piątek, 14 listopada 2025

[177] Skalna kraina (cz. II)


Dzień trzeci
W środę zrobiliśmy sobie, jak to określił Szczur w rozmowie z rodzicami, "dzień gospodarczo-wypoczynkowy". Po męczącej wycieczce z poprzedniego dnia oboje czuliśmy, że czas naładować baterie. Czytałam książkę i słuchałam audiobooków, a Szczur opiekował się swoimi kolonistami z RimWorldu. W międzyczasie zrobiliśmy zakupy spożywcze w Lidlu (asortyment taki jak w Polsce, ale mięso lepsze), obiad i pranie. Na długi spacer z Piękną wyszliśmy dopiero o dziewiętnastej.
Szczur wpadł na pomysł, żebyśmy przeszli się po Radvanicach i zobaczyli staw rybny znajdujący się w innej części miejscowości. Po drodze mijaliśmy kaplicę Jana Chrzciciela i cmentarz, więc wstąpiłam tam na chwilę pooglądać stare nagrobki z inskrypcjami po niemiecku. Przez jakiś czas szliśmy głównymi ulicami, między innymi obok wejścia do nieczynnej kopalni. Później odbiliśmy w bok, w kierunku ogólnodostępnego terenu rekreacyjnego. Mieszkańcy mogą tam korzystać między innymi z torów do biegania, stołów do tenisa stołowego czy kilku boisk. Obok boisk Szczur zaproponował, by od tego miejsca pójść na przełaj przez łąkę. Piesa była w swoim żywiole, bo na otwartej przestrzeni pozwoliłam jej trochę pohasać bez smyczy. My też musieliśmy w paru miejscach przeskakiwać przez rowy. Kiedy w końcu znaleźliśmy "jeziorko", zaczynało się ściemniać. 






W okolicy stawu dopisało nam szczęście. Spotkaliśmy posilającą się na łące sarnę, a w drodze powrotnej padalca, nietoperza i dużą ropuchę. Zdobyłam też pałkę wodną dla moich barczatek. No i popełniłam komiczną pomyłkę. Na pomoście po przeciwnej stronie stawu stał ptak o sylwetce podobnej do czapli, która ostatnio odwiedziła fosę w parku. Kiedy jednak zrobiłam mu parę zdjęć, skradając się za pałką wodną, okazało się, że to tylko figura 🤣
Na spacerze moją uwagę zwróciła dbałość ludzi o porządek, nie tylko na własnych podwórkach, ale i w miejscach publicznych. Trzeba się naprawdę postarać, by zauważyć tu na ulicy jakieś walające się pod nogami śmieci, a kosze na psie odchody stoją niemal na każdej ulicy. I to jeszcze wyposażone w woreczki! Co ciekawe, mieszkańcy najwyraźniej nie mają tu obowiązku segregowania odpadów - wszystko ląduje w jednym koszu.






Dzień czwarty i piąty
Wczoraj i dziś wybraliśmy się w to samo miejsce - w okolice miasteczka o zabawnej nazwie Police nad Metují, do Skalnego Miasta Ostaš. Znamy już z innego wyjazdu Adršpach i Teplickie Skały, dlatego tym razem nasz wybór padł na Ostaš. Jest to kolejna góra usiana formacjami skalnymi o fantazyjnych kształtach. Wśród nich wytyczono dwie malownicze trasy: Górny i Dolny Labirynt.
Nasze wakacje w Czechach jeszcze trwają, ale już teraz jestem pewna, że wycieczką numer jeden pozostanie w mojej pamięci ta do Górnego Labiryntu. Nietrudno poczuć się tam jak bohater książki czy gry fantasy, który wędruje przez rozległe krainy swojego uniwersum. Kształty skał same się proszą, by puścić wodze fantazji i zastanowić się, co przypominają. Moje skojarzenia czasem były zupełnie inne niż ludzi, którzy nadawali skałom nazwy. Taki Dixit w 3D. Na przykład Czarci Wóz - gdzie tam ktoś zobaczył pojazd? Górny Labirynt dał mi też najwięcej satysfakcji z przezwyciężania moich słabości. Miałam mnóstwo okazji do ćwiczenia równowagi i propriocepcji. Przeciskanie się przez wąskie przejścia między skałami, stawianie wysokich kroków, utrzymywanie równowagi na korzeniach i głazach... Wszystko to za darmo. I piękne widoki w pakiecie.









