wtorek, 8 lutego 2022

[128] Rosomak w koronie

 
Pierwszy dzień izolacji
Wszyscy mają 👑 - mam i ja...
Ze Szczurem, który też ma koronawirusa, widziałam się jedenaście dni temu, więc mogliśmy zarazić się jednocześnie. Bardziej prawdopodobne wydaje się jednak, że złapałam wirusa w pracy, gdzie w zeszłym tygodniu już co najmniej jedna osoba była na zwolnieniu z jego powodu. Następnie w ciągu dwóch dni pochorowało się nas kilkoro, co byłoby trochę zbyt dużym zbiegiem okoliczności.
Jeśli chodzi o mnie, w weekend miałam trochę kataru, ale nic alarmującego - taki katar zazwyczaj mam, gdy w domu robimy pranie. W poniedziałek już go nie było. We wtorek jeszcze normalnie poszłam do pracy, po południu natomiast zaczęłam czuć ucisk w zatokach. Katar nie chciał schodzić, więc wzięłam sinupret, który w takich sytuacjach biorę. Z godziny na godzinę zaczęła mi rosnąć temperatura, pojawił się  kaszel, a na plecach dziwne "asymetryczne" dreszcze (zawsze po lewej stronie).
Dzisiaj zrobiłam test. Wynik ukazał się o dwudziestej trzeciej na koncie pacjenta. Objawy mam takie jak wczoraj, z tym że schodzi więcej kataru, a ucisk w głowie jest teraz mniejszy i po jednej stronie. Dużo piję, bo ciągle chce mi się pić. Gdy nie leżę, to chodzę, żeby stawy miały jak najwięcej ruchu.
Jak na osobę, która przy każdym przeziębieniu przechodzi męską grypę i wpada w zły stan psychiczny, czuję się zaskakująco spokojnie. Na pewno to zasługa sertraliny i świadomości, że jesteśmy zaszczepieni, z czego tata trzema dawkami. Szczęście w nieszczęściu, że ja i Szczur jesteśmy chorzy naraz oraz że nie są to wakacje czy święta, bo przeżywałabym o wiele bardziej. Teraz przegapiam dni wypełnione pracą po brzegi i wychodzenie na deszcz. Martwię się tylko o rodziców i żeby nam się nie pogorszyło. No i dostaję lekkiej paranoi na punkcie tego, czy nic nie zagraża kotu, który ciągle przy mnie leży, a jeszcze przedwczoraj jadł mięso z mojego talerza.
Bestia przychodzi do mnie wyjątkowo często, przytula się albo ogrzewa mi nogi. Pewnie po prostu jest mu chłodniej jesienią, ale czuję się, jakby mnie pilnował, tak jak ja jego pilnowałam w chorobie.
 
Dzień czwarty
Najgorzej czułam się wczoraj rano. Obudziłam się z dość silnym bólem zatok, jak przy zapaleniu zatok. Gdy wstałam wziąć leki, zaczęło mi walić serce i poczułam się, jakbym miała zasłabnąć. Robiło mi się też niedobrze podczas picia, więc bałam się, że zwymiotuję. Wróciłam do łóżka. Wszystko na szczęście ustąpiło, kiedy zadziałała sertralina. Wydaje mi się, że był to napad paniki wywołany bólem, bo jestem bardzo wrażliwa na ból i nieraz już mdlałam z jego powodu. Po uspokojeniu się zjadłam i zażyłam inne leki. W południe ból zatok prawie całkiem ustąpił, sam z siebie.
Po południu i wieczorem czułam się lepiej, katar też był dużo mniejszy niż poprzedniego dnia. Kaszlałam, ale mimo to dawała mi się we znaki potrzeba rozmowy i zamęczałam innych gadaniem. Miałam przytłumiony węch, a wieczorem gorączkę, ale nie wyższą niż trzydzieści osiem stopni.
Dzisiaj znowu czuję się trochę lepiej. Jestem bardzo słaba i po przejściu z pokoju do pokoju ponownie się kładę, ale jak dotąd pierwszy raz nie mam gorączki. W nocy straciłam węch. Głowa bolała minimalnie, przy schylaniu. Katar jest niewielki, kaszel bywa uporczywy. Najważniejsze, że dobrze się oddycha.
Trochę zachciewa mi się czytać, to chyba dobrze świadczy. Tata ma zakaz wchodzenia na piętro, a Bestia robi za termofor.
 
Dzień szósty
Odkąd w piątek przestałam mieć gorączkę, codziennie czuję się odrobinę lepiej. Katar zniknął równie szybko, jak się pojawił, pozostały flegma i brak węchu. No i uczucie silnego osłabienia. Jeszcze wczoraj kompletnie nie miałam apetytu, ale dzisiaj jedzenie w końcu trochę mi smakowało.
Psychicznie bardzo podbudowała mnie wiadomość, że Szczur nareszcie przez cały dzień nie miał gorączki.
Rodzina wydzwania, pytając o moje samopoczucie.
Mama od wczoraj ma katar, więc myślę, że ją zaraziłam. Mimo to upiekła dzisiaj ciasto. Próbowałam ją namówić, żeby się położyła, ale ona powiedziała, że jeśli miałaby się jutro gorzej czuć, to przynajmniej będziemy mieli babkę.

Dzień ósmy
W poniedziałek byłam zaniepokojona, gdyż znowu zaczęłam czuć kłucie w prawej zatoce. Ponownie zażyłam sinupret. Następnego dnia kłucie nie powtórzyło się.
Mama ma gorączkę, dlatego od wczoraj pełnię rolę chłopca na posyłki kursującego między piętrem a parterem. Chodzę tam i z powrotem po najróżniejsze rzeczy, wynoszę śmieci, zanoszę posiłki tacie, a w nocy budzę go na mierzenie poziomu glukozy. Po każdym przejściu po schodach sapię jak lokomotywa parowa, ale ruszać się trzeba.
Dzisiaj pierwszy raz od tygodnia poczułam zapach - był to zapach jakiegoś zioła z przyprawy do pizzy. Zapachu całej przyprawy nie umiałam wyniuchać, ale i tak się ucieszyłam. Zamierzam ćwiczyć węch zgodnie z zaleceniami, które przeczytałam w Internecie - codziennie rano i wieczorem wąchać po kilkadziesiąt sekund trzy olejki zapachowe. Podobno może to ułatwić regenerację nerwu, który uszkadza koronawirus.

Dzień czternasty
Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że ja i mama powoli żegnamy się z koroną. U mamy, podobnie jak u mnie, po kilku dniach gorączki i intensywnego kataru choróbsko zaczęło odpuszczać. Mnie zdarza się jeszcze trudny do powstrzymania kaszel, zwłaszcza w nocy, poza tym mam bóle stawów. Czuję się bardzo osłabiona, ale każdego dnia odrobinę silniejsza.
Udało mi się przedłużyć zwolnienie lekarskie i będę próbować jeszcze raz. Wciąż nie czuję się na siłach wrócić do pracy, zwłaszcza że tam najprawdopodobniej powita mnie pełno zastępstw. Przydałoby się parę dodatkowych dni na powrót do formy.
Tata - odpukać! - póki co zdrowy. Jest też wyraźnie spokojniejszy, odkąd mamie się poprawia. Dowcipkuje, że niedługo zapomni, jak wygląda jego żona.
Co ciekawe, przez dwa dni Bestia niepokojąco często kichał. Martwiłam się, czy czasem on też nie złapał wirusa. Tego się pewnie nie dowiemy. Na szczęście, cokolwiek to było, po dwóch dniach mu przeszło, bo nie miałby kto z nim pojechać do weterynarza (tata nie ogarnie Bestii, mój kot nie ufa do końca żadnemu mężczyźnie).
Dzisiaj byłam trochę smutna, bo gdyby nie wirus, spędziłabym ranek ze Szczurem w teatrze. Mam jednak i powody do radości: po pierwsze, zdrowiejemy, a po drugie, odzyskałam szybko węch. Co prawda na ten moment nie wszystkie zapachy czuję wyraźnie, ale rozpoznaję ich coraz więcej. W końcu umiem poznać, w jakim żelu pod prysznic się kąpię. Węch to chyba zmysł, o którym na co dzień najmniej myślimy i najmniej jesteśmy za niego wdzięczni, a niesłusznie.




poniedziałek, 31 stycznia 2022

[127] Pamiętniki jesienne

 
10.09
Rzadko trafiam na książki dla dzieci, które chcę mieć na własność, a nie tylko przeczytać. Do wielu książek z dzieciństwa mam sentyment, ale współczesnym nie jest łatwo aż tak mnie do siebie przekonać. Ostatnio udało się to "Niani Mani".
Tytułowa Mania, która pod nieobecność rodziców zajmuje się Jaśminą i Jasiem, jest genialna! Najbliżej jej chyba do Pippi Pończoszanki. Gdy tylko rodzice znikają z pola widzenia, sprawiająca zupełnie przeciętne wrażenie niania zrzuca płaszcz i czapkę, odkrywając swoje tęczowe włosy i luzacki strój. Szalona niania każdy nudny obowiązek czy problem do rozwiązania umie zmienić w pyszną zabawę, tak że dzieci mają wrażenie, iż to one się nią opiekują. Przy okazji w nienachalny sposób zostają poruszone różne ważne kwestie. Na przykład niski wzrost Mani, niewiele wyższej od podopiecznych, może być dobrym punktem wyjścia do rozmowy z dziećmi o osobach o wzroście niższym lub wyższym niż przeciętny.
Jeżeli macie dzieciaki w wieku docelowym, moim zdaniem warto im poczytać.

