poniedziałek, 24 lipca 2023

[151] Pamiętniki wiosenne

 
3.03
Choroba zabrała mi sporo energii, której i tak nie posiadam w nadmiarze. Wkrótce trzeba wracać do pracy i na samą myśl robię się lękowa, bo boję się, że przez to osłabienie będzie mi ciężko. Poza tym - jak zawsze - im dłużej siedzę w domu, tym trudniej mi później wyjść i znaleźć się między ludźmi. Nawet jeśli są to ludzie, których lubię, myśli o wychodzeniu i powrocie do działania "pod zegarek" są stresujące.
Na szczęście w ostatnich dniach czułam się już lepiej, więc wykorzystałam bycie w domu, jak mogłam. Przesłuchałam czwartą książkę Rowling o Cormoranie Strike'u, która okazała się świetna - tak skomplikowanej intrygi nie odgadłabym nigdy. Jaki to trzeba mieć kreatywny mózg, żeby stworzyć taką fabułę i jeszcze nie zamęczyć nią czytelnika! Dalej porządkowałam pocztówki i wgrywałam skany do katalogów, co da się robić nawet w łóżku. Wieczorami czytałam mangę albo oglądałam "Wszystkie stworzenia duże i małe". W drugiej połowie tygodnia zaczęłam po trochu ogarniać przestrzeń wokół siebie, żeby w pokoju zrobiło się bardziej wiosennie. Ogarnęłam też pranie, zaległe rachunki i zakupy online.
Wczoraj, porządkując jeden z segregatorów z dokumentami, znalazłam kopertę pełną papierzysk z mojej pierwszej pracy. Myślałam, że pozbyłam się ich dawno temu, skoro przez kilka lat nie wpadły mi w ręce. Aż tu nagle, gdy wyjęłam plik kartek, moim oczom ukazały się różne dokumenty podpisane przez kobietę, która od pierwszych dni - zamiast szumnie deklarowanej pomocy - uprzykrzała mi życie, rzucała kłody pod nogi i obrabiała tyłek za plecami. Dzisiaj już nie pozwoliłabym się tak traktować. W kolejnym miejscu pracy, gdzie z roku na rok czułam się coraz lepiej, nabrałam doświadczenia i wiary w siebie. Zapewne odeszłabym stamtąd niedługo po tym, jak zaczął się mobbing. Wtedy jednak nie miałam żadnego doświadczenia ani wsparcia, a przerwanie stażu oznaczałoby bezrobocie i rok w plecy, bo żadnej innej oferty stażu nie miałam. Skutki doświadczeń z pierwszej pracy długo się za mną ciągnęły. Kiedy więc zobaczyłam te pieprzone papierzyska, krew uderzyła mi do głowy. 🤬 Oczywiście wyrzuciłam je. Pomimo tego wzrosło mi ciśnienie (dosłownie - zmierzyłam!), a w głowie tak się zakotłowało, że nie potrafiłam zasnąć, dopóki o czwartej nie wzięłam dodatkowego leku.
I pomyśleć, że potrafię z uśmiechem wspominać swoich byłych przyjaciół i chłopaków - nawet z kumplem z dzieciństwa, który mnie okłamał i okradł, częściej wspominam dobre chwile niż paskudny koniec znajomości - ale w przypadku jednej kobiety nawet widok jej podpisu działa na mnie jak płachta na byka. Na szczęście nie poddałam się przez nią. I całe szczęście, że nie stałam się taką wredną !@*$# jak ona (tu możecie wstawić swoje ulubione wulgarne słowo, możliwie jak najbardziej dosadne) i teraz pomagam nowym koleżankom z pracy zamiast przenosić na nie swoje negatywne pierwsze doświadczenia. Są jednak takie kartki, które kończyć powinny widowiskowo jak w filmach - w ognisku.

4.03
Dostałam od Dagi uroczą pocztówkę z sówką na śniegu. To kartka z House of Postcards, a autorką ilustracji jest Sofya Saburova.
Kiedyś nie przepadałam za pocztówkami innymi niż widokówki, ale od paru lat zauważam, że coraz bardziej się na nie otwieram. Jeśli chodzi o ilustrowane pocztówki, jestem chyba najbardziej wybredna. Lubię ilustracje pełne detali. Muszą być klimatyczne, mieć w sobie "to coś", co sprawia, że patrzę na pocztówkę i czuję się, jakby ona opowiadała historię. Tutaj autorce się udało. Dodatkowo ujął mnie wyraz twarzy księżyca. Przypomina mi historyjkę, którą lubiłam w dzieciństwie, o księżycu mającym problem z szytymi na miarę szlafmycami. 
 
 

 
17.03
Widziałam dzisiaj latającą nad okolicą parę bocianów, ewentualnie żurawi. Nie umiem tego stwierdzić na pewno z tak daleka, ale jedno jest pewne: to miły początek weekendu.

22.03

Niedawno obchodziliśmy nasze pierwsze adopciny - minął rok, odkąd wybraliśmy się ze Szczurem w kilkugodzinną podróż po Piesę. Przez ten rok ani razu nie żałowałam decyzji o adopcji. Trudno mi sobie wyobrazić, że gdybym pewnego marcowego wieczoru nie zabrała się za przeglądanie fejsbukowych ogłoszeń o psach do adopcji, Pięknej nie byłoby teraz ze mną. Dzięki fejsowi najpierw poznałam Szczura, później przyjaciół, a jakby tego było mało, teraz mam jeszcze najlepszą PSIjaciółkę na świecie ❤️🐶
Piękna jest znacznie odważniejsza niż rok temu - owszem, wciąż łatwo ją spłoszyć i miewa lękowe reakcje, ale dużo już przezwyciężyła. Stopniowo zmienia się w pieszczocha. Coraz częściej podchodzi i domaga się głasków, a jeśli cofnę rękę, trąca mnie nosem. Dawniej w ogóle nie potrafiła się bawić, teraz szaleje z patyczkami, orzechami i swoim miękkim szarpakiem. Uwielbia też wszelkie zabawy węchowe. I nic dziwnego, bo ma niezwykle czuły węch, przez co na dworze znajduje różne skarby. Jej żywiołem nadal pozostaje świeże powietrze, a ulubionym zajęciem - spacery. Na kanapie długo nie usiedzi. Gdy wkładam "spacerowy" dres, sprawia wrażenie, jakby z radości miała wyskoczyć ze skóry. Bardzo rozwinęły się jej umiejętności ruchowe, kocha pokonywać przeszkody w lasach i na psim placu zabaw. Ze schodów, których na początku się bała, teraz niemalże sfruwa, kiedy wracam z pracy.
Z okazji adopcin zabrałam wczoraj Piesę w miejsce, gdzie jeszcze nie była, na długi spacer. Podjechałyśmy dwa przystanki autobusem, a później szłyśmy od skrzyżowania, na którym skręca się do sąsiedniej miejscowości, do domu. Piękna pierwszy raz jechała autobusem, do tego rozklekotanym. Wzięłam ją na ręce. Bała się, ale dzielnie wyskoczyła z pojazdu bez mojej pomocy, gdy dotarłyśmy do celu. Myślę, że spacer wynagrodził jej niedogodności jazdy. Wyglądała na podekscytowaną zupełnie nowym terenem do obwąchiwania. Na jednym z chodników rosły przebiśniegi.
Zdjęcia dołączone do notki pochodzą jednak z innego spaceru, sprzed tygodnia. Wtedy wybrałyśmy się na pola za wiaduktem, korzystając z pierwszego ciepłego dnia. Piesa znalazła w trawie coś, co prawdopodobnie było ptasią wypluwką, a ja wypatrzyłam pierwszy w tym roku kwiatek.
Piękna również zrobiła mi prezent - przez dwa dni z rzędu sama i bez żadnej zachęty wskoczyła na moje łóżko, gdy nie było mnie w pokoju. Mam nadzieję, że oswoiła się z wyrkiem już na dobre.
 