Szlak do Dolnego Labiryntu zaraz na początku rozgałęzia się. W zależności od wybranej drogi można udać się najpierw do Jaskini Braci Czeskich albo do Kocich Skał. Obie drogi nie robią pętli, trzeba więc wrócić po własnych śladach. My skierowaliśmy się najpierw do jaskini, gdzie ponoć odbywały się kiedyś tajne nabożeństwa czeskich ewangelików. To miejsce mnie zaskoczyło, bo za nic w świecie nie mogłam się w nim dopatrzeć jaskini. Nazwa jest myląca - w rzeczywistości to raczej wąski korytarz pomiędzy skałami, nad którym wisi duży głaz. 
Trasa do Kocich Skał jest bardziej wymagająca niż poprzednie. Dla osób wprawionych w chodzeniu po górach nie stanowi problemu, ale ja musiałam się momentami nakombinować, gdzie najlepiej będzie postawić stopę i czego się przytrzymać. W niektórych miejscach musieliśmy pomóc Pięknej. Piesa świetnie radzi sobie w górach, za to boi się podnoszenia. Rozcapierza wtedy łapy na wszystkie strony i "walczy" z podnoszącym, przez co Szczur wrócił do domu z podrapanymi rękami. Śmiałam się, że skoro to Kocie Skały, nie mogło się obyć bez drapania. W pewnym momencie stanęliśmy przed trudnym zejściem, gdzie nie miałam czego się uchwycić. Bałabym się tamtędy schodzić. Szczur stwierdził, że dla naszego bezpieczeństwa lepiej będzie, jeśli ja i Piękna nie pójdziemy dalej. Dałby radę asekurować jedną z nas, ale nie obie naraz. Odpoczęłyśmy więc trochę wśród skał, a Szczur dokończył szlak (zostało niewiele) i po kilkunastu minutach wrócił do nas. Na zakończenie wycieczki poszliśmy jeszcze zobaczyć panoramę z punktu widokowego.
Od wczoraj wieczorami robi się zimno - niestety zarówno na zewnątrz, jak i w domu. Poprzedniej nocy temperatura na dworze spadła do ośmiu stopni. Wychodziłam z Piesą ubrana na cebulę i w jesiennej czapce. Nie wiem, ile było stopni w domku, ale wystarczająco mało, abym siedziała w kamizelce opatulona kocem. Dzisiaj zapowiada się podobnie.








Dzień szósty
Szczur i ja lubimy podróżować samochodem w nocy, zwłaszcza latem, gdy dzięki temu możemy uniknąć jazdy pod słońce. Nie bez znaczenia jest też fakt, że najbardziej nie lubię wyruszać w kilkugodzinną podróż z rana, ponieważ wtedy najtrudniej mi się pozbierać i spakować, a im bliżej pory obiadowej, tym gorzej czuję się w samochodzie. Dlatego zdarza się nam wracać z wakacji nocą, mimo że pobyt mamy wykupiony do rana następnego dnia. Tym razem również zdecydowaliśmy się na taką opcję. Aby nie tracić całego dnia, postanowiliśmy przed obiadem i pakowaniem zrobić sobie ostatnią, krótką wycieczkę. Wybór padł na ruiny zamku Skály w pobliżu miejscowości Police nad Metují. 
Choć zamek Skály powstał pod koniec czternastego wieku, pozostało z niego wystarczająco dużo, by móc podziwiać pracę ludzi, którzy przed wiekami wkomponowali mury warowni w formacje skalne z piaskowca. Miejsce to musi niesamowicie wyglądać jesienią i zimą. Spacer od parkingu do zamku i zwiedzanie ruin zajęły nam raptem godzinę. Piękna pojechała z nami na tę ostatnią wycieczkę i grzecznie czekała ze mną na dawnym dziedzińcu, podczas gdy Szczur zwiedzał, a później zamieniliśmy się miejscami. Wspinając się po stopniach wykutych w skale i drabinkach, dotarłam do punktu widokowego, skąd zrobiłam kilka zdjęć. 
Na górze zimno ponownie dało mi się we znaki. Wiał silny wiatr, więc szczelnie opatuliłam się polarem i naciągnęłam na głowę kaptur. Właśnie tam, pod niebem, na którym promienie słońca walczyły z ciemnymi chmurami, ostatni raz spojrzałam z góry na okolicę. Podziękowałam za gościnę tej skalnej krainie. I za to, że podarowała mi spokój ducha, gdy tak bardzo go potrzebowałam.