24.09
Minęły trzy tygodnie od rozpoczęcia roku szkolnego. W tym czasie prawie nie pisałam i ogólnie mało mnie było w mediach społecznościowych. Jakoś nie czułam takiej potrzeby.
Sama się zdziwiłam, jak łatwo było mi tym razem wrócić do pracy po wakacjach - dużo łatwiej niż w poprzednich latach, a zwłaszcza rok temu. Może to dlatego, że nareszcie nie czuję presji, aby robić wiele rzeczy naraz. Fakt, że od początku roku parę nieprzyjemnych sytuacji zdążyło mi się przytrafić. W moim zawodzie zawsze zabiera się część pracy do domu, także w sensie emocjonalnym, i to jest nieuniknione. Postanowiłam jednak, że popracuję nad zachowywaniem pewnej równowagi pomiędzy "wpracowym" a "własnym", co w zeszłym roku było niemożliwe.
Chcę teraz bardziej skoncentrować się na innych obszarach życia, zwłaszcza zadbać o relacje, które zaniedbałam. (Jeśli już miałam czas po pracy, to i tak zazwyczaj brakowało mi energii na dodatkowe kontakty z ludźmi.) Zamierzam też wrócić do swoich równie zaniedbanych zainteresowań, dalej rozwijać się w niektórych dziedzinach nie związanych z pracą i powoli nadrobić zaległości zdrowotne. Trochę to zabawne, ale nigdy nie robię postanowień noworocznych, a na początku roku szkolnego postanowienia układają się same.
W międzyczasie "trochę" się wydarzyło: pierwszy raz od dwóch lat byłam w operze z koleżanką, wzięliśmy ze Szczurem udział w Industriadzie, a nawet udało mi się (nareszcie!) zwiedzić komnaty Zamku Królewskiego w Krakowie. Podtrzymywałam na duchu przyjaciółki, które miały problemy. Zaczęłam czytać kilka książek naraz i póki co skończyłam tylko jedną. Wypuściłam kilkadziesiąt motyli. Wyjątkowo wcześnie jak na mnie rozpakowałam swoją wakacyjną walizkę (rok temu stała aż do listopada...). Jedyne rzeczy, których wciąż mi się nie udało zacząć, to edytowanie zdjęć, nadrabianie zaległości na blogu i powrót do systematycznych ćwiczeń - ale jesień jest długa...
Poza tym we wrześniu dotarła do mnie pocztówka z Eswatini (dawniej Swaziland). Kartka od stycznia czekała na tamtejszej poczcie, aż będzie możliwa wysyłka, a potem musiała jeszcze przebyć całą drogę z Afryki. Mimo przygód dotarła cała i zdrowa.

3.10

Październik w tym roku powitałam z wyraźną ulgą.
Muszę przyznać, że wrzesień był wyjątkowo dobrym miesiącem. Udało mi się zrobić to, co sobie umyśliłam: zrealizowałam plany na trzy weekendy, w pracy uporałam się ze wszystkim na czas. Wrzesień zajmuje jedno z ostatnich miejsc na liście moich ulubionych miesięcy, bo nie dość, że z dnia na dzień muszę wrócić do pracy i zaczynają się chłodne dni, to jeszcze wszystko przypomina mi o śmierci wujka i Piesy. Tym razem jednak dał mi w kość dopiero ostatni tydzień. Miałam dużo zastępstw, martwiłam się o mamę w związku z problemami zdrowotnymi, musiałam pojechać do dentystki... a gdy nadszedł piątek i zdążyłam się nastawić, że wkrótce odpocznę w towarzystwie Szczura, on zadzwonił po drugiej w nocy. Okazało się, że dopadła go grypa żołądkowa.
W weekend czułam się tak sobie, bez ruszenia się z domu na dłużej trudno mi było odganiać lękowe myśli. Do obiadu nie potrafiłam na niczym się skupić. Najbardziej poprawiło mi nastrój upieczenie domowej pizzy w sobotę - nie da się ukryć, że jestem pizzożercą. W obydwa dni poszłam na wieczorne spacery po okolicy. Później nadrabiałam, ile mogłam, z drobnych domowych zaległości, czytałam kolejną książkę Nabokova, grałam w otome, bawiłam się z kotem. W niedzielę Szczur poczuł się lepiej i pierwszy raz odpaliliśmy Gamedec. Rozśmieszyło mnie, że gra zaczyna się od wyciągania młodzieży z wirtualnego świata.
Nie popieram podejścia behawioralnego, ale z jednym wyjątkiem - gdy chodzi o samą siebie. Jako nagrodę za przetrwanie września kupiłam sobie koc w kształcie syreniego ogona. Grzeje bez zarzutu, a jego dodatkową zaletą jest to, że płetwa ogonowa idealnie się nadaje dla Bestii, gdy chce pobyć blisko mnie, ale nie na kolanach.
 
 
 

9.10
Za uzbierane naklejki kupiłam w Stokrotce kubki z "Harry'ego Pottera" dla siebie i dla dzieci Włóczykija. Do zdjęcia ustawiłam cztery, bo dwa są takie same. Kubek z atrybutami Voldemorta świeci w ciemności, a pozostałe dwa czarne pod wpływem gorącego płynu pokazują niewidoczny pociąg do Hogwartu.
 
 
 

10.10
W ten weekend nareszcie udało mi się pochodzić po lesie. A tam jesień rozgościła się już na dobre: kolorowe liście, grzyby, szyszki... Po kilku tygodniach od ostatniego leśnego spaceru zaskoczyła mnie cisza - ptaki nie śpiewały, owady nie bzyczały (nawet komary!). Nad zalewem wędkował jeden jedyny pan i kaczki pływały tuż przy brzegu, nie niepokojone przez rozwrzeszczanych ludzi. Cieszę się, że Szczur doszedł do siebie po chorobie i mógł przyjechać, a pogoda dopisała.
 
 
 

13.10
Dzisiaj założono nam Internet światłowodowy. Ekipa przyjechała wcześnie rano, gdy byłam w pracy. Po powrocie zastałam brak Internetu i totalnie zdezorientowanych rodziców. Zestresowany tata wypalał jednego papierosa za drugim. Mama powiedziała, że panowie od Internetu byli mrukliwi i niewiele wytłumaczyli, a ona i tata nawet nie wiedzieli, o co pytać. Co do panów, wypowiedzieć się nie mogę, ale rodzice dość słabo ogarniają urządzenia, zwłaszcza nowe. 
Zgodnie z instrukcją sprawdziłam, czy modem jest prawidłowo podłączony, po czym zadzwoniłam na infolinię wypytać o dalsze wytyczne. Dzięki pani z infolinii wydedukowaliśmy, że trzeba jeszcze włączyć drugie urządzonko (chyba jest to przejściówka do światłowodu, ale bór liściasty raczy wiedzieć) i wcisnąć jeden przycisk na modemie. Uruchomiłam wi-fi na smartfonach i moim laptopie. Komputer mamy jeszcze nie zaskoczył, tak jakby nie widzi sieci, więc może potrzebny będzie kuzyn (kuzyn to wyższa instancja do spraw technologii).
Internet ma teraz działać o wiele szybciej niż do tej pory. Na razie zdarza się jednak, że któreś urządzenie przestaje łapać wi-fi.

24.10
U mnie już troszkę halloweenowo. Zrobiłam sobie jesienną dekorację w koszyku i wymieniłam się kilkoma pocztówkami. Ponieważ chciałabym zdobyć więcej halloweenowych pocztówek, biorę udział w loteriach. Jak dotąd udało mi się wygrać dwie.
W najbliższych dniach chcę spróbować upiec ciasteczka z migdałami zwane paluchami wiedźmy. Na razie mama zrobiła dwa takie paluchy przy okazji pieczenia innych ciastek. Wydaje mi się, że wyszły wystarczająco upiornie. Zjedliśmy je ze Szczurem, oglądając "Pogromców duchów".
 
 
 

