czwartek, 1 sierpnia 2019

[80] Pamiętniki wiosenne


2.03
Wyglądam sobie przez okno w łazience, a tam... leszczyna już kwitnie!

4.03
Z cyklu "Domowa terapia SI": pieczemy rogaliki.




5.03
Dzisiaj miałam koszmarny sen. W tym śnie pisała do mnie przyjaciółka, ale ja nie miałam ochoty rozmawiać, więc zignorowałam ją. Parę godzin później, gdy weszłam na fejsa, dowiedziałam się, że przyjaciółka nie żyje. Byłam zrozpaczona, płakałam i miałam żal do siebie, że nie odezwałam się, gdy był na to czas. We śnie nie pojawiła się żadna informacja, co się stało, że osoba wolna od przewlekłych chorób zmarła tak nagle. Nie potrafiłam się pozbierać, żeby pójść następnego dnia do pracy. Najgorsze było to namacalne uczucie przerażenia, że jeszcze tak niedawno mogłam z nią pomówić i nie zrobiłam tego, a teraz już nigdy nie porozmawiamy.
W pewnym momencie zaczęłam jakby uświadamiać sobie, że to sen, ale nie umiałam się obudzić. Gdy w końcu się obudziłam, leżałam przerażona i patrzyłam w sufit. W jakimś dziwnym odruchu chciałam rzucić się sprawdzać w telefonie, czy to na pewno sen.
No i rano miałam problemy żołądkowe, takie mi głowa zafundowała atrakcje. Możliwe, że w nocy zadziałał mój silny lęk przed zbliżającą się wizytą u dentysty, bo przed nimi często mam koszmary, ale już drugi raz w ciągu tygodnia śniła mi się śmierć bliskiej osoby i naprawdę mam dość. Mózgu, wyłącz ten tryb...

6.03
Z rozmowy ze Szczurem (narzekamy na swoich byłych):
Szczur: No ja nic nie poradzę, że nie jestem pasjonatem biologii.
Ja: Przecież lubisz hodować drobnoustroje.
Sz.: Ale one są mało wymagające.

7.03
Jest 7:30. Wychodzę na dwór zmobilizować tatę, bo przed wyprawą po pieczywo i podrzuceniem mnie do pracy musimy jeszcze zahaczyć o paczkomat. Tata stoi pod płotem zamyślony.
Ja: Tato, jedźmy.
Tata: Wiesz, kto tu dzisiaj był? Sójki.
Ja: Widziałam, kot tak jęczał na parapecie i machał ogonem, że wyjrzałam, a tam siedziała sójka.
T.: Dwie sójki. I one się zalecały, jedna się tak puszyła przed drugą, odrzucała głowę do tyłu...
Ja: O! To fajnie.
T.: ...no i patrzyłem na nie parę minut, a one się potem dziobami tak... tak tego... Coś pięknego.
Przez kilka minut zachwycamy się ptakami.
T.: Szkoda, że nie miałem jakiejś kamery, żeby to nagrać, no coś pięknego.
Ja, uświadamiając sobie, że czas leci: Tato! Jedziemy!
T.: Gdzie ten paczkomat?
Zawsze jeździmy do tego samego paczkomatu...
I pomyśleć, że wszyscy mają pretensje, że regularnie się zamyślam, zagapiam i zapominam o różnych rzeczach, jak tu takie wzorce od małego...

9.03
Z rozmowy ze Szczurem:
Ja: Jedynym niemowlęciem, które mi się jak dotąd podoba, jest Ganesh.
Szczur: Kto?
Ja: Ganesh z bloga "Życie stewardessy", dostał imię po bogu z głową słonia, kojarzysz. Jest słodki.
Sz., zaniepokojony: Niedobrze z tobą. Chyba powinnaś więcej zwierzątek oglądać... Kotków, szczurków...

Od wczoraj stawy bardzo mi dokuczają, dzisiaj prawie nic nie zrobiłam. W takie dni wraca wszystko, co złe. Nie wiem, jak sobie poprawić nastrój czy choćby zająć myśli, gdy nie da się nic robić prawą ręką i kolana bolą pierwszy raz od wielu miesięcy.

10.03
Liczne ptasie zgromadzenie siedziało sobie na linii energetycznej za oknem kuchennym i śpiewało. Niestety nie rozpoznałam, jaki to gatunek, bo jestem krótkowidzem.

Z serii "Domowa terapia SI":
Zrobiłyśmy z mamą takie kruche ciasteczka, żeby zużyć jajka, które ugotowałam, ale ich nie zjadłam. Przepis na nie okazał się banalnie prosty. Ciasto ugniatała mama, ale z moimi rękami było już lepiej i robiłam całą resztę.




12.03
Dziś na obiad była uwielbiana przeze mnie zupa z grzankami. Sfotografowałam ją dla Katji. To zupa jarzynowa, ale nie wiem, jakich konkretnie warzyw mama użyła. Może wygląda niezbyt apetycznie, ale smakuje przepysznie.




13.03
Po trzech dniach spokoju znowu sztywna ręka. I znowu to samo: żegnajcie, rozmowy na messengerze, edytowanie zdjęć, pieczenie i inne fajne rzeczy...

Co jest gorszym pomysłem od czytania kryminałów przed snem, kiedy trzeba wstać o szóstej?
Czytanie przed snem prawdziwych historii kryminalnych.

16.03
Skończyły się przygody Czkawki i Szczerbatka. Długo czekałam na ostatnią część.
"Jak wytresować smoka 3" to efektowny film, choć znacznie bardziej przewidywalny niż poprzednie. Przez większość czasu wiedziałam, co się wydarzy za chwilę. Niektóre sceny są jednak wzruszające, może i dlatego, że niezwykle ładne. Smocze gody śliczne, chociaż biała Nocna Furia przypomina aksolotla.
W kinie sporo osób płakało. Płakał Szczur, płakała dziewczyna przed nami. Płakały dziewczynki siedzące obok, w efekcie jedna z nich zostawiłaby w kinie torebkę, gdybym za nią nie zawołała. Ja tym razem nie płakałam. Rzadko rozklejam się przy oglądaniu filmów, ale podczas niektórych scen robiło mi się ciepło nad oczami jak przed płaczem.

17.03
Motyle się obudziły!
Cytrynki, pawiki, nawet jeden admirał - cała chmara tego towarzystwa pod lasem.

18.03
Zebrałam się na odwagę i zamówiłam pocztówkę z Vanuatu.
Vanuatu to kraj w Oceanii, który posiada dwie niezwykłe placówki pocztowe - jedną na wulkanie i jedną podwodną. Pocztówki sprzedaje poczta na swojej stronie internetowej. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Rodzice kłócą się o ptaka. Widzieli w weekend jakiegoś ptaka, który nigdy dotąd się tu nie pojawił, a przynajmniej tak twierdzą.
Tata: Siedział na słupie i był taki duży, chyba jakiś drapieżnik, bo trzymał coś między nogami i rozszarpywał dziobem. Dziób miał zakrzywiony.
W książce o ptakach tata zaznaczył pustułkę.
Mama: Coś ty, to nie ten, on takiego ogona nie miał.
No i dalej nic nie wiadomo.

