niedziela, 12 czerwca 2022

[133] Pamiętniki marcowo-kwietniowe

 
1.03
Zawieźliśmy z rodzicami do siedziby OSP artykuły na zbiórkę dla Ukraińców. Na razie kupiliśmy głównie środki higieniczne, konserwy, gerberki. Nie piszę o tym, żeby się bezsensownie chwalić czy coś, tylko żeby zachęcić Was do pomocy. Jeśli macie możliwość dołączenia do jakiejś akcji pomocowej, warto z niej skorzystać. Każda pomoc się liczy. W OSP widziałam torby małe i duże, produkty dla ludzi i dla zwierząt.
Syn sołtysa i jego przyjaciele ze straży pożarnej wszystko sortują, pakując do pudeł. W samej tylko naszej gminie powstało dziesięć punktów, gdzie można przynosić rzeczy. Gmina przygotowuje się też na przyjęcie kilkunastu uchodźców.




9.03
Tak jak się spodziewałam, powrót do pracy pomógł mi się odnaleźć. Prawie wszyscy wrócili z urlopu zdrowi, więc mogę bez przeszkód zajmować się swoimi obowiązkami, a wśród nich nie brakuje wyciszających czynności. 
Poprzedni weekend spędziłam po domowemu i byłam z tego zadowolona. Zajęłam się różnymi przyziemnymi sprawami: płaceniem rachunków, robieniem zakupów dla cioci, kompletowaniem prania... Spałam do oporu i obejrzałam dwa filmy - jeden poważny, a drugi romantyczny i niezbyt sensowny. W tym czasie Szczur pojechał do swoich rodziców, którzy przygotowywali się do przyjęcia uchodźców.
W niedzielę odwiedziłam z rodzicami ciocię i kuzynkę. Miałam pewne wątpliwości, czy powinnam pojechać, bo ciocia należy do osób o bardziej katastroficznym podejściu do życia, a w obecnej sytuacji rozmowy w takim tonie niekorzystnie działają na moją psychikę. Chęć zobaczenia rodziny jednak wzięła górę. I cieszę się, że pojechałam - razem było nam wszystkim raźniej. Zjedliśmy minipizze, które przygotowałam z mamą dzień wcześniej, kluski cioci i przekąski z ciasta francuskiego z jabłkiem. Bardzo lubię takie spotkania w gronie rodziny lub przyjaciół, gdzie każdy przynosi coś innego do jedzenia. 😊 Siłą rzeczy nie umiałam jednak nie myśleć o ludziach, którzy są teraz głodni, spragnieni, zmarznięci i pozbawieni swoich bliskich.
W związku z tym, że u rodziny Szczura zamieszkali uchodźcy, postanowiłam zrezygnować na pewien czas z bardziej ogólnych działań charytatywnych i skoncentrować się na tej konkretnej rodzinie. Potrzeb na pewno będzie sporo, jako że rodzina jest liczna, a dzieci w różnym wieku. Na razie nie zobaczę ich osobiście, ale spróbuję skoordynować pomoc w swoim otoczeniu. Kilka koleżanek z pracy zadeklarowało, że chcą podarować dzieciom zabawki, wyprawkę szkolną, a nawet wózek. Rodzice zastanawiają się, kogo jeszcze spośród krewnych i znajomych można by zaangażować.
Choć Dzień Kobiet jest mi raczej obojętny, w tym roku całkiem niechcący zafundowałam sobie specyficzny prezent: wizytę u dentystki. Długo nie umiałam tam dotrzeć, bo po przejściu 👑 przez dwa miesiące non stop borykałam się z uciążliwymi aftami. W międzyczasie nadkruszony kieł zaczął pobolewać mnie w różnych sytuacjach. Miałam świadomość, że czeka mnie leczenie kanałowe, a czas ucieka. Gdy tylko afty nie pojawiły się przez tydzień, skorzystałam z wizyty umówionej przez mamę. Padło na ósmego marca. Całe szczęście, że odważyłam się pójść jak najszybciej, ponieważ ząb był już w nieciekawym stanie i za miesiąc mogłoby być tylko gorzej. 
Ułożyłam drugie walentynkowe puzzle od Szczura, z rusałką. Ten zestaw był znacznie łatwiejszy: o połowę mniej elementów, bardziej zróżnicowane kolory. Bestia podwędził mi jeden element, ale znalazłam go pod szafą.


 
 
20.03
Od niedawna mieszka ze mną prześliczna Piesa.
Jeszcze dwa tygodnie temu całkiem poważnie myślałam o rasowym psie z pobliskiej hodowli, ale jednocześnie przez cały czas śledziłam strony o kundelkach do adopcji. We wtorek odwiedziłam fanpage pewnej organizacji i... wsiąkłam. Moje serce podbiła nieduża, podpalana suczka. Choć długo nie umiałam zebrać się do telefonowania do hodowli, do opiekunów Piesy zadzwoniłam zaraz następnego dnia. Była dostępna do adopcji. Zapytałam Szczura, co o tym myśli. Szczur powiedział: "To co, w sobotę jedziemy?".
Podróż w obie strony zajęła nam większość dnia. Na miejscu poszliśmy na zapoznawczy spacer z opiekunkami psów, Piesą i innymi podopiecznymi do adopcji. Popytałam o różne sprawy, opowiedzieliśmy paniom o naszych dotychczasowych zwierzakach, podpisałam umowę adopcyjną. Później nadszedł czas zapakować się do auta. Obawiałam się, jak będzie się jechało samochodem z obcym nam jeszcze psem, ale sunia zachowywała się bardzo spokojnie. Nawet się nie zsiusiała i tylko raz, niedługo po wjeździe na autostradę, puściła ogromnego pawia. Szczur nie posiadał się ze zdziwienia, jak zmieściło się w niej tyle jedzenia. Myślę, że za dużo zjadła przed podróżą - kto wie, czy nie podjadała swojej mamie.
Sunia ma około roku i większość swojego życia spędziła jako pies podwórkowy, razem z czterema innymi psami. Mieszkała w brudnej szopie. Pod opiekę stowarzyszenia trafiła po śmierci właścicielki. Została zaszczepiona i odrobaczona, dostała książeczkę zdrowia. Od lutego mieszkała w czystym, przestronnym kojcu razem ze swoją mamą, wychodziły na wspólne spacery na długich smyczach.
Po przyjeździe na Śląsk Piesa była przerażona. Głównie leżała na podłodze pod stołem, bo nie chciała nawet wejść na kocyk. Wodziła za nami wzrokiem z przestrachem i zastygała w bezruchu, gdy ktoś do niej podchodził. Daliśmy jej jeść, pić, delikatnie nawiązywaliśmy kontakt. Rozłożyłam kocyk, który sunia dostała od opiekunek, pod stołem. Przed snem dwa razy wyprowadziłam ją na smyczy do ogrodu, żeby się załatwiła. Ewidentnie była wyczerpana dniem pełnym emocji. Całą noc spokojnie przespała i dopiero o dziewiątej rano ponownie wyszła na dwór.
Dzisiejszy dzień upłynął mi w większości na zapoznawaniu Piesy z najbliższym otoczeniem. Zwiedzała pokoje na piętrze, zaczęła na nasz widok merdać ogonem i nieśmiało podchodzić. Wychodziliśmy do ogrodu na przedłużonej smyczy, a w południe pozwoliliśmy jej pobiegać bez smyczy, oczywiście pod stałą kontrolą. Suczka najlepiej czuje się na dworze - zaczyna tam tryskać energią, obwąchuje wszystkie kąty, znaczy teren. Odważnie startuje do ptaków, które pod nieobecność psa rozzuchwaliły się. Nawet zaczęła szczekać i obszczekała psią sąsiadkę zza płotu Sabę.
Prawdopodobnie zmienimy suni imię, ponieważ jest średnio komfortowe do wołania, a ona i tak nie reaguje na nie. Myślałam nad imieniem Tehru, po bohaterce "Tehanu", ale suczka najlepiej zareagowała na prostsze imię zakończone na "a" i może tak już zostanie. Wpadłam na pomysł, że na blogu dla zachowania prywatności będę ją nazywać Piękna, ponieważ to świetnie pasuje do Bestii.
Bestię i Piękną zapoznaję na zasadach socjalizacji z izolacją. Wczoraj zaniosłam kotu kocyk do powąchania, dzisiaj pozwalam im obu chodzić po domu i mieszać swoje zapachy, ale bez otwartej konfrontacji. Bestia widział suczkę z szafy, ona jego nie. On również się boi, kilka godzin spędził na szafie jak w każdej nowej sytuacji, jednak nie jest źle. Je, pije, załatwia się, pozwala się dotykać bez agresji. Kładzie się w ulubionych miejscach i tam odpręża się.
W najbliższym czasie czeka mnie sporo pracy ze zwierzakami. Piękną trzeba oswoić z wieloma rzeczami związanymi z mieszkaniem w domu, nauczyć ją zasad życia razem i podstawowych komend. Pięknie utrzymuje czystość i za jakiś czas na pewno będzie wychodziła na dwór sama, ale póki co trzeba ją kilka razy wyprowadzać na smyczy, bo spuszczona nie chce wracać do domu i bawi się w berka. Na razie bardzo boi się schodów na piętro. Przez to, że żyła w stadzie, ma dużo lepszy kontakt z innymi psami niż nasza poprzednia Piesa i widać, że tego potrzebuje. Czeka nas kąpiel i wizyta u weterynarza, a za pewien czas także sterylizacja. Trzeba też spędzać dużo czasu z Bestią, żeby nie czuł się odstawiony na drugi tor.
Wiosna zapowiada się bardzo obfita w pierwsze razy i nowe doświadczenia.

