wtorek, 14 lutego 2017

[26] Dlaczego związek ze mną nie jest łatwy


Z powodu walentynek bardzo mnie dziś korciło, by odgrzebać pewien tekst, który napisałam ponad rok temu, gdy byłam rozczarowana swoimi dotychczasowymi doświadczeniami i musiałam coś zrobić z negatywnymi emocjami. Zatytułowałam go wtedy "Dlaczego już nigdy nie chcę być w związku z kimś neurotypowym". Obecnie myślę, że bardziej pasuje do niego tytuł "Dlaczego związek ze mną nie jest łatwy". Postanowiłam też wprowadzić zmiany w samym tekście, ponieważ w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy bardzo dużo się w moim życiu pozmieniało, w tym mój sposób myślenia o niektórych sprawach. 



Dlaczego związek ze mną nie jest łatwy 

Ponieważ jest tego trochę, pozwoliłam sobie wypunktować:

1. W wielu sytuacjach moje potrzeby różnią się od potrzeb większości ludzi w wystarczającym stopniu, by niemożliwe było jednoczesne uszczęśliwienie zarówno mnie, jak i "normalsa".
Przykładowo, nocą z 31 grudnia na 1 stycznia większość ludzi odczuwa potrzebę hucznego świętowania w licznym gronie, niekoniecznie znajomych, ze szczególnym uwzględnieniem tańczenia i picia jak dzika świnia. A ja nie. Mój wymarzony Sylwester to całonocne sam na sam z drugą osobą, z dobrym jedzeniem, małym kieliszkiem wina, rozmowami, filmem lub planszówkami, ochotą na seks i obowiązkowym długim spacerem na okoliczne wzniesienia, gdzie można stać przez godzinę wśród ośnieżonych pól, oglądając fajerwerki nad najbliższymi miastami. And that's all.
Dopisane dzisiaj: Ostatnie dwa Sylwestry spędziłam w gronie aspich i nerdów, m.in. ze Szczurem, Katją i Sysadminem. I bardzo możliwe, że kolejne będą wyglądały podobnie, bo ta formuła wyraźnie się sprawdza. Nadal jednak nie poszłabym na typową imprezę taneczną i nadal uważam, że Sylwester we dwoje byłby naj naj.

2. Konwencjonalne sposoby okazywania uczuć na dłuższą metę odbieram jako nudne.
Jeśli raz na pewien czas dostanę od faceta bombonierkę lub zostanę przez niego zaproszona do eleganckiej restauracji, jest OK. Ale jeśli widujemy się regularnie i on co tydzień przywozi mi identyczną bombonierkę, a co miesiąc chce mnie zabierać do eleganckiej restauracji, po pewnym czasie zaczynam się śmiertelnie nudzić, ubolewając nad jego brakiem inwencji twórczej. I nawet nie mam komu się wyżalić, bo koleżanki mi powiedzą, że przecież każda chciałaby poślubić takiego mężczyznę (WTF?).
Gdybym miała stworzyć listę niekonwencjonalnych sposobów okazania mi uczuć, które ujęły mnie najbardziej, wyglądałaby ona mniej więcej tak:
- W Dzień Kobiet kolega z Internetu, aspi, zagaduje do mnie jako pierwszy na gadu (co zdarzało się bardzo rzadko) i pokazuje mi szablon na bloga, który w tajemnicy dla mnie wykonał. Przepiękny szablon z postacią z mojej ulubionej wówczas mangi, w moim ulubionym kolorze i ogólnie w moim stylu.
- Jestem chora, leżę w łóżku i czuję, że wpadam w dół głęboki jak Rów Mariański, zasypiam na chwilę (ot, taka sobie drzemka), budzę się i... widzę na suficie tęczę. Wyglądającą jak prawdziwa. Mój chłopak pogłówkował i taką zmajstrował. Nie zdradzę, jak!
- W kilka dni po tym, jak powiedziałam chłopakowi, że chcę z nim zerwać, on przyjeżdża do mnie z okazałą, starannie zapakowaną do pudełeczka po obiektywie, larwą narożnicy zbrojówki, którą przypadkowo znalazł. Nie z bukietem róż, nie z zamiarem padania na kolana i błagania o powrót do niego, nie ze łzami w oczach - przeciwnie, o nic nie prosi, nie robi szopki. Tylko podnosi z ziemi i niesie przez czterdzieści minut drogi gąsienicę - on, człowiek, który larw motyli i ogólnie owadów się brzydzi - żeby mi ją dać. Bo wie, jak bardzo fascynują mnie motyle. A później wychodzi, o nic nie prosząc. 
- Dostaję na urodziny zegar z tarczą o odwróconym kierunku ruchu wskazówek.
- Innym razem dostaję na święta własną stronę internetową poświęconą mojemu kolekcjonerskiemu hobby, a na urodziny - garstkę eksponatów do kolekcji, trudnych do zdobycia, znalezionych na portalu aukcyjnym. I jest to prezent, który cieszy mnie o wiele bardziej szczerze niż wszystkie standardowe prezenty otrzymane w tym czasie (aczkolwiek, oczywiście, nie mówię tego nikomu, ponieważ i tak nie zrozumieliby).
Dopisane: Bombonierki, bukiety i eleganckie restauracje to wciąż nie jest to, co Rosomaki lubią najbardziej. I pewnie tak już zostanie, bo czy widział ktoś kiedy rosomaka, który żywiłby się kawiorem?
Związek ze Szczurem zmienił jednak moje podejście do okazywania uczuć, chyba dlatego, że często pomieszkujemy razem przez kilka dni, a czasem też przez dłuższy czas. Zaczęłam przywiązywać większą wagę do wspólnej codzienności i tego, czy druga osoba się stara, żeby ta wspólna codzienność była jak najlepsza. Obecnie, chociaż nie przestałam lubić nietypowych prezentów (zwłaszcza tych związanych z moimi zainteresowaniami), znacznie bardziej doceniam wszystkie drobne sytuacje z kategorii "Życie codzienne", które świadczą o tym, że drugiej osobie zależy. Polubiłam też wspólne wycieczki jako sposób okazywania uczuć. Ale o tym wszystkim pewnie jeszcze kiedyś napiszę.