19.03
Za mną nietypowy dzień, jeśli chodzi o pocztówki.
Dostałam kartkę z wodospadem z kanadyjskiej Wyspy Księcia Edwarda - tej samej, na której żyła Lucy Maud Montgomery i bohaterowie jej książek. Zawsze chciałam dostać stamtąd pocztówkę, ale nigdy nie było okazji.
Wysyłam list do sympatycznej Szwedki ze spektrum, pocztówkę do Kanady i... kartkę urodzinową na Trynidad i Tobago. W zamian za tę ostatnią mam dostać pocztówkę z Barbados, oby się powiodło.

20.03
Źle się czuję. Mam dobre dni w pracy, a mimo to jestem skrajnie niewyspana, przesypiam naraz tylko po pięć, sześć godzin. Problemem jest nie tylko zasypianie, ale i przedwczesne wybudzanie się, po którym już nie umiem spać. Dziś jest mi zimno i ogólnie nieprzyjemne. Jeśli nie z powodu niewyspania, to mogę jeszcze być przeziębiona i to dużo gorsza opcja, bo wtedy nic nie wyjdzie z planów na weekend.

W domu nadal na tapecie jest ptak, którego widzieli rodzice. Ów tajemniczy osobnik zawładnął Taty wyobraźnią. Tata twierdzi, że to była pustułka, i zastanawia się, czy ona jeszcze zjawi się w okolicy. Ja zaczęłam już podśmiechiwać się z tego tematu.
Ja: A może to był orzeł? Albo specjalnie dla ciebie przyleciał do nas kondor.
Tata: Pff! Orzeł na pewno nie, bo orłem to ja jestem. 

21.03
Wiosna w tym roku zaczęła się z przytupem - pierwszą w tym roku infekcją, przez którą wyjazdowo-spotkaniowe plany na weekend poszły się kochać. I pierwszym widokiem rozjechanego kota na ulicy.
Czekam na przyjemniejsze pierwsze razy, takie jak pierwszy bocian nad najbliższą rzeką, pierwsza burza i pierwsza gąsienica (byle nie za wcześnie z tą gąsienicą).

23.03
Infekcja się rozwinęła - rano doszła biegunka, potem gorączka, natomiast katar nagle zniknął. Przypominam sobie jak przez mgłę, że infekcję o podobnych objawach miał trzy tygodnie temu tata, więc może krąży coś takiego ostatnio po ludziach. Cieszę się, że nie pojechałam przeziębiona na weekend, bo dzisiaj byłoby naprawdę niewesoło. Nastrój? Nawet nie mam złego nastroju, bo nie mam za bardzo na to siły. Leżę i czasem dogrzewam się kotem, gdy pozwala się dotknąć.
Jakiś ptak prześlicznie śpiewał na dworze. Słyszałam i widziałam też kosa.

25.03
W drodze do pracy widziałam na polach bażanta. Może to dobry omen na nowy tydzień?
Tak, wiem, podczas spacerów po liście bażanty widuję często, ale to pierwszy raz w tym roku, stąd radocha.

Szczyt kotowatości: z frywolną miną nadstawiać brzuszek do głaskania, ale gryźć, gdy ktoś ten aksamitny brzuszek chce pogłaskać.




26.03
Wieje jak na wygwizdowiu. Spodziewam się śniegu albo czarownic spadających z nieba.

29.03
Jeśli ktoś uważa, że Wujek Gugiel wie o nas wszystko, to jednak trochę przesadza. Twarzoksiążka najpierw polecała mi wille na sprzedaż warte ogromną ilość mamony, a od pewnego czasu ciągle wyświetla mi reklamy kubeczków menstruacyjnych. Dlaczego akurat mnie - nie mam pojęcia, bo kompletnie sobie nie wyobrażam stosowania czegoś takiego w moim przypadku. Już noszenie soczewek kontaktowych to coś, do czego z powodów sensorycznych nigdy się nie przekonałam, a co dopiero to..

30.03
Zimą ktoś wyrzucił lodówkę na skraju lasu. Że też się komuś chciało jechać z lodówką tak daleko, w miejsce znacznie oddalone od zabudowań, a nie chciało mu się jechać w okolice urzędu gminy, gdzie oddaje się elektrośmieci - nie ogarniam...

31.03
Gramy we "Wrota Baldura".
Szczur o bohaterach: Czeka ich trudna walka, trzeba im wyłączyć inteligencję.
Kurczę, to takie życiowe!

1.04
Ostatnio moje sny nie tylko przeczą prawom logiki, ale dodatkowo kłócą się z zoologią.
W sobotnim śnie siedziałam na leżaku pod drzewem orzecha w ogrodzie, gdy obok mnie wylądowała młoda, śnieżnobiała gęś. Gęś ta wypadła z gniazda, choć nie wyglądała już na pisklę. Gdy zastanawiałam się, co z nią zrobić, z drzewa spadła jeszcze ogromna sowa i przemówiła do mnie.
Dzisiaj śniło mi się, że hodowałam kilka gatunków motyli. We śnie wiedziałam, jakie to gatunki, ale po przebudzeniu pamiętałam tylko, że byłam świadkiem wychodzenia narożnic z zakopanych poczwarek, które znajdowały się w terrarium. Dorosła narożnica była piękna. Następnie z innej poczwarki wyszło stworzenie wyglądające jak miniaturowy zielony smok
.


Pierwszy raz w życiu sama rozliczyłam PIT (w poprzednich latach znajomy taty pomagał nam z tym) i jestem z siebie dumna.

2.04
Myślałam, że nic na fejsie nie jest w stanie mnie zirytować bardziej niż wszechobecne błękitne okołoautystyczne szaleństwo, ale nie miałam racji. Znowu jedna osoba wstawiła zdjęcie swojego testu ciążowego. Nie pojmuję, jak można fotografować coś, na co się oddało mocz, i pokazywać to publicznie znajomym. Ble i fuj. Wracam za swoją szklaną szybę oglądać Kemono no Souja Erin.

3.04
Szczur regularnie ubolewa nad tym, że jego posty nie są zbyt często komentowane, a największy entuzjazm czytelników wzbudzają te o tematyce seksualnej. Dzisiaj stwierdziłam, że nie ma się czym martwić. Profil Kamila Janickiego na stronie Ciekawostki Historyczne świadczy, że jest to uniwersalny problem. Pan Kamil przystępnie i ciekawie pisze o średniowiecznych władcach, kobietach z dynastii Piastów i Jagiellonów, życiu codziennym ludzi - do wyboru, do koloru. Tymczasem na 430 jego artykułów na portalu całą czołówkę najpopularniejszych zajmuje tematyka seksualna. Sami zobaczcie, jakie artykuły mają najwięcej odsłon...

Migawka samochodowa:
Tata: Co za głupia dziewczyna! Jakby się zatrzymała, to tamci by przeszli. Coraz głupsza jest ta młodzież, bo ich nie uczą porządnie logiki, matematyki. Nieprzepisowo jeżdżą. A ta gdzie się pcha z wózkiem, w ogóle nie patrząc?
Mama: Ty nie gadaj o przepisach, bo jesteś aspergerowiec. Tylko aspergerowcy myślą tyle o przepisach, inni mają to gdzieś
.