4.11

Ostatnio znowu nic nie pisałam, a to dlatego, że dopadła mnie infekcja. Zaczęło się w połowie zeszłego tygodnia, od typowego dla mnie uczucia, że skóra jest bardziej wrażliwa i mnie "boli" - w ten sposób zwykle rozpoznaję, że coś mnie bierze, zanim pojawiają się konkretne objawy. Zdążyłam jeszcze odwiedzić dwa cmentarze - jeden z rodzicami, drugi ze Szczurem - i pójść do escape roomu ze Szczurem i z Marcinem. Infekcja na szczęście nie okazała się bardzo uciążliwa, głównym objawem był i jest katar. Obecnie już słabnie, ale po weekendzie nadal smarkałam, więc zadzwoniłam do lekarza i zostałam jeszcze w domu. Musiałam też odwołać wizytę u dentystki. W głębi duszy moje niegrzeczne "ja" ucieszyło się, że powrót do pracy nieco przesunął się w czasie, a z odwołania wizyty jeszcze bardziej. Narzekam tylko na ból łap, który zawsze towarzyszy infekcjom.
Jak na infekcję, moje samopoczucie psychiczne było i jest wyjątkowo dobre. Może przez to, że choróbsko raczej z tych lżejszych, a może dlatego, że aż przez półtorej roku nie złapałam żadnej infekcji, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło. Nie bez znaczenia wydaje mi się jednak fakt, że od miesiąca zażywam sertralinę. Lek na pewno już działa, bo zauważam u siebie bardziej pogodny nastrój i wzrost energii. Zadziwiająco szybko przychodzi mi robienie różnych rzeczy, za które zwykle najpierw długo nie umiem się zabrać, a później równie trudno mi je ukończyć. Jakoś tak... mało mi zostaje "na potem". I to jest fajne.
Jeśli chodzi o escape room, chyba w końcu udało nam się skompletować trzyosobową drużynę. Jeżeli Marcinowi się z czasem nie odechce, będziemy nabierać wprawy w rozwiązywaniu zagadek i stawać się coraz bardziej zgrani. Pokój był nietypowy, bardzo "techniczny" - wymagał rozpracowywania sposobów działania różnych mechanizmów i używania narzędzi (przede wszystkim rozkręcania). Całe szczęście, że był na pokładzie inżynier, bo sama na pewno nie wydostałabym się stamtąd.
Zainspirowana dekoracjami, które zobaczyłam w siedzibie pokoju zagadek, w niedzielę nieco udekorowałam swój pokój na Halloween. Rozwiesiłam sztuczne pajęczyny, zapaliłam świeczki, rozłożyłam "paluchy wiedźmy" i tematyczne słodycze. Szczur przygotował lampion z dyni, w której wyciął runę z uniwersum Warhammera. Wieczór spędziliśmy, oglądając "Beetlejuice" Tima Burtona.
Większość dekoracji szybko uprzątnęłam, ale aż do andrzejek będzie mi towarzyszyć wystawka z pocztówkami. W październiku tradycyjnie wzięłam udział w halloweenowych loteriach i wymianach, żeby zdobyć kilka nowych pocztówek do kolekcji. Na razie dotarła do mnie tylko jedna kartka - ze smokiem, wygrana w loterii. W zamian zaskoczyła mnie koperta, która czekała na mnie w domu w piątek, gdy akurat żadnej przesyłki się nie spodziewałam. W pierwszej chwili pomyślałam, że może to Ola przysłała mi brakujące figurki z Harry'ego Pottera. Okazało się jednak, że to niespodzianka od Dagi! Dagmara jak zwykle stanęła na wysokości zadania i stworzyła naprawdę upiorną halloweenową kartkę. Dziękuję!

13.11
Dostałam pozostałe pocztówki z wymian halloweenowych: z Finlandii, Chin, Japonii i Stanów Zjednoczonych. Trochę mnie zdziwiło, że przyszły wszystkie jednego dnia, jakby gdzieś je przetrzymano na poczcie. Wprawdzie już po Halloween, ale nic nie szkodzi, bo wystawka postoi do andrzejek.
Moim ulubieńcem jest kartka z kościotrupkiem, którą dostałam od lekarza radiologa ze Stanów. Radiolog wysyłający szkielety - życiowe!
 
 
 

21.11
Zawsze zgadzałam się z Tuwimem, że listopad to "jeden z najdotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku". Deszczowo, zimno, ciemno od szesnastej... O ile we wrześniu i październiku różnokolorowe liście na drzewach potrafią wprawić mnie w zachwyt, w listopadzie trudno o jakiekolwiek powody do zachwytu. Zdarza się, że przynosi kilka dodatkowych dni wolnych od pracy, ale nie zawsze, a na andrzejki trzeba czekać cały miesiąc. Całe dnie w sztucznym oświetleniu wywołują u mnie ciągłą senność, bóle oczu i głowy oraz niechęć do aktywności. Najchętniej bym ten jedenasty miesiąc przespała. A jednak w tym roku czuję się znacznie lepiej niż zwykle, najwyraźniej za sprawą sertraliny. Łatwiej mi wybierać się do pracy, zabierać się do różnych czynności i je kończyć. Może nie tryskam radością jak wiosną, ale funkcjonuję lepiej i nawet się nie obejrzałam, jak minęły trzy tygodnie.
W pracy mam trudniejszy okres, ponieważ przejęłam część obowiązków nieobecnej koleżanki. Mimo wszystko i tam radzę sobie lepiej niż zwykle. Dwa razy miałam migrenę, ale wolniej się przebodźcowuję i czuję się bardziej pewna siebie. 
Po pracy zazwyczaj czeka na mnie Bestia, rozciągnięty na moim łóżku albo wręcz przeciwnie - zwinięty w kłębek w miejscu, gdzie zwykle kładę rękę. Jeżeli nie czeka, to zakrada się do wyra, gdy już leżę pod kołdrą. Jak zwykle jesienią jest bardziej spragniony kontaktu fizycznego, prawie codziennie przytula się lub wchodzi na kolana z własnej inicjatywy.
Wieczorami jestem już na etapie wybierania i zamawiania prezentów na Boże Narodzenie, co bardzo lubię. Do obdarowania mam partnera, rodziców, kuzynkę, kuzyńców (dzieci kuzynów) oraz kilkoro przyjaciół. No i siebie, bo większą część prezentów od rodziców i Szczura wybieram sama. Ponadto zawsze wysyłam pocztą tradycyjną kilkanaście kartek świątecznych. Zrobiłam już zamówienia na kartki, kosmetyki, książki i zabawki dla dzieci. Teraz czas pomyśleć nad akcentem DIY - czymś, co mogę zrobić sama i dołączyć do niektórych prezentów.
Nadchodzącego tygodnia bardziej się boję, bo po pierwsze - Szczur jest chory, po drugie - nie wiem, co dokładnie czeka mnie w pracy, a po trzecie - zapisałam się na szczepienie i bardzo chciałabym tym razem czuć się po nim znośnie. Oby wszystko się ułożyło i było jak spokojniej.
Nie pokazywałam jeszcze zdjęć z palmiarni, gdzie byliśmy ze Szczurem tydzień temu. Kaktusy, kwitnące litopsy, egzotyczne owoce, jaszczurki, amadyny, żółwiak i oczywiście palmy wysoko nad głowami... Niewiele się tam zmieniło, ale przeżyłam spore zaskoczenie na widok kwitnącej rośliny, którą wcześniej widziałam tylko w wersji jednolicie zielonej. Podłużne, jaskraworóżowe kwiaty zwisające z tej niepozornej rośliny sprawiły, że zaniemówiłam. Zresztą... sami zobaczcie.
 
 



 

24.11

Dzisiaj około trzynastej padał pierwszy śnieg, na razie z deszczem.
 

niedziela, 23 stycznia 2022

[126] Ta sama, a jednak inna

 
W kolejny rok weszłam pozornie taka sama, a jednak inna. I nie mam bynajmniej na myśli tego, że przed sylwestrową domówką znowu skróciłam włosy, które urosły stanowczo za długie. Ani przechorowania koronawirusa czy ponownego przezwyciężenia lęku przed podróżowaniem. Ani nawet awansu w pracy, choć oczywiście jestem z niego zadowolona. Wydarzyło się coś jeszcze ważniejszego. W ostatnich miesiącach 2021 roku w moim codziennym funkcjonowaniu zaszły ogromne zmiany na lepsze, które zawdzięczam leczeniu sertraliną.
 
O tym, jak napisać ten post, myślę od ponad dwóch tygodni i mimo prób nadal tkwię w czasie Present Perfect. W gruncie rzeczy nawet teraz, pisząc go, wciąż nie wiem, jak to zrobić. Zmiany, które zauważam po trzech miesiącach leczenia, dotyczą właściwie wszystkich sfer życia i dlatego trudno mi je zebrać "zusammen do kupy", jak się kiedyś wyraziła osoba z mojej rodziny. Nie podoba mi się zwłaszcza świadomość, że zapewne i tak o czymś ważnym zapomnę. Mimo wszystko podejmuję to wyzwanie, bo myślę, że taka notka może być w przyszłości wartościowa i dla mnie, i dla kogoś innego.
 
Nie będę ukrywać, że początkowo byłam sceptycznie nastawiona do leczenia SSRI. Na szczęście nowa lekarka wzbudziła moje zaufanie i sympatię, co rzadko zdarza się na pierwszej wizycie. Wszystko ze szczegółami mi wyjaśniła tak, jak lubię, wspomniała o doświadczeniach z pacjentami o podobnych problemach. Powiedziała wprost: "pomogę pani z tymi lękami, proszę mi zaufać". Kiedy jednak usłyszałam, że z czasem mogę nawet przestać mieć biegunki na tle nerwowym, nie dowierzałam. Jeżeli coś jest dla człowieka normą od dziecka, wizja życia bez tego problemu wydaje się po prostu całkowicie nierealna. Bałam się też potencjalnych skutków ubocznych. Mimo wszystko wiedziałam, że bardzo chcę spróbować.
 
Pierwszy miesiąc oswajania się z nowym lekiem był najtrudniejszy. Zgodnie z zaleceniami, zmniejszyłam o połowę dzienną dawkę mojego wcześniejszego leku przeciwlękowego i stopniowo zwiększałam dawkę sertraliny. W razie problemów miałam kontaktować się esemesami z panią doktor. Żadne widowiskowe skutki uboczne nie wystąpiły, także ze strony brzucha. Zaobserwowałam u siebie tylko znaczny spadek apetytu. Nie czułam głodu, musiałam zmuszać się do jedzenia. W drugim i trzecim tygodniu stałam się nieco bardziej niespokojna niż zwykle, przede wszystkim bałam się chodzenia do pracy bez porannej dawki dotychczasowego leku. Raz zdarzył się naprawdę silny stan lękowy - miało to miejsce, gdy skumulowało się kilka niekorzystnych czynników: pierwszy dzień cyklu miesiączkowego, migrena i informacja o nagłej zmianie obowiązków w pracy. Było koszmarnie, zwłaszcza że akurat przebywałam poza domem i nie mogłam dać po sobie nic poznać, ale kontakt z lekarką pomógł mi tę sytuację jako tako opanować. 
 