3. Wkurza mnie odstawianie szopki i deklarowanie Wielkiej Miłości, by kogoś przelecieć.
Nikt mi nie wmówi, że nie ma już na świecie ludzi, którym zależy na autentycznej, trwałej więzi emocjonalnej z drugą osobą, i wcale nie sądzę, by naszemu gatunkowi groziło rychłe wymarcie. Nikt mi też nie wmówi, że osoby, które wolą niezobowiązujące relacje i mówią szczerze o swoich oczekiwaniach, nie wyrządzając nikomu krzywdy, robią coś złego. Jest jednak coś, czego szczerze nienawidzę: kiedy ludzie mają ochotę po prostu się z kimś bzyknąć, ale nie mówią o tym wprost, tylko starannie budują wokół swojego pożądania otoczkę Wielkiej Miłości. Niestety, zjawisko to bardzo często występuje wśród ludzi, niezależnie od płci, wieku, orientacji seksualnej i innych czynników.
Co składa się na przepis na Wielką Miłość? Mniej więcej to, co na komedię romantyczną: robienie prezentów, wspólne wyjścia, bieganie za drugą osobą i koniecznie wyznawanie miłości - im więcej, tym lepiej, jak głoszą poradniki.
Tak się składa, że poznałam panów, którzy mogliby bez wysiłku zagrać w typowej komedii romantycznej albo napisać poradnik wzorowego lowelasa. Panowie ci nie tylko skrupulatnie przestrzegali przepisu na Wielką Miłość, ale robili znacznie więcej niż minimum. Dzwonili do mnie o każdej porze dnia i nocy, wyznawali miłość każdego poranka, komplementowali każdą moją cechę i wznosili się na wyżyny poezji, pisząc SMS-y pełne metafor i innych środków stylistycznych będących zmorą gimnazjalisty. Twierdzili, że nigdy nie spotkali kogoś równie wspaniałego jak ja i będą mnie kochali aż po grób. Ba, planowali nawet ślub i dzieci, po zaledwie kilku miesiącach znajomości!
Żadnego z wspomnianych panów już w moim życiu nie ma. Czy usychają z miłości do mnie po zerwaniu znajomości? He, he, ależ skąd. Znalezienie kolejnej osobniczki, której prawią te same banały,  zajęło każdemu z nich nie więcej niż dwa miesiące. Taka to była Miłość. 
Swoją drogą, mam ogromny szacunek do mojego przyjaciela, który w całym swoim dwudziestokilkuletnim życiu nie użył słów "kocham cię" wobec partnerki, ponieważ jest przekonany, że żadnej z nich nie kochał. Mówi, że dzięki temu jego "kocham cię" nie jest wyświechtane i że zamierza podarować je drugiej osobie, gdy będzie to stuprocentowa prawda. Żeby nie było zbyt romantycznie, jego szczerość nie dotyczy tylko miłości: w zamierzchłych początkach znajomości ze mną pan ów zapytał prosto z mostu, czy pójdę z nim do łóżka. Odmówiłam. Jakkolwiek nietypowo to brzmi, tak się zaczęła jedna z najlepszych przyjaźni w moim życiu.
Dopisane: Czasami - zwłaszcza wtedy, gdy dokucza mi PMS i staję się wybitnie przytulaśna - mam ochotę wyznawać drugiej osobie uczucia. Jest to w pełni szczere. Nie uważam jednak, by teatrzyki jednego aktora, takie jak opisane powyżej, miały cokolwiek wspólnego z prawdziwym uczuciem. 
Naprawdę, kochani neurotypowi i nie tylko, wcale nie trzeba wypowiadać słowa "kocham" tyle razy dziennie, ile razy przeciętny człowiek chadza do toalety. Jeżeli zależy Wam głównie na tym, by pójść do łóżka z osobą z ZA, zapytajcie ją wprost, czy ma na to ochotę. Efekt będzie taki sam, a przynajmniej oszczędzicie tej osobie złudzeń na temat charakteru waszej znajomości.

4. Nienawidzę kłamstw.
Mam kontakt z osobami z ZA od dziewięciu lat i w ciągu tych dziewięciu lat tylko dwa razy okłamała mnie osoba z ZA, wliczając w to byłego partnera, z którym spędziłam naprawdę mnóstwo czasu. Za każdym razem kłamiący przyznał się bez większych ceregieli.
Gdybym miała obliczyć, ile razy przyłapałam na kłamstwie osoby neurotypowe, musiałabym chyba pożyczyć od ojca wypasiony kalkulator geodezyjny. Kłamstwa te dotyczyły spraw najróżniejszego kalibru - a to ktoś rzekomo miał wuja w Argentynie, a to zmyślał na temat swojego życia seksualnego, a to niemalże uśmiercił własnego ojca. Jest jedna zaleta takiego stanu rzeczy: wyjątkowo łatwo przychodzi mi podczas lektury kryminałów Agathy Christie przyjmowanie wstępnego założenia, że każda z postaci może nie mówić prawdy.
Dopisane: W powyższym fragmencie nic nie będę zmieniać, ponieważ zawiera tylko i wyłącznie fakty. Statystycznie rzecz biorąc, spotykani przeze mnie ludzie neurotypowi kłamią dużo częściej niż ludzie ze spektrum.

5. Nienawidzę szantażu emocjonalnego.
A ten - jak wynika z moich obserwacji - ludzie stosują nader często, nie tylko wobec swoich partnerów, ale także rodziny i przyjaciół. Przykładów sytuacji, gdy druga osoba próbowała wymusić na mnie określone zachowanie, manipulując moimi emocjami, mogę wymienić mnóstwo. Począwszy od czasów przedszkola, gdy syn sąsiadów regularnie groził mi, że pójdzie do domu, jeśli nie pożyczę mu danej zabawki, a skończywszy na jednej z najbardziej absurdalnych sytuacji w moim życiu, kiedy to mój były chłopak rozpłakał się, ponieważ nie chciałam się zgodzić na bycie duszoną w łóżku.
Dopisane: Ten fragment zmodyfikowałam najbardziej. Podczas ostatnich ferii Szczur uświadomił mi, że mnie też zdarza się wymuszać coś, czego chcę. Nie jestem z tego zadowolona, pomimo że nie są to tak skrajne sytuacje jak te, które przydarzyły mi się w jednym z poprzednich związków. Na ogół nie jestem tego świadoma na bieżąco, nie robię tego z premedytacją. Niewątpliwie jednak jest to coś, nad czym trzeba pracować. Zwłaszcza że nienawidzę tego u innych.

6. Potrzebuję przestrzeni. Trochę jak na pewnym obrazku z astronautą, podpisanym "I need some space", który widziałam w necie.

Tak, wiem, że nie wszyscy neurotypowi faceci mają potrzebę wywierania wpływu na każdy aspekt życia swojej partnerki. Ale akurat ci neurotypowi faceci, którzy podobali mi się pod względem osobowości i intelektu, byli perwersyjni, a do tego zainteresowani mną jako potencjalną partnerką, taką potrzebę mieli. Upraszczając: jeśli już zakochiwałam się z wzajemnością w neurotypowym facecie, to przy bliższym poznaniu okazywał się on być Nieuleczalnym Dominantem. A ja potrzebuję na co dzień partnera, nie pana i władcy. Kogoś, kto będzie ze mną dzielił swoje życie, a nie obsesyjnie układał scenariusz mojego.
Potrzebuję więc kogoś, kto zrozumie i zaakceptuje między innymi, że czasami potrzebuję pobyć w samotności, że po powrocie do domu muszę odreagować dzień, że nie jestem w pełni zdrowa i sprawna fizycznie, że potrzebuję czasu na swoje pasje, że chcę się czasem uczyć, że potrzebuję czasu spędzanego ze swoją rodziną i znajomymi, w tym znajomymi płci męskiej. Niestety, dla Nieuleczalnego Dominanta jest to nie do przejścia.
Pewnego razu poznałam mężczyznę, który podczas pierwszej rozmowy deklarował, że chce być z niezależną kobietą. Kilka miesięcy później, decydując się na związek, powiedziałam mu szczerze wszystko o sobie i swoich potrzebach, pytając, czy na pewno mnie akceptuje. Powiedział, że tak. Cóż, do dzisiaj nie wiem, co miał na myśli przez "niezależną kobietę", bo czułam się przez następnych kilka miesięcy, jakby facet chciał stłamsić całą moją indywidualność. 
Miałam więc do czynienia z ciągłymi fochami i awanturami. Mój były miał pretensje, że po powrocie z uczelni potrzebuję czasu na naukę angielskiego do certyfikatu (być może dlatego, że przygotowałam się sama w dwa miesiące, podczas gdy on chodził na kurs, ale nie uczył się i zrezygnował z egzaminu? No, ale co miałam zrobić, zmusić go do nauki?), że gadam z przyjaciółką przez Skype, że chcę iść do kina z przyjacielem (notabene, na niszowy film, jakich on nie lubił), że nie chcę się malować i chodzę na co dzień w polarze. Przyłapałam go też na grzebaniu w moim telefonie. Dopiero po rozstaniu uświadomiłam sobie, w jak wielkim napięciu psychicznym żyłam, jak wiele mnie stresowało. Poczułam ulgę.
Dopisane: Ja i Szczur na co dzień potrzebujemy równie dużo przestrzeni. Wydaje mi się, że jest to jeden z elementów układanki, które sprawiają, że tak dobrze rozumiemy siebie nawzajem. Problemy pojawiają się w dni odbiegające od rutyny dnia codziennego - zwłaszcza wtedy, gdy tylko ja mam wolne od pracy, a Szczur nie - ale o tym jeszcze napiszę.

