poniedziałek, 26 września 2022

[139] W ziemi sandomierskiej (cz. II)

 
[Jeśli chcesz przeczytać poprzednią część posta, kliknij tutaj.]
  

Dzień czwarty
Trzeciego dnia pobytu w Sandomierzu wyjątkowo wcześnie (przynajmniej jak na nas, bo większość turystów budzi się o barbarzyńskiej porze) wstaliśmy i przygotowaliśmy się do wyjścia. Zdecydowaliśmy więc ze Szczurem, że pojedziemy zobaczyć najbardziej charakterystyczne miejsca na Starym Mieście za dnia, a ja postanowiłam przy okazji kupić pocztówki oraz kilka drobnych pamiątek dla bliskich.
Zwiedzanie Starego Miasta zaczęliśmy od obowiązkowego sfotografowania Bramy Opatowskiej, po czym skierowaliśmy swoje kroki na ulicę Oleśnickich. Znajduje się tam wejście na Podziemną Trasę Turystyczną. Szczur, który uwielbia podziemne atrakcje turystyczne, nie wyobrażał sobie, że mógłby być w Sandomierzu i się tamtędy nie przejść. Był jednak bliski zrejterowania, kiedy u wejścia zastał liczną grupę turystów i dowiedział się od sprzedawczyni biletów, że zwiedzanie odbywa się tylko w grupach, z przewodnikiem. Przekonałam go, żebyśmy mimo wszystko kupili bilety. Sama miałam ochotę zobaczyć podziemia, a poza tym nie chciałam, żeby później żałował. I myślę, że dobrze zrobiłam.
Przez pandemię minęło dużo czasu, odkąd ostatni raz byłam w podobnym miejscu, i już prawie zapomniałam, jak to jest. Gdyby nie Szczur, nie pomyślałabym, aby zabrać bluzę. Wędrówka wilgotnymi korytarzami w temperaturze około dwunastu stopni pozwoliła nam odpocząć od upału, a sympatyczny przewodnik zdradził niejedną ciekawostkę o mieście. To od niego dowiedziałam się o akcji ratowania Sandomierza w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. System piwnic, które w przeszłości pełniły rolę magazynów, z powodu właściwości lessu zaczął się zapadać. Ratowania starówki podjęli się górnicy z Bytomia, a więc z moich rodzinnych stron. Z miasta, gdzie przyszłam na świat.
 
 





Kiedy znowu znaleźliśmy się na powierzchni, przespacerowaliśmy się dookoła rynku. Wstąpiłam na chwilę do kościoła świętego Ducha, lecz wizytę w katedrze zostawiłam sobie na inny raz, widząc, że Szczura nieco poirytowało moje długie chodzenie po kościele z aparatem. Zobaczyliśmy różnokolorowe kamienice,  ratusz (nie jest udostępniony do zwiedzania, ale warto zwrócić uwagę na zegar słoneczny), instalację "Zakotwiczenie Nieba", pomnik ofiar II wojny światowej z ziemi sandomierskiej, pomnik krzemienia pasiastego i rzeźbę linoskoczka. Ten ostatni wywodzi się z legendy "O czworaczkach flisaka, co Wisłą drewno spławiał", którą znalazłam w książeczce "Pani Mróweczka w Sandomierzu" w naszym pokoju. Z kolei krzemień pasiasty jest - obok wina i krówek - jednym z symboli Sandomierza. Występuje tylko i wyłącznie w ziemi sandomierskiej, przez co miasto bywa nazywane "światową stolicą krzemienia pasiastego". ❤️ Oczywiście musiałam kupić przynajmniej jeden do swojej kolekcji i jeden do noszenia na szyi! Na dłużej zatrzymaliśmy się też obok słynnej furty Ucho Igielne, gdzie prawie zawsze ktoś robi sobie zdjęcia. My również fotografowaliśmy innych i sami byliśmy fotografowani.
Podczas zwiedzania Starego Miasta udało mi się nawet zaciągnąć Szczura na wystawę o serialu "Ojciec Mateusz". Kto mnie zna, ten wie, że generalnie rzadko oglądam seriale i jeśli już jakieś uwielbiam, najczęściej są to starocie (m.in. "Przystanek Alaska", "LOST" i "Przyjaciele") albo anime. Nie jestem wielką fanką "Ojca Mateusza", ale ogólnie lubię detektywów i zdarzało mi się obejrzeć jakiś odcinek do kolacji. Miałam frajdę, pozując do śmiesznych zdjęć z bohaterami serialu. Muszę przyznać, że figury woskowe naprawdę robią wrażenie - z daleka trudno rozpoznać, że nie są prawdziwymi ludźmi. Coraz bardziej kusi mnie, żeby wybrać się kiedyś do muzeum figur woskowych. Oczywiście najlepiej w Londynie.
 
 




 
 
Tymczasem w pokoju czekała na nas nieprzyjemna niespodzianka...
Ledwie otworzyliśmy drzwi, nasze nozdrza zaatakował paskudny odór. Jego źródło namierzyliśmy od razu: Piesa pierwszy raz od adopcji (!) załatwiła się w domu. Dopadła ją biegunka, może spowodowana stresem, a może zmianą wody do picia (w Sandomierzu woda z kranu jest bardzo niesmaczna, więc kupowaliśmy mineralną niegazowaną) lub zjedzeniem czegoś z miski Loli. Biedulka nie kręciła się jak zwykle pod drzwiami, by nas przywitać. Z podkulonym ogonem i spuszczoną głową siedziała pod stołem, a spojrzenie brązowych oczu wyrażało lęk przed naszą reakcją. Natychmiast pospieszyliśmy ją pocieszyć, żeby zobaczyła, że nie gniewamy się. Wiem, że Piękna nigdy by się nie załatwiła w domu, gdyby mogła tego uniknąć - ona nawet w ogrodzie woli się nie załatwiać. Szczur zabrał ją na dwór, a ja zajęłam się sprzątaniem. Pani sprzątająca pokoje zobaczyła, co się dzieje, i przyszła mi z pomocą. Wkrótce na wykładzinie nie było ani śladu po nagłym wypadku. Osowiałej suni podałam węgiel. Długo i uważnie go wąchała, ale posłusznie połknęła.
Wieczorem Piękna czuła się już lepiej i okazywała nam, że ma ochotę na dłuższy spacer. Zaproponowałam, żebyśmy pojechali zobaczyć na własne oczy słynne sandomierskie wąwozy lessowe. I pojechaliśmy. Przeszliśmy najpierw wąwozem Królowej Jadwigi, a następnie wąwozem świętego Jacka Odrowąża.
Gdyby ktoś mi powiedział, że jest w Polsce miejsce, gdzie można poczuć się jak bohater powieści Tolkiena, chyba nie uwierzyłabym. A jednak. Tak właśnie poczułam się w wąwozie Królowej Jadwigi - jakbym przemierzała jakiś tajemniczy, znany tylko nielicznym zakątek Śródziemia. Mimo że miejsce to znajduje się w centrum miasta, musiałam mocno wytężyć słuch, żeby usłyszeć dźwięki z zewnątrz. Cisza była porównywalna do tej, jaką znam z Puszczy Kampinoskiej. Miała w sobie coś kojącego, ale zarazem nieuchwytnego, jakby pochodzącego ze świata przed wiekami. Po obu stronach wąwozu, na wysokich i stromych zboczach wznosiły się imponujące drzewa, które tworzyły sklepienie nad naszymi głowami. Pośrodku tego sklepienia, w okrągłym okienku o ramach z liści, mrugała pojedyncza gwiazda. Korzenie niektórych drzew sięgały od dna wąwozu do kilku metrów w górę. Pogłaskałam kilka z nich - były twarde i w dotyku przypominały korę. Piesa radośnie wspinała się po zboczach, jakby wśród przodków miała taternika.
Tej nocy spałam jak kamień, zmęczona i szczęśliwa.
 
 

 
Dzień piąty
W piątek obudziliśmy się w zupełnie innych nastrojach niż w czwartek, jakby ktoś nas podmienił. Szczur nie najlepiej się rano czuł, a ja nie umiałam powstrzymać się od gderania z byle powodu, bo upał dawał mi się już mocno we znaki. O ile wcześniejsze dni były gorące, ale znośne, piątek wydawał się żywcem przeniesiony z pustyni. Podziwiam Szczura, że ze mną wytrzymał, chociaż przeszkadzało mi prawie wszystko.
Pierwotnie każde z nas miało swój własny pomysł na ten ostatni dzień. Szczur zachęcał mnie, żebyśmy wybrali się we trójkę do Lasów Janowskich. Mnie najbardziej marzyła się dłuższa wycieczka do Puław, by pochodzić śladami Izabeli Czartoryskiej. Z obu pomysłów zrezygnowaliśmy z uwagi na upał i konieczność jazdy samochodem przez ponad godzinę. Zamiast tego wróciliśmy na Stare Miasto, gdzie poprzedniego dnia nie udało nam się skorzystać z tarasu widokowego na szczycie Bramy Opatowskiej. W bramie odbywała się bowiem akcja ratownicza. Ratownicy medyczni przygotowywali starszego mężczyznę, który doznał urazu podczas zwiedzania, do transportu karetką. Później punkt widokowy na pewien czas zamknięto. Dopiero drugie podejście zakończyło się sukcesem. Wspięliśmy się po schodach na samą górę, a stamtąd zobaczyliśmy znane nam już miejsca z nowej perspektywy.
 