22.03
Piękna coraz odważniej eksploruje ogród. Zajrzała nawet do szopy, gdy weszłam tam skontrolować owady. Dzisiaj nie musiałam już wynosić jej na dwór ani wnosić do domu na rękach, bo wychodziła i wchodziła z własnej woli. Chyba zrozumiała, że nie musi unikać powrotu do domu, skoro za parę godzin znowu znajdzie się na dworze.
Oboje z Bestią są na tyle spokojni, że dzisiaj otworzyłam już drzwi do mojego pokoju, tak że mogli się widzieć. Piesa przyszła do dużego pokoju, gdzie kot leżał na kanapie, i przez chwilę patrzyli na siebie. Piękna cicho zawarczała, ale po delikatnym upomnieniu wycofała się na swój kocyk. Felek na chwilę wstał, jednak nie wskoczył na szafę. Po wyjściu psa ponownie się położył w ulubionym miejscu. Dostał solidną porcję pieszczot. Drzwi pozostały już otwarte, każde odpoczywało w innym pokoju.
Zaczynamy uczyć się imienia, przychodzenia na zawołanie, zakładania obroży i smyczy bez lęku, znaczenia słów "spacerek" i "do domu".
Piękna rozluźniła się na tyle, że zaczyna się bawić. Znalazła w ogrodzie orzech, a w domu jakiś zakurzony kasztan. Pod moją nieobecność wygrzebała też skądś kocie piłeczki. Zauważyłam, że bardzo lubi, gdy jej rzucać różne przedmioty - czasem je przynosi, a czasem podchodzi mi pokazać, ale nie ma ochoty oddać. 😜 Jej mina mówi "Zobacz, co tu mam! Nie dam!" Musimy koniecznie kupić zabawki.

25.03
Piesa nieźle zaadaptowała się do warunków panujących w domu i naszego rytmu dnia. Rano, gdy tylko wstanę do pracy, słyszę za sobą dreptanie łapek. W ciągu dnia chodzi za mną z pokoju do pokoju, a kiedy znikam na dłużej, przechadza się po pomieszczeniach i szuka mnie. Pod moją nieobecność psoci: szuka skarbów, zanosi na swoje legowisko ścierki lub poduszkę, wyrwała oczy misiowi. Entuzjastycznie reaguje na mój powrót z pracy i na każde wyjście na dwór. Nie pozwoliła mi jeszcze wziąć się na kolana, ale jest w stosunku do mnie coraz śmielsza. Trąca mnie nosem albo łapką, gdy chce zwrócić na siebie uwagę. Dopomina się o pieszczoty. Otwiera się też na moją mamę, z kolei do taty zachowuje największy dystans.
W tym tygodniu tylko raz kończyłam pracę w południe, więc ten dzień przeznaczyłam głównie na zajmowanie się zwierzakami. Pilnowałam Pięknej i Bestii, którzy obserwowali siebie nawzajem, nagradzając ich pieszczotami za zachowanie spokoju. Na spacerze zahaczyłam o podwórko sąsiadki, żeby Piesa poznała nową osobę. Zamiast noszenia zachęcałam ją do używania schodów. Sporo czasu spędziłam, czekając na górze i na dole, ale było warto. Po południu Piesa pierwszy raz zeszła sama z podestu na parter. Gdy tylko się przełamała, dalej poszło z górki. Wieczorem próbowała już sama wchodzić na piętro, a następnego dnia lęk przed schodami jakby zniknął. Tym samym skończyło się ciągłe dźwiganie psa.
Wczoraj byłyśmy u pani weterynarz. Stresowałam się tą wizytą, a konkretnie tym, jak zachowa się Piękna, ale było dużo spokojniej niż się spodziewałam. Oczywiście bała się - drżała w samochodzie, zastygała w bezruchu w gabinecie. Zachowywała się jednak bez zarzutu. Z zaciekawieniem obwąchiwała trawniki i chodniki dookoła gabinetu, a doberman stojący w kolejce nie zrobił na niej wielkiego wrażenia. Wetka obejrzała Piękną i potwierdziła, że jest ona młodym psiakiem. Ma aktualne szczepienia, więc może śmiało chodzić na prawdziwe spacery. Ustaliliśmy grafik odrobaczania psa i kota, poradziłam się we wszystkich nurtujących mnie sprawach: żywienia, dbania o zęby, kastracji. Wetka założyła czip i obcięła Pięknej pazury. Wiedziałam, że sunia ma wilczy pazur, ale okazało się, że na jej tylnych łapach są aż trzy dodatkowe pazury. To dopiero kobieta z pazurem!
Dzisiaj najbardziej ucieszyło mnie, że Piesa zaczyna sygnalizować, co chce robić. Przez pierwszych parę dni chowała się pod stołem na posłaniu. Przed każdym wyjściem na dwór musiałam wyciągać ją stamtąd, znosić na parter i stawiać na nogi, żeby założyć jej szelki, bo momentalnie kładła się i okazywała lęk. Teraz to już inny psiak. Trąca mnie nosem, łapką, żeby ją pomiziać. Gdy ma ochotę na spacer, staje się pobudzona i próbuje zwrócić na siebie uwagę domowników. Merda ogonem na widok szelek i smyczy w mojej ręce. A na dworze... na dworze ustawia się pod bramą, kiedy chce iść "na dwójkę" na pole sąsiadów (jakoś wybitnie sobie upodobała to miejsce), a pod drzwiami, gdy chce wracać do domu. Nie żałuję, że ją adoptowałam, o nie! Czasami mam wrażenie, że z dnia na dzień kocham ją coraz bardziej.

26.03
Przyjechał Szczur i razem zabraliśmy Piesę na pierwszy prawdziwy spacer po parku. Wszystko ją tam ciekawiło. Niuchała, obserwowała i wyrywała przed siebie, aż trudno jej było zrobić ostre zdjęcie.

2.04
To już dwa tygodnie, odkąd mieszka ze mną Piękna Piesa. Jak to zleciało! W domu najchętniej spędza czas na swoim kocyku pod stołem, a na zewnątrz dostaje powera i widuję ją głównie od strony ogona. Odkąd spadł śnieg, wychodzi na dwór jeszcze bardziej rozochocona - na spacerach podskakuje niczym źrebak. Dziś po obiedzie dodatkowo wytarzała się w śniegu.
Piękna dała się poznać jako radosny, towarzyski psiak, pełny "ukrytej" energii, choć lękliwy i zdystansowany wobec ludzi. Mnie ufa najbardziej, coraz częściej trąca mnie nosem i pozwala mi na pieszczoty na leżąco, ale do taty i Szczura jeszcze się nie przekonała. Nie boi się nagłych odgłosów, za to gwałtowne ruchy ludzi sprawiają, że nie czuje się bezpiecznie. Nadal pozostaje też zwierzakiem podłogowym, nawet nie próbuje wskakiwać na fotele czy kanapę. Niektórzy oduczają psy wchodzenia na łóżko, a ja się śmieję, że będę musiała ją tego nauczyć. Tak czy siak, robi postępy. Oswoiła się już z kocim współlokatorem, schodami i odkurzaczem, poznała najbliższe ulice, dwa razy pojechała samochodem Szczura na krótkie wycieczki. Od zabawek dedykowanych psom woli ścierki oraz skarby znajdowane samodzielnie na spacerach. W poniedziałek wygrzebała skądś czaszkę, chyba ptasią, i oddała mi ją bardzo niechętnie. Wieczorem, być może w akcie zemsty, ukradła mi z talerza kromkę chleba.
Fizycznie i psychicznie czuję się nieźle, w pracy mam drobną niekorzystną zmianę w planie, ale - odpukać! - jest stabilnie. Kiedy mam czas wolny i nie zajmuję się Piękną ani nie odsypiam po pracy, najczęściej czytam sagę "Uśmiech losu" albo oglądam filmy na platformach streamingowych. (No i czasem odkurzam, bo Piesa bardzo linieje). Chcę jeszcze kilka filmów obejrzeć, nim zrobi się cieplej, ponieważ już czuję, że zimowa zajawka na filmy powoli dobiega końca. W poniedziałek na spacerze zobaczyłam pierwszego w tym roku bażanta. W ogrodzie zakwitły szafirki, które dostałam kiedyś od babci Świetlika, obecnie jednak śnieg wszystko przykrył. Od dwóch dni pada prawie bez przerwy. Tak jak przewidywałam w święta Bożego Narodzenia i w ferie, zimie znowu się coś pomerdało w okolicach Wielkanocy.
W czwartek wybrałam się do okulistki, bo ostatnio nagminnie szczypią mnie oczy, zwłaszcza po przebudzeniu. Dostałam krople i maść, a przy okazji okulistka zbadała mi wzrok. Bardzo mnie ucieszyło, że moja wada nadal się nie powiększyła. Ponieważ jest duża, okulary dla mnie kosztują około tysiąca złotych i trudno mi dobrać wygodne, a jednocześnie nie szpecące oprawki. Gdy byłam dzieckiem, wada z roku na rok leciała na łeb, na szyję. Od pięciu lat jest stabilna i oby tak zostało jak najdłużej. 
Weekend spędzam po domowemu, śpiąc do późna, robiąc drobne porządki i zajmując się zainteresowaniami. W taką pogodę niechętnie wyściubiam nos na zewnątrz. Całe szczęście do poniedziałku nie muszę wybierać się do pracy.

6.04
Jestem bardzo dumna z moich zwierzaków.
Wczoraj po powrocie z pracy zapakowałam się do wyra, bo po weekendzie czuję się trochę przeziębiona. Widząc to, Bestia pierwszy raz, odkąd mieszka z nami Piękna, przyszedł do mnie do łóżka, przytulił się i ogrzewał mnie przez dłuższy czas. Nie przeszkadzało mu, że Piesa odpoczywała na swoim legowisku w tym samym pokoju. Ona bacznie obserwowała Bestię, ale nawet nie zawarczała. Po pewnym czasie rozluźniła się i oboje odpoczywali w moim pokoju aż do obiadu.