5.04
Zła wiadomość: kolejna infekcja się rozbuchała, mam głowę zawaloną katarem i boję się, żeby to się znowu nie skończyło jakimiś zastrzykami z antybiotykiem i długim chorobowym. Paskudną mam tę głowę, ciągle mnie tam coś pobolewa albo kłuje. Nie potrafię czytać.
Dobra wiadomość: adoptowałam bratka. Jest niezwykły, piękny i ogromny jak ręka! Fakt, że moja ręka jest stosunkowo nieduża, ale... Takiego wielkiego bratka jeszcze nie widziałam.





Ale bym chciała taki namiot...
Niestety obawiam się, znając ludzi, że w naszym pięknym kraju zaraz ktoś by mi go przedziurawił albo w inny sposób popsuł...


6.04
Pierwszy raz zaobserwowałam obie sójki, którymi tak się zachwycał tata. Pochodziły po podwórku, posiedziały na orzechu, a potem samiec i samiczka kosa przegoniły je stamtąd. Kos usiadł na gałęzi najbliższej okna, więc jego też sobie pooglądałam.
Okno ciekawsze niż telewizja.

7.04
Kolejne sny o tematyce owadziej.
Dzisiaj mi się śniło, że Safonidy zaczęły wychodzić z jaj, a ja siedziałam i oddzielałam maleństwa od liści.

Można kochać lub nienawidzić Murakamiego. Ja zawsze należałam do grona tych kochających, bo jako nastolatka miałam odczucie, że nikt tak jak on nie rozumie samotności wśród ludzi. Wróciłam do Murakamiego po wielu latach i jest tak samo realny, jak zwykle. Zwłaszcza fragment, w którym przyjaciele bez słowa wyjaśnienia zrywają kontakt z Tsukuru Tazakim.
Been there. Done that.

8.04
Pierwszy raz w tym roku widziałam w drodze do pracy bociana.

11.04
Z serii "Domowa terapia SI":
Upiekłam marchewkowe ciasto. Jestem z siebie zadowolona, bo: 1) pierwszy raz, odkąd tydzień temu się pochorowałam, zrobiłam coś fajnego; 2) zrobiłam je całkiem sama, mama tylko potarła marchew, a potem poszła oglądać telewizję. To bardzo prosty przepis, nawet ze sztywną i mocno bolącą ręką da się go wykonać. Nie potrzeba też wiele czasu. Ciasto cudnie pachnie.




15.04
Jak to jest z migreną i telefonami?
Ktoś obiecuje, że zaraz oddzwoni. Czekasz z położeniem się, żeby oddzwonił, ale nie możesz się doczekać - nie dzwoni przez parę godzin. Migrena nasila się. Jeśli jednak położysz się na godzinę i wyciszysz telefon - o, możesz być pewien, że owa osoba wtedy akurat zadzwoni.

17.04
Jedną z nielicznych rzeczy, których Rosomak NIE lubi w pieczeniu, jest oddzielanie żółtek od białek.
W takich momentach przypomina mi się japońskie kreskówkowe żółtko o imieniu Gudetama, uosobienie lenistwa, które pływa w szklance białka z założonymi rękami i podpisem "Who cares".





18.04
W pewnej grze przeglądarkowej, którą ja i Szczur lubimy, rozpoczął się event wielkanocny. Aby zdobyć dodatkowe wyposażenie dla swojej postaci, trzeba grać w zręcznościowe minigierki - zbierać czekoladowe jajka, a potem je rozpuszczać.
Ja: Słuchaj, jak właściwie trzeba klikać, żeby rozgrzać te jajka? Udało mi się utrzymać strzałkę na górze, jak był koniec zadania, a mimo to mi nie zaliczyło.
Szczur: Strzałka musi być w tym polu nieco poniżej samej góry. To znaczy, nie można jajek przegrzać. Uwierz facetowi: jak jajkom jest za ciepło, to nie jest dobrze
.


19.04
Jedynym pozytywnym skutkiem tego, że Notre Dame płonęła - jakkolwiek beznadziejnie to brzmi - jest fakt, że w trzy dni dowiedziałam się o niej więcej niż przez całe dotychczasowe życie. Oczywiście wiedziałam o gargulcach, jak wszyscy. Dopiero teraz wiem, że na szczycie iglicy znajdował się relikwiarz w kształcie koguta, dlaczego tam był i co zawierał, że iglicę wybudowano drugi raz po rewolucji, co trzymano w skarbcu i tak dalej. A dzisiaj dowiedziałam się, że na dachu katedry żyją... pszczoły. I te pszczoły przeżyły!

21.04
Dzień Bez Internetu zaliczony. Może powinnam robić takie Dni częściej. Ku mojemu zdziwieniu, w ogóle nie brakowało mi mediów społecznościowych ani muzyki z YT, a jedynie ulubionych blogów uspokajających mnie w chwilach gorszego samopoczucia. W międzyczasie między innymi zrobiłam sobie wiosenną dekorację w pokoju, usmażyłam jajka sadzone z pomidorami i mozzarellą a la Rosomak, pospacerowałam, poczytałam, zaczęłam się uczyć do egzaminu.
Bilans na plus, pomijając spacer.
Pierwsze dłuższe spacery po zimie zawsze są dla mnie trudne. Zmiany w okolicy przyprawiają mnie o wielki dół. Tym razem się okazało, że powycinano jeszcze więcej młodych drzew niż w poprzednich latach, w tym kilka młodych wierzb samosiejek rosnących niedaleko, które bardzo lubiłam i które żywiły moich głodomorów. Nie wiem, czy przeżył jakiś jarząb oraz czy głóg przeżył, bo jeszcze nie wszystko ma liście, a po takich zmianach zawsze tracę orientację, gdzie co rośnie. Dlaczego ludzie tak bardzo nienawidzą wszystkiego, co dziko żyje? - nie wiem. Gdyby jeszcze w ramach swoich "porządków" raczyli posprzątać śmieci, ale gdzie tam... Drzewka pościnane, drewno w większości sobie pozabierali, a na skoszonych łąkach wala się dosłownie wszystko. Nawet stara umywalka. Rąbać to się da, ale od podnoszenia śmieci rączki usychają
.


23.04
Kosy podchodzą bardzo blisko, kiedy ja i tata czytamy na dworze. Wczoraj oprócz Pani Kos pojawił się mniejszy bury ptaszek. Podejrzewam, że może to być podlot.

25.04
Dzisiaj miałam sen z gatunku "What the heck".
Śniło mi się, że byłam w domu, w którym dwa pokoje przeznaczono na hodowlę owadów. Stało tam mnóstwo terrariów i pojemników z motylami na różnych etapach rozwoju, inne owady też chyba były. Ktoś jednak bardzo to wszystko zaniedbał, bo było brudno, brakowało jedzenia, niektóre owady zaczęły zjadać siebie nawzajem. Terraria nie były dobrze zabezpieczone, wypełzały z nich ogromne ilości larw, najwięcej było dużych białych larw wyglądających trochę jak attacusy. Były też egzotyczne motyle z podniszczonymi skrzydłami. Stałam w progu i wściekałam się, patrząc na to wszystko, choć nie pamiętam, czy to były cudze owady, czy moje, którymi ktoś miał się zająć przez parę dni. Czułam też paraliżującą bezsilność, bo nie wiedziałam, od czego mam zacząć doprowadzanie do porządku tego wszystkiego. Miałam świadomość, że gdy zdejmę jeden pojemnik, w tym samym czasie owady będą nadal umierać w innym lub wypełzać z niego.
Obudziłam się przerażona, tak jakby śnił mi się jakiś potwór albo operacja. To był prawdziwy koszmar, choć nietypowy. Chwilę mi zajęło połapanie się, gdzie jestem. Po chwili spałam jednak dalej i było już OK
.