 
 

Wracając na obiad, spotkaliśmy pana sprzedającego pawie pióra. Już dzień wcześniej bardzo mnie kusiło, by kupić parę piór, ponieważ Bestia uwielbia się nimi bawić. Ku mojemu zaskoczeniu Szczur kupił mi cały bukiet, bo nie chciało mu się tracić czasu na rozmienianie pieniędzy. Zachwycony tym sprzedawca - człowiek gadatliwy i cokolwiek rubaszny - zaczął namawiać nas na jeszcze więcej piór. Od słowa do słowa powiedział nam, że pochodzi ze Śląska jak ja, a potem pokrótce opowiedział swoją historię. Okazało się, że w młodości był sztygarem i przyjechał do Sandomierza jako jeden z górników zatrudnionych przy ratowaniu Starego Miasta. Czegoś takiego się nie spodziewałam! Dopiero dzień wcześniej opowiadał nam o tym przewodnik, a tutaj zupełnie przypadkowo spotkaliśmy jednego z tych górników! Mężczyzna został w Sandomierzu i ułożył sobie tam życie, gdyż spodobało mu się to miasto. Obecnie hoduje pawie, których ma osiem. Rozmowa z nim zajęła nam dłuższą chwilę. Na kwaterę wróciliśmy z bukietem piór, kontaktem do emerytowanego górnika, a Szczur także z oryginalną radą. Na pożegnanie usłyszał:
- Musi pan dbać o sprawność ogona, bo ładniejszego niż paw pan mieć nie będzie! 🤣
Na zakończenie niezbyt długiego, ale pełnego przygód pobytu, jeszcze raz spędziliśmy wieczór w wąwozach. Piękna towarzyszyła nam z typowym dla siebie entuzjazmem. Na szczęście nie miała już więcej problemów żołądkowych. Wyjazd do Sandomierza był jej pierwszą kilkudniową podróżą poza Śląsk i Warszawę. Dla nas z kolei pierwsze wakacje z psem stanowiły rodzaj egzaminu. Myślę, że ten egzamin zdaliśmy na szóstkę.
 
 

 

wtorek, 6 września 2022

[138] W ziemi sandomierskiej (cz. I)

 
Województwo świętokrzyskie ma w sobie coś takiego, że zawsze znajduję tam spokój ducha. W okolicy Kielc już trochę pozwiedzałam, więc przyszła pora na nowe miejsce - ziemię sandomierską. Krainę, którą upodobał sobie Kazimierz Wielki. A na wakacje po raz pierwszy pojechaliśmy we trójkę.
 
 
Dzień (a właściwie wieczór) pierwszy i dzień drugi
Trudno jechało nam się do Sandomierza. Samochód Szczura musiał zostać oddany do naprawy, więc Szczur pożyczył wóz od swojego ojca. Bez czujników, do których jest przyzwyczajony, gorzej mu się manewruje, a po zmroku doszedł kolejny kłopot - słaba widoczność. Dopiero parę godzin później, już na miejscu, Szczur zorientował się, że widział tak kiepsko, bo jego ojciec zostawił włączoną lampkę nad przednimi siedzeniami. Przede wszystkim jednak wyszliśmy za późno z Nory, przez co podróż spędziliśmy w wyjątkowo nerwowej atmosferze. Stresowaliśmy się, czy dotrzemy na czas, żeby się zameldować, ponieważ czasu mieliśmy dosłownie "na styk". Wystarczyłoby trochę pobłądzić albo natrafić na roboty drogowe, a nie zdążylibyśmy. Martwiliśmy się też, żeby w tym pośpiechu nie wpaść do jakiegoś rowu i nie spowodować zagrożenia na drodze. Na szczęście dojechaliśmy cali i zdrowi... za dziesięć dwudziesta druga.
Aby opadł z nas stres, musiała minąć prawie cała doba. Szczur dopiero następnego dnia wieczorem poczuł się odprężony. Ja co prawda rewelacyjnie się wyspałam, ale po przebudzeniu męczyłam się z rozdrażnionym brzuchem i ze stanem lękowym. Piękna zapewne czuła nasze emocje, bo pierwszy wieczór spędziła pod stołem.
Mam nadzieję, że nigdy więcej nie będziemy jechali samochodem pod taką presją czasu. Wiem, że nie powinno tak być, ale wciąż nie umiem w funkcje wykonawcze, gdy trzeba wyjeżdżać z Nory. Mimo że dokładnie planuję każdą podróż, pakuję się według listy, a wszystko, co się da (gotowanie dla siebie i Piesy, zakup "prowiantu", mycie włosów itp.) staram się zrobić już dzień wcześniej, to nadal przytłacza mnie ilość czynności, jakie przed wyjazdem należy wykonać w Norze.
Szczur wpadł na pomysł, by na pierwszą tutejszą wycieczkę zabrać Piękną. Pojechaliśmy więc na spacer po rezerwacie Góry Pieprzowe, do którego mamy raptem kilka minut jazdy. Tam od razu poczuliśmy się lepiej. Nad naszymi głowami krążyło kilka jaskółek, a w trawie roiło się od owadów. Niedaleko przebiegła sarna. Od ludzi mogliśmy odpocząć, bo spotkaliśmy tylko jedną spacerowiczkę i dwóch wędkarzy nad rozlewiskiem. 
 
 

 
 
Przymierzaliśmy się też do czerwonego szlaku, ale szybko zawróciliśmy, bo było bardzo ślisko, a ja nie mam tutaj odpowiednich butów. Bezustannie zsuwałam się ze wzniesienia, nie miałam się czego chwycić i czułam, że powoli ogarnia mnie panika. Szczur zdołał pomóc mi w odzyskaniu równowagi, co nie było łatwe, ponieważ jednocześnie musiał trzymać smycz. Przez moment leżałam nawet na ziemi, a mimo to nadal się zsuwałam. Podczas tej skomplikowanej operacji upaćkałam sobie cały zadek, a dżinsy Szczura przybrały na kolanach intensywnie brązowy kolor. Cóż... Prawdę mówiąc, w tym roku nie planowałam wyjazdu w góry. Spakowałam za to kostium kąpielowy - tutaj mógłby mi posłużyć do kąpieli błotnych 🤣
Wieczorem pojechaliśmy do centrum Sandomierza, żeby przespacerować się po starówce. Chodząc po kocich łbach między zabytkowymi budynkami z różnych epok, poczułam atmosferę tego miejsca. Po ciemku najpiękniej wyglądał ratusz. Kiedy robiłam mu zdjęcie telefonem, obok nas znienacka zatrzymali się jacyś chłopcy na rowerach.
- Czemu pani robi temu zdjęcie? - zapytał jeden z nich.
W pierwszej chwili czułam się zaskoczona tym pytaniem i nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przecież nie ma żadnego zakazu fotografowania starówki. Szczur dopomógł mi, wyjaśniając, że robię zdjęcie ratusza, bo to zabytek.
- Aaa, to państwo są przyjezdni... - zrozumiał nagle chłopak. - Ja tędy codziennie przechodzę i nie zwracam na niego uwagi.
Trochę się pośmialiśmy, a gdy ruszyliśmy dalej, przypomniało mi się powiedzenie: "Cudze chwalicie, swego nie znacie" 😀

 


 
Właściciele domu, w którym wynajmujemy pokój, są bardzo sympatyczni. Nie tylko w takim sensie, że można się do nich zwrócić z każdym pytaniem i nie robią problemów z kłopotów dnia codziennego. Można z nimi również dłużej porozmawiać, gdy pracują w ogrodzie. Nie ma dystansu typowego dla relacji klient-hotelarz - czuję się bardziej jak w agroturystyce. Szczególnie pan gospodarz chętnie opowiada o Sandomierzu, swojej młodości, doświadczeniach zawodowych, psach... w zasadzie o wszystkim, co mu akurat myśl przyniesie. Żona go mityguje, że "może państwo chcieliby teraz odpocząć", a ja chętnie słucham. I to jest fajne.
Jest też włochata suczka w bardzo już podeszłym wieku, Lola. Spaceruje swobodnie po ogrodzie, nawiązując kontakty z gośćmi. Podbiega radośnie do wjeżdżających samochodów, chętnie daje się pogłaskać. Szczura chyba wyjątkowo sobie upodobała, bo kładzie się przed nim na plecach i chce, by miział ją po brzuchu. Piękna też zaprzyjaźniła się z Lolą. Nowa koleżanka ma spokojne usposobienie psiej babuni, szaleństwa się jej nie trzymają, więc Piesa czuje się swobodnie w jej towarzystwie. Bawią się razem.