10.04
Jak myślicie, kto w moim domu najbardziej lubi zmienianie zasłon i firanek?



 
13.04
Kilkanaście dni temu przestałam brać zolpidem i wróciłam do melatoniny. Samo odstawienie leku nie sprawiło mi problemu, ale długo się tym sukcesem nie nacieszyłam. Teraz z kolei biorę za dużo przeciwbólowych, bo nie umiem spać i mam przez to migreny. "Tyle wygrać"... 🤦

15.04
Przez ponad tydzień niewiele pisałam, ponieważ byłam trochę przeziębiona i nic ciekawego się u mnie nie działo. Wiedziałam dokładnie, kiedy się przeziębiłam - w niedzielę bardzo zmarzłam na polu, spacerując z Piękną, która długo nie chciała się załatwić. Nic konkretnego mi nie dolegało poza uczuciem zimna i uciążliwą wydzieliną w gardle, ale czułam się rozbita i popołudniami głównie leżałam. Mama i tata na parę dni przejęli wyprowadzanie psa.
Wczoraj nareszcie wyszłam z Piesą na długi spacer, korzystając z pięknej pogody. Postanowiłam, że w końcu pokażę jej całą trasę, którą nazywam "drogą niedźwiedziówek", mimo że niedźwiedziowki spotykałam tam wiele lat temu, zanim w pobliżu wybudowano autostradę. Piesa tak się cieszyła, że wyrywała do przodu jak szalona. Ja też poczułam się szczęśliwa. Było prawie dwadzieścia stopni, nie potrzebowałam kurtki ani czapki. Pierwszy raz w tym roku zaobserwowałam rusałkę i usłyszałam bażanta. Niestety, zobaczyłam też mnóstwo śmieci, które po stopnieniu śniegu ukazały się w całej swojej wątpliwej krasie na łąkach. Miejscami na poboczu leży tyle potłuczonego szkła, że strach przechodzić tamtędy z psem. Nie zabrakło nawet testu ciążowego...
Ponieważ poczułam się lepiej i stawy póki co mi nie dokuczają, w tym tygodniu zabrałam się ostro za wiosenne porządki. Nie, nie "myję okien dla Jezusa". Okna mamy umyte tylko od wewnątrz i nie przejmuję się tym, a sprzątam dla siebie, żeby nie czuć się depresyjnie, gdy promienie słońca wpadają do domu. Wysprzątałam solidnie korytarz, przedpokój i łazienkę, włącznie z zakamarkami takimi jak tragicznie usyfiony kąt za pralką, gdzie na co dzień się nie zagląda. Na dzisiaj zostały mi duży pokój i globalne odkurzanie, bo Piękna mocno linieje. A później zamierzam po swojemu, spokojnie spędzać święta - w dużej mierze z książkami, ale liczę też na przyjemne wiosenne spacery z podglądaniem, co w przyrodzie piszczy.





18.04
Zgadnijcie, co dzisiaj widziałam?
Sarny. Cztery naraz!
Zabrałam Piękną na spacer w nowe miejsce - na drogę między polami, gdzie jest cicho i tylko sporadycznie można spotkać człowieka. Kilka lat temu po prawej rozciągało się pole rzepaku, ale teraz ktoś coś tam buduje, co od razu obudziło we mnie smutek. Już, już chciałam zawrócić, jednak zmieniłam zdanie i postanowiłam pójść jeszcze trochę dalej. Piesa niuchała jak szalona. Wtem ścieżkę przed nami przecięła sarna, a za nią kolejna... i kolejna... Wytężyłam wzrok na maksa i ostatecznie naliczyłam cztery. Biegły razem, aż zniknęły mi z oczu.

22.04
Tata znalazł w szopie motyla. Pawik prawdopodobnie spędził tam zimę, a teraz się obudził. Tata schwytał go do worka, żeby mi pokazać, a ja przeniosłam go na kwiatek. Był jeszcze słaby, ale pewnie szybko dojdzie do formy.
Kto wie, czy to nie jeden z moich zeszłorocznych pawików, które jesienią wypuszczaliśmy z kuzyńcami w ogrodzie!



 
 
24.04
Nad moją okolicą właśnie przetoczyła się pierwsza burza w tym roku.
A wczoraj... wczoraj wieczorem było pięknie. Podjechaliśmy pod las i poszliśmy na długi spacer we trójkę: Szczur, Piękna i ja. Piesa znowu wyrywała przed siebie jak szalona, trzymając nos przy ziemi. Dotarliśmy do zalewu, gdzie - ku mojemu zdziwieniu - tym razem nie zastaliśmy żadnego wędkarza. Panowała więc cudowna cisza, nie zakłócana muzyką z radia ani rechotem podchmielonych mężczyzn. Akurat zachodziło słońce. Po brzegu spacerowała kaczka, udało nam się też zobaczyć lecącą czaplę, a w drodze powrotnej - nietoperze.





26.04
Brzozy wypuszczają pierwsze liście. Niektóre szybciej, inne opieszale (jak ta ze zdjęcia), ale tak czy siak... pobudka narożnic i brudnic już niedługo.
 
 

 

niedziela, 22 maja 2022

[132] Motyle 2021: Od jajeczka do... jajeczka

 
Niedźwiedziówka nożówka
 
04/20
Niedźwiedziówka wczoraj zakończyła kolejną wylinkę. Jest teraz duża i jeszcze bardziej włochata. Długo jej to zajęło, aż trzy dni.
Ośmielona doświadczeniami z tą gąsienicą, wyjęłam z zimującego w szopie pojemnika dwadzieścia kolejnych. Niektóre reagowały na dotyk zwijaniem się, inne nie. Zobaczymy, ile z tej grupy przeżyło. Na spodzie pojemnika jest bardzo dużo gąsienic w postaci "kłębuszków".  

05/16
Ponad tydzień temu zabrałam z szopy duże pudełko z niedźwiedziówkami, które najwyraźniej wyczuły zmiany w pogodzie, bo zaczęły się budzić.
Obecnie większość moich gąsienic jest takich rozmiarów jak larwy niedźwiedziówek spotykane o tej porze roku w naturze. Rosną szybko, dużo szybciej niż od sierpnia do czasu hibernacji. Niektóre oczywiście są większe niż reszta i te muszę przenieść do terrarium. Wczoraj wypuściliśmy w lesie czterdzieści larw, dzięki czemu troszkę się u mnie przerzedziło.
Gąsienica, która obudziła się w tym roku jako pierwsza, na początku tygodnia przepoczwarczyła się. 🙂
Podliczyłam, że zimę przeżyło dziewięćdziesiąt siedem niedźwiedziówek, a nie przeżyło czterdzieści sześć.
 
 

 
05/23
Obecnie niedźwiedziówki są rozdzielone do dwóch pojemników: terrarium dla największych i plastikowego pudełka dla znacznie mniejszej reszty.
Gąsienice z terrarium powoli wczoraj jadły, bo większość zrzucała skóry. Kilka z nich przyłapałam tuż po wylince, gdy były jeszcze mocno rozczochrane. Dzisiaj już biegają. Dwie, które nie są wcale największe, zrobiły trochę oprzędu na szklanej ściance i siedzą na nim.
O mniejszych niedźwiedziówkach na razie trudno pisać, bo są na różnych etapach rozwoju.
 
 

 
05/30
W ciągu ostatniego tygodnia cztery gąsienice nagle zmarły. Ponieważ nic się nie zmieniło poza tym, że jedna z nich brzydko się załatwiła, doszłam do wniosku, iż to wina sałaty z supermarketu. Choć sałatę jadły przez całą zimę, ostatnia (ze sklepu na S.) musiała im nie podpasować. Odstawiłam sałatę i zaczęłam przynosić mlecze z ogródka, gdzie mam ich całą łączkę.
Większość gąsienic z terrarium (czyli tych wcześniej zabranych z szopy) weszła w ostatni instar. Są bardzo duże, bardzo żarłoczne i oczywiście bardzo kochane. Dzisiaj pierwsza z nich zaczęła robić kokon.
Również dzisiaj wyczyściłam większe terrarium i przyniosłam do niego grupę z plastikowego pojemnika. Są tam niedźwiedziówki zabrane z szopy później, ale i one w tym tygodniu znacznie urosły.
Najwcześniej obudzona niedźwiedziówka nadal jest poczwarką.
 
06/06
W nocy z wczoraj na dzisiaj wyszła z kokonu niedźwiedziówka, która jako pierwsza przebudziła się tej wiosny. Jednocześnie jest to pierwsza w moim życiu ćma tego gatunku wyhodowana od jajeczka. Okazało się, że to chłopak - nieduży, ale bardzo ruchliwy. Wypuściłam go wieczorem w ogrodzie.
W długi weekend dużo i smakowicie karmiłam larwy, żeby jak najbardziej urosły. Dawałam im nie tylko mlecze, ale też pokrzywę, dąb i losowe liście z ogródka.
Dzisiaj dwie gąsienice zrobiły kokony. Niestety musiałam je naruszyć, żeby odciąć je od papierowego ręcznika pełnego odchodów. Jedna z gąsienic, wyraźnie niezadowolona, z powrotem wyszła z kokonu. Mam jednak nadzieję, że przepoczwarczy się bez problemów.  
 
 


06/07
Kolejne dwie gąsienice przygotowują się do przepoczwarczenia, ale w trochę nietypowy sposób. Zamknęły się obydwie w jednym kokonie, tuż obok siebie! Kokon nie wygląda na razie estetycznie, bo gąsienice jeszcze się załatwiają, ale po przepoczwarczeniu otworzę go i przeniosę poczwarki w czyste miejsce.
 
