sobota, 21 września 2024

[167] Pamiętniki sierpniowe


4.08
W piątek poznałam kolejne ciekawe miejsce na mapie Warszawy - Fabrykę Norblina. To duży kompleks pełen lokali gastronomicznych, sklepów i punktów usługowych, który powstał w odnowionych budynkach dawnej fabryki wyrobów metalowych. Na trzecim piętrze znajdują się eleganckie kino i galeria Art Box Experience. Przechadzając się, można też przy okazji zwiedzić Muzeum Fabryki Norblina. Eksponaty rozproszone są po całym obiekcie i już na pierwszy rzut oka zachęcają, żeby do nich podejść. Nie miałam pojęcia, że w Warszawie istnieje takie muzeum, a Szczura na pewno zainteresowałby spacer tropem maszyn. Tym razem jednak umówiłam się w Fabryce Norblina z Olą, by pójść razem na wystawę o Fridzie Kahlo.
"Frida Kahlo. Życie ikony" nie jest typową wystawą, jakiej wyobrażenie przychodzi nam do głowy, gdy myślimy o konkretnym artyście. Przede wszystkim próżno szukać tam obrazów wiszących na ścianach. Wystawa koncentruje się na życiu Fridy i jej osobowości, a obrazy pojawiają się raczej jako elementy kolaży, animacji i innych form wyrazu. Myślę, że w ostatnich latach zdążyliśmy się już przyzwyczaić do wystaw angażujących wszystkie zmysły. Tutaj jednak twórcy poszli o kilka kroków dalej, jeśli chodzi o wykorzystanie nowoczesnych technologii. Nic nie jest statyczne, wszędzie coś się porusza, obrazy zmieniają się, gra nastrojowa meksykańska muzyka. Cała przestrzeń tętni życiem. Samemu też można stać się częścią tego życia - włożyć trójwymiarowe okulary, stworzyć swoje zdjęcie w stylu autoportretów Fridy czy pokolorować jej portret i wyświetlić go na ścianie w formie animacji.
Na osobną wzmiankę zasługuje seans w sali VR, gdzie po założeniu specjalnych okularów przeniosłyśmy się na dziesięć minut do innej rzeczywistości, oglądanej z perspektywy Fridy. Znalazłyśmy się w samym środku pokoju malarki, w łóżku, które po strasznym wypadku na długie miesiące stało się centrum jej świata. Następnie razem z tym łóżkiem odbyłyśmy podróż do świata wyobraźni, pełnego symboli i motywów charakterystycznych dla twórczości Fridy. Seans trwał zaledwie dziesięć minut, ale po odłożeniu sprzętu wydawało mi się, że byłam "tam" kilka godzin. Było to moje pierwsze doświadczenie z wirtualną rzeczywistością, bardzo pozytywne. Na stronie galerii widziałam ostrzeżenie dla osób z lękiem wysokości, ale ja go nie doświadczyłam - przeciwnie, podobało mi się wrażenie bycia wysoko nad ziemią. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to zbyt głośna muzyka w sali, która nakładała się na muzykę z seansu, zakłócając mi odbiór dźwiękowej części tego przeżycia. Raczej nie wynikało to z neuroatypowego postrzegania świata, bo po seansie Ola skarżyła się na to samo.








Po wystawie Ola przyjechała ze mną do Nory, również pierwszy raz. Po kilku latach namawiania w końcu się udało. Mogłam więc zapoznać ją z Piękną, a Piesa dość szybko przezwyciężyła nieśmiałość i pozwoliła na delikatne głaski. Oczywiście nie oparła się "kosteczce" z ręki nowej znajomej. Wyjęłyśmy z zamrażarki lody, poszłyśmy razem na spacer po osiedlu i po parku na zewnątrz, a później zjadłyśmy pizzę w towarzystwie Szczura. Zdążyłyśmy nawet zagrać w kilka wariantów potterowych Dobbli. Kiedy Ola opuszczała Norę, było wpół do pierwszej w nocy. Padłam jak kłoda na łóżko i zasnęłam natychmiast. Dopiero o piątej uświadomiłam sobie, że leżę nie przykryta i zrobiło mi się zimno. 
Choć cały plan spotkania się powiódł, nie obyło się bez zaskakującej przygody. Gdy Ola, Piękna i ja wracałyśmy z długiego spaceru, usłyszałyśmy wyraźny, dość głośny szelest dochodzący z krzaków. Zarówno Ola, jak i Piesa przestraszyły się. Na mnie ten dźwięk nie zrobił to wrażenia, ponieważ sporo mieszkańców osiedla puszcza luzem swoje psy i spodziewałam się, że jednego z nich za chwilę zobaczymy. Powiedziałam: "Nie ma się co przejmować, to na pewno większy pies. Tutaj nie ma dzików ani innych dużych zwierząt". Chwilę później z krzaków wystrzelił dzik - co prawda nie tak duży jak ten spotkany przeze mnie w czerwcu, ale jednak dzik, dorosły dzik - przeciął ścieżkę i zniknął w krzakach. Byłam w szoku. Odkąd pamiętam, w okolicy nigdy nie było dzików! 
Wczoraj wieczorem, kiedy siedzieliśmy sobie ze Szczurem na dworze i oglądaliśmy "Mroczne Materie", usłyszałam fragment rozmowy dwojga ludzi. Padło w niej słowo "dzik". Podeszłam więc i zapytałam, czy oni też spotkali tego nieproszonego gościa. Okazało się, że nie, ale słyszeli od innych, iż parę razy już się pojawił. Wczoraj był widziany w okolicy ogrodu społecznościowego. Podobno Straż Miejska nie chce na razie odławiać tego dzika. Mieszkańcy nadali mu imię Andrzejek. Niektórzy naiwnie twierdzą, że go spotkali i nie jest agresywny. Ja tam nie robiłabym sobie podobnych złudzeń względem dzikiego zwierzęcia. W parku bawią się dzieci, biegają luzem psy. Stanowczo wolałabym, żeby Andrzejek wrócił, gdzie jego miejsce... do lasu.