Dzień trzeci
Wyjazd do Sandomierza nie mógł oczywiście obyć się bez zwiedzenia zamku królewskiego, kolejnego na mojej liście. Z prawdziwą ulgą schroniliśmy się w zamkowych murach, gdzie nie mógł nas dosięgnąć upał.
Może powinnam być wdzięczna Kazimierzowi Wielkiemu za to, że "zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną", ale wiedza o pewnych epizodach z jego życia budzi we mnie silną odrazę. Owszem, z perspektywy współczesnego człowieka każdy z polskich królów miał coś na sumieniu. Ocenianie ich według naszych standardów moralnych nie ma większego sensu. Nie wszyscy jednak traktowali kobiety aż tak haniebnie jak Kazimierz. A po drugie, zamek tyle przeszedł, że z murów ufundowanych przez Kazika nic się tak naprawdę nie ostało. Został wysadzony w powietrze przez Szwedów, ponownie zniszczony przez wojska rosyjskie, był kilka razy przebudowywany. Pełnił nawet rolę więzienia, i to przez ponad sto lat.
Nieswojo się czułam, patrząc na zachowane klucze do cel i oglądając zdjęcia grupowe pracowników więzienia wspólnie obchodzących święta. W tym samym czasie za kratami przebywali naukowcy, prawnicy, nauczyciele, duchowni i inni wykształceni ludzie, którzy sprzeciwiali się panującemu systemowi. Wśród nich nie brakowało powstańców i żołnierzy Armii Krajowej. W zamku dokonywano również egzekucji, a więźniów podobno mogło być nawet dziesięć tysięcy. Przez dłuższą chwilę nie umiałam oderwać wzroku od kluczy. Myślałam, jak ulotna jest wolność i jak łatwo ją stracić. Równie łatwo jak życie.
Obecnie w zamku mieści się siedziba Muzeum Zamkowego w Sandomierzu (do niedawna funkcjonowało jako Muzeum Okręgowe). Prezentowane zbiory należą do różnych dziedzin nauki i sztuki, na zasadzie "dla każdego coś miłego". Łączy je związek z ziemią sandomierską. Wystawy są nieduże i moim zdaniem niektóre warto byłoby rozbudować, bo zaledwie zarysowują dany temat. Szczególnie dotyczy to ekspozycji o Jarosławie Iwaszkiewiczu - o jego życiu właściwie niczego konkretnego się nie dowiedziałam poza faktem, że lubił tworzyć w Sandomierzu. Moją uwagę przykuwało tam głównie sporych rozmiarów słońce z ludzką twarzą, które natychmiast skojarzyło mi się z "Teletubisiami". Najbardziej podobała mi się natomiast wystawa archeologiczna "Ziemia sandomierska w pradziejach i wczesnym średniowieczu", zwłaszcza różnorodność obrzędów pogrzebowych w społecznościach wczesnotradycyjnych. Tam spędziłam najwięcej czasu i gdybym mogła, zostałabym jeszcze dłużej. Drugie miejsce w moim małym rankingu zajęła wystawa o dawnej wsi sandomierskiej, a trzecie - o krzemieniu pasiastym.
 
 



 

Jeśli chodzi o poszczególne eksponaty, z Muzeum Zamkowego na pewno zapamiętam trzy:
- Korona sandomierska - nie wiadomo, kto ją nosił, bo dostępne źródła milczą na ten temat. Według naukowców, prawdopodobnie to Kazimierz Wielki używał jej w czasie podróży. Tak naprawdę korona wyeksponowana w sandomierskiej baszcie to replika, ale o tym dowiedziałam się dopiero w domu. Prawdziwa jest przechowywana w muzeum w Krakowie.
- Szachy sandomierskie - prawie kompletny zestaw średniowiecznych szachów odkryty przez archeologów w latach 60-tych. Brakuje tylko trzech figur. Podobnych zestawów znaleziono w Europie kilka.
- Nautilus - luksusowy puchar do wina z czaszą z wypolerowanej muszli łodzika. Nigdy dotąd takiego nie widziałam i zaskoczyła mnie informacja, że w XVI i XVII wieku była na nie moda. Ten konkretny nautilus powstał w Rydze w pierwszej połowie XVII wieku.
 
 



 
Po zmroku znowu wybraliśmy się do rezerwatu Góry Pieprzowe, tyle że od innej strony. Szczur wpadł na pomysł, żebyśmy zobaczyli Sandomierz nocą z punktu widokowego. Był to strzał w dziesiątkę! Okazało się, że dobrze stamtąd widać niebo, więc usiedliśmy na ławach i zadarliśmy głowy. W ciągu kilkudziesięciu minut, może trzydziestu, udało mi się zaobserwować co najmniej trzy Perseidy. Podkład muzyczny zapewniły świerszcze, tworząc romantyczną atmosferę. Chyba zbyt romantyczną jak na gust Piesy, bo akurat wtedy wyślizgnęła się z szelek. Poczułam błyskawiczny wyrzut adrenaliny, jakbym znalazła się w filmie, gdzie wątek romantyczny ewoluuje w pełnokrwisty thriller. Na szczęście udało mi się zachować spokój. Zawołałam Piękną najweselszym głosem, na jaki potrafiłam się zdobyć. Przybiegła od razu. Koniec końców Piesa wyjątkowo nie była z wycieczki zbyt zadowolona, bo resztę czasu musiała spędzić na ławce, na moich kolanach. Zachciało się panience wrażeń...


piątek, 26 sierpnia 2022

[137] Pamiętniki lipcowe

 
11.07
Pierwsze dni wakacji w Norze spędziliśmy w tym roku nietypowo - głównie na oswajaniu Piesy z mieszkaniem i okolicą. Podróż samochodem we trójkę przebiegła bez większych problemów, chociaż Piękna dwa razy zwymiotowała. W mieszkaniu początkowo czuła się bardzo niepewnie. Przez cały czas leżała w przedpokoju, obawiając się wejść dalej. Martwiłam się trochę, co to będzie, ale niepotrzebnie. Już następnego dnia Piękna zaczęła stopniowo eksplorować Norkę. Po tygodniu swobodnie porusza się po moim pokoju, warsztacie i dużym pokoju z kuchnią, a także wychodzi na balkon łapać promienie słońca.
Rutyna dnia Piesy nie zmieniła się w mieście jakoś diametralnie. Zmieniła się natomiast częstotliwość jej kontaktów z ludźmi i z innymi psami. Na wsi widuje na co dzień te same osoby, więc zdążyła się do nich przyzwyczaić, a interakcje z psami odbywają się głównie przez ogrodzenie. Tutaj prawie każdy spacer to okazja do spotkania z kimś nowym. Piesa wyraźnie interesuje się ludźmi i chętnie podchodzi do nich, merdając ogonem, ale nie jest natrętna. Jeszcze bardziej ciekawią ją psy. Tych dużych i szczególnie energicznych się boi, zdarza jej się najeżyć sierść na karku czy obnażyć zęby. Z kilkoma mniejszymi zawarła bliższe znajomości, przy czym najszybciej zaprzyjaźniła się z suczką owczarka szetlandzkiego - dziewczyny wesoło się razem bawiły. Niestety, tę suczkę spotkałyśmy tylko raz.
Na piątek zaplanowałam wyjście do Muzeum Azji i Pacyfiku, gdzie po wielu latach starań otwarto nową wystawę stałą: "Podróże na wschód". W Norze dopięłam wszystko na ostatni guzik, żebyśmy zdążyli zwiedzić wystawę: ugotowałam obiad poprzedniego dnia, przygotowałam jedzenie dla Pięknej, wcześniej zjadłam i wyprowadziłam psa. Niestety, sytuacja na drogach uniemożliwiła nam sprawny dojazd do muzeum. Przez pół godziny pełznęliśmy w korku zaledwie pięć kilometrów od celu, po czym okazało się, że w okolicy muzeum panuje wyjątkowy chaos i trudno znaleźć miejsce do zaparkowania. Kiedy wreszcie przybyliśmy do muzeum, zostało nam tylko pół godziny na zwiedzanie. Przeszłam od razu do sal poświęconych Indonezji, która interesowała mnie najbardziej, ale w tak krótkim czasie nawet tam nie udało mi się wszystkiego przeczytać. 
 