7. Męczy mnie obsesyjna zazdrość.

Właściwie o tym już napisałam, gdyż punkty 5, 6 i 7 są ze sobą powiązane.
Chcę, aby druga osoba mi ufała i nie drżała przy każdej możliwej okazji, że pójdę do łóżka z kimś innym. Bo nie pójdę. Po pierwsze, rachunek prawdopodobieństwa - jestem dziwna, więc bardzo rzadko ktoś, kto mnie fascynuje aż tak, że myślę o nim w tym kontekście, też o mnie fantazjuje. Po drugie, nawet jeśli tak jest, mam bardzo silną wolę i nie zdradzę tylko dlatego, że jestem, dajmy na to, sama w mieszkaniu z kolegą. Serio. Po trzecie, nie piję, nie biorę i jestem świadoma, co robię. Nie mam zamiaru chodzić przez dwadzieścia cztery godziny na dobę w pasie cnoty tylko dlatego, że ktoś naoglądał się filmów porno, w których stada facetów wpadają z wizytą przez okno, by chędożyć żonę, gdy tylko mąż znika z pola widzenia.
Odnośnie zazdrości o postacie fikcyjne (tak, przekonałam się, że taka też istnieje!): nie, to, że mam na kompie tapetę z bohaterem z anime, który ma identyczne włosy jak mój poprzedni facet, nie znaczy, że na obecnego faceta nie mam ochoty.
Odnośnie zazdrości o przeszłość: gdybym lubiła godzinami grzebać w przeszłości, poszłabym na archeologię.

8. Jeśli chodzi o życie seksualne, potrzebuję ogromnie, ogromnie dużo zrozumienia i zaufania do drugiej osoby.

Moja niejednoznaczna ekspresja może, w połączeniu z porąbaną integracją sensoryczną, komplikować życie seksualne, a panowie neurotypowi, których poznałam, niezbyt się takimi rzeczami przejmowali. Uważali, że wydziwiam, nie chcieli czytać o SI (zresztą, niektórzy w ogóle nic nie czytali), nie przestrzegali ustalonych reguł i strzelali fochy. Kilka nieprzyjemnych sytuacji zdarzyło mi się także w związku z osobą z ZA, ponieważ oboje miewaliśmy trudności w odczytywaniu niewerbalnych sygnałów nadawanych przez drugą osobę. 

9. Nieszczególnie marzę o własnych dzieciach. Prawdę mówiąc, w ogóle nie marzę.
A ludzie w moim wieku z reguły mają już wybrane imiona.

10. Podsumowując, w związku z osobą neurotypową czuję się tak, jak kiedyś powiedziała bohaterka anime Hanasaku Iroha:

It's like I'm living in a soap opera.
Związek z osobą z ZA o wiele bardziej się w moim przypadku sprawdza, niż związek z osobą neurotypową. Uogólniać nie zamierzam, inni mają prawo czuć inaczej. Ja jednak mam właśnie tak i jest mi z tym najlepiej na świecie. Czasy, gdy na siłę próbowałam poderwać kogoś spoza spektrum, minęły bezpowrotnie. 





piątek, 3 lutego 2017

[25] Z pamiętników: Inni

Zapisane przeze mnie w pamiętniku w wieku 15 lat, a więc ponad 10 lat temu:


[…] Jestem nastolatkiem. Nie możesz zobaczyć mnie, możesz zobaczyć jedynie nas. A my jesteśmy bezpieczni.
A gdy zobaczymy cię stojącego samotnie, to przy odrobinie szczęścia zostaniesz zignorowany; nie będziesz miał szczęścia – oberwiesz kamieniami. Bo nie lubimy, gdy ktoś stoi w ten sposób z tymi łatami na dżinsach nie takimi jak trzeba i przypomina nam, że każdy z nas jest sam i żaden z nas nie jest bezpieczny.
(Ursula K. LeGuin, Zewsząd bardzo daleko)


Zwykłam mówić o sobie, że jestem inna. Zawsze byłam. Wtedy, gdy dziewczynki z przedszkola bawiły się lalkami, a ja biegałam z chłopcami po podwórku i czytałam książki o zwierzętach. Nieco później, kiedy na zagubienie reagowałam pyskowaniem i nadpobudliwością. Już wtedy izolowałam się od wszystkich dookoła, zamykałam w swoim świecie. Teraz do tego świata wpuszczam więcej osób, ale nadal nie mogę się nazwać normalną nastolatką. Normalne nastolatki nie mogą się doczekać dorosłości, uwielbiają dyskoteki i zakupy, chcą się podobać chłopakom dookoła. Ja nie.

Ludzie mawiają, że każdy jest inny. Wśród innych są jednak bardziej inni i mniej inni. Mniej inni – to ci, którzy mają niewiele swojego „ja”, albo po prostu potrafią je zawoalować, kiedy są wśród ludzi. I nie chodzi tylko o przestrzeganie mody, lecz także o ukrywanie swoich opinii, uczuć i rzeczywistych zainteresowań. Połowa koleżanek słucha techno – więc przychodzi się do szkoły i puszcza empetrójki na full, żeby było słychać, że ja też. Ktoś powie: „Ten film był świetny” – zaraz wszyscy się zgadzają, nieważne, co naprawdę myślą i czy w ogóle rzeczony film obejrzeli. A bardziej inni? Bardziej inni tego nie potrafią.

Zastanawiałam się kiedyś, dlaczego ja tego nie umiem, i doszłam do wniosku, że nie pozwala mi na to moja dziwna duma. Jestem zbyt dumna, żeby zrobić coś tylko dlatego, że wszyscy inni to robią, i zbyt dumna, by kłamać. W jednej z piosenek Sandra śpiewała: „you and I, too proud to lie” – i te słowa dobrze mnie opisują. Nie potrafię zmyślać nikomu prosto w oczy, bo zaraz coś szepcze mi w głowie: „A gdzie twoja wiara w szczerość i bycie sobą mimo wszystko?”. Zaczynam się denerwować, jąkać i uciekać ze wzrokiem. Trzeba być naprawdę mało spostrzegawczym, żeby tego nie zauważyć. Sprzeciwiając się sobie samej, czuję się jak ostatnia hipokrytka.

Czytając „Zewsząd bardzo daleko”, czułam się, jakbym czytała o sobie. To było swego rodzaju zaskoczenie – po okładce z obejmującymi się chłopakiem i dziewczyną spodziewałam się kolejnego zwyczajnego romansidła, a znalazłam krótką opowieść o kimś podobnym do mnie. Kimś, kto pomimo prób nie potrafi być innym w mniejszym stopniu. Kimś, kto musi zdecydować o swojej przyszłości, ale tego również nie potrafi, postawiony pomiędzy sobą a rodzicami. Główny bohater spotyka jednak Nat - dziewczynę taką jak on, która potrafi go zrozumieć, a następnie pokochać.

