36. Zwiedziłam też Muzeum Miejskie w Żywcu, które mieści się w kompleksie zamkowo-pałacowym. Ponieważ wystaw jest naprawdę sporo, dokładne zwiedzenie tego muzeum zajmuje kilka godzin. Dla mnie najbardziej atrakcyjne były dział etnograficzny, dział przyrodniczy oraz wystawa o sądach, wyrokach i torturach w dawnym Żywcu.

37. Ostatniego dnia pobytu w Żywcu udało mi się zupełnie przypadkowo znaleźć podczas spaceru kościół pod wezwaniem Świętego Krzyża, który bardzo chciałam zobaczyć. To mały, piękny kościółek z XIV wieku, wyglądający aż nierealnie pośród ruchliwych ulic.

38. W drodze powrotnej z dłuższego wyjazdu do Żywca zahaczyłam o zagrodę żubrów w Pszczynie. Chociaż padało, a na terenie parku odbywała się jakaś głośna impreza, udało mi się popatrzeć na żubry w porze karmienia. Ostatnio dowiedziałam się z telewizji, że niektóre z tych zwierząt pojechały do Hiszpanii i Portugalii, więc na pewno nie zobaczę ich już w identycznym składzie.




39. Spotkałam się z dwójką znajomych z netu, których poznałam w zamierzchłych czasach liceum na pewnym zwariowanym forum dla nerdów. Dzięki temu miałam okazję poznać dziewczynę kumpla, którego nie widziałam od dwóch lat. Poszliśmy we czwórkę do galerii i do knajpy. Pierwszy raz byłam w galerii sztuki współczesnej i stwierdziłam tam, że sztuki współczesnej za Chiny Ludowe nie rozumiem.

40. W ramach zapoznawania Szczura ze Śląskiem zabrałam go do skansenu w Chorzowie. Okazało się, że od czasów, gdy jako dziecko byłam tam na szkolnej wycieczce, park etnograficzny bardzo się rozrósł. Zaczęto w nim też wykorzystywać multimedia, na szczęście w przemyślany, nienachalny sposób. Moim ulubionym miejscem na terenie skansenu został Zaułek Zmory, czyli chata zielarki wraz z prawdziwymi rabatkami pełnymi ziół. Mnóstwo tam gatunków motyli!

41. Pokazałam Szczurowi również inne miejsce popularne na Górnym Śląsku wśród nauczycieli planujących wycieczki: Muzeum Chleba. Obecnie nosi ono nazwę Muzeum Chleba, Szkoły i Ciekawostek. I naprawdę mieliśmy tam okazję dowiedzieć się wielu ciekawostek, nie tylko związanych z chlebem. Niektóre opowiedział nam sam założyciel muzeum, który przyszedł z nami osobiście porozmawiać, gdy usłyszał, że Szczur jest z daleka - to było miłe. Stworzyliśmy też własne wypieki.

42. Tegoroczne lato było uboższe niż poprzednie, jeśli chodzi o zwierzęta zaobserwowane na wolności. Prawdopodobnie dlatego, że więcej czasu spędziłam w miejscach atrakcyjnych dla turystów. Widywałam głównie owady, ptaki (między innymi czajkę, bażanty i bociany), sporo żab, jaszczurki, myszy i nornice, ale żadnych większych ssaków. Lisa, sarnę i zająca widziałam, ale ostatni raz późną wiosną, jeszcze zanim zaczęło się lato.

43. Przeczytałam w oryginale kolejne dwa tomy "The Realm of the Elderlings" Robin Hobb, które nie zostały przetłumaczone na polski. Czytało mi się po angielsku znacznie lepiej niż rok wcześniej, ale i tak cieszę się, że trzynasty tom cyklu został w tym roku wydany w Polsce i nie będę musiała czekać z nim do następnych wakacji.