 

  

Wyszłam z muzeum ze łzami w oczach. Dopadł mnie potężny żal, że wszystkie moje wysiłki związane z organizacją dnia poszły na marne. W drodze powrotnej oboje ze Szczurem byliśmy na krawędzi meltdownu. Niewiele brakowało do kłótni. Na szczęście w Norze udało nam się uspokoić. Później zabraliśmy Piękną na długi wieczorny spacer po fortach, gdzie wyciszyliśmy się już na dobre. To właśnie wtedy Piesa poznała ową miłą suczkę owczarka szetlandzkiego.
W sobotę po obiedzie Szczur, Piękna i ja pojechaliśmy na wycieczkę nad rzekę Świder. Można powiedzieć, że karma się odwróciła - Piesa tym razem dobrze zniosła jazdę samochodem, a do tego dotarliśmy punktualnie na stację kolejową. Tam byliśmy umówieni na siedemnastą z Asią, Tomaszem i ich synami (dwoma z trzech), którzy też dojechali bez przeszkód. Następne cztery godziny zleciały tak szybko, że nawet się nie obejrzałam. Spacerowaliśmy wzdłuż rzeki, jedliśmy smakołyki nad jej brzegiem oraz dużo, duuużo rozmawialiśmy. Szczur odważył się zamoczyć nogi w Świdrze. Piękna dość szybko zaakceptowała rodzinę Asi i Tomasza, a szczególnie upodobała sobie Michała. Od początku podchodziła do niego częściej niż do pozostałych osób i wąchała jego buty. Ku mojemu zaskoczeniu, parę godzin później pozwoliła mu się głaskać, i to nie tylko dookoła głowy, ale wszędzie. Rozciągnęła się jak długa na kocyku i zaczęła przysypiać z miną tak błogą, jakby zapomniała o bożym świecie. Słowo daję, stuprocentowy chill! Moim zdaniem, była to dla niej przełomowa chwila, bo wcześniej tylko przy mnie i mojej mamie w takim stopniu otworzyła się na kontakt z człowiekiem. ♥️
Nad rzeką zaobserwowałam piękną ćmę, niestety już martwą, w pajęczej sieci. Moją uwagę przykuły też namiotniki - spotkałam zarówno imago, jak i larwy tłoczące się w upapranym "namiocie". Wspólnie z Asią zauważyłyśmy małe, pomarańczowe grzybki rosnące na powalonym pniu, a kiedy wypadł mi z ręki wafel ryżowy, dwa ślimaki nagie podeszły do niego i zaczęły zajadać. Nie miałam pojęcia, że zwykły wafel ryżowy z czekoladą może tak przyciągnąć ślimaki.






 
12.07 
W aplikacji Duolingo stuknął mi jubileusz - pięćset dni nauki.




13.07
We wtorek pierwszy raz od początku pandemii spotkałam się z Lav, moją przyjaciółką poznaną w czasach gimnazjum dzięki potteromanii. Poszłyśmy razem na wystawę czasową na Zamku Królewskim "Botticelli opowiada historię". O malarstwie wiem znacznie mniej niż Lav, ale i ja byłam pod wrażeniem.
Najważniejszy obraz na wystawie, "Historia Wirginii" Botticellego, przedstawia jednocześnie osiem scen, które składają się na historię Wirginii. Żyjąca w starożytnym Rzymie dziewczyna odrzuca awanse bogatego urzędnika, przez co zostaje fałszywie oskarżona o bycie zbiegłą niewolnicą i skazana w niesprawiedliwym procesie. Ojciec, aby nie dopuścić do pohańbienia córki, zabija ją na oczach tłumu. Staje się to początkiem rozruchów, które ostatecznie doprowadzają do zmiany ustroju państwa.
Moim faworytem wśród stałych eksponatów został natomiast niepozorny obraz "Martwa natura z globusem Nieba, czaszką, muszlami, gałązkami korala, klepsydrą i motylami". Nie dość, że są na nim niedźwiedziówka i paź, to jeszcze zaintrygowała mnie kompozycja. Motyl dzienny został przedstawiony po ciemnej stronie globusa, a ćma - po tej zwróconej w stronę światła. ♥️
Można powiedzieć, że Lav to (jak mawiała panna Kornelia Bryant w "Wymarzonym domu Ani") "człowiek znający Józefa", jeśli chodzi o zwiedzanie. W muzeach zachowuje się podobnie jak ja i Szczur: uważnie ogląda każdy eksponat, zwraca uwagę na detale i czyta każdy opis. Nie zdziwiło mnie więc, że na zamku zabawiłyśmy tak długo, iż rodzice Lav musieli dwa razy przedłużać parkowanie. Mimo opóźnienia wylądowałyśmy jeszcze w muzealnym sklepiku i napełniłyśmy brzuchy w Pizza Hut. Cóż... raz się żyje. Książki i pizza powinny być zagwarantowane w prawach człowieka.
 
 



 
14.07
Wczoraj niechcący zrobiłam samą siebie w bambuko.
Siedziałam sobie rozciągnięta na kanapie w dużym pokoju, słuchając audiobooka - ot, typowy wieczór w Norze. Nagle zachciało mi się pić. Zaparzyłam herbatę, posłodziłam ją odrobinę i odstawiłam na pewien czas. Gdy przestała być gorąca, upiłam łyk. Bardzo się zdziwiłam, bo herbata smakowała osobliwie. W pierwszej chwili pomyślałam, że może pomyliłam torebki i zrobiłam sobie jakąś ziołową. Zerknęłam na torebkę, ale niczym się nie wyróżniała. Upiłam kolejny łyk i dopiero wtedy mnie olśniło, co jest grane: zamiast pół łyżeczki cukru wsypałam do herbaty pół łyżeczki soli, która stała na blacie kuchennym.
Najlepsze, że jako nastolatka bardzo lubiłam robić kumplom dowcip z posoloną herbatą. Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka...

15.07
Ale miałam pracowity dzień! Pranie, zmywanie, wyjście po pieczywo, odbiór paczki z paczkomatu, pieczenie i gotowanie... Jedzenia przyrządziłam tyle, żeby starczyło na większość weekendu, także dla Pięknej: ryż, kaszę, pieczone mięsa (polędwicę wieprzową i nieco indyka), gotowane jajka i warzywa. Do tego kupiony wczoraj orzech kokosowy okazał się zepsuty, więc upiekłam borówkowe mufinki z płatkami czekoladowymi. Szczur też działał w kuchni - zrobił sobie warzywa po meksykańsku. W przerwie między kuchennymi szaleństwami zabraliśmy Piękną na dłuższy spacer po Lesie Bemowskim.
Na jutro zaplanowałam całkowity spokój od gotowania, ponieważ będziemy mieli w Norze gości, a wieczorem pojedziemy z jednym z nich do escape roomu. I to jest piękne w wakacjach. Nie mogę się doczekać!

 


 
17.07
Od pewnego czasu przeszkadzały mi zbyt długie włosy, szczególnie grzywka, ale nie zdążyłam przed wyjazdem do Nory pójść do fryzjera. Z kolei umówić się do zupełnie obcego fryzjera zawsze się obawiam, zwłaszcza że moja fryzura jest nietypowa i nie chcę, aby ktoś ją popsuł. Z pomocą przyszła Asia, która wzięła mnie pod nóż... a właściwie nożyczki. Szczurza łazienka zmieniła się w mały salon fryzjerski. Ja z pełnym zaufaniem oddałam się w ręce Asi, Szczur też się nie obawiał o stan mojej łepetyny i beztrosko poszedł się zdrzemnąć. Niepokoiła się tylko Piękna, która plątała się w okolicy łazienki, jakby w obawie, czy przypadkiem nie zamierzają mi tam uciąć głowy. Zupełnie niepotrzebnie. Asia obcięła mnie lepiej niż co niektórzy fryzjerzy. Znowu czuję się sobą i jest mi wygodnie.
O dwudziestej Szczur, ja i Piotr pożegnaliśmy Asię i udaliśmy się do escape roomu. Tym razem wylądowaliśmy w samym środku Mordoru, gdzie zawsze czuję się nieco przytłoczona widokiem setek identycznych biur za szklanymi ścianami wieżowców. Pokój "Nautilus" wybrałam, bo którejś pandemicznej zimy (dokładnie nie pamiętam) obejrzałam z gryzoniem film "20 000 mil podmorskiej żeglugi" z lat 50-tych i zostałam fanką Nautilusa. Nie było łatwo wyjść - pokój okazał się bardzo "techniczny", a my na długo zawiesiliśmy się na jednej zagadce. Mimo wszystkich przeszkód w ostatnich minutach doprowadziliśmy nasz statek do celu.
PS Przed grą zastanawialiśmy się, czy na naszym statku będą organy. Były.