Czy w prawdziwym życiu naprawdę może tak być?

sobota, 21 stycznia 2017

[24] W odwiedzinach u Boruty


Korzystając z tego, że mam ferie zimowe i już od kilku dni bawię w Szczurzej Norce, wybraliśmy się ze Szczurem do Łęczycy. Pomysł narodził się zupełnie niespodziewanie. Gdy dzień wcześniej zastanawialiśmy się, dokąd pojechać, przypomniało mi się, jak w dzieciństwie usłyszałam w "Domowym Przedszkolu" (dla niewtajemniczonych: był taki program dla dzieci, emitowany co rano od poniedziałku do piątku w TVP1) legendę o diable Borucie i zobaczyłam odcisk jego łapy na ścianie, co bardzo mnie wtedy rozemocjonowało. Szczur pomysł podchwycił i od słowa do słowa postanowiliśmy, że odwiedzimy Borutę. Przy okazji zabrałam lustrzankę, by ją dręczyć i się z nią męczyć.

Zamek w Łęczycy już na pierwszy rzut oka wydał mi się oryginalny, bowiem jego wrót strzeże nie żaden lew ani gryf, ale... sam król. 







Według lokalnych legend, Boruta przyjmuje różne wcielenia, zależnie od sytuacji. W okolicach zamku pojawia się jako szlachcic w kontuszu, a w pobliżu kolegiaty tumskiej - jako "typowy" czarny diabeł z rogami, ogonem i widłami. Bywa też koniem galopującym po polach, rogatą rybą wabiącą ludzi do Bzury czy sową pilnującą skarbów w zamkowych lochach. W zamku mieliśmy okazję zobaczyć je wszystkie i nie tylko, ponieważ w zbiorach muzeum diabłów jest co niemiara. Chociaż było bardzo ciemno, uparłam się, że przynajmniej niektóre z nich muszę sfotografować na pamiątkę.



 


Z wizerunków Boruty wynika, że do jego ulubionych rozrywek należą kąpiele, zwoływanie diabelskich sejmików i obmacywanie okolicznych panien.

Podobno Boruta ma w zwyczaju płatać figle profesjonalnym fotografom, psując im zdjęcia z muzeum. Podejrzewałam, że to raczej sami fotografowie mają problemy z pracą w tak kiepskich warunkach, ale zawsze dobrze jest mieć na kogo zrzucić winę. W domu okazało się jednak, że dziwnym trafem najmniej widać na zdjęciu, na którym zależało mi najbardziej - diabła zadzierającego pannie kieckę - i akurat ono zupełnie nie nadaje się do publikacji. Może więc faktycznie jest ziarnko prawdy w tych pogłoskach o czarcim poczuciu humoru.





Oprócz diabła niecnoty, w muzeum można podziwiać między innymi stroje ludowe i tradycyjne ozdoby z okolic Łęczycy, a obecnie także wystawę szopek.

 
  

  

 


Prosto z muzeum pojechaliśmy do Tumu - pobliskiej wioski, która słynie z archikolegiaty łęczyckiej. To właśnie na jej murach Boruta zostawił ślad swojego diabelskiego łapska. Chcieliśmy zobaczyć go na własne oczy, niestety wszystkie bramy były zamknięte i musieliśmy obejść się smakiem. W zamian sam budynek kolegiaty zrobił na mnie wrażenie, a okrążając go, od strony pól natknęłam się na piękną, starą bramę.





Skoro już mowa o polach... okolice skansenu w Kwiatkówku (aktualnie zamkniętego, jak to skanseny zimą) urzekły mnie. Jeśli tak wygląda miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc, to diabeł i ja mamy podobny gust.









poniedziałek, 16 stycznia 2017

[23] Pizza


Jednym z powodów tego, że słabo sobie radzę z codziennym życiem, są moje duże trudności w zapamiętywaniu wszystkiego, co nie ma postaci zdjęć, obrazów czy słów.

I tak na przykład dzisiaj, zamawiając pizzę po raz pierwszy od dłuższego czasu, nie potrafiłam sobie przypomnieć, jakie składniki zwykle wybieram. Przed rozmową telefoniczną myślałam o tym i zapisałam efekty myślenia na kartce, ale gdy podano mi cenę niższą niż zwykle, wiedziałam, że o czymś zapomniałam. Nie wiedziałam tylko, o czym. Dopiero w kilkadziesiąt sekund po rozmowie nagle przypomniało mi się, że zapomniałam o szynce. Zadzwoniłam więc jeszcze raz, podałam niezbędne dane i zapytałam, czy można dodać jeszcze szynkę, a pani z obsługi powiedziała mi, że tak i że właśnie dodaje mi ją do zamówienia. Pizza jednak dotarła do mnie bez szynki. Nie jestem zadowolona, bo smakuje mi inaczej niż zwykle i bardziej czuję płynną konstystencję sosu.

Przed chwilą zapisałam sobie na karteczce wszystko, o czym muszę pamiętać następnym razem przy zamawianiu pizzy, i przyczepiłam na lodówce Szczura.

Tak samo jest, niestety, z wieloma innymi sprawami w moim życiu. Nie umiałam się nauczyć, jakiego trybu pralki używać do jakiego rodzaju ubrań ani ile ryżu wsypać do wody, by starczyło dla mnie na dwa dni, ani jak ma na nazwisko mój lekarz, dopóki tych informacji nie zapisałam. Idąc na zakupy bez kartki, zawsze o czymś zapominam (np. dzisiaj o oleju - dlatego zamawiałam pizzę, by nie musieć drugi raz wychodzić na dwór, ponieważ jestem przeziębiona, a tuż po płukaniu nosa wychodzić nie mogę). Mam nawet zapisane w zeszycie, i to od lat, co ma się znajdować na stole wigilijnym i w koszyku wielkanocnym, by domownicy nie narzekali, bo nie jestem w stanie tego zapamiętać. Bardzo często inni denerwują się na mnie, że popełniam wciąż te same błędy podczas wykonywania obowiązków domowych lub pytam wiele razy o to samo. Nieraz przy tej okazji muszę wysłuchiwać od kogoś, że go nie słucham, robię mu na złość lub ignoruję to, co się do mnie mówi, pomimo że tak nie jest.

Danych, które nie mają formatu 2D, nie potrafię na żądanie wydostać ze swojego mózgu. Po prostu ich nie ma, gdy ich potrzebuję, jakby błyskawicznie przelatywały przez moją głowę, pozostawiając tylko nikły ślad pozwalający sobie uświadomić, że kiedyś przez krótką chwilę tam były.

niedziela, 1 stycznia 2017

[22] Rozstimowana komunia


Sprzątając w grudniu szafkę w dużym pokoju, znalazłam kilka skarbów: kasety VHS, kasety magnetofonowe, przedpotopowy telefon komórkowy... Przede wszystkim jednak znalazłam zapomniany film z mojej pierwszej komunii, który kiedyś mnie śmiertelnie nudził, a teraz, jak się okazało, ma dla mnie wartość diagnostyczną (LOL).

Podczas oglądania filmu po latach uderzyło mnie to, jak bardzo moje zachowanie w kościele różni się od zachowania innych dzieci. Pamiętam, że ten dzień był dla mnie bardzo stresujący, że pomimo licznych prób poprzedzających uroczystość byłam przerażona jej perspektywą i rano miałam rewolucję żołądkową z nerwów. Z pewnością inne dzieci też się przejmowały, w mniejszym lub większym stopniu, bo na nagraniu wyraźnie widoczne są u nich zewnętrzne oznaki stresu, jak nerwowe oblizywanie warg czy wyraz napięcia na twarzy. Nikt jednak - słowo honoru, nikt! - nie zachowuje się tak, jak ja. Podczas gdy inne dzieci siedzą przez większość czasu spokojnie i prawie nieruchomo, ja nie potrafię usiedzieć bez ruchu dłużej niż kilkadziesiąt sekund, pomijając moment tuż po przyjęciu komunii, gdy czytam po cichu litanię z modlitewnika.

