sobota, 14 listopada 2020

[107] Motyle 2020: Ćmy (cz. I)

 
O 2020 roku można rozmawiać godzinami i powiedzieć niewiele dobrego. A jednak dobre rzeczy też się zdarzają, choć bez wątpienia trzeba bardziej wytężać wzrok, żeby je zauważyć. 
 
Kiedy już nadszedł czas na coroczne podsumowanie sezonu na motyle, nie umiem się zdecydować, w jakiej kolejności pisać o tegorocznych podopiecznych, bo... było ich tak dużo. Wczesną wiosną przeraziło mnie zamknięcie lasów i zupełnie serio martwiłam się, czy w nowych okolicznościach uda mi się znaleźć cokolwiek. Tymczasem stało się wręcz odwrotnie! Im cieplej robiło się na zewnątrz, tym więcej gąsienic znajdowałam - nie tylko w otwartych na nowo lasach, ale dosłownie wszędzie. W najmniej spodziewanych momentach.

Wśród tegorocznych motylowych obserwacji będą więc historie owadów przezimowanych i nieprzezimowanych, znalezionych poczwarek, pojawiających się znienacka gąsienic i ciem, pasożytów, randek owocnych i nieudanych... szczęściarzy i pechowców.

Zaczynamy!

 

Przegibka (Orthosia miniosa)

03/31 
Wyszedł pierwszy mój polski motyl w tym roku: ćma Orthosia miniosa. Tylko na jednej stronie znalazłam jej polską nazwę: przegibka. Dorosłe orthosie latają tylko w marcu i kwietniu.
Stworzonko jest tak malutkie, że trudno zrobić mu wyraźne zdjęcie tym sprzętem, który mam, w kiepskim domowym oświetleniu. Wygląda na to, że dopiero suszy skrzydła. Ale to maleństwo samo wygrzebało się z ziemi, gdzie było zakopane od zeszłej wiosny. A jaki ma futrzany kołnierzyk!
Prawdziwa dama w futerku.
 
 



04/01  
Wypuściłam orthosię na dębie. Jej skrzydła nie rozprostowały się należycie - może miała trudności z wygrzebaniem się z ziemi - ale w nocy sporo się ruszała. Myślę, że sobie poradzi. Ledwo ją wypuściłam, schowała się po spodniej stronie gałązki.



Pawica grabówka

04/19 
Dzisiaj zjadłam drugie śniadanie w towarzystwie dwóch przystojnych kawalerów. Z poczwarek wyszły dwie pawice grabówki!
Cztery dni temu przeniosłam kokony pawicy grabówki z szopy do domu, ponieważ po piętnastym kwietnia mogą już wychodzić motyle. Od razu pierwszego wieczoru słyszałam szmery w dwóch kokonach i widziałam, że się ruszają.
Wczoraj rano udało mi się przyłapać pierwszego delikwenta chwilę po wyjściu. Chodził po pojemniku i pompował skrzydła. Posadziłam go na gałązce. Zanim doprowadził się do porządku, zobaczyłam, że z kokonu gramoli się drugi! Tego też posadziłam na gałązce. Oba ładnie rozwinęły i wysuszyły skrzydła.
Pawice, które wyszły, to chłopaki. Samce tego gatunku są mniejsze i bardziej kolorowe od samic, mają też piękne duże czułki do wyczuwania feromonów samicy. Podobno potrafią wyczuć samicę nawet z odległości półtorej kilometra.
Ponieważ wieczorem chłopaki zaczęły obijać się po pokoju, a na razie nie ma widoków na żadną samicę, wypuściłam ich.
 
 



 

Brudnica nieparka

04/25
U mnie inwazja brudnic. Nie liczyłam, ile ich dzisiaj wyszło, ale na pewno ponad trzydzieści. Najdziwniejsze jest to, że wydostając się z jaj, osiem brudnic wyszło przez maleńkie otworki w materiale na zewnątrz pojemnika. Owszem, są  tak maleńkie! Jednak Safonidy nigdy tego nie zrobiły. Przeniosłam jaja i gąsienice do słoika wypełnionego listkami jabłoni i obwiązanego podwójną gumką. Tam będą musiały pomieszkać, aż podrosną na tyle, że przez ten materiał nie przejdą. W międzyczasie pewnie większość wypuszczę.

04/27 
Wczoraj sytuacja u brudnic zaczęła się robić alarmująca, nocą wyszło ich bardzo dużo i wciąż wychodziły kolejne. Zabrałam więc złoża jaj na daleki spacer i zostawiłam je na brzozie między łąkami. Brzoza jest ogromna, może da im radę, a lepsze to niż żeby dobrały się do drzew sąsiadów lub tych, z których zrywam liście dla gąsienic.
U mnie nadal pozostało dobrych kilkadziesiąt larw, te będę wypuszczać po trochu. Wczoraj dałam im listki brzozy, a dziś jabłoni. Na razie jedzą malutko, żłobią tylko rowki w liściach, ale dobrze wiem, że to się niedługo zmieni. To bardzo żarłoczny gatunek.
 
 

 
04/29
Brudnice rosną bardzo szybko. Dzisiaj zauważyłam, że już są większe. Wygryzają piękne wzorki w liściach, które im daję. Niedługo trzeba będzie kolejne wypuścić, ale na razie cieszę się ich towarzystwem. Dla odmiany dziś dałam im brzozy, bo musiałam odebrać paczkę na osiedlu, gdzie brzoza była na wyciągnięcie ręki.
 
05/06
Brudnice mają się dobrze. Od zeszłego tygodnia znacznie urosły, niedługo będą długości wacika na końcu patyczka kosmetycznego. Nie przeszłyby już przez dziurki w materiale, dlatego pozbyłam się dodatkowych zabezpieczeń. Ponieważ bardzo się ochłodziło, nie chce mi się chodzić po brzozę i daję im liście jabłoni z ogrodu. Jedzą wszystko z takim samym zapałem.

05/08
Wypuściłam osiem brudnic na dzikiej jabłoni. Tam mogą spokojnie sobie urzędować. Reszta dostaje liście jabłoni lub brzozy. Część gąsienic znowu linieje, siedzą na wieczku.
 
 

 
05/12
U brudnic, podobnie jak w zeszłym roku, dwie czy trzy larwy zaczęły znacznie przewyższać rozmiarami resztę.
 
05/14
Larwy bardzo szybko poobgryzały liście dzikiej jabłoni, które im wczoraj dałam, więc dziś przy okazji wyprawy do paczkomatu zerwałam dla nich trochę brzozy. Wymieniając liście, zauważyłam, że jedna z larw ma od dzisiaj charakterystyczny dla tego gatunku "pyszczek".

05/16 
U brudnic wczoraj "delegacja" kilku osobników siedziała na wieczku z częściowo zsuniętymi starymi główkami. Dzisiaj do nich nie zaglądałam, bo wymieniam liście co dwa dni, ale zapewne ta ekipa jest już po wylince.
 
 

 
05/17
Większość brudnic w ciągu dwóch ostatnich dni, gdy im nie przeszkadzałam, przeszła wylinkę. Pojawiły się poczciwe "pyszczki". Wymieniłam liście dzikiej jabłoni. Kilka mniejszych larw siedzi dziś na wieczku. 
 
 

 
05/24
Brudnice dostały wczoraj ode mnie nowy, większy pojemnik. W ciągu ostatniego tygodnia urosły tak bardzo, że poprzedni zaczął być już trochę niehumanitarny. Po wycieczce do lasu urozmaiciłam im też dietę brzozą. Jeszcze nie zdążyły jej zjeść, bo kilka gąsienic siedzi na wieczku i zrzuca skórę. 
 
05/26
Jedzą jak szalone. Wczorajsza porcja najwyraźniej była za mała na dwa dni, bo dzisiaj w ich pojemniku został ani jeden liść. Wszystko poobgryzane do granic możliwości. Chyba nadszedł dobry moment, żeby kolejnych kilka wypuścić.  
 
05/31
W piątek jedna z gąsienic uciekła mi podczas karmienia. Znalazłam ją później siedzącą ze stoickim spokojem na moich klamotach.
Teraz większość jest w trakcie wylinki. Tylko cztery dziś żerują, pozostałe siedzą na wieczku z częściowo zdjętymi starymi głowami. Nie przeszkodziło im to jednak opędzlować gałązek brzozy z lasu, które wczoraj zerwałam.