06/08
Kolejna niedźwiedziówka już siedzi w kokonie i szykuje się do przepoczwarczenia. Zostały jeszcze... czterdzieści trzy. Teraz codziennie przynoszę im cały pęk mleczy, tak że po wieczornych porządkach siedzą w małym zielonym gąszczu. Rano zazwyczaj wszystko jest zjedzone.
 
 

 
06/13
Od kilku dni w mniejszym terrarium widać poruszenie - największe gąsienice przygotowują się do przepoczwarczenia. Poczwarek mam już sześć, a pięć kolejnych gąsienic robi kokony.
Chcecie wiedzieć, jak wygląda szczyt lenistwa w wykonaniu niedźwiedziówek? Odpuścić sobie robienie kokonu i zamiast tego zaanektować kokon należący do brata lub siostry. Poczwarkę rodzeństwa wypchnąć prawie na brzeg kokonu. I koniecznie zrobić tam parę kup, bo przecież był zanadto czysty.
Wczoraj miałam śmieszną przygodę z niedźwiedziówką. Po nakarmieniu towarzystwa i posprzątaniu terrariów usłyszałam dziwne, głośne szuranie dobiegające z lewej strony stołu. Dobrą chwilę zajęło mi ustalenie źródła dźwięku: było to opakowanie po pastylkach do ssania. Zajrzałam do środka i zastałam tam radośnie buszującą niedźwiedziówkę. 😃
11 czerwca poszłam na spacer swoją tradycyjną trasą, korzystając z przyjemnej pogody. Na skraju łąki znalazłam gąsienicę niedźwiedziówki, siedzącą na widoku. Zabrałam ją i umieściłam wraz z jedzeniem w osobnym pojemniku. Ta larwa jest średniej wielkości.
 
 


 
06/19
Od kilku dni niedźwiedziówki intensywnie budują kokony. Co ciekawe, również u później wybudzonych i mniejszych gąsienic z większego pojemnika zaczęło się przepoczwarczanie. Zaczęłam więc bardziej intensywnie je karmić, żeby urosły jeszcze na tyle, na ile jest to możliwe.
W mniejszym terrarium zostały tylko trzy naprawdę bycze gąsienice, które dzisiaj już biegają nerwowo dookoła. Przeniosłam je do osobnego pojemnika, ale nie do większego terrarium, żeby w tym szale ciał nie podeptały mniejszych sióstr i braci oraz żeby nie groził im upadek z wysokości.
16 czerwca wyszła z kokonu druga wyhodowana ćma, tym razem samica. Przytrzymałam ją przez dwie doby na wypadek gdyby jakiś samiec poszedł w jej ślady, po czym wypuściłam w ogrodzie.
Wczoraj dotarły siatkowane pojemniki do rozmnażania motyli. Wyglądają czadowo - na funkcjonalne, a do tego łatwe w transportowaniu. W jednym z tych pojemników rozłożyłam na dnie papierowe ręczniki i umieściłam tam wszystkie gotowe na ten moment poczwarki niedźwiedziówek. Wychodzące ćmy będą miały więcej przestrzeni, a jeśli wyjdą naraz samiec i samica, wystawienie pojemnika z siatką na dwór może je skłonić do poznania się bliżej.
Zastanawiałam się nad wysłaniem kilku larw do Tomasza, ale przez cały tydzień było gorąco i nie miałam serca zamykać ich w paczce, a następnie w rozgrzanym paczkomacie.
Gąsienica znaleziona na skraju łąki póki co ma się dobrze. 17 czerwca przyłapałam ją na zrzucaniu skóry. Gdy wydostała się ze starej skóry, usłyszałam głośne "PAC!". Zajrzałam sprawdzić, co się dzieje, i zastałam ją całą nastroszoną.
 
 


 
06/22
U niedźwiedziówek zostało już tylko siedem jedzących gąsienic, w tym jedna znaleziona, którą trzymam osobno. Tylko dzisiaj larwy zrobiły pięć kokonów.
 
 


 
07/02
Tego dnia wyszło z kokonów pięć niedźwiedziówek. Nie pamiętam już dokładnie płci, ale chyba były to trzy samice i dwa samce. Na noc wyniosłam pojemniki do rozmnażania na dwór. 

07/03
Rano zastałam dwa złoża zielonych jajeczek, mniejsze niż zeszłoroczne, ale i tak duże.
Z rozmnażania jestem średnio zadowolona, bo chciałam uniknąć chowu wsobnego. Niestety, zawsze gdy miałam wiosną okazję wybrać się do lasu, padał deszcz, a jedyna znaleziona gąsienica nie przeżyła.
Wypuściłam jednego samca w ogrodzie (szybko wzbił się do góry i usiadł na czubku drzewa iglastego), a resztę towarzystwa na drodze wśród łąk. 
 
 
 

07/05
Dzisiaj wyszły kolejne cztery niedźwiedziówki. Nie wyjmowałam ich jeszcze, ale dwie to pokaźnej wielkości samice.
 
07/07
Wczoraj nie wypuszczałam ciem, więc dzisiaj ze zdziwieniem zastałam w pojemniku do rozmnażania... czternaście. Nie chcąc jeszcze dziś spacerować po efektach ubocznych mojego leku, wypuściłam połowę ciem wieczorem w ogrodzie. Wśród nich były dwie samice i pięć samców. Samce, mniejsze od samic, bywały też inaczej ubarwione - niektóre miały jaśniejsze odcienie brązowego i pomarańczowego na skrzydłach. Wszystkim bardzo się paliło do odlotu. Zauważyłam, że gdy niedźwiedziówki wychodzą z kokonów w towarzystwie mieszanym, nie są tak spokojne jak wtedy, kiedy wychodzą pojedynczo. Obecność płci przeciwnej pobudza je do latania.

07/08
Poszłam na łąki za wiaduktem, żeby wypuścić następnych siedem ciem. Mimo piekielnego upału zrobiłam to w środku dnia, bo dostałam alert RCB o możliwych burzach wieczorem. Na otwartej przestrzeni wiał wiatr, a ćmy były pobudzone towarzystwem płci przeciwnej, więc błyskawicznie odlatywały. Nie zrobiłam żadnego zdjęcia.

07/09
Wyszło kolejnych sześć niedźwiedziówek. Tym razem wypuściłam je na łąkach przed wiaduktem. Samic i samców było po równo. Jedna z samic szczególnie mi się podobała, bo miała więcej białego koloru między brązowymi plamami. Wyglądała jak dama w egzotycznym futrze. 🙂 Inna samica zdążyła zostawić mi na pożegnanie dywan jajeczek.
Zrobiłam porządek u poczwarek: przeliczyłam je i wyrzuciłam wszystkie, które były puste. Z moich obliczeń wynika, że wypuściłam już dwadzieścia pięć ciem, a zostało dwadzieścia poczwarek.
 
 

 
07/12
10 lipca zaczęły wychodzić z jaj małe niedźwiedziówki. Wieczorem na łąkach przed wiaduktem wypuściłam ostatnie ćmy przed generalnymi porządkami. Było ich pięć, w tym dwie duże samice, jeśli dobrze pamiętam. Później tego dnia jeszcze raz przejrzałam poczwarki, przełożyłam larwy i jaja do osobnych pojemników, a na końcu wytrzepałam pojemnik do rozmnażania na dworze, w razie gdyby coś tam zostało. Ku mojemu zdumieniu, pod ręcznikami na dnie pojemnika znalazłam jedną poczwarkę muchy! Nie mam pojęcia, jak musze udało się dostać do tak pieczołowicie pilnowanych gąsienic, ale to tylko pokazuje, jak łatwo o ich spasożytowanie.
11 lipca przed odjazdem wypuściłam jeszcze w ogrodzie jedną samicę. Po przyjeździe odkryłam, że jeden samczyk zdołał wyjść w czasie podróży samochodem. Na szczęście przeżył!
Dzisiaj gąsienice dostały mlecza, a my ze Szczurem wypuściliśmy w ogrodzie społecznościowym dwa samce i samicę. Wieczorem wyszedł jeszcze jeden samczyk.
Trzeba pilnie zostawić w jakimś lesie trochę jaj, których nadal jest dużo.

07/22
Parę dni temu wypuściliśmy w ogrodzie społecznościowym ostatnią jak na razie ćmę. Zostały tylko trzy poczwarki, z czego jedna, bardzo mała, wydaje się zniekształcona.
Gąsienice jedzą i wszędzie ich pełno. Przeszły już pierwszą wylinkę. Na szczęście pod wpływem dotyku zwijają się w kłębuszki.
 
07/25
Karmię je teraz co dwa dni, bo urosły trochę za bardzo, zważywszy czas pozostały do hibernacji.
 
 

 
07/31
U larw widoczne są znaczne różnice w tempie rozwoju. Niektóre nadal są małe, a inne zbliżają się do rozmiarów zimujących gąsienic z zeszłego roku. Podejrzewam, że rozwijają się za szybko i część niestety nie doczeka zimy jako larwy. Z drugiej strony, głodne też siedzieć nie mogą.
 
08/10
Niedźwiedziówki jedzą i rosną. 
 
08/22
U niedźwiedziówek jest stabilnie. Jak zwykle kilka osobników rozwija się dużo szybciej niż reszta. Pozostałe są znacznie mniejsze i zeszłoroczne doświadczenia wskazują, że to właśnie one mają największe szanse na hibernację.
 
08/30
U niedźwiedziówek i bez zmian poza tym, że rosną.
 
09/10
Niedźwiedziówki ciągle jedzą. Zmieniłam im pojemnik na większy. 