5.08
Polubiłam wieczorny relaks z Piękną w osiedlowym parku. Jeszcze w poprzednie wakacje bałam się spuścić ją z oka, ale teraz trzyma się mnie tak ładnie, że mogę siedzieć sobie na ławce i czytać. Czasami odchodzi kawałek dalej, żeby zbadać coś nosem lub przywitać się z innym pieskiem, ale zawsze mam ją w zasięgu wzroku. Kiedy się znudzi, siada albo kładzie się obok mnie i tak sobie razem odpoczywamy. 
W zeszłym tygodniu wpadłam na pomysł, abyśmy dokończyli ze Szczurem "Mroczne Materie", siedząc w parku. Szczur nie znosi bezczynnego siedzenia w jednym miejscu, jednak chętnie towarzyszy mi na dworze, jeśli może coś czytać lub oglądać. Warto więc korzystać, dopóki się da. Nowiutki laptop na razie potrafi długo funkcjonować bez kabla, aczkolwiek nie łudzę się, że w przyszłości to się nie zmieni. 
Jednego razu wypróbowaliśmy w parku grę "Escape Room: Misja w Tokio" którą Szczur dostał w prezencie od Marcina. Gra okazała się zaskakująco trudna. Mimo że dawaliśmy z siebie wszystko, popełnialiśmy błąd za błędem. Wykładaliśmy się przede wszystkim na zagadkach wymagających zauważenia jakiegoś drobnego szczegółu na kartach. Ciekawe, bo percepcja wzrokowa należy do moich najmocniejszych stron, a tutaj miałam problem z selekcją informacji. Zwracałam uwagę nie na to, co trzeba. Ostatecznie znacznie przekroczyliśmy czas, ale i tak przegraliśmy. Szczerze mówiąc, rozwiązywanie zagadek w escape roomach idzie nam obojgu o niebo lepiej. Za jakiś czas pewnie wrócimy do tej gry, żeby spróbować jeszcze raz. 




8.08
Niebawem Szczur, Piesa i ja wyruszamy na spotkanie nowych przygód... gdzieś, gdzie nas jeszcze nie było. Zanim jednak zaczęliśmy się pakować, pojechaliśmy na Wolę spotkać się z Marcinem i Anią, jego dziewczyną. Okazało się, że mają nocleg bardzo blisko Cosmos Muzeum. Wobec tego umówiliśmy się właśnie tam. Nie mieliśmy zbyt dużo czasu razem, bo Ania i Marcin musieli zdążyć na pociąg czy autobus (nie zapamiętałam), ale na zwiedzenie tego miejsca półtorej godziny wystarczyło.
Cosmos Muzeum jest bardzo, bardzo podobne do Muzeum Świat Iluzji na Starówce, w którym byliśmy ze Szczurem kilka lat temu. Każdy element wystawy albo bazuje na doświadczaniu iluzji, albo w atrakcyjny sposób, poprzez zabawę, przybliża jakieś zjawisko fizyczne. Niektóre eksponaty i instalacje znaliśmy już ze Świata Iluzji, a Marcin i Ania z Centrum Nauki Kopernik, ale nie przeszkadzało nam to. Dobrze się bawiliśmy i mieliśmy wiele okazji do śmiechu.
Mój prywatny ranking najfajniejszych atrakcji:
1. Tunel vortex - za drugim razem uwielbiam tak samo.
2. Pokój nieskończoności.
3. Zagadka z figurami, które ułożone na dwa różne sposoby dają za każdym razem inne pole powierzchni - to naprawdę zabiło nam klina! Bez dwóch zdań muszę pokazać Tacie.
4. Pokój dający efekt lustrzanego tunelu.
5. Urządzenie z kulkami unoszącymi się pod wpływem wydmuchiwanego powietrza.
6. Labirynt luster.
Swoją drogą, mam wątpliwości, czy słowo "muzeum" jest adekwatnym określeniem dla takich miejsc. Może zbyt wąsko postrzegam znaczenie tego słowa, ale wydaje mi się, że określenie "dom iluzji" czy "gabinet iluzji" pasowałoby o wiele bardziej. Zresztą, "Cosmos Muzeum" w ogóle brzmi niesłychanie  myląco - słysząc taką nazwę, spodziewałabym się raczej tematyki związanej z astronomią lub astronautyką. A tu... lustra i wielki suchy basen z kulkami.







18.08
Wyszłam dzisiaj na dwór dosłownie na pół godziny, bo było nieziemsko parno, a ja od rana walczę z migreną. Wyszłam tylko dlatego, że trzeba wyprowadzać psa. Szybko jednak skierowałam się w stronę ławki, żeby odpocząć. Usiadłam na ławce. Rozejrzałam się, a tam... na lewo ode mnie, na tejże ławce, siedziała szczotecznica szarawka!




24.08
W piątek odwiedziła nas Paulina z planszówką "Na skrzydłach smoków", którą chcieliśmy przetestować. Mechanika tej gry jest niemal identyczna co w "Na skrzydłach" - jednej z moich ulubionych gier - ale zamiast ptaków wabimy smoki. Wprowadzono też kilka zmian względem pierwowzoru, przez co rozgrywka stała się dłuższa. 
Początkowo nie umiałam połapać się w nowych zasadach, które jakby nakładały się w mojej głowie na te wyuczone. Zanim ogarnęłam wszystkie zmiany, dosłownie dymiła mi czacha. Mniej więcej w połowie gry poczułam jednak, że coś "kliknęło", jakby brakujące puzzle trafiły na swoje miejsca, i od tego momentu zaczęło mi się grać naprawdę przyjemnie. Dużo radości sprawiało mi poznawanie gatunków smoków. Cudowne ilustracje i urocze nazwy gatunków są niewątpliwymi atutami tej gry. 
Po podliczeniu punktacji okazało się, że wygrałam, co najbardziej zdziwiło mnie samą. Owszem, ogrywam Szczura w "Na skrzydłach", ale potrzebowałam czasu na ogarnięcie wszystkich nowości. Poza tym Szczur jest świetnym strategiem i ogrywa mnie w wiele innych planszówek, a Paulina to prawdziwy wyjadacz wszelkiego rodzaju gier. Może to znak, że powinnam założyć hotel dla smoków.
Grę gorąco polecam!