06/03
Larwy - zwłaszcza samice - urosły tak bardzo, że nawet w większym pojemniku wyglądają niezbyt humanitarnie. Dzisiaj zaczęłam eksperyment z krewetkarium. Umyłam stare krewetkarium i przeniosłam do niego trzy losowo wybrane gąsienice, razem z papierowym ręcznikiem, kawałkami kory i liśćmi. Jutro sprawdzę, jak się tam czują. Póki co eksplorują teren i już widzę, że umieją chodzić po szkle.  
 
06/07
W piątek rozdzieliłam towarzystwo. Te larwy, które uznałam za samice, ulokowałam w krewetkarium, a te, które za samce, zostawiłam w dotychczasowym pojemniku. Wszystkie jedzą teraz tyle, że można się złapać za głowę. Muszę wymieniać liście codziennie, bo do kolejnego dnia nie zostaje nic prócz gałązek. 
 
 


06/09
Brudnice kokonią! A przynajmniej samice. Dwie spośród największych gąsienic zrobiły kokony na spodzie kory i w nich siedzą. Pozostałe na razie chodzą, ale mniej jedzą i częściej eksplorują kawałki kory. U samców bez zmian - jedzą.
 
06/13
Od przedwczoraj większość interesowała się kawałkami kory bardziej niż jedzeniem. Wczoraj przez cały wieczór towarzyszyły mi szmery i szelesty gąsienic biegających w poszukiwaniu dogodnego miejsca. W obu pojemnikach larwy zrobiły kokony obok siebie - można to w zasadzie nazwać jednym wielkim kokonem. Do dziś niektóre zdążyły się przepoczwarczyć. Dwie wypadły z oprzędu i przeobrażały się na dnie, ale im też się powiodło. Tylko trzy gąsienice skubią jeszcze liście.
 
06/17
Zostały już tylko trzy nie przepoczwarczone gąsienice, z czego dwie nadal jedzą. Poczwarki wyjęłam z kokonów i umieściłam w dwóch osobnych, ale znacznie mniejszych niż dla gąsienic pojemnikach.
 
06/21 
Jedna brudnica wciąż nie przepoczwarczyła się. Daję jej liście z nadzieją, że się pospieszy.  
 
06/22
Wieczorem zauważyłam, że w terrarium pojawiła się pierwsza dorosła brudnica w tym roku. To samica. Módlmy się do Peruna o odrobinę dnia bez deszczu, żebym mogła ją posadzić na pniu i rozmnożyć...
 
06/24
Aktualnie najbardziej martwią mnie brudnice. Przedwczoraj wyszła pierwsza samica, a dziś aż trzy kolejne. Samca dalej ani widu, ani słychu, mimo że przez dwa dni wystawiałam samicę na drzewo, a dziś dodatkowo spędziłam 45 minut, pilnując samic wysadzonych na drzewie w pobliżu lasu. Modlę się, żeby choć jedna czy dwie poczekała do wyjazdu do Warszawy, gdzie jakoś łatwiej mi się je rozmnaża (choć to dziwne, bo tu też występują - znajdowałam je nieraz).
Dwie brudnice bardzo mnie rozczuliły, bo gdy je zastałam, siedziały obok siebie jak przytulone.
 
 

 
07/04  
Brudnic nie udało się rozmnożyć, mimo że mam same samice. Trzymam je w pojemniku wyłożonym miękkim materiałem, żeby było im bezpiecznie, ale i tak nie niszczą skrzydeł, bo są praktycznie nielotne. Kilka samic wypuściłam w ogrodzie społecznościowym i w osiedlowym parku, bo zaczęły już znosić jaja, więc nie zostało im wiele czasu. Na zdjęciu jest samica na drzewie, spod skrzydeł wystaje jej narząd do wydzielania feromonów.
Podczas jednej z prób rozmnażania drugi raz zdarzyło mi się, że do samicy siedzącej na pniu zeszła gąsienica. Zabrałam ją.
Gąsienica ze Starego Lasu była spasożytowana. Od początku nie podobał mi się jej wygląd, bo była zbyt brązowa, a poza tym nie chciała jeść. Natomiast ta z osiedla Szczura póki co je i ma się dobrze. Może jest jeszcze szansa na jajeczka?
 
 

 
07/10
Brudnica znaleziona na szczurzym osiedlu wczoraj przepoczwarczyła się. Poczwarka jest mała, więc może to być samiec. Z drugiej strony, niektóre moje też były małe, ale z wszystkich wyszły samice...
Żyje jeszcze jedna z moich samic, pozostałe wypuściłam w lasach i w ogrodzie społecznościowym. Dzisiaj próbowałam znowu wysadzać tę samicę na drzewie, ale bezskutecznie.
 
07/15
Ostatnia samica brudnicy odeszła, nie doczekawszy się wizyty samca i potomstwa. Mimo wszystko cieszę się, że wyhodowałam ich aż tyle. Nie każdy musi mieć dzieci!
 
07/23 
Taki piękny chłopak wpadł mi przez okno do pokoju. Samiec brudnicy. Dwa tygodnie temu, mając kilkanaście samic, oddałabym wiele za choć jednego takiego. Niestety samice wyszły za wcześnie.
Wypuściłam chłopaka, ale dalej się zastanawiam, czy czuł, że były tu samice. Nie wygląda to na przypadek, gdy na osiedlu pełnym mieszkań przylatuje do mnie akurat samiec hodowanej niedawno ćmy, w dodatku w środku dnia.
 
 

 
07/25
Przedwczoraj wyszła z kokonu moja ostatnia w tym roku brudnica, ta znaleziona już w Warszawie. Był to chłopak, okazały i energiczny.
Tym samym nie udało się rozmnożyć w tym roku brudnic i nie mam jaj do zimowania, mimo że miałam aż kilkanaście samic. Nieparka jest jednak tak powszechnie występującym gatunkiem, że może już za rok czy dwa uda się znowu znaleźć gąsienice.
Co ciekawe, w zeszłym tygodniu do Nory dwa razy wleciały w środku dnia podekscytowane samce brudnicy. Aż dwa to moim zdaniem nie przypadek. Myślę, że czuć tu jeszcze feromony samic. Niestety jest za późno dla tych amantów.
 
08/15
Ten rok jest pełen zaskakujących momentów, jeśli chodzi o motyle. Wczoraj znowu taki moment przeżyłam.
Chodząc sobie wieczorem po warszawskim lesie, dostrzegłam coś białego na pniu drzewa, co wyraźnie odróżniało się kolorem od tła. Podeszłam tam i zaniemówiłam, bo to była samica brudnicy.
Mocno zaskoczona, zabrałam samicę. Wyglądała raczej na młodą. Popryskała mnie mekonium. Nie wysuwała organu do rozpylania feromonów. Zastanawiałam się, czy są jakieś szanse, aby dziś spróbować z jej pomocą zwabić samca, choć też nie chciałam dać się za bardzo ponieść nadziei. Ostatni raz samca widziałam jakieś półtorej tygodnia temu.
W nocy samica złożyła jaja i przykryła je grubą kołderką z włosów. Wygląda na to, że została zaplemniona, zanim ją znalazłam. Teoretycznie mogłyby to być niezapłodnione jaja, jak u znamionówek. W tym roku miałam jednak sporo okazji do obserwowania brudnic i zauważyłam, że jeśli samica nie spotkała samca, przed śmiercią składa niezaplemnione jaja nie w tak starannym złożu, tylko chaotycznie - zostawia je "gdzie popadnie" i nie przykrywa ich.
Tak więc wygląda na to, że wiosną mogę jednak mieć małe brudnice. Czy na pewno - przekonamy się w kwietniu. Tak czy siak, ta sytuacja bardzo mnie zaskoczyła!  
 
 

 
08/17
Przedwczoraj wypuściłam brudnicę w lesie.
 
 
Rolnica tasiemka
 
04/27
Dzisiaj moja mama znalazła podczas przekopywania grządki w ogródku cztery brązowe poczwarki zakopane w ziemi. Jedna z poczwarek była bardzo ruchliwa. Zabrałam je do domu i zakopałam w pojemniku, w którym trzymałam poczwarki narożnic i orthosii. Ciekawe, co w nich siedzi? (Na zdjęciu są tylko trzy, bo czwartą mama znalazła nieco później.)
 