44. Pod względem czytelniczym tegoroczne lato było dla mnie bardziej udane od poprzedniego. Dzięki temu, że lepiej radziłam sobie z czytaniem w oryginale Robin Hobb, miałam więcej czasu i sił na inne książki. Przeczytałam między innymi kilka niezłych książek popularnonaukowych, jak "Życie w średniowiecznym zamku" czy "Rzecz o ptakach".

45. Obejrzałam sporo filmów, a przynajmniej sporo jak na mnie, bo ponad dwadzieścia. W tym kilkanaście za sprawą portalu Cineman, gdzie w lipcu wykupiłam miesięczny pakiet. Do ustanowienia mojego prywatnego rekordu przyczyniła się także grypa żołądkowa. Kiedy całymi dniami leżałam wykończona chorobą na kanapie w salonie, oglądałam filmy w telewizji jeden po drugim - i chyba tylko to mnie uratowało, jeśli chodzi o psychikę. Cineman polecam, grypy żołądkowej nie.

46. Kupiłam szafę materiałową na ubrania. Szafa okazała się być jedną z najlepszych inwestycji tego roku. Dzięki niej choć trochę zapanowałam nad swoimi ubraniami.

47. Odbębniłam trzy wizyty u lekarzy specjalistów. 

48. Radziłam sobie z lustrzanką znacznie lepiej niż rok wcześniej.

49. Dotrzymałam złożonej samej sobie obietnicy i nie kupowałam żadnych zbędnych pamiątek-bibelotów. Nawet w Żywcu, mimo że piękne figurki kotów ze sklepiku na rynku jeszcze ostatniego dnia niesłychanie mnie kusiły. Przez całe wakacje udało mi się ograniczać do pamiątek papierowych - pocztówek, biletów, książeczki z legendami. Najbardziej pofolgowałam sobie w Muzeum Minerałów, ale nawet tam nie kupiłam nic niepraktycznego. Brawo ja.

50. Ponownie BYŁAM BARDZO SZCZĘŚLIWA, nie licząc epizodu z grypą żołądkową.



sobota, 4 marca 2017

[29] Muzeum Ognia


Średnio co tydzień, dwa ładuję do małego plecaka wszystkie przedmioty niezbędne mi do przetrwania poza domem (a jest ich sporo - napiszę o tym niebawem), żeby pojechać ze Szczurem na skromną wycieczkę. Bywamy tam, gdzie można doświadczyć kontaktu z przyrodą, zobaczyć coś fajnego lub poszerzyć swoją wiedzę na jakiś temat, a zarazem nie jest zbyt tłoczno i hałaśliwie, ponieważ rozwrzeszczanej gawiedzi oboje nie lubimy. Wybieramy bardzo różne miejsca, zwykle takie, które nie są oddalone od "bazy wypadowej" (czyli domu jednego z nas) o więcej niż dwie godziny jazdy samochodem, a jednocześnie z jakiegoś powodu nas interesują. Zamki, opuszczone okolice, kopalnie, lasy, parki, stawy i inne miejsca zapewniające kontakt z naturą, muzea...

Kiedy więc w lutym zobaczyłam w Internecie reklamę Muzeum Ognia w Żorach, wiedziałam, że musimy tam pojechać. A że Szczur też jest stworzonkiem ciekawym świata, sprawa była przesądzona.

Muzeum Ognia należy do tych nowoczesnych, prawie całkowicie interaktywnych muzeów, których z roku na rok przybywa w naszym kraju. Zwiedzanie angażuje większość zmysłów - na każdym kroku można pobawić się eksponatami, czegoś dotknąć, posłuchać, poszukać. Jeśli ktoś lubi rozwiązywać zagadki, w tym muzeum znajdzie ich bez liku. Co więcej, bilety mają formę testu, który można na bieżąco rozwiązywać, by pod koniec zwiedzania zapytać o swój wynik Żorka - maskotkę miasta Żory. Niestety, płomyk jest dość kapryśny i kilka razy strzelił focha, zanim udało się nam coś z niego wyciągnąć.