piątek, 16 sierpnia 2024

[166] Pamiętniki lipcowe

 
27.06
Pierwszy tydzień urlopu (i lata) zleciał jak z bicza strzelił. 
Jestem z siebie dumna, bo w ciągu tego jednego tygodnia załatwiłam więcej spraw niż w roku szkolnym załatwiam w miesiąc. Odbębniłam wizyty u aż trzech specjalistów. Nareszcie kupiłam laptop. Skończyłam generalne porządki w szafie z pomocami do pracy (Bór jeden wie, jak strasznie nie chciało mi się tego robić). Odwiedziłam krewną ze strony taty, żeby wypożyczyć stare zdjęcia rodzinne do zeskanowania. I najważniejsze: pojechałam z tatą załatwić bardzo istotną sprawę, która znacząco wpłynie na jego codzienne funkcjonowanie.
W weekend przyjechał Szczur. Zjedliśmy nasze ulubione pizze i zabraliśmy Piesę na dwa długie spacery - w sobotę do Najbliższego Lasu, a w niedzielę do parku. Liczyłam, że uda mi się znaleźć jakieś gąsienice, bo aktualnie żadnych nie mam. Niestety, nie spotkałam ani jednej. Na pokrzywach wisiało dużo oprzędów pełnych małych kupek, jakby rusałki niedawno tam żerowały, ale zdążyły się już przepoczwarczyć. I rzeczywiście, w lesie roiło się od pawików. Były też admirały i inne motyle, głównie modraszki. Większość latała, ciesząc się pełnią życia, znalazłam jednak też dwa czy trzy martwe pawiki leżące na drodze. Po upewnieniu się, że nie żyją, zabrałam kilka skrzydełek. Może znajdę sposób, żeby je wykorzystać, na przykład w biżuterii. 
Wczoraj późno zasnęłam, ponieważ około drugiej w nocy zza okna zaczął dobiegać dziwny dźwięk. Był to rodzaj pisku, wysoki i przenikliwy, ale odzywający się w równych odstępach czasu. Mama, która się wtedy obudziła, najpierw stwierdziła, że to na pewno jakiś gryzoń, a później zmieniła zdanie i obstawiała, że raczej u kogoś włączył się nietypowy alarm. 
Dzisiejszej nocy ów dźwięk pojawił się znowu, ale o wiele wcześniej, około dwudziestej drugiej. Byłam już pewna, że to ptak, a właściwie dwa, bo taki sam pisk dobiegał na przemian z dwóch stron domu. Jeden z ptaków musiał znajdować się dalej, a drugi całkiem blisko. Poszukałam na YT odgłosów wydawanych przez sowy, których słuchałam w Czechach, aby ustalić gatunek wrzeszczącego tam po nocach ptaka. Okazało się, że tak nawołują młode sowy uszate. Czyli od wczoraj najprawdopodobniej mamy w okolicy co najmniej dwie uszatki!

5.07
Gdy tydzień temu Marcin napisał mi, że wkrótce wyjeżdża do Włoch, wiedziałam, że musimy się spotkać przed naszymi wyjazdami. Dawno się nie widzieliśmy i nie wiadomo, kiedy znów nadarzy się okazja. Szczur miał w poniedziałek wizytę u lekarza, więc siłą rzeczy został nam wtorek. Dzień urodzin mojej mamy. Ponieważ jednak mama dostała już ode mnie prezent, a z rodziny zapowiedziała się tylko ciocia z wujkiem, wtorek był najzupełniej odpowiedni. I tak umówiłam nas we troje do escape roomu w Chorzowie.
Zanim poniedziałek dobiegł końca, wydarzyły się dwa zwroty akcji. Najpierw dostałam wiadomość od Asi z Somos Dos, że w środę w Warszawie, w tym samym miejscu co zawsze, odbędą się urodziny Gai. I że będziemy na nich ze Szczurem bardzo mile widziani. Rzadko mamy możliwość spotkać się z Asią i Gają, dlatego postanowiliśmy zrobić, co się da, żeby pojawić się na tych urodzinach. Nawet gdyby oznaczało to wcześniejszy wyjazd ze Śląska. Nie zdążyłam jeszcze poukładać sobie wszystkiego w głowie, a dostałam kolejną wiadomość. Tym razem od mojej najlepszej koleżanki z pracy, M., która po roku nieskutecznego umawiania się na herbatę postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. I zaproponowała spotkanie... we wtorek. 
We wtorek drzwi do domu się nie zamykały. W południe przyjechała M. i spędziłyśmy miło czas, rozmawiając o różnych życiowych sprawach. Akurat rozmawiałyśmy o antyklerykalizmie męża M. i mojego Szczura, gdy przybył Szczur we własnej osobie. Zainstalowałam go na piętrze, a niedługo później zjawili się goście mamy i przejęli pokój na parterze. Wczesnym wieczorem wyruszyliśmy ze Szczurem do Chorzowa, gdzie mieliśmy z Marcinem zarezerwowany pokój "Ale Sztuka!". Tym razem wcieliliśmy się w złodziei mających wykraść prestiżową statuetkę z konkurencyjnego teatru. Nie obyło się bez odegrania spektaklu (i nawet dostaliśmy brawa). Był to nasz drugi pokój o tematyce teatralnej po świetnym "Teatrzyku upiornych lalek". "Ale Sztuka!" dorównuje tamtemu pokojowi pod względem wyposażenia i atmosfery - choć to zupełnie inne klimaty, również tu można się poczuć jak w prawdziwym teatrze. Garderoba całkowicie podbiła moje serce, bo przypominała mi "Upiora Opery". Zagadki były logiczne i na odpowiednim dla nas poziomie - ani zbyt łatwe, ani zbyt trudne. Pokój ukończyliśmy przed czasem.
Po takim emocjonującym dniu czułam się zmęczona, ale i szczęśliwa. Byłam zadowolona, że wszystko poszło zgodnie z (trochę zwariowanym) planem. Byłam też zdeterminowana, by kolejnego dnia zrealizować resztę tego planu. Niestety... stało się inaczej.
W środę zrobiłam wszystko, co mogłam, żebyśmy jak najszybciej wyjechali. Udało się - ruszyliśmy w drogę około południa. Nie dojechaliśmy jednak daleko. Przed wjazdem na autostradę napotkaliśmy ogromny korek spowodowany robotami drogowymi. Spędziliśmy w nim blisko pół godziny, nieznacznie się przemieszczając. W pewnym momencie poczuliśmy niepokojący swąd, a chwilę później uświadomiliśmy sobie, że spod maski wydobywa się para. Oboje bardzo się zestresowaliśmy. Szczur zjechał na bok i zabezpieczył samochód. Okazało się, że zagotował się płyn chłodniczy. Otworzywszy maskę, Szczur zadzwonił po radę do znajomego mechanika. Musieliśmy zostać na poboczu, dopóki temperatura płynu nie obniżyła się, co zabrało nam kolejnych kilkadziesiąt minut. Mechanik powiedział, iż prawdopodobnie zepsuł się wentylator. Krótki eksperyment na parkingu potwierdził tę hipotezę. 
Dalsza podróż do Warszawy upłynęła bez przeszkód, na autostradzie samochód sprawował się dobrze. Straciliśmy jednak dużo czasu. Kiedy wjechaliśmy do stolicy, trafiliśmy na porę szczytu i historia zatoczyła koło - w korku temperatura płynu szybko zaczęła rosnąć. Do Nory dotarliśmy około siedemnastej. Nie było już szans, żeby pojechać na urodziny Gai. Byliśmy wymęczeni, a Naleśnik nie radził sobie w warszawskich warunkach drogowych. Zamiast na imprezę, Szczur pojechał do mechanika. Było mi bardzo smutno.
W ciągu jednej doby mój nastrój przeszedł z jednej skrajności w drugą. Istny emocjonalny rollercoaster.