 




sobota, 18 października 2025

[176] Skalna kraina (cz. I)

 
Dzień pierwszy
Postanowiliśmy ze Szczurem, że na ostatni wspólny tydzień urlopu wybierzemy się w góry, do Czech. Wynajęliśmy domek w miejscowości Radvanice w kraju hradeckim, skąd mamy niedaleko do skalnych miast Adršpach, Ostaš i Teplice. Rok temu spędziliśmy długi czerwcowy weekend w Chvalcu i już wtedy wiedzieliśmy, że mamy ochotę na więcej. Kiedy Szczur podsunął mi pomysł powrotu w te okolice właśnie teraz, nie byłam jednak do końca przekonana. Jakoś nie bardzo ciągnęło mnie w tym roku w góry. Mimo wszystko przystałam na tę propozycję. I już teraz wiem, że dobrze się stało.
Na miejsce dotarliśmy wczoraj po dwudziestej trzeciej, po pięciu godzinach podróży samochodem i odrobinie błądzenia po okolicy. Początkowo podjechaliśmy do domku od niewłaściwej strony, przez co wylądowaliśmy wśród krzaków. Psiocząc na GoogleMaps, Szczur zniknął w ciemnościach, by się rozejrzeć, a ja zostałam z Piękną w samochodzie. Po chwili jednak wyszłam rozprostować kości i pooddychać chłodnym, rześkim powietrzem. Ledwie wyszłam, uderzył mnie widok ciemnego nieba rojącego się od gwiazd. Bardzo, bardzo dawno nie widziałam tak dobrych warunków do obserwowania nieba - ostatni raz może jeszcze przed związkiem ze Szczurem, na zlocie miłośników astronomii. Zadarłam głowę do góry i w tym samym momencie zobaczyłam niezwykle piękny meteor mknący po niebie - lśniący bielą, o wyjątkowo długim torze lotu.
Sporą część poniedziałku przeznaczyliśmy na ładowanie baterii po dwóch z rzędu wieczorach w aucie. Późnym popołudniem czuliśmy się już wystarczająco wypoczęci, żeby ruszyć się z domku na parę godzin. Szczur wybrał dla nas szlak niezbyt wymagający, ale dosyć długi jak na pierwszy dzień. Celem była wieża widokowa na szczycie wzniesienia Žaltman.
Przeczytałam w Internecie, że Žaltman jest najwyższym szczytem pasma Gór Jastrzębich, a nawet należy do Korony Sudetów. Ma 739 metrów nad poziomem morza. Czerwony szlak, którym szliśmy od "naszej" miejscowości, przebiega w dużej mierze przez las, więc nie dokuczało nam ostre słońce. Po drodze napotkaliśmy źródełko zapraszające do skosztowania górskiej wody - co ciekawe, ktoś się nim opiekuje, bo obok wisi nawet koszyczek z kubkami! Woda rzeczywiście jest tam pyszna (a pisze to osoba, która nie przepada za smakiem wód mineralnych). 








Mniej więcej w połowie drogi minęliśmy kilka urokliwych domów z zadbanymi ogródkami pełnymi kwiatów, a także nieduże schronisko. Z jednej z posesji rozlegało się przeraźliwe wycie - słyszeliśmy je na długo przedtem, nim stanęliśmy przed owym domem. Szczur zastanawiał się, czy to koboldy, ja jednak w pewnym momencie domyśliłam się, że to husky. I rzeczywiście, naprzeciw domu stał samochód z naklejką z psim zaprzęgiem. 
W drodze na górę mieliśmy też okazję zobaczyć kilka bunkrów z ciągnącej się wzdłuż zbocza linii umocnień. Wybudowano je w latach trzydziestych ubiegłego wieku, z myślą o obronie przed Niemcami, jednak nie zostały użyte podczas wojny. Na dachach niektórych bunkrów rosną drzewa.











Z wieży widokowej znajdującej się na szczycie roztacza się rozległa panorama czeskich Gór Stołowych. Szczur wszedł na samą górę, mnie wystarczyło wejście do połowy wieży, gdzie i tak niemiłosiernie wiało. Widoki były boskie, zwłaszcza że akurat zachodziło słońce. Drogę powrotną pokonaliśmy częściowo po ciemku, ale ponieważ nie zatrzymywałam się na zdjęcia i szłam szybciej, latarki musieliśmy użyć dopiero nieopodal domu z huskym. Tym razem nie wył, lecz wydawał inne dziwne odgłosy, które trochę zaniepokoiły Piękną, jakby zastanawiała się, co to za leśne licho. Wydaje mi się, że Piesa z huskym nie miała jeszcze styczności, choć u mnie na wsi ma znajomą malamutkę.
Po powrocie wyszłam jeszcze na trochę poobserwować niebo. Opatuliłam się szczelnie kocem i położyłam się na ławce w ogrodzie. Szybko jednak wróciłam do domu, bo temperatura spadła chyba do dziesięciu stopni 🥶