Co robię w czasie mszy? Różne rzeczy, między innymi:
- wiercę się, spoglądając do tyłu i na boki;
- kiwam się w przód i w tył, dokładnie tak, jak według stereotypów kiwają się wszyscy ludzie z ASD - to mnie zaskoczyło, bo choć często kiwam się świadomie podczas słuchania muzyki, nigdy w życiu nie podejrzewałabym, że kiedykolwiek w dzieciństwie to robiłam; po prostu w ogóle tego nie pamiętam;
- regularnie chrząkam - jak zawsze, gdy pod wpływem zapachów i/lub dotyku świeżo wypranych ubrań jest mi niedobrze w gardle;
- bawię się sznurkiem, którym przewiązana była w pasie sukienka, a który mi przeszkadzał;
- poprawiam wianek na głowie, który również mnie denerwował;
- drapię się - to akurat u mnie norma;
- wykonuję rękami na wysokości głowy stereotypowe ruchy, których obecnie nie umiem ani nazwać, ani celowo powtórzyć;
- robię dziwne miny, a mianowicie fiksuję wzrok przez dłuższy czas na jakimś punkcie w przestrzeni, otwierając usta lub krzywiąc się - i to mnie przeraziło. Jestem prawie pewna, co wtedy robiłam: obserwowałam światło padające przez witraże w oknach na ścianę naprzeciw. Pamiętam, że często robiłam to w kościele. Zastanawiam się jednak, czy moja twarz za każdym razem wyglądała przy tym tak bardzo creepy i ilu obcych uznało mnie z tego powodu za upośledzoną umysłowo.

Po obejrzeniu tego wszystkiego trudno mi uwierzyć, że naprawdę nikt spośród dorosłych, z którymi miałam styczność w dzieciństwie, nie skojarzył mojego zachowania z ASD. O ile rozumiem, że nauczyciele pracujący w małej wiejskiej szkole prawie dwadzieścia lat temu mogli o autyzmie nigdy nie słyszeć, o tyle psychologom i lekarzom w większych miastach do 2000 roku powinno już co nieco obić się o uszy, a ja odwiedzałam jako dziecko trzech psychologów i całe tabuny lekarzy. Także w placówkach i gabinetach prowadzonych prywatnie. Nikt jednak nawet nie zasugerował tego moim rodzicom.

Żałuję, że przez cały film tylko raz, w dodatku zaledwie na kilkadziesiąt sekund, pojawia się mój ojciec. On również zachowuje się inaczej niż pozostali ojcowie, stojący nieruchomo ze splecionymi dłońmi. Rytmicznie porusza nogą, bawi się palcami i robi dziwne miny. Niedaleko pada jabłko od jabłoni...

Lista moich zachowań o charakterze autostymulacji, których jestem świadoma, zawiera następujące pozycje:
- Bawienie się wargami. 
Pamiętam, że już jako kilkuletnie dziecko miałam w zwyczaju bawić się wargami, pocierając jedną o drugą w taki sposób i tak długo, że czułam, jak wierzchnia warstwa naskórka oddziela się. Choć opis brzmi dziwnie, to nie bolało i zawsze pomagało mi się skoncentrować. Robiłam to często, a jeśli dobrze pamiętam, w sytuacjach stresowych nawet częściej niż często. Rodzice upominali mnie, bym nie gryzła warg, ale ja robiłam swoje, zresztą nie miało to nic wspólnego z prawdziwym gryzieniem. 
- Wąchanie i dotykanie przedmiotów znajdujących się w otoczeniu.
W dzieciństwie moja mama denerwowała się, wychodząc ze mną gdziekolwiek, bo zawsze musiałam wszystkiego w nowym miejscu dotknąć, a niekiedy też powąchać. Częściowo miało to związek z wadą wzroku, ale tylko częściowo. Wiele przedmiotów budzi we mnie silną potrzebę dotknięcia ich faktury, czasami opuszkami palców, a czasami paznokciami, tak jakbym delikatnie je drapała. Jedzenie zawsze mnie kusi, by najpierw zbliżyć do niego nos i powąchać. Jako dorosła już potrafię powstrzymywać się od tego wszystkiego w obecności innych. Pozwalam sobie dotykać i wąchać, gdy jestem sama lub z bliskimi, przy których się nie krępuję. W dzieciństwie jednak mama ciągle mnie opieprzała, że nie umiem się zachować i - cytuję - "nic do mnie nie dociera". O zakazie dotykania przedmiotów w nowym miejscu zapominałam zaraz, gdy je zobaczyłam.
Największą słabość mam do książek. Muszę, po prostu MUSZĘ książki wąchać i dotykać ich kartek, to jest jak odruch bezwarunkowy.
- Drapanie się.
Odkąd pamiętam, bardzo często zaczynam nagle czuć, że jakieś miejsce na powierzchni ciała mnie swędzi, zupełnie bez powodu. Kiedy tak jest, muszę się tam podrapać, bo jeśli tego nie zrobię, swędzenie przybiera na sile i wkrótce staje się tak dyskomfortowe, że nie potrafię skoncentrować uwagi. Nie mam żadnej choroby skórnej, tak po prostu jest. Im bardziej jestem zestresowana, tym częściej ciało w różnych miejscach zaczyna mnie swędzieć. Kiedy oglądam w spokoju telewizję lub czytam, zdarza się to sporadycznie, ale w sytuacjach społecznych bywa, że nieustannie coś mnie swędzi - przykładowo, najpierw łokieć, po podrapaniu się w łokieć zaczyna głowa, potem łydka... Nie bez znaczenia jest też faktura ubrań. W dzieciństwie największym horrorem były dla mnie wyjścia do kościoła: w kościele swędziało mnie niemal wszystko, więc nie nadążałam z drapaniem się, a po wyjściu zbierałam opieprz, że znowu nie umiałam się zachować, że tylko małpy się ciągle drapią itd. Jako 8-latka liczyłam, zerkając na zegarek, jak długo uda mi się nie podrapać. Sześć solidnych podrapań w czasie godzinnej mszy - maksymalnie na tyle było mnie stać, po takim wyniku wychodziłam dumna z siebie.
Nigdy nie drapałam się do krwi. Po podrapaniu się w jednym miejscu mam już z tym miejscem na długo spokój, nie muszę znowu się tam drapać.
Ostatnio zastanawiam się, czy te dzieci z autyzmem, o których mówi się "niskofunkcjonujące", a które drapią się i/lub gryzą do krwi, czują coś podobnego, tylko silniejszego lub bardziej rozległego. Jeżeli tak właśnie jest, to ja Wam mówię: to nie ich wina. IT SUCKS. Wiele razy, gdy jestem zestresowana przed snem, nie potrafię zasnąć do późna przez przymus drapania się w coraz to innych miejscach.
I jeszcze jedno: podobne odczucia, jeśli chodzi o drapanie się, musi mieć mój ojciec. On też dużo się drapie.
- Żucie / gryzienie włosów.
Gdy miałam długie włosy, było mi bardzo trudno nie brać ich do ust w sytuacjach wymagających maksymalnej koncentracji uwagi. Stało się to uciążliwe w liceum, bo wtedy zdałam sobie sprawę, że matematyka stresuje mnie i zarazem wymaga skupienia tak silnego, iż mimowolnie zagryzam zęby na swoich włosach. Na sprawdzianach czułam wręcz fizyczny przymus gryzienia. Nieraz dopiero po dłuższej chwili przyłapywałam się na rozwiązywaniu zadań z warkoczem w ustach. Problem skończył się, gdy włosy ścięłam na krótko.
- Żucie / gryzienie koszulek tuż przy szyi, długopisów, nakrętek od długopisów, ołowków.
Generalnie spełniało podobną rolę, co w przypadku włosów, i również najbardziej nęciło mnie w wieku licealnym. Przestałam jednak brać do ust randomowe przedmioty, gdy zaczęłam mieć afty. Czasem, gdy siedzę przed komputerem, potwornie chce mi się zagryźć zęby na krawędzi bluzki, jednak za bardzo zależy mi teraz na higienie jamy ustnej. 
- Pocieranie palcami jednej ręki o grzbiet drugiej.
Jest to obecnie chyba mój najbardziej charakterystyczny stim, a jednocześnie najbardziej uciążliwy (no, może zaraz po drapaniu się). W większości sytuacji społecznych nie umiem go powstrzymać. To również wskaźnik poziomu stresu. W zeszłym roku, gdy źle się czułam w ówczesnej pracy, miałam z powodu ciągłego pocierania skórę na grzbiecie ręki twardszą niż w innych miejscach. Nie była wprawdzie uszkodzona, ale twardsza i nieco ciemniejsza.
- Kręcenie rękami w nadgarstkach.
Drugi z moich najbardziej charakterystycznych obecnie stimów. Dla odmiany ten rzadziej pojawia się, gdy przeżywam negatywne emocje.
- Fiksowanie wzroku na grzywce ponad okularami.
A z tym stimem najbardziej walczę, ponieważ wszyscy mi mówią, że wyglądam wtedy nie lada dziwnie. Staram się też przycinać regularnie grzywkę. Ale zawsze, gdy jest już nieco dłuższa, moje oczy idą z nią na randkę.
- Stawanie na palcach u nóg.
Zdarza mi się często podczas rozmów prowadzonych w pozycji stojącej, zwłaszcza stresujących (rozmowy z obcymi, załatwianie spraw urzędowych itp.). Jest mimowolne i zazwyczaj nie zdaję sobie z niego sprawy.
- "Doładowywanie się" muzyką.
Regularnie po przyjściu z pracy włączam muzykę, która działa na mnie pobudzająco, i wyczyniam przy niej, co dusza zapragnie. Kiwam się mocno i długo na krześle, kręcę się dookoła, skaczę po pokoju, przewracam się po łóżku, a nawet obijam się o materac. Gdy pod wpływem muzyki zaczyna mi szybko bić serce, czuję potrzebę dostarczenia sobie silnych bodźców, mniej więcej takich, jakie człowiek odczuwa podczas spadania z wysokości na coś miękkiego (np. na trampolinie - swoją drogą, chciałabym mieć trampolinę). To takie uczucie, jakby mój tułów stawał się zbyt lekki, a pod wpływem zderzenia z czymś miękkim odzyskiwał ciężar.
Choć raczej nie można nazwać mojego zachowania tańcem, potrzebuję do tego wszystkiego określonych rodzajów muzyki - do tego wątku jeszcze kiedyś wrócę.