10.07
Po przyjeździe do Nory mieliśmy szczęście trafić na przerwę w morderczych upałach. Przez pierwszych kilka dni temperatura nie przekraczała 23 stopni, więc wykorzystałam je na generalne porządki w Norze. Dzięki łaskawej pogodzie udało się doprowadzić ją do stanu używalności rekordowo szybko. W tym czasie Szczur, który dopiero zaczął urlop, miał do załatwienia kilka spraw urzędowych. Zarezerwowaliśmy również nasz pierwszy wyjazd. W weekend do domu wrócił Naleśnik, wyposażony w nowy wentylator, więc niedługo będzie można ruszyć na wakacje. 
Zanim jednak gdziekolwiek wyruszymy, trzeba jakoś przetrwać kolejną falę upałów. Wczoraj było jeszcze znośnie, wiał wiatr, ale dzisiaj zrobiło się nieznośnie parno. Ratujemy się zasłanianiem okien, klimą i przesunięciem trybu życia o kilka godzin do przodu. U rodziców Szczura zjedliśmy pierwsze w te wakacje lody. Zaproponowałam też Szczurowi, żebyśmy zgodnie z naszym zwyczajem wybrali się do jakiegoś muzeum. W poprzednich latach też wykorzystywaliśmy najgorętsze dni na zwiedzanie muzeów. Pozwala to połączyć przyjemne z pożytecznym - poszerzyć swoją wiedzę i na kilka godzin ukryć się przed upałem.
Tym razem pojechaliśmy do centrum Warszawy, do Muzeum Etnograficznego. Aż dziw, że jeszcze tam nie byłam, choć obrzędowość ludowa interesuje mnie od dziecka. Chyba trochę się obawiałam, by to miejsce nie okazało się nudne i nie zniechęciło Szczura do jednego z moich ulubionych tematów. Zupełnie niesłusznie! Muzeum jest nowoczesne, bardzo inkluzywne i otwarte na wielozmysłowe poznawanie świata. A do zwiedzania jest tyle, że chcąc wszystko dokładnie obejrzeć i przeczytać, będziemy musieli rozłożyć to na dwa razy.
Na razie zobaczyliśmy trzy wystawy:
🌻 "Kwiaty polskie" - to wystawa o roślinach kwitnących i ich miejscu w obrzędach ludowych. Pełna barw, aromatów suszonych roślin i eksponatów, z którymi można wejść w interakcję: dotykać, słuchać, tworzyć... Złożyć model budowy kwiatu, sprawdzić wytrzymałość liny z lnu, wypleść wianek, przymierzyć ślubne nakrycia głowy, zobaczyć przebiśnieg oczami owadów. Można nawet odpocząć wśród miękkich poduszek. 
Na stronie muzeum przeczytałam, że podczas tworzenia tej ekspozycji brano pod uwagę potrzeby osób w spektrum autyzmu. Myślę, że to się twórcom udało - jest bardzo, bardzo polisensorycznie, ale zarazem spokojnie i relaksująco. 




🐭 "Świat nierealny, lecz poznawalny. Malarstwo Magdaleny Shummer". Pani Magdalena jest artystką nieprofesjonalną, która po latach życia na emigracji wróciła do Polski. Jest samoukiem, malować zaczęła po trzydziestce. W jej twórczości szczególne miejsce zajmują zwierzęta - zarówno dzikie, jak i domowe. Gdy na nie patrzę, nie potrafię się nie uśmiechnąć. Myślę, że gdyby istniała seria pocztówek z obrazami pani Magdaleny, zrobiłaby furorę wśród kolekcjonerów.
Szczur także wyczuł w artystce bratnią duszę - musi ona bardzo lubić gryzonie, ponieważ na wystawie widzieliśmy ich sporo. 








🌍 "Afrykańskie wyprawy, azjatyckie drogi" - ta wystawa mieści się na dwóch piętrach, ale my na razie zwiedziliśmy tylko jedno z nich (trzecie). Obejrzeliśmy tam między innymi koreański strój ślubny i instalację pełną masek afrykańskich z kolekcji podróżnika Sebastiana Kałamańskiego. Na tej wystawie było dość ciemno, ale sfotografowałam kilka masek o najbardziej niepokojącym wyglądzie. Wykorzystuje się je oczywiście do różnych obrzędów, na przykład inicjacyjnych. Gdybym jednak w środku nocy obudziła się i zobaczyła nad sobą taką twarz, zerwałabym się na równe nogi.
Następnym razem musimy koniecznie zobaczyć "Czas świętowania" i dalszą część wystawy afrykańsko-azjatyckiej.

11.07
Pamiętam, jak w dzieciństwie rodzice robili generalny remont domu. Trwało to kilka lat i w tym czasie wielokrotnie towarzyszyłam im do sklepów z meblami. Z mojej perspektywy były to najbardziej nudne miejsca na świecie, a w dodatku rodzice jak na złość dosłownie tam wsiąkali. Chodzili jak zahipnotyzowani i dopiero po dłuższym czasie wychodzili z jakimś nowym zakupem (lub bez). 
Wiem, że jestem stara, kiedy... cieszę się jak dziecko z nowej, solidnej suszarki balkonowej. 

24.07
Przyjechaliśmy ze Szczurem i z Piesą na parę dni na wieś, ponieważ zapisałam się do dentystki i fryzjerki. 
Wieczorem poszliśmy we trójkę na spacer między polami, daleko od zabudowań. Sama obawiam się tam zapuszczać, zwłaszcza gdy kukurydza staje się wysoka i znacznie ogranicza pole widzenia. Lubię otwartą przestrzeń, gdzie z daleka widać zbliżających się ludzi czy zwierzęta. Wyciągnęłam więc z domu Szczura, korzystając z okazji, że jesteśmy tu w komplecie. Piękna na spacer we troje zareagowała entuzjastycznie, a wręcz euforycznie. Uwielbia chodzić w stadzie.
W tym roku kukurydza rośnie po jednej stronie, a po drugiej zasadzono buraki. Ja jednak najbardziej skoncentrowałam się na rosnących przy drodze pokrzywach - jak się okazało, bardzo słusznie. Wypatrzyłam kilka dużych już gąsienic rusałki pawika oraz oprzęd pełen maleńkich larw, które musiały wylęgnąć się niedawno. Jak na złość, akurat nie miałam przy sobie żadnego pojemnika. Szczur wykazał się sporym poświęceniem dla sprawy, zrywając pokrzywy do reklamówki. Swoją drogą, typowe żyćko - przez całe lato nie ruszam się z domu bez plastikowego pojemniczka, a kiedy jeden jedyny raz go nie zabrałam, spotkaliśmy mnóstwo gąsienic...
Tymczasem Piękną najbardziej interesowały bliżej niezidentyfikowane stworzonka mieszkające wśród roślin. Strzygła uszami, węszyła i zasadzała się jak lis w trakcie polowania na gryzonie. Na szczęście te polne zwierzątka są szybsze i nie dają się tak łatwo schwytać.