 

 

25.03
W tym tygodniu powitaliśmy wiosnę, ale na razie trzeba mieć spore szczęście, żeby wypatrzeć ją przez okno. Pogoda jest tak zwariowana, jak tylko może być o tej porze roku - słońce i deszcz rywalizują o panowanie nad niebem, wymieniając się kilka razy dziennie. Zdarzają się jeszcze wiatry przejmujące do szpiku kości i poranne przymrozki, a w przyszłym tygodniu ponoć ma wrócić śnieg. Pierwsze oznaki wiosny na razie najłatwiej spotkać na długich spacerach. Mimo wszystko da się już odczuć, że ona powoli, ale nieubłaganie nadchodzi. Od kilku dni codziennie po powrocie z pracy słyszę w okolicy dzięcioła. Czasami - jeśli wystarczająco szybko podejdę do okna - udaje mi się zaobserwować hałaśliwy klucz gęsi. Koty sąsiadów dają nocne koncerty. Na murach pojawiły się kowale, a do domu wpadła pierwsza mucha.
Wraz z wiosną przyszedł czas na małe porządki w życiu. Mam taki zwyczaj, że właśnie o tej porze roku robię sobie "przegląd techniczny". Odwiedziłam więc fryzjera i dwóch lekarzy. Zwierzaki zabrałam na "przegląd" jeszcze w lutym, wtedy też uzupełniliśmy szczepienia. Bestia dostał krople do oczu, które podawałam mu przez tydzień (biedak ostro protestował i wzywał TOZ). W pracy zmieniłam wystrój swojej sali. Wysłałam też PIT-y. Tata po kilku latach przekonywania nareszcie przestał wątpić w moje umiejętności i powierzył mi swój PIT.
Jestem już na ostatniej prostej, jeśli chodzi o katalog pocztówek. Serce rośnie, gdy uświadamiam sobie, że do obróbki i wgrania na serwer pozostało tylko kilkadziesiąt skanów. Od początku lutego pracuję nad katalogiem codziennie, więc siłą rzeczy inne moje zainteresowania trochę ucierpiały. Zaniedbałam zwłaszcza czytanie. Poza tym zaczynam czuć fizyczne zmęczenie wieczornymi randkami z komputerem. Jestem jednak zdeterminowana, żeby wreszcie zrealizować ten swój "projekt" do końca, tym razem bez pomocy byłego chłopaka. Przy okazji odkryłam, że łącznie wszystkich pocztówek (z obiegu i czystych) mam już ponad trzy tysiące. 
Pozostając w temacie pocztówek, w tym tygodniu dostałam śliczną kartkę z motylem od Dagmary. Takiego motyla niestety nie spotkamy w Polsce. Występuje w niektórych państwach obu Ameryk. U moich attacusów mogłam jednak oglądać mniejsze przezroczyste fragmenty skrzydeł i moim zdaniem naprawdę niesamowicie to wygląda. W dotyku te fragmenty skrzydeł najbardziej przypominały... przezroczyste woreczki śniadaniowe. 
 
 
Greta oto

 
Wskakiwanie na moje łóżko stało się codziennym rytuałem Pięknej. Można powiedzieć, że porannym i wieczornym, bo właśnie wtedy ładuje się na wyrko. Szybko okazało się, że ma to swoje minusy - w deszczowe dni skakanie tuż po przyjściu z podwórka na czystą pościel nie jest najlepszym pomysłem. Mimo to ja i tak się cieszę. Piesa potrzebowała roku, żeby zaufać mi na tyle, by polubić spanie razem. Wcześniej zawsze szybko uciekała z łóżka, gdy próbowałam ją tam zabierać. Teraz lubi wyciągać się obok mnie i nie unika dotyku. Moja dentystka była zdziwiona, gdy opowiedziałam jej, że Piesa dopiero po roku od adopcji zaczęła wskakiwać na łóżko. Większości ludzi, którzy mają psy, wydaje się to oczywiste. I wiecie co? Kiedy trzeba sobie na taką zażyłość zapracować, cieszy jeszcze bardziej!

1.04
Przyjemny sobotni poranek w Norze. Zawyżamy ze Szczurem stan czytelnictwa w Polsce.
Przyjechałam tu wczoraj, ponieważ na dzisiejszy wieczór mamy bilety do opery. Ostatni tydzień był dla mnie dość stresujący, bo miałam sporo do załatwienia (w tym dwie wizyty u lekarzy), a na domiar złego dopadło mnie jakieś przeziębienie i martwiłam się, że nie dam rady pojechać do Nory. Na szczęście oprócz kataru póki co nic mi nie dolega, a i on nie jest bardzo silny. Mam nadzieję, że nie rozwinie się z tego większa infekcja.
Wczoraj pierwszy raz podróżowałam pociągiem w strefie ciszy. Podobało mi się. Ludzie naprawdę troszczyli się o zachowanie ciszy, większość czytała albo korzystała ze słuchawek. Wychodzili na korytarz, żeby rozmawiać przez telefon, a gdy dwie osoby zaczęły głośno dyskutować, inny pasażer natychmiast do nich podszedł i poprosił o ciszę. O ileż przyjemniej by się podróżowało, gdyby to był standard! Oczywiście rozumiem, że nie sposób narzucić kilka godzin ciszy małym dzieciom, ale przynajmniej pozostali mogliby się postarać o spokój, prawda?
W nocy ugotowałam sobie lekki obiad na dzisiaj, by nie męczyć brzucha, który nie lubi odstępstw od codziennej rutyny. Kiedy wzięłam ciepły prysznic, poczułam, jak ogarnia mnie spokój. Spało mi się bardzo dobrze.

10.04
Po białym i mroźnym początku tygodnia na szczęście nie ma już śladu. Od wczoraj znowu na przemian pada i świeci słońce, jednak temperatury stały się przyjemniejsze (około dziesięciu stopni). Na spacerach zauważyłam, że zaczyna pachnieć wiosną. Widziałam pierwszego w tym roku motyla, pojawiły się też gromady kowali na pniach. Ptaki śpiewają jak szalone, nawet przez pół dnia. Bestia najchętniej nie opuszczałby swojego stanowiska obserwacyjnego na parapecie. A dzisiaj... dzisiaj z kuchennego okna zobaczyłam tęczę, i to podwójną. Piękny symbol nadziei na początek wiosny.

14.04
Piękna rozchorowała się w święta. Zaczęło się od tego, że w Wielką Sobotę o czwartej nad ranem domagała się wyjścia na dwór, a później paskudnie się załatwiła. Podałam jej węgiel. Przez cały weekend sprawdzałam, jak się załatwia, zastanawiając się, czy powinnyśmy po świętach pojechać do weterynarza. Wydawało się, że jest lepiej, chociaż nie idealnie. We wtorek przyszedł czas na decyzję, co z ewentualną wizytą. Poszłyśmy na spacer, a tam... jeszcze gorsza niż w sobotę, paskudna kupa, w której pojawiła się krew. Przeraziłam się nie na żarty. Zapakowałam Piesę do samochodu taty i popędziliśmy do gabinetu.
W gabinecie okazało się, że Piękna ma gorączkę. Zdziwiłam się, bo w ogóle nie było tego po niej widać - zachowywała się jak zwykle, czyli tryskała radością i szalała na dworze, apetyt też oczywiście miała. Pani doktor stwierdziła nieżyt jelit. Piesa dostała zastrzyk z antybiotykiem, lekiem przeciwzapalnym i przeciwgorączkowym. Przez dobę, do kolejnej wizyty, nie mogła nic jeść. Podawałam jej wodę strzykawką do pyszczka, bo bez jedzenia nie kwapiła się do picia. Jak można się domyślać, Piękna nie była zachwycona głodówką i przy każdym naszym posiłku starała się zwrócić na siebie uwagę. Przyłapałam ją nawet na lizaniu podłogi, widocznie liczyła na jakieś okruszki.
W czwartek temperatura wróciła do normy, krew też zniknęła. Wetka zaaplikowała kolejny zastrzyk, a na resztę tygodnia dostałyśmy lek w postaci tabletek do zażywania w domu. Piękna ma dietę - na razie je tylko ryż z gotowanym indykiem lub kurczakiem, do tego siemię lniane. Trzeba dać jej trochę czasu i jeżeli kupy będą niepokojące, zrobimy badania kału i krwi. Póki co wyglądają lepiej.
Gdyby ktoś teraz dobrał się do mojego telefonu, prawdopodobnie uznałby mnie za totalnego creepa. 🤷 Do zdjęć motyli w różnych stadiach rozwojowych doszła fotograficzna dokumentacja psich kup w ciągu całego ostatniego tygodnia...

16.04
Wczoraj przyszła pierwsza burza w tym roku. Nie była okazała - raz zagrzmiało, trochę mocniej popadało - ale moja babcia mawiała, że od pierwszej burzy zaczyna się prawdziwa wiosna.
Na tę burzę zanosiło się przez cały dzień, ale chmury przychodziły i odchodziły. Zagrzmiało dopiero po dwudziestej. Wcześniej, po obiedzie, postanowiłam zaryzykować i pójść z Piękną na dłuższy spacer. I nie żałuję, jako że chmury się rozstąpiły, a to, co zobaczyłam za wiaduktem... to po prostu czysta magia! W ciągu dwóch ostatnich dni na drodze do lasu zakwitło mnóstwo drzew i krzewów. Na różowo, biało, żółto... Pachniały nieziemsko. Szłam i czułam, że z zachwytu łzy podchodzą mi do oczu. ❤️🥹 A to nie wszystko! Zobaczyłam kilka saren biegnących przez pole - co prawda z daleka, więc widziałam je jako małe, podskakujące plamki - ale po sposobie poruszania się wiedziałam, że to sarny. Miałam też szczęście zaobserwować inną sarenkę z bliska, jak przedzierała się przez trawy obok drogi, świecąc białym zadkiem.
Zaczął się więc sezon na piękne obserwacje przyrodnicze... Przydałaby się teraz lornetka. A nie wspominałam jeszcze, że w czwartek w drodze do pracy widziałam pierwszego w tym roku bociana. Chodził po podmokłych terenach nad rzeką.
 