10/14
Dzisiaj wyniosłam do szopy niedźwiedziówki, na razie jeszcze razem z liśćmi. W tym roku mam małe nadzieje, że przezimują. Dużo tegorocznych niedźwiedziówek z nieznanej mi przyczyny umarło, zostało tylko kilkanaście.
Największą gąsienicę zostawiłam w domu, bo jest kilka dni od przepoczwarczenia. Chyba po prostu ją wyhoduję i zostawię w domu. Na zewnątrz już dla niej za zimno, a jako poczwarka nie przeżyje zimy (sprawdziłam w zeszłym roku).

 
Brudnica nieparka
 
05/16
Przedwczoraj obudziły się brudnice. To o trzy tygodnie później niż rok temu, ale myślę, że natura dobrze wie, co robi. Temperatury były niższe niż w zeszłym roku, a poza tym może dzięki temu samice będą miały szansę spotkać samce. Ja też nie narzekałam, bo mam ostatnio dużo na głowie.
Za to jak już zaczęły wychodzić, to do dzisiaj wyszło ich co najmniej sto. Dopóki są maleńkie jak główka od szpilki, nie muszę ich wypuszczać, mogą sobie spokojnie wcinać listki brzozy. Jedyny kłopot jest taki, że brudnice potrafią na tym etapie przechodzić przez dziurki w materiale, a innego materiału nie mam. I tym sposobem dzisiaj rano zastałam kilkanaście gąsienic chodzących po moim oknie, kredensie, książkach, a nawet zbindowanych dokumentach. 😃
Mam nadzieję, że dzięki regularnemu karmieniu za parę dni nie będą już umiały przechodzić przez materiał.
 
 

 
05/23
W ciągu tygodnia brudnice zdążyły urosnąć wystarczająco, by nie umieć już przecisnąć się przez dziurki w materiale. Karmię je na przemian brzozą, dziką różą i jabłonią.
Przedwczoraj wyjątkowo błogo się im sprzątało, bo wszystkie jak jeden mąż przechodziły wylinkę. Widok żywych stu czy dwustu maleńkich larw nie ruszających się z miejsca po otwarciu pojemnika - bezcenny. Uciekła mi tylko jedna, którą wieczorem znalazłam... na swoim ramieniu. 😃
Dzisiaj wypuściłam kolejnych czterdzieści gąsienic, tym razem na dzikiej jabłoni.
 
 

 
05/30
Wczoraj wypuściliśmy w lesie kolejnych dwadzieścia brudnic. Nadal mam ich co najmniej kilkadziesiąt. Obecnie większość zajmuje się swoją drugą wylinką albo jest tuż po niej.
Przedwczoraj dwie larwy uciekły z pojemnika, mimo że to nie powinno już być możliwe. Widziałam na własne oczy, jak przeciskały się przez ciasne otworki w materiale. Szczur bardzo się śmiał, gdy większość gąsienicy była już na zewnątrz pojemnika, a tyłeczek nadal po wewnętrznej stronie materiału! 

06/06
Rosną. Wydaje mi się, że zbliżają się do kolejnej wylinki.
 
06/08
Brudnice są w trakcie kolejnej wylinki, więc nie wszystko dzisiaj zjadły. Niektóre mają już "pyszczki".
 
06/13
Jak co weekend, brudnice przechodzą wylinkę. Od przedwczoraj wyjątkowo mało zjadły. Mam ich jeszcze około sześćdziesiąt i lada dzień przeniosę je do kolejnego większego pojemnika.
 
06/19
Dzisiaj umyłam terrarium po niedźwiedziówkach, żeby przenieść tam brudnice. Zauważyłam, że choć przechodzą kolejne wylinki o właściwym czasie, bardzo mało rosną. Zapewne dlatego, że jest ich za dużo w stosunku do ilości jedzenia i przestrzeni. Dlatego dziś wypuściliśmy w lesie koleinych kilkanaście, a resztę wpuściłam do nowego lokum. Teraz, gdy każdego dnia ubywa mi obowiązków w pracy, będę przynosić im więcej jedzenia, może nawet z różnych roślin.
 
06/22
Brudnice jakoś opieszale jedzą, mimo że daję im dużo brzozy. Mam ich dwadzieścia siedem.
 
 

 
07/06
Brudnice przechodzą kolejną wylinkę. Są coraz większe. Dostają teraz bardzo zróżnicowane jedzenie, bo w mojej najbliższej okolicy nie ma brzozy. Przykładowo dzisiaj dałam im liście jarzębu, dzikiej róży i dębu szypułkowego. Pałaszują wszystko.
 
07/12
U brudnic jest już jedna poczwarka, dwie kolejne larwy przygotowują się do przepoczwarczenia w kokonach. Pozostałe dostały liście głogu i brzozy, aczkolwiek niestety niezbyt dobrej jakości. Jutro może uda mi się znaleźć dla nich coś lepszego. Kilka larw zrzuciło skórę w weekend. 
 
 

 
07/22
Zostało jeszcze siedem brudnic, które się nie przepoczwarczyły. Wytrwale daję im codziennie nowe liście, żeby to przyspieszyć.
Niektóre poczwarki są w tym roku bardzo małe. Prawdopodobnie to efekt hodowania większej grupy - było mniej jedzenia na osobnika.
20 lipca pojawił się pierwszy samczyk, niewielkich rozmiarów jak jego poczwarka, ale energiczny i żwawy. Kilka godzin później już latał po całym pojemniku z siatki. Akurat jestem w Warszawie, więc wypuściłam go 21 lipca w lesie, gdzie znalazłam jego mamę.
 
07/25
23 lipca, czyli dzień po naszym przyjeździe do Kielc, wyszedł drugi samczyk brudnicy. Wypuściłam go wieczorem z okna. Dookoła są same parki i lasy, więc chłopak sobie poradzi.
Zostało jeszcze kilka dużych, żerujących gąsienic.
 
07/26
Wyszedł trzeci samiec brudnicy. Też wypuściłam go za okno. Musiałam wypuszczać go na dwa razy, bo bardziej ciągnęło go do lampy w pokoju niż na wolność.
Już tylko trzy brudnice nie robią kokonu.
 
07/31
Wczoraj rano zastałam w pojemniku do rozmnażania dwie samice. Radość nie trwała jednak długo, bo wyszlo na jaw, że samce zdążyły je nocą zaplemnić. Obie złożyły wkrótce jaja. Wolałabym spróbować rozmnożyć te samiczki bez udziału braci... ale cóż zrobić, stało się.
W nocy wyszła kolejna, bardzo duża samica. Może z nią się uda.
(później)
Mamy to!
Zdjęcie trochę nieostre i w ogóle, ale najważniejsze, że przyleciał samiec spoza moich podopiecznych.
 
 


 
 
08/05
Mam następne jajeczka od wyhodowanej samicy i samca, który do niej przyleciał na dworze.





08/10
8 sierpnia wyszedł z kokonu samczyk brudnicy i zanim zdążyłam go wypuścić, zaplemnił samicę, która wyszła w nocy. Wypuściłam go w Warszawie.
Dzisiaj wyszła kolejna samica, wyjątkowo duża i piękna. Zawczasu przeniosłam ją do osobnego pojemnika. Po przyjeździe do domu zabezpieczyłam też jaja nie pochodzące z chowu wsobnego.
 
08/12
Żaden samiec na razie nie przyleciał do ostatniej samicy. Może po prostu ją wypuszczę.

sobota, 7 maja 2022

[131] Motyle 2021: Kraśniki - malutcy kanibale

 
07/03 i 04
Wczoraj na wieczornym spacerze zaobserwowałam dwa kraśniki, które kopulowały na skraju łąki. Owady były ze sobą złączone przez dłuższy czas. Postanowiłam je złapać i spróbować uzyskać jajeczka.
Trochę się przy tym nakombinowałam... Przede wszystkim na pierwszy rzut oka samiec i samica niczym się nie różnili, więc zabrałam do domu obie ciemki. Umieściłam je na noc w dużym pojemniku z siatką i włożyłam do środka gałązki. Motyle latały, spacerowały, mimo to samica nie złożyła jaj.
W międzyczasie przeczytałam, że kraśniki składają jaja na roślinach żywicielskich gąsienic. Nie wiem dokładnie, jaki znalazłam gatunek, ale generalnie kraśniki lubią koniczynę. Włożyłam więc motyle do mniejszego pojemnika pełnego liści i kwiatków koniczyny. Na tym etapie byłam już pogodzona z myślą, że się nie uda.
Ku mojemu zdumieniu, jeden z motyli zszedł na dno pojemnika i zaczął zabawnie ruszać czułkami. Godzinę po znalezieniu się wśród koniczyny samica złożyła na wieczku żółte jajeczka.
Dziś wieczorem poszłam na spacer w to samo miejsce, gdzie znalazłam kraśniki, żeby je wypuścić. Nie chciałam ich zbyt długo przetrzymywać, bo te ćmy jedzą również jako dorosłe owady, w przeciwieństwie do znamionówek czy brudnic.
Udało mi się jeszcze zrobić kraśnikom kilka zdjęć, choć nie jest ich dużo i nie są zbyt udane. Ciemki okazały się bardzo ruchliwe, czym różnią się od moich stałych podopiecznych.
 