26.04
Spędziłam chyba ze dwie godziny, siedząc z książką w ogrodzie i podglądając kosy. Pani Kos podjada owoce, co jakiś czas woła młodego, a on jej odpowiada takim samym dźwiękiem. Kiedy do niego bliżej podejść, mama próbuje zwrócić na siebie uwagę, żeby mnie od niego odciągnąć.
Teraz już na spokojnie można sobie mamę i młodego pooglądać.
Samca widziałam dzisiaj raz, raczej trzyma się wyżej. Sójek ostatnio nie widuję, bo Pan Kos je przepędza.





27.04
Rano padało, ochłodziło się i automatycznie mojej łapie się pogorszyło. Za to las trochę oddycha od upałów. Przyjechał Szczur, wpakowaliśmy Piesę do samochodu i pojechaliśmy na niedługi spacer.
Po deszczu na ścieżki wypełzło bardzo dużo ślimaków nagich, ale stosunkowo mało winniczków. Widzieliśmy też dwie śliczne małe żabki. Jakaś kukułka hałasowała przez całą godzinę, słyszałam ją nieustannie. Jedno z drzew po drodze okupują gąsienice w oprzędach, których jest co najmniej kilka, ale nie zabrałam ich, bo to miernikowce.
W drodze powrotnej spotkaliśmy bażanta. Wyfrunął z rowu, obok którego przejeżdżaliśmy, i przeleciał nad samochodem. Piękny był, jak to bażant.
Wieczorem graliśmy we "Wrota Baldura" i ułożyłam taki oto wierszyk na cześć krasnoluda Kagaina:
A krasnolud pędzi, a krasnolud gna!
Od knajpy do knajpy, takie hobby ma!  





30.04
Jakie reakcje w "normalnym półautystycznym domu" wywołuje zaproszenie na pierwszą komunię do znajomych?
Ja: Od razu zadzwoń i powiedz, że nie jadę, bo mam egzamin.
Tata: Kiedy i gdzie jest ta komunia? 

(tu informacje)
T.: Fatalnie. (do mamy, która prognozowała w święta, że się to może zdarzyć, bo znajomi mają niedużą rodzinę) Ty zawsze coś wykraczesz
.


2.05
Jestem na majówce w pewnym urokliwym miejscu niedaleko Ostrawy. Już wiem, że niełatwo będzie stąd wyjeżdżać. W Czechach jestem drugi raz, ale trudno mi wskazać choć jedną rzecz, która mi się nie podoba. Ludzie w pobieżnym kontakcie zachowują się bardziej otwarcie niż Polacy, zagadują, uśmiechają się częściej, proponują piwo (właściciel domu na wstępie przyniósł dwa piwa). Dzisiaj na dworze dosiadł się do mnie jakiś facet i widząc, że ja trochę rozumiem z jego słów, ale nie wszystko, zaczął mnie pocieszać, że on też jest Ślązakiem, a Ślązacy się zawsze dogadają, przykładowo on potrafi powiedzieć "smacznego" oraz zaproponować winko.
Bardzo lubię obiady w Czechach, niby podobne do polskich, ale jakieś inne. Jestem fanką mięs nadziewanych serem i smażonych serów. Porcje są ogromne, jak dla krasnoluda.
Szczur wczuł się w tutejsze klimaty i chrapie jak prawdziwy krasnoludzki wojownik.
Dzisiaj byliśmy w ogrodzie zoologicznym w Ostrawie. Zwierzęta mają duże, fajne wybiegi, w wielu miejscach sprytnie urządzone tak, żeby się dało je obserwować z dystansu bez zbytniego naruszania ich spokoju. Widzieliśmy między innymi słonicę ze słoniątkiem, jedzącego hipopotama, koczkodany, mandryle - małpy z niezwykłymi nosami i niebieskimi tyłkami, pokolce królewskie (ryby takie jak Dory z filmów Disneya), zebry i wiele innych. Pierwszy raz widziałam pawia siedzącego bardzo, bardzo wysoko na drzewie. W końcu udało mi się trochę poobserwować pandy czerwone i uważam, że angielska nazwa "firefox" o wiele bardziej pasuje do tych zwierząt. Kolor ich sierści jest jedyny w swoim rodzaju, uwielbiam też sposób, w jaki się poruszają. Są przecudne.
Jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie się tu przytrafiły, jest to, że w pobliżu płynie strumień i nocami słychać koncerty żab. Ten dźwięk jest równie uspokajający jak szum deszczu, kocham go
.

4.05
Na wszystkich bogów! Smażony ser w Czechach jest the best. 
W ogóle uwielbiam Czechy i uwielbiam to mieszkanko. Ależ mi się nie chce wracać do domu... Sytuację ratują gąsienice i jaja, z których lada chwila powinno coś wyjść.

5.05
Po powrocie z majówki czekała na mnie w domu moja pierwsza wyhodowana narożnica zbrojówka. Wygląda dokładnie tak, jak na zdjęciach w Internecie - jak kawałek gałązki.

Odmóżdżanie się poprzez oglądanie urywków reality shows i obserwowanie reakcji internautów bywa zabawne, a czasem też pouczające.
Na Instagramie ludzie mają ból tylnej części ciała, że para uczestników "Big Brothera", jeśli dobrze rozumiem, podczas randki rozmawiała o fraszkach. Stało się to powodem do szydery, bo to nudne, lamerskie i w ogóle żal.pl.
Wolę się nie zastanawiać, co sobie ludzie myślą, gdy słyszą mnie i Szczura. Ostatnio ze Szczurem rozmawialiśmy w restauracji o oksytocynie, a na spacerze on nawijał coś o ciągach w matematyce. Do tego w naszych rozmowach regularnie pojawiają się książki i gąsienice. A o czym dyskutujemy w łóżku, lepiej nie mówić.
W zamian zastanawiam się, o czym "normalsi" (wszyscy ci szydzący internauci) gadają na randkach? Nie mam pojęcia, serio. Jeśli o niczym ciekawym nie mogą, bo ich to nudzi, to o czym tyle czasu da się rozmawiać?

7.05
Chyba mi odbiło, bo pomimo niższej wypłaty w tym miesiącu kupiłam za sto trzydzieści złotych grę planszową "Liski: Ojojanie".
Gra zostanie wydana dzięki crowdfundingowi. Lubię wspierać ulubionych twórców (blogerów, autorów komiksów) od czasu do czasu, a w tym przypadku nie dość, że jestem fanką Lisich Spraw, to jeszcze sam pomysł ojojania drobnych niedogodności i problemów dnia codziennego jest jak miód na moje serducho.
 

10.05
Zamierzam dziś po pracy tylko leżeć plackiem, grzać stawy pod kocem i świętować okres. No dobra, może z małymi wyjątkami.