 

 
 
23.04
Dostałam z Finlandii taką wielkanocną pocztówkę z czarownicami. Wyobraźcie sobie, że nie znalazły się one na świątecznej kartce przypadkowo. W Szwecji i w Finlandii istnieje zwyczaj przebierania się w Wielką Sobotę za wiedźmy. Dzieci w kostiumach czarownic i starców chodzą po domach, a sąsiedzi częstują je słodyczami, zupełnie jak w Halloween. Dowiedziałam się o tym dopiero niedawno!
 
 
 

24.04
Mój pierwszy obrazek AI.
 
 


7.05
Po powrocie z długiego weekendu Szczur został u mnie aż do niedzieli. Kiedy ja pracowałam, on regenerował się po traumatycznych przeżyciach w Karpaczu, a w piątek towarzyszył mi do dentystki. Wybraliśmy się też z Piesą na dwa długie i relaksujące, wieczorne spacery po lasach - raz do Starego Lasu, a raz na Murcki. Nadchodzący tydzień prawdopodobnie będzie dla mnie trudny, bo zapowiada się więcej późnych powrotów do domu niż zwykle. Zacznie się od razu w poniedziałek, a ponieważ poniedziałek i wtorek to moje najbardziej męczące dni w pracy, to już samo w sobie jest dołujące. Najbardziej jednak stresuje mnie czekanie na wyniki badań taty, których bardzo się boję (poradnia onkologiczna...). Kiedy nie mam czym zająć myśli, czuję się, jakbym siedziała na tykającej bombie. Dlatego jestem wdzięczna Szczurowi, że został ze mną do końca tygodnia i pomagał mi te myśli zajmować.
W Lesie Murckowskim nie byliśmy chyba od zeszłorocznej majówki. Piękną ekscytowało więc wszystko dookoła. Obszczekiwała napotkane psy i jednego pana (coś w jego wyglądzie musiało wywołać u niej negatywne skojarzenia, bo sprawiała wrażenie mocno zaniepokojonej), bawiła się szyszką, tarzała się i robiła takie akrobacje wśród przydrożnych roślin, że Szczur co chwilę musiał ją odplątywać. Do lasu trafiliśmy niedługo po deszczu, więc na ścieżkach lawirowaliśmy między kałużami, ślimakami i pokaźnymi dżdżownicami. Znaleźliśmy też jednego padalca, niestety martwego. W stawie, nad którym około dwudziestej zaczęły podnosić się opary, pływały całe rzesze kijanek. Nad wodą latał nietoperz, pierwszy zauważony przez nas tej wiosny.
Po przyjeździe z Murcek zdjęłam z Pięknej cztery kleszcze, w tym jednego wbitego. To już kolejny raz, jak Piesa łapie kleszcze niecałe trzy tygodnie od ostatniej dawki kropli, mimo że powinny one rzekomo wystarczyć na miesiąc. Teoria teorią, ale praktyka pokazuje, że po trzech tygodniach ich działanie się kończy i należałoby je aplikować właśnie wtedy. Cóż... i tak miałam zamówić witaminy dla Piesy, więc kupię zwierzakom również krople.
 
 





8.05
Niedziela: Rosomak robi pranie, między innymi legginsów i ocieplanych bluzek z wyjazdu. Suszy na cito ulubione legginsy i bluzkę, żeby móc jutro włożyć najbardziej mięciutkie ubrania.
Poniedziałek: Rosomak w czasie kolacji zrzuca sobie na świeżo wyprane legginsy i bluzkę plaster pomidora.
Ostatnio często słyszę wyrażenie "relacja z jedzeniem". Nie jestem pewna, czy mam jakąś relację z jedzeniem, ale moje ubrania od zawsze są z nim w bliskiej relacji...

13.05
Dzisiaj Eurowizja, czyli moja "guilty pleasure", której sama nie rozumiem. Większości eurowizyjnych piosenek nigdy nie wybrałabym do słuchania dla przyjemności (prędzej już z dziecięcej Eurowizji). Mimo to mam taką małą tradycję oglądania konkursu od dziecka, a dokładnie od roku, kiedy wygrał Lordi. Być może dlatego, że roi się tam od ekscentryków i jest na kim oko zawiesić. A może i dlatego, że Eurowizja zwykle zbiega się w czasie z początkiem okresu, gdy temperatura powietrza staje się dla mnie komfortowa, coraz łatwiej spotkać gąsienice, a do wakacji można już całkiem sensownie odliczać...
W tym roku podobają mi się: Litwa, Albania, Niemcy, Szwajcaria.
A wygra moim zdaniem reprezentant Finlandii, o którym przez większość piosenki ciężko powiedzieć, że śpiewa... ale jest w tym roku jednym z dwóch największych dziwaków na scenie (obok Chorwatów), a to bardzo pomaga. Zobaczymy, czy mam rację.

31.05
Tata już w domu! 🙂
We wtorek lekarz powiedział mu, że w środę wraca do domu. Zaraz po przebudzeniu odebrałam SMS-a z taką wiadomością i początkowo nie miałam pewności, czy tata nie żartuje. Byłam przekonana, że zostanie w szpitalu jeszcze co najmniej do końca tygodnia.
Tata czuje się słaby, jak to po poważnej operacji, ale zadowolony z powrotu do domu. Leży we własnym łóżku, je ulubione potrawy i ogląda ulubione programy, za które nie musi płacić dwuzłotówkami. Z tego, co mówi, najbardziej chciałby już prowadzić samochód.
Na cześć taty dzisiaj na obiad były placki ziemniaczane. Nie zdziwiłabym się, gdyby w rodzinie taty odkryto gen słabości do placków i gdyby był on dominujący.

2.06
Czytając opinie czytelników o książkach w serwisie Lubimy Czytać, trafiłam na zdanie: Opowiada o problemach różnorakich maści: fałszywych przyjaźniach, pierwszej miłości, trudnej sytuacji rodzinnej i terroryzowaniu zwierząt w cyrku.
Zaraz sobie wyobraziłam, jak moje maści na półce zwierzają się sobie pod osłoną nocy ze swoich problemów...

14.06
Po Bożym Ciele pierwszy raz od dawna miałam naprawdę spokojny, odprężający weekend. Przyjechał Szczur. Z jego pomocą zrobiłam z mamą duże zakupy i sporo załatwiłam, a wieczory mieliśmy dla siebie. Oprócz piątku, gdy przez pół dnia padało (przyszła burza), codziennie jeździliśmy do lasu. Chodziliśmy naszymi ulubionymi ścieżkami, a Piękna była w swoim żywiole. Znaleźliśmy kilka gąsienic, w tym dorodną barczatkę napójkę. Inne obserwacje też dopisały. Pierwszego wieczoru sarna przebiegła nam przed samochodem (na szczęście Szczur jeździ bardzo ostrożnie), natomiast w lesie spotkaliśmy dwie ropuchy. W sobotę widzieliśmy jeża i bajeczny zachód słońca nad zalewem. Jeśli chodzi o tatę, poczuł się na tyle dobrze, że zaczął wchodzić na piętro.
Na myśl o minionym weekendzie czuję ogromną wdzięczność, bo teraz dla odmiany mam bardzo męczący, intensywny tydzień. Jak to pod koniec roku szkolnego, spraw do załatwienia jest multum, na czele z dokumentacją. Najgorszy dzień w pracy miałam dzisiaj. Nie chodzi o to, że nie poradziłam sobie, bo poradziłam, ale czterdzieści pięć minut przeczołgało mnie bardziej niż niejeden tydzień. Nie będę wchodzić w szczegóły, w każdym razie był to dopiero początek pracy. Przez resztę dnia czułam się jak wyżęta ścierka.
Po powrocie zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby postawić się na nogi. Zabrałam Piękną na spacer dość odludną trasą, przespałam się, wzięłam gorący prysznic i zjadłam truskawki. Udało mi się nie dopuścić do migreny, mimo że przy obiedzie czułam znajome kłucie za okiem. I całe szczęście, że miałam czas na regenerację. Czekają mnie jeszcze dwa bardzo trudne dni. Przyszły tydzień powinien być już spokojniejszy. Byle dotrwać do piątkowego wieczoru...
Jeśli macie wśród swoich bliskich nauczycieli, bądźcie dla nich wyrozumiali o tej porze roku. I nie dziwcie się, jeżeli dopiero po tygodniu urlopu dociera do nich, że go mają. 
 