 




 
07/12
Wczoraj z jaj zaczęły wychodzić maleńkie kraśniki. Spodziewałam się tego, bo dzień wcześniej jaja przestały być żółte i wyraźnie prześwitywały przez nie ciemne kropki. Po wyjściu maleństwa zaczęły spuszczać się po nitkach na dół pojemnika. Wydaje mi się, że kraśniki są jeszcze mniejsze niż inne moje gąsienice, ale może to tylko złudzenie, ponieważ nie są tak włochate. Na razie włożyłam im koniczynę. Z powodu ich rozmiarów nie jestem w stanie stwierdzić, czy jedzą. Bardzo chciałabym, żeby jadły i przeżyły. ❤
 
 
  

07/22
Szczur pomaga mi opiekować się kraśnikami. Wytrwale karmimy je koniczyną, bo jedzą ją najchętniej, wygryzając koronki w listkach. Teoretycznie powinny też wcinać babkę, ale jakoś mniej ją lubią. Szczur twierdzi, że trochę urosły. Raczej się z nim zgadzam, choć to wciąż maciupeńkie stworzenia.
 
 

 
07/25
Kraśniki przeszły wylinkę. Pewnie nawet bym tego nie zauważyła, ale znalazłam skórki. Na wyjeździe dałam im koniczyny - ze zdobyciem jej nie ma żadnego problemu.
 
07/31
Sprzątanie u kraśników nadal jest sporym wyzwaniem, chociaż odrobinę urosły. Od paru dni wydaje mi się, że gąsieniczek systematycznie ubywa. Zaskoczyło mnie, że w Kielcach doliczyłam się ich tylko dwudziestu jeden (przy czym nie dam głowy, że nie wzięłam jakiejś zrzuconej skóry za larwę).
 
08/10
U kraśników zostało sześć żywych gąsienic. Ja tymczasem doszukałam się w Internecie artykułu, z którego wynika, że larwy kraśników mogą zjadać się nawzajem. Postanowiłam wypuścić je na łące, gdzie znalazłam dorosłe owady. Hodowanie tego gatunku straciło dla mnie sens. Szukanie tak maleńkich larw wśród koniczyn jest czasochłonne, a gąsienice rozwijają się bardzo wolno i na domiar złego zjadają się nawzajem. Szanse na przezimowanie ich w takiej sytuacji byłyby nikłe, na pewno niewspółmierne do moich i Szczura wysiłków. Właśnie dlatego kraśniki, które przeżyły rywalizację ze swoim rodzeństwem, wrócą na łąkę już teraz.
 
08/12
Poszłam na skraj łąki, gdzie znalazłam dorosłe kraśniki, by wypuścić pozostałe przy życiu gąsienice. Chyba pierwszy raz żegnałam się z jakimś gatunkiem bez większego żalu.
Raczej nigdy nie wyhoduję kraśnika od jajeczka do imago, bo opieka nad tymi gąsienicami jest wyjątkowo żmudna i długa. Maleństwa wolno rosną, przez co trudno się im sprząta, a trzeba by to robić prawdopodobnie aż do października lub listopada. Szansa na przezimowanie jest niewielka, skoro larwy zjadają się nawzajem. Zimą nie sposób ciągle je kontrolować. Następnie - o ile w ogóle przezimowałyby - dalej  wymagałyby opieki, aż do przepoczwarczenia.
Kierowcy kilku samochodów mieli dziś okazję zobaczyć niecodzienny widok: kucając na skraju łąki, robiłam smartfonem ostatnie zdjęcia maleńkim owadom.
Mimo wszystko cieszę się, że mogłam poznać cykl życiowy kraśników. Zawsze to nowe doświadczenie.
 
 


 

środa, 4 maja 2022

[130] Pamiętniki zimowe

 
6.12
Przyjechał Mikołaj i przywiózł książkowe prezenty na Boże Narodzenie. Oczywiście ten stos jest nie tylko dla mnie, a prezenty poczekają sobie do świąt. 




7.12
Nieźle się zdziwiłam... Przecież wcale się tego hiszpańskiego dużo nie uczę, raptem dziesięć minut dziennie!




8.12
Dzisiaj, gdy w środku nocy poszłam obudzić tatę na rutynowy pomiar glukozy, tata oznajmił:
- Śnili mi się uchodźcy.
- Ale o czym był ten sen? Pomagałeś uchodźcom, walczyłeś z nimi czy byłeś jednym z nich?
- Wędrowałem z uchodźcami.
Szkoda, że podobne sny nie śnią się po nocach tym, którzy do obecnej sytuacji doprowadzili.

10.12
Covid pokonał dziennikarza śledczego Janusza Szostaka. Bardzo mi przykro i trudno mi uwierzyć. Jeszcze w czwartek czytałam jego post. Miał tyle planów...
Pan Janusz był prezesem jedynej w Polsce fundacji, która w aktywny sposób, w terenie, szuka zaginionych. Interesował się nierozwiązanymi sprawami zaginięć sprzed lat. Nie zawsze zgadzałam się z tym, co pisał, ale trzeba przyznać, że w swojej działalności był niestrudzony. Nie odstraszyły go nawet pogróżki. W zeszłym roku zorganizował akcję wydobycia z jeziora ciała zamordowanej kobiety, dzięki czemu matka mogła po latach godnie ją pochować. Teraz już pewnie nigdy się nie dowiemy, co się stało z Iwoną Wieczorek, bo od lat był jedynym, któremu zależało na rozwiązaniu tej sprawy.

18.12
W moim domu nareszcie zaczęły się przygotowania do świąt, w tym roku nieco opóźnione na skutek chorowania. Muszę przyznać, że nie do końca jeszcze czuję przedświąteczną atmosferę, zwłaszcza odkąd we wtorek stopniał prawie cały śnieg. Jestem jednak na dobrej drodze.
Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam po zakończeniu izolacji, było zaproszenie Szczura na weekend. Nie macie pojęcia, jak szczęśliwa się czułam, gdy przyjechał pierwszy raz od miesiąca! Załadowaliśmy do samochodu prezenty dla kuzynki i dzieci kuzynów, które czekały cierpliwie od mikołajek, aż nadarzy się okazja do doręczenia ich, i ruszyliśmy do cioci. Kuzynów zobaczę prawdopodobnie już w nowym roku, ale Święty Mikołaj nie może przecież zaniedbać swoich obowiązków. U cioci zastałam paczki od młodszego kuzyna. Śmieję się, że ciocia w tym roku robi za paczkomat.
W międzyczasie wróciłam do pracy, gdzie królują już tematy związane z Bożym Narodzeniem, a w salach z dnia na dzień przybywa ozdób. Zanim wyszłam z domu, spotkała mnie niespodzianka: wyglądając przez okno w łazience, zobaczyłam na podwórku sąsiada sarnę (albo łanię). Skubała coś ukrytego pod śniegiem. Była szósta, na dworze panował jeszcze mrok, więc początkowo nie miałam pewności, czy dobrze widzę. Upewniłam się, gdy zwierzę wyprostowało się i zaczęło się rozglądać. Zawołałam mamę, żeby też popatrzyła. Gdy kilka minut później wychodziłam z łazienki, sarny już nie było. Ta krótka obserwacja sprawiła, że weszłam w nowy tydzień w pozytywnym nastroju. Tydzień, który się tak magicznie zaczyna, moim zdaniem nie może okazać się zły.
Następnego dnia postanowiłam wykorzystać fakt, że skończyłam pracę wcześniej niż zwykle. Udałam się na pocztę, gdzie w południe kolejki są jeszcze w miarę litościwe, żeby wysłać świąteczne kartki. W tym roku przygotowałam szesnaście kartek dla krewnych i znajomych, a także pięć pocztówek rozlosowanych w grupie z loteryjkami. Niestety nie udało mi się nakłonić Bestii do tak wdzięcznego pozowania z pocztówkami jak w zeszłym roku - próbował po nich łazić. Wieczorem upiekłyśmy z mamą pierwszą porcję wypieków na święta - jasne, kruche pierniczki.
Sądziłam, że w tym roku nie uda mi się wziąć udziału w tworzeniu paczek dla mieszkańców Domu Pomocy Społecznej. Korona uniemożliwiła mi przyłączenie się do akcji mikołajkowej. Okazało się jednak, że zaplanowano drugą akcję, bożonarodzeniową. Zgłosiłam się do przygotowania paczki damskiej, a dzisiaj zawiozłam ją z tatą w umówione miejsce. Choć rok wcześniej zanosiłam prezent do tego samego sklepu, mój słynny brak orientacji w terenie dał o sobie znać i zapomniałam, jak trafić. Kiedy w końcu z pomocą smartfona doczłapałam na miejsce, uświadomiłam sobie, że znacznie nadłożyłam drogi.




 
23.12
Jest piąta nad ranem, a ja nie śpię. Co prawda położyłam się "na troszkę" o dwudziestej pierwszej i spałam jak kamień do wpół do drugiej, bo mój mózg załapał, że wczesne wstawanie do pracy na pewien czas się skończyło. Później jednak obudziłam się z silnym bólem stawów rąk i nóg, a także szyi. Wzięłam lek przeciwbólowy, ale na razie niektóre stawy bolą za bardzo, żebym umiała ponownie usnąć. Szczególnie dokuczają mi prawa stopa i lewe kolano. Uświadomiłam sobie, że rano długo siedziałam z nogą założoną na nogę. Dobrze wiem, jak to się kończy, a wciąż mi się to zdarza. Odruchowo zakładam nogę na nogę w sytuacjach bardziej oficjalnych, bo gdy czuję ucisk, jest mi łatwiej nie stimować, przede wszystkim nie przewracać oczami. Głupie, głupie maskowanie... Stukam się teraz w głowę, niezadowolona, że muszę znosić ból przez stary nawyk, który dał o sobie znać zupełnie niepotrzebnie, w dość komfortowej sytuacji. A już ze stawami było lepiej. Ech.
Za to wczoraj rano... znowu spotkałam dzikie zwierzę, a nawet dwa. Było kilka minut przed ósmą. Zbliżałam się do mojego miejsca pracy, kiedy usłyszałam z góry delikatny szelest. Zadarłam głowę, przyjrzałam się drzewom i po chwili zobaczyłam dwie rude wiewiórki skaczące z gałęzi na gałąź. W końcu! Przez całą jesień chodziły słuchy, że w okolicy pojawiają się dwie wiewiórki - opowiadały o nich koleżanki, a raz tata zaobserwował je z parkingu. Sama nie miałam jednak jeszcze okazji ich zobaczyć... do wczoraj. Jak zwykle w podobnej sytuacji, poczułam nagły przypływ endorfin i uczucie, że spotka mnie coś dobrego. Zwierzęta są naj naj.