26.07
Jutro tradycyjna letnia domówka w Norze. 
Przygotowując babeczki na domówkę, korzystałam z nowego przepisu i nieco się zdziwiłam, bo otrzymałam ciasto o nietypowej konsystencji. Szczur stwierdził, że wygląda jak guma do żucia. Mnie przypominało kisiel truskawkowy, który mama robiła mi w dzieciństwie. Zastanawiałam się, czy na pewno wyjdą z tego babeczki, a nie jakiś dziwny pudding. A jednak wyszły, wyglądają zupełnie babeczkowato i zachęcająco pachną truskawkami.





29.07
- Zestarzałem się - wzdychał wczoraj Szczur z żalem w głosie. - Kiedyś umiałem imprezować przez cztery noce z rzędu, a teraz jedna zarwana noc i czuję się jak na kacu, mimo że nie piłem...
Piękna też nie piła, ale po wyjściu nocujących gości wyglądała na najbardziej zmęczoną z naszej trójki. Spała jak suseł.
Jeśli chodzi o mnie, czułam się jak zwykle po naszych domówkach - zmęczona, ale szczęśliwa. Emocje we mnie buzowały, więc po południu już nie zdołałam zasnąć. Gdy Szczur zjadł pizzę i poszedł dalej spać, ugotowałam obiad dla siebie i Piesy, a później głównie wyciszałam się nad księgami parafialnymi z lat 1892-1915, jak ostatnio mam w zwyczaju.
Wieczorem udało mi się namówić Szczura na wspólny spacer po parku. Wracając, spotkaliśmy dwa jeże. Na widok kolczastego zwierza Piesa za każdym razem była bardzo podniecona, ciągnęła na smyczy jak najęta. Możliwe, że w krzakach ukrywał się jeszcze jeden, bo coś tam szeleściło, lecz nie sprawdzałam. Może Jerzy też zabalował i potrzebował odpoczynku...




31.07
Poniedziałek był wyjątkowo dziwnym dniem. Ja zaczęłam dzień kiepsko, a skończyłam bardzo szczęśliwa, z kolei Szczur - całkowicie odwrotnie.
Szczur wstał w niezłym humorze, w przeciwieństwie do mnie. Moje jelito drażliwe najwyraźniej pozazdrościło nam udanej imprezy i postanowiło urządzić sobie własną. Akurat w poniedziałek, gdy zbiegło się to z przerwą w dostawie wody. Wśród moich utyskiwań i obelg  pod adresem brzucha, Szczur spokojnie przygotowywał się do wizyty u swoich rodziców. Wizyty, z której wrócił dość szybko, za to w fatalnym stanie psychicznym. Opowiedział mi, że wyjeżdżając z garażu, gdzie od kilku tygodni trwa remont, uderzył bokiem samochodu w bramę do ewakuacji. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale auto ma na drzwiach nieduże wgniecenie i porysowany lakier. Szczura już od dłuższego czasu stresowało wjeżdżanie do garażu i wyjeżdżanie z niego, ponieważ niemal połowa rampy jest teraz wyłączona z użytku, jest tam wąsko, a widoczność kiepska. Po powrocie był cały roztrzęsiony i położył się na kilka godzin, by się uspokoić. Miałam pewne plany na wieczór, ale w tej sytuacji poszłam z Piękną posiedzieć w osiedlowym parku. Postanowiłam przy okazji sprawdzić, co słychać w necie.
Bodajże na początku roku w grupie loteryjkowej pojawił się uczestnik z Kuby. Z tego państwa jak dotąd nie mam żadnych pocztówek, nie licząc paru wiekowych, nie wypisanych kartek z dawnej kolekcji kuzyna. Czaiłam się więc na loterie z Kuby, sprawdzając czasem nawet codziennie, czy jakaś się nie pojawiła. Od niedawna czaiła się też Dagmara, która zgodziła się mi pomóc. Niestety, loterii z Kuby nie było dużo. Czasem pojawiały się akurat wtedy, gdy zapomniałam sprawdzić. W końcu... udało się! I właśnie w poniedziałek odczytałam wiadomość o wygranej. Ale się ucieszyłam! Oby tylko pocztówka dotarła bez przeszkód i ze znaczkiem.
Nagła zmiana nastroju spowodowała, że zebrałam się w końcu na odwagę, żeby wykonać parę zaległych telefonów. Do jednego z nich nie umiałam zmusić się od kilkunastu dni. Bałam się, że usłyszę niekorzystną dla siebie wiadomość. W podobnych sytuacjach często nie potrafię zdobyć się na to, by do kogoś zadzwonić, bo mózg podsuwa mi najgorsze możliwe scenariusze, co mogę usłyszeć. Udaje mi się przemóc dopiero pod wpływem jakiegoś nagłego impulsu. Taki właśnie impuls poczułam, siedząc na ławce w parku. Szybko wybrałam połączenie, po którym moja radość wzbiła się o poziom wyżej. Dowiedziałam się, że kłopotliwa sytuacja została rozwiązana i będę mogła wrócić do realizacji ważnego dla mnie planu.
Ostatnią dobrą wiadomość dostałam od przyjaciółki. Niedługo jej ojciec wybiera się do Warszawy w sprawach zawodowych, więc będzie okazja, żeby się zobaczyć.
Po długiej rozmowie wróciłam do Nory na kolację. Na tym jednak niespodzianki się nie skończyły. Kiedy przyszedł czas na karmienie pawików, zerknęłam do pojemnika, w którym przywiozłam znad morza kilkanaście jaj barczatki. Ależ się zdziwiłam, zobaczywszy tam dziesięć gąsieniczek! Szczęka mi opadła. Barczatki gotowe do przepoczwarczenia spotykałam do tej pory tylko wiosną, założyłam więc, że jeśli coś wyjdzie z jaj, to najprędzej na wiosnę.
Jeżeli zastanawiacie się teraz, jak się czuje Szczur, wszystko u niego w porządku. Sen pomógł mu na tyle, że wieczorem razem ze mną karmił gąsienice i oglądał "Mroczne Materie".

środa, 7 sierpnia 2024

[165] Motyle 2023/24: Najciekawsze gąsienice Polski


Wśród występujących w Polsce gąsienic są i takie, które regularnie pojawiają się we wszelkiego rodzaju internetowych zestawieniach typu "Najdziwniejsze gąsienice świata". Kiedy pokazuję ich zdjęcia znajomym, niektórzy bardzo się dziwią, że tak niesamowicie wyglądające larwy motyli żyją w Polsce i że można spotkać je na zwyczajnym spacerze. Dwie z nich - widłogonkę siwicę i zmrocznika gładysza - znalazłam zupełnie przypadkowo w zeszłym roku i przezimowałam jako poczwarki. Czy udało im się przeobrazić w dorosłe ćmy?