 




15.06
Dziwna sytuacja mi się dziś przydarzyła. Idąc do pracy, usłyszałam, że ktoś wykrzykuje moje imię. Kiedy się odwróciłam, nikogo nie było. No i teraz nie wiem, czy:
a) ktoś na osiedlu przypadkowo wołał osobę o tym samym imieniu,
b) mam jakieś haluny spowodowane czerwcowym zmęczeniem.

26.06
Oto jeden z najpiękniejszych aspektów urlopu.
 
 

 

wtorek, 4 lipca 2023

[150] 100 faktów o mnie (cz. II)

 
Mój blog obchodzi tego lata podwójny jubileusz. Po pierwsze, w czerwcu skończył siedem lat (na szczęście nie musi pójść do szkoły), a po drugie, właśnie stuknęło mu sto pięćdziesiąt postów. 
 
 

 
Z tej okazji postanowiłam spiąć zadek i napisać drugą część posta 100 faktów o mnie (cz. I), który długo nie mógł doczekać się kontynuacji. Wbrew pozorom, nie było to łatwe zadanie... Może się wydawać, że mówić o sobie da się w nieskończoność, a jednak drugą porcję faktów kompletowałam po trochu przez cały miesiąc. Jeśli nie wierzycie, sami spróbujcie wypisać tyle faktów o sobie!


51. Urodziłam się w poniedziałek, około siedemnastej. 
 
52. Gdybym urodziła się chłopcem, rodzice nadaliby mi imiona Adam Paweł. 
 
53. W moim wychowaniu bardzo ważną rolę odegrała babcia od strony mamy. Noc, kiedy nagle straciłam babcię, była najgorszą nocą w moim życiu. Przez wiele miesięcy nie potrafiłam się z tym pogodzić. 
 
54. Często mam gęsią skórkę. Od zimna (subiektywnie odczuwanego), delikatnego dotyku, słuchania muzyki, oglądania wzruszającego filmu, patrzenia na coś pięknego. 
 
55. Jestem zakochana w stylu boho. Poluję na klimatyczne dodatki do swojego pokoju w Norce.
 
56. Poznałam swojego partnera przez Internet, dzięki blogowi "Koci świat" Katji.
 
57. Mam mnóstwo pieprzyków.
 
58. Wyciszają mnie czynności polegające na układaniu na półkach, sortowaniu, przeliczaniu.
 
59. Nie przepadam za tymi obowiązkami domowymi, których efekt jest bardzo krótkotrwały. Odkurzając dom, w którym mieszkają pies i kot, czuję się jak Syzyf wtaczający swój głaz pod górę.

60. Mocno przywiązuję się do ludzi, zwierząt, miejsc, przedmiotów... Czasem wychodzi mi to na dobre, a czasem niestety nie.

61. Moja ulubiona pizza to taka z pieczarkami, mozzarellą, pomidorami i jajkiem.
 
62. Z warzyw najbardziej lubię pomidory, ziemniaki w różnej postaci i ogórki...
 
63. ...a z owoców - arbuzy, jabłka, truskawki i borówki. Najczęściej jednak jem banany, gdyż dobrze robią na nerwowy żołądek.

64. Kiedy miałam dziewiętnaście lat, przez ponad rok zapisywałam ze szczegółami wszystkie swoje sny. Po pewnym czasie pamiętałam z nich tyle, że do dziś trudno mi w to uwierzyć.

65. Irytują mnie odgłosy grzebania w szeleszczących opakowaniach i zgniatania plastikowych butelek.
 
66. Na pierwszą w życiu randkę poszłam z chłopakiem do lasu. Mimo że znam Najbliższy Las, pomyliłam drogę i wyszliśmy z innej strony niż planowałam.

67. W swoim ciele najbardziej lubię nogi, oczy i włosy, a najmniej - usta i przedramiona.

68. Bywam nazbyt dokładna, ale głównie w 2D. Nie lubię, gdy coś jest krzywo wycięte, wydrukowane, zawieszone itp.

69. Od razu zauważam, jeśli ktoś dotykał moich rzeczy.

70. Mam grupę krwi A.
 
71. Jak dotąd odwiedziłam pięć krajów, wszystkie w Europie.

72. Gdy miałam siedemnaście lat, planowałam wydrukować wszystkie chromosomy ze strony Human Genome Project i porozwieszać je w pokoju.
 
73. W miejscach publicznych najbardziej męczy mnie głośna muzyka. Mam też problem z zapachami innych ludzi, zwłaszcza gdy te zapachy są liczne i nakładają się na siebie.

74. Jestem muzycznym beztalenciem. Nie potrafię śpiewać, tańczyć, grać na żadnym instrumencie, a nawet gwizdać.

75. Z zasady nie zabijam owadów, z wyjątkiem much i komarów. Czuję duży dyskomfort psychiczny, gdy ktoś zabija ćmę.

76. Nieustannie słyszę od rodziny, że za głośno mówię. Tymczasem w pracy, gdy jestem w większym gronie dorosłych, mój głos w tajemniczy sposób cichnie i zupełnie nie ma siły przebicia.
 
77. U innych osób najbardziej cenię sobie lojalność, szczerość i życzliwość.
 
78. Raz w życiu miałam chomika. Niestety, po miesiącu nieoczekiwanie umarł. Nigdy więcej nie kupiłam zwierzaka w sklepie zoologicznym.
 
79. Nienawidzę zostawiania rzeczy na ostatnią chwilę. Wolę robić wszystko, co się da, z pewnym wyprzedzeniem, bo w przeciwnym razie zjada mnie stres i trudno mi się skupić. W pracach grupowych najbardziej męczy mnie czekanie do ostatniego wieczoru przed deadline'em, aż inni wykonają swoją część roboty.

80. Chętnie otaczam się jasnymi, pastelowymi kolorami. Z kolei ubrania wybieram jaskrawe i wyraziste.

81. Skoro już mowa o ubraniach, uwielbiam połączenie czerwieni i czerni.
 
 
82. Najbardziej efektywnie odpoczywam w lesie.
 
83. Znam bardzo dobrze angielski i uczę się hiszpańskiego. Przez sześć lat miałam w szkole niemiecki, ale ten język nigdy w mojej głowie nie "zadokował".

84. Asertywność jest umiejętnością, nad którą stale muszę pracować. W ciągu ostatnich kilku lat zrobiłam spore postępy, ale jeszcze bywa z tym różnie.
 
85. Wyhodowałam już dorosłe motyle z gąsienic dwudziestu siedmiu gatunków! 
 
86. Na lewym kolanie mam maleńką bliznę - pamiątkę po rozbiciu kolana w dzieciństwie. 
 
87. W czasach studenckich garnęłam się do wolontariatu. Opiekowałam się dziećmi, pomagałam przy prowadzeniu badań naukowych czy organizacji konferencji.

88. Gdybym miała pracować w jakiejś organizacji pozarządowej, to chciałabym działać na rzecz osób zaginionych i ich bliskich.
 
 
89. Mam wyrzuty sumienia, gdy marnuje się jedzenie. 
 
90. Bardzo stresuje mnie rozmawianie przez telefon z całkowicie obcymi ludźmi. Muszę wiedzieć z wyprzedzeniem, czego będzie dotyczyła rozmowa - przynajmniej mniej więcej. W przeciwnym razie zatyka mnie na amen i nie potrafię logicznie myśleć. Dlatego sama dzwonię załatwiać różne sprawy, ale nie odbieram połączeń z nieznanych numerów. 
 
91. Od lutego zeszłego roku mam spersonalizowany planer. Zapisuję w nim, co robiłam w danym dniu, gdzie poszłam na spacer, co jadłam na obiad, jakie książki przeczytałam i inne tego typu rzeczy. Dobrze mi to robi na funkcje wykonawcze.

92. Kilka razy w życiu straciłam przytomność. Mam skłonności do omdleń w wyniku bólu oraz po pobieraniu krwi.

93. Byłam świadkiem na ślubie mojego przyjaciela. Ciekawostka: ceremonia odbyła się w języku angielskim.
 
 
94. Nie smakuje mi alkohol, z wyjątkiem niektórych likierów i słodkich drinków. Moim ulubieńcem jest likier Sheridan's. 

95. Lubię oglądać występy artystów cyrkowych, a także różnego rodzaju iluzjonistów. Im bardziej oryginalny występ, tym większe robi na mnie wrażenie. Oglądam je w sieci. Raz w życiu, gdy miałam siedem lat, rodzice zabrali mnie do cyrku. Chętnie poszłabym znowu, ale pod warunkiem, że byłby to cyrk bez zwierząt.
 
96. Nie wierzę w zjawiska paranormalne. Najzwyczajniej w świecie nie umiem. Mój umysł zawsze dąży do znalezienia racjonalnego wyjaśnienia.

97. Zbieram zgubione wibrysy moich zwierzaków i przechowuję je w kopercie. Chciałabym sprawić sobie wisiorek z żywicy z tymi wąsikami w środku.