 

 
05/16
Z jednej z poczwarek, które mama znalazła w ziemi, wyszła wczoraj ćma. Duża, piękna i bardzo, bardzo ruchliwa. Drugą parę skrzydeł miała kolorową - jasnopomarańczową z czarną "wstęgą" nad brzegami skrzydeł. Długo zmagałam się z nią, zanim udało mi się zrobić pierwsze w miarę wyraźne zdjęcie. W zasadzie była w nieustannym ruchu.
Nie mam pewności, jaki to gatunek, ponieważ podobnych ciem jest kilka. Ustaliliśmy z Markiem, że to jakaś rolnica z rodzaju Noctua, może N. pronuba albo N. orbona.
Ćmę wypuściłam w nocy przez okno. Ku mojemu zdumieniu, dziś przez większość dnia siedziała na framudze okna po zewnętrznej stronie, zupełnie spokojna. Wtedy też udało mi się zrobić jej najlepsze zdjęcie. Będę więc jeszcze próbować zidentyfikować ćmę, analizując wzory na skrzydłach i informacje w Internecie.
 
 




05/20
Wyszła kolejna rolnica. Przez chwilę siedziała nieruchomo na ziemi, więc myślałam, że pozwoli się sfotografować. Gdzie tam! Ledwie podniosłam wieko, zaczęła biegać po pojemniku jak jej siostra.
Wieczorem wypuściłam ją w ogrodzie. Szybko odleciała i schowała się w bluszczu.
   
 
Błyszczka jarzynówka
 
04/29
Porządki w ogrodzie jeszcze raz przyniosły ciekawe znalezisko. Tym razem to ja podczas plewienia grządki znalazłam biały kokon, przyczepiony do jednego z chwastów. Przez białe nitki dało się dostrzec zieloną gąsienicę. Zabrałam znalezisko do domu. Ciekawe, co to za gatunek. W ciągu doby gąsienica w środku przepoczwarczyła się.
 
 


 
05/10
W nocy z kokonu, który znalazłam na grządce wśród chwastów, wyszła ćma. Okazało się, że to błyszczka jarzynówka! Poznałam ją natychmiast po symbolach na skrzydłach. Tę ćmę już raz czy dwa hodowałam od etapu gąsienicy.
Niestety, chyba pierwszy raz nie udało mi się w ogóle sfotografować ćmy. W nocy w domu było zbyt ciemno, a gdy tylko dzisiaj otworzyłam pojemnik, ćma uciekła na balkon i odleciała. Dlatego pokazuję swoje zdjęcie tej ćmy z 2017 roku, żeby przypomnieć, jak wygląda. Tegoroczna była identyczna.
 
 

poniedziałek, 12 października 2020

[106] Pamiętniki sierpniowe

 
01.08  
Taki ziemniak trafił mi się w tym tygodniu. Mógłby posłużyć do testu projekcyjnego: komu się kojarzy z sercem, a komu z...
 
 
 
 
2.08
Jesteśmy już nad morzem. Mam duże problemy ze spaniem, w tym ze szczurzym chrapaniem, ale wczoraj przywitaliśmy się z Bałtykiem. Był już wieczór, więc woda i piasek na brzegu morza chłodne. Mimo to udało mi się znaleźć wyszczerbioną muszelkę. Pograliśmy trochę w RPG, siedząc na plaży. Kilka razy w ciągu dnia widzieliśmy bociany, w tym jednego polującego na łące. Spotkaliśmy też jakiegoś ptaka drapieżnego. W drodze powrotnej widzieliśmy podnoszące się nad polami mgły i dwie spacerujące sarny.
 
 


 
04.08
Weekend nad morzem można podsumować jednym zdaniem: Arek miał za mało kłopotów, znalazł sobie znajomych...
 
06.08
Po dobrych dwóch tygodniach w Norze dopadł mnie kryzys, i to niestety na wyjeździe. Musieliśmy przedwcześnie wrócić do domu, bo czułam się bardzo źle. Nie mam ochoty pisać o szczegółach, zwłaszcza że trudno mi się pogodzić ze stratą wyjazdu, na który czekałam od dawna. Wystarczy, że kilka osób wie. Chciałabym wkrótce znowu wyjechać, przynajmniej do Nory, więc muszę postarać się dojść do ładu ze sobą.
Dzisiaj pojechaliśmy ze Szczurem do parku w Świerklańcu i wybraliśmy tam na spacer mniej uczęszczane drogi. Na jednej z nich spotkaliśmy lisa. Przeciął nam drogę. To już trzeci, którego spotkałam w tym roku. Uwielbiam takie niespodziewane spotkania z dzikimi zwierzętami, a w ciągu ostatniego miesiąca było ich wyjątkowo dużo: nietoperze, świetliki, zaskroniec, bociany, jaskółki, sarny...
Korzystając z paru dni "w zawieszeniu", postanowiłam poidentyfikować ćmy, które ostatnio zaobserwowałam i których zdjęcia przysłali mi znajomi. Na pierwszy ogień poszła ta. Nazywa się łada różowica i należy do niedźwiedziówkowatych. Młode gąsienice żywią się porostami, a po przezimowaniu jedzą też liście. Podobno ten gatunek lubi tereny podmokłe i to by się zgadzało, bo ćma odwiedziła mnie w Karwieńskich Błotach.
 
 

 
10.08 
Od kilku dni zażywam lek przeciwlękowy i czekam, aż będę na tyle pewna zachowania swojego brzucha, żeby znowu pojechać do Nory. Tęsknię już za Norą, a także za swoim materacem do ćwiczeń i rowerem, ale taki kilkudniowy reset był mi bardzo potrzebny.
Z leku jestem póki co zadowolona. Czuję się bardziej "tu i teraz", trochę jak w dzieciństwie, gdy prawie nigdy nie wybiegałam w przyszłość dalej niż do kolejnego dnia. Zazwyczaj muszę bardzo mocno się skupiać, jeśli chcę choć przez jakiś czas być uważna, teraz jednak przychodzi to samo. Łatwiej mi się koncentrować na czynnościach do wykonania. Łatwiej też nie myśleć o tym, że upragniony od paru miesięcy wyjazd się nie udał, co normalnie bardzo by mnie bolało.
W zasadzie narzekam teraz tylko na komary. Zapewne wszyscy już zauważyli, że paskud jest w tym roku wyjątkowo dużo. Używam DEET, ale spacery po lasach mimo wszystko nie są tak przyjemne jak w poprzednich latach, bo komarza brać unosi się nad człowiekiem całą chmurą i upierdliwie brzęczy. W domu, gdzie nie stosuję środków przeciw owadom, komary pozwalają sobie na więcej. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że na każdej większej części ciała mam obecnie jakieś bąble. Poza tym ciągle czuję potrzebę kąpieli.
Odpoczywając, staram się codziennie zrobić przynajmniej jedną miłą rzecz. Dwa razy pojechałam ze Szczurem połazić po lasach: Najbliższym i Starym, a raz do ogrodu botanicznego. W jednym z lasów znalazłam kilkanaście gąsienic rusałek. Wzięłam udział w międzynarodowym liczeniu motyli. Obejrzałam ze Szczurem film ("Steamboy"). Oprócz tego rozwiązuję sudoku i krzyżówki, a wieczorami próbuję wrócić do czytania, na razie z marnym rezultatem. (Jednym z typowych objawów kryzysu psychicznego jest u mnie to, że nie potrafię czytać, w sensie skoncentrować się na lekturze.)
Dzisiaj poczułam się gotowa, żeby wstać wcześniej i pojechać dalej, więc namówiłam gryzonia, żebyśmy wybrali się w jakieś nowe miejsce. Próbowałam namówić też kumpla, ale ostatecznie spotkanie nie wypaliło, bo mieliśmy zupełnie inne wizje wypoczynku - on chciał pojechać do parku wodnego lub parku rozrywki, mnie nie wydawało się to dobrym pomysłem w obecnej sytuacji (pandemia, kryzys psychiczny). Ostatecznie pojechaliśmy we dwoje zobaczyć obiekt należący do Szlaku Zabytków Techniki, którego jeszcze nie widzieliśmy na żywo - szyb "Prezydent" w Chorzowie. Weszliśmy na górę, gdzie zastaliśmy kilka gołębi, sporo ptasiego łajna, kolekcję soczystych napisów pozostawianych przez młodzież i ładny widok na okolicę.
Naszą uwagę zwróciła odświeżona kopuła planetarium, które od paru lat jest w przebudowie. Niestety prace przedłużają się. Tęsknię za planetarium, zwłaszcza w długie zimowe wieczory, i nie mogę doczekać się ponownego otwarcia. Oby jak najszybciej! Zauważyłam ze zdziwieniem, że kopuła planetarium jest teraz... żółta.
Absolutnym hitem był jednak napis "Pożryj mnie miłosny kanibalu".
 