Widłogonka siwica

2023/06/25
To, co się działo w tym tygodniu, jeśli chodzi o motyle, przechodzi ludzkie pojęcie... Głowa mała!
Dzisiaj na spacerze znalazłam widłogonkę! Wielgachną, tłustą widłogonkę z całkowicie już wykształconym wzorem "twarzy"! Siedziała na niewysokiej wierzbie naprzeciw tunelu pod wiaduktem. To był szok! Niosłam ją do domu bardzo ostrożnie, razem z kawałkiem gałązki, by jej nie zestresować. To niezwykle wrażliwa gąsienica, z byle powodu wymachuje swoimi "widełkami". 
W domu okazało się, że nie bez powodu widłogonka jest tak opasła. Je w zastraszającym tempie. Ciekawe, czy do jutra wystarczy jej listków.
Cudo. Prawdziwe cudo!






06/28
Najwięcej radości w ostatnich dniach sprawiła mi widłogonka. Kiedy tylko miałam wolną chwilę, obserwowałam, co robi. Wydawało mi się, że najlepiej się czuje, mogąc chodzić po ustawionych pionowo gałązkach. Wtedy bardzo rzadko przyjmowała postawę obronną. Drugiego dnia przełożyłam ją do małego terrarium. Robiła w nim prawdziwe akrobacje - najczęściej jadła do góry nogami. Bawiła się też ze mną w chowanego, ponieważ wśród liści mistrzowsko się kamuflowała. Szybko okazało się, że je w nieprawdopodobnym tempie. Ledwie nadążałam z przynoszeniem jej gałązek wierzby!
Na szczęście zdążyłam zrobić widłogonce trochę zdjęć, bo już dzisiaj zaczęła przygotowywać się do przepoczwarczenia. Najpierw zmieniła swoje ubarwienie, tak jakby lekko posiwiała. Nie znam jeszcze zwyczajów tego gatunku, ale gdy zauważyłam, że przestała jeść i wspina się po szkle, z powrotem przeniosłam ją do mniejszego pojemnika. Obawiałam się, żeby nie spadła i nie pokiereszowała się, bo (w przeciwieństwie do innych gąsienic) z trudem utrzymywała się na ściankach terrarium. Do pojemnika włożyłam kawałki kory. Gąsienica zaczęła biegać po korze, intensywnie szurając. Zostawiłam ją w spokoju, a gdy wieczorem znowu do niej zajrzałam, była już w kokonie.





Kokon jest przytwierdzony do kory i słusznych rozmiarów, choć nie aż tak długi jak gąsienica. W dotyku jest wyjątkowo twardy. Sądząc po tym, jak wygląda z bliska, larwa musiała przeżuć trochę kory i użyć jej do budowy. Coś niesamowitego!

06/30
Oto kokon widłogonki. W dotyku sam przypomina korę, jest twardy. Miałam rację, że gąsienica zbudowała go, żując korę i łącząc ją z oprzędem - w Internecie właśnie tak jest to opisane. Pracowała pod kawałkiem kory, który jej dałam. Cieniutka, biała warstwa na kokonie to po prostu kawałek papierowego ręcznika, do którego kokon przykleił się od spodu.




2024/05/23
Dzisiaj w pojemniku z siatki zastałam dorosłą samicę widłogonki. Była duża i wyglądała przepięknie ze swoimi biało-czarnymi skrzydłami i włochatymi odnóżami. Niczym dama w futrze z gronostajów, z eleganckimi białymi rękawiczkami na dłoniach. Ponieważ znalazłam ją w "złotej godzinie", od razu wyszłam z nią na balkon i zrobiłam sporo zdjęć. Bez protestów pozwoliła wziąć się na rękę i spacerowała mi po przedramieniu. Cudowności!
Ale to jeszcze nie był koniec niespodzianek tego dnia! Kiedy wieczorem poszłam z Piękną na spacer obok fermy, by przy okazji zebrać liście dla moich gąsienic, na młodej topoli siedziała... gąsienica widłogonki! 😮 Dobrze, że miałam przy sobie pojemnik, bo od razu ją złapałam i bezpiecznie przyniosłam do domu.




05/24
Dorosła widłogonka została jeszcze dzisiaj u mnie w domu, ponieważ późno wróciłam z pracy. Z kolei gąsienica widłogonki była w trakcie wylinki.

05/25
Wieczorem zabrałam panią widłogonkę na łąki, żeby ją wypuścić. Ćma usiadła spokojnie na gałązce i pozwoliła się jeszcze obfotografować. Zostawiłam ją w okolicy, gdzie rok temu znalazłam gąsienicę. Mam nadzieję, że będzie miała szczęście i uda jej się rozmnożyć. Na pożegnanie zostawiła mi dwa okrągłe, niezapłodnione jajeczka.
W międzyczasie nowa gąsienica widłogonki zrzuciła "głowę". Gdy otworzyłam pojemnik, zaczęła groźnie potrząsać swoimi widełkami. Prysnęła też kwasem mrówkowym. Będę ją wyjmować tylko przy sprzątaniu, by niepotrzebnie jej nie drażnić. Rok temu postępowałam podobnie i udało mi się wyhodować ćmę.





06/01
Niestety, po przyjeździe do Czech czekała mnie nieprzyjemna niespodzianka. Gąsienica widłogonki została spasożytowana. Wylazło z niej mnóstwo jasnych larw. Tym samym nie wyhoduję na razie kolejnej widłogonki. Bardzo się cieszę, że udało mi się to choć raz, bo nawet jeśli już znajduję gąsienicę, zazwyczaj nie dożywa dorosłości z powodu pasożytów.




Zmrocznik gładysz

2023/08/18
Wczoraj około dwudziestej w Lesie Bemowskim znalazłam larwę zmrocznika gładysza. Biegła sobie po prostu ścieżką, narażając się na zdeptanie. Co za fart, że akurat tamtędy przechodziłam! Nigdy wcześniej nie miałam okazji zobaczyć na własne oczy tej gąsienicy. Pojawia się ona regularnie w zestawieniach najdziwniejszych gąsienic w Polsce, a nawet na świecie. 
Podobnie jak widłogonka, zmrocznik jest mistrzem odstraszania drapieżników. Spójrzcie tylko na jego kostium węża! 
Jeszcze tej samej nocy gąsienica zabrała się do robienia kokonu. Jak tylko ją zobaczyłam, wiedziałam, że niedługo będzie się przepoczwarczać. Była bardzo duża (około siedmiu centymetrów długości) i biegała jak najęta. Włożyłam jej do pojemnika suchy liść, ale wybrała sobie miejsce pod papierem. Rano tkała oprzęd dookoła siebie. Teraz jest już zamknięta w środku. 
Będzie jeszcze jeden powód, by czekać wytrwale na wiosnę! 