20.07
Nadeszła fala upałów, która przyniosła mi migreny i słabsze samopoczucie psychiczne. Jeszcze wczoraj rano planowałam przejazd na wieś, ale po analizie wszystkich za i przeciw postanowiłam zaczekać z tym co najmniej kilka dni. Kiedy już przeniesiemy się na Śląsk, dobrze byłoby skorzystać z okazji, by powierzyć Piesę rodzicom i wyjechać dalej na kilka dni. Tymczasem obecna pogoda nie zachęca mnie do dalszych podróży. Wszystkie mniejsze i większe kryzysy psychiczne, jakie miałam w ciągu ostatnich kilku lat, zaczęły się od złego samopoczucia w upalne dni, najczęściej poza domem. Wolałabym nie powtórzyć tego schematu. Parę dni w tę czy we w tę nie powinno robić różnicy.
W Norze próbujemy radzić sobie z upałem, wietrząc przez całą noc, zostawiając rolety zasunięte i doraźnie wspomagając się klimą. Piękna częściej wyleguje się na chłodnej podłodze. Wieczorami najbardziej lubię chodzić po lesie, gdzie można poczuć prawdziwą ulgę od gorąca. Dzisiaj padło na Kampinos.
 



 
W Kampinosie zaobserwowaliśmy wiewiórkę biegającą po drzewach (drugą tego lata) i muchomor czerwony, ale przede wszystkim natrafiliśmy na Dzień Skrzydlatych Mrówek. Mam do nich sentyment i zawsze muszę zatrzymać się choć na chwilę, żeby na nie popatrzeć. Gdy byłam mała, schody do domu mojej rodziny nie były jeszcze pokryte kafelkami. W tych betonowych schodach mieszkały sobie mrówki. Miałam kilka lat, kiedy zauważyłam, że raz w roku, w słoneczny letni dzień, wśród naszych "zwykłych" mrówek pojawiają się osobniki ze skrzydłami. Czułam, że to fascynujące, wręcz magiczne.
Piękna dobrze czuje się w Norze, w ciągu dwóch tygodni zrobiła ogromne postępy. Przede wszystkim nareszcie przekonała się do Szczura - wychodzi z nim na krótkie spacery, pozwala mu się głaskać i zapinać szelki, je z ręki. Z własnej inicjatywy towarzyszy mu w warsztacie, a od dwóch dni także przychodzi do niego w nocy spać obok łóżka. Piesa poznała wielu nowych ludzi: rodziców Szczura i ich sąsiadów, kilkoro naszych przyjaciół i znajomych. Niektórym pozwala na głaski. Cieszy się, gdy słyszy dzwonek domofonu, ponieważ kojarzy jej się z dostawą pizzy. Najtrudniej przychodzą jej kontakty z innymi psami. Z mniejszymi i w miarę spokojnymi wita się chętnie, chce się bawić, ale dużych i hałaśliwych się boi. Nauczyła się zeskakiwać z kanapy. Na spacerach biega za szyszkami.
Korzystając z urlopu, staram się karmić Piesę bardziej różnorodnie niż moja mama. Robię sobie nadzieje, że dzięki temu przestanie mieć ochotę na zjadanie... no, wiecie czego. Na razie efekt jest taki, że Piękna zaczęła kaprysić przy jedzeniu - zazwyczaj nie chce suchej karmy, bo przyzwyczaiła się do moich bardziej różnorodnych obiadków. Niestety, nadal kradnie to, co wyniucha. Przedwczoraj przeszła samą siebie. Kiedy na chwilę wyszłam z pokoju, ukradła mi z talerza cały kawał pieczonego indyka.

22.07
Zeszłej nocy do Nory wleciała ważka. Nie wiem, jakiego gatunku, gdyż nie znam się na ważkach. Wyraźnie ciągnęło ją do światła. Odłowiłam biedaczynę, kiedy usiadła na żyrandolu. Noc spędziła u mnie, a po przebudzeniu poszłam wypuścić ją nad fosą. Zanim odleciała, pozwoliła mi się wziąć na palec.


 
 
28.07
Tyle się u mnie działo w ciągu siedmiu dni, że wydarzeniami z tego jednego tygodnia spokojnie mogłabym obdzielić kilka tygodni w roku szkolnym. W piątek zrobiliśmy sobie ze Szczurem dłuższą wycieczkę do Nieborowa, gdzie zwiedziliśmy pałac Radziwiłłów wraz z otaczającymi go ogrodami (to może być dobry materiał na osobny post na blogu). Następnego dnia przyjechali do Norki Alex, Marcin i Piotr na urodzinową domówkę Szczura. Rozmowy jak zwykle przeciągnęły się do późnych godzin nocnych, a goście zostali z nami jeszcze przez pół niedzieli. Domówce towarzyszyła solidna burza, dzięki której na ponad dobę się ochłodziło - to naprawdę miło ze strony Peruna, że przysłał Szczurowi taki prezent! W poniedziałek zabraliśmy Piękną na długi wieczorny spacer po lesie, a we wtorek wysprzątaliśmy mieszkanie, spakowaliśmy się i wyruszyliśmy na Śląsk.
Właściwie jesteśmy tutaj tylko na chwilę, żeby ogarnąć najważniejsze sprawy przed podróżą za granicę (na razie nie zapeszam - kto wie, ten wie, gdzie się wybieramy). Przepakowałam walizki, Szczur obczaił trasę, wymieniliśmy pieniądze... Od dawna marzy mi się ten wyjazd, a jednak na razie cieszę się bardziej na poziomie poznawczym niż emocjonalnym. Z pewnym niepokojem przyglądam się swojemu nastrojowi.
Odkąd opuściliśmy Norę, tęsknię za poczuciem bezpieczeństwa, które mi ona daje, trudno mi zebrać myśli i częściej czuję ukłucia lęku. Dzisiaj nawet trochę zbuntował mi się brzuch, co nie zdarzyło się od ponad miesiąca. Na skutek kryzysu nad morzem mam problem z dalszymi podróżami (a przez "dalszą podróż" rozumiem jazdę samochodem dłuższą niż cztery godziny...) - pragnę podróżować, pracuję nad tym, ale jednocześnie się boję. Jeśli chcę zwiedzić pewne magiczne miasto, wyjście ze strefy komfortu jest nieuniknione. Najbardziej obawiam się problemów z jedzeniem oraz tego duszącego poczucia samotności, które dopada mnie nocami poza domem. Jestem spokojniejsza, gdy mam obok siebie Piękną, ale tam, gdzie jedziemy, spędzałaby większość dnia samotnie w pokoju, więc nie byłaby szczęśliwa.
Wieczorem wyciągnęłam Szczura i Piesę na długi spacer, mając nadzieję na poprawę samopoczucia całej naszej trójki. Odkąd wyjechaliśmy z Nory, wszyscy jesteśmy podobnie apatyczni. I faktycznie, ruch i wieczorny chłód dobrze nam zrobiły, bo Szczura przestała boleć głowa, a ja póki co wyciszyłam negatywne myśli... przynajmniej na chwilę. Tym razem padło na pobliski park. Woda kojąco falowała, nad stawem ścigały się trzy nietoperze, od czasu do czasu przeleciała ćma. Wysłałam w eter prośbę: niech podróż będzie spokojna i bez problemów ze zdrowiem (fizycznym i psychicznym). Tylko i aż tyle.
 
 
 

sobota, 6 sierpnia 2022

[136] Moje pierwsze mydełka DIY

 
Mydło, szampon, żel pod prysznic, dezodorant, pasta do zębów. Z czasem doszły jeszcze krem do stóp, nawilżający krem do twarzy i pomadka ochronna, choć bez nich mogę się przez kilka dni obyć. Na tym kończy się lista kosmetyków, które uważam za niezbędne i zabieram w każdą podróż. Dokładnie tyle samo wystarcza mi na co dzień.
 
Nigdy nie byłam maniakiem kosmetyków, zwłaszcza że jako nastolatka nie zaczęłam interesować się makijażem. Potrafię docenić piękny makijaż na twarzy innej osoby, ale sama nie czuję potrzeby malowania się - po części ze względów sensorycznych, po części przez nieco pogmatwaną tożsamość płciową. W gimnazjum i liceum była to jedna z cegiełek, które składały się na mur pomiędzy mną a dziewczynami w moim wieku. Gdy koleżanki zaczynały dyskutować o make-upie, czułam się jak przybysz z innej planety. Czym się, u licha, różnią paznokcie żelowe od hybrydowych? I po co w ogóle nakładać tyle mazideł na twarz, skoro za kilka godzin się je zmyje? 
 
Dziwić może fakt, że przy takim podejściu do tematu zdarzył mi się w życiu epizod... sprzedawania kosmetyków. A jednak - byłam konsultantką jednej z najpopularniejszych firm kosmetycznych działających w sprzedaży bezpośredniej. Namówiła mnie na to przyjaciółka, Lav, pod koniec liceum. Na początku nie czułam się do końca przekonana do jej pomysłu, zwłaszcza że grono znajomych miałam maleńkie. W tamtym okresie liczyła się dla mnie jednak każda dycha, gdyż kieszonkowe od rodziców i babci dostawałam niewielkie, a moje potrzeby z wiekiem rosły. Przez pewien czas nieźle się bawiłam, sprzedając bliższym i dalszym znajomym kosmetyki. Kupowały głównie koleżanki ze studiów, ciocie, sąsiadki, rodzina mojego byłego chłopaka, znajome taty z pracy. Nie miałam wielkich oczekiwań co do zarobków, więc byłam zadowolona. Najmilej wspominam dni, gdy odbierałam paczki z produktami - uwielbiałam otwierać paczki, wąchać próbki zapachów, testować maseczki i odżywki. Wtedy też kupiłam sobie pierwsze prawdziwe perfumy.
 