15.05
Nie mogę się doczekać, aż będę już po egzaminach, bo póki co ograniczam swoją aktywność życiową do najważniejszych spraw (jedzenie, spanie, praca, nauka i larwy).
W tym tygodniu stała się ważna rzecz: moja kuzynka dostała Mówik. Działania w tym kierunku były prowadzone od ponad roku, może półtorej (!). Najpierw przekonywałam ciocię, wujka i resztę rodziny do idei Mówika. Początkowo pomysł był taki, żeby wszyscy zrzucili się, ale wujek chciał spróbować dostać dofinansowanie. Zapoznawałam kuzynkę z symbolami, które mam w domu, wydrukowane i zalaminowane. Potem kuzyn złożył wniosek o dofinansowanie, ale wniosek został odrzucony, a sprawa na pewien czas odłożona. W końcu wujek sam kupił Mówik.
Kuzynka podobno już dobrała się do tabletu i podoba jej się, że mówi on kobiecym głosem. Myślę, że opanuje go w mig. Trzeba jednak będzie nauczyć ciocię i wujka, jak dodawać własne słowa, jak wybierać słowa z "ukrytego" katalogu i tak dalej
.

17.05
Tata: To dzisiaj jedziemy po wierzbę, tak?
Ja: Tak.
T.: Dobrze, że już lepsza pogoda się robi, bo będzie można je wypuścić.
Ja: No tak, ale trzydzieści i tak zostanie.
T.: Ile?
Rodzice żyją w błogiej nieświadomości, jeśli chodzi o liczbę Safo, których jest kilkaset
.

Chmury zniknęły na dłużej po raz pierwszy od dwóch tygodni i wyłonił się księżyc, od razu w pełni. Piękny.

18.05
Już po egzaminie dyplomowym na podyplomówce. Teraz jeszcze zregenerować łapę po zapisaniu tylu kartek, co pewnie "trochę" potrwa...
Dzisiaj Eurowizja. Nie oglądałam pierwszego półfinału, z drugiego podobały mi się Rosja i Holandia, ale bez szału. Fani ciężkich brzmień, w tym Szczur, kibicują Islandii. A czy ktoś wie, o czym jest utwór Islandczyków? Ciekawi mnie to
.

Hołub Szczura swego!

19.05
Po egzaminie bardzo boli mnie łapsko od ręcznego pisania, ale dusza już trochę odpoczywa. Pojechaliśmy wczoraj do lasu.
Po wielu dniach deszczu w lesie jest pięknie, mocno pachnie żywicą, a wszystkie rośliny są bardziej zielone niż dwa czy trzy tygodnie temu. Wypuściliśmy mnóstwo Safonidów. Z drogi często uskakiwały żabki, spotkaliśmy też dziką mysz i słyszeliśmy kukułkę. Biedronki uprawiały seks. Widzieliśmy larwy pięciu różnych gatunków motyli, larwy trzech z nich zabrałam do domu.
Od dwóch dni pogoda ewoluuje jak Pokemony - dzisiaj burza z gradem.




25.05
Cudne... Chciałabym takie świetliki zobaczyć w realu.

26.05
Poszłam na wybory. W lokalu wyborczym dwie osoby - wysoki mężczyzna z włosami do ramion i dziewczyna na oko młodsza ode mnie - powiedziały mi "cześć", a ja nie mam zielonego pojęcia, kim byli ci ludzie. Standard.
W drodze powrotnej zastanawiałam się, czy pójść do domu krótszą, nudną drogą, mijając elegancko ubrane tłumy idące do kościoła, czy moją ulubioną okrężną trasą wzdłuż łąk. Po chwili wahania (nowe, czyste buty...) wybrałam łąki. Na ruchliwej drodze znalazłam trzy martwe rusałki osetniki, którym zabrałam skrzydełka, może będą z nich wisiorki. Biedne osetniki pożywiają się tam całą grupą na koniczynie i dla niektórych kończy się to tragicznie.
Niedaleko miejsca, gdzie zaczynają się zabudowania, usłyszałam szelest trawy. Spojrzałam w tamtą stronę i stanęłam jak wryta. Lis! Lis przeskoczył nad wysokimi trawami, przeciął ścieżkę dosłownie parę metrów przede mną i zniknął w trawie po drugiej stronie. Był cudny! Za nim leciała sroka, krzycząc głośno.
Do teraz sobie przypominam, jak pięknie biegł lis, aż przeszedł mnie dreszcz i mimowolnie cofnęłam się o dwa kroki.
I pomyśleć, że mogłam być wtedy gdzie indziej.
Najpiękniejsze momenty zdarzają się wtedy, gdy chodzi się własnymi drogami
.


31.05
To uczucie, kiedy Twój znajomy z pracy - nie żaden bliski znajomy, ale jednak widywany na co dzień świetny nauczyciel, którego dzieci kochają do tego stopnia, że sam jego widok wywołuje uśmiech na twarzach - wstawia na portalu społecznościowym treści nawołujące do dyskryminowania osób LGBT... i masz ochotę go z miejsca wyrzucić ze znajomych bez wyjaśnień...
...a nazajutrz w pracy on miło się odzywa, ot takie tam pogaduchy, dzień jak co dzień. A Ty zamiast jego przyjacielskiego "Hej, co tam?" masz z tyłu głowy zupełnie inne słowa.
Dysonans jak stąd do Australii.

niedziela, 21 lipca 2019

[79] Z wizytą u księżnej Daisy


Spanie przed drugą w nocy zawsze było moją piętą Achillesa. Rodzice do dziś wspominają, jak pierwszą rzeczą, którą zastawała mama po nagłym wybudzeniu się w środku nocy, były moje oczy, szeroko otwarte. Nie było na to rady. Całe szczęście szybko nauczyłam się czytać. Gdy nie potrafiłam zasnąć, pozwalano mi wyjąć książkę i poczytać. Nad książką szybko wyciszałam się, więc po pewnym czasie wracałam do łóżka. Najczęściej sięgałam po te z "kolorowego pudła" na strychu, czyli odziedziczone po kuzynach i dzieciach kolegów taty. Właśnie tam znalazłam "Zaczarowany dzwon: Baśnie zamku Książ".

Dwadzieścia lat później, gdy zastanawialiśmy się ze Szczurem, gdzie pojechać na pierwszy wspólny kilkudniowy wyjazd, w pierwszej kolejności pomyślałam o Książu. Zawsze chciałam go zwiedzić, baśnie rozbudzały moją wyobraźnię. Wprawdzie sam wyjazd nie należał do całkiem udanych (dopiero poznawaliśmy swoje potrzeby i kłóciliśmy się często), ale Książ od tamtej pory jest w pierwszej piątce moich ulubionych polskich zamków. Należy do niej także zamek w Pszczynie, który w przeciwieństwie do Książa przetrwał II wojnę światową prawie nietknięty. Obydwa przez kilkaset lat należały do tej samej rodziny, książąt Hochberg von Pless. Łączy je też osoba księżnej Daisy, którą absolutnie uwielbiam.