Taką listę chciałam stworzyć już jakiś czas temu. Po obejrzeniu filmu z pierwszej komunii muszę jednak założyć, że powyższa lista tematu nie wyczerpuje. Mimo że pamiętam wiele szczegółów z dzieciństwa i jestem świadoma samego faktu stimowania, nie sądziłam, że było go aż tyle.

niedziela, 18 grudnia 2016

[21] Nieruchome obrazki


[Poniższą notkę napisałam na bloga Piękni, Bestia i Asperger, prowadzonego przeze mnie i Swietlika w latach 2014-2016. Teraz zamieszczam ją tu, nieco przeredagowaną, ponieważ teksty tego typu (o mnie, pomagające mi uporządkować co nieco w głowie) chcę mieć w jednym miejscu.]


Moja pamięć jest dziwna.

Ponieważ mówienie o tym też jest dziwne (zawsze, gdy wspominałam komuś cokolwiek na ten temat, patrzono na mnie jak na Marsjanina), nie do końca potrafię oddać swoje odczucia słowami. Mimo wszystko ponad rok temu, przed wakacjami, spróbowałam je opisać na kartce i wyszło mi coś takiego:

Często mam wrażenie, że pamiętam wszystko, co w życiu widziałam, pod warunkiem, że miało to postać obrazu widzianego na płaskiej powierzchni. Mam w głowie niewiarygodne ilości takich obrazów, które widziałam na różnych etapach życia, od zamierzchłych czasów przed pójściem do przedszkola po czasy obecne. Ile jest tych obrazów, nie wiem nawet w przybliżeniu, gdyż większości z nich prawdopodobnie nie potrafię przypomnieć sobie intencjonalnie - poszczególne obrazy przypominają mi się najczęściej na zasadzie nagłych skojarzeń.

Jest wśród tych obrazów wszystko: okładki i całe strony książek i czasopism, zdjęcia, szablony stron internetowych sprzed lat, okładki zeszytów z dzieciństwa, strony z podręczników wraz z ilustracjami, plakaty, wizytówki, ulotki... a wszystko to dość szczegółowe, a przynajmniej tak sądzę, gdy widzę, ile zapamiętują inni. Nie pamiętam długich tekstów pisanych, na przykład całych fragmentów książek, słowo w słowo. Pamiętam jednak układy graficzne całych stron, włącznie z rozmiarem, kolorem i wyglądem czcionki, kolorem tła, rozmieszczeniem ilustracji i ich szczegółami, zwłaszcza kolorystycznymi. Jeśli gdzieś przeczytałam o czymś, mogę nie pamiętać zbyt wiele na dany temat, ale przypomnę sobie na zawołanie, gdzie to przeczytałam i jak wyglądała dana strona pod względem graficznym. Jestem pewna, że każdą książkę, którą kiedykolwiek czytałam, potrafiłabym rozpoznać po wyglądzie pojedynczej strony, nawet jeśli od dawna nie pamiętam nic z jej treści.

Przykłady takich (nie)ruchomych obrazków, pierwsze z brzegu:
- obraz z dziewczynką wyciągającą rękę po kubek, który (obraz, nie kubek) wisiał na korytarzu naprzeciw gabinetu neurologa, gdzie zaprowadzono mnie w wieku bodajże siedmiu lat. Osoby neurologa wcale nie pamiętam. Pamiętam za to, że jadąc do niego, czytałam wycięty z czasopisma "Mama, tata, komputer i ja" artykuł o grze "P.A.W.S. Symulator psa". Artykuł miał sześć stron, których wygląd dokładnie umiem odtworzyć, m.in. wiem, że dookoła każdej strony była jasnobrązowa ramka szeroka na ok. 0,5 cm, z wzorkiem w beżowe psie łapy;
- strona notatnika, który dostałam w szpitalu w wieku sześciu lat. Reklamował on lek Mucosolvan. Na każdej stronie, trochę wyżej niż w centrum kartki, znajdował się rysunek płuc, sprawiających z oddali wrażenie niebieskich, ale z bliska składających się z małych, białych kwiatków. Był tam zastosowany efekt bluru;
- kartka, z której uczyłam się tabliczki mnożenia. Była to ostatnia strona okładki zeszytu, a na pierwszej stronie tego zeszytu znajdowała się mrówka z "Dawno temu w trawie". Dokładniej: fioletowa mrówka biegnąca w prawo, na którą padało żółte światło reflektora, jakby mrówka stała na scenie. Tło w dużej mierze było fioletowe. Tabliczka mnożenia została przedstawiona w dwóch rzędach po pięć słupków, białą jaskrawą czcionką.
I tak mogłabym wymieniać i nieudolnie opisywać w nieskończoność.