 



 
11.08
Rzadko kupuję płyty, bo muzyki słucham najczęściej online, mimo to kupiłam sobie debiutancką płytę Aniki Dąbrowskiej (w mp3). Było warto! Bardzo dojrzała, podnosząca na duchu płyta. Repertuar został dobrze dobrany do głosu Ani, jest też ta cudowna akustyczna wersja "Małych skrzydeł". 
 
12.08 
Pojechaliśmy wczoraj do Europy Centralnej w Gliwicach zobaczyć wystawę "Machiny Leonarda da Vinci". Z czystym sumieniem mogę ją polecić - nie dość, że jest ciekawa, to tłumów nie ma. Przez godzinę byliśmy jedynymi zwiedzającymi, mimo że po ilości samochodów na parkingu dało się poznać, że centrum handlowe przeżywa oblężenie typowe dla godzin wieczornych.
Na wystawie przedstawiono kilkadziesiąt replik maszyn zaprojektowanych przez Leonarda. Higrometr, spadochron, czołg, most, łańcuch, łożysko, anemometr... różnorodność tych projektów uświadamia, jak wszechstronnym wynalazcą był da Vinci. Nie zabrakło też obrazów Leonarda i ciekawostek z jego życia. Znajomych wegetarian na pewno ucieszy wiadomość, że najsłynniejszy człowiek renesansu nie jadł mięsa, co w tamtych czasach było rzadkością. Jednocześnie nie narzucał swojej diety uczniom, dla których zamawiał mięso do warsztatu.
Trochę się uśmiałam, bo choć nie cierpię wojen, z oglądanych wynalazków wizualnie najbardziej podobał mi się czołg. Na drugim miejscu mojej prywatnej listy znalazł się gabinet luster, gdzie można na całego postimować wzrokowo. 
Dzisiaj upał podziałał rozleniwiająco na cały dom, włącznie ze zwierzakami. Większość dnia spędziłam niezbyt produktywnie. Spodziewaliśmy się burzy, bo obiecująco chmurzyło się i grzmiało, ale burza przeszła bokiem. Dopiero wieczorem zmobilizowaliśmy się ze Szczurem do przespacerowania się po lesie.
Spacer o zmierzchu sprawił mi dużo radości. W Najbliższym Lesie zaobserwowaliśmy nietoperze - drugi raz w ciągu kilkunastu dni! Co najmniej trzy skrzydlate łobuzy krążyły nad naszymi głowami, gdy przemierzaliśmy jedną ze ścieżek. Oprócz nich spotkaliśmy sporo żab i ropuch. Kiedy wracaliśmy, jakieś większe zwierzę szeleściło w krzakach w pobliżu nas, ale wycofało się, słysząc rozmowy. Natknęliśmy się też na sympatycznego myśliwego, który zatarasował drogę samochodem. W innym miejscu ktoś mniej sympatyczny wyrzucił butelki po piwie na środku leśnej drogi, więc zabraliśmy je.
Udało mi się też dzisiaj zaobserwować trochę Perseidów. Namówiłam Szczura na obserwacje, bo jutro mamy w planach podróż i będziemy po niej zbyt zmęczeni, żeby szukać dogodnego miejsca do patrzenia w niebo. Wypatrzyłam osiem obiektów, które na sto procent były meteorami, oraz dwa mniej pewne, krótkie błyski.
 
 


 
15.08
"Normalny" związek, normalna rozmowa:
Szczur: Idę do sklepu.
Ja: Możesz kupić mi ryż? Zwykły, biały. Inne też czasem jem, ale biały najbardziej lubię.
Sz.: Zwierzu, to jest rasizm.
 
16.08
Zabawna sprawa: choć tegoroczne wakacje są najmniej "wyjazdowe" spośród wszystkich moich wakacji ze Szczurem, spotykam najwięcej dzikich zwierząt. Właściwie na każdym lub prawie każdym spacerze udaje się coś ciekawego zaobserwować. Zupełnie jakby zwierzęta postanowiły mi pomóc w walce z lękami, motywując mnie do codziennego wychodzenia z domu.
Wśród spotykanych królują nietoperze. Zawsze chciałam je zobaczyć, a w tym roku okazało się, że to nic trudnego, wystarczy o właściwej porze być w lesie czy w parku. Widziałam je już latające nad fosą w lipcu, potem w Najbliższym Lesie, w ten czwartek znowu nad fosą, a wczoraj w Kampinosie w pobliżu hotelu dla nietoperzy. Powoli zaczynam rozpoznawać dźwięk skrzydeł nietoperzy i gdy go słyszę, rozglądam się.
Przedwczoraj w Lesie Bemowskim widzieliśmy rudą wiewiórkę śmigającą po drzewie.
Wcześniej były już lisy (dwa pod Najbliższym Lasem, jeden w parku w Świerklańcu), dzik (w miejscowości, gdzie mieszkają Szczurorodzice), sarny (jedna na polach w mojej miejscowości, dwie o zmierzchu w Błotach Karwieńskich), bociany, mewy i niezidentyfikowane przeze mnie ptaki drapieżne, zaskroniec (w Kampinosie), świetliki, no i oczywiście mnóstwo innych owadów, ropuszek i żabek.
Najbardziej chciałabym w tym roku spotkać jeszcze jeża.
 
17.08
Wczoraj wieczorem znowu pojechaliśmy do Kampinosu. Ponieważ wybraliśmy szlak wzdłuż bagien, na pierwszym odcinku było chłodno, a komary natarczywie dobierały się do naszych twarzy. O zmierzchu kolejny raz nad naszymi głowami pojawiły się nietoperze. Raz w zaroślach po lewej stronie mocno zaszeleściło, po czym mignęło mi coś szybkiego i rudego - najpewniej lis. Najbardziej jednak zachwyciły mnie wrzosy.
 
 


 
19.08 
Dawno nie czułam się tak kiepsko psychicznie jak w tym roku. Wróciłam do domu trzy dni wcześniej niż planowałam, bo choć leki mi pomagają, z brzuchem dalej mam problemy. Ledwie wróciłam, już tęsknię za Norą, a jednak w Norze pierwszy raz nie dawałam sobie rady. Wolałabym być tam, ale męczyłam się. Przez pandemię zaliczyłam straszny regres, jeśli chodzi o samodzielność i o lęki. Czuję się, jakbym każdego dnia znowu walczyła o umiejętności, które zdobyłam w ciągu wielu lat. Postanowiłam wrócić, żeby popracować nad sobą w domu i żeby Szczur choć troszkę się zregenerował przed powrotem do pracy, bo ostatnio ciągle się mną opiekował, nieraz siedząc ze mną do późna. Nigdy wcześniej nie byłam z kimś tak dobrym i tyle rozumiejącym, co on.
Dziś w nocy porządnie pada i łzy też popłynęły. Może przyniosą ulgę. 
 
20.08
Bestia dzisiaj napsocił. Zniknęła moja piłeczka do ćwiczenia dłoni, którą wczoraj nieopatrznie zostawiłam na wierzchu zamiast schować, bo byłam zmęczona po podróży. Następnie, gdy chodziłam po pokoju i schylałam się obok szafek, Bestia zaczął mruczeć, jakby to było wielce zabawne. Piłeczki na razie nie znalazłam, a łobuziak przyszedł się przytulać z miną niewiniątka.
 
22.08
Dzisiaj razem z mamą wykąpałam naszą Piesę. Choć to już psia staruszka, po kąpieli dostała powera i biegała po podwórku jak sarenka.
Teraz ma zabawną sierść, jak zwykle po kąpieli, a w całym domu pachnie mokrym psem.
 
24.08
Pierwszy raz od półtorej tygodnia przez cały dzień nie miałam stanu lękowego i bólu brzucha. Z tej okazji wybrałam się na długi spacer za autostradę, by poobserwować właściwe dla tej pory roku zmiany na polach.
Pola po żniwach. Bele słomy poukładane po kilka lub kilkanaście. Zapach obornika. A co najciekawsze, jedno z tych ptasich zgromadzeń na słupie energetycznym, które udaje mi się zaobserwować co rok pod koniec lata, jeśli mam szczęście. Dziś miałam - pierwszy od dawna spacer za autostradę i od razu ptasie zgromadzenie. Śpiew z setek ptasich gardeł niósł się za mną jeszcze długo, gdy wymijałam okazałe kałuże po wczorajszej burzy.
Obok przystanku, na roślinie podobnej odrobinę do koniczyny, wypatrzyłam gąsienicę wieczernicy szczawiówki. Kawałek dalej, naprzeciw szkoły, znalazłam pierwszy w tym roku kasztan. Na razie w szczelnie zamkniętej łupinie. To jeszcze nie jesień, ale kasztan posłuży niedługo do jesiennej dekoracji.
 