Już po dwóch, trzech tygodniach zaczęły być widoczne pierwsze efekty stosowania sertraliny. Ze zdumieniem zauważyłam, że mam więcej energii, szybciej przychodziło mi zabieranie się do różnych czynności i kończenie ich. Odczułam też poprawę nastroju. Działanie przeciwlękowe pojawiło się najpóźniej, a stało się wyraźnie odczuwalne chyba dopiero po zużyciu dwóch opakowań leku. Za to kiedy już się pojawiło, okazało się niesamowite, wręcz fenomenalne.
 
Obecnie, po trzech miesiącach leczenia, dostrzegam u siebie następujące zmiany:
 
Żyję bardziej tu i teraz zamiast ciągle przejmować się tym, co się wydarzyło lub wydarzy. Przez większość czasu czuję się wyluzowana i skupiona na chwili obecnej. Oczywiście stresuję się, gdy nadchodzi jakieś triggerujące mnie wydarzenie, ale lęk antycypacyjny pojawia się o wiele później (bezpośrednio w dniu danego wydarzenia lub dzień wcześniej, a nie w losowych momentach na przestrzeni paru tygodni). Lęk pozostaje w większości wewnątrz, nie towarzyszą mu silne objawy psychosomatyczne, więc łatwiej nad nim panować przy pomocy znanych technik radzenia sobie. Nie wybiegam myślami daleko do przodu, nie roztrząsam w kółko tych samych negatywnych scenariuszy. Na pierwszy plan wysuwają się drobne przyjemności, których dostarcza bieżąca chwila.
Nieraz zastanawiałam się, czy kiedyś już tak się czułam, a jeśli tak, to kiedy. Doszłam do wniosku, że przez pewien czas w bardzo podobny sposób doświadczałam pierwszej odwzajemnionej miłości, ale jeśli chodzi o stan permanentny... chyba tylko we wczesnym dzieciństwie, przed pójściem do szkoły.
 
Lepiej ogarniam codzienność. Generalnie jestem dobra w planowaniu, ale wprowadzanie planów w życie pozostawia wiele do życzenia. Do niejednej czynności trudno mi się zabrać, a gdy już się zabiorę, wykonuję ją dłużej niż inni ludzie. A to owad na ścianie mnie rozproszy, a to coś zapomnianego się nagle przypomni, a to ktoś mi przerwie i totalnie się pogubię... Im więcej spraw do załatwienia, tym bardziej dają się we znaki deficyty funkcji wykonawczych. Od jesieni nie mogę się nadziwić, jak mało zaległych spraw nade mną wisi - nie tylko w pracy, ale i w domu. W styczniu zrobiłam nawet coś, co odkładałam na później od czterech lat: zaniosłam do biblioteki publicznej niechciane książki. Wcześniej jakoś nie umiałam tam z nimi zawędrować, choć mam w pełni sprawne nogi, a do biblioteki zaledwie kilka minut.
 
Rzadziej i znacznie wolniej się przebodźcowuję. Zauważam to zarówno w pracy, z której wracam mniej zmęczona, jak i w sytuacjach towarzyskich. W sylwestra gościliśmy w Norze aż dziewięć osób, z czego pierwsi goście przybyli już około siedemnastej, a ja dopiero po północy potrzebowałam kilkunastu minut odosobnienia. Zazwyczaj w podobnych sytuacjach muszę regularnie wychodzić. Po domówce nie rozbolała mnie głowa i już następnego dnia byłam gotowa na podróż powrotną. 
 
Jestem o wiele mniej drażliwa. Nie oznacza to, że nic mi nie przeszkadza, bo sensorykę mam taką, że poza domem przez większość czasu przeszkadza mi co najmniej jedna rzecz. Jest mi natomiast jakby łatwiej radzić sobie z różnymi sensorycznymi niedogodnościami, jak dokuczliwe dźwięki, duchota w pomieszczeniu, zbyt ostre światło. Jeśli nie mam na nie wpływu, powtarzam sobie, że niedługo miną, i staram się przekierować uwagę na coś innego. Z natury bardzo trudno przychodzi mi koncentrowanie uwagi na jakimkolwiek zadaniu, gdy nie mogę się pozbyć dystraktorów, teraz jednak kosztuje mnie to mniej zasobów wewnętrznych. Myślę, że to istotna zmiana dla moich bliskich, ponieważ mniej narzekam. A ludzie, którzy ciągle narzekają, są upierdliwi dla swojego otoczenia.
 
Mam lepszy nastrój i czuję się raczej zadowolona z życia. Bez wątpienia wynika to ze wszystkich innych zmian, które tu opisuję.
 
Od 22 grudnia ani razu nie miałam problemów z układem pokarmowym na tle nerwowym. Nie licząc niektórych wakacji, nie potrafię przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz tak było - możliwe, że w zamierzchłych czasach gimnazjum. W moim przypadku jest to absolutny ewenement, żadne stosowane wcześniej leki (ani przeciwlękowe, ani regulujące perystaltykę jelit) nie przyniosły tak trwałych rezultatów. Pierwszy raz od początku pandemii jem, na co mam ochotę. Udało mi się nawet przytyć kilogram.
 
Rzadko piszę tu z detalami o kwestiach zdrowotnych, ale tym razem postanowiłam zrobić wyjątek. Dlaczego? A dlatego, że wiem aż nazbyt dobrze, jak długo się wzbraniałam przed leczeniem w tym kierunku, chociaż zachęcało mnie parę bliskich osób. Sama znam kilka innych, które też się wzbraniają, bo o antydepresantach słyszały tyle samo złego, co dobrego. Jestem chodzącym przykładem, że warto przynajmniej spróbować. Jeżeli ten post pomoże choć jednej osobie z depresją czy z lękami zdecydować się na wizytę u lekarza, spełni swój cel. Dobranie leczenia do pacjenta i cała reszta należy już do specjalisty, ale w niektórych przypadkach najtrudniejszy jest pierwszy krok. Ten do gabinetu.
 
Gdy budzę się rano z poczuciem, że dam sobie radę, zamiast z wariującym brzuchem, trudno mi uwierzyć, ile może zmienić jedna mała tabletka. Oczywiście trzeba jej trochę pomagać, ale nieporównywalnie łatwiej porozumieć się ze swoim mózgiem, kiedy całe ciało nie zwraca się przeciwko Tobie.




wtorek, 30 listopada 2021

[125] Podsumowanie lata

 
1. Tegoroczne lato spędziłam w większości w Norze. Wyjątkowo długo, bo aż trzy tygodnie, byłam w domu na wsi, ponieważ musiałam poczekać na powrót Szczura z delegacji i przygotować się do egzaminu. Pojechaliśmy razem w Góry Świętokrzyskie oraz na dwie dalsze weekendowe wycieczki: do Bielska-Białej i do Krakowa.
 
2. Zdałam ważny egzamin i awansowałam w pracy.
 
3. Zwiedziłam cztery zamki: w Bielsku-Białej, w Chęcinach, w Bodzentynie oraz... w Krakowie. Tak, tak - nareszcie udało mi się wykreślić Zamek Królewski na Wawelu z mojej Listy Wstydu.
 
 

 
4. Pierwszy raz wyprawiliśmy ze Szczurem letnią domówkę w Norce. Niestety nie wszyscy zaproszeni mogli przyjechać, ale swoją obecnością ucieszyli nas Piotr, Alex i Jakub, Magda oraz Paulina, a do tego Marek połączył się z nami na Discordzie. W gronie przyjaciół świętowaliśmy urodziny Szczura i mój awans. 

5. W tegorocznym sezonie na gąsienice mieszkali ze mną przedstawiciele jedenastu gatunków: dziewięciu ciem i dwóch motyli dziennych. Trzy z nich spotkałam pierwszy raz. Wyhodowałam dorosłe owady z tylko pięciu gatunków, ale za to miałam bardzo dużo osobników do wypuszczania. Rozmnożyłam też brudnice i niedźwiedziówki. Zimować będą jaja brudnic, larwy niedźwiedziówek oraz trzy poczwarki.

6. Pobiłam rekord w ilości wyhodowanych rusałek. Było ich aż pięćdziesiąt pięć!

7. Pierwszy raz udało mi się pozyskać jajeczka od motyli, które rozmnożyły się na moich oczach na wolności.

8. Poznałam kolejne warszawskie muzeum: Muzeum Ziemi PAN. 
 
9. W Bielsku-Białej zwiedziłam dwie filie Muzeum Historycznego: Starą Fabrykę i Zamek Książąt Sułkowskich. W fabryce najbardziej podobały mi się maszyny tkackie, a w zamku wystawy "Lustra japońskie ze zbiorów bielskiego kolekcjonera" i "Podróże kontemplacyjne. Iwa Kruczkowska-Król".

10. Ponownie odwiedziłam dwa inne muzea: Muzeum Azji i Pacyfiku oraz Muzeum Narodowe. Wyjście do pierwszego z nich planowałam już przed wakacjami, ponieważ bardzo mi zależało, by nie przegapić wystawy o Ajnach. Do drugiego Szczur i ja dotarliśmy później niż chcieliśmy, na godzinę czy półtorej przed zamknięciem. Zdążyliśmy obejść jedynie Galerię Sztuki XIX Wieku, ale za to w miłym towarzystwie Asi i jej synów.