Ciekawsza prawdopodobnie będzie anegdotka. Gdy chodziłam do gimnazjum, zdarzyło się, że trzeba było napisać zadanie domowe na temat echolokacji. Poszłam wtedy do biblioteki i powiedziałam bibliotekarce mniej więcej: "Poproszę taką jedną książkę... nie pamiętam tytułu, ale coś o zmysłach u zwierząt. Z przodu miała zdjęcie nietoperza na białym tle, a tytuł był czerwoną czcionką, o, takiej wielkości". Kobieta spojrzała na mnie jak na wariata, a następnie przez dziesięć minut upierała się, że na pewno takiej książki w księgozbiorze nie ma. Parę miesięcy później zupełnie niechcący ją znalazłam i wyglądała dokładnie tak, jak mówiłam, choć nie widziałam jej od czasów przedszkola.

Pamiętam też wygląd każdego słowa w języku polskim, które widziałam w życiu, nawet jeśli nie rozumiem jego znaczenia. Przez całe życie nie napisałam z błędem ortograficznym żadnego słowa, które wcześniej choć raz w życiu zobaczyłam, mimo że zupełnie nie myślę (i nie myślałam nigdy) o regułach ortografii. Z tego powodu wygrałam wszystkie konkursy ortograficzne, na jakich byłam, prócz jednego, gdzie pojawiły się nieznane mi słowa, m.in. nazwy gatunków ptaków. Nie robię błędów ortograficznych, ponieważ gdy widzę słowo z błędem, mam podobne odczucie jak wtedy, gdy ze ściany znika coś, co na niej wisiało. Automatycznie kieruję spojrzenie w to miejsce i czuję, że coś nie gra. Pomaga mi to w nauce języków obcych - widząc słowa w obcych językach, też często zapamiętuję ich wygląd, nawet gdy nie wiem, co znaczą.

Dopiero na studiach uświadomiłam sobie, że mam problemy z zapamiętywaniem twarzy i rozpoznawaniem ludzi na podstawie twarzy, ale wydaje mi się, że ich nie mam, dzięki temu, że istnieją fotografie. Bo ja nie pamiętam ludzi w sposób przestrzenny, tzn. nie umiem odtworzyć w głowie czyjejś twarzy w 3D. Twarze, które pamiętam, są "płaskimi" twarzami ze zdjęć.

Dziwi mnie też bardzo, że nie mam w ogóle wspomnień z dzieciństwa związanych z wyglądem ludzi, żadnych, mimo że tak dokładnie pamiętam książki i czasopisma. Moje najwcześniejsze wspomnienia dotyczą natomiast wzorów, faktur i innych szczegółów przedmiotów. Jeśli chodzi o ludzi, pamiętam tylko ich wygląd na zdjęciach z danego okresu, czasami wzory na ubraniach, ale bardzo nieliczne, a we wspomnieniach... nie wiem, jak to ująć. Mam tylko świadomość obecności danej osoby obok mnie w danym momencie życia (podobnie zresztą mam w snach), bez żadnych szczegółów na temat jej wyglądu. Kiedy myślę, dajmy na to, "Kto był na moich dziesiątych urodzinach i jak on wyglądał?", w pierwszej kolejności przeglądam w głowie zdjęcia z tychże urodzin i natychmiast znam odpowiedź, natomiast nie pamiętam wyglądu nikogo z urodzin koleżanki z klasy, z których nie mam zdjęć. Inna sprawa, że poczułam się wtedy bardzo źle, śmiertelnie się przeraziłam i zadzwoniłam do mamy, kłamiąc, że boli mnie brzuch, by mnie stamtąd zabrała. Ale to tylko jeden przykład, a z innych imprez, z których nie mam zdjęć, również nie mam wspomnień.

Najlepszym przykładem jest jednak dom mojej babci, w którym często bywałam jako dziecko, a ostatni raz byłam bodajże w wieku dwunastu lat. Wiem, kto tam ze mną bywał, ale nie pamiętam w ogóle twarzy tych osób czy innych szczegółów ich wyglądu. Pamiętam za to, jak wyglądały okładki kilku numerów czasopisma "Rycerz Niepokalanej", które babcia przechowywała w brązowym kuferku w beżowe równoległoboki, cerata na stole czy faktury mebli oglądane z bliska (jestem krótkowidzem, więc siłą rzeczy pamiętam wszystkie faktury mebli z bardzo bliska). Pamiętam też, że fascynowało mnie wydłubywanie puchu z koców, który następnie zwijałam w malutkie kuleczki; kiedy połączyło się puch z dwóch czy trzech koców o różnych kolorach i wzorach, rezultat zawsze był czymś zupełnie nowym, zaskakującym.

W zamian od dziecka mam bardzo duże problemy z orientowaniem się i poruszaniem w przestrzeni. Zapamiętywać drogi, którą idę, po prostu nie umiem, udaje mi się to dopiero wtedy, gdy przejdę tą samą drogą kilkanaście razy, a i później zdarza mi się zgubić. Moja mama mówi, że chodzę jak cielę, najczęściej za kimś. Idąc nową trasą, widzę dookoła mnóstwo "(nie)ruchomych obrazków" (wszystkie te szyldy, znaki, napisy), ale mimo to nie potrafię zapamiętać trasy w ujęciu przestrzennym, dodatkowo ilość owych obrazów sprawia, że trudno mi się skoncentrować. Gdy uczę się nowej trasy, w mojej głowie zostają tylko najbardziej charakterystyczne obrazy w 2D, w określonej kolejności. Wystarczy, że ktoś przemaluje charakterystyczny budynek czy zmienione zostaną szyldy w danej dzielnicy Krakowa, a ja znowu idę przed siebie, ledwo kojarząc, gdzie jestem. Bywa też niedobrze, gdy zaczynam iść z innego punktu danej trasy niż zwykle, zmienia się pora roku albo mam wrócić tą samą drogą, którą przyszłam.

Byłam w głębokim szoku, gdy mój były facet uświadomił mi, że do dworca autobusowego w mieście, w którym studiowałam przez cztery lata, można dojść o wiele krótszą i łatwiejszą trasą, niż wybierana zwykle przeze mnie. Niestety, jego pomoc na niewiele się zdała, gdyż trasę, którą mi pokazał, zapomniałam w tym samym momencie, w którym ją przebyłam.

Każdy wyjazd w nowe miejsce to dla mnie przeżycie na miarę wyprawy do Nowej Zelandii, poprzedzone długim wertowaniem stron internetowych, ze szczególnym uwzględnieniem map Google. Drukuję mapy, rysuję mapy i wypytuję ludzi po drodze, a i tak dojście w nowe miejsce zajmuje mi zwykle trzy razy więcej czasu niż innym ludziom i nie obywa się bez przygód. Od ponad roku mam smartfona z GPS-em i jest to jedna z najlepszych rzeczy, jaka mi się w życiu przydarzyła.

Z całego serca chciałabym stanąć przed twórcami wszystkich tych nowoczesnych technologii, takich jak smartfony z GPS-em i mapy Google, żeby móc paść im do stóp i zaśpiewać hymn dziękczynny. Osobna pieśń należy się twórcom Facebooka za stworzenie miejsca, gdzie po wstukaniu imion i nazwisk większości osób z mojego pokolenia można pooglądać ich twarze na zdjęciach. Przede wszystkim zaś podziękować powinnam twórcom fotografii, gdyż prawdopodobnie to dzięki niej przez całe życie jakoś sobie radzę i stwarzam jako takie pozory normalności. Fotografuję, co tylko mogę: ludzi, miejsca, drogę. Inni - jak Świetlik czy mój kuzyn - robią to, żeby wyrazić siebie. Ja fotografuję przede wszystkim dlatego, żeby mieć jako takie poczucie bezpieczeństwa. A także po to, by pamiętać.