Angielka Daisy (a właściwie Maria Teresa) Cornwallis-West miała osiemnaście lat, gdy poślubiła starszego o dwanaście lat Hansa Heinricha XV von Hochberg, dziedzica księstwa pszczyńskiego. Oczywiście małżeństwo zostało zaaranżowane przez rodziców pary. Daisy nie miała wiele do powiedzenia, choć próbowała się przeciwstawić. Dla jej rodziny - arystokratycznej, ale z problemami finansowymi - takie małżeństwo było jak znalazł.

Można by pomyśleć, że to bajka, zamieszkać po ślubie w takiej rezydencji jak Książ. Tymczasem różnice w wychowaniu i osobowościach już od pierwszych dni dawały się we znaki w małżeństwie Daisy i Hansa. Daisy nigdy nie zapomniała mężowi tego, jak podczas podróży poślubnej do Paryża zaprowadził ją do teatrów i kawiarni, w których występowały kobiety lekkich obyczajów, jak wystawił ją na sprośne żarty i śmiał się z jej niewinności. Szybko odkryła, że Hans bywa grubiański, że lubi "pikantne historyjki". Okazało się też, że nigdy nie czyta książek, przez co brakuje im tematów do rozmów.

Po przybyciu do Niemiec było tylko gorzej. Przyzwyczajona do dużej swobody, młodziutka księżna czuła się przytłoczona nieustannym towarzystwem służby i surowo przestrzeganą przez pruską arystokrację, wyszukaną etykietą. Poufałe kontakty ze służbą, normalne wśród angielskiego ziemiaństwa, w Prusach nie były mile widziane. W dodatku Hans miał szczególne upodobanie do pompatycznego stylu życia, które raziło Daisy, dostrzegającą ubóstwo okolicznej ludności. Pragnęła ona, aby życie w Książu było prostsze, podczas gdy Hansowi marzyła się dalsza rozbudowa zamku, i to z takim rozmachem, aby stał się on ulubioną rezydencją cesarzy. (Jednym z pomysłów Hansa było tak poszerzyć drzwi do najważniejszych komnat, aby trzej cesarze - Niemiec, Rosji i Austrii - mogli wchodzić przez nie jednocześnie).

W pierwszych latach małżeństwa Daisy, dotkliwie odczuwając brak bratniej duszy w Niemczech, zaczęła pisać pamiętniki. Zapewne nie spodziewała się wtedy, że wytrwa w tej decyzji przez większość życia. Pisanie stało się dla niej, podobnie jak kiedyś dla mnie, rodzajem autoterapii. Jak dotąd w Polsce ukazał się tylko jeden tom pamiętników Daisy, którego jeszcze nie zdobyłam, ale fragmenty jej zapisków i listów cytowane w biografii moim zdaniem wystarczają, żeby uznać ją za nietuzinkową osobę. Nie tylko dlatego, że była gospodynią zamku odwiedzanego przez śmietankę towarzyską europejskiej arystokracji i znała osobiście wiele osób, które zapisały się na kartach historii (jak król Edward VII, cesarz Wilhelm II, Winston Churchill). Choć nie ukrywam, że warto te osoby poznać od strony, jaką znała Daisy, a w tym, co pisała, nie brakuje ironii i przenikliwości. 

Pszczyńska księżna od początku była buntowniczką i choćby za to nie potrafię jej nie lubić. Uparcie łamała niektóre absurdalne zasady pruskiej etykiety, w tajemnicy przed wszystkimi jeździła w męskim siodle. Gdy na balu cesarz poprosił ją do tańca kiwnięciem palca, oznajmiła głośno, że "zawsze będzie posłuszna jego słowu, ale nie palcowi wskazującemu", co wzbudziło u wszystkich zgrozę, a u samego cesarza... sympatię. Przyjaźń Daisy z cesarzem przetrwała próbę czasu, być może dlatego, że jako jedyna kobieta potrafiła być z nim szczera i jednocześnie nie urazić jego dumy. Innym razem w dramatycznych okolicznościach złamała konwenanse i protokół medyczny, żeby ratować życie króla Edwarda.

Kiedy Daisy pogodziła się z faktem, że nie zazna pełni szczęścia w małżeństwie, zaczęła realizować się na innych polach. Głęboko poruszały ją katastrofalne warunki życia miejscowej ludności - nędza, nawracające epidemie, ciężki los kobiet pracujących w fabrykach. Szybko zorientowała się, że doraźne wsparcie nie wystarczy, potrzeba dotrzeć do przyczyn takiego stanu rzeczy. Z jej inicjatywy uzdatniono rzeki otaczające Wałbrzych i wybudowano system kanalizacyjny, co przyczyniło się do poprawy warunków życia ludności (między innymi zakończenia epidemii tyfusu). W 1907 roku Daisy założyła pierwszą w regionie szkołę dla niepełnosprawnych dzieci, która łączyła opiekę medyczną, edukację i przygotowanie do zawodu. Przez wiele lat dbała o finanse tej szkoły, pozyskując sponsorów i organizując koncerty charytatywne. Zaopiekowała się też szkołami koronczarskimi wokół Jeleniej Góry i otworzyła sieć sklepów ze śląskimi koronkami, aby pomóc koronczarkom, do tej pory wyzyskiwanym przez pośredników.

Działalność Daisy nie znajdowała zrozumienia u większości osób z jej najbliższego otoczenia, zwłaszcza u jej męża. Hans zupełnie nie interesował się działalnością społeczną, irytowało go "niestosowne", jego zdaniem, zaangażowanie żony w życie społeczne i polityczne. Zgadzali się tylko w niektórych sprawach, jak kwestia polska. Choć księżna liczyła, że dzieci zbliżą ją do męża, tak się nie stało. Hans nie podzielał ambicji Daisy, która próbowała załatwić mu pracę w dyplomacji. Wciąż kłócili się też o rozbudowę Książa. Czasem bywało między nimi tak źle, że Daisy cieszyła się, kiedy nie musiała być z mężem sam na sam podczas posiłków, bo towarzyszyła im jej siostra lub inni goście. Ich relacje na krótko poprawiły się w czasie wojny, ale ostatecznie małżeństwo zakończyło się rozwodem.

Byłam zaskoczona, czytając o tym, jak w latach poprzedzających wojnę Daisy robiła, co tylko mogła, żeby poprawić stosunki między Anglią a Niemcami. Wykorzystywała dosłownie każdą okazję - każdą poufną rozmowę i list - do przekonywania króla Edwarda i cesarza Wilhelma, których dobrze znała, by zaniechali dążenia do wojny. Szukała sojuszników w kręgach politycznych, między innymi w ambasadzie. Korzystała ze swoich wpływów i znajomości obu narodów, żeby aranżować spotkania pomiędzy władcami, dyplomatami i generałami.

Niestety, Daisy wyprzedzała swoje czasy, jeśli chodzi o poglądy polityczne i zaangażowanie kobiety w politykę. Wraz z Arthurem Crosfieldem opracowała szczegółowy "projekt nowej Europy" - jego podstawą miał być "alians pomiędzy Francją, Niemcami i Anglią, do którego przyłączą się inne kraje". Projekt Daisy zamierzała przedstawić cesarzowi, ale nie zdążyła. W międzyczasie wybuchła I wojna światowa. Wojna, podczas której Daisy dołączyła do Czerwonego Krzyża i pracowała jako pomocnicza pielęgniarka, najpierw w szpitalach, a później w pociągach sanitarnych. Prawdziwa księżna, żona dziedzica wielkiej fortuny, pomagająca przy operacjach i pielęgnująca rannych żołnierzy - tak, to się zdarzyło naprawdę.  