25.12
Pierwsze białe Boże Narodzenie od lat!

1.01
Taki koleżka wpadł do nas na sylwestra. Marek ocenił, że to pluskwiak różnoskrzydły.



 
9.01
Znowu mało notuję, mimo że ostatnie dwa tygodnie przyniosły mi wyjątkowo dużo radosnych momentów i naprawdę mam o czym pisać. Niestety, przyniosły mi też zaostrzenie dolegliwości. Dzisiaj poczułam poprawę, więc postanowiłam zacząć powoli spisywać ostatnie zdarzenia. A zdarzyło się... kilka miłych niespodzianek 🙂
Niespodzianka, o której wypada napisać w pierwszej kolejności, właściwie była podwójna. Najpierw, tuż przed moimi urodzinami,  zastałam w domu kopertę z upominkami od Dagmary. Daga przysłała mi prześliczną zimową kartkę pełną ciepłych słów, a także dwie zakładki: dla mnie i dla Szczura. Ponieważ akurat byłam tamtego dnia bardzo zmęczona po pracy, postanowiłam napisać o tym i podziękować, gdy lepiej się poczuję.
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy w dniu urodzin ponownie dostałam kopertę od Dagi! W pierwszej chwili pomyślałam, że to musi być pomyłka. Okazało się jednak, że Daga jeszcze raz wysłała mi własnoręcznie wykonane zakładki i kartkę, bo poprzednim podróż z Warszawy na Śląsk zajęła ponad dwa tygodnie! Tym samym staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami wszystkich cudeniek, których część widzicie poniżej na zdjęciach. Ale zakręcona historia! 😀
Daguś, dziękujemy! Kartki stoją sobie dumnie na półce, a zakładki na pewno się przydają, bo na święta (i na urodziny) dostaliśmy stosy książek.
 
 


 
Skoro już zaczęłam pisać o niespodziankach, które mnie ostatnio spotkały, nie sposób pominąć skrzydlatego gościa. W południe szóstego stycznia, gdy prószył śnieg, w ogrodzie pojawił się dzięcioł. Wylądował na jabłoni i ostukiwał najpierw jej pień, a później gałęzie. Udało mi się poobserwować go przez okno i pstryknąć parę zdjęć.
Ciekawe, czy ptak przyleci tu znowu. W zeszłym roku rodzice widywali jakiegoś dzięcioła regularnie, ale ja ani razu.

14.01
Pojechałam dzisiaj do sąsiedniej miejscowości, żeby - jak mawia Szczur - zaktualizować bazę wirusów. Brzuch tym razem mi nie dokuczał, bo sertralina bardzo mi pomaga. Mam tylko nadzieję, że Pfizer okaże się bardziej łaskawy dla mojego samopoczucia fizycznego i psychicznego niż AstraZeneca.
A wczoraj znowu widziałam dzikie zwierzę! Gdy przejeżdżaliśmy z tatą w pobliżu wiaduktu, lis przebiegł przez ulicę (na szczęście bezpiecznie). Na spacerach po liście dla owadów czasami widuję lisy, ale nie z aż tak bliska i w całej okazałości. Piękną kitę miał.

17.01
Mamy tutaj najprawdziwszą burzę śnieżną, taką z grzmotami.

30.01
Ostatnie dwa tygodnie minęły mi wyjątkowo spokojnie, szczególnie w pracy. Miałam dużo czasu na nadrabianie różnych zaległości. Kolejne dwa tygodnie najprawdopodobniej już nie będą tak łaskawe. Na domiar złego akurat teraz w moim otoczeniu (jak zresztą chyba wszędzie) znowu przybywa zarażonych koronawirusem. Modlę się, żeby dotrwać w zdrowiu do ferii zimowych i móc pojechać na dwa tygodnie do Nory. Oby dopisało mi szczęście. Dobrze by mi zrobiło wyrwanie się z domu na dłuższy czas.
Jedyne, co mi obecnie mocno doskwiera, to problemy ze snem, a konkretnie złe sny i wybudzanie się przez nie. Nie potrafię przespać ani jednej nocy bez pobudki lub dwóch, a jeśli budzę się zdenerwowana, trudno mi ponownie zasnąć. Godzina pójścia spać ani długość snu nie mają tu znaczenia, wybudzam się prawie zawsze. W tej jednej kwestii sertralina nie pomaga, melatonina też nic nie zmienia. Chyba będę musiała odgrzebać na jakiś czas sprawdzony lek nasenny, przynajmniej do ferii. Wszyscy wiemy, jakie znaczenie ma zdrowy sen dla zdrowia fizycznego i psychicznego. Martwię się, żeby przez permanentny deficyt snu nie spadła mi odporność.
W zeszły poniedziałek drugi raz zaobserwowałam przez okno w łazience sarnę w ogrodzie sąsiada, który zazwyczaj nie zamyka bramy. Tym razem zobaczyłam ją po dwudziestej trzeciej. Sądzę, że to ta sama sarna co ostatnio, ponieważ do lasu mamy zbyt daleko, by uznać to za zbieg okoliczności. Coś jej tu, zdaje się, zasmakowało. Wizyty sarny sprawiły, że nabrałam trochę obsesyjnego zwyczaju wyglądania przez łazienkowe okienko, kiedy tylko przechodzę obok.
W ten weekend Szczur wyjątkowo przyjechał już w piątek i jeszcze tego samego wieczoru oboje zapakowaliśmy się do samochodu, żeby zawieźć mojej kuzynce prezent urodzinowy. Warunki na drogach były parszywe, więc wróciliśmy grubo po dwudziestej drugiej, ale radość solenizantki wynagrodziła nam te niedogodności.

3.02
Od połowy grudnia mam ogromną, jak to mawia Alex, "zajawkę" na filmy. Przez ostatnich parę lat oglądałam ich bardzo mało, głównie komedie, a poza tym sporo relaksujących anime. Można powiedzieć, że jest to u mnie wyznacznik samopoczucia psychicznego - im bardziej jestem lękowa, tym mniej filmów oglądam. Tymczasem teraz mogłabym robić to codziennie, gdyby nie fakt, że czasem jestem zbyt zmęczona dźwiękami i wolę poczytać książkę. Stworzyłam listę "zaległych" filmów, które chcę obejrzeć, i odhaczyłam już prawie dwadzieścia pozycji, mimo że często jeden film dzielę sobie na dwa dni. Poza tym zaczęłam oglądać "Przyjaciół" i coś czuję, że zabierze mi to baaaardzo dużo czasu... 🤭
W zeszłym tygodniu naszło mnie na tematykę LGBT+. Mam w związku z tym pytanie: jakie filmy o relacjach homoseksualnych najbardziej Wam się podobały? Na razie bez seriali. Gatunki mogą być różne, ale proszę, by każda chętna osoba zaproponowała maksymalnie trzy filmy, takie swoje naj naj. Filmów o parach hetero widziałam ostatnio strasznie dużo i przyda się odmiana.

4.02
Jestem przeszczęśliwa, że po bardzo męczącym tygodniu nastał wreszcie piąteczek. W ten weekend nigdzie się nie wybieram. Mam zamiar głównie wylegiwać się z kotem, czytać, oglądać i nadrabiać sprawy związane z moimi zainteresowaniami, żeby zregenerować się przed ostatnim tygodniem przed feriami (zapewne równie męczącym). Wielkie ufff.

15.02
Moje tegoroczne ferie zaczęły się z przytupem, choć może powinnam raczej napisać, że z trzepotem skrzydeł.
Było sobotnie przedpołudnie, a ja akurat siedziałam w wannie, gdy usłyszałam poruszenie w holu. Mama wołała, żebym przyszła popatrzeć przez okno, bo w ogrodzie jest jakiś nietypowy ptak. Wyskoczyłam pospiesznie, owinięta ręcznikiem. Ptak wyglądał na drapieżnika i siedział wśród gałęzi najwyższego świerku, naprzeciw naszego okna, rozglądając się dookoła. Dowiedziałam się od mamy, że sroki zachowywały się wyjątkowo głośno, więc wyjrzała przez okno i zobaczyła, jak pięć srok otacza nieznanego ptaka i wydziera się. Alarm podniosły również sójki. Kiedy poobserwowalysmy gościa przez dłuższą chwilę, okazało się, że w szponach trzyma martwego ptaka (gatunku nie udało mi się ustalić). Wkrótce zabrał się do jedzenia - na przemian skubał swoją zdobycz i podnosił głowę, rozglądając się. Wokół niego unosiły się pióra ofiary. Uczta trwała około godziny, po czym drapieżnik przeniósł się na jabłoń. Tam odpoczywał w słońcu niemal przez kolejną godzinę. Nie umiałam oderwać się od okna! Pogrzebałam w przewodniku i stwierdziłam, że to krogulec, a Marek dodał, że samica.
 