Dzień drugi
Dzisiaj chyba nie będzie długo, bo wróciliśmy z wycieczki bardzo zmęczeni. Aktualnie ja półleżę na kanapie, Piękna śpi rozciągnięta na dywanie obok mnie, a w sąsiednim pokoju Szczur także śpi jak zabity i chrapie wniebogłosy. 
Co się nam przydarzyło?
Božanovský Špičák się przydarzył.
Góra tylko odrobinę wyższa od Žaltmana (781 m n.p.m.), trasa zbliżona do wczorajszej pod względem długości i uśrednionego czasu przejścia. Szło się jednak zupełnie inaczej, gdyż znaczna część trasy biegnie asfaltową drogą w pełnym słońcu. Planując wycieczkę, Szczur niestety o tym nie wiedział. Mimo paru postojów droga bardzo mi się dłużyła, ostre słońce i wysoka temperatura dawały się we znaki mojej migrenowej głowie. Gdyby jeszcze na tym długim odcinku było co oglądać i fotografować, pewnie łatwiej byłoby to przetrwać, ale ciekawych przyrodniczych szczegółów było zaskakująco mało w porównaniu do wczorajszej wycieczki. A jeśli już pojawiał się ładny widok, to jak na złość pod słońce. Byłam zarówno zmęczona fizycznie, jak i znużona monotonią szlaku.






W połowie drogi stanęliśmy na rozwidleniu, gdzie kończył się nasz dotychczasowy czerwony szlak, a zaczynał żółty. Od tego momentu im wyżej wchodziliśmy, tym bardziej robiło się interesująco. "Patelnia" powoli przechodziła w sosnowy las. Z ulgą stawiałam kroki na zacienionej leśnej drodze. W końcu w oddali zobaczyliśmy pierwsze wysokie skały z piaskowca. I kolejne, i jeszcze jedne, aż znaleźliśmy się w skalnym labiryncie. Formacje skalne na ostatnim odcinku tej trasy prezentują się naprawdę imponująco. Szkoda, że ten odcinek to tylko mniej więcej jedna czwarta trasy. Niektóre skały mają osobliwe kształty, przypominające grzyby albo zwierzęta, co znalazło odzwierciedlenie w ich nazwach. Moim ulubieńcem został Wielbłąd.









Na szczycie wzniesienia można pooglądać okolicę z dwóch punktów widokowych. Tak też zrobiliśmy, przy okazji odpoczywając na niedużych głazach. Później zaczęliśmy schodzić - nadal żółtym szlakiem, ale inną drogą. Jak się okazało, ta część szlaku nie biegnie tak blisko skał, za to pozwala zobaczyć nowe "skalne rzeźby" i jest łatwiejsza, mniej stroma. Przez około dwieście metrów szliśmy też fragmentem zielonego szlaku, po czym znaleźliśmy się znowu na czerwonym i dalej wracaliśmy znaną nam już drogą. 
Co ciekawe, chociaż Božanovský Špičák nie jest położony daleko od naszej bazy wypadowej (według GoogleMaps pół godziny, a w praktyce godzina jazdy samochodem), to należy do innego pasma górskiego niż Žaltman: Broumowskich Ścian. Te z kolei wchodzą w skład czeskiej części Gór Stołowych.
Szczur, któremu dzisiejsza wycieczka też dała w kość, kilka razy pytał mnie, czy podobały mi się skały. Po paru zapewnieniach, że tak, przyznałam:
- Skały były super, ale zobaczyłam je raz i więcej na tę drogę nie wracam, choćby nawet te skały s**ły 😆



sobota, 11 października 2025

[175] Motyle 2023-2025: Rusałki i bielinki


Ostatnie tygodnie życia taty były jednym z najtrudniejszych okresów w moim życiu, a przez kilka kolejnych miesięcy oswajałam się z nową rzeczywistością. Nie miałam w tym czasie ani energii, ani chęci do pisania. Niedawno poczułam, że one powoli do mnie wracają, wciąż jednak trudno mi się zabrać do prowadzenia bloga. Sama nie wiem, od czego zacząć, bo w międzyczasie nazbierało się mnóstwo wspomnień, do których chciałabym wrócić, a jednocześnie tu i teraz życie toczy się dalej. Póki co chyba najłatwiej będzie przeplatać bieżące wydarzenia minionymi. A ponieważ w notatkach o motylach zapanował straszny galimatias, spróbuję na początek dojść z nimi do ładu. Na pierwszy ogień pójdą motyle dzienne.

Cokolwiek by się nie działo w naszym życiu, motyle każdego roku opowiadają od nowa te same historie. I może właśnie to sprawia, że tak mocno chwytają mnie za serce.