Są jednak dni, gdy jest mi nieskończenie wstyd za siebie. Na przykład, gdy po pięciu latach studiów zachodzę do wydziałowej piwnicy zamiast do biblioteki.




niedziela, 11 grudnia 2016

[20] O tym, jak chciałam zostać psem, ale zostałam szkolnym pośmiewiskiem (cz. I)


Dawno, dawno temu zdarzył się w moim życiu okres, kiedy najbardziej na świecie chciałam być psem.

Wszystko zaczęło się od tego, że w "Świerszczyku" pojawiła się rubryka na temat ras psów. Była to maleńka rubryka, składająca się z nagłówka z nazwą prezentowanej rasy (białe litery na czerwonym tle), jej krótkiego opisu (drobna czcionka na jasnożółtym tle) i ilustracji. Obok ilustracji znajdował się numer informujący, który raz rubryka się ukazuje, a ukazywała się - jak i "Świerszczyk" - co dwa tygodnie. Czasem prezentowano jedną rasę, czasem dwie. Każdy odcinek tej rubryki wycinałam i przechowywałam razem z poprzednimi w jednym miejscu. Mogłam mieć wtedy około pięciu lat, może trochę mniej. Nie było mowy, by przegapić nowy numer "Świerszczyka", chyba tylko raz czy dwa przegapiłam numer.

Później zaczęło mnie interesować wszystko, co związane z psami. W tamtych czasach o Internecie nawet nie było jeszcze słychać, a przynajmniej nie w moim małym światku. Szukałam więc informacji w książkach i czasopismach. W 1998 roku pojawił się "Przyjaciel Pies", miesięcznik w całości poświęcony psom. Pierwszy jego numer zobaczyłam w jakimś sklepie w pobliskim mieście. Na okładce były dwa briardy: dorosły pies i szczenię, a w środku... całe mnóstwo zdjęć, kilkustronicowe opisy ras i kilka innych stałych rubryk, na przykład o wychowaniu czy zdrowiu psa. Oczywiście, z zakupów wróciłam z czasopismem, które dość szybko podzieliłam na czynniki pierwsze, wycinając interesujące mnie rubryki. Od tej pory należało już tylko co miesiąc pilnować, kiedy pojawi się kolejny numer, i tym sposobem w segregatorze w modne wówczas dalmatyńczyki powstała przemyślana i nieustannie porządkowana "Księga Psów".

Jednocześnie kolekcjonowałam maskotki psów i tanie, porcelanowe figurki sprzedawane na odpustach. Każdemu pieskowi ze swojej kolekcji nadawałam imię, które dostawał raz na zawsze, a niektóre miały też dane raz na zawsze cechy charakteru. Uwielbiałam bawić się, odgrywając scenki pomiędzy psami, które potrafiły mówić i przeżywały rozmaite przygody (zwykle zaczerpnięte z "Wieczorynki" i innych kreskówek). W podobny sposób bawiłam się wycinkami z czasopism przedstawiającymi zwierzęta. Byłam w tym całkowicie samowystarczalna, nikt nie musiał organizować mi zabawy. Dużo czasu zajmowało mi też porządkowanie wycinków. Gdy dostałam komputer, utworzyłam plik z alfabetycznym spisem wszystkich ras, które znałam. Większość moich marzeń koncentrowała się wokół psów: książka o rasach psów reklamowana w "Przyjacielu Psie", kalendarz z ulubioną rasą, encyklopedia Larousse'a "Pies", z powodu której uwielbiałam jeździć do ciotki... No i własny pies - to chyba oczywiste. Każdego roku prosiłam w liście do Świętego Mikołaja o psa, ale pod choinką nieodmiennie znajdowałam maskotki i chodzące psy na baterie. W pewnym momencie zaczęłam podejrzewać, że Mikołaj jest po prostu tępy, i precyzować w nawiasie, że pies ma być prawdziwy. Na wszelki wypadek dodawałam jeszcze po kilka wykrzykników.

Oprócz ras psów, ich wychowywania i dbania o nie, szczególnie interesowały mnie informacje na temat mowy ciała psa. Myślę, że zachowanie psów było dla mnie czytelne i zrozumiałe, w przeciwieństwie do tego, czego chcieli ode mnie inni ludzie. W domu często bawiłam się w psa, kiedy odczuwałam silne emocje. Pies, którego udawałam, szczekał, warczał, piszczał, wchodził pod biurko, turlał się, wskakiwał na łóżko. W jakiś sposób pomagało mi to, dlatego bycie psem wydawało mi się czymś cudownym. Kiedy dostałam książkę "Mowa zwierząt" Stephena Harta, zainteresowały mnie też sposoby porozumiewania się innych zwierząt.

Niestety, czasopism dla dzieci, które tłumaczyłyby w szczegółach zachowania ludzi i uczyłyby je przewidywać, nie było. Znane mi opowiadania i książki, których głównymi bohaterami były dzieci, opisywały różne sytuacje, ale nie wyjaśniały ich, nie podawały wiedzy wprost jak czasopisma o zwierzętach. Może z wyjątkiem książek dotyczących zasad dobrego wychowania. Wiedziałam więc, że nie powinno się siorbać przy stole, rozpychać się w kolejce czy zwlekać miesiącami z oddaniem książek do biblioteki, ale to nie pomogło mi, gdy znalazłam się w buszu zwanym szkołą podstawową. Inne dzieci beztrosko łamały zasady opisywane w książkach, a niepisane reguły, które obowiązywały naprawdę, były dla mnie czarną magią. Jak zresztą wszystko, czego nie opisywały książki i nie pokazywały ilustracje.

Kiedy przebywałam na wakacjach lub w szpitalu, potrafiłam bez większych problemów zawierać nowe znajomości. Podchodziłam do dzieci bawiących się na przykład w piaskownicy, przedstawiałam się i proponowałam wspólną zabawę. Zazwyczaj to wystarczało. Nie mam pojęcia, dlaczego nie zachowywałam się tak samo w pierwszych dniach szkoły podstawowej. Być może dlatego, że te dni były dla mnie szokiem. Huk, jaki następował po każdym dzwonku na przerwę, nie przypominał niczego, co znałam. Nienawidziłam, gdy ktoś na mnie wpadał, i bałam się upadków. Wszyscy biegali dookoła bez widocznego celu, a ja całą uwagę koncentrowałam na tym, by przetrwać przerwę i nie zostać stratowana ani popchnięta. Możliwe też, że długotrwałe zainteresowanie psami w jakiś sposób zmieniło mnie. 

Tak czy siak, bardzo chciałam poznać starsze koleżanki, gdyż dziewczyny ze starszych klas wydawały mi się spokojne i "bezpieczne". Stały w niewielkich grupkach i rozmawiały zamiast tratować innych, w przeciwieństwie do moich rówieśników. Zaczęłam do nich podbiegać, udając psa, to znaczy trącałam je ręką niczym łapą i przyjaźnie szczekałam. Wydawało mi się, że każdy powinien rozumieć zachowanie psa i że to taki fajny, wesoły sposób na rozpoczęcie znajomości. Było to jednak najgorsze, co mogłam zrobić. Co mądrzejsi po prostu zignorowali moje dziwne zachowanie, ale znalazły się osoby, które zignorować nie zamierzały.

Już kilka dni później kojarzyło mnie i nabijało się ze mnie wielu starszych uczniów, którzy w innych okolicznościach nawet by mnie nie zauważyli, a ja zupełnie nie rozumiałam, dlaczego.



Tego psa sfotografowałam jako nastolatka. Podszedł do mnie na ulicy.