98. Wciąż pamiętam stare numery telefonów kolegów z podstawówki.

99. Nie ruszam się z domu bez plecaka, chyba że na krótki spacer po okolicy. Torebek używam tylko w ostateczności.

100. Aktualnie moim marzeniem numer jeden jest prawo jazdy.
 
 
Czy coś Was zaskoczyło? Co najbardziej? 👽
 

niedziela, 4 czerwca 2023

[149] Onkomaj

 
Tata Rosomaka z dnia na dzień został pacjentem onkologicznym.
 
Rok temu, na przełomie zimy i wiosny, tacie zaczął dokuczać ból niewiadomego pochodzenia. Przez dłuższy czas źle mu się chodziło bez laski. Rodzice odwiedzili kilku lekarzy różnych specjalizacji, ci zaś próbowali znaleźć przyczynę bólu. Wysuwali różne hipotezy i kierowali na badania, ale badania ich hipotez nie potwierdzały. Neurolożka jako jedyna podejrzewała narząd, który ostatecznie okazał się być źródłem problemu. Jednak specjalista od owego narządu nie zauważył na USG nic niepokojącego. W końcu ból ucichł, dyskusje w gabinetach lekarskich także.
 
Minęła jesień, po niej kolejna zima. Tuż po Wielkanocy tatę znowu dopadł ból, tym razem gdzie indziej niż poprzednio. Lekarz rodzinny zlecił kilka kolejnych badań i choć jego podejrzenia okazały się nietrafione, w końcu wyszło szydło z worka. Guz. Spory. W miejscu, gdzie prawie przed rokiem szukano, ale nie znaleziono.

Ze względu na prywatność taty nie chcę pisać tu bardziej szczegółowo o jego chorobie. Przyjaciele i bliscy znajomi znają (lub wkrótce poznają) konkrety - to wystarczy. Przedstawiłam jednak ogólny zarys sytuacji, bo bez niego nie umiałabym pisać o tym, co obecnie się u mnie dzieje.
 
Przez cały maj towarzyszyły mi bardzo trudne, czasem skrajne emocje. Kiedy dowiedziałam się o chorobie taty, nie czułam się zaskoczona - objawy sprzed roku już wtedy budziły we mnie strach, żeby to nie było coś poważnego. Czułam się raczej tak, jakbym za długo była spokojna i szczęśliwa, za długo stąpała po pewnym gruncie, więc znowu musiało przyjść coś, co nim zatrzęsie i sprawi, że stracę wywalczoną z takim trudem równowagę. Następnie pojawiły się wściekłość i żal na myśl o lekarzu, który nie zauważył kilkucentymetrowego guza na narządzie będącym w centrum jego zainteresowań. Jakim cudem - nie mam pojęcia, skoro inny lekarz (bez specjalizacji w danej dziedzinie) nie miał z tym problemu. Na razie nie potrafię wybaczyć, że przez niego leczenie zaczęło się rok później niż mogło.

Wszystkie te emocje zdominował jednak lęk - paraliżujący lęk przed utratą bliskiej osoby. Bałam się, że zaplanowana operacja zostanie odwołana lub nie powiedzie się, bo przecież każdy poważny zabieg u starszych osób jest obarczony większym ryzykiem. Najgorzej czułam się dwa tygodnie przed operacją taty, gdy na całego zaatakowały mnie psychosomy. Brzuch nie dawał mi spokoju: w niektóre dni zaraz po obiedzie dostawałam biegunki, w inne od rana bolał mnie żołądek. Ze spaniem też nie było dobrze. Lęk został dodatkowo pogłębiony przez nagłą zmianę domowej rutyny. Kiedy tata poszedł do szpitala, cały dom jakby stanął na głowie. Problemów zaczęła przysparzać logistyka czynności, które zawsze były dobrze zorganizowane, na czele z zakupami i codziennymi dojazdami w różne miejsca.

Na szczęście operacja odbyła się w terminie i przebiegła zgodnie z planem, a tata zdążył już wrócić do domu. Po przebadaniu guza ma zostać wdrożone leczenie. Prawdopodobnie nie będzie to tradycyjna chemia, tylko leki nowej generacji, które skuteczniej działają na ten rodzaj nowotworu. Z tego co wyczytał Szczur, dzięki tym nowoczesnym lekom rokowania są znacznie lepsze niż byłyby kilkanaście lat temu. Oczywiście tata musi teraz dojść do siebie po operacji. Czuje się nieźle, odpoczywa we własnym łóżku i ogląda ulubione programy w telewizji.

W międzyczasie ja rozchorowałam się na całego - zaraz po operacji, gdy tylko silny stres nagle ustąpił, złapałam infekcję, jakiej o tej porze roku nie miałam chyba od podstawówki. Zmarnowałam ponad tydzień. Jakby tego było mało, po kilku dniach zaraziłam mamę.

Cieszę się, że maj już dobiegł końca. Choć to jeden z moich ulubionych miesięcy w roku, tym razem przez większość czasu nie miałam głowy do spacerów i zrobiłam żałośnie mało zdjęć. A jednak budząca się do życia przyroda pomagała mi, jak mogła, zwłaszcza śpiewy ptaków za oknem. W pracy, gdy tylko zaczynałam czuć ukłucia lęku, otwierałam wszystkie okna, żeby wpuścić świeże powietrze i odgłosy z zewnątrz.

Spośród moich małych obserwacji najbardziej wdzięczna jestem za konwalie. Rosły na sąsiedniej ulicy, przebijając się w stronę słońca przez szczelinę w murze. Powiedziały mi dokładnie to, co najbardziej chciałam usłyszeć.




wtorek, 16 maja 2023

[148] Motyle 2022: Szczęściarze i pechowcy

 
Czas na dalszy ciąg moich motylowych wspomnień z zeszłego roku. 

Gdy tamten sezon na motyle się zaczynał, nie planowałam jakoś bardzo aktywnie szukać gąsienic, ponieważ moim priorytetem było wtedy oswajanie Pięknej. Wkrótce jednak okazało się, że gąsienice jakby zjawiają się same. Wszędzie: na wiejskich drogach, na trasie od miejsca pracy do przystanku, w lasach. I choć nie brakowało wśród nich pechowców, jak to w przyrodzie, część owadów udało mi się wyhodować, a przy okazji lepiej poznałam kolejne gatunki.

niedziela, 30 kwietnia 2023

[147] Pamiętniki zimowe

 
2.12
Trudny dzień dziś miałam. Wciąż czuję w czasie większych posiłków ból w okolicy zaplombowanego zęba, przez co bywam lękowa. Każdego dnia jest lepiej niż poprzedniego, ale nie potrafię jeszcze przestać wsłuchiwać się z niepokojem w sygnały z jamy ustnej. Jakby wrażeń było za mało, w pracy miałam dzisiaj trudną sytuację. Bardzo się martwiłam, na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Stres skumulował się i po obiedzie, gdy mogłam już przestać powstrzymywać emocje, miałam rewolucję żołądkową. 
Kończą mi się łyżeczki na ten tydzień. Całe szczęście, że jutro piątek.

8.12
W weekend udało mi się zregenerować. Planowałam pojechać z rodzicami do cioci, żeby przekazać prezenty dla kuzyńców, ale w sobotę rano zdecydowałam, że zostaję. Na samą myśl o kolejnym z rzędu poranku pod presją czasu czułam głęboką niechęć. Odpuściłam więc. Pod nieobecność rodziców poszłam na spacer z Piesą, posprzątałam mieszkanie i wzięłam gorącą kąpiel. Już to mi pomogło, a później było tylko lepiej. Czytałam, wgrywałam pocztówki do internetowego albumu, szykowałam pocztę i przez dwa wieczory z rzędu robiłam świąteczne mydła. W poniedziałek poszłam do pracy z nową energią do działania. Niestety, starczyło jej na niezbyt długo.
Lubię grudzień z powodu oczekiwania na drugi najprzyjemniejszy dla mnie okres w roku (wiadomo: zimowe przesilenie, Boże Narodzenie, Sylwester, ferie zimowe). Jest to jednak zarazem jeden z najbardziej przebodźcowujących miesięcy, głównie przez wszechobecne sztuczne światło oraz zapieprz w pracy. W pracy co roku powtarza się ten sam schemat: mnóstwo osób na L4 w ostatnich tygodniach przed świętami, uczniowie oszołomieni ilością zmian i nabuzowani od nadmiaru bodźców. Rodzina też ciągle coś wymyśla. Staram się koncentrować na wszystkim, co pozytywnego niesie ze sobą ten miesiąc. Codziennie po pracy kładę się na parę godzin. Mam dużo radości z przygotowywania świątecznej poczty i prezentów dla bliskich. Pomagają mi również moje małe rytuały, takie jak codzienne czytanie po jednym rozdziale "Śnieżnej siostry" i słuchanie świątecznych podcastów. Mimo wszystko dzisiaj znowu czuję, że kończą mi się łyżeczki, choć jest dopiero czwartek rano. Miałam dziwną noc, pełną irracjonalnych koszmarów, po czym obudziłam się z migreną. Z czasem doszły ból zęba (nie odzywał się przez tydzień) i niespokojny brzuch. Nie mam siły umyć włosów, mimo że tego potrzebują.
I tak jestem z siebie dumna. Z każdej drobnej rzeczy, która mi się udaje. Jestem dumna, że jesienią zaprowadziłam nowy porządek w zagraconej od lat spiżarni. Jestem dumna, że chodzę regularnie na spacery, pięć razy w tygodniu. Jestem dumna, że nie wyładowuję swoich emocji na innych, nawet jeśli ceną jest strata kilku wieczornych godzin na spanie. Że wyjątkowo wcześnie wysłałam świąteczną pocztę. A najbardziej chyba ze swoich mydeł. Tym razem korzystałam tylko z dwóch barwników, ale za to mydła pachną cudownie: piernikami, cynamonem, pomarańczą, kokosem. Niedługo znajdziecie je w listach lub, miejmy nadzieję, dostaniecie do łapek w sylwestrową noc.