Ekspozycja w Muzeum Ognia została podzielona na cztery części: strefę historyczną, strefę żywiołu, strefę duchową oraz strefę naukową. Strefa historyczna pozwala dowiedzieć się, jak rozwijały się relacje pomiędzy ogniem a człowiekiem na przestrzeni wielu tysięcy lat, od prehistorii do czasów współczesnych. Strefa żywiołu jest poświęcona historii pożarnictwa, słynnym pożarom i sposobom walki z ogniem, a w strefie naukowej można poprzez zabawę poszerzyć swoją wiedzę o zjawiskach fizycznych i chemicznych. Za najmniej ciekawą uznałam strefę duchową, skoncentrowaną wokół bóstw ognia i związków frazeologicznych. Pewnie dlatego, że przez pewien czas (w V i VI klasie podstawówki) bardzo interesowały mnie mity i naczytałam się ich sporo, a słownik frazeologiczny dostałam na którąś Gwiazdkę (w IV klasie?) i niemalże nauczyłam się go na pamięć.

O ile Szczur posiada ogromną wiedzę na temat techniki i uwielbia urządzenia techniczne, dla mnie jest to czarna magia. Fizyki uczyłam się głównie na pamięć, zresztą z niektórymi działami miałam niemałe problemy, bo zwykle nie umiałam sobie wyobrazić tego, o czym czytałam. Oglądanie niektórych urządzeń na lekcjach też mi nie pomagało. Brak wyobraźni przestrzennej uniemożliwia mi autentyczne zrozumienie, jak działają urządzenia, a nawet jeśli udaje mi się zrozumieć coś tu i teraz, nie potrafię tej wiedzy uogólnić ani zapamiętać żadnych informacji w 3D. To dlatego ciągle od nowa mam problemy z nauką obsługi aparatów fotograficznych, a jeśli już mowa o urządzeniach, nawet te używane na co dzień czasem nie chcą ze mną współpracować. Nic dziwnego, że muzea poświęcone technice generalnie nie należą do moich ulubionych. W Muzeum Ognia przeżyłam jednak sporo miłych zaskoczeń: zabawa urządzeniami była dla mnie przyjemna, sporo rzeczy rozumiałam (inna sprawa, że już ich nie pamiętam), a silniki - choć mój umysł nadal ich nie ogarnia - uznałam za Considerably Cute, jak mawia Świetlik.



 



Z Muzeum wyniosłam za to niemało interesujących (w moim odczuciu) faktów w formacie 2D, które na pewno zapamiętam. Jak chociażby to, że:
- zanim ludzie nauczyli się rozniecać ogień, musieli najpierw posiąść umiejętność przenoszenia go i podsycania. W jednej z jaskiń podobno przez 3 tysiące lat (!!!) nieustannie podsycano ogień;
-  słynny pożar Londynu zaczął się od... piekarni;
- ogromne pożary lasów w Indonezji trwały kilkadziesiąt dni;
- jedną z pierwszych na świecie kopalni ropy naftowej założył Ignacy Łukasiewicz w miejscowości koło Jasła (pewnie się tam kiedyś wybierzemy, bo zwiedzać ją podobno można do dziś);
- w zamku w Malborku było ogrzewanie podłogowe (tam też trzeba się będzie wybrać);
- Benjamin Franklin wynalazł piorunochron - nie znałam go od tej gorącej strony;
- zapałki zostały wynalezione przez kobiety w oblężonym zamku w Chinach.







Spośród interaktywnych eksponatów najbardziej podobały mi się silniki, lustro, pryzmat i wykonane z różnych materiałów powierzchnie, pozwalające sprawdzić, jak prawdziwa temperatura materiałów ma się do temperatury odczuwanej. Zawsze lubiłam głaskać ściany, meble i inne powierzchnie w otoczeniu.