Rusałka kratkowiec
 
2023/06/17
W Najbliższym Lesie znaleźliśmy ze Szczurem około dziesięciu rusałek. Część wypatrzył Szczur, część ja - oczywiście na pokrzywie. Pierwszego dnia niewiele jadły, ponieważ większość przechodziła wylinkę. Teraz jedzą już przyzwoicie. 
 
06/25
Rusałki przez parę dni jadły pokrzywę z ogródka, ale nie trwało to długo. Już przedwczoraj większość wisiała na materiale głowami w dół, gotowa do przepoczwarczenia. Z tych ośmiu larw dwie nie zdołały się przepoczwarczyć, pozostałe są już poczwarkami. Ostatnie dwie gąsieniczki zawisły dzisiaj na liściu pokrzywy. Jestem bardzo ciekawa, ilu uda się przeobrazić w motyla, aczkolwiek umiarkowanie optymistyczna.  
 
06/28
Umieściłam rusałki w dużym pojemniku z siatki. Podobnie jak w zeszłym roku, przymocowałam szpilkami materiał, na którym wiszą poczwarki, do "sufitu" pojemnika. Zawiesiłam też liść pokrzywy z dwoma poczwarkami. Jedna gąsienica przepoczwarczyła się na ściance plastikowego pojemnika i tej poczwarki nie zamierzam przenosić, by nie zrobić jej krzywdy. 

07/04
Pierwsze dorosłe kratkowce z letniego pokolenia pojawiły się w siatce pierwszego i trzeciego lipca. Jednemu zrobiłam sporo zdjęć, zaś drugi błyskawicznie odleciał. Dziś rano zastałam trzecią rusałkę. Ten motylek jest bardzo mały jak na swój gatunek, ale ładny jak jego rodzeństwo. Zanosi się na burzę, więc chyba przenocuje u mnie.

07/06
Wypuściłam w ogrodzie trzy dorosłe kratkowce. Spędziły u mnie aż dwa dni, bo chciałam poczekać na koniec silnych opadów. Mimo to motyle pozwoliły mi się wziąć na palec i nie odlatywały. Wyciągały ssawki i dotykały nimi mojej ręki. Zapewne dlatego, że były już głodne, a ja chwilę wcześniej wróciłam z supermarketu, gdzie dotykałam pomidorów. Posadziłam je więc na kwiatach i to był strzał w dziesiątkę. Rusałki zaczęły jeść w najlepsze, a ja mogłam obfotografować je z każdej strony bez obaw, że odlecą.






07/11
Dzisiaj opuścił poczwarkę kratkowiec, który mnie zaskoczył. Był mniejszy od poprzednich, ale miał nietypowe wzory na skrzydłach - ani takie jak letnie pokolenie, ani jak zimowe, tylko jakby będące połączeniem obu. Przeczytałam w sieci, że takie kratkowce się zdarzają. Cóż, u mnie to się wcześniej nie zdarzyło i zastanawiałam się nawet, czy to na pewno kratkowiec!




Pawiki z szopy

2025/04/16
Dzisiaj po powrocie z pracy mama powiedziała mi, że w szopie latają dwa motyle. Ruszyłam na ratunek. Były to pawiki, które prawdopodobnie przezimowały w szopie (bez mojego udziału). Dla jednego było niestety za późno, leżał martwy na parapecie. Drugi sprawiał wrażenie bardzo lichego, zapewne na skutek głodu i obijania się o szyby. Pomyślałam, że zabiorę go do domu i nakarmię sokiem z owoców. Pawik jednak ożywił się, gdy tylko poczuł świeże powietrze. Natychmiast rozpostarł skrzydła jakby nigdy nic i tyle go widziałam.




04/21
Wczoraj, w Wielkanoc, wypuściłam z szopy jeszcze dwa pawiki. Na szczęście tym razem obydwa przeżyły.


Bielinek kapustnik

2025/08/01
We wtorek, zaraz po powrocie z wyjazdu, spotkaliśmy się z Emily, która przekazała mi gąsienice bielinka kapustnika. Dziewiętnastego lipca motyl złożył jaja na jej nasturcji. Larwy wylęgły się około dwudziestego trzeciego lipca. Jest ich trzydzieści siedem. Z wyglądu nieco przypominają mi bukszpanki, a jednocześnie plują na zielono jak niektóre rusałki.
W Norze przestawiłam gąsienice na modrą kapustę z Carrefoura. Szybko zaczęły jeść. Trochę się obawiałam, czy nie pochorują się jak niedźwiedziówki po sałacie z supermarketu, ale jak dotąd świetnie sobie radzą. Obgryzają głównie miejsca, gdzie nastąpiło przerwanie liścia, dlatego dzielę liście na małe kawałki. Robią fioletowe kupy!
Zdjęcia bielinka składającego jaja i maleńkich larw zrobiła Emily.