9.12




10.12
Przyszedł czas na pieczenie pierników. Przez cały tydzień nie umiałam się zmobilizować, więc przeznaczyłam na to piątkowy wieczór, gdy zaczynam się odprężać po wcześniejszym powrocie do domu. Pierwsza tura wykonana, z przepisu trochę innego niż zazwyczaj, który mama znalazła na YouTube. Co ciekawe, jakoś łatwiej się je wykrawało niż te z wieloletniego przepisu. Pierwszy pierniczek przypadł w udziale Pięknej. Piesa znakomicie odnajduje się w roli degustatorki. Zabrała ciasteczko na swój dywanik i delektowała się nim po jednym gryzie.

11.12
Mikołaj jednak o mnie nie zapomniał 😊 dziękuję Wam za pamięć!




Dzisiejszy wieczór spędziliśmy ze Szczurem, Magdą i Maćkiem w escape roomie "Fabryka Czekolady". Jak sama nazwa wskazuje, pokój nawiązywał do "Charliego i fabryki czekolady" Roalda Dahla, ale bardzo luźno. Wcieliliśmy się w role szpiegów poszukujących w fabryce słynnych babeczek babci Josephine. Słodkości rzeczywiście było po uszy. Całe szczęście najbardziej potrzebujący ząb mam już zreperowany, więc zęby mnie nie rozbolały 😋 Do tej pory zachodzę w głowę, jak to zrobiono, że w całym pokoju unosi się zapach pierników. 
Szczerze mówiąc, po przeczytaniu kilkunastu opinii w Internecie spodziewałam się... prostszych zagadek. Zastanawiałam się nawet, czy na pewno wycieczka do tego pokoju ma sens, skoro tyle osób uważa go za niezbyt trudny. Nic bardziej mylnego! Niektóre łamigłówki zajęły nam sporo czasu i z całą pewnością przekroczyliśmy regulaminową godzinę. Na szczęście mogliśmy dokończyć zabawę. Najzabawniejsze, że najdłużej męczyliśmy się z... myszą 🐭
Do świąt pozostało mi dziewięć dni roboczych. 🎄

18.12
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mieliśmy w okolicy tak dużo śniegu. Mimo różnych niedogodności widok śniegu sprawia mi przyjemność, czuję się spokojniejsza. Już teraz przykro mi, że według wszelkiego prawdopodobieństwa w święta go nie będzie. Uczniowie są zachwyceni, dla wielu to pierwszy świadomy kontakt z taką zimą. Piękna w swoim żywiole. Uwielbia skakać po śniegu, kopać w nim, uciekać przed śnieżkami, a nawet być wrzucana do zaspy. 😆
Dzisiaj mam trudną noc. Dużo wczoraj sprzątałam, bo mama wymyśliła, że zaprosi na niedzielę siostrę i szwagra. Niestety, najwyraźniej za dużo jak na moje możliwości. Obudziłam się o czwartej połamana. Zjadłam, wypiłam ciepłą herbatę, posiedziałam w fotelu, ale wciąż ciężko mi znaleźć pozycję, żeby znowu zasnąć. Obok mnie Piękna powarkuje przez sen.

31.12
Mieliśmy wczoraj ze Szczurem nie lada intensywny dzień. Po przyjeździe do Nory przeraziła mnie ilość zalegającego wszędzie kurzu. W sumie trudno się dziwić, bo ostatnich kilkanaście dni Szczur spędził poza domem, a wcześniejsze stany lękowe raczej też sprzątaniu nie sprzyjały. Uzbrojeni w ścierę, gąbki, magiczne płyny i odkurzacz, ruszyliśmy na wojnę z kurzem. Wywołało to małego focha u Piesy, która nie cierpi porządków, ale Norka została przywrócona do stanu używalności. 
Wieczorem pojechałam ze Szczurem na tai chi. Wahałam się, czy jechać, jednak wstałam wczoraj w tak dobrej formie, że szkoda byłoby tego nie wykorzystać. Zajęcia odbywają się w prywatnym przedszkolu, gdzie jest niesamowicie przytulnie (porównując do przedszkola, do którego sama chodziłam, to jak niebo i ziemia), a atmosfera chyba nie mogłaby być lepsza. Nikt tam nikogo nie krytykuje ani nie popędza. Prowadzący ma poczucie humoru i potrafi robić z niego użytek, jednocześnie zachowując równowagę między żartami a wyciszeniem. Zajęcia są trochę dla mnie za długie (półtorej godziny), więc ostatnie pół godziny sobie odpuściłam, żeby nie przeholować. Jak na pierwszy raz, to i tak dużo w moim przypadku. Same ćwiczenia podpasowały mi. Nie obciążają stawów, nie wymagają gwałtownych zmian pozycji, rozwijają świadomość ciała. Jestem bardzo kiepska w naśladowaniu złożonych ruchów, zwłaszcza gdy osoba naśladowana stoi zwrócona twarzą do mnie, i przełożenie cudzych ruchów na własne wymaga ode mnie dużo wysiłku intelektualnego. Mimo to poczułam się odprężona. Jeżeli się uda, to w ferie znowu się wybiorę. 
Przed snem kuchnia zmieniła się w... pizzerię. Przygotowywaliśmy placki na minipizze, a ponieważ w Norze mamy póki co tylko jedną dużą blachę do pieczenia, placki zajęły większą część stołu. Byliśmy już bardzo zmęczeni i chyba tylko vlogom Asi z Somos Dos zawdzięczam, że nie zasnęłam, pilnując pieca. 
Obudziłam się bez żadnych zakwasów ani bólów po tai chi. Stawom wyraźnie odpowiada ten rodzaj ćwiczeń. Niestety, bolą mnie oczy i czuję się "przedmigrenowo", prawdopodobnie przez pogodę. Czyli śnięta. Fakt ten w połączeniu z myślą, ile osób zapowiedziało obecność w Norze w noc sylwestrową, trochę mnie przeraża. Strrrasznie lubię każdego z osobna, kto ma się zjawić, ale duże natężenie ludzkich głosów to inna para kaloszy. Do tego fajerwerki... Pierwszy Sylwester Pięknej - piesi, która ma swoje lęki i traumy... Boję się migreny i nie wiem, jak jej zapobiec w taki wieczór. Z drugiej strony, nie mogę się doczekać. Tak dawno się ze wszystkimi nie widziałam! Trzymam się nadziei, że obecność ulubionych ludzi mnie zrelaksuje i głowa jednak się opamięta.
Kochani Goście! Proszę, przytulcie mnie czasem i jak zwykle nie przejmujcie się, jeśli będę co jakiś czas na trochę wychodzić. 💙😌




10.01
Dzisiaj mam zły dzień. Co prawda zaczęło się dobrze, ponieważ w hurtowniach nareszcie pojawiła się moja sertralina i zamówiłam od razu kilka opakowań. Na tym jednak koniec pozytywów. Od rana dokucza mi mocna migrena, nic nie pomaga. Jak na złość, w pracy dzisiaj jestem dość długo, więc nie mam jak odciąć się od hałasu i sztucznego światła. Czuję się, jakbym zamiast mózgu miała ścięte białko. 
Jakby tego było mało, wystarczył moment nieuwagi i ktoś podwędził mi z biurka ulubiony długopis. Zapewne niechcący, bo ludzie nie przywiązują wagi do takich rzeczy, natomiast dla mnie długopis ma znaczenie. To był jedyny od dłuższego czasu, który nie wymagał dużej siły nacisku i jednocześnie nie plamił, więc używałam go do wypełniania wszelkich swoich dokumentów, zeszytów, a przede wszystkim ukochanego planera. Nie wiem, co bez niego zrobię. Pewnie przemawia przeze mnie autystyczna skłonność do nadmiernego przywiązywania się do przedmiotów, ale większość narzędzi pisarskich zupełnie mi nie odpowiada. Staram się odciążać drobne stawy jak mogę. Nie cierpię też, gdy tusz rozmazuje się w moich ulubionych notesach. Kiedy coś wygląda bardzo nieestetycznie, to niemal fizycznie trzepie mnie po mózgu.