11. Jak zwykle bardzo dużo włóczyłam się ze Szczurem po lasach. Prawie zawsze, gdy nie mieliśmy innych planów na wieczór, obieraliśmy kierunek na jakiś las, najczęściej Bemowski. Co najmniej cztery razy pojechaliśmy do Puszczy Kampinoskiej, chodziliśmy też po Lasku na Kole, Lesie Murckowskim i Starym Lesie. Na wyjeździe połaziliśmy po kilku rezerwatach i Świętokrzyskim Parku Narodowym.
 
12. Weszłam na Łysicę. 

13. Udało mi się spotkać jeża (na parkingu w Kielcach), dwie wiewiórki (obok Muzeum Ziemi), nietoperze, ropuchę i sporo żab, świetlika (na Karczówce) oraz największego ślimaka nagiego, jakiego w życiu widziałam. Pewnego lipcowego wieczoru do Nory dostał się pasikonik, dla którego pokonanie kilku pięter najwyraźniej nie stanowiło żadnego problemu. Najbardziej ucieszyłam się jednak, gdy z okna swojego pokoju w Kielcach zaobserwowałam sarenkę. Zanim usłyszała mnie i uciekła, zdążyłam pstryknąć jej kilka zdjęć. Gospodyni zdradziła mi, że sarny często podchodzą pod pensjonat.
 
 
 

14. Na początku wakacji kilka razy spotkałam chrabąszcze majowe. Przyleciały nawet do ogrodu. Ostatnio widziałam jednego z tych chrząszczy kilkanaście lat temu na spacerze z kuzynami, więc zawsze byłam przekonana, że w mojej miejscowości się one nie pojawiają. Niewykluczone, że zmieniło się to już w poprzednich latach, ale rozmijałam się z chrabąszczami, bo wyjeżdżałam do Szczura wcześniej.
 
15. Byłam w Jaskini Zbójeckiej.
 
16. Pewnego lipcowego dnia, kiedy w Lesie Bemowskim towarzyszył nam Piotr, odkryliśmy przyjemną miejscówkę do obserwowania samolotów. Zaczęło się od tego, że na spacerze zaniepokoiły mnie dobiegające z oddali dźwięki. Najpierw podejrzewałam, że zbliża się burza, później - że znaleźliśmy się niedaleko terenów wojskowych i słyszę strzały. Obie hipotezy były mylne. Okazało się, że w pobliżu jest nieduże lotnisko, z którego startują samoloty wykonujące loty widokowe.
 
 


 
17. Innym razem spotkaliśmy na szlaku... białego szczura. Towarzyszył w pracy właścicielce, która sprzedawała bilety do Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Trudno nam było odkleić nosy od szyby, bo szczur był przyjazny i wyjątkowo dorodny. 

18. Pokazałam Szczurowi kilka charakterystycznych miejsc w Bielsku-Białej: Kamienicę "Pod Żabami", budynek Muzeum Literatury, Bielski Syjon, pomniki syrenki, Reksia i bohaterów "Porwania Baltazara Gąbki". Tylko Bolek i Lolek gdzieś się przed nami ukryli.
 
19. Ja i Szczur odwiedziliśmy Asię, Tomasza i ich synów, a oni - w nieco uszczuplonym składzie - odwiedzili nas w Norze.
 
20. Alex i Jakub przyjechali do nas na weekend. Przegadaliśmy kilka godzin i wybraliśmy się razem na wieczorny spacer po Puszczy Kampinoskiej, gdzie przemoczyłam buty.

21.
Przepłynęłam się kajakiem po fosie. Niestety, rowerów wodnych przez większość lata nie można było wypożyczać z powodu zakwitu wody.
 
22. Odwiedziłam Smoka Wawelskiego. Marzyło mi się wspólne zdjęcie, bo jedyne, jakie miałam, pochłonęła awaria dysku twardego w latach studenckich. Zrezygnowałam jednak z kontaktu fizycznego ze smokiem, gdy zobaczyłam, ile osób maca go w ciągu zaledwie kilku minut.

23.
Zwiedziłam ruiny pałacu Tarłów w Podzamczu Piekoszowskim.
 
24. Szczur pokazał mi kolejne miejsce na mapie Warszawy - Mariensztat. Przy okazji przeszliśmy się po Starym Mieście i zobaczyłam wąską uliczkę Kamienne Schodki, gdzie ponoć w latach dziewięćdziesiątych lubiła się fotografować alternatywna młodzież.
 
 

 
25. Zobaczyłam na żywo ponad sześćdziesiąt obrazów Zdzisława Beksińskiego na wystawie czasowej w Centrum Praskim Koneser. Korzystając z okazji, poszłam też na wystawę "Laboratorium Rzeźby". Przeczytałam, że była to największa w tym roku wystawa rzeźby w Warszawie, pełna dzieł wybitnych artystów. Cóż... niestety ja nadal jestem ze sztuką współczesną na bakier, mimo że od czasu do czasu próbuję się na nią otworzyć. Wycenione na tysiące złotych rzeźby kotów liżących się pod ogonami budzą we mnie raczej niedowierzanie niż zachwyt.

26. Wybrałam się do ogrodu botanicznego w Kielcach.

27. Wbrew własnej woli uczestniczyłam w dwóch przyjęciach: raz w weselu, które trwało do białego rana, a raz w niezwykle głośnej imprezie urodzinowej sąsiadki z ulicy obok. Inaczej nie da się tego nazwać, bo muzyka biesiadna z obu przyjęć była tak głośna, że przez cały wieczór nie potrafiłam na niczym się skupić. O ile wesele w hotelu można zrozumieć, o tyle w drugim przypadku tata poprosił policję o interwencję w związku z zakłócaniem ciszy nocnej, bo sąsiedzi nie ściszyli muzyki nawet po dwudziestej trzeciej. Całe szczęście, że urodziny obchodzi się tylko raz w roku.

28. Zaobserwowałam osiem Perseidów. W tym roku wypatrywałam "spadających gwiazd" przez dwie noce i w pojedynkę, nie licząc komarów. Żeby zniechęcić do siebie natrętnych krwiopijców, leżałam na leżaku opatulona kocami. 

29. Ponieważ pierwszego sierpnia o siedemnastej akurat jechałam samochodem, miałam okazję zobaczyć (i usłyszeć), jak warszawiacy upamiętniają godzinę "W".

30. Ścięłam włosy na krótko.
 
31. Wydałam kilkaset złotych na ubrania w sklepie sportowym. I nie żałuję, bo bluzy z tego sklepu są niebywale przyjazne sensorycznie, miękkie i ciepłe. Mam nadzieję, że będą mi służyć co najmniej przez kilka lat, tak jak ich poprzedniczka.
 
32. Odwiedziłam ze Szczurem jego rodziców. 
 
33. Dwa razy zobaczyłam się z kuzynem i jego rodzinką. Kiedyś uważałabym, że jak na lato to o wiele za mało. Po miesiącach czekania, aż wszyscy zostaną zaszczepieni, cieszyło mnie, że w końcu się widzimy. Wypuszczaliśmy razem rusałki, a Młodemu pokazałam też inne stadia rozwoju moich owadów. Młodszego najbardziej interesowało, jak by tu napsocić.

34. Zrobiłam zakupy w słynnych Złotych Tarasach. Upolowałam tam dwie wygodne pary trampków, czarną bluzkę i książki.
 
35. Pomogłam Szczurowi kupić odkurzacz. Nora już od dawna prosiła się o solidny odkurzacz, ale Szczurowi na co dzień trudno jest znaleźć czas i energię na ponadprogramowe rzeczy. Wybrałam więc model, który uznałam za najbardziej odpowiedni, a Szczur po prostu go kupił.
 
36. Wzięłam udział w spisie powszechnym. Spisałam siebie i domowników przez Internet.

37. Pierwszy raz upiekłam w Norze ciasto.
 
38. Przywiozłam z wakacji aż jedenaście wspólnych zdjęć moich i Szczura. To prawdziwy ewenement, bo z reguły o wiele częściej fotografujemy niż jesteśmy fotografowani, a co dopiero razem. W tym roku wzięłam się na sposób: za każdym razem, gdy inni turyści prosili mnie o pstryknięcie im rodzinnego zdjęcia, ja prosiłam ich o to samo. 
 
 
 

39.
Przez dwa dni miałam jęczmień w oku. Nigdy wcześniej mi się to nie przytrafiło, dlatego nie wiedziałam, co robić. Pani w aptece doradziła ciepłe okłady z ziela świetlika, a przyjaciółki - z gotowanego jajka. Zanim zdążyłam wypróbować jajko, ziele świetlika pomogło i jęczmień pękł.

40. Szczurzyca zrobiła postępy w nauce makijażu. Miałam wrażenie, że wykupiła pół drogerii.
 
41. Dostałam jedne z najpyszniejszych czekoladek, jakie w życiu jadłam. Szczur przywiózł mi je z zagranicznej delegacji. Były tak dobre, że codziennie wydzielałam nam po jednej, żeby starczyły na jak najdłużej!

42. Przeżyłam chwile grozy, kiedy pewnego ranka w Norze krany odmówiły współpracy. Obawiałam się, że nastąpiła jakaś awaria i możemy przez dłuższy czas nie mieć bieżącej wody. W moim domu na wsi czuję się na tego typu sytuacje przygotowana, ale w Norze nie bardzo, zwłaszcza podczas fali upałów. Na szczęście była to tylko krótka przerwa w dostawie wody, spowodowana remontem na osiedlu. 
 