Po krótkiej, ale intensywnej przygodzie ze sprzedażą bezpośrednią w moim podejściu zmieniło się tyle, że bardziej otworzyłam się na eksperymentowanie z kosmetykami do pielęgnacji ciała. Częsty kontakt z wyborami innych osób sprawił, że zyskałam świadomość, co lubię, a czego nie. Zamiast używać w kółko tego samego z przyzwyczajenia, nauczyłam się aktywnie poszukiwać. Pozornie wszystko jest jak dawniej - nadal do szczęścia potrzebuję kilku produktów. Moja półka w łazience nie pęka w szwach. Aby na nią trafić, produkt musi jednak mieć sporo szczęścia, bo oczekuję od kosmetyków dobrej jakości i... ulubionych zapachów.
 
Rok temu nabrałam ochoty na ciekawszy rodzaj eksperymentów - kosmetyki DIY. Zaczęło się od książki "Domowe SPA" Magdaleny Drukort, która wpadła mi w ręce właściwie przypadkowo. Chwilę później nastał lockdown, więc siłą rzeczy miałam sporo czasu na przeglądanie tej książki (z bardzo zachęcającymi zdjęciami!) i wyobrażanie sobie, jak by to było używać maseczki czy odżywki wykonanej samodzielnie. Koleżanka z pracy najwyraźniej myślała o tym samym, bo najpierw nauczyła się robić mydełka glicerynowe i kule do kąpieli, a potem nauczyła tego swoją gromadkę dzieci. Po powrocie do pracy stacjonarnej zgodziła się zdradzić co nieco także mnie. Spróbowałam więc wykonać według jej instrukcji i kule do kąpieli, i mydełka... i wsiąkłam.
 
Dawanie prezentów osobom, które lubię, zawsze sprawia mi frajdę, ale moim zdaniem najmilszymi upominkami są te przygotowane własnoręcznie. Mydełka glicerynowe fantastycznie się do tego nadają, ponieważ każde z nich można wykonać z myślą o konkretnej osobie, dobierając kolor, zapach i ewentualne dodatki do jej preferencji. Jeśli nie chcemy zdradzić się przedwcześnie z tym, co robimy, pytając wprost, wystarczy podpytać bliskich obdarowywanego. Dzięki sklepom internetowym nie trzeba wychodzić z domu, żeby kupić surowce kosmetyczne, półprodukty i formy do tworzenia domowych kosmetyków (ja korzystam z EcoFlores). A przepis na takie mydełka można zamknąć w jednym zdaniu:
1. roztopić bazę glicerynową w kąpieli wodnej,
2. szybko wlać do foremek (polecam silikonowe - najłatwiej się z nich wyjmuje),
3. dodać po kilka kropel olejku zapachowego i barwnika,
4. wymieszać,
5. dodać ewentualne dodatki, jak suszone kwiaty czy wiórki kokosowe,
6. skropić powierzchnię alkoholem w aerozolu, żeby nie powstawały pęcherzyki powietrza,
7. zostawić na parę godzin do wyschnięcia.
Gotowe!
 
Być może z czasem zabawa z mydełkami glicerynowymi mi spowszednieje, ale na razie tak mnie cieszy, że za każdym razem robię im amatorską sesję zdjęciową i zapisuję, czego użyłam. W dwóch turach zrobiłam ich około trzydzieści.
 
Pierwsza tura:
- niebieskie mydełka o zapachu jaśminu, z dodatkiem suszonych kwiatów jaśminu,
- białe mydełka kokosowe,
- żółte mydełka o zapachu mleka i miodu,
- czerwone mydełka o zapachu wiśni, z dodatkiem suszonych malin,
- przezroczyste bezzapachowe serduszka z suszonymi kwiatami jaśminu,
- różowe mydełko o zapachu wiśni, z zatopionym listkiem.
 
 



 
Większość tych mydełek zostawiłam dla siebie i swojej rodziny, ponieważ perfekcjonizm nie pozwalał mi przejść do porządku nad ich niedoskonałościami. Kilka najbardziej udanych dałam koleżankom z pracy.
 
Druga tura:
- fioletowe mydełko lawendowe z kwiatami lawendy,
- czerwone mydełko o zapachu bzu, z kwiatami koniczyny,
- żółte mydełka cytrynowe z dodatkiem skórki z cytryny,
- żółte mydełko o zapachu mango,
- niebieskie rybki o zapachu "Morski świat",
- zielone mydełko o zapachu zielonej herbaty, z suszonymi kwiatami drzewka oliwnego,
- przezroczyste mydełko bezzapachowe,
- brązowe mydełko o zapachu kawy, z dodatkiem ziaren kawy,
- zielone mydełko o zapachu zielonego jabłka.
 
 


 
Za drugim razem poczułam się bardziej usatysfakcjonowana. Mydła zabrałam ze sobą do Nory, żeby podarować je przyjaciołom i znajomym przy okazji letnich spotkań. Lav, Alex, Asia, żona kuzyna, ciocia, mieszkająca po sąsiedzku Ukrainka, przyjaciółka Szczura, a nawet jego mama... mydełka rozeszły się zaskakująco szybko. Po powrocie z wakacji chciałabym zrobić nowe. A najbardziej nie mogę się doczekać "mydełkowania" na jesienne i zimowe święta.
 
Zrobienie kilkunastu mydełek zwykle zajmuje mi mniej więcej trzy godziny. Na pewno dałoby się szybciej, lecz nie spieszę się. Jest coś z pradawnej magii w takim wieczorze spędzonym na mieszaniu roztapiającej się masy, wybieraniu barw i zapachów, przesypywaniu suszonych roślin. Coś ulotnego czai się w obłokach pary nad garnkiem, w powietrzu przesyconym aromatem ziół, owoców i kwiatów. Już wiem, że to uwielbiam. I wiem, że chcę więcej.
 

niedziela, 17 lipca 2022

[135] Pamiętniki majowo-czerwcowe

9.05
Kuzyn przywiózł nam Młodego na większość dnia. Strasznie żałuję, że muszę iść do pracy. Takie pocieszne rozmowy lecą od samego rana!
"Tata oglądał za dużo filmów o Godzilli."
"Ostatnio oglądałem film o naturze. Skorpion miał taki kolec jadowy i pararyżował swoje ofiary."
"Wczoraj widzieliśmy prawdziwą kawkę i nawet martwego żuka."
"Ja już tak dużo wiem o tej naturze. Ale jeszcze tak mało wiem."

Młody: Znam już sporo gatunków zwierząt, ale niestety wszystkich nie znam.
Ja: O, jest ich tyle, że nawet naukowcy ciągle nie znają wszystkich.
Młody: Ja znam więcej niż naukowcy.

(po południu)
Po powrocie udało mi się spędzić z Młodym więcej czasu. Opowiedziałam mu między innymi o ludziach z ośrodka rehabilitacji dzikich ptaków, którzy odwiedzają szkoły wraz z podopiecznymi.
Mama: Może do waszego przedszkola też kiedyś przyjadą.
Młody: Nie, na pewno nie.
Ja: A może jednak?
Młody: Nie, nigdy. Do nas do przedszkola przychodzą sami górnicy.

15.05
"Przez całe życie mówiono mi "idź" i "chodź". Dyktują mi, jak mam żyć i jak umrzeć. Mam usługiwać mężczyźnie i być dla niego jak klacz, dawać mu przyjemność, albo muszę się ukryć za grubymi murami i oddać moje ciało zimnemu milczącemu Bogu. Poszłabym nawet w otchłań piekielną, gdybym sama mogła wybrać tę drogę. Wolałabym umrzeć jutro w lesie niż żyć przez sto lat życiem, jakie wybiorą dla mnie inni."
- Katherine Arden, "Słowik i niedźwiedź"
Ubóstwiam tę książkę. ♥️

16.05
Przypadki z życia bibliofila: grafik płakał, jak projektował.
 
 


18.05

W drodze z pracy usłyszałam w radiu, że podobno dzisiaj jest Światowy Dzień Pieczenia. Zabawny zbieg okoliczności, bo akurat wczoraj pierwszy raz od dawna coś upiekłam, a konkretnie babeczki. Część już zniknęła w brzuchach, ale kilka załapało się na fotkę. 
 
 

 
24.05
Za sprawą egzaminu klas ósmych wróciłam dziś wcześniej z pracy i... znowu nabrałam ochoty na ciasto. Chyba po upieczeniu babeczek włączyła mi się nieaktywna od dłuższego czasu zajawka na pieczenie.
 