 
 
 
W niedzielę wieczorem Szczur przywiózł mnie i stertę moich bagaży do Nory. Pierwszego dnia po przyjeździe czułam się tak sobie, bo dokuczał mi nerwowy brzuch. Poszliśmy na wieczorny spacer i wymieniliśmy drobne walentynkowe upominki - ja dałam Szczurowi gadżety z motywem szczurów, a on mnie piękne puzzle z serii Anne Stokes. Mimo wszystko brzuch trochę się buntował. Za to dzisiaj udało mi się już naprawdę odprężyć: wyspałam się, poszłam na spacer nad fosę, wzięłam gorący prysznic, odgrzałam domowy obiadek... Żyć nie umierać. A w międzyczasie napotkałam kolejnych niespodziewanych gości.
Gdy poszłam do parku, oprócz stałych bywalców tego miejsca - krzyżówek, gołębi i wron - zobaczyłam kaczkę mandarynkę. Samiec pływał w pełnej krasie tuż przy brzegu, a co najlepsze, nie był sam! Towarzyszyła mu partnerka, którą on regularnie iskał swoim dziobem. Razem wyglądali przeuroczo! 💙 O ile samiec mandarynki nie jest dla mnie nowością, bo swego czasu jeden z nich upodobał sobie Park Śląski, o tyle parę widziałam dziś pierwszy raz. Niech im się wiedzie!
 
 

 
 
16.02
Puzzle, które dostałam od Szczura, są piękne, ale niełatwe do ułożenia. Składają się w większości z różnych odcieni zielonego. Na razie mam ułożone twarz i palce elfki.

21.02
Ferie upływają mi przyjemnie oraz - na szczęście! - w miarę powoli. Staram się koncentrować na bieżącej chwili i wykorzystywać wolny czas do maksimum, żeby zadbać o siebie i nacieszyć się swoimi zainteresowaniami. Czytam, dalej nadrabiam zaległości filmowe, układam puzzle, tworzę nowe miejsce w sieci dla mojej kolekcji pocztówek, gram w ulubione gierki. Codziennie w południe wychodzę na spacer, aczkolwiek w piątek i w sobotę silny wiatr zatrzymał mnie w domu. Uczę się nowych hiszpańskich słów, używając Duolingo i e-booka na czytniku. Nie zapominam też o przyjaciołach i znajomych - codziennie do kogoś dzwonię lub piszę, by dłużej pogadać, bo w dni "wpracowe" doba często jest zbyt krótka.
Puzzle od Szczura okazały się być nie lada wyzwaniem. Po kilku dniach układania mam gotowe twarz, włosy i rękę elfki, pysk smoka oraz połowę drzewa, a reszta... cóż. Szczerze wątpię, że uda mi się ułożyć resztę przed powrotem na wieś.
Sobotni wieczór spędziłam ze Szczurem i z Piotrem w escape roomie na Mokotowie. Zabawa trwała aż półtorej godziny. Wyszliśmy z pokoju na sześć minut przed czasem, a niemała w tym zasługa Piotra, ponieważ on bez wątpienia ma talent do rozwiązywania zagadek. W ogóle nie dało się odczuć, że jest w escape roomie pierwszy raz! 
Oczywiście urlop nie byłby urlopem, gdyby nie działo się nic zabawnego. Jednej nocy zasnęłam na kanapie w dużym pokoju, ponieważ po zażyciu tabletki nasennej nie zauważyłam, kiedy zaczęłam zasypiać. O wpół do siódmej obudziłam się, sama nie wiedząc, skąd się tam wzięłam. Dzisiaj nad fosą miałam spotkanie trzeciego stopnia z pieskiem w typie bolończyka, który umorusał mi gacie i kurtkę swoim ubłoconym "podwoziem".
Na miano najśmieszniejszego wydarzenia zasługuje jednak to, że obejrzałam "Młodość" Sorrentina po raz drugi, nie pamiętając, że już ten film widziałam. Momentami czułam się dziwnie, bo niektóre sceny wydawały mi się znajome. "Ach, te współczesne trailery. Streszczają całe filmy" - pomyślałam. Dopiero w połowie uzmysłowiłam sobie, że dokładnie wiem, jak film się skończy. Do tej pory nie przypomniałam sobie, kiedy i w jakich okolicznościach obejrzałam go pierwszy raz. Przychodzi mi do głowy jedynie okres, gdy miałam kryzys psychiczny i zaczynałam brać nowe leki przeciwlękowe. Nigdy wcześniej coś podobnego mi się nie przydarzyło.

24.02
Przez tydzień zmagań z puzzlami byłam pewna, że nie zdążę ich ułożyć przed końcem ferii, aż tu nagle wczoraj i dzisiaj poczyniłam spore postępy. Błyskawicznie ułożyłam brzegi i prawie całego smoka, jakby mnie olśniło, i od tego czasu idzie już z górki. Może jednak mam szanse się wyrobić?

25.02
Nie mieliśmy dzisiaj w Norze pączków. Szczur pojechał na dłużej do pracy, a ja po usłyszeniu porannych wiadomości przez parę godzin nie potrafiłam za nic się zabrać. Zresztą, przez stan lękowy mój brzuch i tak nie nadawał się do jedzenia tłustych rzeczy. Może po powrocie na Śląsk poproszę mamę, żeby nauczyła mnie piec pączki według jej wypróbowanego przepisu. W zamian mieliśmy przygotowane wczoraj placki na minipizze oraz babeczki, które upiekłam wcześniej w tym tygodniu. To moje pierwsze babeczki upieczone w Norze, więc jestem z siebie zadowolona. Zwłaszcza że dwoje gości - mama Szczura i Asia - wypowiedziało się o nich pozytywnie. 
O czternastej, gdy nieco się ogarnęłam, wyszłam na spacer nad fosę. Chodziłam przez kilkadziesiąt minut, żeby przewietrzyć głowę. W drodze powrotnej moją uwagę zwróciło miejsce, gdzie coś ruszało się pośród błota i starych liści. Z daleka wyglądało to na żywe, choć trudne do zidentyfikowania stworzenie. Z bliska okazało się ufajdanym ziemią jamnikiem, który pochłonięty był w najlepsze kopaniem głębokich nor. Właściciela nigdzie nie widziałam. Zrobiłam zdjęcie, na wypadek gdyby trzeba było dać ogłoszenie. Potem podeszłam do psiaka, próbując go zwabić, ale on nie chciał się spoufalać i oddalił się. Kilka minut później spotkałam starszą panią z automatyczną smyczą w ręce, która rozpytywała o psa. Okazało się, że to suczka o imieniu Fela. Porozmawiałam z panią, po czym wlazłam na zbocze i zaczęłam wypatrywać uciekinierki. Wkrótce jednak przyprowadziła ją młoda kobieta, zapewne sąsiadka, bo wydawała się znać i starszą panią, i psa. Felę spotkała przy bramie na osiedle, gdzie suczka najwyraźniej czekała na swoją panią.
"Jak znowu mi ucieknie, będę się za panią rozglądać" - powiedziała mi starsza pani. Cóż, kiedy mnie tu na co dzień nie ma...
Piesa w młodości też lubiła kopać nory. Prawie każdą dopiero co zasadzoną roślinę chciała wykopywać. Przyciągał ją zapach świeżej ziemi.
 
 

 
27.02
Wczoraj pożegnałam się z Norą, dzisiaj jestem już na wsi. Nie mogę powiedzieć, żebym nie wolała spędzić u Szczura dwa razy tyle czasu co ferie zimowe, ale w sytuacji wojny u naszych wschodnich sąsiadów powrót do pracy zapewne będzie dla mnie najlepszą możliwą opcją. Zamiast przez większość dnia siedzieć w domu, narażać się na kontakt z telewizorem i myśleć, zajmę się pracą, gdzie mam na coś realny wpływ. Zaraz po powrocie dowiedziałam się, że w mojej okolicy ruszają już zbiórki najpotrzebniejszych rzeczy dla Ukraińców, więc będzie przynajmniej można dołożyć swoją cegiełkę do pomocy.
W piątek wieczorem wybraliśmy się ze Szczurem i z Piotrem do kolejnego pokoju zagadek. Szczerze mówiąc, nastrój do tego typu rozrywek miałam raczej średni i niespecjalnie chciało mi się jechać, mimo że mieliśmy tam od Nory rzut beretem. Byliśmy jednak od kilku dni umówieni i z Piotrem, i z właścicielem pokoju. I dobrze się stało, że skorzystaliśmy, bo moim zdaniem trafiliśmy do jednego z najlepszych escape roomów, w jakich byłam. Wystrój pokoju robił ogromne wrażenie. Nie mogłam wyjść z podziwu, ile piasku musiał przywieźć właściciel i ile wysiłku musiało go kosztować samodzielnie wykonanie dekoracji. Widziałam, że pokój jest różnie oceniany na LockMe, niektórzy krytykują Mistrza Gry za sarkastyczne poczucie humoru. Moim zdaniem, pan jest w porządku, a jego żarty tylko dodatkowo przyczyniają się do wprowadzenia gości w klimat. No ale co kto lubi.
W nocy z piątku na sobotę skończyłam układać puzzle z elfką i smokiem. Na koniec zostały mi głównie elementy w różnych odcieniach czerni i zieleni. Gdy już nie dało się inaczej, podzieliłam je według kształtu i dopasowywałam do brakujących miejsc. Nie spałam do czwartej nad ranem! Przykazałam surowo Szczurowi, żeby pozwolił obrazkowi przez pewien czas poleżeć w Norze i pokazywał go gościom.
 
 
 
 
Myślę, że dbanie o swoje zdrowie psychiczne i o relacje jest teraz szczególnie ważne. Oczywiście o wojnie nie da się zapomnieć. Myśli same przychodzą do głowy... Nikomu jednak nie pomoże, że będziemy siedzieli na kanapach pogrążeni w smutku, rezygnując z normalnego życia. Żeby mieć siłę na jakiekolwiek działanie, musimy najpierw zaopiekować się sobą i bliskimi.