Niestety, gąsienicy zmrocznika gładysza nie udało się przeobrazić w przepięknego, zielono-różowego nocnego motyla. Poczwarka spędziła całą zimę w tej samej szopie, gdzie zimują wszystkie moje owady w różnych stadiach rozwojowych. Stała się dziwnie lekka, ale nie wyszedł z niej żaden pasożyt. Nie wyszła również dorosła ćma, co powinno wydarzyć się pomiędzy majem a lipcem. Dlaczego? Nie wiem i raczej już się tego nie dowiem. 


środa, 3 lipca 2024

[164] Pamiętniki wiosenne

 
2.04
W sobotę zorganizowałam dzieciom kuzyna zabawę w poszukiwanie "zajączka" w ogrodzie. Udało się nam to pierwszy raz od kilku lat - poprzednim razem, gdy się tak bawiliśmy, Młody miał nie więcej niż trzy lata. W międzyczasie na świecie pojawił się Młodszy, ale także koronawirus. A jeśli akurat nie było lockdownu na święta, to zawsze ktoś z rodziny musiał wtedy zachorować. Dopiero w tym roku los puścił do nas oko.
Ukryłam w ogrodzie ozdoby, słodycze i inne drobne upominki, przy czym starałam się zróżnicować poziom trudności kryjówek. Ze względu na różnicę wieku Młodszemu trudno jest dorównać bratu w takiej zabawie, dlatego w pobliżu niektórych kryjówek rozmieściłam żółte trójkąty. Pewne ułatwienie stanowiły też długie zajęcze uszy, którymi ozdobiłam część smakołyków. 
Sama nie wiem, kto miał więcej frajdy - czy chłopcy z szukania, czy ja z patrzenia, jak szukają 😅







17.04
W niedzielę przyszła pierwsza w tym roku burza, po której temperatura obniżyła się aż o dwadzieścia stopni (!). Zanim jednak trzeba było ponownie wyjąć z szafy zimowe ubrania, spędziłam bardzo przyjemnie dwa weekendy z rzędu, korzystając z pięknej pogody. W miniony weekend przyjechał Szczur, więc wybraliśmy się samochodem do lasu i do ogrodu botanicznego. Oczywiście towarzyszyła nam Piękna. Z kolei tydzień wcześniej zapakowałam Piękną do autobusu i zabrałam ją na długi spacer po sąsiedniej miejscowości.
Obserwacji przyrodniczych coraz więcej: w drodze do lasu widzieliśmy wiewiórkę, a w ogrodzie zauważyłam małe kuprówki rudnice tłoczące się w oprzędzie.






27.04
Pierwszy raz po przyjeździe do Nory zastałam w niej nowe życie, którego nie mam zamiaru się pozbywać. Tym razem Szczur nie wyhodował pleśni, tylko... cebulę. 
Bardzo podoba mi się ta cebula, która wykiełkowała w tak niesprzyjających warunkach. Jest urocza! ❤️ Innym roślinom trudno się tu żyje, a ona ma takie grube, mocne pędy. Skoro ma taką wolę życia, to zabiorę ją do domu, żeby ją zasadzić.




2.05
Majówkę czas zacząć.
Ostatni tydzień miałam dość intensywny. W sobotę pojechałam pociągiem do Warszawy na szkolenie, które trwało przez większość niedzieli, po czym musiałam wrócić do domu i pójść przez dwa dni do pracy. Na szczęście przynajmniej tam było dość luzacko, za to walczyłam z paskudną migreną po szkoleniu (standard). Jestem bardzo wdzięczna Szczurowi, który przywiózł mnie ze stolicy i woził przez te dwa dni na trasie dom-praca-dom. Zwłaszcza że nagle zrobiło się gorąco i światłowstręt dokuczał mi niemiłosiernie.
Wczoraj ponownie zakotwiczyliśmy w Norze. Jest z nami Piesa. W tym roku postanowiliśmy spędzić majówkę u Szczura i robić sobie niezbyt dalekie wypady na łono natury. Jak dotąd byliśmy tylko na krótkich spacerkach z Piękną, bo po podróży oboje padliśmy jak muchy. Zdążyłam jednak zaobserwować w parku namiotniki, posiedzieć nad genealogią i zasadzić wyhodowane przez Szczura cebule. Na spacer z prawdziwego zdarzenia, po lesie, mamy zamiar wybrać się po południu. 

5.05
Z cyklu "Normalny związek, normalna rozmowa": 
Ja: No nie wiem, czy nie powinnam zdjąć kołdry z łóżka... Wczoraj Piękna tu leżała. Mogła przenieść jakiegoś kleszcza.
Szczur: I co, myślisz, że on tam do dzisiaj siedzi, pije piwo i czeka, aż się rozbierzesz? 


Grafika wygenerowana przez Bing AI według moich wskazówek


17.05
Tegoroczna jesień prawdopodobnie będzie pierwszą, gdy nie będę narzekać na zbieranie setek orzechów. Całkiem możliwe, że jeszcze za tym zatęsknię i szybko zacznę narzekać na... brak orzechów.
Orzechy włoskie w naszym ogrodzie zakwitły wyjątkowo wcześnie. Kilka dni później wróciły przymrozki i biedne drzewa całkowicie przemarzły. Przez miesiąc stały pozbawione liści, podczas gdy dookoła wszystkie rośliny pyszniły się zielenią. Martwiłam się o te drzewa. Nie chciałabym, żeby doznały jakiegoś trwałego urazu. Odkąd sięgam pamięcią, nigdy nie zdarzyło się im coś podobnego, więc nie wiem, czego się spodziewać w takiej sytuacji. Na szczęście w tym tygodniu orzechy zaczęły nieśmiało wypuszczać liście.




Drzewo ze zdjęcia było w moim życiu od zawsze - zawsze tak samo wysokie i szczodre. W gorące letnie dni babcia od strony taty lubiła przesiadywać w cieniu jego gałęzi i zagadywać każdego, kto przechodził naszą uliczką. Ja wtedy często bawiłam się obok albo wynosiłam na dwór żółwicę Teklę, żeby pospacerowała na świeżym powietrzu. Pod koniec lata razem z kolegami z sąsiedztwa urządzaliśmy wielkie orzechowe zbiory. Kilka lat później, grając z kolegą w badmintona, notorycznie wrzucaliśmy na drzewo lotkę. Pewnego razu na gałęziach zawisły również paletki, którymi próbowaliśmy ją strząsnąć. Interweniował tata przy pomocy miotły.
Łatwo zapomnieć o wdzięczności, gdy coś jest w naszym życiu tak powtarzalne, że wydaje się niezmienne. Może drzewa w tym roku zamiast orzechów postanowiły dać mi coś równie ważnego?