26.08
Tego jeszcze nie grali: dzisiaj Twarzoksiążka poleca mi... kurs hipnozy.
 
27.08
Z moim samopoczuciem jest nieco lepiej. Leki pomagają, dzięki czemu w ostatnich dniach nie miałam ciągłych biegunek, bólu brzucha czy bezsenności. Psychika natomiast ma się lepiej, gdy błędne koło psychosomów zostaje wyhamowane. Byłam już na zebraniu wpracowym i choć nie potrafię myśleć o pracy bez obaw, przynajmniej pewna część moich zmartwień rozwiała się. Wiem, że mam pełny etat, jakie mam dodatkowe obowiązki, że mam dalej ważne badania lekarskie i tak dalej. Wskutek zebrania dostałam mocnej migreny (jak zwykle), ale dobrze wiedzieć chociaż tyle.
Dzisiaj pierwszy raz od pół roku wysłałam pocztówki z Postcrossingu. Postcrossing wprowadził ostatnio świetną zmianę w działaniu strony na czas pandemii. Strona wie, do jakich państw użytkownik nie może wysyłać przesyłek, i losuje tylko państwa "dozwolone" w danym momencie przez pocztę. Dzięki temu nie losuję na przykład pełnej postcrosserów Malezji, do której bór raczy wiedzieć, kiedy cokolwiek będzie się dało wysłać z Polski. Wylosowałam Belgię, Portugalię i Rosję. Starałam się wybrać jak najładniejsze kartki i napisać wiadomości podnoszące na duchu.

30.08 
Wczoraj pierwszy raz zaobserwowałam w najbliższej okolicy modraszka! Poszłam na krótki wieczorny spacer za autostradę i byłam może kilometr od domu, gdy moją uwagę zwrócił motylek siedzący w trawie ze złożonymi skrzydłami. Był dziwnie malutki, dużo mniejszy niż rusałki, ale to po wzorach na zewnętrznej stronie skrzydeł rozpoznałam w nim modraszka. Kiedy przeleciał z jednego miejsca na drugie, to się potwierdziło. Po rozłożeniu skrzydeł miał niebieski kolor zbliżony do jasnego fioletu. Zrobiłam mu parę średnio udanych zdjęć. Może uda się ustalić gatunek.
Modraszek na żywo robi wrażenie tak efemerycznej, delikatnej istotki, jakby jego skrzydła powstały z płatków kwiatka. 
Dzisiaj przyjechał Szczur i po niedługiej przerwie spędziliśmy dzień razem. Wypuściliśmy w lesie dwieście niedźwiedziówek i obejrzeliśmy "Laputę". A teraz mamy tu burzę.
 
 

 

sobota, 3 października 2020

[105] Pamiętniki lipcowe


05.07
Przyjechałam do Nory prawie tydzień temu, ale ten pierwszy tydzień był średnio udany. Nie było mnie tu wyjątkowo długo, bo aż pół roku. Zazwyczaj błyskawicznie zaczynam czuć się jak w domu. Tym razem przez parę dni nie potrafiłam się wyluzować. Okazało się, że po remoncie wielu potrzebnych rzeczy nie umiem znaleźć, a w mieszkaniu jest niezbyt czysto (w końcu przez trzy miesiące nikt tu nie mieszkał...). Musiałam też kupić większość rzeczy potrzebnych mi do przygotowywania posiłków i znaleźć parę roślin żywicielskich dla podopiecznych. Przez lockdown dość długo żyłam "pod kloszem" - rzadko wychodziłam z domu, u rodziców nie musiałam myśleć sama o wszystkim - i teraz trudno mi się wdrożyć do normalnego dorosłego życia, brzuch ciągle mam niespokojny. Z kolei Szczur w pierwszych dniach lipca miał na głowie jeszcze sporo obowiązków wpracowych i przytłaczało go to wszystko. Czasem nie umieliśmy się dogadać, bo mieliśmy sprzeczne potrzeby albo coś zaszwankowało w komunikacji.
Z pozytywnych rzeczy... Obejrzeliśmy dwa udane filmy: "Bakemono no Ko" i "Księgę Henry'ego". Prawie codziennie spacerowałam, przywiozłam też swój materac do ćwiczeń. Stawy znowu poczuły się lepiej. Kilka gąsienic się przepoczwarczyło, a wieczorami zaczęłam czytać "Przeminęło z wiatrem". Ze Szczurem odbyliśmy długą rozmowę na nocnym spacerze, wyjaśniając sobie różne rzeczy, więc między nami znowu powinno być lepiej.
Na sobotę zaplanowaliśmy wycieczkę do Kampinosu, jednak zamiast tego pojechaliśmy na spontanie do rodziców Szczura, bo pojawił się nagły problem z samochodem. Szczur był bardzo zestresowany, a mnie nagła zmiana planów mocno wytrąciła z kruchej równowagi psychicznej. Zrezygnowaliśmy z zaplanowanego na niedzielę spotkania. Na szczęście z samochodem jest wszystko w porządku, a dzięki temu, że u rodziców już byliśmy, nie muszę o tym teraz myśleć.
Dzisiaj w końcu udało się nam spędzić więcej czasu razem na świeżym powietrzu i bardziej się rozluźnić. Połaziliśmy po Kampinosie od strony, do której mamy najbliżej, ale wybraliśmy nowy szlak. Zobaczyliśmy tam miejsce egzekucji więźniów w 1942 roku. Atomową kwaterę dowodzenia przekształcono w noclegownię dla nietoperzy, ozdobioną pięknym muralem. Gdy zbliżaliśmy się do niej, znienacka spod moich nóg wyprysnął duży wąż i ruszył w kierunku Szczura, aż poczuliśmy przypływ adrenaliny! Był to zaskroniec. Widzieliśmy też motyle i dużego owada podobnego do szerszenia, choć spośród owadów najwięcej było oczywiście komarów. Biedny Szczur znowu jest cały pogryziony. Ja minimalnie, ale i tak zaraz po powrocie władowałam się pod prysznic.
 
 



08.07 
Łączenie się z wi-fi poza domem często dostarcza mi tak zwanego lolkontentu. Szukając właściwej sieci do połączenia się (własnej, szczurzej czy hotelowej), widzę na liście komiczne nazwy, jakie ludzie nadają swoim prywatnym sieciom. Czasem są banalne, jak "jadzia" albo "PiotrekWiFi", ale bywają też bardziej kreatywne. Omal nie spadłam z krzesła, gdy zobaczyłam na szczurzym osiedlu sieć... "MartinRouterKing".

9.07 
W czwartek pierwszy raz od wielu miesięcy byłam w najprawdziwszym muzeum. Brakowało mi już solidnie takich wyjść!
Całe szczęście, że w Warszawie muzeów jest tyle, że nawet gdy niektóre nadal pozostają zamknięte, a inne już dobrze znamy, wciąż da się znaleźć coś dla siebie. Nasz wybór padł na otwarte w atrakcyjnych dla nas godzinach (aż do dwudziestej!) Centrum Pieniądza NBP - muzeum w całości poświęcone pieniądzom i ich historii. Gdyby nie pandemia, możliwe, że nadal nie wiedziałabym o istnieniu takiego miejsca.
Nie wszystkie zakątki udało nam się, niestety, dokładnie zwiedzić - przez ostatnie sale już tylko przebiegliśmy, ponieważ czas nas gonił. Ewidentnie za dużo czasu zajęło nam dokładne czytanie ekspozycji o środkach płatniczych w starożytności i w średniowieczu. Pominęliśmy sporo interaktywnych eksponatów, żeby wszystkiego nie dotykać. To, co zobaczyłam, wystarczyło mi jednak, żeby polubić Centrum Pieniądza.
Najbardziej podobały mi się:
- starożytne środki płatnicze,
- monety, które pamiętam z Biblii,
- największa moneta świata, pochodząca ze Szwecji,
- milion złotych w postaci dziesięciozłotowych banknotów (podobno waży mniej więcej siedemdziesiąt kilogramów),
- sala, w której można nauczyć się rozpoznawać autentyczne banknoty, pobawić się w typowanie banknotów prawdziwych i fałszywych, a nawet zbadać własny banknot,
- gablotka ze zniszczonymi na różne sposoby banknotami,
- możliwość podejrzenia, jak wygląda bankomat w środku,
- ekspozycja o tym, jak powstają pieniądze.
Jeśli chodzi o środki bezpieczeństwa, jest dobrze: dezynfekcja rąk przy wejściu, możliwość pobrania jednorazowych rękawiczek, obowiązek zakrycia ust i nosa. A przede wszystkim mało zwiedzających - to ucieszyło mnie najbardziej.
 