43. Utrwalałam hiszpański z aplikacją Duolingo. 
 
44. Odkryłam powieści obyczajowe Agnieszki Krawczyk. Gdy mam ochotę poczytać coś kojącego i optymistycznego, ale nie wysilać się przy tym intelektualnie, chętnie sięgam po "Ulicę Wierzbową" czy "Magiczne miejsce". Nawet jeśli niektóre wątki nie grzeszą realizmem.

45. Aby wynagrodzić samą siebie za zdany egzamin, sprawiłam sobie czytnik e-booków. Na razie prawie z niego nie korzystam, bo mam bardzo dużo tradycyjnych książek do przeczytania, ale liczę, że w niektórych sytuacjach będzie ułatwiał mi życie. Zwłaszcza poza domem.

46. Ograłam Szczura w "Na skrzydłach".

47. Prawie codziennie oglądałam anime. Obejrzałam drugi sezon "Yuru Camp", "Somali and the Forest Spirit", dwa sezony "Piano no Mori" oraz filmy "A Whisker Away", "Mai-Mai Miracle" i "In This Corner of the World". 

48. Uporządkowałam kilka szaf w swoim pokoju, a na parterze wprowadziłam nowy system przechowywania materiałów i przyborów do rękodzieła.
 
49. Zaliczyłam dwie wizyty u dentysty.

50. Doszłam do siebie po trudnym roku szkolnym, choć wymagało to czasu. Na początku wszystko przypominało mi o zeszłorocznym kryzysie, więc nie było mi łatwo wrócić do podróżowania. W pewnym sensie wielu rzeczy, które przed pandemią miałam wypracowane, musiałam jakby uczyć się od nowa. Jedzenie poza domem wciąż budzi we mnie lęk i pozostaje obszarem do długofalowej pracy nad sobą. Pozostałe lęki zdołałam przełamać i jestem z tego dumna.



czwartek, 4 listopada 2021

[124] Pamiętniki sierpniowe

 
1.08
Pierwszy raz odważyłam się upiec w Norze ciasto. Na razie co prawda z torebki, ale to już coś. Generalnie nie chce mi się tutaj piec "bardziej serio", bo nie ma porządnego miksera ani naczyń i narzędzi identycznych jak w domu (lubię mieć zawsze te same). Dlatego zawsze to jakiś sukces. A zabrałam się za pieczenie tylko dlatego, że dziś przez pogodę oboje kiepsko się czuliśmy. Szczur leżał do piętnastej z krótką przerwą, a ja po przebudzeniu byłam lękowa i potrzebowałam bardzo pilnie zająć czymś swoją głowę.
Pierwsze koty za płoty.
 
 


2.08
Pada ulewny deszcz. Przyjemnie się siedzi nocą z książką na kanapie w Norce i słucha deszczu.

3.08
Odkąd bywam w Warszawie, regularnie sprawdzam aktualności na stronach moich ulubionych muzeów. Przed wakacjami wyczytałam, że w Muzeum Azji i Pacyfiku pojawiła się nowa, ciekawa wystawa czasowa: "Świat Ajnów. Od Bronisława Piłsudskiego do Shigeru Kayano". Od razu wiedziałam, że muszę się tam udać, zanim ekspozycja zniknie.
Kiedy zeszłoroczny lockdown trwał w najlepsze, prawie codziennie słuchałam podcastów i oglądałam vlogi. Szczególnie upodobałam sobie kanał YT Aiko i Emila Truszkowskich - japońsko-polskiego małżeństwa, które tworzy vlogi o swoim życiu i podróżach po Japonii. Co jakiś czas Emil publikuje świetne wywiady z osobami mieszkającymi w Japonii lub w inny sposób z nią związanymi.
Pewnego razu bohaterką takiego szalenie ciekawego wywiadu była Danuta Onyszkiewicz, prawnuczka Józefa Piłsudskiego i zarazem autorka projektu "Śladami Bronka". Słuchając, dowiedziałam się, że Józef miał brata Bronisława, wybitnego naukowca, który za udział w spisku wymierzonym w cara został zesłany na Sachalin. Prowadził tam badania terenowe wśród rdzennej ludności. Dzięki jego pracy udokumentowane zostały kultura i język ludu Ajnów z przełomu XIX i XX wieku. Obecnie Danuta Onyszkiewicz zamierza odbyć podróż śladami Bronisława, poznać jego potomków i stworzyć na podstawie zebranych materiałów interaktywny film dokumentalny.
Nie wiem, czy ktoś to pamięta, ale swego czasu wstawiałam na fejsa linka do tego vloga. Łatwo można go znaleźć na YT, do czego mocno zachęcam, bo to naprawdę nietuzinkowa historia.
Wystawę w Muzeum Azji i Pacyfiku potraktowałam jako okazję do rozwinięcia wiedzy z vloga. Faktycznie można się tam dowiedzieć najważniejszych rzeczy o życiu Ajnów: jak mieszkali, czym się zajmowali, jak się ubierali, w co wierzyli. Nie zabrakło też informacji o Bronku, tfu, Bronisławie i wykonanych przez niego fotografii.
Jako ciepłolubnemu stworzeniu najtrudniej mi sobie wyobrazić życie w tych skromnych ajnuskich chatach zimą, gdy temperatury sięgały -15 stopni...






4.08
Nareszcie dorwaliśmy się do kajaka!
W dni robocze rzeczywiście łatwiej wynająć kajak do popływania po fosie niż w weekendy. Niestety, rowery wodne znowu poszły w odstawkę, ponieważ fosa jest zaglonowana. Najważniejsze jednak, że miasto ponownie uruchomiło tę wypożyczalnię i że poziom wody w ogóle pozwala na pływanie.

5.08
Mieliśmy w Norze leniwy dzień. Planowaliśmy wybrać się rano na wycieczkę, ale pogoda i samopoczucie Szczura udaremniły nasze plany. Szczurowi dokuczały wysokie ciśnienie i ból głowy, więc przez połowę dnia leżał. Ja czułam się dobrze, tylko sennie. Dzięki temu, że wczoraj przygotowałam obiad na dwa dni, też mogłam pobyczyć się do czternastej. Raz na jakiś czas przyjemnie jest tak po prostu nic nie robić, co w roku szkolnym rzadko się zdarza.
Po południu odwiedziliśmy sklep sportowy na Mokotowie. Kupiłam sobie dwie horrendalnie drogie, ocieplane bluzy, tym razem z pełnym przekonaniem, bo pomarańczową bluzę z North Face kupioną dwa lata temu noszę praktycznie non stop. Pomimo ciągłego używania nadal nie straciła na jakości - nie zmechaciła się, nie stała się szorstka wewnątrz i cały czas rewelacyjnie grzeje. To jeden z moich ulubionych ciuchów. Myślę, że dwie czy trzy tego typu bluzy będą mi dzielnie służyć przez ładnych kilka lat, podczas gdy bluzy z kiepskich materiałów wysyłam na emeryturę, kiedy stają się nieprzyjemne w dotyku. Najważniejsze, żeby było w nich ciepło i miękko.
Postanowiłam, że po powrocie na wieś spróbuję wreszcie zrobić mydełka glicerynowe. Pooglądałam już tutoriale i wypytałam koleżankę z doświadczeniem w temacie, w jakim sklepie kupuje składniki. Zamówię zestaw dla początkujących z bazą mydlaną, kilkoma olejkami zapachowymi i barwnikami, a do tego naczynie do rozpuszczania gliceryny w kąpieli wodnej i parę dodatków. Ciekawe, jakie będą efekty eksperymentu.
Szczur ciągle żartuje, żebym tylko nie zaczęła tej gliceryny nitrować.