08/10
Szczur przytoczył mi kiedyś piosenkę: "cały ogród tatusia, co niezły dawał dochód, zżera bielinek kapustnik, a rdza zżera samochód". Po dwóch tygodniach hodowania nietrudno sobie wyobrazić, że kapustniki potrafią siać spustoszenie w uprawach. W weekend większość przeszła kolejną wylinkę, a po niej zaczęły jeść jeszcze szybciej i więcej niż wcześniej. Przed wyjazdem do domu kupiłam gigantyczną główkę zielonej kapusty, której rozmiary zszokowały nawet mamę (ten okaz mógłby skutecznie posłużyć jako pocisk armatni). Zjedzenie w ciągu doby całego liścia tejże kapusty, z pominięciem tylko najtwardszej części, to dla gąsienic pestka. 
Mimo jednakowego dostępu do pożywienia larwy rozwijają się bardzo nierównomiernie. Są wśród nich kolosy, ale i dwa czy trzy mikrusy. Na placu boju pozostało trzydzieści gąsienic, bo kilka najsłabiej rozwijających się nie przeżyło. 
Co ciekawe, w obecnym stadium rozwoju już nie "plują" na zielono.
Na wsi zrobiłam mały eksperyment: podałam larwom liść chrzanu pospolitego znalezionego na spacerze. Jadły chętnie, więc w razie czego jest alternatywa dla kapusty.
Interesujące jest też to, że kupki kapustników są miększe niż większości znanych mi gąsienic, a ich kolor zależy od koloru pożywienia. Po czerwonej kapuście załatwiają się na fioletowo, po zielonej - na zielono.







08/15
Zgodnie z informacjami, które znalazłam w artykułach naukowych, kapustniki zabrały się do przepoczwarczenia wkrótce po ukończeniu trzech tygodni.
Pierwsza poczwarka pojawiła się wieczorem dwunastego sierpnia. Dzisiaj jest ich już pięć, a dziewięć kolejnych gąsienic siedzi na materiale w pozycji "skompresowana larwa". Bielinki przyczepiają się w dwóch miejscach do gałązek lub liści zadziwiająco mocną nicią. 
Dwanaście larw dalej je, ale niektóre z nich wykazują już pobudzenie typowe dla ostatnich godzin przed przepoczwarczeniem. Z tych słabo rosnących przeżyła tylko jedna malutka gąsienica.
Zauważyłam, że bielinki pod koniec swojego życia jako gąsienice robią kupy w kolorze różowym. Podobny kolor prześwituje też przez ich ostatnie segmenty. A przecież od ponad tygodnia jedzą białą kapustę!

08/20
Została już tylko jedna żerująca gąsienica bielinka kapustnika. Inna, która wczoraj nawiała podczas karmienia i odnalazła się na pudełku mojego leku, od wczoraj siedzi gotowa do przepoczwarczenia.
Cztery larwy niestety nie przeżyły tego etapu, coś im poszło nie tak i zastałam je martwe. Nie znam przyczyny, ale motyle dzienne są ogólnie delikatniejsze niż ćmy. Jeśli mam większą grupę rusałek, zwykle też nie wszystkim się udaje. Szesnaście poczwarek to niezły wynik, zważywszy że mam je po raz pierwszy.

08/21
Kapustnik, który uznał opakowanie leku za najwygodniejsze miejsce do przepoczwarczenia, jest już poczwarką. Tym samym został tylko jeden bielinek!

08/30
Dwudziestego drugiego sierpnia ostatnia gąsienica bielinka stała się poczwarką, a następnego dnia dowiedziałam się od mamy, że z pozostawionych w domu poczwarek wyszedł pierwszy motyl. Gdy wróciłam do domu, w pojemniku z siatki czekały dwa. A potem poszło już lawinowo, zaczęły wychodzić jeden po drugim. 
Dwudziestego piątego sierpnia wypuściłam dwa bielinki, dwa dni później - pięć, a wczoraj cztery. 
Są śliczne... moje pierwsze wyhodowane bielinki.
Jestem wdzięczna Emily za te gąsienice! 💚






09/07
Dzisiaj Szczur miał okazję wypuścić bielinka. Wcześniejszych nie widział, a ten wyszedł z poczwarki przedwczoraj. Wczoraj zatrzymałam go w domu, bo było deszczowo. Nic dziwnego, że błyskawicznie odleciał.