 

 
11.07 
Dzisiaj wybraliśmy się ze Szczurem na nietypową wycieczkę. Odwiedziliśmy Piotrka, a potem we trójkę pojechaliśmy do pobliskiego Żyrardowa, żeby obejrzeć dawne fabryki lniarskie i zakłady pończoszarskie "Stella". Co prawda do środka zajrzeć się nie da (wszystko pozamykane na cztery spusty), ale i z zewnątrz są to bardzo ładne budynki. A drzewka wyrastające z opuszczonych budynków zawsze mnie wzruszają.
Następnie pojechaliśmy do Teresina, gdzie znajduje się opuszczona jednostka obrony przeciwlotniczej. (Z pewnością domyślacie się, które z nas to zaproponowało). Tam już bez problemu można wejść, ale po całym obiekcie uganiali się akurat panowie grający w paintball, generując mnóstwo hałasu. Zdążyliśmy zobaczyć jeden budynek, a potem... z zimna zachciało mi się do toalety (czternaście stopni latem to nie jest temperatura dla Ostatniego Rosomaka).
Po powrocie zawarłam bliższą znajomość z jednym z kotów Piotra. To przekochana szylkretowa koteczka. Po tym, jak zaczęłam ją głaskać, nie chciała się ode mnie odsunąć, żebym mogła zrobić jej zdjęcie. Przez to spotkanie zatęskniłam za Bestią, mimo że charakter Bestii jest zupełnie inny. Na moje kolana wskakuje na własnych warunkach, zazwyczaj po kolacji, a obcy w ogóle nie mają co liczyć na przytulasy.
 
 

 
12.07 
Jedziemy na wybory. W samochodzie jem, pierwszy raz od wielu miesięcy, jedzonko z Maka. Przede mną ponad dwieście pięćdziesiąt kilometrów drogi, jedziemy na styk, ale mam nadzieję, że zdążę. A przy okazji słucham bardzo adekwatnej piosenki: "Human" The Killers.
Tutaj trochę o tym, dlaczego ten utwór jest tak piękny:
 
(wieczorem)
Głos oddany. Była 20:40! Ostatni raz chodnik wokół podstawówki wydawał mi się tak długi, gdy uciekałam przed dokuczającymi.
 
15.07 
Mama wysłała mnie na cmentarz po stary stroik, żeby zrobić nowy.
Ja: Na cmentarzu dzisiaj nikogo nie było.
Szczur: Przynajmniej nikogo żywego.
 
16.07 
Przez ostatnie dwa dni polowaliśmy ze Szczurem na kometę Neowise. Trochę mnie to ożywiło, bo w poniedziałek czułam się, jakbym miała powyborczego kaca, mimo że nic nie piłam - nie chciało mi się wstać z łóżka. Bardzo chciałabym zobaczyć kometę, dopóki jestem na Śląsku. W dzieciństwie uwielbiałam "Kometę nad Doliną Muminków". Niestety, nadal się nie udało. Pierwszej nocy szukaliśmy na niewłaściwym skrawku nieba, a drugiej chmury zasnuły cały wschód.
Zawsze gdy wychodzę nocą na dwór, uderza mnie, jak bardzo letnie noce poza miastem są piękne. Słychać świerszcze albo żaby, widać gwiazdy, a w powietrzu unoszą się zapachy łąkowych roślin. Gdy drugi raz nie udało się zaobserwować komety, poszliśmy rzucić okiem na widok z wiaduktu, a później na cmentarz. Bardzo się zdziwiłam, że brama cmentarna jest o tej porze otwarta. Nigdy jeszcze nie byłam w nocy na cmentarzu, bo ten najbliższy jest położony w znacznym oddaleniu od zabudowań, tak daleko pod lasem, że nikt tam nocami nie chodzi ani nie jeżdżą żadne autobusy. Oczywiście czasem odwiedzam groby w jesienne wieczory, gdy wcześnie robi się ciemno, ale to nie to samo, co druga czy trzecia w nocy, kiedy nie ma nikogo. Okazało się, że na cmentarzu o tej porze czuję się jeszcze bardziej spokojnie niż w dzień, żadne duchy ani upiory nie kojarzą mi się z tą sytuacją. Przeciwnie: bardziej chce mi się teraz spać. Pod lasem świeci kilkadziesiąt zniczy. Miło widzieć, że na takim odludziu aż tyle osób pamięta o grobach swoich bliskich.

17.07 
Byłam dzisiaj pierwszy raz w życiu na strzelnicy i strzelałam z karabinka sportowego z podparciem. Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że może mi tak dobrze pójść. Za pierwszym razem trafiłam dziesiątkę! Byłam w szoku! Raczej nie był to przypadek, bo później strzeliłam sobie jeszcze chyba kilkanaście razy i ogólnie nieźle mi szło. Nic mnie nie bolało podczas strzelania - okazuje się, że nawet da się strzelać z moją chorobą, przynajmniej jeśli się odpowiednio dobierze broń. Instruktor był sympatyczny i wszystko mi wytłumaczył.
Cieszę się, że pojechaliśmy na strzelnicę, bo wreszcie udało nam się trochę oderwać myśli od szczurzego zęba z zapaleniem miazgi (ten bardzo nieprzyjemny temat zdominował ostatnie dni). Do tego w końcu spotkaliśmy się w realu z Magdą.
Samo strzelanie jest przyjemniejsze niż myślałam, bardzo odprężające. Błyskawicznie ustawia w głowie tryb "uważność", co w wielu innych sytuacjach jest przecież nieziemsko trudne.
 
 

 
19.07
(nad ranem)
Po paru dniach przejmowania się zębem Szczura mam ciężką pierwszą noc w Norze. Nie umiem spać, boli mnie brzuch i atakują dziwne psychosomy. W dzień czułam się dobrze, a tymczasem w nocy wylazł ze mnie stres. Byle do rana i do przodu.
 
23.07
Szczur na podwieczorek u rodziców dostał między innymi jeża. Na szczęście nie mięsnego, bo jest wege.
Jeż mnie zainspirował i wczoraj oglądałam filmiki o jeżach pigmejskich.
 
Odwiedziliśmy dzisiaj kolejne mniej znane warszawskie muzeum: Muzeum Sportu i Turystyki. Mamy do niego bliżej niż sądziłam. Jechaliśmy może dwadzieścia minut w jedną stronę, tylko na miejscu trochę nam zajęło znalezienie budynku.
Wystawa stała nie jest duża - powiedziałabym, że w sam raz do zwiedzenia, gdy macie w Warszawie godzinę czy dwie i nie wiecie, czym się zająć. (Może to też być plus dla osób, które szybko się przebodźcowują albo zwiedzają z dziećmi.) Przedstawiono na niej w wielkim skrócie historię sportu olimpijskiego na świecie i w Polsce. Poszczególne sporty mają swoje "kąciki", gdzie można pooglądać sprzęt, trofea, a gdzieniegdzie też elementy stroju znanych zawodników, jak Jerzy Dudek, Sylwia Gruchała czy Adam Małysz. My najwięcej czasu spędziliśmy przed gablotą o wspinaczce górskiej, gdyż Szczur o tym sporcie może gadać godzinami. Poza tym mieliśmy okazję podpatrzeć, jak Anita Włodarczyk udziela wywiadu.
W lipcu i w sierpniu w muzeum prezentowana jest też wystawa czasowa "Piąta strona Mazowsza". Obeszłam ją szybciutko, bo przedstawia warte odwiedzenia miejsca wokół Warszawy, które już znam (m.in. zamek w Liwie, zamek w Ciechanowie, Kampinos).
 
 

 
24.07
Szczur zabrał mnie po dwudziestej pierwszej do lasu w pobliżu terenów wojskowych. Plan był taki, żeby spróbować zaobserwować kometę z opuszczonych bunkrów. Na miejscu okazało się, że nic z tego, bo teren ktoś kupił i ogrodził. W zamian zdarzyło się coś nieoczekiwanego: wracając do samochodu, zauważyliśmy w trawie zielone światełko podobne do lasera. Początkowo myślałam, że ktoś zgubił jakiś fluorescencyjny przedmiot, na przykład breloczek. Podeszliśmy bliżej i... naszym oczom ukazał się niewielki owad, podobny do larwy. To był świetlik!
Później spotkaliśmy jeszcze dwa świetliki. Nie potrafię fotografować nocą, ale mimo to zrobiłam jednemu fotki smartfonem na pamiątkę. Łapanie świetlika nie miałoby sensu, zwłaszcza że w okolicy szczurzego osiedla ich nie ma. Musiałam jednak pooglądać go w świetle latarki. Wyglądał tak, jak na zdjęciach w Internecie.
Zawsze chciałam zobaczyć świetliki, których w mojej okolicy nie ma, i proszę bardzo - w najbardziej niespodziewanym momencie udało się. Jestem szczęśliwa! 
 