12.08
Ostatni tydzień przyniósł mi istny rollercoaster emocjonalny... Poziom natężenia emocji na przemian wznosił się i opadał.
Zacząć trzeba chyba od piątku, kiedy wybraliśmy się ze Szczurem do Muzeum Narodowego, a później do Asi i Tomasza. Minęły całe wieki, odkąd kogoś odwiedziłam - zdaje się, że ostatni był Piotrek w zeszłe wakacje, ewentualnie rodzice Szczura w ferie zimowe. W gościnie tak się zagadaliśmy z całą rodziną Asi i Tomasza, że zupełnie nie zauważyliśmy, kiedy zrobiło się późno. Zazwyczaj nie dostrzegam upływu czasu, jeżeli w czyimś towarzystwie czuję się komfortowo. Zorientowałam się, że się zasiedzieliśmy, dopiero gdy Mistrz Zen zaczął przygotowywać się do spania. Ostatecznie wyszliśmy grubo po dwudziestej trzeciej, z torbami pełnymi książek (wypożyczonych i oddanych w dobre ręce), z trudem przerywając rozmowę. Po powrocie zdałam sobie sprawę, jak bardzo jestem zmęczona - co prawda pozytywnie zmęczona, ale jednak. Padłam na kanapę, próbując jeszcze przeczytać kilka stron książki. Ciało broniło się przed dalszą aktywnością i musiałam mu ulec, bo zaczęłam na tej kanapie przysypiać.
W sobotę przyjechali do nas Alex i Jakub, więc stężenie autyzmu w Norze jeszcze bardziej wzrosło. Ku mojemu zdziwieniu, po południu nie czułam już zmęczenia po bogatym w wydarzenia dniu poprzednim, ale wręcz przeciwnie. Dzięki gościom znowu poczułam się zrelaksowana. Wieczorem zapakowaliśmy się do Naleśnika i pojechaliśmy połazić po Kampinosie od strony dawnej kwatery dowodzenia. Choć było ciemno, zaobserwowałam kilkanaście małych miernikowców zwieszających się z roślin na swoich niewidocznych nitkach.
Wychodząc z Puszczy, gdy byliśmy już bardzo blisko parkingu, wdepnęłam prawą nogą w kałużę i przemoczyłam but z mojej najwygodniejszej obecnie pary. W pierwszej chwili spanikowałam, bo ostatnim razem, kiedy przydarzyła mi się podobna sytuacja (na Słowacji), nie udało mi się wysuszyć ulubionych butów - zatęchły i straciłam je. Tym razem jednak Alex po powrocie szybko wzięła w obroty i mnie, i nasze obuwie. Choć zdążyłam jeszcze posprzeczać się ze Szczurem, poznałam sposoby downhillowca na ratowanie butów i spać poszłam zupełnie wyciszona.
Następnego dnia Szczur musiał wstać wcześnie, by odwieźć gości na dworzec. Odsypiał to właściwie przez resztę dnia, więc poszłam sama na wieczorny spacer iii... znalazłam kilkadziesiąt gąsienic rusałek! Było ich tyle, że mogłam zabrać tylko część. Wszystkie siedziały na pokrzywach na trasie mojego spaceru. Jeżeli to nie jest dobry omen, to nie wiem, co nim jest.
W nocy z poniedziałku na wtorek wróciłam na wieś, do domu rodziców, żeby spędzić tutaj kilka dni na nauce do ważnego egzaminu. Dzięki temu, że nie muszę przygotowywać sobie wszystkich posiłków, łatwiej mi skupić uwagę. Przyznam, że nie jest mi łatwo się uczyć. Myślę, że zupełnie odzwyczaiłam się od nauki "na deadline", bo od ukończenia studiów wszystkiego, czego się uczę, uczę się dla siebie samej i kiedy chcę. Głowa aż wyrywa się do wszelkich przyjemniejszych zajęć. Grunt to dożyć egzaminu i go zdać. Oby jak najszybciej było po wszystkim.




24.08
Dzisiaj pierwszy raz zrobiłam kompot ze śliwek. Użyłam do tego imprezowych śliwek od Magdy. Podobno Szczur lubi taki kompot, więc nic nie powinno się zmarnować, mimo że użyłam trochę za dużo cukru jak na jego gust. Do tej pory gotowałam tylko kompoty dla siebie z jabłek i bananów, gdy było mi niedobrze po leku na stawy.
Po spotkaniach z innymi osobami w spektrum, kiedy jest nas więcej naraz, zawsze zastanawiam się, jak to możliwe, że znam teraz tylu sympatycznych ludzi. Przez całe życie szkolne, a później studenckie próbowałam wchodzić w relacje z rówieśnikami i zazwyczaj nie kończyło się to dobrze. Sześć lat temu, świeżo po studiach i po zakończeniu związku, czułam się dojmująco samotna. Wydawało mi się, że w tym wieku osoba taka jak ja, introwertyczna, z mnóstwem nadwrażliwości sensorycznych, dziwnymi zainteresowaniami i inną wizją życia niż ma większość rówieśników, nie ma już szans na żadne nowe kontakty. Obecnie osób, które lubię, jest tyle, że nawet gdy ktoś z zaproszonych nie może przyjechać na "szczurzą domówkę", mieszkanie i tak pęka w szwach.
Dzień przed imprezą odwiedziliśmy rodziców Szczura, a jeszcze jeden dzień wcześniej, tuż przed wyjazdem do Warszawy, wpadł do mnie kuzyn z rodziną. Nikogo więc nie powinno dziwić, że dzisiaj leżałam w łóżku do czternastej, usprawiedliwiając się paskudną pogodą. Dzień minął nam obojgu głównie na lenistwie. Planowaliśmy wyjście wieczorem na wystawę, ale ostatecznie zostaliśmy w Norze. Przez cały czas mocno padało, temperatura też nie zachęcała do wyściubienia nosa na zewnątrz. Ulewny deszcz uniemożliwił mi wypuszczenie dziewięciu pawików - może jutro uda się to zrobić.
 
 

 

niedziela, 24 października 2021

[123] Świętokrzyskie czaruje (cz. II)

 
[Jeśli chcesz przeczytać poprzednią część posta, kliknij tutaj.]
  

26.07
O tym dniu niczego na bieżąco nie zanotowałam, ale sądzę, że warto skrobnąć kilka słów, żeby zachować go w pamięci. Odwiedziliśmy bowiem dwa miejsca mniej popularne, których próżno szukać w zestawieniach największych atrakcji okolicy Kielc: Jaskinię Zbójecką w okolicach Łagowa i pałac Tarłów w Podzamczu Piekoszowskim.
Jaskinia Zbójecka nie jest tak oblegana przez turystów jak jaskinia Raj czy te na Kadzielni - nie trzeba kupować biletu ani zapisywać się z kilkudniowym wyprzedzeniem na określony dzień i godzinę. Znajduje się w wąwozie Dule i należy do najdłuższych jaskiń w regionie świętokrzyskim. To właśnie z nią wiąże się legenda o zbóju Madeju. Na tablicy informacyjnej przeczytałam, że występują tam rzadkie w Polsce pająki i owady, a także trzy gatunki nietoperzy: nocek rudy, nocek duży i podkowiec mały. Wewnątrz znaleziono ceramikę pochodzącą prawdopodobnie z XI lub XII wieku. 
Pałac Tarłów to klimatyczne ruiny XVII-wiecznej rezydencji magnackiej. Według legendy zostało tam ukryte złoto konfederatów, którego nigdy nie odnaleziono. Chodząc po pałacu, nie szukałam jednak skarbu, tylko fotografowałam piękne fragmenty murów i wszędobylskie rośliny. Podobnie jak inne budynki pozostawione przez ludzi samym sobie, także i ten przejęła natura - znalazłam nawet młody jarząb, idealny dla moich gąsienic znamionówek.
W ruinach spotkaliśmy tylko trzy zwiedzające kobiety, a w jaskini parę z dziećmi, więc to idealne miejsca na krótkie, spokojne wycieczki.






 
27.07
Dzisiaj udało mi się w miarę wcześnie wstać (tak, w wolne dni dziewiąta to dla mnie wcześnie), więc dość żwawo wybraliśmy się do Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Tym razem zdecydowaliśmy się na fragment szlaku z Bodzentyna do Świętej Katarzyny, biegnący przez charakterystyczną Puszczę Jodłową. Trudnych podejść po drodze nie było, dlatego nie musiałam walczyć ze swoimi słabościami jak na Łysicy. W zamian szlak totalnie mnie zauroczył pod względem przyrodniczym i narobił mi takiego smaka na więcej, że następnym razem pewnie będę chciała przejść cały.
W czasie krótkiego spaceru zdążyliśmy zaobserwować trzy mrowiska, ropuchę i cztery małe ropuszki, ciekawe grzyby, przepięknego owada i największego ślimaka, jakiego dotąd w Polsce widziałam. Miałam przy sobie linijkę, więc Szczur jako dyżurny metrolog może potwierdzić: stwór mierzył około piętnastu centymetrów! Szok! 
 





 
Dlaczego w takim razie nie połakomiliśmy się na cały szlak? Ano dlatego, że umyśliliśmy sobie przed obiadem zobaczyć jeszcze zamek biskupów krakowskich w Bodzentynie. Niestety, ruiny tego zamku są w kiepskim stanie i grożą zawaleniem, więc nie da się się zbyt blisko do niego podejść. Na razie mury zostały tylko prowizorycznie zabezpieczone drewnianymi konstrukcjami i ogrodzone, żeby nikomu nie stała się krzywda. Przeczytałam jednak w Internecie, że podobno istnieją szanse na renowację zamku w najbliższych latach.




 
28.07
Nadszedł ostatni dzień pobytu w Kielcach. Zastanawiałam się, co moglibyśmy jeszcze zobaczyć, skoro po południu musimy zjeść obiad i spakować się. Ostatecznie zaproponowałam, żebyśmy wybrali się do rezerwatu Skałki Piekło pod Nakłaniem. Tamtejsze formacje skalne zaciekawiły mnie, gdy czytałam posty na blogach podróżniczych.
Do rezerwatu z Kielc jedzie się niecałą godzinę, a później niebieski szlak przez las powinien  doprowadzić wędrowca do celu. Niestety, nas nie doprowadził. Prawdopodobnie byliśmy już niedaleko środka lasu, gdzie znajdują się skałki, kiedy natknęliśmy się na... zakaz wstępu i plac budowy, których nijak nie dało się ominąć. Myślę, że to raczej tymczasowe, ale poczułam się rozczarowana i zła na ludzi. Nie rozumiem, dlaczego informacji o niedostępności drogi do skałek nie można było umieścić na samym początku szlaku, żeby człowiek nie szedł na darmo. Przez to, że przeszliśmy większość tego szlaku, nie mieliśmy już czasu na zmianę planów. Sama droga przez las była przyjemna, zacieniona, ale nie tak atrakcyjna przyrodniczo jak na przykład szlak przez Puszczę Jodłową.
Aby trochę więcej skorzystać na tej wycieczce, w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Zagnańsku - miejscowości, gdzie rośnie słynny dąb Bartek. Muszę przyznać, że na początku trochę mi się nie chciało. Bartka widziałam już kilka lat temu, a po nieudanej wyprawie buzowały we mnie negatywne emocje. Dobrze się jednak stało, że posłuchałam Szczura, bo widok wiekowego drzewa poprawił mi humor. Staruszek przeżył kolejnych parę lat bez szwanku i oby tak zostało jak najdłużej.
Przed odjazdem wykorzystałam czas, gdy Szczur drzemał, żeby zajrzeć do pobliskiego ogrodu botanicznego. Wprawdzie nie miałam czasu na dokładne obejście całego terenu i obejrzenie wszystkiego, ale towarzystwo roślin pomogło mi zrelaksować się przed podróżą samochodem. Największe wrażenie zrobiły na mnie kwiaty jeżówki, które przyciągały całe rzesze rusałek i trzmieli. Może warto zastanowić się nad zasadzeniem tej rośliny w ogrodzie rodziców!
 