Rusałka pawik

09/07
W poniedziałek pierwszego września Szczur znalazł biegnącą po drodze gąsienicę rusałki. Złapał ją dla mnie, słusznie podejrzewając, że może wkrótce się przepoczwarczyć. I rzeczywiście, we wtorek rano dostałam już od Szczura zdjęcie poczwarki.
W sobotę poczwarka przyjechała do mnie. Myślę, że to pawik, bo na dnie słoika została stara skóra, która ma długie wypustki. Pawiki mają znacznie dłuższe "igiełki" niż inne rusałki. Jeśli mam rację, motyl może wyjść jeszcze tej jesieni.

09/14
Dziś z poczwarki przywiezionej przez Szczura wyszedł pawik. Kiedy go zobaczyłam, siedział jeszcze na resztkach poczwarki, więc musiał być bardzo świeży. Przeniosłam go ze słoika do pojemnika z siatki, żeby się nie poobijał. Spacerował w nim, susząc skrzydła. Dałam mu też trochę owoców. Mam nadzieję, że jutro uda mi się go wypuścić - na razie nie miałam serca tego zrobić, bo przez większość dnia lało jak z cebra.




09/16
Gdy tylko pogoda się poprawiła, wypuściłam pawika. Próbowałam zachęcić go do zapozowania przed odlotem, smarując sobie palec sokiem z truskawki, ale motyl nie chciał usiąść nawet na chwilę. Dlatego, niestety, nie mam jego zdjęcia z otwartymi skrzydłami. Odleciał bardzo szybko i w sumie trudno mu się dziwić, skoro przesiedział dwa dni w ciemnym pokoju. 

środa, 20 sierpnia 2025

[174] Pożegnanie

 
Wiosna odeszła niepostrzeżenie, a razem z wiosną odszedł mój tata.

O terminalnej chorobie taty rodzice i ja wiedzieliśmy od dwóch lat z małym hakiem. Przez te dwa lata lekarze robili wszystko, co możliwe, aby dać mu jak najwięcej czasu. Dzięki leczeniu paliatywnemu choroba postępowała powoli. Właściwie aż do lutego tego roku wszystko było pozornie jak dawniej. Codziennie jednak wstawałam i kładłam się spać z większą niż kiedykolwiek świadomością, że ten czas, czas mojego taty i zarazem mój czas z tatą, jest limitowany. Oczywiście, o nieuchronności śmierci człowiek dowiaduje się w dzieciństwie, ale dopóki wydaje się ona należeć do nieokreślonej, odległej przyszłości, raczej nie przypominamy sobie co wieczór, iż jesteśmy o jeden dzień bliżej. Co innego, gdy życie bliskiej osoby dobiega końca. Zamykamy oczy po ciemku, ale wciąż widzimy. 

Klepsydrę. Pasek życia na ekranie. Wędrówkę Słońca po niebie. Koło roku. Pytania niczym z rachunku sumienia, codziennie te same.

Czy dzisiaj poświęciłam tacie wystarczająco dużo czasu? Czy nie zbyłam go jakąś wymówką, gdy byłam zmęczona, przebodźcowana po pracy? Czy udało nam się dłużej pogadać? Czy nie zapomniałam o czymś, o co mnie prosił? Gdzie w okolicy można kupić "Politykę", na której tak mu zależy? 

Z perspektywy czasu widzę, że to był dobry czas. Zdążyłam wypytać tatę o wspomnienia z dzieciństwa i z młodości, o osoby ze starych rodzinnych fotografii. Dużo żartowaliśmy, także z rzeczy najtrudniejszych. Rozwiązywaliśmy krzyżówki, choć tata nie mógł utrzymać długopisu w drżącej ręce - on zgadywał, ja wpisywałam litery. Zrobiliśmy testy DNA na pochodzenie etniczne, gdyż tatę zawsze ciekawiła genealogia naszej rodziny.  Starałam się przeżywać każde święta i urodziny tak, jakby miały być ostatnimi w tym samym składzie. Zbierałam monety na szpitalną telewizję, w walizce upychałam książki. Tata zawsze interesował się polityką krajową i zagraniczną, więc zamówiłam prenumeratę "Polityki" i załatwiłam mu głosowanie korespondencyjne w wyborach. Chodziłam po schodach tam i z powrotem, a także po lody, gdy miał na nie smaka.

Oprócz nowotworu tata chorował na kilka przewlekłych chorób, przez co dopasowanie mu właściwej kombinacji leków i ich dawek niejednokrotnie sprawiało lekarzom trudności. Leki kolidowały ze sobą albo wchodziły w interakcje. Podobnie działo się z innymi zaleceniami, na przykład dietetycznymi - to, co wpływało dobrze na jeden narząd, mogło zaszkodzić innemu. W międzyczasie przyplątał się także poważny uraz wymagający operacji i rehabilitacji. Mimo tych wszystkich problemów, stan taty długo był stabilny i gwałtownie pogorszył się dopiero dwa tygodnie przed śmiercią, na skutek komplikacji spowodowanych przerzutami.