 


31.05
Dzięki Pięknej dzisiaj bardzo szybko zorientowałam się, że Bestia prysnął na dwór.
Wracałyśmy z krótkiej nocnej przechadzki, gdy Piesa zaczęła mnie ciągnąć w stronę podwórka. Trochę się zdziwiłam, bo nie spodziewałabym się po niej, że tak szybko zechce wracać. Zwykle ma ochotę dojść przynajmniej do końca ulicy. Wchodząc na podwórko, zdziwiłam się jeszcze bardziej, bo ciągnęła w stronę krzaków, jakby zobaczyła ptaka czy inne zwierzę, ale jednocześnie machała ogonem. Poza kilkoma psami z okolicy jedynym zwierzęciem, które wita merdaniem, jest Bestia. Przeszło mi nawet przez myśl, że może jakiś obcy pies wszedł nam do ogrodu, ale wtedy musiałabym go zobaczyć w naszej krótkiej uliczce.
Chwilę później zorientowałam się, że drzwi wejściowe są uchylone. Natychmiast mnie oświeciło, kogo musiała zauważyć (lub wyczuć) Piesa. Sprawdziłam na parterze, później na piętrze - kota faktycznie nigdzie nie było. Ubrałam się drugi raz i poszłam na poszukiwania z latarką, a za mną mama.
Siedział za domem, wyraźnie zdezorientowany. Chyba nie zachwyciła go ta wielka ucieczka aż tak, jak się tego spodziewał. A już na pewno nie oczekiwał temperatury około trzynastu stopni, bo im chłodniej, tym rzadziej chce wychodzić na balkon. Bez większych problemów dał się zagonić do domu.
Czujna ta moja kudłatka!
PS W nagrodę były dodatkowe smaczki. Smaczki z kaczki.

6.06
Dzisiaj coś z kategorii "bogactwo stimów": znajomy nastolatek wyczarował sobie przy ostrzeniu kredek takie sprężynki do zabawy. Wyszło ciekawie, oczywiście miałam zaraz skojarzenia z gąsienicami.




7.06
Od kilku dni jest bardzo duszno, przez co nawał pracy staje się jeszcze bardziej upierdliwy. Dzisiaj nareszcie przyszła ta zapowiadana burza. Siedzę z psem na kolanach, bo Piękna się boi. Trzęsie się (czego ostatnio już nawet w samochodzie nie robiła), oblizuje i ciężko oddycha. Bestia z kolei schował się w szafie i od godziny nie wychodzi.

14.06
Trafił mi się dzisiaj wyjątkowo szczęśliwy dzień. Aż się zastanawiam, jakim bogom dziękować, bo tyle farta naraz rzadko się zdarza.
Do pracy szłam jak na ścięcie, ponieważ dostałam na dziś zastępstwo w klasie, w której najbardziej nie lubię mieć zajęć. W zasadzie to jedyna klasa, gdzie aż tak nie lubię ich mieć, mimo że na co dzień tam nie uczę. Na podstawie rozmów z koleżankami podejrzewam, że każdy nauczyciel choć jedną taką klasę ma. W każdym razie, gdy byłam już na miejscu i zbierałam pomoce na tę nieszczęsną lekcję... zostałam na cito wezwana w ważnej sprawie do dyrekcji, a do owej klasy wysłano kogoś innego. Akurat w takim momencie. Myślałam, że śnię.
W południe miałam już zajęcia, które z kolei bardzo lubię. Wracając z pracy, pomyślałam sobie, że ogródki w okolicy są bardzo ładne, i porobiłam trochę zdjęć telefonem. Zauważyłam też piękne pokrzywy i postanowiłam ściąć je dla rusałek, bo w mojej okolicy trudno o nie poobgryzane liście. Kiedy ścinałam pokrzywy, znalazłam na jednej z nich gąsienicę sadzanki rumienicy.
Ale to nie koniec... Wieczorem na spacerze z Piękną - a było to około dwudziestej pierwszej, bo wcześniej strasznie nie chciało mi się wyjść - napotkałam na samym środku ruchliwej drogi między łąkami barczatkę napójkę! Dokładnie taką jak ostatnim razem! Błyskawicznie się rozejrzałam i zabrałam ją do domu.
Powiem szczerze, że takiego dnia nie miałam bardzo, bardzo dawno... A może, skoro głupi ma szczęście, głupieję na starość?
 
 



18.06
Po dwumiesięcznej przerwie wracamy ze Szczurem do zabawy w escape roomach. Korzystając z długiego weekendu, zebraliśmy większą drużynę i wyruszyliśmy w podróż do starożytnego Egiptu. Musieliśmy tam nieźle kombinować z hieroglifami, papirusami, malowidłami ściennymi i posążkami bogów, ale koniec końców wróciliśmy do współczesnej Polski. A przy okazji spaceru po mieście natknęłam się na podwójną tęczę.


sobota, 9 lipca 2022

[134] Przyjaciółka

Siedzę sobie w Norze na ulubionej sofie, pod ulubioną stojącą lampą, gdzie zawsze zaczynam i kończę dzień z książką, audiobookiem lub podcastem. Szczur od dwóch godzin śpi, ale niedaleko jest ktoś, kto co jakiś czas szuka mnie wzrokiem, a kiedy mnie nie widzi, wstaje i sprawdza, gdzie jestem. Przyjaciółka, która mieszka ze mną już od ponad trzech miesięcy. 
 
Jest bystra, łagodna i wrażliwa. Ma doskonały węch, niezłą pamięć i zdecydowanie lepszą orientację w terenie niż ja. Często myślę sobie, że jest też nad wyraz do mnie podobna, bo wydaje się mieć dwa oblicza. Z jednej strony, potrafi tryskać radością i cieszyć się z małych codziennych przyjemności. Kocha przebywać na dworze i eksplorować nowe miejsca, nawet te na pierwszy rzut oka odrażające, jak tunel pod wiaduktem. Uwielbia jeść. Zatrzymuje się nad każdą drobnostką, która zwróci jej uwagę - zgubionym ptasim piórem, ślimakiem czy intrygującym zapachem. Z drugiej strony, ma swój wewnętrzny świat, w którym jest wiele mroku i lęku. Czasami lęk urasta do takich rozmiarów, że przysłania jej wszystko inne, a jej ciało zamiera w bezruchu. Dopiero uczy się ufać innym. 
 
Moja przyjaciółka ma cztery łapy i jest adoptowana. 
 
W ostatnich latach życia naszej poprzedniej Piesy parę razy zastanawiałam się, czy kiedyś, gdy jej zabraknie, mogłabym adoptować psa ze schroniska. Marzyło mi się, żeby stworzyć prawdziwy, kochający dom psu, którego inni z jakiegoś powodu skreślili, podobnie jak to zrobiłam z kotem Bestią. Po co powoływać do życia kolejną istotę, skoro można dać nowe życie komuś, kto już jest? A jednak po śmierci Piesy długo się wahałam, czy nie kupić rasowego szczenięcia z hodowli. Martwiłam się głównie tym, że mogę nie poradzić sobie ze zwierzęciem po przejściach, zwłaszcza jeśli okaże się agresywne, bo nie mam wystarczającego doświadczenia. Z perspektywy czasu myślę, że to była jedna z najlepszych moich decyzji. 
 
Piękna nie wyglądała na zwierzaka po przejściach, a jednak szybko stało się jasne, że nim jest. Panie z organizacji, z której ją adoptowałam, niewiele wiedziały o jej przeszłości. Właściwie tylko tyle, że przed śmiercią właścicielki żyła na podwórku razem z kilkoma innymi zaniedbanymi psami, a spała w brudnej szopie. Powiedziano mi, że nie miała możliwości przejścia w prawidłowy sposób okresu socjalizacji, więc jest lękliwa i zdystansowana. Jak dokładnie wyglądało jej psie dzieciństwo - nie wiadomo. Myślę, że nie miała wstępu do domu, bo w pełni swobodnie czuje się tylko na dworze. Jestem też zdania, że ktoś Piesę bił lub przynajmniej straszył, ponieważ jej lęki i zachowania są bardzo konkretne i nietrudno sobie je racjonalnie wytłumaczyć. 
 
Piesa ogólnie jest nieufna wobec ludzi, ale znacznie chętniej podchodzi do kobiet i szybciej skraca dystans, kiedy przebywa w ich towarzystwie. Mężczyzn w większości się boi - zachowuje większy dystans, spogląda z przestrachem, a jeśli się zbliżają, wycofuje się z podkulonym ogonem. Zrobiła postępy w kontaktach z tatą i ze Szczurem, lecz jej mowa ciała i zachowanie pokazują, że nie czuje się przy nich bezpiecznie. Boi się długich i cienkich przedmiotów, takich jak laska, packa na muchy czy kij od mopa, oraz niespodziewanych dźwięków (szczególnie odgłosu otwierania i zamykania segregatora). Staje się niespokojna, jeżeli człowiek zaczyna coś robić (np. przekładać przedmioty na stole, otwierać szuflady, szeleścić kartkami) blisko niej, ale poza zasięgiem jej wzroku - za nią lub nad nią. 
 