 





 

niedziela, 17 października 2021

[122] Świętokrzyskie czaruje (cz. I)

 
Dość długo zastanawiałam się, gdzie pojechać w tegoroczne wakacje. Po zeszłorocznym kryzysie i niełatwej wiośnie nie czułam się na tyle pewnie, żeby udać się w zupełnie nowe miejsce, ale nie chciałam też przez całe lato ograniczać się do jednodniowych wypadów. Rozważałam kilka miejsc, aż w końcu postawiłam na Góry Świętokrzyskie. Minęły cztery lata od poprzedniego wyjazdu ze Szczurem w te okolice, a ponieważ okolice Kielc mnie wtedy urzekły, uznałam, że to dobry pomysł. 
 
W spotach reklamowych promuje się województwo świętokrzyskie hasłem "Świętokrzyskie czaruje" - i to prawda. Nie do końca uświadamiam sobie, co składa się na atmosferę, która mnie tam przyciąga i działa tak kojąco, ale moim zdaniem trudno o lepsze hasło.

 
23.07
Od wczorajszego wieczoru jesteśmy w Kielcach i bardzo mnie to cieszy. Co prawda, wczoraj mimo starań nie obeszło się bez stresu przed podróżą i buntu brzucha, ale już na spacerze przed snem poczułam odprężenie.
W nowym miejscu, zaraz na parkingu, powitał nas sympatyczny zwierz - jeż. Na zdjęciu zrobionym mu po ciemku niewiele widać (tylko jeśli maksymalnie rozjaśnię ekran), ale musiałam je pstryknąć, bo się ucieszyłam. Już od paru lat nie spotkałam jeża, więc uważam to nieoczekiwane spotkanie za dobrą wróżbę. Jako drugi wyszedł nam na powitanie przemiły gospodarz, mimo późnej pory zagadując nas na amen.
Pomieszkujemy w miejscu, które już znam, a w którym moim zdaniem w powietrzu unosi się magia. I nie mam tu na myśli świętokrzyskich podań o czarownicach i o diabłach, tylko kojącą atmosferę. Jesteśmy w jednym z największych polskich miast, tymczasem w bliskim sąsiedztwie jest park krajobrazowy, trochę dalej rezerwat. Przed snem za oknem mojego pokoju zbiera się orkiestra koników polnych, a rano budzą mnie głośne okrzyki kur.
Po wczorajszym dniu byliśmy bardzo zmęczeni, więc rano wygrzebaliśmy się późno, na totalnym luzie. W hotelu już nikogo z gości nie było, kiedy udawaliśmy się zwiedzać, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Cudownie jest nie czuć presji. Wyjątkowo odpuściłam sobie nawet zajmowanie się gąsienicami, nakarmionymi obficie przed wyjazdem.
Pojechaliśmy na Kadzielnię - wzgórze zbudowane z wapieni, na którym znajduje się rezerwat przyrody. Mimo bliskości tego miejsca ostatnim razem nie zwiedziliśmy go, chyba po prostu zabrakło nam czasu na wszystkie tutejsze atrakcje. Jak rzecze Wikipedia, Kadzielnia mogła być pogańskim miejscem kultu, ale nie ma na to przekonujących dowodów. Pewne jest to, że przez lata eksploatowano tu skały wapienne, a obok Jeziora Szmaragdowego, które powstało w dawnym kamieniołomie, trudno przejść obojętnie. Niestety, nie udało nam się zwiedzić jaskiń, bo obowiązuje tam rejestracja. Poszliśmy na górę najwyżej jak się dało bez wspinaczki, a w drodze powrotnej popatrzyliśmy na okolicę z miejsca widokowego u stóp pomnika. Trochę brakuje tam tabliczki informacyjnej - dopiero Wikipedia powiedziała mi, że jest to pomnik Bojowników o Wyzwolenie Narodowe i Społeczne.
 
 


 
 
 
 
Na terenie rezerwatu widziałam mnóstwo motyli: pawiki (ich było najwięcej, szczególnie w jednym miejscu, gdzie okupowały nieznaną mi kwitnącą roślinę), admirały, bielinki, jednego modraszka.
Wieczorem Szczur zabrał mnie na spacer po okolicy, czyli do lasu wchodzącego w skład parku krajobrazowego. Po drodze zobaczyliśmy klasztor na Karczówce i kilka kapliczek, zahaczyliśmy też o punkt widokowy z panoramą Kielc. Oj, niełatwo mi było iść kamienistą ścieżką po zmroku, zwłaszcza że odzwyczaiłam się zupełnie od chodzenia po jakimkolwiek trudniejszym terenie. Trzy razy miałam skurcze mięśni pośladków. Ale z pomocą Szczura dałam radę i to jest najważniejsze.

25.07
Wczoraj zdobyliśmy Łysicę. Mam sentyment do tej góry, bo był to bodajże drugi z kolei szczyt, na który o własnych siłach weszłam. W przeciwieństwie do poprzedniego razu, miałam na sobie porządne górskie buty, więc wchodziło i schodziło mi się lepiej. Owszem, niektóre odcinki przysparzały mi trudności, szczególnie ostatni, gdzie idzie się między największymi kamieniami. Każde wyjście w góry traktuję jako okazję do kontaktu z przyrodą, ale też jako wyzwanie dla mojego układu przedsionkowego i koncentracji uwagi. Kiedy udaje mi się zrobić coś, co wymaga pokonania własnych słabości, na przykład przełamania obaw przed utratą równowagi, jestem z siebie dumna. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież chodzę po prostych trasach. Cóż... obiektywnie znaczy obiektywnie, a mój układ przedsionkowy ma swoją skalę i to w niej zdobywam punkty. 

 






Niestety, reszta dnia nie pozwoliła mi wypocząć po wycieczce w góry. W hotelu, gdzie wynajmujemy pokoje, odbywało się wesele. Przez cały dzień zza mojego okna dobiegało irytujące buczenie wentylatora, a wieczór był mocno dyskomfortowy sensorycznie. Nie wiem, co bardziej mnie denerwowało - głośne basy, których nie cierpię, krzyki bawiących się ludzi czy hołubce o drugiej w nocy. Miałam nadzieję, że godzinę po oczepinach towarzystwo zacznie się rozchodzić, jak to zwykle bywało na weselach w mojej rodzinie. Gdzie tam! - wyszło na jaw, że górale potrafią się bawić do bladego świtu. Im bardziej goście byli pijani, tym donośniej krzyczeli i śpiewali (między innymi "Aaaalee za to nieedziela, nieeedziela będzie dla nas"). Nie zrobiłam wieczorem nic dla siebie poza nakarmieniem gąsienic, nawet na czytaniu nie umiałam się skupić. W końcu o drugiej wzięłam lek nasenny i padłam na łóżko. Nie wiem, o której impreza się skończyła, ale na szczęście lek zrobił swoje - szybko zasnęłam. Cztery godziny później obudziła mnie błoga cisza. Otworzyłam na chwilę oczy, sprawdziłam godzinę na ekranie telefonu i ponownie zasnęłam.
W związku z nocnymi hałasami dzisiaj zorganizowaliśmy sobie dzień bardziej luzacko. Na obiad umówiliśmy się wcześniej, po obiedzie poodpoczywaliśmy osobno, wieczorem połaziliśmy po okolicy... Najważniejszym punktem dnia było zwiedzanie zamku w Chęcinach. Jeżeli znacie historię o tym, jak królowa Bona w pośpiechu wyjechała z Polski, zabierając ze sobą drogocenny skarb, to może Was zaciekawi, że właśnie w Chęcinach przechowywała swoje kosztowności.
Obecnie próżno szukać na zamku skarbów z lat jego świetności, ale z wież roztacza się piękna panorama okolicy. W sezonie letnim po dziedzińcu przechadzają się pracownicy zamku w średniowiecznych strojach, między innymi zaskakująco sympatyczny kat. Można też przymierzyć elementy rycerskiej zbroi, zakuć się w dyby, sfotografować się z koniem lub Kostkiem, zobaczyć krzyżackiego jeńca czy popodziwiać herby szlacheckie. Część atrakcji może się wydawać dziecinna, ale czemu by się trochę nie powygłupiać?
Miałam dzisiaj wymarzoną pogodę do fotografowania zamku. Początkowo nic nie zapowiadało takiego obrotu spraw - od rana prażyło słońce, na niebie nie wisiała ani jedna większa chmura. Spodziewałam się, że podczas naszej wycieczki w samo południe zdjęcia wyjdą beznadziejnie. Jakże się zdziwiłam, gdy po naszym wejściu na teren zamku nagle zerwał się silny wiatr! Z minuty na minutę zrobiło się pochmurno. Dzięki temu zamek zapozował dokładnie tak, jak lubię najbardziej.