Nie chcę tu wchodzić w medyczne szczegóły, ale ostatni tydzień życia ojca był najgorszym tygodniem w moim dotychczasowym życiu. Krewni bardzo wspierali mnie i mamę, podwozili nas wiele razy do szpitala. Zabierałyśmy domowe jedzenie, mama zbierała najładniejsze truskawki z ogródka. Każdego dnia coraz bardziej się bałam, co zastanę w szpitalu. Z dnia na dzień kluczowe parametry życiowe pogarszały się, a kontakt z tatą stawał się coraz słabszy. Dopóki choć trochę rozmawiał, żartował i swoim zwyczajem mrugał do mnie porozumiewawczo jednym okiem, miałam jeszcze nadzieję. Jednak i to wkrótce się skończyło. Pod koniec życia przez większość czasu spał i nie wiedziałam, czy w ogóle jest świadomy naszej obecności. Będąc w szpitalu, starałam się trzymać emocje w ryzach, delikatnie głaskałam tatę i mówiłam do niego. Włączałam mu nagranie śpiewającego kosa, nawet gdy już nie wiedziałam, czy ma tego świadomość, ponieważ zawsze uwielbiał słuchać kosów mieszkających w ogrodzie. Wewnątrz jednak rozpadałam się na milion kawałków.

Co rano po przebudzeniu, a później wiele razy w ciągu dnia, sprawdzałam odczyty z sensora w telefonie. Chciałam się upewnić, że tata jeszcze tam jest.

Lekarze nie owijali w bawełnę: nie zostało wiele czasu. Co to jednak znaczy: niewiele czasu, kiedy każda godzina ciągnie się w nieskończoność? Trzy dni, dwa tygodnie, kilka miesięcy? Patrzyłam na mojego ojca podpiętego do aparatury, oddychającego nierówno, na kroplówkę dostarczającą do jego krwiobiegu substancje odżywcze. Zaczęto rozważać przewiezienie go do innego szpitala, na oddział paliatywny. Wyobraźnia podsuwała mi obrazy ojca bez kontaktu, przez wiele dni podtrzymywanego przy życiu w hospicjum, daleko od domu, i wzbierało we mnie przerażenie. Tata, gdyby mógł wybrać, nie chciałby tak umierać. Przez całe dzieciństwo powtarzał mi jak mantrę, żeby nie męczyć zwierząt, walczył o wypuszczenie każdej schwytanej do słoika żaby. Wiedziałam, że wolałby odejść spokojnie wśród najbliższych, w domu. Lekarze powiedzieli jednak mamie: "W domu pani nie da sobie rady". I o tym też wiedziałam. Tata potrzebował lekarzy, którzy byliby zawsze w pobliżu, oraz specjalistycznego sprzętu. Poza tym mama po kilku miesiącach opieki nad leżącym chorym była wyczerpana. Obie jesteśmy drobne i nawet we dwie nie byłyśmy w stanie podnieść taty, gdy już nie mógł nam w tym pomóc. 

Kiedy wracałam do domu, emocje zalewały mnie z ogromną siłą. Ból mnie obezwładniał, zwalał z nóg, choć nie był bólem ani trochę fizycznym. Żałowałam, że nim nie jest. Pragnęłam poczuć go na zewnątrz, w swoim ciele, a nie tylko w umyśle. Godzinami płakałam, czasami wręcz wyłam, siedząc na podłodze i opierając się o zimną powierzchnię ściany, żeby poczuć swoje ciało. W ostatnich dniach byłam bliska autoagresji - myślałam, że już dłużej tego nie wytrzymam. Ratowały mnie leki dobrane przez mądrą lekarkę oraz długie spacery. Wieczorami wychodziłam z domu i szłam przed siebie, dopóki nie znalazłam się wśród pól i łąk. Przyglądałam się detalom przyrody, którą tata tak kochał. Czasem przez całą drogę płakałam. Typowa modlitwa nigdy nie przynosiła mi ulgi, ale tam, daleko od domów, po swojemu pozwalałam swojej duszy krzyczeć. W myślach zwracałam się do duszy taty i wołałam do niej najgłośniej, jak mogłam, by nie obawiała się zostawić zmęczonego ciała, jeśli chce już odejść, by nie martwiła się o nas i o ziemskie sprawy, by pozwoliła sobie być wolna. 

Ostatecznie tata nie pojechał do hospicjum w innym mieście. Transport był już umówiony, gdy nastąpiło pogorszenie i dla lekarzy stało się jasne, że pacjent odchodzi. 

Odszedł w nocy, tak samo jak żył - na własnych warunkach.