11.01
Dziesięć miesięcy od adopcji. Dzisiaj Piękna pierwszy raz w życiu całkiem SAMA, z własnej inicjatywy i bez pomocy, weszła mi do łóżka, gdy spałam! Obudziłam się wieczorem i poczułam coś ciepłego obok siebie. Bardzo się zdziwiłam, gdy zobaczyłam Piesę w nogach łóżka! 
Kamień milowy. 

14.01
Szczur spojrzał na mój zapas sertraliny i powiedział: "Tak wygląda różnica między wysokim a niskim funkcjonowaniem".




Zazwyczaj nie mam tylu opakowań jednego leku. W grudniu doświadczyłam jednak problemów z dostępnością mojej "suszonej żaby" (nawiązanie do Pratchetta), dlatego gdy tylko wróciła do hurtowni, kupiłam spory zapas. Powinien wystarczyć do jesieni. 
🐸 wiele rzeczy zmieniła w moim życiu na lepsze.

16.01
Może ktoś z Was pamięta, jak w zeszłoroczne ferie zachwycałam się zaobserwowaną nad fosą parą mandarynek. Jeśli wtedy byłam trochę zaskoczona, to dzisiaj przecierałam oczy ze zdumienia. Poszłam na pierwszy w te ferie długi spacer z Piesą, skręciłam w stronę fosy, a tam naszym oczom ukazało się całe stadko mandarynek! Naliczyłam sześć samców i cztery samiczki. Nie umiałam oderwać od nich wzroku, ale nie mogłam zostać w tym miejscu zbyt długo, bo Piękna najchętniej podbiegłaby je nastraszyć.




Następnie zawędrowałyśmy do pobliskiego regału do bookcrosingu. Tym razem ludzie zostawili na półkach nie tylko książki - stały tam też maskotki, kosmetyki, a nawet... słoik z przetworami. Sądzę, że to nie jest zły pomysł, by wykorzystywać to miejsce do wymieniania się z sąsiadami także innymi przedmiotami. Owszem, regał powstał z myślą o książkach, ale jeśli inne niepotrzebne rzeczy mogą dzięki niemu trafić w dobre ręce, to czemu nie? Po namyśle zabrałam album z fotografiami okolicy. Następnym razem, jeśli nie będzie padało, zaniosę tam coś w zamian.
W drodze powrotnej Piękna dostarczyła mi dodatkowych wrażeń. Na widok innego psa wystrzeliła do przodu i zerwała się ze smyczy. Najwyraźniej niechcący przypięłam smycz do "oczka" przy adresówce zamiast przy obroży, ponieważ adresówka się urwała, a smycz razem z nią. Piękna radośnie puściła się galopem i kilka razy okrążyła pieska, jego panią i mnie. Na szczęście po chwili zareagowała na moje wołanie. Przybiegła, pozwoliła się zapiąć. Natychmiast nagrodziłam ją smaczkiem, a nieszczęsną adresówkę znalazłam na trawniku. 
Można powiedzieć, że na dzisiejszą sytuację w pewnym sensie byłam przygotowana. Po dziesięciu miesiącach od adopcji mam już sporo zaufania do Piesy, więc ostatnio zaczęłam ćwiczyć z nią przychodzenie na komendę i wchodzenie na podwórko bez smyczy. Dziś miałyśmy okazję sprawdzić umiejętności w praktyce. Chciałabym stopniowo podnosić poprzeczkę, by nauczyć Piękną trzymać się mnie i Szczura również wtedy, kiedy jest bez smyczy. Warto też, żebym wypracowała u siebie zachowywanie spokoju w sytuacjach, gdy dzieje się coś niespodziewanego i muszę ją przywołać. Spokojny, lekko wesoły ton zupełnie inaczej na nią działa niż poddenerwowany.

18.01
Dopiero trzy dni jestem w Norce, a tyle zdążyło się wydarzyć...
Szczur podarował mi na urodziny duży i nieziemsko drogi zestaw Lego z serialu "Przyjaciele". Marzyłam o tym zestawie od dawna, odkąd tylko go zobaczyłam, bo od samego patrzenia na pokoje przyjaciół robi mi się ciepło na serduchu. 💙 Byłam więc zachwycona, kiedy w poniedziałek wieczorem rozpakowaliśmy go i zobaczyłam na własne oczy, jaki jest duży. Znacznie mniej zachwycił mnie fakt, że Szczur przez kilka dni był totalnie spłukany. Po kilku większych wydatkach biedak nie miał nawet na swoje ulubione przekąski. Postanowiłam się odwdzięczyć, dzieląc się z nim częścią tego, co ugotuję. Oczywiście bezmięsną częścią.
I tak od trzech dni układamy wieczorami mieszkanie Chandlera i Joeya. Po troszku, bo dociskanie do siebie klocków przez kilka godzin z rzędu przekracza możliwości moich stawów. I wspólnie. Okazuje się, że układanie we dwoje jednego zestawu jest bardzo miłe, mimo że w samotności łatwiej mi skoncentrować uwagę. Dzisiaj niewiele już brakuje, by mieszkanie chłopaków było gotowe. Są piłkarzyki, fotele, kaczka i kurczę, a nawet pizza. 
Piesa z kolei dostała prezent ode mnie: wypasione, duże legowisko do Nory. Może odrobinę za duże, ale na mniejszych nie jest w stanie całkiem swobodnie się wyciągnąć. Ledwo położyłam na nowym posłaniu zabawkę, Piesa zrozumiała, o co chodzi, i teraz najchętniej śpi właśnie tam.
Wczoraj zrobiłam nalot na Pepco i kupiłam sporo niedrogich dodatków do swojego pokoju w Norce. Szczur obiecał mi, że dostanę jego obecny pokój, w którym czuję się najbardziej komfortowo. Postanowiłam urządzić go trochę w stylu boho, ponieważ w otoczeniu tego typu przedmiotów łatwo mi się wyciszyć. Wiklina, jasne drewno, makramy, łapacze snów i mięciutkie tkaniny sprawiają, że czuję się jak otulona ciepłym kocem. Poza tym boho dekoracje pasują do białych ścian i jasnych mebli, no i nie kosztują fortunę. To znaczy, niektóre może kosztują, ale da się też urządzić taki pokój tanim kosztem, co udowadniają moje ostatnie nabytki. Ze sklepu wracałam obładowana plecakiem i bambusowym koszem, do którego poupychałam większość rzeczy. Chyba cudem udało mi się dotaszczyć to wszystko do domu, a przy tym nie pomylić drogi, nie zgubić niczego i nie wywalić się w autobusie. Byłam bardzo wdzięczna sąsiadowi z parteru, który widząc moją walkę z koszem i z domofonem (1:0 dla kosza), pomógł mi wejść do bloku.
Po doświadczeniach z poniedziałku w końcu zebrałam się na odwagę i pozwoliłam dziś Pięknej pobiegać bez smyczy w przydomowym parku. Dwa razy. Dla niewtajemniczonych: to strzeżone osiedle, teren jest ogrodzony, bezpieczny, więc sporo mieszkańców szczurzego osiedla puszcza tutaj psy luzem. Jestem dumna z małej, bo dopiero zaczynamy się tego uczyć, a ona już ładnie się mnie trzyma, nie odbiega za daleko i reaguje na "chodź". Inne psy bardzo ją interesują, ale nie traci głowy. Jedynym problemem jest to, że prawie wszędzie znajduje coś do jedzenia (ptasie kości, kupy innych psów, odpadki, pieczywo wyrzucane dla ptaków), bierze te paskudztwa do pyska i nie chce oddać. A kiedy biega luzem, odebranie jej znaleziska staje się jeszcze trudniejsze. Jak dotąd to jedyne zachowanie Piesy, które zagraża jej bezpieczeństwu i wymaga ciągłej uwagi. Cóż... nie od razu Rzym zbudowano...