Podsumowując: warto, warto i jeszcze raz warto było. Ciepło lepsze jest niż chłód, że zacytuję "Tabalugę". A skoro już Ostatni Rosomak jest wyjątkowym przedstawicielem swojego gatunku i woli ciepło od chłodu, powinien chyba wiedzieć, jak postępować z ogniem, by nie podsmażyć sobie ogona.

sobota, 21 stycznia 2017

[24] W odwiedzinach u Boruty


Korzystając z tego, że mam ferie zimowe i już od kilku dni bawię w Szczurzej Norce, wybraliśmy się ze Szczurem do Łęczycy. Pomysł narodził się zupełnie niespodziewanie. Gdy dzień wcześniej zastanawialiśmy się, dokąd pojechać, przypomniało mi się, jak w dzieciństwie usłyszałam w "Domowym Przedszkolu" (dla niewtajemniczonych: był taki program dla dzieci, emitowany co rano od poniedziałku do piątku w TVP1) legendę o diable Borucie i zobaczyłam odcisk jego łapy na ścianie, co bardzo mnie wtedy rozemocjonowało. Szczur pomysł podchwycił i od słowa do słowa postanowiliśmy, że odwiedzimy Borutę. Przy okazji zabrałam lustrzankę, by ją dręczyć i się z nią męczyć.

Zamek w Łęczycy już na pierwszy rzut oka wydał mi się oryginalny, bowiem jego wrót strzeże nie żaden lew ani gryf, ale... sam król. 







Według lokalnych legend, Boruta przyjmuje różne wcielenia, zależnie od sytuacji. W okolicach zamku pojawia się jako szlachcic w kontuszu, a w pobliżu kolegiaty tumskiej - jako "typowy" czarny diabeł z rogami, ogonem i widłami. Bywa też koniem galopującym po polach, rogatą rybą wabiącą ludzi do Bzury czy sową pilnującą skarbów w zamkowych lochach. W zamku mieliśmy okazję zobaczyć je wszystkie i nie tylko, ponieważ w zbiorach muzeum diabłów jest co niemiara. Chociaż było bardzo ciemno, uparłam się, że przynajmniej niektóre z nich muszę sfotografować na pamiątkę.



 


Z wizerunków Boruty wynika, że do jego ulubionych rozrywek należą kąpiele, zwoływanie diabelskich sejmików i obmacywanie okolicznych panien.

Podobno Boruta ma w zwyczaju płatać figle profesjonalnym fotografom, psując im zdjęcia z muzeum. Podejrzewałam, że to raczej sami fotografowie mają problemy z pracą w tak kiepskich warunkach, ale zawsze dobrze jest mieć na kogo zrzucić winę. W domu okazało się jednak, że dziwnym trafem najmniej widać na zdjęciu, na którym zależało mi najbardziej - diabła zadzierającego pannie kieckę - i akurat ono zupełnie nie nadaje się do publikacji. Może więc faktycznie jest ziarnko prawdy w tych pogłoskach o czarcim poczuciu humoru.





Oprócz diabła niecnoty, w muzeum można podziwiać między innymi stroje ludowe i tradycyjne ozdoby z okolic Łęczycy, a obecnie także wystawę szopek.

 
  

  

 


Prosto z muzeum pojechaliśmy do Tumu - pobliskiej wioski, która słynie z archikolegiaty łęczyckiej. To właśnie na jej murach Boruta zostawił ślad swojego diabelskiego łapska. Chcieliśmy zobaczyć go na własne oczy, niestety wszystkie bramy były zamknięte i musieliśmy obejść się smakiem. W zamian sam budynek kolegiaty zrobił na mnie wrażenie, a okrążając go, od strony pól natknęłam się na piękną, starą bramę.





Skoro już mowa o polach... okolice skansenu w Kwiatkówku (aktualnie zamkniętego, jak to skanseny zimą) urzekły mnie. Jeśli tak wygląda miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc, to diabeł i ja mamy podobny gust.