 
 

28.07
Wczorajsze słoneczne, gorące i pełne komarów Kampinosy. Chyba pierwszy raz nie spotkaliśmy żadnego ciekawego zwierzaka. Myślę, że im też jest gorąco.
 
 

 
29.07
Testowałam dzisiaj ze Szczurem "Na skrzydłach" - jedną z naszych nowych planszówek.
O tej grze zdecydowanie nie da się powiedzieć, że jest wtórna. Fabuła kręci się wokół budowy rezerwatu, który musimy zasiedlić różnymi gatunkami ptaków. Aby ptaki zamieszkały w rezerwacie, potrzeba odpowiedniego pożywienia i siedliska. W dalszej kolejności mogą zacząć składać jaja. Wygrywa oczywiście ten, kto uzbiera najwięcej punktów. Okazji do ich zdobycia dostarczają między innymi składanie jaj i realizowanie celów dodatkowych. Grać można też w pojedynkę - jeszcze nie próbowałam, ale zauważyłam, że do tego wariantu przeznaczona jest osobna instrukcja.
Największym plusem gry jest moim zdaniem to, że na kartach ptaków spotykamy nie fikcyjne stworzenia, ale prawdziwe gatunki, realistycznie narysowane. Przy okazji możemy się o każdym z nich odrobinę dowiedzieć: gdzie występuje, co je, jakie gniazda buduje, ile składa jaj i tak dalej. Wiadomości same wypływają w toku gry. Punktacja zależy nie tylko od liczby uzbieranych ptaków i jaj, ale także od realizacji dodatkowych celów, związanych z cechami ptaków (niektórzy podopieczni polują, inni tworzą stada). Pomimo dość konkretnej dawki wiedzy gra nie stała się niegrywalna, jak to czasem bywa z grami edukacyjnymi. Przeciwnie, szybko wciąga!
Za największą wadę gry uważam to, że tylko osiemnaście ze stu siedemdziesięciu prezentowanych ptaków występuje w Europie (liczyłam!). Widać, że została stworzona  z myślą o rynku amerykańskim, bo większość ptaków to tamtejsze gatunki.
PS Zamarzyła mi się podobna planszówka o motylach...
 
Dzisiaj wieczorem widziałam nad fosą nietoperze. Latały nisko i bardzo szybko. W pierwszej chwili pomyślałam, że to jaskółki, które widzieliśmy tam innym razem. Ale nie - to najprawdziwsze nietopyrze.

31.07
Kampinosu nigdy za wiele... dlatego, mimo że dopiero kilka dni temu byłam tam ze Szczurem, wybraliśmy się znowu. Tym razem umówiliśmy się z Asią, Tomaszem i Mistrzem Zen.
Dzięki krótkiej wycieczce udało mi się trochę odprężyć przed podróżą. Szliśmy powoli, spokojnym tempem i dużo rozmawialiśmy, więc w sumie nic dziwnego, że nie spotkaliśmy żadnego zwierzaka. Po stanie lękowym, który miałam w południe, las był jak miód na moją duszę. Najbardziej podobała mi się okolica pełna poduszeczek z mchu.
Komary w Kampinosie dalej mają się świetnie. Gryzą wszystko, co się nie rusza, a czasami także to, co się rusza. Na szczęście repelenty chroniły nas w znacznym stopniu, bo wróciłam tylko z trzema czy czterema nowymi bąblami.




poniedziałek, 20 lipca 2020

[104] Lockdown oswojony


Dawno, dawno temu przeczytałam gdzieś cytat: "W życiu mogą cię spotkać dwa rodzaje nieszczęścia: kiedy twoje największe marzenie się nie spełni albo kiedy się spełni". (Jeśli Ciocia Wyszukiwarka ma rację, autorem tych słów jest George Bernard Shaw.) Zapamiętałam go mimowolnie, ale nie zawracałam sobie nim zanadto głowy, bo wydał mi się gigantycznym uproszczeniem. W końcu nieszczęśliwych zdarzeń, które mogą spotkać człowieka, jest całe spektrum, a bywają one tak nieprzewidywalne, że większość nie sposób uznać po prostu za przeciwieństwo spełnionego marzenia. Nadal tak uważam, ale tej wiosny chyba zrozumiałam, co autor miał na myśli.

Nie wiem, czy istnieje osoba, która częściej ode mnie fantazjowałaby o niespodziewanej, ale nie związanej ze złym stanem zdrowia ani z bezrobociem, przerwie od pracy. Przypuszczam, że odkąd skończyłam studia, miewam takie myśli co najmniej raz czy dwa razy w tygodniu - i nie ma znaczenia, że swoją obecną pracę naprawdę lubię. Ot, gdyby tak pewnego pięknego dnia obudzić się o piątej trzydzieści i zastać obok łóżka jakiegoś krasnalka, który mi oznajmi, że przez najbliższe dwa tygodnie mogę nie chodzić do pracy... bez najmniejszych dolegliwości zdrowotnych i bez żadnych konsekwencji. Wyłączyć budzik, przewrócić się na drugi bok i ponownie zasnąć z błogą świadomością, że nikogo nie muszę oglądać, a żadne zobowiązanie nie dynda mi nad głową.

Kiedy w połowie marca gruchnęły pierwsze decyzje rządu związane z pandemią, przez pewien czas czułam się, jakbym śniła na jawie. Moje najskrytsze fantazje urzeczywistniły się, tyle że w sposób, który jeszcze niedawno nie przyszedłby mi do głowy. I wtedy okazało się, że... lepiej, by pewne rzeczy jednak pozostawały w sferze marzeń. Miał być sympatyczny krasnalek, a nie umierający ludzie, maseczki i lockdown!

Pod względem psychicznym miewałam wzloty i upadki. Przez pierwszych kilkanaście dni upadków było więcej. Żeby pognębić taką osobę jak ja, wystarczy już, aby z dnia na dzień zachwiała się rutyna, a wszystkie plany na kolejne tygodnie zostały odwołane. Najgorsze było jednak to, że w pierwszych dniach nikt nie potrafił odpowiedzieć mi na najważniejsze pytania: co będzie dalej, na jakich obostrzeniach się zatrzymamy, ile to wszystko potrwa, jak będzie w moim przypadku wyglądać praca zdalna. Nikt nic nie wiedział, a już najmniej mój szef, sam co chwilę zaskakiwany czymś nowym. Im więcej niewiadomych, tym gorzej czuje się osoba ze spektrum. Zamiast robić to, co zwykle chcę robić w wolne dni, początkowo co rano budziłam się z lękiem przed kolejnymi komunikatami, czego jeszcze robić nie mogę. Najbardziej dobiły mnie zakaz wstępu do lasów i niemożność widywania Szczura. Bałam się nie tylko o zdrowie swoje i swoich bliskich, ale też o to, żeby wszechobecne zakazy nie uderzyły w moje pasje. Niektórych może to dziwić, ale dla autysty możliwość realizowania pasji jest podstawą sensu życia. Przez nieustanny napływ informacji o wirusie z tablic znajomych i telewizorów rodziców miałam stany lękowe. Gdy tylko ojciec wchodził rano na piętro i od progu wołał, ile osób poprzedniego dnia zmarło albo co powiedział premier, waliło mi serce, a brzuch bolał.

W pewnym momencie sygnały z ciała uświadomiły mi, że niebezpiecznie zbliżam się do stanu kryzysu psychicznego, w jakim byłam w okresie studiów. Powiedziałam sobie: stop. Choćby dookoła się waliło i paliło, zdrowie psychiczne musi być priorytetem, w przeciwnym razie fizyczne też lada chwila się posypie. Zaczęłam od odcięcia się od mediów w największym możliwym stopniu. Choć początkowo było mi trudno powstrzymać się od ciągłego zaglądania do netu, postanowiłam czytać wiadomości o wirusie tylko dwa razy dziennie i ze sprawdzonych źródeł. Na parę tygodni przestałam obserwować profile znajomych, którzy udostępniali najbardziej katastroficzne posty. Telewizji w ogóle nie oglądałam, a gdy rodzice oglądali wiadomości, wychodziłam do innego pokoju i starałam się czymś zająć.