22.01
W nocy z piątku na sobotę spadło sporo śniegu. Jeszcze o północy, gdy wyprowadzałam Piesę, śniegu nie było, ale rano obudziłam się już w białym świecie. Na kolejnym spacerze miałam wrażenie, że pół osiedla wyszło z dziećmi na dwór. Na kilka godzin zapanował zimowy szał ciał. Dookoła wszyscy zjeżdżali z górki na sankach, budowali fortyfikacje do bitew na śnieżki, a przede wszystkim pojawiły się bałwany. I to ile bałwanów! Chyba z dziesięć, tak jakby każdy po spojrzeniu za okno postawił sobie za punkt honoru ulepić z dzieciakiem bałwana. W zasadzie nie ma się co dziwić, bo dzisiaj z tego śniegu pozostała tylko błotnista breja. Zanim jednak zniknął, Piękna zdążyła pohasać po ośnieżonym parku, a ja - zrobić bałwanom sesję zdjęciową. Teraz wreszcie mam wystarczająco dużo zdjęć, żeby wstawić na bloga posta o bałwanach. 
Wieczorem ja i Szczur pojechaliśmy do escape roomu "Chata Wiedźmy". Tym razem sami, ponieważ wszyscy brani pod uwagę znajomi mieli inne plany. I może dobrze się stało, bo z pokoju wyszliśmy wyjątkowo szybko - dwadzieścia minut przed czasem. Mistrzyni Gry powiedziała nam przed zabawą, że to najtrudniejszy pokój w tej lokalizacji, ale moim zdaniem należał do niezbyt wymagających.  Muszę za to pochwalić wystrój i atmosferę, dzięki którym można się poczuć jak w prawdziwej chatce czarownicy. Grzebiąc gdziekolwiek ręką, trzeba być nastawionym na napotkanie rekwizytów takich jak gumowe pająki i robaki, czaszki, sztuczne uszy. Podobały mi się zwłaszcza zgromadzone przez wiedźmę ingrediencje - realistycznie wyglądające kości, preparaty w formalinie oraz upiorne laleczki. Pokój idealny dla wszystkich wielbicieli strachowych klimatów.
Dzisiaj dla odmiany spędzamy dzień w domowych pieleszach. Wysprzątaliśmy Norę, która była już bardzo zagracona, upiekłam czekoladowe babeczki, a zamiast gotować zamówiłam pizzę. Odpoczywamy i cieszymy się swoim towarzystwem.

26.01
Rytm dobowy całkowicie mi się przestawił na funkcjonowanie nocne. W efekcie wczoraj wstałam zjeść śniadanie i wziąć leki, po czym położyłam się znowu i... spałam dalej do czternastej. Spał także Szczur, który dzień wcześniej był u dentysty i potrzebował odpoczynku. Planowane na środę wyjście do Muzeum Etnograficznego nie doszło do skutku.  
Kiedy już pozbieraliśmy się do kupy, przejrzałam listę dostępnych "od ręki" escape roomów i zarezerwowałam nam pokój na dwudziestą czterdzieści. W ten sposób wieczorem nieoczekiwanie wylądowaliśmy w Narnii. Nie było trudno, wyszliśmy na czas. A może po prostu radzimy sobie coraz lepiej. Albo pomogło nam doświadczenie, bo w Norze mamy własną szafę zwaną Narnią, która skrywa wejście do małego składziku.

29.01
Ferie się kończą, świąteczne dekoracje trzeba sprzątać... Łezka się w oku kręci. Sama prawie nie piję, więc dla równowagi zrobiłam Przyjaciołom grubą popijawę.






1.02
Jutro znowu do dentysty... Na samą myśl chciałabym zasnąć i obudzić się za tydzień, zwłaszcza że tym razem trzeba leczyć ząb, który jest bardziej pokiereszowany. Boję się, żebym nie musiała mieć kanałowego i żeby ząb nie bolał przez wiele dni po wizycie, jak przedostatni leczony. Już poprzedniej nocy kiepsko spałam, miałam nerwowy brzuch i koszmary. Przykryłam się po uszy kołdrą i kocem, a mimo to czułam dreszcze na całym ciele. 
Staram się wracać myślami do miłych chwil z ferii. W sobotę pierwszy raz poszłam na operę w Warszawie, do Opery Kameralnej. W dodatku pierwszy raz towarzyszył mi w operze Szczur. Byłam tym wszystkim bardzo, bardzo podekscytowana. Spodobało mi się nie tylko "Wesele Figara", ale też to, że w teatrze Warszawskiej Opery Kameralnej mieści się znacznie mniej ludzi niż w Operze Śląskiej. Gdy nie ma takiego tłoku na korytarzach, czuję się spokojniej. Postanowiłam, że będziemy tam jeździć częściej.

5.02
Od paru dni codziennie pada śnieg, więc w ten weekend spacery z Piesą po wsi sprawiły mi dużo radości. Jej zresztą chyba jeszcze więcej. Wczoraj przeszłyśmy się dookoła wzniesienia w mojej miejscowości, a dzisiaj zabrałam Piękną na drogę biegnącą między łąkami, która dopiero parę lat temu została utwardzona. Często chodzą tamtędy dzikie zwierzęta. Dzisiaj udało nam się znaleźć na świeżym śniegu tropy sarny i szłyśmy jej śladem, żeby zobaczyć, skąd wyszła i dokąd udała się później. Przynajmniej raz mogłam dowiedzieć się, kogo tropi Piesa, kiedy z takim podnieceniem chodzi z nosem przy ziemi.





18.02
Minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz byłam w Planetarium Śląskim. Pamiętam, jak trudno mi było się pogodzić z planami zamknięcia planetarium na trzy lata. Zawsze lubiłam to miejsce, jedno z niewielu, gdzie zimą potrafię całkowicie się zrelaksować. Ostatecznie czas przebudowy jeszcze się wydłużył, a ponieważ przypadła ona na lata wybuchu pandemii, mam wrażenie, jakby nie trwała cztery lata, tylko dziesięć. Od czerwca obawiałam się, co tam zastanę. Zmiany, które z różnych powodów budzą aprobatę większości, dla mnie bywają przytłaczające i przygnębiające. Przede wszystkim bałam się, że planetarium straci cały swój urok, gdy przestanie być "oldschoolowe".
W zeszłą niedzielę w końcu wybrałam się ze Szczurem na seans. Na szczęście okazało się, że przy okazji tej inwestycji tradycja i nowoczesność podały sobie ręce. Nowy projektor pozwala na wyświetlanie podczas seansu nawet stu milionów gwiazd, a jakość dźwięku robi wrażenie. Krzesła są dużo wygodniejsze, pozwalają swobodnie się wyciągnąć bez zadzierania głowy do góry. Pod względem klimatu seans nie ustępował jednak dawnym seansom. Zachowano też makietę, która przedstawia panoramę okolicy w latach pięćdziesiątych - choć jest to tak naprawdę zupełnie nowa makieta, odtworzono ją co do szczegółu. Na korytarzach zmieniło się niewiele. W wybudowanym od zera Parku Nauki, który znajduje się pod ziemią, jeszcze nie byliśmy. Jestem bardzo ciekawa wystaw, ale na razie dość trudno zarezerwować tam miejsca w weekend po południu bez znacznego wyprzedzenia. Mam nadzieję, że z czasem, kiedy już większość zainteresowanych zwiedzi interaktywne wystawy, grafik stanie się luźniejszy.
Niestety wszystko wskazuje na to, że w planetarium ktoś nas czymś zaraził. Szczur przechorował większość tygodnia, a mnie w czwartek zaczęło skrobać w gardle. Do dzisiaj zdążyłam rozłożyć się na amen. Spędzam teraz weekend na zmianę w łóżku i w fotelu, prychając, smarkając i kaszląc. Standardowo najbardziej dokuczają mi katar i sensoryczne odczucia przy podnoszeniu się temperatury. Wątpię, że w przyszłym tygodniu będę w stanie pójść do pracy. Spać za dużo nie umiem, a robić coś konstruktywnego też nie sposób, przez co dzisiejszy dzień wlecze się w nieskończoność. Mam nadzieję, że jak najszybciej uda mi się wrócić do czytania, a przynajmniej do słuchania audiobooków.





25.02
Cały tydzień upłynął mi na chorowaniu. Szybko przestałam mieć gorączkę, ale nadal dokucza mi uporczywy kaszel i czuję się słaba. Przed weekendem zrobiłam w domu test na 👑 i niespecjalnie się zdziwiłam, gdy dał on wynik pozytywny.
W pierwszych dniach choroby czas wlókł mi się w nieskończoność, bo nie miałam na nic siły. Teraz jest już lepiej. Wciąż kładę się do łóżka kilka razy dziennie, a dni wydają się bliźniaczo do siebie podobne. Sprawia mi jednak przyjemność towarzystwo zwierzaków (oba dopominają się o głaski) i czytanie. Słucham audiobooka z serii o Cormoranie Strike'u, powtarzam mangę "Opowieść panny młodej" plus jeszcze trzy książki mam zaczęte w "tradycyjny" sposób. W czasie choroby wrzuciłam również dużo skanów pocztówek do swojego katalogu na Flickr, grałam w otome na smartfonie i obejrzałam dwie komedie. Trudno jednak zmusić mi się do czegokolwiek konstruktywnego. Najbardziej nie chce mi się myć, z czym codziennie walczę od nowa.