Powojenne losy Daisy były smutne. Złożyło się na to wiele czynników: rozdmuchane przez prasę oskarżenia o szpiegostwo w czasie wojny, śmierć bliskich, rozwód, rodzinne konflikty i skandale, problemy finansowe, postępująca niepełnosprawność ruchowa. Ostatnie lata życia księżna spędziła w Książu, mieszkając jednak nie w zamku, lecz w kilku pokojach, które jej przyznano. Żyła bardzo skromnie, a towarzyszyła jej tylko opiekunka. Mimo to w listach nigdy nie skarżyła się, przeciwnie - cieszyła się z drobnych rzeczy.


Dlaczego postanowiłam napisać o Daisy aż tyle? Chciałabym, żeby przy okazji moich fotowspomnień z wycieczek do Książa i Pszczyny choć kilka osób dowiedziało się trochę o pszczyńskiej księżnej, znanej dziś tylko nielicznym i to głównie z urody (wystarczy spojrzeć na artykuł w angielskiej Wikipedii). Odwiedzając zamki i ich okolice, nie potrafię nie myśleć o ludziach, którzy kiedyś w nich mieszkali - bawili się, pracowali, przeżywali chwile szczęścia i życiowe tragedie, planowali i marzyli. Chcę o nich pamiętać. Wtedy, gdy chodzę wśród starych zamkowych murów, ale też na co dzień. I chcę nie być jedyną osobą, która pamięta. A Daisy nieraz narzekała na ludzi postrzegających ją przez pryzmat wyglądu i na pewno nie chciałaby być pamiętana tylko jako piękna kobieta.

Każdemu, kto będzie miał okazję zwiedzić Książ, polecam przy okazji zrobić dwie rzeczy: przeczytać grubaśną biografię Daisy i poszukać ruin Starego Książa. To znajdujący się na pobliskim wzgórzu, znacznie mniejszy zamek. Został wybudowany na zlecenie Hochbergów w XVIII wieku, a w 1945 roku spalony przez radzieckie wojska. Zamek ten, choć w rzeczywistości młody, jest tłem dla fabuły wielu opowieści, w tym moich ulubionych baśni. Warto go zobaczyć także dla niezwykłego bluszczu, który pnie się po ścianie, jakby chciał upiększyć podpalony zamek... a może coś ciekawego ukryć? Bluszcz jest pomnikiem przyrody. Z bliska wygląda jak z bajki.

W Pszczynie z kolei warto, oprócz zamku, zobaczyć rodzinny grób Hochbergów i Zagrodę Żubrów. To właśnie jeden z Hochbergów, ojciec Hansa, sprowadził do Pszczyny żubry.











wtorek, 2 lipca 2019

[78] Motyle 2019: Moje pierwsze pazie


Spełniłam kolejne swoje marzenie związane z motylami - wyhodowałam pazia królowej, a nawet dwa!

Choć nosiłam się z zamiarem kupienia gąsienic pazia od dwóch lat, długo brakowało mi odwagi, jako że ten gatunek nie jest łatwy w hodowli i odradza się go osobom, które nie mają doświadczenia. Dopiero tej wiosny poczułam się gotowa. Bez wątpienia na moją decyzję wpłynął fakt, że miałam okazję kupić gąsienice od doświadczonych hodowców, razem z sadzonką rośliny żywicielskiej. Chciałam mieć pewność, że roślina będzie zdrowa i wolna od środków ochrony roślin.

Obserwowanie rozwoju pazi było dla mnie cudownym doświadczeniem, ale zgadzam się, że osoby stawiające pierwsze kroki w hodowaniu motyli powinny wybierać inne gatunki. Larwy pazia potrzebują dostępu do światła słonecznego, ale nie mogą znajdować się w pełnym słońcu. Liście dla nich muszą być jak najświeższe, należy jednak dbać, aby nie było zbyt wilgotno. Gąsienice nie lubią dotyku, dotykane wysuwają osmeterium - organ służący do odstraszania napastników nieprzyjemnym zapachem. Nie można trzymać ich zbyt wielu na jednej roślinie ani w jakikolwiek sposób przeszkadzać im podczas wylinki, bo gąsienice niepokojone przez rodzeństwo albo człowieka mogą nie przeżyć. Mimo dopilnowania wszystkich warunków od pierwszego dnia, jednego osobnika straciłam. Nie obyło się bez kombinowania. Kilka razy musiałam się posłużyć swoją wiedzą o zachowaniu gąsienic, żeby odgadnąć ich zamiary, przydała się też intuicja.


05/22 
Dzisiaj dotarła do mnie przesyłka z larwami pazia królowej. Kupiłam trzy takie larwy wraz z rośliną żywicielską - pietruszką. Kosztowało mnie to sporo, ale cóż, takie już mam hobby. Przesyłka dotarła bezpiecznie przywieziona przez kuriera, wszystkie trzy gąsienice przeżyły. Były zapakowane osobno, w pojemniczku przytwierdzonym taśmą klejącą do ścianki pudła z roślinką.
Jedna gąsienica zrzuciła skórę w podróży, to ta najbardziej kolorowa. Początkowo przestraszyłam się, biorąc skórę za martwą gąsienicę.




05/26
Dwie większe larwy siedzą od wczoraj nieruchomo na górze. Ponieważ sporo wcześniej jadły, myślę, że będą linieć. 
(nieco później)
Zorientowałam się, że najmniejszy paź umarł, bo leżał nieruchomo w nienaturalnej pozycji, na boku. Wyjęłam go, ale nie umiem zmienić papierowego podkładu, do którego przyczepiła się jedna z większych gąsienic (absolutnie nie można im przeszkadzać), i to mnie martwi. Trzeba wyjąć podkład, na wypadek gdyby przyczyną śmierci była jakaś bakteria. Mam nadzieję, że reszta szybko zmieni skóry i będę mogła posprzątać. Martwi mnie też ogólnie śmierć tego małego - nie wiem, co mu się stało ani jak temu zapobiec u innych. Nie wiem, czy to jeszcze skutki długiej podróży, czy coś mu nie podpasowało u mnie.




05/27
Udało się! Dwa pazie, które przeżyły, są już po wylince. Siedziały nieruchomo przez około półtorej doby. Przed wyjściem do pracy widziałam, jak jeden zaczynał linieć, niestety nie mogłam dokończyć obserwacji. Larwy wróciły ze zdwojoną energią do żerowania, zjadły dziś sporo pietruszki. Zjadły też swoje stare skóry.

05/28
Pazie zeszły ze ścianek i wznowiły żerowanie na całego.

05/31
Od dwóch dni pazie dają mi do wiwatu. Od ostatniej wylinki jedzą tyle, że nie nadążam z karmieniem i sprzątaniem. Muszę im dawać jeść nawet do trzech razy na dobę oraz sprzątać kupy przed wyjściem do pracy, żeby po nich nie deptały. Nie potrafią się zdecydować, żeby się przepoczwarczać - od dwóch dni jakby chcą i jednocześnie nie chcą. Widząc pierwsze nitki, włożyłam im gałązki, bo pazie przepoczwarczają się wisząc. One jednak niby zaczynają robić jakieś oprzędy, wydają się pobudzone, ale później schodzą na dno pojemnika i znowu jedzą. Zmieniłam sześcienny pojemnik na słoik, bo nie dało się w nim postawić pionowo gałązki. 