Stopniowo wypracowałam sobie nową rutynę dnia. Wstawałam i chodziłam spać późno, zgodnie ze swoimi potrzebami. Do obiadu zajmowałam się pracą, po południu starałam się wyjść na dwór, wieczorami ćwiczyłam i spędzałam czas ze Szczurem na Skype, a przed snem czytałam w samotności. Początkowo trzymanie się nowych rytuałów służyło głównie temu, żeby zaakceptować nową rzeczywistość i nie zwariować. Z dnia na dzień zaczęłam jednak czerpać coraz większą przyjemność z nowego trybu życia. Przyjemność wzrosła jeszcze, gdy sprawy wpracowe poukładały się. Czułam, że coraz bardziej rozluźniam się i zaczynam odpoczywać sensorycznie od ciągłego nadmiaru bodźców, z jakim wiąże się "normalna" codzienność. Zazwyczaj ledwo zdążam naładować swoje społeczne i sensoryczne baterie, a już muszę na nowo robić rzeczy, które całkowicie je rozładowują - i tak w kółko. Nie tracąc kilku godzin dziennie na ładowanie baterii, zyskałam czas na robienie wielu rzeczy, na które po zwykłym dniu pracy nie mam energii. Owszem, ukłucia lęku i dołki wciąż się zdarzały, ale sporadycznie, głównie wtedy, gdy czekałam na kolejne decyzje związane z pracą. To nie znaczy, że pandemia sama w sobie przestała mnie przerażać, po prostu nauczyłam się maksymalnie wykorzystywać ten czas.

Po lockdownie zrobiłam listę pozytywnych rzeczy, które udało mi się zrobić w tym okresie. Doliczyłam się ich kilkunastu:

1. Wysprzątałam swój pokój. Zwykle robię to pod koniec czerwca, ale tym razem zabrałam się za porządki w pierwszych tygodniach pandemii, gdy bardzo pilnie potrzebowałam zająć myśli.
2. Uporządkowałam zawartość dysku twardego, smartfona, pendrive'a i kart pamięci. Możecie wierzyć lub nie, ale w czeluściach tych nośników panował taki bajzel jak w stajni Augiasza.
3. Obserwowałam przyrodę, gdy tylko mogłam. Początkowo w ogrodzie, później na krótkich spacerach po okolicy, a po zniesieniu zakazu wstępu do lasów - we wszystkich ulubionych lasach.
4. Regularnie gadałam z przyjaciółmi i znajomymi przez komunikatory.
5. Pierwszy raz w życiu ufarbowałam komuś włosy.
6. Również pierwszy raz upiekłam chleb. A właściwie trzy chleby.
7. Co tydzień piekłam jakieś ciasto. Odświeżyłam sobie większość moich ulubionych domowych przepisów, a biszkopt z galaretką i chałkę zrobiłam pierwszy raz.
8. Obiecałam sobie, że powtórzę hiszpański... i oczywiście jak zwykle tego nie zrobiłam. A co! Idealnie być nie może. Sporo się leniłam i wysypiałam się za wszystkie czasy.
9. Wzięłam udział w kilku internetowych warsztatach i webinarach związanych z moją pracą, a nawet w jednym dłuższym kursie. Chyba pierwszy raz nie musiałam odchorowywać przebodźcowania po takich formach doskonalenia zawodowego - i to było cudowne. Jeśli o mnie chodzi, większość szkoleń mogłaby się odbywać w ten sposób. Siedząc przed ekranem we własnym wygodnym fotelu, z kubkiem ulubionego napoju, w odpowiadającej mi temperaturze, przyswajam więcej niż w dostosowanych do potrzeb osób neurotypowych "salach konferencyjnych".
10. Zapisałam się też na internetowy kurs mindfulness, ale jeszcze za wcześnie, żeby ocenić jego efekty.
11. Randkowałam ze Szczurem w Athkatli. I chociaż miesiąc bez spotykania się i tak był dla mnie trudny, wspólne przygody w świecie wirtualnym uczyniły go bardziej znośnym.
12. Przeczytałam sporo relaksujących czytadeł i kilka dobrych książek popularnonaukowych.
13. Obejrzałam wszystkie dostępne anime o Violet Evergarden i parę zaległych anime pełnometrażowych.
14. Uporządkowałam zdjęcia rodzinne, którymi się opiekuję. Dodałam też podpisy do zdjęć.
15. Odsłuchałam bardzo dużo podcastów.
Najważniejsze jest jednak nie to wszystko, co wymieniłam powyżej, ale ostatni punkt.
16! Doceniłam kilka rzeczy, które wcześniej postrzegałam jako coś oczywistego: że mieszkam na wsi, że mam kilka bliskich osób i zwierzaki, że nie mieszkam sama, że mam taką, a nie inną pracę. Doceniłam bardzo mocno.

Możliwe, że kogoś spośród neurotypowych czytelników będzie interesowało, jak radzę sobie z sensorycznymi minusami pandemii (maski, rękawiczki itp.). Na początku pandemii miałam spore obawy przed noszeniem środków ochrony osobistej, zwłaszcza masek. Mam skłonności do migren i nie toleruję jakiegokolwiek ucisku na skroniach. Nigdy nie byłam w stanie wytrzymać w ciasnej czapce ani w masce karnawałowej na gumce, po kilku minutach pojawiał się ból. Dlatego przerażała mnie myśl, że mogę być zmuszona wszędzie chodzić w masce czy nawet pracować w niej przez kilka godzin. Faktycznie większości maseczek, tych z gumkami zakładanymi na uszy, nie potrafię nosić dłużej niż parę minut. Okazało się jednak, że wystarczy zmienić krój maseczek na zawiązywane z tyłu głowy i nie taki diabeł straszny. Mama uszyła mi takie maseczki wielorazowe. Do samego noszenia maski na twarzy i oddychania w niej przyzwyczajałam się stopniowo, zmuszając się codziennie do krótkiego spaceru z zakrytymi ustami i nosem. Obecnie jestem na tyle przyzwyczajona, że gdy mam na sobie maskę zawiązywaną z tyłu głowy, nie myślę o tym, że ją mam. Jeszcze lepszym wynalazkiem jest przyłbica i jeśli wychodzę na krótko do sklepu, wybieram właśnie ją, ponieważ łatwiej ją później przygotować do kolejnego użycia. Kiedy nie da się uniknąć zasłonięcia twarzy na kilka godzin, będę używać przyłbicy. Jeśli chodzi o rękawiczki, najbardziej odpowiadają mi nitrylowe, a pożądany rozmiar ustaliłam metodą prób i błędów.

Z najbardziej nieprzyjemną konsekwencją pandemii natomiast mam do czynienia dopiero w wakacje, po zniesieniu większości obostrzeń. Lockdown udało mi się oswoić, ale na początku urlopu znowu zbliżyłam się do kryzysu psychicznego, tak jak na początku pandemii. Przywykłam do swojej nowej, domowej rutyny i teraz z kolei trudno mi wejść w tryb życia bardziej zbliżony do normalności. Stresuje mnie robienie różnych rzeczy pierwszy raz od kilku miesięcy, bywanie wśród ludzi, a także większa liczba obowiązków domowych w Norze.  Pierwszy raz źle się czułam po przyjeździe do Nory: byłam drażliwa, płaczliwa, kłóciłam się ze Szczurem, znowu pojawiły się stany lękowe i psychosomy. Idzie ku dobremu, ale dziękuję wszystkim bogom, że nie muszę od razu po lockdownie wracać do stacjonarnej pracy.

Ostatnio Szczur kupił sobie koszulkę z napisem "COVID-19 veteran". Podoba mi się ta metafora. Oswojenie lockdownu przypomina wygraną bitwę, jesteśmy teraz lepiej uzbrojeni i bogatsi o doświadczenie, ale końca wojny na razie nie widać.

Właśnie w takich sytuacjach najmocniej odczuwam, jak bezsensowne jest dzielenie autystów na nisko- i wysokofunkcjonujących. Dobrze sobie radzę, dopóki funkcjonuję w dobrze sobie znanym otoczeniu, mam dostęp do swoich pasji i stałe obowiązki w obrębie struktur organizacyjnych, które znam. W sytuacjach nagłych zmian całe to wysokie funkcjonowanie jest o kant tyłka potłuc. Porządek w głowie trzeba robić od nowa.