24.05
Ponieważ planujemy wycieczkę za granicę, w tym tygodniu stanęłam przed zadaniem załatwienia dla Piesy paszportu. Przedziwna to procedura, wyrobienie owego paszportu. Otóż pies musi zostać zaszczepiony przeciw wściekliźnie, nawet jeżeli ma aktualne szczepienie. Ba - nawet gdyby został zaszczepiony tydzień wcześniej, nadal musi ponownie dostać szczepionkę. Dawno nie spotkałam się z równie bezsensownym przepisem. Weterynarz zresztą uważa jak ja, że to kompletnie nielogiczne, ale tak właśnie jest i nie da się tego obejść. Piękna pojechała więc na szczepienie, choć już raz w ciągu ostatniego roku je dostała - i to niedawno, w lutym. 
Gdyby kogoś to interesowało, pies musi też mieć wszczepiony czip. Ten wymóg Piękna spełnia jednak od dawna, gdyż założenie psu chipa było jednym z warunków umowy adopcyjnej. Całe szczęście, że chipa nie trzeba wyjmować i wszczepiać ponownie!
Tym sposobem mam teraz w domu czworonożną obywatelkę Europy. Co więcej, moja Piesa ma paszport, mimo że ja go nie mam, bo nigdy nie wyjeżdżałam poza granice Unii 😆
Jak można się domyślać, Piękna nie była zachwycona z wyjazdu do weterynarza, zwłaszcza że zaledwie tydzień wcześniej odwiedziła gabinet z innego powodu. Najbardziej stresowała ją podróż autobusem do sąsiedniej miejscowości. Biedaczka ma lęki związane z drzwiami, więc za każdym razem, gdy ogromne drzwi autobusu otwierają się i zamykają, kuli się i drży. Niestety, nie chciała pójść w miejsce, z którego nie byłoby ich widać. Usiadła naprzeciwko, żeby być jak najbliżej wyjścia, i nie dała się stamtąd ruszyć.
Żeby zrekompensować małej nieprzyjemną podróż, zabrałam ją na krótki spacer po sąsiedniej miejscowości. Gdy tylko znalazła się blisko pól, rozluźniła się i zaczęła węszyć w powietrzu. Po drodze minęłyśmy kilka starych domów, które wyglądały, jakby czas zatrzymał się w latach dziewięćdziesiątych. Na jednej posesji stał drewniany wychodek, podobny do tych, jakich na mojej ulicy było jeszcze kilka, gdy chodziłam do przedszkola. Zauważyłam też okna z podwójnymi szybami, niczym w domu mojej babci. Na pierwszy rzut oka przynajmniej dwa z tych domów wyglądały na opuszczone. Jeden, z kilkoma dużymi oknami i pnącym się między nimi bluszczem, bardzo mi się podobał. Aż żal, że nie mogę się dowiedzieć, jakie wspomnienia skrywa w swoim wnętrzu.





31.05
Zawsze chciałam sprawdzić, jak to jest leżeć w piętrowym łóżku. Jakoś nie miałam okazji - nie jeździłam na kolonie, rodzeństwa nie mam, a u kuzynostwa czy przyjaciół takich łóżek nie było. Nigdy nie przypuszczałabym, że uda mi się to po trzydziestu latach życia i w dodatku za granicą.
Niestety, spać będę raczej na dole, bo mój tyłek ledwie daje się przepchnąć przez maleńkie schodki, najwyraźniej zaprojektowane z myślą o dzieciach.

18.06
Ostatni tydzień roku szkolnego to bez wątpienia jeden z moich ulubionych momentów w roku. Bardzo przyjemnie jest robić różne rzeczy ze świadomością, że robi się je po raz ostatni, ale nie tak całkowicie, ostatecznie, tylko na pewien czas. Ostatni raz podpisuję się w takim czy innym dzienniku. Ostatni raz wchodzę do klasy, która była dla mnie w tym roku największym wyzwaniem. Ostatni raz wstaję o wpół do szóstej. Ostatni raz podlewam rośliny w mojej sali.
Czekam na urlop jak na wybawienie między innymi dlatego, że od kilku lat upały bardzo mnie męczą. Mam wtedy najwięcej stanów lękowych i momentów "niemocy wykonawczej". Lubię słońce i ciepło, ale temperatury powyżej dwudziestu pięciu stopni to ciężki orzech do zgryzienia. W upalne dni trudno mi się zmusić do aktywności, za to nocami doświadczam przypływu energii i mam ochotę sprzątać szafy, piec, robić mydła, stimować przy muzyce (tańcem trudno to nazwać). Dlatego z ulgą witam końcówkę czerwca, gdy mogę przestawić swój rytm dobowy na bardziej intuicyjny. W sobotę już sobie na to pozwoliłam, robiąc mydła i galaretki do trzeciej.





Mimo skwaru staram się codziennie wyjść z Piękną na spacer - wieczorny, a przez to nie zawsze długi, ale mała cieszy się z każdego. Gdy temperatura spada do miłych dwudziestu stopni, ćwiczymy w ogrodzie ulubione sztuczki. Ostatnio Piesa nauczyła się kręcić dookoła swojej osi: na hasło "kółeczko" wsparte gestem robi obroty. Wygląda to cudnie. Pani z fundacji, z której adoptowałam Piękną, napisała, że nie może się napatrzeć, jak ona się zmieniła.
W zeszłym tygodniu miałyśmy z Piękną dwa spotkania z dzikimi zwierzętami, które warto odnotować. W środę poszłyśmy na spacer trochę zbyt późno i na sąsiedniej ulicy przebiegł nam drogę dzik. Zanim wybiegł z zarośli, usłyszałam głośny szelest, ale pomyślałam, że to pewnie lis (parę razy spotkałam je w tym miejscu). Po spotkaniu z dzikiem słyszałam go nadal, więc po cichu wycofałam się. Zapewne w krzakach siedziało więcej dzików. Na szczęście Piesa zachowała spokój - wyraźnie się bała, ale nie zaczęła szczekać ani warczeć. Na widok dzika stanęła jak wryta i czekała na moje instrukcje. 
Z kolei w nocy z soboty na niedzielę odwiedził nas jeż. O wpół do drugiej Piękna wstała i zaczęła domagać się wyjścia na dwór. Wyszłam z nią na chwilę i zobaczyłam tuż przed schodami do domu kolczastego gościa. Trochę się zdziwiłam, bo choć moja łobuziara każdego lata znajduje jeże, ten był wyjątkowo duży. W dodatku usłyszała lub wyczuła go z pierwszego piętra. Ciekawe, swoją drogą, który zmysł najbardziej jej w tym pomógł. I węch, i słuch ma doskonały.