06/01
W związku z kłopotami z przepoczwarczaniem się (próby robienia oprzędu na ściankach słoja pomimo gałązek), postanowiłam przenieść jedną larwę pazia na żywą roślinę - sadzonkę pietruszki. Na sadzonkę nałożyłam ochronną siatkę z organzy. W tym momencie oba pazie siedzą, ale ten w słoju ogólnie nadal więcej łazi. Jeżeli nie będzie postępu do jutra, jego też przeniosę.




06/03
Ostatecznie wpuściłam oba pazie na sadzonkę, uznając, że niech się dzieje wola nieba. Wczoraj jeszcze łaziły po pietruszce ze wzmożoną energią, obgryzały liście, zdarzył się nawet jeden incydent ucieczki na zewnątrz siatki. Trochę się bałam, żeby nie spadły i nie zrobiły sobie krzywdy. Dzisiaj obydwa siedzą już grzecznie na patyczku.
Pazie królowej w bardzo specyficzny sposób przygotowują się do przepoczwarczenia. Przepoczwarczenie odbywa się głową do góry, odwrotnie niż u rusałek. W wybranym miejscu larwy pokrywają gałązkę oprzędem i robią wypustek, o który zostanie zahaczony koniec odwłoka poczwarki (kremaster). Następnie robią nić, którą przyczepiają się do gałązki w taki sposób, jakby zakładały pętlę na szyję. Patrząc na nie, mimowolnie mam skojarzenia z wisielcami. W takiej oto pozycji tkwią nieruchomo już od rana.
Tutaj możecie podejrzeć, jak wygląda praca gąsienicy. Rozbawiło mnie, że opisane wyżej części oprzędu nazwano paskiem (belt) i poduszką (cushion) :-)




06/06
Pazie przepoczwarczyły się przedwczoraj. Poczwarki są prawie całkowicie zielone, miejscami trochę żółte. 




06/13
Poczwarka jednego z pazi zaczęła dzisiaj prześwitywać, więc to już prawie pewne: jutro motyl powinien być z nami! Może nawet rano. Widać wzory na skrzydełkach. On już tam jest, gotowy do wyjścia! Sami zobaczcie.




06/14
Już jest!
Mój pierwszy paź. 
Odkryła go mama, gdy byłam w pracy, i z wrażenia podobno narobiła rabanu na cały dom. Tata aż wysłał mi SMS-a, żeby poinformować mnie o motylu.




06/15
Piękny dzień.
Z samego rana drugi paź opuścił poczwarkę. Wypuściłam pazie ze Szczurem i rodzicami. Jednego nawet udało mi się przez chwilę potrzymać, zanim odleciał.





piątek, 28 czerwca 2019

[77] Przygarnij śmiecia!


Ponieważ upał odrobinę zelżał, a ja już prawie skończyłam tegoroczne wielkie sprzątanie swojego pokoju wzdłuż i wszerz, zrobiłam wczoraj coś, co miałam ochotę zrobić od dawna. Poszłam mianowicie na spacer moją ulubioną trasą, ale z innym niż zazwyczaj ekwipunkiem i w innym celu. Poszłam posprzątać śmieci.

Kiedy wczesną wiosną pierwszy raz wybrałam się na dłuższy spacer, z trudem powstrzymałam meltdown na widok powycinanych drzewek i walających się wszędzie śmieci. W tym roku topniejący śnieg odsłonił ich wyjątkowo dużo. Droga pomiędzy wiaduktem a łąkami, kiedyś śliczna samotnia, stała się miejscem poszukiwań wjazdu na autostradę przez kierowców oraz wycieczek rowerowych. A tym samym stała się miejscem, gdzie można bardzo wygodnie, bez wysiadania z samochodu czy zsiadania z roweru, pozbyć się zbędnego balastu. Najczęściej - butelki po wodzie, puszki po piwie czy energetyku, paczki po papierosach.

Tak, wiem, co większość ludzi myśli o sprzątaniu zastanych gdzieś śmieci. Nie lubią na nie patrzeć, zwłaszcza w takich miejscach jak ulubiona plaża czy ulubiona trasa spacerowa, narzekają, ale nawet ci, którzy sami zawsze zabierają swoje śmieci do domu, raczej nie sprzątają po innych. To prawie tabu. A bo z jakiej paki sprzątać po kimś obcym, jego śmieci - jego problem. A bo to wstyd, jeszcze mnie zobaczy sąsiadka albo kolega z pracy i się pośmieje. A bo można się upaprać. A bo szkoda czasu, nie po to tu przyszedłem, żeby zbierać czyjeś śmieci.

Problem w tym, że jak myślący ludzie nie będą sprzątać po idiotach, to nikt po nich nie posprząta. I jeśli nie zaczniemy tego robić, na każdym obszarze niezabudowanym będziemy deptać po puszkach i potykać się o butelki. Coraz trudniej zrobić zdjęcie łąki bez śmiecia w kadrze. Żyjemy w czasach, gdy sprzątanie po sobie i udawanie, że reszta nas nie dotyczy, nie wystarcza. 

Wiecie, co mnie wkurza najbardziej? To, że się da. Raz w roku w mojej miejscowości odbywają się generalne porządki. Młodzi i starzy wychodzą na ulice, żeby posprzątać - wyrywają chwasty spomiędzy płyt chodnikowych, zamiatają, zabierają śmieci leżące przy drodze. Tak, ludzie potrafią się zmobilizować, nawet staruszkowie i damy pracujące w korpo w najbliższym wielkim mieście. A wszystko to dlatego, że zbliża się Boże Ciało. Niestety, wszyscy zachowują się tak, jakby ich Bóg mógł chodzić tylko głównymi ulicami. To, co się dzieje pół kilometra dalej, gdzie procesja nie przechodzi, nikogo nie interesuje. A pod lasem to już w ogóle może być syf, kiła i mogiła.

Jakiś czas temu w mediach społecznościowych pojawiła się akcja nawołująca do tego, aby zebrać codziennie trzy czy pięć śmieci (dokładnie nie pamiętam), pstryknąć zdjęcie i oznaczyć się hashtagiem. Lepsze to niż nic, ale ja jednak wolę przy sprzątaniu mieć ze sobą żel antybakteryjny i lateksowe rękawiczki, a nie chcę codziennie zużywać pary rękawiczek. Dlatego wolę raz na jakiś czas a porządnie. Nie liczyłam, ile zebrałam, ale pomimo upychania w połowie drogi zabrakło mi miejsca w reklamówce, więc trzeba będzie w najbliższych dniach pójść drugi raz.

Jak widać na załączonym obrazku, pozbierałam cudze śmieci. Nadal żyję. Łapki mi nie uschły. Ofiar w ludziach brak, nikt na mój widok nie zamienił się w kamień. Korona też mi z głowy nie spadła, bo zostawiłam ją w domu. Nie ubrudziłam ani jednej części garderoby. I nawet się uśmiecham.

A Ty, kiedy podniesiesz śmieci?