Kiedy zastanawiam się, co było dla mnie najtrudniejsze w pierwszych tygodniach życia z Piesą, przychodzi mi do głowy odpowiedź raczej nietypowa. Mianowicie... przechodzenie przez drzwi. Piękna bała się, gdy szłam za nią, i nie chciała jako pierwsza wychodzić na dwór ani przechodzić do innego pomieszczenia. Jeżeli z kolei ja przeszłam przez drzwi przed nią, często wycofywała się albo zastygała w miejscu. Możliwe, że ta sytuacja kojarzyła jej się z byciem zamykaną w szopie lub w kojcu. Za każdym razem musiałam otwierać drzwi na oścież, stawać obok nich i czekać cierpliwie, aż wyjdzie pierwsza. Czasami wydawało mi się, że stoję tak przez całe wieki. Stopniowo zaczęła jednak wychodzić także za mną, a ostatnio coraz częściej idzie przede mną. Ciągle trzeba uważać, żeby nie zamykać za Piękną drzwi zbyt szybko lub nie trzasnąć nimi, bo wtedy uruchamia jej się odruch ucieczki, może błyskawicznie zawrócić i wpaść na nie. 
 
Owszem, pracy z Piękną wciąż jest mnóstwo, mimo że przez trzy miesiące odsuwałam różne inne sprawy na drugi plan, żeby skoncentrować się na niej. Tak naprawdę nie wiadomo, czy ta praca kiedyś się skończy - może suczka nigdy nie przestanie być lękliwa i niepewna siebie. I wiecie co? Stwierdziłam, że nie przeszkadza mi to. Już teraz między nami jest naprawdę fajna więź, a przecież dopiero zaczynamy życie razem. Poza tym Piesa zrobiła w ciągu tych trzech miesięcy niesamowite postępy. Kilka szczególnie ważnych spisałam, żeby ten okres podsumować. 
 
- Piesa początkowo lubiła tylko mizianie w okolicach głowy, bała się dotykania tułowia, łap. Pod wpływem dotyku wzdrygała się. Teraz pozwala mi się głaskać wszędzie, a jeśli ma ochotę na dużo pieszczot, kładzie się na plecach lub na boku z zadowoloną miną. Pozwala mi na wszystkie czynności pielęgnacyjne (czesanie, wycieranie łap, wyjmowanie kleszcza itp.). 
- Obie bardzo dużo nauczyłyśmy się, jeśli chodzi o wzajemną komunikację. Mowa ciała Pięknej jest dla mnie drogowskazem i myślę, że to dzięki uważności na nią zdobyłam zaufanie suni. Piękna reaguje na sporo słów, m.in. "chodź", "hop", "smaczek", "fuj", "siad", "czekaj", "mięsko", "spacerek", "na dwór", "do domu", "łapka", "omiń". Niektóre z tych słów łączę z gestem, bo chcę, żeby zawczasu znała też gesty na wypadek utraty słuchu w starszym wieku (spotkało to naszą poprzednią Piesę i przysporzyło nam wiele trudności). 
- Traktuje dom z ogrodem jako swój teren. Szczeka, gdy przychodzą goście lub za ogrodzeniem pojawia się obcy pies. Przed adopcją podobno wcale nie szczekała. 
- Przyjaźnie wita niektóre osoby z mojej rodziny i z najbliższego otoczenia: ciocię, Szczura, sąsiadki, starszego pana z sąsiedniej ulicy, zaprzyjaźnioną rodzinę uchodźców z Ukrainy. Przywykła do obecności małych dzieci. Czasem, zwabiona głosem gościa, wychodzi na balkon i już tam merda ogonem. Są jednak tacy bywalcy naszego domu, których wita warczeniem (stryjenka, młodszy kuzyn). Trudno powiedzieć, od czego to zależy. 
- Akceptuje kota, a nawet zaryzykowałabym stwierdzenie, że go lubi. Rano merda ogonem na jego widok i podchodzi, żeby się wzajemnie obwąchać. W pierwszych tygodniach niepokoiła się, gdy Bestia skakał po meblach i parapetach, ale teraz wydaje się tego nie zauważać. Zdecydowanie traktuje go inaczej niż pozostałe koty. 
- Wobec nowo poznanych psów w większości jest lękliwa, ale po paru miesiącach ma kilkoro kolegów i koleżanek w okolicy. Ma nawet sympatię - kundelka podobnych rozmiarów, którego wyjątkowo sobie upodobała. Zresztą z wzajemnością. 
- Piękna na razie niezbyt rozumie, do czego służą typowe psie zabawki. Jej ulubioną zabawką jest natomiast mata węchowa. Potrafi odnaleźć nawet najgłębiej schowane smaczki. Zamierzam więc próbować z nią innych zabaw rozwijających węch. 
- Nauczyła się załatwiać w ogrodzie, chociaż woli to robić na spacerze, jeśli ma taką możliwość. (Wydaje się przy tym bardzo zadowolona, że ludzie zbierają jej kupy niczym cenne trofea...). 
- Spacery z Piesą są bardzo przyjemne. Przez większość czasu chodzi na luźnej smyczy, nie ciągnie, chyba że coś ją szczególnie zaciekawi albo chce wracać do domu. Na wsi oswoiła się z różnymi pojazdami i już nie kuli się na widok ciężarówki czy autobusu.
- Jeździ z nami samochodem i sama z niego wysiada. Wiem, że nie lubi samochodu, i nie dziwię się jej, bo ma chorobę lokomocyjną i zdarza jej się zwymiotować. Mimo to jest spokojna, a podczas jazdy zachowuje się wzorowo. Nauczyła się też podróżować sama na tylnych siedzeniach (oczywiście przypięta pasem bezpieczeństwa dla psów). 
- Chętnie leży ze mną na kanapie. Trzeba ją tylko tam posadzić, bo nigdy nie skacze, pomijając przeskakiwanie naturalnych przeszkód na spacerach.
 
 

 
Jeśli chodzi o ważne wydarzenia w życiu Piesy, w maju rzadko zapuszczałyśmy się poza najbliższą okolicę, bo Piękna przez większość miesiąca miała cieczkę. Pani wetka powiedziała, że mogła to być jej pierwsza ruja w ogóle i że z kastracją trzeba jeszcze trochę poczekać. Podczas cieczki hormony mocno dawały się suni we znaki. Musiałam skrócić wspólne spacery do niezbędnego minimum, bo trudno mi było panować nad jej zachowaniem. Bardzo ciągnęła na smyczy i narzucała się prawie każdemu psu, którego zobaczyła przez ogrodzenie. Wiek, rozmiary, wygląd, a nawet płeć zupełnie nie grały roli. Umizgiwała się nawet do suczki rasy chihuahua, z którą normalnie jest w niezbyt przyjaznych stosunkach. Na łąki prawie w ogóle nie chodziłyśmy, żeby nie spotkać żadnego włóczącego się samopas samca. 
 
Dopiero po trzech miesiącach od adopcji, a dokładnie pierwszego dnia urlopu, odważyłam się wykąpać Piękną. Wcześniej nie chciałam dokładać jej stresu, zwłaszcza że zdążyłam zauważyć, iż nie przepada za wodą - niechętnie wychodzi na deszcz, a kałuże zawsze omija lub przeskakuje. Myślę, że dobrze zrobiłam, bo i tak nie było łatwo. Piesa broniła się, jak tylko mogła, przed włożeniem jej do kabiny prysznicowej. Raz prawie mnie przewróciła, wyskakując z impetem. W końcu zrobiłam coś, czego zupełnie nie planowałam: weszłam do kabiny razem z psem i wykąpałam go, będąc w środku. Starałam się być jak najbardziej delikatna, ale Piękna mimo wszystko przyciskała się z całych sił do moich nóg i drżała. Na szczęście po kąpieli szybko doszła do siebie. Ledwie znalazła się na dworze, zaczęła merdać ogonem i tarzać się w trawie. W tym czasie ja padłam wykończona na leżak, żeby słońce osuszyło choć trochę moje przemoczone ubrania. 
 
W poniedziałek wieczorem przyjechaliśmy we trójkę do Nory: Szczur, Piękna i ja. Można powiedzieć, że dla Piesy zaczyna się kolejny etap poznawania świata: nauka funkcjonowania w mieście. My tymczasem musimy jej to w największym możliwym stopniu ułatwić i nauczyć się żyć we troje pod jednym dachem. Śmieszna sprawa, że we trójkę jeszcze nigdy w Norze nie mieszkaliśmy, choć w kilkadziesiąt czy kilkaset - nieraz...